Dlaczego swobodna zabawa jest tak ważna w rozwoju dziecka?

fot. iStock

Wyzwala poczucie mocy, pozwala zrozumieć świat, jest twórcza i autoterapeutyczna. Swobodna zabawa dużo daje, ale pod jednym warunkiem: przede wszystkim musi być tylko dla przyjemności.

Dość wcześnie jak na swój wiek zostałam babcią. Stało się to za sprawą plastikowej lalki bobasa: łysej, o wiecznie otwartych ustach i blisko rozstawionych oczkach. Lalka kurzyła się pogardzana przez wiele miesięcy, aż któregoś dnia moja trzyletnia córka wyjęła ją z szafy, urodziła i oficjalnie nadała imię: Mały Maciek. A że – nieprzypadkowo – w tym czasie i ja urodziłam chłopca, od tej pory w domu było już nie jedno, ale troje dzieci. I nic nie miało być tak jak kiedyś.

Bo choć mieliśmy żywego noworodka, szybko okazało się, że to Mały Maciek angażuje najwięcej energii. Obsługiwała go głównie córka: przewijała, przebierała w ubranka brata (ten sam rozmiar), karmiła piersią i woziła w wózeczku na spacer. To jest ta słodka część opowieści. Poza tym, choć mama Małego Maćka do własnego brata odnosiła się zawsze czule i delikatnie, to już synowi często dawała popalić.

– Mały Maciek jest chory. Potrzebuje zastrzyków – wyjaśniła kiedyś dziwnie zamyślona, wbijając lalce kompulsywnie strzykawkę w oko.

– Zdenerwowałeś mnie – oznajmiła spokojnie innym razem, chwytając za plastikowe nóżki i waląc Małym Maćkiem o podłogę.

Czasem wystawiała go na taras, aby go gryzły komary; innym razem ściskała aż do przyduszenia. „Gdy dziecko przejawia agresję w stosunku do rodzeństwa, dobrze przekierować ją na jakiś obiekt, na przykład lalkę” – czytałam skonsternowana w mądrych książkach, a Mały Maciek przyjmował na siebie z plastikową obojętnością ciosy zazdrości o brata. Ale nie tylko. Sam wkrótce zaczął też wyrażać ukryte emocje swojej mamy.

– Ja chcę biiić! – zawodził na przykład na placu zabaw tonem o wiele bardziej piskliwym niż głos mojej córki.

– Dziewczynko, jak ma na imię twoja laleczka? – zaczepiały nas starsze panie w parku.

– Łeee! – skrzeczał na to przeraźliwie Mały Maciek – i panie odrzucało w tył, córka przemawiała cicho do lalki: „Nie spodobały ci się, tak?”, a ja usprawiedliwiałam: „To nie ona, to jej syn”, przez co patrzono na nas jak na wariatki. Mały Maciek chodził też ze swoją mamą do jej żłobka – no bo jak zostawić w domu dziecko karmione piersią – i opiekunki zaczęły mówić półżartem o pobieraniu podwójnego czesnego. Bo o ile córka pozostawała miłą, współpracującą dziewczynką, o tyle Małemu Maćkowi zdarzało się rozrabiać, krzyczeć w porze drzemki i budzić inne dzieci. Był mrocznym alter ego spokojnej trzylatki. Nieokiełznanym enfant terrible naszego domu. A zabawa nim wydawała się nie mieć końca.

– Nie martw się – uspokajała mnie wtedy Agnieszka Łączyńska, psychoterapeutka ośrodka Dobra 4. To ona wyjaśniała, że przez zabawę dziecko przetwarza emocje związane z pojawieniem się rodzeństwa. Że zabawa plastikowym bobasem na wiele sposobów może nas ocalić. Dzięki niej córka chroni brata przed własną agresją, osłania siebie przed gniewem rodziców za agresywne zachowania, zachowuje własny obraz jako grzecznego dziecka, znajduje bezpieczne ujście dla ambiwalentnych uczuć, wczuwa się w rolę mamy, walczy o uwagę dla własnych problemów – słowem, korzyści płynące z zabawy w Małego Maćka okazały się przemożne. Ale aby zabawa zadziałała w tak dobroczynny i rozwojowy sposób, musi zostać spełniony jeden paradoksalny warunek. Przede wszystkim musi ona być po prostu zabawą. Dla przyjemności.

Od gry w „a kuku” do podboju świata

– W psychologii nazywa się ją „swobodną zabawą” – mówi Agnieszka Stein, autorka książek „Dziecko z bliska” i „Dziecko z bliska idzie w świat”. – Ważne jest w niej działanie i przyjemność z niego, a nie osiągnięcie określonego celu. To zabawa dla samej zabawy. A osobą, która nią kieruje, jest dziecko – wyjaśnia Stein.

Jak widać na przykładzie Małego Maćka, taka zabawa może wypełniać rozliczne zadania. Jednak charakterystyczne, że to nie rodzic je wyznacza. W tym sensie zabawa swobodna stoi w kontrze do „zabaw edukacyjnych”, w które dorosły wchodzi z gotowym planem: ta ma nauczyć liczenia, tamta kolorów, jeszcze inna angielskiego. Tu dzieje się odwrotnie: to dorosły podąża za pomysłem dziecka. Ze swej strony opiekun może dać ciekawość i docenienie doniosłości zabawy. Uznanie, że nie jest ona przerywnikiem w innych ważnych czynnościach, tylko czymś znaczącym samym w sobie.

Agnieszka Stein: – Można proponować swoje elementy zawsze z uwagą, czy one pomagają, czy sprawiają dziecku trudność. Może ono je przyjąć albo powiedzieć: „Nie, tak nie chcę”. Zabawa służy jemu i ono zawsze zna cel. Może nie umieć go świadomie sformułować, ale doskonale wie, jakiej zabawy w danej chwili potrzebuje.

Zabawy zaczynają się już w wieku niemowlęcym. Są nimi pierwsze interakcje z rodzicami: kręcenie głową, dotykanie twarzy mamy, upuszczanie przedmiotów i czekanie, aż dorosły je podniesie. To nie tylko zaproszenie do interakcji, ale też budowanie bezpieczeństwa emocjonalnego, odnajdywanie własnej tożsamości, praca nad rozwojem. Choćby uwielbiana przez wszystkie niemowlaki świata gra w „a kuku”: pomaga uporać się z problemem separacji, który jest tematem większości pierwszych zabaw. Dziecko chce się upewnić, że jeśli rodziców nie ma, to wrócą. Dlatego sprawdza, czy przedmioty są na stałe, i zaśmiewa się, jeśli coś zakrywa – i nie widać – a potem odkrywa – i a kuku, widać! Niemowlaki oswajają przez to doświadczenie, że niewidziane nie znika. A to przekłada się na fundamentalną wiedzę: „Nawet jeśli nie widzę mamy, ona się pojawi”.

Moglibyśmy sądzić, że nauka przez „a kuku” to coś bardzo podstawowego – ale w późniejszym wieku zabawa ta ewoluuje i objawia się na przykład jako gra w chowanego. Bruno Bettelheim, wielki psychoterapeuta analizujący wpływ baśni i zabaw na rozwój dzieci, pisał o niej, że „jest jedną z najdawniejszych i najbardziej rozpowszechnionych zabaw ludzkości. Ponieważ inni uczestnicy zabawy starają się znaleźć tego, który się chowa, on wyciąga wniosek, że choć jest całkowicie niewidoczny, nie jest zapomniany; że dla wszystkich jest ważne, by został odnaleziony, ponieważ zabawa – a w sensie przenośnym życie – nie może się toczyć bez niego”. I dalej: w jeszcze bardziej rozwiniętej formie tej zabawy dziecko próbuje powrócić do bazy, zanim zostanie odkryte. Według Bettelheima „uczy się w ten sposób, że samo może wypuścić się w świat, narażając się na niebezpieczeństwa (które reprezentują ścigający oraz dziwaczne kryjówki), i wrócić całe i zdrowe do bezpiecznej bazy, którą tu reprezentuje dom”. Może ruszyć na podbój świata. Aż tyle.

Od wojny ludzików do pokoju w duszy

Zabawa jednak nie tylko uczy. Na pewnym poziomie potrafi też leczyć. Nie bez powodu gabinety terapii dziecięcej dysponują kącikami zabaw. Agnieszka Łączyńska ma w swoim zestaw prostych pomocy: lalkę bobasa; ludziki mniejsze i większe, aby dało się z nich ułożyć rodzinę; klocki i przybory plastyczne; wreszcie trochę figurek, które kojarzą się nieprzyjemnie – wąż, duży owad, lew. To po to, by pomóc wyrazić agresję czy lęk. I pokazać, że w tej przestrzeni jest miejsce na wszystkie emocje. Że żadnej zabawy się nie ocenia.

Tu dochodzimy do roli dorosłych. – Rodzice często mają wątpliwości, czy uda im się taką zabawę wymyślić. A tu trzeba mieć w sobie gotowość na to, aby zaakceptować propozycje dziecka – mówi Stein. – Stać się jego współpracownikiem, asystentem. Kimś, kto pomaga się pobawić, ale nie koryguje.

Oczywiście, to nie znaczy, że zabawa nie ma zasad czy granic. Swobodnej zabawy nie zakłóci informacja, że mama nie chce, aby wylewać wodę z wanny czy mazać flamastrami po ścianach. Chodzi o co innego: wyłączenie wychowawczej kontroli. – Jeśli na przykład dziecko wydaje przyjęcie dla misiów i zaczyna być dla nich nieprzyjemne, ważne, aby dorosły nie traktował tej sytuacji jako okazji do korygowania zachowania. Mówienia, że to ładnie, a to nie – mówi Agnieszka Stein. – Bo najczęściej dziecko wie, co ładnie, a co nie, ale potrzebuje te rzeczy niefajne w jakiś sposób przerobić.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »