1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Poczekać ze zjedzeniem cukierka. Kilka słów o samoograniczaniu

Poczekać ze zjedzeniem cukierka. Kilka słów o samoograniczaniu

Wydaje się, że samoograniczanie ma niewiele wspólnego z sukcesem. Co innego dowodzi jednak eksperyment z cukierkami, który wiele lat temu przeprowadzono w Ameryce. (Fot. iStock)
Wydaje się, że samoograniczanie ma niewiele wspólnego z sukcesem. Co innego dowodzi jednak eksperyment z cukierkami, który wiele lat temu przeprowadzono w Ameryce. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Samoograniczanie to żaden masochizm. To szansa na to, abyśmy mogli cieszyć się z tego, co mamy – mówi trenerka rozwoju osobistego Ewa Zaremba.

Dlaczego tak trudno nam powściągnąć żądzę posiadania coraz większej liczby rzeczy? Samoograniczanie ma duży związek z umiejętnością odkładania na później gratyfikacji. Jeżeli nie mamy tej umiejętności, może być nam trudno sobie czegoś odmówić. Jeśli natomiast potrafimy czekać z konsumowaniem nagrody, to nie tylko łatwiej będzie nam się samoograniczać, ale także może nam to zapewnić w przyszłości sukces.

Co ma piernik do wiatraka? Wydaje się, że samoograniczanie ma niewiele wspólnego z sukcesem. Co innego dowodzą jednak badania, które wiele lat temu przeprowadzono w Ameryce. Do udziału w nich zaproszono dzieci. Powiedziano im: Każde z was ma dwa cukierki, możecie zjeść albo obydwa naraz, albo jednego teraz, a drugiego za pół godziny. Jeżeli zostawicie drugiego cukierka na później, to za te pół godziny dołożymy wam dwa. Dzieci były na tyle duże, że wiedziały, co znaczy pół godziny, potrafiły rozłożyć je sobie na osi czasu. Niektóre zjadały obydwa cukierki, inne moment zjedzenia drugiego odkładały. Po 20 latach zbadano sytuację tych ludzi i stwierdzono nieprawdopodobną wprost prawidłowość. Otóż okazało się, że te osoby, które jako dzieci potrafiły poczekać ze zjedzeniem drugiego cukierka, odniosły zdecydowanie większe sukcesy niż te, które zjadały wszystko od razu. Z tego doświadczenia płynie prosta lekcja – że samoograniczanie na dłuższą metę popłaca.

Co powoduje, że jedne dzieci potrafią odraczać przyjemność, a inne nie? Wiele umiejętności dziedziczymy w genach. Badania pokazują, że coś takiego jak poziom odczuwania szczęścia dziedziczymy w 50 procentach. Podobnie jest z odkładaniem gratyfikacji.

To bardzo wygodne alibi: Nie umiemy się samoograniczać, bo tak mamy zapisane w genach. Ale geny to tylko 50 procent i jednocześnie aż 50 procent możliwości do zmiany!

Co oprócz genów wpływa na naszą nadmierną chęć posiadania i gromadzenia? Pachnie mi to autosabotażem. Z 12 wzorców autosabotażu aż sześć dotyczy relacji człowieka z samym sobą lub z najbliższymi. Każda taka relacja przekłada się na jego stosunek do pieniędzy, przedmiotów, rzeczy.

Na przykład? Wzorzec, który ja nazywam wzorcem porzucenia, czyli przekonanie, że wcześniej czy później ktoś nas porzuci, powstaje, kiedy ktoś wychowuje się w rodzinie niezaspokajającej jego potrzeb emocjonalnych, na przykład bliskości i miłości, a także kiedy doświadcza w dzieciństwie śmierci bliskiej osoby lub odejścia któregoś z rodziców. Takie przekonanie o tym, że zostaniemy porzuceni, przekłada się na nasze relacje z ludźmi, na stosunek do rzeczy i pieniędzy.

W jaki sposób? Jako dorośli kurczowo trzymamy się każdego człowieka, a zarabiane pieniądze, rzeczy gromadzimy na czarną godzinę. Chcemy to wszystko mieć zamiast poczucia bliskości, bo te dobra nas nie opuszczą, tak jak w przeszłości zostawili nas rodzice. Albo zachowujemy się wprost przeciwnie – wydajemy wszystko, co mamy, na zasadzie: bo taki jest mój scenariusz, że pieniądze się mnie nie trzymają, po co więc oszczędzać.

W dłuższej perspektywie brak umiejętności samoograniczania nie wychodzi nam zatem na dobre. A w krótszej? Też nie, bo zubaża nasz kontakt ze światem i innymi ludźmi. Im więcej posiadamy, tym mniej doceniamy to, co mamy. Ktoś trafnie porównał nasze współczesne życie do rejsu na „Titanicu”. Każdy walczy o lepsze miejsce, a za chwilę wszyscy utoniemy. Najlepszym przykładem tego, do czego może doprowadzić taka postawa, jest obecna sytuacja w Stanach. Rozpasana do granic konsumpcja, kredyty za minimalną cenę – i koniec ewidentny.

Ale my, Polacy, jesteśmy chyba jednak trochę usprawiedliwieni. Rekompensujemy sobie lata braków i biedy. Zgadzam się, to odreagowywanie tamtych niedostatków. Kupujemy najdroższe ubrania, największe domy, najnowocześniejsze auta. Kiedy mój brat po latach przyjechał do Polski z Kanady, stwierdził, że nawet tam nie widział na ulicach takich modeli jaguarów. Ludzie chcą się tymi dobrami nasycić. Trzeba jednak pamiętać, że ten głód może być wiecznie niezaspokojony. Od czego tak naprawdę zależy sukces? Od wiedzy, stosowania konkretnych procedur, ale także od zdolności do odczuwania spełnienia, gdy już dotrzemy na szczyt. A co my na tym szczycie robimy? Rozglądamy się za następnym szczytem do zdobycia, zamiast postać, powdychać powietrze, popatrzeć, kto jeszcze tam dotarł albo co stamtąd widać. Samoograniczanie to żaden masochizm. To szansa na to, abyśmy mogli cieszyć się z tego, co mamy.

Ewa Zaremba, trenerka rozwoju osobistego i NLP, właścicielka i dyrektorka firmy Masters zajmującej się szkoleniami z zakresu szybkiego i efektywnego uczenia się, samodoskonalenia, rozwoju i motywacji. Prowadzi autorskie szkolenia i Akademię Life Masters.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wyślij swój umysł na detoks!

Problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. (Fot. iStock)
Problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Myślenie procentuje, ale nieustanna analiza szkodzi. Według psychologa Rafaela Santandreu najwięcej dramatów rozgrywa się tylko w naszej głowie. Chcesz odzyskać równowagę? Spróbuj cieszyć się zarówno małymi, jak i wielkimi rzeczami i tym samym odzyskać wewnętrzny spokój. 

Skąd bierze się to, co opatrujemy etykietką „problem”? Czy to życie przynosi problemy? A może sami je tworzymy – a przynajmniej wyolbrzymiamy – naszą postawą, sposobem myślenia? Rafael Santandreu, hiszpański psycholog poznawczy, autor książki „Twój umysł na detoksie”, nie ma wątpliwości: problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. Jakie stosujesz kryteria? Jak wygląda twoja skala? I co, gdyby okazało się, że sama zatruwasz sobie życie?

Psychiczne tortury

Kiedy uda nam się zmienić sposób myślenia, będziemy zdolni cieszyć się małymi i wielkimi rzeczami, które niesie życie, będziemy potrafili mocniej kochać i pozwalać się kochać, zyskamy też więcej wewnętrznego spokoju – twierdzi Santandreu. Dlaczego myślenie? Dlaczego ta zmiana jest tak ważna? Bo w większości przypadków jesteśmy neurotyczni. Poddajemy samych siebie psychicznym torturom. Blokujemy naturalny przepływ życia lękami albo warunkami, jakie mu stawiamy. Podejmujemy decyzje w rodzaju: „Nie będę szczęśliwa, dopóki nie znajdę mężczyzny”. Albo: „Nie mogę żyć pełnią życia, bo jestem za niska”.

Już Epiktet zauważył, że dotyka nas nie to, co nam się przydarza, ale to, co mówimy sobie na ten temat. Pomiędzy zdarzeniem (na przykład utratą pracy) a emocją (wściekłość, rozpacz) jest nasze myślenie, interpretacja. Dialog wewnętrzny, który generuje takie, a nie inne samopoczucie. Zdaniem Rafaela Santandreu przypominamy maszyny oceniające. Wciąż sprawdzamy, czy dana okoliczność jest dla nas korzystna. Jeśli uznajemy, że nie, zaczynamy opierać się rzeczywistości, a nawet dramatyzować. I to właśnie ta „choroba dramatyczna” jest przyczyną wszystkich zaburzeń emocjonalnych.

Santandreu przywołuje przypadek chłopaka, z którym pracował. Jordi miał za sobą próbę samobójczą. Powód? Trzy poprawki na koniec semestru. Czy to naprawdę tak straszne, żeby pozbawiać się życia? Oto uzasadnienie niedoszłego samobójcy: „Jeśli nie uda mi się poprawić przynajmniej jednej z ocen, będę musiał powtarzać klasę. Jeśli w kolejnym roku znajdę się w podobnej sytuacji, wyrzucą mnie. Mogę zestresować się do tego stopnia, że nie skończę żadnej szkoły, nie pójdę na uczelnię. To katastrofa: stałbym się wyrzutkiem w rodzinie. No i żadna dziewczyna mnie nie zechce! Moje życie nie będzie nic warte, lepiej zakończyć je już teraz...”.

Każdy z nas wpada czasem (niektórzy nawet często) w tego rodzaju ciąg myślowy. Stajemy się niewolnikami swoich fantazji, własnego dialogu wewnętrznego. I cierpimy – zupełnie bez potrzeby. Bo cały dramat rozgrywa się w naszej głowie. Według psychologów poznawczych za przesadną negatywną emocją zawsze kryje się katastroficzna myśl. Jeśli więc cierpisz, sprawdź, czy nie uwierzyłaś w coś, co zwyczajnie nie jest prawdą. Czy nie masz nierealnych wymagań, nie tworzysz sztucznych potrzeb. Czy nie zwiodło cię jakieś irracjonalne przekonanie. Na liście takich przekonań Santandreu umieścił m.in.: „Muszę mieć przy sobie kogoś, kto mnie kocha”, „Muszę być kimś w życiu”, „Muszę mieć mieszkanie na własność”, „Muszę mieć dobre zdrowie”, „Muszę pomagać krewnym”, „Muszę mieć ekscytujące życie”. Nie musisz – zapewnia psycholog. Możesz podejmować działania w tym kierunku, pragnąć tego, ale nie wymagać. Nie myl pragnienia czy preferencji z potrzebą! Pamiętaj, że każda wymyślona potrzeba staje się źródłem słabości.

Latem jest gorąco

Gotowa na zmianę przekonań? Załóżmy, że spędziłaś kolejny samotny weekend i uznałaś, że to „straszne”. Jakie przekonanie za tym stoi? Może: „Kobieta bez rodziny jest bezwartościowa”? Bądź: „Samotność to życiowa porażka”? Albo: „Potrzebuję przyjaciół, żeby być w dobrym nastroju?”. Kiedy już wiesz, co cię uwiera, pora zastosować racjonalną argumentację. Pomocny będzie argument porównawczy: „Czy istnieją inne osoby, które w tej samej sytuacji są szczęśliwe?”. Inna argumentacja dotyczy możliwości: „Czy mimo tych okoliczności mogę realizować ważne dla mnie i innych cele?”. I wreszcie argument egzystencjalny: „Czy w nieskończonym wszechświecie ma to aż takie znaczenie? Co będzie ze mną i z tym problemem za sto lat?”. Santandreu zaleca wręcz medytację nad własną śmiercią. Kiedy przypominamy sobie o jej nieuchronności, stajemy się bardziej zrównoważeni i dojrzali, paradoksalnie odzyskujemy spokój. Przestajemy się zamartwiać, zaczynamy cieszyć się życiem.

Po tym, jak stawiłaś czoło irracjonalnemu przekonaniu, możesz stworzyć nowe. Zdrowe, racjonalne. Na przykład takie: „Wolałabym spędzać weekendy z narzeczonym, ale jeśli akurat go nie mam, też mogę być szczęśliwa”. Nie rezygnujesz tu ze swoich preferencji czy pragnień, po prostu ich spełnienie nie jest już warunkiem twojego szczęścia.

Psychologia poznawcza to nie trening pozytywnego myślenia. Nie chodzi w niej o zmianę negatywnych myśli na pozytywne, o mechaniczne powtarzanie nowych poglądów. To terapia argumentów. Rzeczowych. Wymaga regularnej pracy, wytrwałości. Jeśli wierzyć autorowi „Twojego umysłu na detoksie”, nagrodą za te starania jest poczucie wewnętrznej harmonii. Optymizm.

Żeby łatwiej było zidentyfikować irracjonalne przekonania, Santandreu podzielił je na trzy grupy: 1. Muszę to robić dobrze albo bardzo dobrze. 2. Ludzie zawsze muszą mnie dobrze traktować, sprawiedliwie i z szacunkiem. 3. Sprawy muszą się układać po mojej myśli.

Wiara w powyższe założenia (i próba egzekwowania ich) to – jak łatwo się domyślić – pierwszy krok do frustracji. Czyli do zatruwania sobie życia. Czy nie prościej byłoby przyjąć, że przeciwności stanowią jego część? Chyba najbardziej obrazowo ujmuje to buddyjska mądrość: „Latem jest gorąco, a zimą zimno”. Jaki masz wpływ na pogodę? Na korki? Humory szefa? Na brak miejsc parkingowych? Albo na to, że właściciele psów nie zawsze po nich sprzątają? Możesz zamknąć się w domu i uniknąć tego wszystkiego, tylko czy będziesz wtedy szczęśliwa? Dużo lepszym sposobem jest uodpornić się na frustrację i nie tracić czasu na to, co nie działa – radzi psycholog. Jak to zrobić? Dokądkolwiek idziesz, cokolwiek robisz, zaakceptuj pewne niedogodności. Zdaj sobie sprawę, że nie są aż tak istotne. Wreszcie: skoncentruj się na tym, co jest w porządku. Na wszystkich wspaniałościach, jakie cię otaczają. Kiedy przekierujesz uwagę, przekonasz się, że jest ich naprawdę sporo.

Nie manipuluj przy życiu

Santandreu obala kilka mitów. Chociażby ten dotyczący komfortu. Chcemy, żeby było nam wygodnie. Ciepło (ale nie za bardzo!). Miękko. Luźno. Cicho. Smacznie. Pachnąco. Jakiekolwiek odstępstwa od tych „norm” traktujemy jako zniewagę. Chcemy zmieniać: uciszać, perfumować, wentylować. Narzekać i protestować. Jeśli uczynisz z komfortu fetysz, obsesję, twoje życie będzie ciągłym dyskomfortem! Twoja nadwrażliwość stanie się udręką dla ciebie i dla otoczenia... A gdyby przyjąć, że komfort nie jest aż tak wielką wartością? Przecież nie da ci szczęścia. Przychodzi i odchodzi. Na dłuższą metę staje się wręcz nudny – trudno pogodzić go z aktywnym korzystaniem z życia.

Kolejny mit dotyczy bliskich związków. Na przykład przyjaźni. Nie ma sensu oczekiwać od ludzi tego, czego nie mogą nam dać. Ktoś będzie zawsze pamiętał o naszych urodzinach, a ktoś inny nie. Ale za to przyjedzie otrzeć nam łzy w środku nocy. Nikt nie jest doskonały... My też nie. A w partnerstwie? Czy i tu stosować zasadę bezwarunkowej akceptacji? Godzić się na zaniedbania drugiej osoby? Santandreu proponuje wprowadzić zakaz narzekania na to, co dzieje się w związku. I zwyczaj cotygodniowego wręczania partnerowi pisanej z miłością „listy sugestii”. Na przykład takich: „Chciałabym, żebyś częściej mówił mi miłe rzeczy, ale jeśli nie będziesz tego robił, i tak będę cię kochała”. Chodzi o to, żeby zasygnalizować partnerowi nasze oczekiwania, zapewniając jednocześnie o uczuciu i akceptacji. Pozostawić mu wolną rękę, niczego nie wymuszać... Dlaczego to działa? Bo kiedy narzekamy czy wymagamy, druga osoba czuje się zastraszona, przyparta do muru. A gdy sugerujemy coś niezobowiązująco – po prostu zachęcona. Oczywiście, do niezrealizowanych sugestii warto wracać (nawet co tydzień), ponawiać zachęty... Licząc się z tym, że jakiś punkt (na przykład dotyczący wyrzucania śmieci) będzie figurował na naszej liście do końca życia. Ale może nie jest to aż takie ważne?

I jeszcze sugestia dotycząca tego, jak bronić się przed neurozami czy kiepskimi nastrojami innych. Kiedy ktoś awanturuje się, wyolbrzymia pewne sprawy, przyjmij, że chwilowo stracił kontakt z rzeczywistością. Jaki jest sens dyskutować z kimś, kogo akurat opuściły zdrowe zmysły? Możesz odciągnąć jego uwagę od dramatu na trzy sposoby. Pierwszy to miłość: przytulasz tę osobę, mówisz ciepłe słowa. Drugi to humor: zmieniasz język, akcent albo ton głosu, podśpiewujesz. I wreszcie surrealizm: odpowiadasz zupełnie nie na temat, jakbyś to ty straciła rozum.

W wielu sytuacjach najlepszą strategią będzie… brak strategii i poddanie się życiu. Bo, jak mówi Rafael Santandreu: „Przyjaźń, samorealizacja i udane życie seksualne przyjdą w sposób naturalny, wcześniej czy później, bo właśnie w tym kierunku zmierza życie, jeśli tylko nie będziemy za dużo przy tym manipulować”.

  1. Styl Życia

Mniej znaczy więcej - recepta na proste życie

</a> Second hand to jeden ze sposobów na zmniejszenie ilości śmieci. (fot. iStock)
Second hand to jeden ze sposobów na zmniejszenie ilości śmieci. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kupujemy, zdobywamy, gromadzimy. Coraz więcej i więcej. Ubrań, domów, samochodów, gadżetów. A kiedy to wszystko już mamy, okazuje się, że wciąż coś nowego jest do zdobycia.

 

My, ludzie Zachodu, nie potrafimy już żyć skromnie. Pracujemy, żeby mieć. A mamy zdecydowanie za dużo. Jedzenia, które marnujemy, wszelkiego rodzaju dóbr, które szybko nam się nudzą albo które uznajemy za niemodne. Wyrzucamy sprzęty, które można by naprawić, używamy coraz więcej przedmiotów jednorazowego użytku. Efekt? Zniszczone środowisko, życie na kredyt, a więc tak naprawdę przysparzanie sobie problemów, choć przecież chodzi nam o to, żeby ich uniknąć.

Francuzka Dominique Loreau przemierzyła świat wzdłuż i wszerz, ucząc francuskiego i poznając różne kultury i style życia. Wszędzie czegoś jej brakowało. Dopiero w Japonii poczuła, że ma wszystko, co potrzebne do szczęścia. Dlaczego właśnie tam? Bo Japończycy, mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto, skromnie.

Dominique odkryła, że prostota nie ogranicza, ale wzbogaca, uwalnia od uprzedzeń i obciążeń. Zaczęła praktykować zen, przyjmować życie takim, jakie jest, być blisko natury. Najpierw jednak pozbyła się większości rzeczy, które miała. W książce „Prostota życia” pisze: „Żeby żyć, naprawdę potrzebujemy niewiele. Zyskałam głębokie, ugruntowane przekonanie, że im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i tym bardziej możemy się rozwijać”.

Coraz więcej ludzi zdaje sobie z tego sprawę. Coraz więcej z nas nie tylko rezygnuje z nadmiaru, przesytu, lecz także widzi głęboki sens w samoograniczaniu.

Sposób na minimalizm? Zrób to sam!

Mika Larsson, była attaché kulturalna Ambasady Szwedzkiej w Polsce, dziennikarka i działaczka społeczna, po powrocie do Szwecji zamieniła 115-metrowe mieszkanie na dwa pokoje, dużego saaba na małą hondę, która służyła jej głównie do tego, żeby wozić 94-letnią mamę. Sama jeździła rowerem albo chodziła pieszo. Pozbyła się mebli, ubrań. Bez żalu, bo wiedziała, czego chce.

– Mam dziennikarski temperament, potrzebuję ruchu, nowych wrażeń, poznawania ludzi, krajów. A ponieważ zdecydowałam, że nie wrócę do pracy na etacie, przez co moje zarobki będą niższe, musiałam zminimalizować stałe wydatki, żeby mieć środki na realizowanie pasji. Okazało się też, że w nowym mieszkaniu się nie mieszczę. Więc połowę rzeczy oddałam. Ale nie zrobiłam tego pochopnie. Wcześniej długo na ten temat rozmyślałam. Moje samoograniczenie było więc bardzo przemyślane.

Jacek Fenderson, działacz na rzecz środowiska, społeczeństwa obywatelskiego i uczciwego handlu, ogranicza kupowanie do minimum.

– Staram się żyć zgodnie z maksymą „zrób to sam”. Polega to na tym, żeby samemu opanować jak najwięcej umiejętności. Zamiast kupować półkę – zrobić ją samemu, zamiast nabywać nowy zegarek – naprawić stary.

Ma na sobie używane spodnie i bluzę zaprojektowaną przez kolegę, a uszytą przez zaprzyjaźnioną krawcową. Mieszka z kolegami na squacie. Większość mebli zrobili własnoręcznie – z drewna, metalu. Sami podłączyli wodę, wykorzystując do tego stare rury. Resztę potrzebnych sprzętów znaleźli na śmietniku.

Jacek po mieście jeździ na rowerze. Jeżeli już musi coś kupić, kieruje się trzema kryteriami: czy nie przyczynia się do zaśmiecania środowiska (unika kupowania plastikowych rzeczy), czy nie pogłębia konsumpcjonizmu (kupuje tylko to, co jest potrzebne) i czy produkty pochodzą ze sprawiedliwego handlu.

Tłumaczy po kolei: Produkowanie i konsumowanie coraz to nowych rzeczy obciąża środowisko. Lepiej reperować stare ubrania i sprzęty, bo w ten sposób ogranicza się kupowanie towarów, czyli popyt. A wiadomo, że popyt napędza podaż. Jeśli nie będzie kupujących, nie będzie też sprzedających i produkujących, a więc i zatruwania środowiska. A co do sprawiedliwego handlu – w gospodarce wolnorynkowej jest pęd do kupowania jak najtaniej. Odbywa się to często kosztem praw pracowniczych i warunków, w jakich przebiega produkcja. Na przykład w Chinach zatrudnia się niepełnoletnich, płaci ludziom śmiesznie niskie pensje. Muszą wybierać między śmiercią głodową a pracą za grosze.

– Moim zdaniem nie jest to żaden wybór. Dlatego nie chcę mieć na sobie nic, co zostało wyprodukowane przez niewolników. Jeżeli więc kupuję ubrania, to polskie. Nie chodzi o radykalne zaprzestanie konsumpcji – musimy coś jeść, w coś się ubierać, ludzie muszą zarabiać. Chodzi o to, żeby handel miał ludzki wymiar, żeby nie odbywał się kosztem zatruwania środowiska i niewolniczej pracy.

Zawsze sprawdza metki. Woli płacić więcej, ale mieć gwarancję, że produkty są dobrej jakości i pochodzą ze sprawiedliwego handlu. Jacek: – Stanowimy mniejszość, bo ludziom wmawia się, że muszą posiadać coraz to nowsze i lepsze produkty. Kiedyś kupowało się rzeczy, gdy się ich naprawdę potrzebowało. Teraz – bo wchodzi nowa promocja. I nagle okazuje się, że trzeba mieć jeszcze większy telewizor, a jak już się kupi ten największy, to i tak zaraz staje się przestarzały, ponieważ nie ma Internetu i nie wisi na suficie.

Second hand to jeden ze sposobów na zmniejszenie ilości śmieci. (fot. iStock) Second hand to jeden ze sposobów na zmniejszenie ilości śmieci. (fot. iStock)

Nie wszystko na sprzedaż

Mika wciąż musi odpowiadać sobie na pytanie, co jest dla niej ważne. Widzi piękne mieszkania, ubrania i przez głowę przemyka myśl: „Ja też chcę takie mieć”. Ale zaraz przychodzi myśl druga: „Czy aby na pewno jest mi to potrzebne?”. Na ogół odpowiedź brzmi: nie. Ostatnio, w Łodzi, zachwyciła się kurtką. Natychmiast ją kupiła, ale tylko dlatego, że dokładnie takiej od powrotu do Szwecji potrzebowała.

Psychologowie podkreślają, że samoograniczanie jest akceptowalne, gdy wynika z naszego wyboru. Wtedy nawet istotne ograniczenia dają poczucie wolności. – To tak jak z oddaniem się w ręce lekarza – mówi psycholog Jarosław Przybylski – Jesteśmy w stanie wiele wycierpieć, poddać się operacji, byleby tylko wyzdrowieć. Sami ograniczamy swoją wolność, ale to nasz wybór.Sami też musimy dostrzec pułapkę, jaka tkwi w żądzy posiadania. Zobaczyć niebezpieczny mechanizm nienasycenia.

Mika: – Musimy być świadomi tego nienasycenia. I w porę określić próg, za którym konsumpcja zaczyna być chorobą.

Jacek: – Świadoma konsumpcja nie jest trudna, choć wymaga ciągłej uwagi, planowania, patrzenia na metki. Uważam, że takie zachowanie ma głęboki sens. Warto poczynić wysiłek, chwilę dłużej przyjrzeć się produktom na półce, żeby wybrać ten najmniej obciążający środowisko, pochodzący ze sprawiedliwego handlu. To tylko kwestia przestawienia się. Nie umiałbym już bezmyślnie kupować, nie interesując się, skąd co pochodzi. Ale to nie znaczy, że godzinami siedzę w sklepach. Wprost przeciwnie.

Jacek nie zgadza się też z tendencją, która każdy przejaw ludzkiej aktywności każe traktować jako towar. Przecież pewne wartości, jak na przykład relacje międzyludzkie, nie są mierzalne i nie da się ich wycenić i sprzedać. – Wolałbym przygotować posiłek razem z rodziną, niż zamówić pizzę. Konsumeryzm jest nieludzki. Dla gospodarki byłoby najlepiej, gdybym mieszkał daleko od pracy, dojeżdżał samochodem, kupował benzynę, jadł na mieście. A ja nie chcę tak żyć.

 

Czy możemy chcieć mniej? Jak rodzi się sprzeciw?

Według Jacka to kwestia wychowania i wrażliwości społecznej. – Jak byłem młodszy, interesowałem się, dlaczego ludzie protestują, dużo o tym czytałem. I coraz bardziej zacieśniał się krąg znajomych o podobnych poglądach. Nie twierdzę, że wszyscy powinni być ascetami. Jeżeli ktoś chce więcej posiadać, ma do tego prawo. Ale powinien dokonać tego wyboru świadomie, a nie pod presją reklamy czy mediów.

Mika mówi, że jest dzieckiem raju. Urodziła się w bogatym społeczeństwie, które przez 200 lat żyło w pokoju i budowało dobrobyt. Jej rodzina była wielopokoleniowa, co jest bardzo nietypowe w Szwecji – babcia ze strony mamy (przeżyła o 50 lat dziadka Erika Axela Karlfeldta, laureata literackiej Nagrody Nobla) mieszkała w rodzinnym domu aż do śmierci. Opowiadała wnuczce o swoim życiu. O tym, jak pracowała od siódmego roku życia – trzy dni chodziła do szkoły, trzy do pracy, a jeden dzień miała wolny. O tym, jak przyjechała ze wsi do stolicy, żeby pracować u bogatych ludzi, i jak spotkała dziadka poetę.

Te opowieści były dla Miki bardzo kształcące. Sama nigdy nie doświadczyła prawdziwej biedy, choć jej rodzice raz mieli pieniądze, raz nie. Pamięta ubrania otrzymywane z darów, oklejone meble do sprzedaży za długi i rozpacz mamy. W latach studenckich miała trzy zasady oszczędzania: Nie rozmawiać z budki telefonicznej, bo z domu taniej. Nie jeździć tramwajem, tylko rowerem albo chodzić pieszo. Masło i ser na chlebie tylko w sobotę. Ale nie cierpiała z tego powodu.

– Nigdy nie lubiłam przesiadywać w drogich restauracjach czy klubach. Najbardziej cieszyło mnie i cieszy do dziś, gdy siedzę na ławce i przyglądam się ludziom. Ja to uwielbiam. Wyobrażam sobie, co myślą, robią, jak żyją.

Ukształtowały ją dwa bardzo głębokie doświadczenia. Pierwsze: Jako dziennikarka szwedzkiego dziennika ma napisać cykl artykułów na temat komputeryzacji przemysłu włókienniczego. Jedzie do fabryki w małym miasteczku, gdzie spotyka robotnicę, z którą potem przez lata utrzymuje kontakt.

– To był człowiek, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Parę lat później owa kobieta zadzwoniła do mnie już ze Sztokholmu, gdzie pracowała jako salowa w prywatnym szpitalu. Nigdy nie zapomnę jej słów: „Wiesz, Mika, co ja odkryłam w tym szpitalu? Że im więcej ludzie mają, tym większy ogarnia ich lęk. Boją się złodziei, kłótni w rodzinie o majątek po swojej śmierci. Im mniej posiadają, tym są łagodniejsi i pogodniejsi”. Ona zawsze tęskniła za lepszymi warunkami życia – opowiada Mika – a kiedy poznała lepiej sytuowanych ludzi, zobaczyła, że są nieszczęśliwi! To było jej wielkie odkrycie, które z kolei stało się i moim odkryciem. Powiedziałam sobie: Zapamiętaj, co ona mówi, bo to są mądre słowa o tym, jak żyć. I rzeczywiście te słowa towarzyszą mi do dziś.

I doświadczenie drugie: Rok 1981, Mika jest w Polsce korespondentką szwedzkiego radia i telewizji. Pewnego wieczoru nagle traci przytomność. Szpital, badania i diagnoza: rak mózgu. Wraca do Szwecji. W oczekiwaniu na tomografię komputerową przez 11 dni żyje w przekonaniu, że zostało jej niewiele czasu. Bliscy rozpaczają. To ona musi ich pocieszać. Po głowie tłuką się pytania: Czy byłaś sobą? Czy oddałaś się całkowicie miłości?

– Coś z samego środka mnie żądało odpowiedzi. Tylko na te dwa pytania. Reszta nie miała znaczenia. I kiedy później okazało się, że diagnoza była błędna i jestem zdrowa, wszystko mi się przewartościowało. Od tego momentu wiem, że kiedy mam gdzie spać i co jeść, powinnam zajmować się innymi sprawami, bo tam dopiero jest prawdziwe życie. Jestem też absolutnie przekonana, że kiedy człowiek podsumowuje swoje życie, wszystko jedno, czy ma na to dużo czasu, czy sekundę, to nie zastanawia się, czy ma nazwisko, czy jest bogaty, czy budził respekt, czy ludzie mu się w pas kłaniali, tylko zadaje sobie pytanie, czy był wierny sobie, czy miał odwagę słuchać swojego wewnętrznego głosu, nawet gdy inni uważali go za głupca i się z niego śmiali. I czy miał odwagę wybrać miłość.

Sztuka rezygnacji

To było tak silne doświadczenie, że stało się dla niej lekcją na całe życie. Największym owocem tej lekcji jest syn Jón, którego urodziła kilkanaście miesięcy później.

Odtąd praktykuje nieustannie sztukę rezygnacji. Kiedy Jón poszedł do szkoły, wybrała pół etatu, żeby być z nim co drugi dzień (wychowywała go samotnie). Postanowiła też, że dopóki on sam nie dorośnie na tyle, by zdecydować inaczej, nie będzie mu kupować nowych ubrań, tylko używane. A kiedy już dorósł, decydował: „Mamo, kup mi lepiej książkę, nie obchodzi mnie, co ludzie powiedzą”. Kiedy jako nastolatek dostał grant od państwa (w Szwecji ucząca się młodzież otrzymuje pieniądze na życie), Mika odbyła z nim poważną rozmowę na temat partycypowania w kosztach utrzymania.

Można zniszczyć dziecko, dając mu za dużo, bo ono będzie przekonane, że wszystko dostanie jak na talerzu. Jeśli chcemy przygotować je do życia, musimy mu pokazać, że tak nie będzie. Byłam w uprzywilejowanej sytuacji pod względem finansowym, więc tym bardziej musiałam chronić syna przed taką postawą. Teraz widzę tego niesamowite efekty. Ma 27 lat, zarabia duże pieniądze, a mimo to potrafi żyć oszczędnie.

Pod koniec lat 90. zrezygnowała z propozycji bardzo intratnej pracy. Wszyscy wokół radzili, żeby ją przyjęła, bo to dałoby jej gwarancję życia na wysokim poziomie. Ona sama myślała podobnie: „Pięć lat ostrej pracy i urządzę się na całe życie”. Jón miał wówczas jednak 14 lat i wymagał jej obecności. Doszła więc do wniosku, że to nie dla niej.

Kolejna rezygnacja: W listopadzie 2007 roku kończy pracę w ambasadzie, ale nie szuka nowej, choć jej emerytura do 65. roku życia jest mniejsza niż stypendium studenta. Decyzję podejmuje bardzo świadomie: – Wiedziałam, że umiem żyć za bardzo małe pieniądze. Ale byłam też ciekawa, czy umiem nic nie robić. Bo przecież się starzeję i na pewno przyjdzie dzień, w którym moje ciało odmówi posłuszeństwa. Czy ten stan obudzi we mnie lęk? Sprawdzenie tego, czy umiem żyć w spokoju, było dla mnie wielkim wy-zwaniem. Umiem. Wymagało to jednak nie lada samoograniczenia.

Mika ogranicza teraz kontakty z synem. Nie chce go sobą przytłaczać, hamować w rozwoju. On ma iść swoją drogą.

Co daje samoograniczenie?

Mika: – Przede wszystkim spokój. Harmonię. Świadome życie. Wiedzę, gdzie leży granica, za którą nie kontroluje się przedmiotów, tylko one nas kontrolują. Przekonanie, że wartość człowieka nie jest zależna od tego, ile się posiada.

Jacek: – Satysfakcję, że jestem w porządku wobec innych i naszej planety.

Antropolożka Joanna Tokarska-Bakir w jednym z wywiadów dla „Zwierciadła” trafnie uchwyciła sedno samoograniczania: – To droga, w której mamy na oku dobro większe niż tylko nasze własne. I dodała: – W ogóle doradzałabym przyglądanie się temu, co jest większe ode mnie i czego jestem częścią, i żyłabym z tym w zgodzie.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Psychologia

Lęk przed porażką - pokonaj go w 20 krokach

Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Lęk przed porażką potrafi być dokuczliwy. Zdarza się, że uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Okazuje się jednak, że można go oswoić.

Hans Morschitzky, austriacki psycholog i psychoterapeuta, opracował program 20 kroków, które pomogą ci zdobyć umiejętności lepszego obchodzenia się ze strachem przed niepowodzeniem. Zwróć uwagę na te, które w szczególności ciebie dotyczą. Jeśli w którymś punkcie zobaczysz głębszy problem, z którym nie jesteś w stanie się zmierzyć, zastanów się, czy nie potrzebujesz pomocy specjalisty. Uświadomienie sobie tego, to już jest coś. Program ten może sprawić, że spojrzysz na swoje problemy z innego punktu widzenia.

Krok 1 - Nie myśl i nie mów „muszę”, myśl i mów „chcę”

W ten sposób zwiększysz swoją motywację do działania. Motywuj się atrakcyjnymi celami. Łatwiej osiągniesz sukces, kierując się wewnętrznymi potrzebami. Gdy motywacja do dokonania czegoś wypływa z nas samych, rozczarowania i niepowodzenia nie są w stanie odciągnąć nas od wyznaczonego celu. Jesteśmy silniejsi.

Krok 2 - Lęk przed porażką zamień na nadzieję na sukces

Zaprogramuj się na sukces. Jest różnica w nastawieniu się na uniknięcie porażki a na dążeniu do sukcesu. Nie myśl jednak o nim ciągle, skup się na bieżących zadaniach. W ten sposób w swojej podświadomości skrócisz drogę do zwycięstwa.

Krok 3 - Stawiaj sobie realistyczne cele

Do sukcesu dochodź stopniowo. Wyznaczaj sobie małe odcinki do pokonania. Planując sobie cele nierzeczywiste, tylko prowokujesz porażkę.

Krok 4 - Formułuj pozytywne cele

Mów to, co chcesz, a nie to czego nie chcesz. Jeśli mówisz sobie: „Nie chcę myśleć o różowym słoniu”, widzisz ich całe stado. W naszej głowie powstają obrazy, które działają na nasze ciało. Ograniczaj słowo „nie”. Nie myśl: „Żebym się tylko nie zdenerwowała”, raczej „Będę spokojna”.

Krok 5  - Wizualizuj swój sukces

Nie ma w tym żadnej magii, to trening mentalny. Jeśli będziesz wyobrażała sobie, że zdasz egzamin, myśli te skłonią cię do uczenia się. Katastroficzne wizje tylko paraliżują.

Krok 6 - Żyj tu i teraz

Nie marnuj chwili. Skoncentruj się na tym, co aktualnie robisz. Nie myśl o kilku rzeczach jednocześnie. Zrezygnuj zwłaszcza z negatywnych myśli o przeszłości i przyszłości.

Krok 7  - Skoncentruj się na zadaniu i na sobie

Zastanów się, co cię rozprasza i wyeliminuj ten czynnik. Może inni ludzie, może nadmiar zadań. Ważniejsze jest to, co wewnętrzne, niż to co zewnętrzne. Bądź sobą, nie stój „obok siebie”, bo wtedy tracisz „lekkość istnienia”. Pozwól, żeby twoje działania cię pochłonęły. Takie stany „przepływu” sprawiają, że nasze myśli i uczucia stanowią jedność i popychają nas do skutecznego działania. Jesteśmy efektywni.

Krok 8- Działaj w sposób celowy

Zaplanuj sobie konkretne czynności, stwórz program działań. Wystrzegaj się pustych deklaracji i nieskoordynowanych ruchów. Rozpoczynaj od tego, co cię najbardziej inspiruje i sprawia przyjemność. Nagradzaj się za wykonane zadania.

Krok 9 - Pamiętaj o swoich sukcesach, nie porażkach

Rozpamiętywanie tych ostatnich do niczego dobrego cię nie doprowadzi, a na pewno nie do zwycięstwa. Wyświetlaj sobie wewnętrzny film o swoich osiągnięciach. Zastanawiaj się, dlaczego tak świetnie sobie wtedy poradziłaś, przywołaj smak sukcesu. Włączaj tą kasetę, gdy skrada się lęk przed porażką.

Krok 10 - Przyjmij, że możesz popełnić błąd

Na błędach można się uczyć. Staraj się je traktować z humorem. Błędy i porażki można potraktować jak stopnie, po których się wspinasz. Wykaż tolerancję na lęk przed niepowodzeniem. Oswój go, a nie będzie taki groźny. Energię lęku można wykorzystać do sensownych przemian. Wtedy przestaje paraliżować i można się skupić na celach.

Krok 11 - Umocnij swoje poczucie własnej wartości

To jest klucz do każdego sukcesu. Miej wiarę w swoje umiejętności. Zaprzyjaźnij się ze sobą. Zaknebluj wewnętrznego krytyka. Gdy tego nie zrobisz, będziesz podatna na krytykę otoczenia. Naucz się doceniać samego siebie. Może pewnych rzeczy nie potrafisz robić, nie we wszystkim jesteś dobra, ale każdy nosi w sobie możliwości rozwoju. Co potrafisz robić dobrze, jakie umiejętności posiadasz, co stanowi o wartości twojej osoby?

Krok 12 - Działaj zamiast narzekać

Bądź aktywna, kształtuj swoje życie. Ważne jest, jak traktujesz codzienne zadania. Czy wierzysz, że masz nad nimi kontrolę? Pamiętaj, że zawsze masz wybór. Można zostać ale można też odejść. Nie podporządkowuj się zbiegom okoliczności, nie chowaj się za rolą ofiary. Jeżeli myślisz, że życie byłoby piękne, gdyby nie okoliczności, zmień takie myślenie, bo ono do niczego nie doprowadzi. Zacznij zmieniać najpierw to, co niezbędne. Rozwiń w sobie odwagę, by zacząć od nowa.

Krok 13 -Dodawaj sobie otuchy

Prowadź ze sobą pozytywny wewnętrzny dialog, zachęcaj samego siebie. Nie dołuj się, nie besztaj. Rozmawiaj ze sobą w taki sposób, w jaki chciałbyś żeby inni ludzie z tobą rozmawiali. Prowadź ze sobą rozmowy miłe i budujące. Potraktuj siebie jako najważniejszego partnera do rozmów. Dialogi wewnętrzne dają sprawność umysłową.

Krok 14 - Zmierz się ze swoim lękiem

Nie uciekaj przed tym, co cię obciąża. Wyobraź sobie, co by było, gdyby stało się to najgorsze. Zastanów się, na ile jest to prawdopodobne. Przeanalizuj jak „tu i teraz” można uniknąć katastrofy, zminimalizować ryzyko. Spróbuj racjonalizować lęk. Gdy nadal cię paraliżuje, poddaj mu się. Twoja akceptacja odbierze lękowi całą władzę, ponieważ przestaniesz się już go bać. Skup się na chwilowych odczuciach, symptomach strachu, a zobaczysz że słabną. Od konfrontacji przejdź do komunikacji. Porozmawiaj z lękiem. Podziękuj mu, że doprowadził cię do tego punktu i zakomunikuj, że już nie odciągnie cię od zamierzonych celów.

Krok 15 - Dbaj o szczerość

Bądź autentyczna, spontaniczna. Nie graj przed sobą i innymi nieprawdziwej roli. To odbiera siły.

Krok 16 - Zachowaj właściwe proporcje między pracą a odpoczynkiem.

Tylko w ten sposób będziesz wydajna. Nieprzerwana praca wyniszcza. Wypracuj sobie rytm życia i dokonywania czegoś, który jest dla ciebie dobry. Oscyluj regularnie między napięciem a odprężeniem.

Krok 17 - Naucz się odprężać fizycznie

Wybierz coś dla siebie z technik relaksacyjnych. Skutkiem takich ćwiczeń powinna być umiejętność pozbywania się napięcia, eliminowania czynników wywołujących stres. Jeśli jesteś odprężona, lęk nie ma do ciebie łatwego dostępu.

Krok 18 - Zrezygnuj z nadmiernych aspiracji

Unikaj przerostu ambicji i ustawiania poprzeczki za wysoko. W przeciwnym razie dopadnie cię syndrom wypalenia zawodowego.

Krok 19 - Kieruj się zdrowym egoizmem

Nie staraj się być odpowiedzialna za wszystkich i za wszystko. Pomagaj innym ludziom, ale pamiętaj, że to oni sami odpowiadają za swoje postępowanie. Zatroszcz się o swoje własne zadania.

Krok 20 - Popracuj nad umiejętnościami społecznymi

Umiejętność autoprezentacji i asertywność to ważne cechy. Naucz się umiejętnie eksponować swoje kompetencje. Nie sprzedawaj siebie poniżej swojej wartości.

 

  1. Psychologia

Najlepsze rada to... autorada

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wszyscy jesteśmy ekspertami! Jeśli chodzi o wychowanie cudzych dzieci, postępowanie z mężem i kłopoty z teściową – doradzamy jak z nut. A czy sami radzi rad słuchamy?

Dobra rada zawsze w cenie? Bynajmniej. Któż z nas nie udzielił choć raz światłej wskazówki, która – jak najbardziej racjonalna – trafiła kulą w płot? Albo sam nie otrzymał porady, która zamiast pomóc jedynie zirytowała? Dlaczego tak się dzieje?

Bo rada to skomplikowane zjawisko. Jest pięknym darem – ale dla siebie. Nie od każdego chcemy ją przyjąć. Nie zawsze umiemy się przed nią bronić. Porad chętnie słuchamy, jeszcze chętniej ich udzielamy, a ciąg dalszy następuje... tak jak miał nastąpić.

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. Jaka szkoda! To jedna z większych przyjemności! Dlatego... poniżej kilka bardzo dobrych rad o poradnictwie dnia codziennego.

Rad udzielamy, bo...

Zwykle jesteśmy samozwańczymi specjalistami w trzech kwestiach: wychowania dzieci, prowadzenia domu i postępowania z ludźmi. Na tym zna się prawie każdy, niemal wszystkich bardzo to interesuje i większość chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Nie jest to złe, bo nawet jedna z bardzo prostych metod terapeutycznych dotyczących rozwiązywania problemów polega właśnie na wyjściu ze swojej roli. Pacjent zamienia się w doradcę – prosi się go, żeby powiedział, co doradziłby obcej osobie w takiej samej sytuacji, w jakiej on się znajduje. Bo w teorii, wszyscy wiemy, co robić. Tyle że rady w kwestii dzieci, partnera, rodziny czy miłości rzadko skutkują, bo nikt nie skorzysta z racjonalnych argumentów tam, gdzie rządzą uczucia.

Po co więc radzimy ludziom? Chciałoby się odpowiedzieć, że chcemy im pomóc, ale to nieprawda. Jak większość rzeczy w życiu, robimy to dla siebie:

  • Uważamy, że skoro przeżyliśmy coś na własnej skórze, wiemy o problemie wszystko.
  • Lubimy się popisywać zdrowym rozsądkiem, pragmatyzmem i racjonalnym myśleniem.
  • Poprawiamy sobie samopoczucie. Postrzegamy siebie jako empatyczne i życzliwe osoby. Udzielanie rad jest znacznie łatwiejsze niż udzielanie pomocy. A jaką daje przyjemność!
  • Próbujemy pokazać, jak wspaniale radzimy sobie z życiem: „Ja bym sobie nie pozwolił na takie traktowanie”. „Od razu bym jej powiedziała, że…”. I tak pod pozorem udzielania rady, kreujemy własny mit.
To podświadomy lub czasem świadomy wstęp do naruszenia dobrych relacji, bo kiedy udzielamy komuś rady, wydaje się nam, że mamy prawo zapytać, czy z niej skorzystał, a jeśli nie – poczuć się tym urażeni. „Jak to? To ja ci poświęciłem tyle mojego czasu i uwagi, a ty zrobiłeś po swojemu? Już nigdy nic ci nie będę radzić, skoro wcale mnie nie słuchasz”.

Kompensuje własne porażki: „Ja bym takiemu głupiemu szefowi od razu powiedział… Szybko zrobiłbym z tym porządek”. To typowe rady osób, które słabo radzą sobie z rozwiązywaniem problemów i chcą pofantazjować, jak by to było, gdyby…

Kogo (ewentualnie) słuchamy?

Specjalisty. Rada terapeuty, chociaż merytorycznie identyczna jak rada sąsiadki czy koleżanki z portalu internetowego, ma zdecydowanie większą moc oddziaływania. Z jednej strony działa tu magia autorytetu – potwierdzonego dyplomem! Z drugiej – fakt, że profesjonalista nigdy nie ocenia. Jego rady nie mają zabarwienia emocjonalnego („Jak to? To ty nie umiesz zrobić takiej prostej rzeczy?!”). On niczemu się nie dziwi i na tym również polega jego wielka siła oddziaływania. Ponadto zamiast wypowiadać mentorskie opinie, zadaje pytania, za pomocą których zmusza pacjenta do autorefleksji: „Jak zamierza pani sobie z tym poradzić? Jakie działania chce pan podjąć?”. Terapeuta wie, że człowiek nie skorzysta z żadnej rady, nawet najrozsądniejszej, jeśli będzie niezgodna z tym, co pacjent sam chce zrobić, na co ma gotowość i rezerwy psychiczne. Wreszcie – terapeuta nie ma pretensji, że jego rady nie zostały wdrożone w życie. Zapyta tylko „dlaczego”, ale nie obrazi się na pacjenta. To sprawia, że tak naprawdę potrzebujemy rad od osób, które uznajemy za kompetentne.

A co oprócz dyplomu terapeuty czy psychologa czyni ludzi bardziej kompetentnymi? Odniesiony sukces! Znani twórcy, artyści, biznesmeni są wciąż proszeni o to, żeby zdradzili, jakimi czarodziejskimi metodami udało im się zrobić tak wielką karierę. Człowiek sukcesu, gdy udziela rady, ma podobną pozycję do licencjonowanego terapeuty. Jego wskazówek słuchamy z nabożnym zainteresowaniem i zdajemy się nie zauważać, że są one zawsze takie same i koncentrują się wokół słów „pracowitość” i „upór”. Ludzie sukcesu udzielają czasem także rad w dziedzinach bardzo odległych od obszaru ich działania. Porady gwiazd dotyczące tego, jak gotować, jak się ubierać... są traktowane bardzo serio. Bo z radami jest jak ze wszystkim w życiu: ważniejsze od tego, co się mówi, jest to, kto to mówi.

Rad nie chcemy?

Osobny temat to rady, których ktoś ci udziela, choć wcale go o to nie prosisz. Tych nigdy się nie uniknie. I nieważne, czy zrobi to osoba ci bliska czy zupełnie obca. Zawsze znajdzie się taka, która znienacka cię nimi draśnie i wytrąci z równowagi. Lecz to jest tak, że im bardziej czyjaś rada cię ubodła, tym bardziej warto jej się przyjrzeć.

Jeśli poczułeś się czymś urażony, dotknięty lub obrażony, to znaczy, że bardzo niepewnie czujesz się w poruszonym temacie. Coś jest na rzeczy. Twoje poczucie wartości zostało nadszarpnięte? Można to wykorzystać jako bodziec do wzmocnienia swojej pozycji ojca, matki, pracownika… Bo jeśli będziesz pewny siebie, to żadna rada, nawet najbardziej złośliwa, np. „masz takie krótkie nogi, że odradzałabym ci ten fason spodni” – cię nie urazi.

Jak postępować z cudzymi radami?

  • Traktuj nawet te nachalne jako swoistą ciekawostkę: „Nigdy o tym nie pomyślałem. To interesujące”.
  • Postaraj się nie odbierać ich jako ataku na siebie. Często ktoś mówi coś w dobrej wierze, po prostu po to, żeby nawiązać z tobą kontakt.
  • Zadawaj pytania, jakbyś był tym co słyszysz bardzo zainteresowany. „Naprawdę? I pani tak to robi?”.
  • Pochwal „doradzacza”. Zrobisz dobry uczynek. Powiedz: „Dziękuję, że mi to poradziłeś”, i nie dodawaj, że z rady nie skorzystasz.
  • Podziękuj – na przykład obcej osobie na ulicy, która mówi ci, jak uciszyć dziecko. „Dziękuję bardzo, przemyślę to”. Poprawisz sobie humor, bo nie wytrąciła cię z równowagi.
  • Nie reaguj agresją, bo to bardzo wyczerpuje emocjonalnie. Nie mów: „Jak jesteś taki mądry, to sam to zrób”, Niech pani się nie wtrąca, to nie pani sprawa.
  • Nie generalizuj, nie wyciągaj pochopnych wniosków: „Mówisz mi, jak mam się zwracać do własnego dziecka?! Uważasz, że jestem złą mamą?”.
  • Nie daj się sprowokować i wciągnąć w konflikt. Nie komentuj: „To idiotyczne, co mówisz”.

Dobrze mówisz, ale ja...

Ktoś otwarcie prosi o radę. Co robić? Nastawić się na odbiór. Zwykle rzadko chodzi rzeczywiście o podanie konkretnej wskazówki. To raczej prośba o wysłuchanie, o zainteresowanie problemem. Samej rady najlepiej nie udzielać, bo często bywa narzędziem... manipulacji.

Amerykański psychiatra Eric Berne, autor kultowej książki „W co grają ludzie”, wiele miejsca poświęca w niej radom. W grze o nazwie „Dlaczego ty nie – tak, ale...” gracz opowiada ci o swoim problemie, który może dotyczyć np. uciążliwego sąsiada. Ty słuchasz i jako osoba empatyczna, wrażliwa rozumiesz, na jakie przykrości jest narażony. Zwyczajnie, po ludzku chcesz mu pomóc. W dobrej wierze udzielasz więc rady: „Może zgłoś to na policję?”. Wtedy słyszysz argument, że twoja rada jest nietrafiona, np. „To wykluczone, jego brat pracuje na posterunku”. Jak większość ludzi nie poddajesz się jednak od razu i szukasz innego sposobu: „W takim razie…”.

Wytrawnymi graczami w „Dlaczego ty nie – tak, ale...” są osoby, które chciałyby zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Pytają szczupłych, jak oni to robią i… zbijają wszystkie ich wskazówki.

Cokolwiek zaproponujesz takiej osobie, twojej radzie zostanie przeciwstawiony argument nie do odparcia. Jeśli w porę się nie zorientujesz, będziesz z uporem szukać rozwiązania problemu, którego ten ktoś wcale nie chce rozwiązać. On tylko pragnie ci udowodnić, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Na tym właśnie polega wypłata gracza (nagroda emocjonalna).

Rada idealna…

…to taka, z której ktoś konstruktywnie skorzysta. Musi być dostosowana do wieku, aktualnych emocji, możliwości psychicznych i trafiać w głęboko ukryte motywy osoby, której jej się udziela. Bo tylko ona ma pełen ogląd sytuacji i to ona sama musi sobie w większości przypadków (zwłaszcza w kwestii relacji) odpowiedzieć na pytanie: „co robić?”.

Ogranicz więc swoją rolę do aktywnego słuchania i zadawania pytań typu: „I co zamierzasz zrobić? Jak się do tego zabierzesz?”. W ten sposób naprowadzasz „potrzebującego” na właściwy trop, na rozwiązanie, jakie najbardziej mu pasuje i jest możliwe do realizacji.

Bo tajemnica rady idealnej tkwi w tym, że może nią być tylko autorada.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety zakochują się w żonatych mężczyznach?

Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety.
(Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Są kobiety, które zakochują się tylko w żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Moja przyjaciółka M. zakochiwała się wyłącznie w mężczyznach, którzy byli zajęci. Tłumaczyła, że to silniejsze od niej. A kiedy jeden z jej wybranków zdecydował się odejść od żony, pogoniła go, mówiąc, że już jej nie pociąga… Oczywiście, bo on ją interesował nie jako jej partner, tylko jako mężczyzna do zdobycia, i to mężczyzna należący do innej kobiety. Żeby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Pierwsza to poczucie wartości M. Opiera się ono na tym, że ten, kogo uda się jej zdobyć, jest nic niewart. Bo gdyby był coś wart, toby jej nie chciał. Dlatego wartościowy i atrakcyjny jest ten mężczyzna, którego musi zdobywać. Drugi aspekt to trójkąt rodzicielski. To istota całej sprawy. Zacznijmy od tego, że kiedy M. była dziewczynką, niedobrze się działo między państwem małżeństwem, czyli tatusiem a mamusią. Nie byli już ze sobą blisko, choć może kiedyś tak, a gdy pojawiła się córeczka, niespecjalnie się już nawet lubili. Oboje się od siebie oddalali, czuli zawód seksualny, żal i nic w tej sprawie nie robili. No i co się wtedy stało? To, co zazwyczaj w takiej sytuacji: dziecko płci żeńskiej stało się córeczką tatusia. M. rozumiała go lepiej niż żona, lepiej niż ona się z nim dogadywała. I tatuś miał poczucie, że jego córeczka to najsłodsza istota na świecie, która go kocha nad życie: „No, przynajmniej córkę mam dobrą, bo żona to mi się nie udała”, myślał.

Trochę tej dziewczynie zazdroszczę kontaktu z ojcem, a trochę czuję, że ta ich bliskość to jednak nadużycie… Jakiś jego rodzaj na pewno, choć nie musi dochodzić do żadnego molestowania. Córka jednak bardziej jest towarzyszką tatusia niż mamusia, i to nie jest naturalne. Matka jest oczywiście o córkę zazdrosna. To jest aż nudne dla mnie jako dla terapeutki, bo wciąż to muszę powtarzać, ale powtarzam, bo wiem, jakie to niezwykle ważne dla ludzi, którzy tego doświadczają. Otóż ta mamusia nie kocha córki, bo nie kocha samej siebie, a przecież córka to mała ona. I dlatego zawodzi męża, bo jeśli nie kocha siebie, to czuje się niepewnie, wstydzi się, nie lubi swojego ciała, a więc i unika seksu. Jest więc mamusia takiej dziewczynki niespełniona jako kobieta, a i jej mąż – niespełniony jako mężczyzna.

No ale wracając do córeczki: ponieważ mama jej nie lubi, to tym bardziej ona lgnie do tatusia. Tatuś tym bardziej czuje, że to córeczka jest jego, a nie żona. A więc tworzy się w głowie dziewczynki taki oto wzór: mama jest żoną tatusia, ale nie całkiem są razem, nie ma między nimi więzi. A więc córka chciałaby, żeby mamusi nie było i żeby tatuś był jej. Ale przecież nie byłoby dla niej dobre, gdyby mamusi w ogóle nie było, bo mamusia jest jej potrzebna. Ba! Tatusiowi też jest potrzebna, żeby był dom.

No i mamy grecką tragedię… Dziewczynka wyrasta w poczuciu, że tatuś nie jest jednak do zdobycia. Uczy się więc, że mężczyzna, który jest jej najbliższy, nie jest jej. A jednocześnie nie może zaakceptować też tego, że tatuś jest mamusi. Mogłaby to zaakceptować, gdyby rodzice się kochali i wychowywali ją jak dziecko, a nie jak zastępczą partnerkę tatusia. Ta dziewczyna nie może mieć też do końca poczucia, że identyfikuje się z kobiecością, bo to można dostać tylko od matki. A ona tego od matki nie dostaje. Liczy więc, że koronę królowej da jej mężczyzna, którego zabierze innej kobiecie. No i teraz wróćmy do M. Zabrała tego pana innej pani i w tym momencie przestał być dla niej ważny. Bo tatuś nie może być jej partnerem. To byłoby kazirodztwo. Nie o to też chodzi, żeby go mieć, tylko żeby go zdobywać. No bo na czym miałoby polegać zdobycie tatusia w rodzinie?

Mamusia powiedziałaby: „Dobrze, córuś, tatuś jest twój”. Dopiero byłoby dziwnie. Ponieważ córka poczułaby się przeciążona, a ponadto zdradzona i przez matkę, i przez ojca. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. A więc nie może jej się udać tego faceta zdobyć, bo nawet nie byłoby wiadomo, co z tym zrobić. Poza tym ta kobieta, która jest z tym mężczyzną, jest jej matką. Więc córka chce z nią wygrać tylko trochę, żeby się poczuć lepiej. Bo czuje się źle. Matka jej nie traktuje jak córki, ojciec też, bo zastępuje nią żonę, z którą jednak nadal jest, więc córki nie wybiera. Córka nie jest zatem sobą, nie jest po prostu dzieckiem. Gdyby wygrała z matką, spadłby na nią cały ciężar tej sytuacji. A ona tego nie udźwignie, bo przecież jest niedojrzała, niepewna siebie. Nikt jej nie nauczył, jak to jest być zadowoloną z siebie.

Więc romans z żonatym może być fajny, ale tylko jako romans? Tak, bo ona sobie udowadnia, że jakiś mężczyzna dla niej zdradza żonę. I właśnie: moim zdaniem chodzi o to, że on zdradza, a nie, że zostawia żonę. A więc on woli ją. Nie chodzi nawet o seks z nim, ale o to, że ten mężczyzna jej pragnie. Ponieważ tatuś nie pragnął mamusi, a jej nie mógł pragnąć. Chodzi o to, że dziewczyna czuje, że w jakimś małżeństwie źle się dzieje, bo tatuś nie pragnie mamusi, swej żony, ma więc pragnąć jej. A nawet odwrotnie – ponieważ żonaty mężczyzna jest na nią łasy, to oznacza, że w jego relacji z żoną jest kiepsko i ona ma nawet obowiązek go ratować!

A czy M. i podobne do niej kobiety nie są seksolubne? One wabią mężczyznę seksem, bo to jest ich sposób na to, by zbudować z nim relację, która ma być ważniejsza niż inne. Co więcej, dla tych mężczyzn, których M. sobie wybiera, seksualne wabienie jest szczególnie atrakcyjne, bo ich żony seksualnie atrakcyjne nie są lub przestały być. Mężczyzna nie potrafi rozbudzić seksualnie żony, bo nie umie poradzić sobie z jej chłodem, lękiem itd. Albo nie chce, bo związał się z taką kobietą, by nie musieć być wydolny seksualnie na takim poziomie, który zaspokoi dorosłą kobietę. M. łatwo go sobą zainteresuje, ponieważ dorosłą, wymagającą kobietą nie jest. Chce adoracji, musi być uwodzicielką, lolitką. Naprawdę chce ojca i matki, ale nie dostała tego od własnych rodziców, więc przynajmniej dostaje uwagę od kolejnego cudzego męża. Sprawdza się jako upragniona kobieta wcześniej niż jako kochane dziecko. Mężczyźni lecą na te dziewczyny, które im obiecują załatwienie ich własnych, niedojrzałych interesów.

A jak powinna się zachować mądra żona, kiedy taka kobieta szkodnik pojawi się w jej domu? Mądra kobieta powinna być dla niej dobra. To jest najbardziej lecznicze, bo tej dziewczynie potrzebna jest akceptująca matka. Gdy żona jest dobra, dla mężczyzny przestaje to być przygoda na boku. Poza tym zaczyna widzieć, kim ta dziewczyna naprawdę jest: dzieckiem. Ale to trudne dla małżonki, która czuje się nieatrakcyjna, której się wydaje, że wyższość dziewczyny tkwi w tym, że jest młodsza. A tak naprawdę atrakcyjność dziewczyny dziecka tkwi w tym, że ten mężczyzna jest dla niej arcyważny. No bo któż jest tak ważny jak tatuś, którego można w końcu zdobyć.

Powiedzmy, że żonie uda się nie widzieć w niej modliszki, ale dziecko, i wejdzie w rolę ciepłej pseudomatki… Da wtedy tej dziewczynie coś nieoczekiwanego, co ją rozbroi. Bo – paradoksalnie – ona zwraca uwagę na jej męża właśnie w tym celu, żeby ta kobieta ją zaakceptowała. Czyli po to wchodzi w relacje z ojcem, by pokazać matce: „Nie mogę dostać się do ciebie, przyjdź do mnie. Jestem bardzo samotna”. Od tak zwanych sprytnych kobiet słyszałam pozornie podobną radę: „Zaprzyjaźnij się z jego flamą, a on ją zostawi”, ale to manipulacja. Ja mówię o czymś prawdziwym, czyli o zupełnie innej motywacji do pozornie podobnego działania. A więc jeśli wokół twojego męża kręci się małe dziecko, to się nim zajmij. Zabierz je na zakupy, na kawę, na damskie pogaduchy, powiedz, że ją rozumiesz, porozmawiaj o jej rodzicach, pomóż znaleźć terapeutę. Opowiedz o tym mężowi, niech on też wie, że to naprawdę dziecko i że nie jest fajnie być pedofilem. Dla żony to trudne, ale może mieć z takiej relacji sporą satysfakcję. To jednak wymaga świadomości. A musimy tu sobie powiedzieć, że postacie z tych historii są nieświadome, czemu robią to, co robią. Najsilniej kieruje nami to, co najbardziej ukryte. Zatem im więcej się odsłoni, tym mniej to niebezpieczne.

Czyli nie zabraniać, nie kłócić się… Tylko czy ta dobroć jest bezpieczna? Czy okazja nie czyni złodzieja? Czyni. Zajmij się nią, ale nie tak, żeby on z nią bywał. No i nie zrób z tego trójkąta. Wtedy to krzywda dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, bo to dziecko bedzie z obu stron nadużyte – i przez pseudomatkę, i przez pseudoojca. Oczywiście, zachowanie żony nie determinuje tego, co zrobi mąż, choć może bardzo na to wpłynąć.

A co powinien zrobić? Najlepiej, gdyby postąpił tak jak bohater filmu „American Beauty”. Mamy tam sytuację: słaby facet, odrzucony przez romansującą żonę, lokuje swoje uczucia w dziecku, na szczęście nie w córce, tylko w jej koleżance. Ta koleżanka to nimfetka, czyli osóbka udająca, że jest doświadczona w sypianiu z panami. Uwodzi więc Kevina, który stara się na nią ciągle niby to przypadkiem wpadać, śni nawet o niej. I w końcu są tylko we dwoje. Ona jak najbardziej zgadza się mu oddać, chciałaby, żeby ktoś ją w końcu rozdziewiczył, a wie, że ten facet ją uwielbia. Ale też się straszliwie boi. I co on robi? Nie korzysta z okazji, ale mówi najwspanialsze słowa: Jesteś cudowna, pragnę cię, gdybym tylko mógł to zrobić, tobym to zrobił i byłbym szczęśliwy. Ale tego nie zrobię, właśnie dlatego, że jesteś taka wspaniała, że cię uwielbiam... Ona dostaje więc to, co jest jej naprawdę potrzebne, a nie zostaje nadużyta. On jej daje to, co można dać potrzebującej, głodnej miłości dziewczynce. I zostawia ją jej procesowi dorastania.

Jeśli któraś z naszych czytelniczek pomyśli: „kurde, to o mnie”, to co powinna zrobić? Najlepiej pójść na terapię. Można spróbować pogadać z tatą, z mamą. Zobaczyć, jak oni dalej żyją... Podstawowym procesem wewnętrznym ma być zobaczenie rodziców jako pary. Czyli na przykład postawić sobie na komodzie ich zdjęcie ślubne, narysować ich jako parę, wyobrażać sobie ich razem idących za rękę. Wyobrażać ich sobie, jak byli młodzi i się w sobie zakochali, jak ze sobą spali. Jak bardzo chcieli ze sobą być, bo przecież istniał taki czas, kiedy byli sami, bez córki. A ona jest małą dziewczynką, która co najwyżej może trzymać ich za ręce. (To są zresztą dziewczyny, które jako dzieci nie leżały w łóżku między swoimi rodzicami. One rzadko chodziły z nimi razem do zoo, kina). To taki Hellingerowski sposób, żeby dziecko zobaczyło, że jest mniejsze od rodziców. A oni są razem, nawet jeśli się nie kochają teraz, to kiedyś uprawiali seks. Są parą i ich dziecko nic do tego nie ma. A jeśli się na to ich bycie razem porwie, będzie miało poczucie tragedii. Można się napawać poczuciem zemsty, ale na dobre to nam nie wychodzi.

Jeśli jesteś podobna do M., zastanów się: czy gdy ugania się za tobą wolny facet, to go lekceważysz, a ciągnie cię zawsze do mężów? Jeżeli tak, zastanów się, czy to dla ciebie dobre. Chcesz czegoś, co jest wbrew porządkowi. Mam nadzieję, że kobiety, które tak jak M. kilka razy zainteresują się zajętym mężczyzną, nasycą się tym, co wtedy dostają. One, tak jak każdy z nas, dobierają sobie partnerów, by zakończyć coś niezakończonego z rodzicami. Więc jeśli raz a dobrze zaspokoją potrzeby związane z trójkątem rodzinnym – a są chociaż trochę refleksyjne i przetwarzają swoje doświadczenia – choćby nieświadomie – znajdą swoje szczęście.

M. wyszła za mąż po trzydziestce za mężczyznę, który został sam z dwójką dzieci… A więc jest też i takie rozwiązanie… I dobrze, bo te dziewczyny mają często nieudane życie. Bywają pogotowiem seksualnym, hotelem dla mężczyzn, którzy skłócili się z żonami. Ale żaden z nich nie wiąże się z nimi na poważnie, bo wszyscy wiedzą, że to nie na stały związek. A jeśli znajdzie się taki, który pokocha, to dostanie w nos, tak jak przyjaciel M. Trochę żartobliwie powiem: opłaca się wchodzić w relacje z ludźmi, którzy już coś przeżyli i coś o sobie wiedzą. Samej też warto do tego dążyć…