1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Poczekać ze zjedzeniem cukierka. Kilka słów o samoograniczaniu

Poczekać ze zjedzeniem cukierka. Kilka słów o samoograniczaniu

Wydaje się, że samoograniczanie ma niewiele wspólnego z sukcesem. Co innego dowodzi jednak eksperyment z cukierkami, który wiele lat temu przeprowadzono w Ameryce. (Fot. iStock)
Wydaje się, że samoograniczanie ma niewiele wspólnego z sukcesem. Co innego dowodzi jednak eksperyment z cukierkami, który wiele lat temu przeprowadzono w Ameryce. (Fot. iStock)
Samoograniczanie to żaden masochizm. To szansa na to, abyśmy mogli cieszyć się z tego, co mamy – mówi trenerka rozwoju osobistego Ewa Zaremba.

Dlaczego tak trudno nam powściągnąć żądzę posiadania coraz większej liczby rzeczy?
Samoograniczanie ma duży związek z umiejętnością odkładania na później gratyfikacji. Jeżeli nie mamy tej umiejętności, może być nam trudno sobie czegoś odmówić. Jeśli natomiast potrafimy czekać z konsumowaniem nagrody, to nie tylko łatwiej będzie nam się samoograniczać, ale także może nam to zapewnić w przyszłości sukces.

Co ma piernik do wiatraka?
Wydaje się, że samoograniczanie ma niewiele wspólnego z sukcesem. Co innego dowodzą jednak badania, które wiele lat temu przeprowadzono w Ameryce. Do udziału w nich zaproszono dzieci. Powiedziano im: Każde z was ma dwa cukierki, możecie zjeść albo obydwa naraz, albo jednego teraz, a drugiego za pół godziny. Jeżeli zostawicie drugiego cukierka na później, to za te pół godziny dołożymy wam dwa. Dzieci były na tyle duże, że wiedziały, co znaczy pół godziny, potrafiły rozłożyć je sobie na osi czasu. Niektóre zjadały obydwa cukierki, inne moment zjedzenia drugiego odkładały. Po 20 latach zbadano sytuację tych ludzi i stwierdzono nieprawdopodobną wprost prawidłowość. Otóż okazało się, że te osoby, które jako dzieci potrafiły poczekać ze zjedzeniem drugiego cukierka, odniosły zdecydowanie większe sukcesy niż te, które zjadały wszystko od razu. Z tego doświadczenia płynie prosta lekcja – że samoograniczanie na dłuższą metę popłaca.

Co powoduje, że jedne dzieci potrafią odraczać przyjemność, a inne nie?
Wiele umiejętności dziedziczymy w genach. Badania pokazują, że coś takiego jak poziom odczuwania szczęścia dziedziczymy w 50 procentach. Podobnie jest z odkładaniem gratyfikacji.

To bardzo wygodne alibi: Nie umiemy się samoograniczać, bo tak mamy zapisane w genach.
Ale geny to tylko 50 procent i jednocześnie aż 50 procent możliwości do zmiany!

Co oprócz genów wpływa na naszą nadmierną chęć posiadania i gromadzenia? Pachnie mi to autosabotażem. Z 12 wzorców autosabotażu aż sześć dotyczy relacji człowieka z samym sobą lub z najbliższymi. Każda taka relacja przekłada się na jego stosunek do pieniędzy, przedmiotów, rzeczy.

Na przykład?
Wzorzec, który ja nazywam wzorcem porzucenia, czyli przekonanie, że wcześniej czy później ktoś nas porzuci, powstaje, kiedy ktoś wychowuje się w rodzinie niezaspokajającej jego potrzeb emocjonalnych, na przykład bliskości i miłości, a także kiedy doświadcza w dzieciństwie śmierci bliskiej osoby lub odejścia któregoś z rodziców. Takie przekonanie o tym, że zostaniemy porzuceni, przekłada się na nasze relacje z ludźmi, na stosunek do rzeczy i pieniędzy.

W jaki sposób?
Jako dorośli kurczowo trzymamy się każdego człowieka, a zarabiane pieniądze, rzeczy gromadzimy na czarną godzinę. Chcemy to wszystko mieć zamiast poczucia bliskości, bo te dobra nas nie opuszczą, tak jak w przeszłości zostawili nas rodzice. Albo zachowujemy się wprost przeciwnie – wydajemy wszystko, co mamy, na zasadzie: bo taki jest mój scenariusz, że pieniądze się mnie nie trzymają, po co więc oszczędzać.

W dłuższej perspektywie brak umiejętności samoograniczania nie wychodzi nam zatem na dobre. A w krótszej?
Też nie, bo zubaża nasz kontakt ze światem i innymi ludźmi. Im więcej posiadamy, tym mniej doceniamy to, co mamy. Ktoś trafnie porównał nasze współczesne życie do rejsu na „Titanicu”. Każdy walczy o lepsze miejsce, a za chwilę wszyscy utoniemy. Najlepszym przykładem tego, do czego może doprowadzić taka postawa, jest obecna sytuacja w Stanach. Rozpasana do granic konsumpcja, kredyty za minimalną cenę – i koniec ewidentny.

Ale my, Polacy, jesteśmy chyba jednak trochę usprawiedliwieni. Rekompensujemy sobie lata braków i biedy.
Zgadzam się, to odreagowywanie tamtych niedostatków. Kupujemy najdroższe ubrania, największe domy, najnowocześniejsze auta. Kiedy mój brat po latach przyjechał do Polski z Kanady, stwierdził, że nawet tam nie widział na ulicach takich modeli jaguarów. Ludzie chcą się tymi dobrami nasycić. Trzeba jednak pamiętać, że ten głód może być wiecznie niezaspokojony. Od czego tak naprawdę zależy sukces? Od wiedzy, stosowania konkretnych procedur, ale także od zdolności do odczuwania spełnienia, gdy już dotrzemy na szczyt. A co my na tym szczycie robimy? Rozglądamy się za następnym szczytem do zdobycia, zamiast postać, powdychać powietrze, popatrzeć, kto jeszcze tam dotarł albo co stamtąd widać. Samoograniczanie to żaden masochizm. To szansa na to, abyśmy mogli cieszyć się z tego, co mamy.

Ewa Zaremba, trenerka rozwoju osobistego i NLP, właścicielka i dyrektorka firmy Masters zajmującej się szkoleniami z zakresu szybkiego i efektywnego uczenia się, samodoskonalenia, rozwoju i motywacji. Prowadzi autorskie szkolenia i Akademię Life Masters.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wyślij swój umysł na detoks!

Problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. (Fot. iStock)
Problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. (Fot. iStock)
Myślenie procentuje, ale nieustanna analiza szkodzi. Według psychologa Rafaela Santandreu najwięcej dramatów rozgrywa się tylko w naszej głowie. Chcesz odzyskać równowagę? Spróbuj cieszyć się zarówno małymi, jak i wielkimi rzeczami i tym samym odzyskać wewnętrzny spokój. 

Skąd bierze się to, co opatrujemy etykietką „problem”? Czy to życie przynosi problemy? A może sami je tworzymy – a przynajmniej wyolbrzymiamy – naszą postawą, sposobem myślenia? Rafael Santandreu, hiszpański psycholog poznawczy, autor książki „Twój umysł na detoksie”, nie ma wątpliwości: problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. Jakie stosujesz kryteria? Jak wygląda twoja skala? I co, gdyby okazało się, że sama zatruwasz sobie życie?

Psychiczne tortury

Kiedy uda nam się zmienić sposób myślenia, będziemy zdolni cieszyć się małymi i wielkimi rzeczami, które niesie życie, będziemy potrafili mocniej kochać i pozwalać się kochać, zyskamy też więcej wewnętrznego spokoju – twierdzi Santandreu. Dlaczego myślenie? Dlaczego ta zmiana jest tak ważna? Bo w większości przypadków jesteśmy neurotyczni. Poddajemy samych siebie psychicznym torturom. Blokujemy naturalny przepływ życia lękami albo warunkami, jakie mu stawiamy. Podejmujemy decyzje w rodzaju: „Nie będę szczęśliwa, dopóki nie znajdę mężczyzny”. Albo: „Nie mogę żyć pełnią życia, bo jestem za niska”.

Już Epiktet zauważył, że dotyka nas nie to, co nam się przydarza, ale to, co mówimy sobie na ten temat. Pomiędzy zdarzeniem (na przykład utratą pracy) a emocją (wściekłość, rozpacz) jest nasze myślenie, interpretacja. Dialog wewnętrzny, który generuje takie, a nie inne samopoczucie. Zdaniem Rafaela Santandreu przypominamy maszyny oceniające. Wciąż sprawdzamy, czy dana okoliczność jest dla nas korzystna. Jeśli uznajemy, że nie, zaczynamy opierać się rzeczywistości, a nawet dramatyzować. I to właśnie ta „choroba dramatyczna” jest przyczyną wszystkich zaburzeń emocjonalnych.

Santandreu przywołuje przypadek chłopaka, z którym pracował. Jordi miał za sobą próbę samobójczą. Powód? Trzy poprawki na koniec semestru. Czy to naprawdę tak straszne, żeby pozbawiać się życia? Oto uzasadnienie niedoszłego samobójcy: „Jeśli nie uda mi się poprawić przynajmniej jednej z ocen, będę musiał powtarzać klasę. Jeśli w kolejnym roku znajdę się w podobnej sytuacji, wyrzucą mnie. Mogę zestresować się do tego stopnia, że nie skończę żadnej szkoły, nie pójdę na uczelnię. To katastrofa: stałbym się wyrzutkiem w rodzinie. No i żadna dziewczyna mnie nie zechce! Moje życie nie będzie nic warte, lepiej zakończyć je już teraz...”.

Każdy z nas wpada czasem (niektórzy nawet często) w tego rodzaju ciąg myślowy. Stajemy się niewolnikami swoich fantazji, własnego dialogu wewnętrznego. I cierpimy – zupełnie bez potrzeby. Bo cały dramat rozgrywa się w naszej głowie. Według psychologów poznawczych za przesadną negatywną emocją zawsze kryje się katastroficzna myśl. Jeśli więc cierpisz, sprawdź, czy nie uwierzyłaś w coś, co zwyczajnie nie jest prawdą. Czy nie masz nierealnych wymagań, nie tworzysz sztucznych potrzeb. Czy nie zwiodło cię jakieś irracjonalne przekonanie. Na liście takich przekonań Santandreu umieścił m.in.: „Muszę mieć przy sobie kogoś, kto mnie kocha”, „Muszę być kimś w życiu”, „Muszę mieć mieszkanie na własność”, „Muszę mieć dobre zdrowie”, „Muszę pomagać krewnym”, „Muszę mieć ekscytujące życie”. Nie musisz – zapewnia psycholog. Możesz podejmować działania w tym kierunku, pragnąć tego, ale nie wymagać. Nie myl pragnienia czy preferencji z potrzebą! Pamiętaj, że każda wymyślona potrzeba staje się źródłem słabości.

Latem jest gorąco

Gotowa na zmianę przekonań? Załóżmy, że spędziłaś kolejny samotny weekend i uznałaś, że to „straszne”. Jakie przekonanie za tym stoi? Może: „Kobieta bez rodziny jest bezwartościowa”? Bądź: „Samotność to życiowa porażka”? Albo: „Potrzebuję przyjaciół, żeby być w dobrym nastroju?”. Kiedy już wiesz, co cię uwiera, pora zastosować racjonalną argumentację. Pomocny będzie argument porównawczy: „Czy istnieją inne osoby, które w tej samej sytuacji są szczęśliwe?”. Inna argumentacja dotyczy możliwości: „Czy mimo tych okoliczności mogę realizować ważne dla mnie i innych cele?”. I wreszcie argument egzystencjalny: „Czy w nieskończonym wszechświecie ma to aż takie znaczenie? Co będzie ze mną i z tym problemem za sto lat?”. Santandreu zaleca wręcz medytację nad własną śmiercią. Kiedy przypominamy sobie o jej nieuchronności, stajemy się bardziej zrównoważeni i dojrzali, paradoksalnie odzyskujemy spokój. Przestajemy się zamartwiać, zaczynamy cieszyć się życiem.

Po tym, jak stawiłaś czoło irracjonalnemu przekonaniu, możesz stworzyć nowe. Zdrowe, racjonalne. Na przykład takie: „Wolałabym spędzać weekendy z narzeczonym, ale jeśli akurat go nie mam, też mogę być szczęśliwa”. Nie rezygnujesz tu ze swoich preferencji czy pragnień, po prostu ich spełnienie nie jest już warunkiem twojego szczęścia.

Psychologia poznawcza to nie trening pozytywnego myślenia. Nie chodzi w niej o zmianę negatywnych myśli na pozytywne, o mechaniczne powtarzanie nowych poglądów. To terapia argumentów. Rzeczowych. Wymaga regularnej pracy, wytrwałości. Jeśli wierzyć autorowi „Twojego umysłu na detoksie”, nagrodą za te starania jest poczucie wewnętrznej harmonii. Optymizm.

Żeby łatwiej było zidentyfikować irracjonalne przekonania, Santandreu podzielił je na trzy grupy: 1. Muszę to robić dobrze albo bardzo dobrze. 2. Ludzie zawsze muszą mnie dobrze traktować, sprawiedliwie i z szacunkiem. 3. Sprawy muszą się układać po mojej myśli.

Wiara w powyższe założenia (i próba egzekwowania ich) to – jak łatwo się domyślić – pierwszy krok do frustracji. Czyli do zatruwania sobie życia. Czy nie prościej byłoby przyjąć, że przeciwności stanowią jego część? Chyba najbardziej obrazowo ujmuje to buddyjska mądrość: „Latem jest gorąco, a zimą zimno”. Jaki masz wpływ na pogodę? Na korki? Humory szefa? Na brak miejsc parkingowych? Albo na to, że właściciele psów nie zawsze po nich sprzątają? Możesz zamknąć się w domu i uniknąć tego wszystkiego, tylko czy będziesz wtedy szczęśliwa? Dużo lepszym sposobem jest uodpornić się na frustrację i nie tracić czasu na to, co nie działa – radzi psycholog. Jak to zrobić? Dokądkolwiek idziesz, cokolwiek robisz, zaakceptuj pewne niedogodności. Zdaj sobie sprawę, że nie są aż tak istotne. Wreszcie: skoncentruj się na tym, co jest w porządku. Na wszystkich wspaniałościach, jakie cię otaczają. Kiedy przekierujesz uwagę, przekonasz się, że jest ich naprawdę sporo.

Nie manipuluj przy życiu

Santandreu obala kilka mitów. Chociażby ten dotyczący komfortu. Chcemy, żeby było nam wygodnie. Ciepło (ale nie za bardzo!). Miękko. Luźno. Cicho. Smacznie. Pachnąco. Jakiekolwiek odstępstwa od tych „norm” traktujemy jako zniewagę. Chcemy zmieniać: uciszać, perfumować, wentylować. Narzekać i protestować. Jeśli uczynisz z komfortu fetysz, obsesję, twoje życie będzie ciągłym dyskomfortem! Twoja nadwrażliwość stanie się udręką dla ciebie i dla otoczenia... A gdyby przyjąć, że komfort nie jest aż tak wielką wartością? Przecież nie da ci szczęścia. Przychodzi i odchodzi. Na dłuższą metę staje się wręcz nudny – trudno pogodzić go z aktywnym korzystaniem z życia.

Kolejny mit dotyczy bliskich związków. Na przykład przyjaźni. Nie ma sensu oczekiwać od ludzi tego, czego nie mogą nam dać. Ktoś będzie zawsze pamiętał o naszych urodzinach, a ktoś inny nie. Ale za to przyjedzie otrzeć nam łzy w środku nocy. Nikt nie jest doskonały... My też nie. A w partnerstwie? Czy i tu stosować zasadę bezwarunkowej akceptacji? Godzić się na zaniedbania drugiej osoby? Santandreu proponuje wprowadzić zakaz narzekania na to, co dzieje się w związku. I zwyczaj cotygodniowego wręczania partnerowi pisanej z miłością „listy sugestii”. Na przykład takich: „Chciałabym, żebyś częściej mówił mi miłe rzeczy, ale jeśli nie będziesz tego robił, i tak będę cię kochała”. Chodzi o to, żeby zasygnalizować partnerowi nasze oczekiwania, zapewniając jednocześnie o uczuciu i akceptacji. Pozostawić mu wolną rękę, niczego nie wymuszać... Dlaczego to działa? Bo kiedy narzekamy czy wymagamy, druga osoba czuje się zastraszona, przyparta do muru. A gdy sugerujemy coś niezobowiązująco – po prostu zachęcona. Oczywiście, do niezrealizowanych sugestii warto wracać (nawet co tydzień), ponawiać zachęty... Licząc się z tym, że jakiś punkt (na przykład dotyczący wyrzucania śmieci) będzie figurował na naszej liście do końca życia. Ale może nie jest to aż takie ważne?

I jeszcze sugestia dotycząca tego, jak bronić się przed neurozami czy kiepskimi nastrojami innych. Kiedy ktoś awanturuje się, wyolbrzymia pewne sprawy, przyjmij, że chwilowo stracił kontakt z rzeczywistością. Jaki jest sens dyskutować z kimś, kogo akurat opuściły zdrowe zmysły? Możesz odciągnąć jego uwagę od dramatu na trzy sposoby. Pierwszy to miłość: przytulasz tę osobę, mówisz ciepłe słowa. Drugi to humor: zmieniasz język, akcent albo ton głosu, podśpiewujesz. I wreszcie surrealizm: odpowiadasz zupełnie nie na temat, jakbyś to ty straciła rozum.

W wielu sytuacjach najlepszą strategią będzie… brak strategii i poddanie się życiu. Bo, jak mówi Rafael Santandreu: „Przyjaźń, samorealizacja i udane życie seksualne przyjdą w sposób naturalny, wcześniej czy później, bo właśnie w tym kierunku zmierza życie, jeśli tylko nie będziemy za dużo przy tym manipulować”.

  1. Styl Życia

Mniej znaczy więcej - recepta na proste życie

Japończycy, mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto i skromnie (fot. iStock)
Japończycy, mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto i skromnie (fot. iStock)
Kupujemy, zdobywamy, gromadzimy. Coraz więcej i więcej. Ubrań, domów, samochodów, gadżetów. A kiedy to wszystko już mamy, okazuje się, że wciąż coś nowego jest do zdobycia.

 

My, ludzie Zachodu, nie potrafimy już żyć skromnie. Pracujemy, żeby mieć. A mamy zdecydowanie za dużo. Jedzenia, które marnujemy, wszelkiego rodzaju dóbr, które szybko nam się nudzą albo które uznajemy za niemodne. Wyrzucamy sprzęty, które można by naprawić, używamy coraz więcej przedmiotów jednorazowego użytku. Efekt? Zniszczone środowisko, życie na kredyt, a więc tak naprawdę przysparzanie sobie problemów, choć przecież chodzi nam o to, żeby ich uniknąć.

Francuzka Dominique Loreau przemierzyła świat wzdłuż i wszerz, ucząc francuskiego i poznając różne kultury i style życia. Wszędzie czegoś jej brakowało. Dopiero w Japonii poczuła, że ma wszystko, co potrzebne do szczęścia. Dlaczego właśnie tam? Bo Japończycy, mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto, skromnie.

Dominique odkryła, że prostota nie ogranicza, ale wzbogaca, uwalnia od uprzedzeń i obciążeń. Zaczęła praktykować zen, przyjmować życie takim, jakie jest, być blisko natury. Najpierw jednak pozbyła się większości rzeczy, które miała. W książce „Prostota życia” pisze: „Żeby żyć, naprawdę potrzebujemy niewiele. Zyskałam głębokie, ugruntowane przekonanie, że im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i tym bardziej możemy się rozwijać”.

Coraz więcej ludzi zdaje sobie z tego sprawę. Coraz więcej z nas nie tylko rezygnuje z nadmiaru, przesytu, lecz także widzi głęboki sens w samoograniczaniu.

Sposób na minimalizm? Zrób to sam!

Mika Larsson, była attaché kulturalna Ambasady Szwedzkiej w Polsce, dziennikarka i działaczka społeczna, po powrocie do Szwecji zamieniła 115-metrowe mieszkanie na dwa pokoje, dużego saaba na małą hondę, która służyła jej głównie do tego, żeby wozić 94-letnią mamę. Sama jeździła rowerem albo chodziła pieszo. Pozbyła się mebli, ubrań. Bez żalu, bo wiedziała, czego chce.

– Mam dziennikarski temperament, potrzebuję ruchu, nowych wrażeń, poznawania ludzi, krajów. A ponieważ zdecydowałam, że nie wrócę do pracy na etacie, przez co moje zarobki będą niższe, musiałam zminimalizować stałe wydatki, żeby mieć środki na realizowanie pasji. Okazało się też, że w nowym mieszkaniu się nie mieszczę. Więc połowę rzeczy oddałam. Ale nie zrobiłam tego pochopnie. Wcześniej długo na ten temat rozmyślałam. Moje samoograniczenie było więc bardzo przemyślane.

Jacek Fenderson, działacz na rzecz środowiska, społeczeństwa obywatelskiego i uczciwego handlu, ogranicza kupowanie do minimum.

– Staram się żyć zgodnie z maksymą „zrób to sam”. Polega to na tym, żeby samemu opanować jak najwięcej umiejętności. Zamiast kupować półkę – zrobić ją samemu, zamiast nabywać nowy zegarek – naprawić stary.

Ma na sobie używane spodnie i bluzę zaprojektowaną przez kolegę, a uszytą przez zaprzyjaźnioną krawcową. Mieszka z kolegami na squacie. Większość mebli zrobili własnoręcznie – z drewna, metalu. Sami podłączyli wodę, wykorzystując do tego stare rury. Resztę potrzebnych sprzętów znaleźli na śmietniku.

Jacek po mieście jeździ na rowerze. Jeżeli już musi coś kupić, kieruje się trzema kryteriami: czy nie przyczynia się do zaśmiecania środowiska (unika kupowania plastikowych rzeczy), czy nie pogłębia konsumpcjonizmu (kupuje tylko to, co jest potrzebne) i czy produkty pochodzą ze sprawiedliwego handlu.

Tłumaczy po kolei: Produkowanie i konsumowanie coraz to nowych rzeczy obciąża środowisko. Lepiej reperować stare ubrania i sprzęty, bo w ten sposób ogranicza się kupowanie towarów, czyli popyt. A wiadomo, że popyt napędza podaż. Jeśli nie będzie kupujących, nie będzie też sprzedających i produkujących, a więc i zatruwania środowiska. A co do sprawiedliwego handlu – w gospodarce wolnorynkowej jest pęd do kupowania jak najtaniej. Odbywa się to często kosztem praw pracowniczych i warunków, w jakich przebiega produkcja. Na przykład w Chinach zatrudnia się niepełnoletnich, płaci ludziom śmiesznie niskie pensje. Muszą wybierać między śmiercią głodową a pracą za grosze.

– Moim zdaniem nie jest to żaden wybór. Dlatego nie chcę mieć na sobie nic, co zostało wyprodukowane przez niewolników. Jeżeli więc kupuję ubrania, to polskie. Nie chodzi o radykalne zaprzestanie konsumpcji – musimy coś jeść, w coś się ubierać, ludzie muszą zarabiać. Chodzi o to, żeby handel miał ludzki wymiar, żeby nie odbywał się kosztem zatruwania środowiska i niewolniczej pracy.

Zawsze sprawdza metki. Woli płacić więcej, ale mieć gwarancję, że produkty są dobrej jakości i pochodzą ze sprawiedliwego handlu. Jacek: – Stanowimy mniejszość, bo ludziom wmawia się, że muszą posiadać coraz to nowsze i lepsze produkty. Kiedyś kupowało się rzeczy, gdy się ich naprawdę potrzebowało. Teraz – bo wchodzi nowa promocja. I nagle okazuje się, że trzeba mieć jeszcze większy telewizor, a jak już się kupi ten największy, to i tak zaraz staje się przestarzały, ponieważ nie ma Internetu i nie wisi na suficie.

Second hand to jeden ze sposobów na zmniejszenie ilości śmieci. (fot. iStock) Second hand to jeden ze sposobów na zmniejszenie ilości śmieci. (fot. iStock)

Nie wszystko na sprzedaż

Mika wciąż musi odpowiadać sobie na pytanie, co jest dla niej ważne. Widzi piękne mieszkania, ubrania i przez głowę przemyka myśl: „Ja też chcę takie mieć”. Ale zaraz przychodzi myśl druga: „Czy aby na pewno jest mi to potrzebne?”. Na ogół odpowiedź brzmi: nie. Ostatnio, w Łodzi, zachwyciła się kurtką. Natychmiast ją kupiła, ale tylko dlatego, że dokładnie takiej od powrotu do Szwecji potrzebowała.

Psychologowie podkreślają, że samoograniczanie jest akceptowalne, gdy wynika z naszego wyboru. Wtedy nawet istotne ograniczenia dają poczucie wolności. – To tak jak z oddaniem się w ręce lekarza – mówi psycholog Jarosław Przybylski – Jesteśmy w stanie wiele wycierpieć, poddać się operacji, byleby tylko wyzdrowieć. Sami ograniczamy swoją wolność, ale to nasz wybór.Sami też musimy dostrzec pułapkę, jaka tkwi w żądzy posiadania. Zobaczyć niebezpieczny mechanizm nienasycenia.

Mika: – Musimy być świadomi tego nienasycenia. I w porę określić próg, za którym konsumpcja zaczyna być chorobą.

Jacek: – Świadoma konsumpcja nie jest trudna, choć wymaga ciągłej uwagi, planowania, patrzenia na metki. Uważam, że takie zachowanie ma głęboki sens. Warto poczynić wysiłek, chwilę dłużej przyjrzeć się produktom na półce, żeby wybrać ten najmniej obciążający środowisko, pochodzący ze sprawiedliwego handlu. To tylko kwestia przestawienia się. Nie umiałbym już bezmyślnie kupować, nie interesując się, skąd co pochodzi. Ale to nie znaczy, że godzinami siedzę w sklepach. Wprost przeciwnie.

Jacek nie zgadza się też z tendencją, która każdy przejaw ludzkiej aktywności każe traktować jako towar. Przecież pewne wartości, jak na przykład relacje międzyludzkie, nie są mierzalne i nie da się ich wycenić i sprzedać. – Wolałbym przygotować posiłek razem z rodziną, niż zamówić pizzę. Konsumeryzm jest nieludzki. Dla gospodarki byłoby najlepiej, gdybym mieszkał daleko od pracy, dojeżdżał samochodem, kupował benzynę, jadł na mieście. A ja nie chcę tak żyć.

 

Czy możemy chcieć mniej? Jak rodzi się sprzeciw?

Według Jacka to kwestia wychowania i wrażliwości społecznej. – Jak byłem młodszy, interesowałem się, dlaczego ludzie protestują, dużo o tym czytałem. I coraz bardziej zacieśniał się krąg znajomych o podobnych poglądach. Nie twierdzę, że wszyscy powinni być ascetami. Jeżeli ktoś chce więcej posiadać, ma do tego prawo. Ale powinien dokonać tego wyboru świadomie, a nie pod presją reklamy czy mediów.

Mika mówi, że jest dzieckiem raju. Urodziła się w bogatym społeczeństwie, które przez 200 lat żyło w pokoju i budowało dobrobyt. Jej rodzina była wielopokoleniowa, co jest bardzo nietypowe w Szwecji – babcia ze strony mamy (przeżyła o 50 lat dziadka Erika Axela Karlfeldta, laureata literackiej Nagrody Nobla) mieszkała w rodzinnym domu aż do śmierci. Opowiadała wnuczce o swoim życiu. O tym, jak pracowała od siódmego roku życia – trzy dni chodziła do szkoły, trzy do pracy, a jeden dzień miała wolny. O tym, jak przyjechała ze wsi do stolicy, żeby pracować u bogatych ludzi, i jak spotkała dziadka poetę.

Te opowieści były dla Miki bardzo kształcące. Sama nigdy nie doświadczyła prawdziwej biedy, choć jej rodzice raz mieli pieniądze, raz nie. Pamięta ubrania otrzymywane z darów, oklejone meble do sprzedaży za długi i rozpacz mamy. W latach studenckich miała trzy zasady oszczędzania: Nie rozmawiać z budki telefonicznej, bo z domu taniej. Nie jeździć tramwajem, tylko rowerem albo chodzić pieszo. Masło i ser na chlebie tylko w sobotę. Ale nie cierpiała z tego powodu.

– Nigdy nie lubiłam przesiadywać w drogich restauracjach czy klubach. Najbardziej cieszyło mnie i cieszy do dziś, gdy siedzę na ławce i przyglądam się ludziom. Ja to uwielbiam. Wyobrażam sobie, co myślą, robią, jak żyją.

Ukształtowały ją dwa bardzo głębokie doświadczenia. Pierwsze: Jako dziennikarka szwedzkiego dziennika ma napisać cykl artykułów na temat komputeryzacji przemysłu włókienniczego. Jedzie do fabryki w małym miasteczku, gdzie spotyka robotnicę, z którą potem przez lata utrzymuje kontakt.

– To był człowiek, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Parę lat później owa kobieta zadzwoniła do mnie już ze Sztokholmu, gdzie pracowała jako salowa w prywatnym szpitalu. Nigdy nie zapomnę jej słów: „Wiesz, Mika, co ja odkryłam w tym szpitalu? Że im więcej ludzie mają, tym większy ogarnia ich lęk. Boją się złodziei, kłótni w rodzinie o majątek po swojej śmierci. Im mniej posiadają, tym są łagodniejsi i pogodniejsi”. Ona zawsze tęskniła za lepszymi warunkami życia – opowiada Mika – a kiedy poznała lepiej sytuowanych ludzi, zobaczyła, że są nieszczęśliwi! To było jej wielkie odkrycie, które z kolei stało się i moim odkryciem. Powiedziałam sobie: Zapamiętaj, co ona mówi, bo to są mądre słowa o tym, jak żyć. I rzeczywiście te słowa towarzyszą mi do dziś.

I doświadczenie drugie: Rok 1981, Mika jest w Polsce korespondentką szwedzkiego radia i telewizji. Pewnego wieczoru nagle traci przytomność. Szpital, badania i diagnoza: rak mózgu. Wraca do Szwecji. W oczekiwaniu na tomografię komputerową przez 11 dni żyje w przekonaniu, że zostało jej niewiele czasu. Bliscy rozpaczają. To ona musi ich pocieszać. Po głowie tłuką się pytania: Czy byłaś sobą? Czy oddałaś się całkowicie miłości?

– Coś z samego środka mnie żądało odpowiedzi. Tylko na te dwa pytania. Reszta nie miała znaczenia. I kiedy później okazało się, że diagnoza była błędna i jestem zdrowa, wszystko mi się przewartościowało. Od tego momentu wiem, że kiedy mam gdzie spać i co jeść, powinnam zajmować się innymi sprawami, bo tam dopiero jest prawdziwe życie. Jestem też absolutnie przekonana, że kiedy człowiek podsumowuje swoje życie, wszystko jedno, czy ma na to dużo czasu, czy sekundę, to nie zastanawia się, czy ma nazwisko, czy jest bogaty, czy budził respekt, czy ludzie mu się w pas kłaniali, tylko zadaje sobie pytanie, czy był wierny sobie, czy miał odwagę słuchać swojego wewnętrznego głosu, nawet gdy inni uważali go za głupca i się z niego śmiali. I czy miał odwagę wybrać miłość.

Sztuka rezygnacji

To było tak silne doświadczenie, że stało się dla niej lekcją na całe życie. Największym owocem tej lekcji jest syn Jón, którego urodziła kilkanaście miesięcy później.

Odtąd praktykuje nieustannie sztukę rezygnacji. Kiedy Jón poszedł do szkoły, wybrała pół etatu, żeby być z nim co drugi dzień (wychowywała go samotnie). Postanowiła też, że dopóki on sam nie dorośnie na tyle, by zdecydować inaczej, nie będzie mu kupować nowych ubrań, tylko używane. A kiedy już dorósł, decydował: „Mamo, kup mi lepiej książkę, nie obchodzi mnie, co ludzie powiedzą”. Kiedy jako nastolatek dostał grant od państwa (w Szwecji ucząca się młodzież otrzymuje pieniądze na życie), Mika odbyła z nim poważną rozmowę na temat partycypowania w kosztach utrzymania.

Można zniszczyć dziecko, dając mu za dużo, bo ono będzie przekonane, że wszystko dostanie jak na talerzu. Jeśli chcemy przygotować je do życia, musimy mu pokazać, że tak nie będzie. Byłam w uprzywilejowanej sytuacji pod względem finansowym, więc tym bardziej musiałam chronić syna przed taką postawą. Teraz widzę tego niesamowite efekty. Ma 27 lat, zarabia duże pieniądze, a mimo to potrafi żyć oszczędnie.

Pod koniec lat 90. zrezygnowała z propozycji bardzo intratnej pracy. Wszyscy wokół radzili, żeby ją przyjęła, bo to dałoby jej gwarancję życia na wysokim poziomie. Ona sama myślała podobnie: „Pięć lat ostrej pracy i urządzę się na całe życie”. Jón miał wówczas jednak 14 lat i wymagał jej obecności. Doszła więc do wniosku, że to nie dla niej.

Kolejna rezygnacja: W listopadzie 2007 roku kończy pracę w ambasadzie, ale nie szuka nowej, choć jej emerytura do 65. roku życia jest mniejsza niż stypendium studenta. Decyzję podejmuje bardzo świadomie: – Wiedziałam, że umiem żyć za bardzo małe pieniądze. Ale byłam też ciekawa, czy umiem nic nie robić. Bo przecież się starzeję i na pewno przyjdzie dzień, w którym moje ciało odmówi posłuszeństwa. Czy ten stan obudzi we mnie lęk? Sprawdzenie tego, czy umiem żyć w spokoju, było dla mnie wielkim wy-zwaniem. Umiem. Wymagało to jednak nie lada samoograniczenia.

Mika ogranicza teraz kontakty z synem. Nie chce go sobą przytłaczać, hamować w rozwoju. On ma iść swoją drogą.

Co daje samoograniczenie?

Mika: – Przede wszystkim spokój. Harmonię. Świadome życie. Wiedzę, gdzie leży granica, za którą nie kontroluje się przedmiotów, tylko one nas kontrolują. Przekonanie, że wartość człowieka nie jest zależna od tego, ile się posiada.

Jacek: – Satysfakcję, że jestem w porządku wobec innych i naszej planety.

Antropolożka Joanna Tokarska-Bakir w jednym z wywiadów dla „Zwierciadła” trafnie uchwyciła sedno samoograniczania: – To droga, w której mamy na oku dobro większe niż tylko nasze własne. I dodała: – W ogóle doradzałabym przyglądanie się temu, co jest większe ode mnie i czego jestem częścią, i żyłabym z tym w zgodzie.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.