Postawy rodzicielskie: Dziecko ze zdjęcia

fot. iStock

Warto być sobą – wiadomo. A dzieci? Czy one też mogą być sobą? Może im na to pozwolić? Nie chodzi o to, żeby ich nie wychowywać, ale żeby nie złościć się, gdy nie pasują do obrazka, który sobie wyobraziliśmy. Hanna Samson tropi kolejne „bezsensy” naszej codzienności

Wróciłam niedawno z Norwegii, gdzie odwiedziłam bliską mi rodzinę, czyli Zulę, Daniela i ich troje dzieci. Olaf ma dziesięć lat, Maja osiem, a Pola trzy z kawałkiem. Pewnego dnia razem z Mają odbierałyśmy Polę z przedszkola, bo Zula pojechała gdzieś z Olafem, a Daniel był w pracy. Wszystko poszło jak z płatka. Idziemy sobie razem do domu, aż tu nagle Pola zaczyna drzeć się i nie chce iść dalej – żadne moje słowa ani gesty do niej nie trafiają, wręcz przeciwnie, są wodą na młyn. „Nie lubię cioci!!!”– wrzeszczy w końcu Pola, a ja rozglądam się wokół, czy ktoś nie słyszy. Pola krzyczy po polsku, więc mała szansa, by zrozumiał, ale i tak czuję się zawstydzona, jakby patrzył na mnie cały świat i potępiał, że nie sprawdzam się w roli cioci. Na szczęście jest Maja, która mówi spokojnie: „Chodźmy. Pola nie będzie chciała zostać sama i pójdzie za nami”. Ruszamy. Pola protestuje, ale po chwili dołącza, już nie krzyczy, w końcu idziemy razem, zgodnie i wesoło jak na początku.

Czemu tak się spięłam, gdy Pola zaczęła wrzeszczeć? Zadziałał syndrom urojonej publiczności, o którym pisze Susan Stiffelman w niedawno wydanej książce „Uważne rodzicielstwo. Wychowaj dziecko na świadomego, pewnego siebie i czułego człowieka”. Syndrom ten występuje u rodziców (okazuje się, że nawet u cioć!), którym wydaje się, że inni ludzie nieustannie ich oceniają, orzekając surowe wyroki, gdy dziecko zachowuje się nie tak jak trzeba.

Rozsądna Empatia

Na weekend pojechaliśmy do Szwecji, do znajomych Daniela, którzy po raz pierwszy mieli zobaczyć całą rodzinę. Dojechaliśmy pod piękny dom, wysiedliśmy z samochodu i się zaczęło! O ile dobrze zrozumiałam, chodziło o to, że Pola chciała mieć kalosze Mai i żadne inne buty nie wchodziły w grę. W płaczu i krzyku ginęły mi fragmenty narracji i chyba tylko mama wiedziała, o co chodzi. Wyjaśniła Poli, że tych kaloszy nie może włożyć, ale ma inne buty. Tyle że Pola ich wcale nie chciała. Wyobraźcie sobie tę sytuację. Gospodarze mile uśmiechnięci wyszli nas witać przed dom, a Pola na bosaka płacze, tupie i wrzeszczy bez umiaru.

Chcę wytłumaczyć, że Pola to bardzo fajna dziewczynka, zaraz się uspokoi i sami zobaczą, chcę przepraszać za takie wejście, no wiecie, jak to jest: najważniejsze, co inni pomyślą i nic ważniejszego nie ma na świecie. Ale patrzę na mamę Poli, a ona nic nie tłumaczy, tylko swobodnie się wita, jakby świat nie czyhał na to, by ją ocenić. I jakoś tak zadziałała spokojnie, że Pola też się uspokoiła i szybko okazało się, jaka jest fajna i już nic nie trzeba było tłumaczyć. A gdyby mama Poli cierpiała na syndrom urojonej publiczności? Z lęku przed krytyką zrobiłaby wszystko, by kontrolować zachowanie córki i dobrze wypaść w oczach znajomych.

We wspomnianej książce Susan Stiffelman wyróżnia cztery postawy rodziców, z których tylko jedna jest sensowna. Na przykład postawa pasywna charakteryzuje się tym, że ulegamy woli dziecka, by załagodzić sytuację. Gdyby mama Poli miała taką postawę, pewnie kazałaby Mai zdjąć kalosze i oddać Poli. Gdyby Maja nie chciała, mama mogłaby jej coś w zamian obiecać. Rodzic pasywny stara się przypodobać dzieciom i za nic w świecie ich nie denerwować, bo boi się ich reakcji.

Z kolei postawa agresywna objawia się tym, że rodzic naskakuje na dziecko, ucieka się do gróźb i zastraszania, żeby wymusić posłuszeństwo. Gdyby mama Poli była agresywna, pewnie by jej powiedziała, że jak się natychmiast nie uspokoi, to nigdy więcej z nimi nie pojedzie. A może by kazała córce siedzieć w samochodzie, dopóki nie przestanie płakać? Rodzice agresywni miewają różne, często skuteczne pomysły, ale nie mają szans na bliską relację z dzieckiem.

Kolejna postawa: pasywno-agresywna polega na kontrolowaniu zachowania dziecka poprzez wywoływanie poczucia winy i wstydu. Gdyby mama Poli była pasywno-agresywnym rodzicem, mogłaby jej powiedzieć: „Przynosisz nam wstyd!”. A po kilku godzinach: „Zepsułaś nam całą wycieczkę!”. Jak czułaby się Pola, wolę sobie nie wyobrażać!

Na szczęście jest jeszcze postawa asertywna, dzięki której dziecko wie, że jest kochane, takie jakie jest, a nie za to, że podbudowuje obraz i poczucie własnej wartości rodzica. Taka postawa pozwala przyjąć, że dziecko niekoniecznie musi zachowywać się tak, jakbyśmy chcieli i nie traktować tego jako osobistej zniewagi czy próby sił. Rodzic asertywny potrafi wczuć się w pragnienia dziecka, daje mu prawo do przeżywania emocji, a jednocześnie umie postawić granice, które nie muszą być zgodne z oczekiwaniami dziecka.

Mama Poli rozumiała jej pragnienie założenia kaloszy Mai, pozwoliła jej przeżywać złość i rozczarowanie, ale została przy tym, że Pola ma swoje buty. A przede wszystkim nie traktowała zachowania córki jako podstawy do oceny jej samej jako matki. To dało jej spokój potrzebny w kontakcie z dziećmi i przynoszący owoce, co dobrze widać po Olafie i Mai.

Fajne dzieci, fajnych rodziców

Innego wieczoru siedzieliśmy razem w salonie, Pola poszła już spać, zostały starsze dzieci. I jakoś tak się stało, że Zula sięgnęła po komputer i przeczytała ich śmieszne powiedzonka z różnych okresów życia. Na przykład rozmowę z czasów, gdy mieszkali w Japonii. Maja: „Mamo, jesteś najpiękniejszą dziewczyną na całyyyym świecie”. Olo: „Japońskie też są ładne”. Albo całkiem sensowna prośba Mai: „Mamo, kiedy jestem smutna lub nerwowa, mów do mnie »Majusia«, to mnie ucieszy”. Albo gdy Olaf odwiedził mamę w szpitalu po urodzeniu Poli. Olo:„ Mamo, a Pola wyszła przez brzuch czy przez siuśkę?”. Mama: „Przez siuśkę”. Olo: „Kurczę, chciałem to widzieć!”. Gdy Olaf był chory, Maja rozwieszała z mamą pranie. Maja: „Zrobię małą przyjemność mojemu choremu braciszkowi i rozwieszę ładnie jego koszulkę z Lego, taka fajna siostra, OK, mamo?”. A kiedyś Olo nudząc się w aucie, odsłonił lusterko i obwieścił: „Popatrzę sobie na ładny ja”. Już w zeszłym roku do tych zapisków dołączyła Pola, stwierdzając, że ma mało uszu.

Ten wieczór bardzo mnie wzruszył. Zobaczyłam, jak te dzieci czują się bezpiecznie w swoim domu. Potrafią śmiać się same z siebie z przeszłości, nie muszą się bronić, bo nic im nie zagraża. Wiedzą, że są kochane takie, jakie są. Że zasługują na szacunek, którym darzą też siebie nawzajem. Że są ważne i akceptowane.

W pułapce porównań

Często trudno nam zaakceptować własne dzieci nie dlatego, że sprawiają problemy, ale dlatego, że porównujemy to prawdziwe dziecko do swojego wyobrażenia o tym, jakie powinno być – stwierdza Susan Stiffelman i nazywa to wyobrażenie „dzieckiem ze zdjęcia”.

Jakie jest dziecko ze zdjęcia? Nie marudzi, wykonuje nasze polecenia z uśmiechem i bez zwłoki, przerywa najfajniejszą zabawę, gdy je wołamy, może nawet pyta samo z siebie: ‚Mamo, czy ci nie pomóc?”. No naprawdę, dzieci ze zdjęcia są cudowne!

Zachowania prawdziwego dziecka irytują nas niewspółmiernie mocno dlatego, że gdzieś w głębi duszy jesteśmy przekonani, że nasze dziecko nie powinno być irytujące i nieposłuszne. To rozbieżność między obydwoma obrazami wyprowadza nas z równowagi, a nie samo zachowanie malucha. Gdybyśmy uznali, że irytujące zachowania dzieci to coś normalnego, byłoby nam łatwiej i spokojniej.

Gdybyśmy uznali na przykład, że córka ma prawo nie chcieć sprzątać swojego pokoju, bo tak to jest z nastolatkami. I nic dziwnego, że jest opryskliwa, skoro w kółko przypominasz jej o tym, że ma sprzątnąć swój pokój, i zarzucasz bałaganiarstwo i lenistwo. Jeśli spojrzymy na nasze dziecko bez porównywania go z tym ze zdjęcia, możemy zacząć je wychowywać, zamiast z nim walczyć. Nie musimy desperacko zmuszać córki do zrobienia tego, co chcemy, ale możemy pomyśleć, jak to zrobić, żeby od czasu do czasu sprzątała swój pokój.

Nie wiesz jak? Jestem pewna, że znajdziesz sposób, jeśli przestaniesz się wściekać i traktować bałagan w pokoju jako coś, co nie powinno mieć miejsca. Jeśli staniesz obok dziecka, a nie w opozycji do niego – wtedy razem możecie szukać rozwiązania. Jasne, że milej byłoby wychowywać dziecko ze zdjęcia, ale co wtedy mielibyśmy do roboty?

Kochamy się za nic

W książce Susan Stiffelman znalazłam list rodziców do syna: „Chase, nie obchodzi nas, czy jesteś najmądrzejszy, najszybszy, najfajniejszy czy najbardziej zabawny. W szkole będą organizować mnóstwo konkursów i nie ma dla nas najmniejszego znaczenia, czy wygrasz którykolwiek z nich. Nieważne, czy będziesz miał same piątki. Nie interesuje nas, czy dziewczyny będą uważały, że jesteś uroczy albo czy do drużyny zostałeś wybrany jako pierwszy czy jako ostatni. Nie jest dla nas ważne, czy jesteś ulubieńcem nauczycieli. (…) Nie wysyłamy cię do szkoły, żebyś był najlepszy w czymkolwiek. I tak kochamy cię najmocniej, jak to tylko możliwe. Nie musisz robić nic, żeby zasłużyć na naszą miłość czy dumę i nie ma takich rzeczy, które spowodowałyby, że je stracisz. Nie ma co do tego wątpliwości. Idziesz do szkoły, żeby uczyć się bycia dzielnym i uczciwym człowiekiem”.

Jeśli wiemy, po co wychowujemy nasze dzieci, łatwiej nam skupić się na tym, co ważne, zamiast ustawiać je ciągle do zdjęcia.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »