1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak wycenić siebie?

Jak wycenić siebie?

fot.123rf
fot.123rf
Jeśli uważasz, że zarabiasz poniżej swoich kwalifikacji, co cię powstrzymuje przed wynegocjowaniem wyższej pensji? Nieśmiałość? Przekonania? Niska samoocena? A może małe zarobki rekompensują ci inne korzyści? Renata Mazurowska pyta Joannę Heidtman, psycholog i trenerkę biznesu, jak przygotować się do rozmowy o podwyżce.

Wiem, że nie przepadasz za takimi podziałami, że coś jest bardziej lub mniej przynależne płci, ale badania wykazują, że kobiety mają mniejsze poczucie własnej wartości i są gorzej wynagradzane za te same umiejętności. Nie potrafimy upomnieć się o swoje? A może same, często nieświadomie, stawiamy się niżej od mężczyzn?

Rzeczywiście, nie uważam, by to, czy czujemy się gorsze albo że mamy niższą samoocenę, miało związek z płcią. Równie dobrze wątpić w swoje siły może mężczyzna, a kobieta być niezwykle pewna siebie i swojej wartości. Skoro to jest możliwe, to znaczy, że nie warunkuje nas płeć.

Ale warunkują nas chyba role społeczne? 

Przekaz społeczny albo rodzinny może powodować, że kobieta nie będzie myślała o sukcesie, o zarabianiu dużych pieniędzy, o byciu znaną czy zajęciu wysokiego statusu społecznego. Tylko że ma być żoną i matką. Albo przyjąć jakieś pośledniejsze role w życiu, w ogóle nie próbując swoich sił. Ale to nie znaczy, że ona ich nie ma.

Ale nie wierzy albo nie widzi, że ma. A to już przeszkadza w realnym postrzeganiu siebie, umniejsza możliwości i wiarę w siebie na przykład na drodze kariery.

Wizerunek samej siebie rzeczywiście ma związek z przekazem, w jaki wierzymy. Komunikaty typu: „nie nadaję się do tego”, „nie wchodzę w to, to nie dla mnie” są na poziomie przekonań po pierwsze, dotyczących samej siebie, po drugie, dotyczących sukcesu i pieniędzy.

Jedna z moich klientek, która prowadziła prężnie działający biznes i dużo pracowała, przyszła do mnie z takim problemem, że ledwo co wiązała koniec z końcem. „No jak się nie obrócę, to nie zostaje mi nic więcej niż od pierwszego do pierwszego” – powiedziała podczas pierwszej sesji coachingowej. Zastanawiałyśmy się, jak to się dzieje, o co tu chodzi – bo przecież i to potrafi, i tamto umie, szukałyśmy – nic. I podczas swobodnej już części rozmowy powiedziała spontanicznie takie oto zdanie: „Ach, pani Joanno, bo pieniądze szczęścia nie dają”. I tu cię mam! Przecież każdy chce być szczęśliwy, a pieniądze mogą ci w tym przeszkodzić, dlatego ich nie masz. Podświadomość tak zadziała, żeby nie mieć tej nadwyżki.

Pracowałam też z inną kobietą, która jak się potem okazało, miała przekonanie, że posiadanie pieniędzy i łatwość ich zarabiania niszczą kreatywność. Pamiętała, że w stanie wojennym, jak mama nic nie miała, to potrafiła z firanki uszyć sukienkę. I utrwaliło się jej, jako małej dziewczynce, że jak będą pieniądze, skończy się kreatywność. To jest oczywiście nieprawda, ale jako przekonanie zadziałało przepięknie.

I pewnie zadziałało też w jej życiu.

Tak, ta kobieta była niezwykle uzdolniona, ale nie potrafiła stworzyć sobie komfortu materialnego. Zamiast zająć się swoją pracą i kupić, co jej było potrzebne, sama próbowała sobie stworzyć narzędzia do pracy. Bo inaczej nie byłaby kreatywna. Zatem pierwsze, co trzeba zrobić, oceniając czy też wyceniając siebie, to przyjrzeć się swoim przekonaniom i temu, w jaki sposób je realizujemy. Zarówno przekonania społeczne, jak i rodzinne. Do mężczyzn, zauważ, kieruje się całkiem przeciwne komunikaty – być może równie nieprawdziwe, ale przynajmniej powodujące, że dążą oni do sukcesu, nie boją się sięgać po więcej – czyli np. „żeby być facetem, trzeba coś mieć”, „trzeba być kimś – mieć status, coś posiadać”, „trzeba być najlepszym”, „trzeba umieć walczyć”…

Nawet jeśli nie masz na to ochoty.

Bo to nie ma nic wspólnego z płcią, tylko z osobowością! O tym właśnie mówię. Można być kobietą bardzo mocno zadaniową, nastawioną na osiąganie celu, mieć nieposkromioną wręcz chęć rywalizacji, działać, być aktywną, i można być mężczyzną nastawionym na relacje i harmonię, z osobowością emocjonalną, introwertyczną, który nie ma ochoty brać udziału w żadnym wyścigu, tylko raczej chce być członkiem grupy i tworzyć coś wspólnie. Nie zgadzam się, że decyduje o tym płeć, natomiast zgadzam się, że do kobiet i do mężczyzn kierowane są inne komunikaty.

Mężczyzna ma być nieugięty w negocjacjach, a kobieta być skromna w ocenie siebie samej. Dlatego rozmowy o pieniądzach są dla nas trudne?

Realistyczna wycena swojej pracy jest czymś, co bardzo ułatwia nam zarabianie i satysfakcję z pracy. I tu uwaga: nie chodzi o to, by oszacować, ile wysiłku w tę pracę włożyłam czy włożę, tylko jaki to daje rezultat. Bo we wszelkich negocjacjach mogę użyć jako argumentu tylko rezultatu, a nie starań. Przytoczę jako przykład dość brutalną odpowiedź pewnego prezesa, który na oczekiwanie zespołu, by otrzymać dodatkowe wynagrodzenie za wysiłek, który pracownicy włożyli w realizację zadania odpowiedział: „nie interesuje mnie, jak bardzo sie państwo napociliście, bo nie jest to fabryka potu”... Ta nieelegancka wypowiedź ilustruje jednak oczekiwania pracodawcy w stosunku do pracowników i warto zdawać sobie z tego sprawę. Dla pracodawcy liczy się konkret, a nie nasza subiektywna ocena. Oczywiście, godziny pracy, kolejne etapy realizacji projektu czy sposób pracy też mogą być rezultatem, np. w kontrolingu ważna jest dokładność. Dla pracodawcy rezultat to wartość, jaką możesz stworzyć, co nie musi się przekładać bezpośrednio na finansowy zysk. Ważne, żeby pamiętać, że to pracodawca, nie my, określa tę wartość. Musimy przyjąć perspektywę szefa.

Ale przyda się chyba świadomość swoich atutów?

Do nich należy także wiedza o rynku pracy i oczekiwaniach pracodawców. To kolejny ważny punkt w naszej „wycenie” – żeby nie „przestrzelić” w oczekiwaniach finansowych.  Jak dana pozycja czy funkcja wyceniana jest gdzie indziej. Jak bardzo poszukiwane są moje umiejętności, zdolności, moja wiedza. Do tego dochodzi jeszcze wiedza o tym, jaka jest nasza BATNA czyli Best Alternative To a Negotiated Agreement, dosłownie najlepsza alternatywa dla negocjowanego porozumienia. Bezcenna rzecz. Bez tego przystępowanie do negocjacji jest jak próba przejścia z zamkniętymi oczami przez jezdnię. Chodzi o to, byśmy, przystępując do rozmowy o awansie czy podwyżce, mieli co innego w zanadrzu, jakąś alternatywę do tego, co właśnie negocjujemy. Alternatywy mogą być różne i mogą być różnie mierzone. Na przykład jeśli nie dostanę  kontraktu, który teraz negocjuję, to czas przewidziany na realizację kontraktu przeznaczę na dokształcanie albo spędzę z bliskimi. To nie musi być „w tej samej monecie”, ale powinno być dla nas równie wartościowe.

Ważne, by wiedzieć, że mamy coś innego, alternatywnego, to nam daje silną pozycję do negocjacji, inaczej będziemy pokonane i bezbronne…

…i zdesperowane. Zgodzimy się na wszystko, co nam zaproponują.

Dlatego przyda się także podstawowa wiedza na temat negocjacji – bardzo często popełniamy błąd, że nasza pierwsza oferta to jest nasza ostatnia oferta. Nie ma przestrzeni do negocjacji. Trzeba mieć „widełki”, trzy ceny – tę maksymalną, od której zaczynasz, żeby móc coś odpuścić, kolejną środkową – tę, o którą ci chodzi, a na końcu jest ta, poniżej której w żadnym razie nie zejdziesz. To tu jest właśnie ta alternatywa, jeśli nie dostaniesz stawki, na której ci zależy.  Tu się kończą negocjacje – każdy ma taki próg, poniżej którego nie zejdzie, z różnych przyczyn, nie tylko zawodowych czy finansowych.

Czyli mamy taką sytuację: idę do szefa po podwyżkę, bo rachunki rosną, a pensja nie. Szef mówi, że nie da, bo nie ma. Wydawałoby się, że rozmowa jest już skończona, ale mogę zaproponować niematerialne wyrównanie ponoszonych przeze mnie kosztów w postaci wolnych piątków i pracy zdalnej z domu, udziału w szkoleniu, pakietu zdrowotnego… 

Tak, to klasyczna w negocjacjach pozycja „wygrana – wygrana”. Nikt nie stracił. Przystępując do rozmów, warto mieć więc świadomość swoich potrzeb także pozafinansowych, czyli np. tego, w jakim kierunku chcę się rozwijać. Może uzyskamy to, na czym nam zależy, ale w innej postaci?

Pamiętajmy, że w negocjacjach bardzo często wykorzystywany jest też blef, czyli „technika pustego portfela” („nie dam, bo nie mam”). Dlatego warto sobie kupić jakikolwiek, najtańszy nawet podręcznik negocjacji i tę podstawową wiedzę posiąść.

Chyba ważne jest też, by do negocjacji nie podchodzić śmiertelnie poważnie, nie uzależniać od czyjejś odmowy naszego poczucia wartości, samooceny.

No właśnie, ale kiedy można lekko podejść do takich rozmów? Jeśli masz bardzo silną  BATNA. Możesz wtedy na negocjacje pójść na luzie. Niemniej są takie sytuacje w życiu, że stajemy przy ścianie, ale nie można dać tego po sobie poznać. W słowach i w mowie niewerbalnej.

Nie zapominajmy o mowie ciała.

Mowy ciała można się nauczyć, i nie chodzi tu o gestykulację, tylko świadomość, jak się prezentujemy, co ma oczywiście ścisły związek z tym, jakie mamy na swój temat przekonania. Jeśli zmienimy przekonania, to zmieni się nasze postrzeganie siebie, a zatem i w naturalny sposób mowa naszego ciała – bo trudno jest, gdy nisko się cenimy, wyprostować sylwetkę, mieć jasne spojrzenie, patrzeć prosto w oczy rozmówcy, czyli prezentować otwartą postawę. Ciało odzwierciedla to, jak się czujemy, jak oceniamy swoje szanse.

I właśnie dlatego, jeśli jest nam źle, nie możemy tego w negocjacjach okazać. Co jeszcze nam się przyda?

Asertywność. W skrócie taka postawa: „nie oczekuję, że musisz mi to dać, i nie muszę przyjąć tego, co ty mi oferujesz, ale mam pełne prawo wypowiedzieć się, uzasadnić, mieć poczucie, że w ogóle mam prawa”. Istotny jest też sposób interpretacji naszych wcześniejszych porażek i sukcesów. Na pewno będzie nam trudniej negocjować, jeśli mamy za sobą serię niepowodzeń, odmów, odrzuceń i jeśli mamy, jak to określa psycholog Martin Seligman, negatywny styl wyjaśniania niepowodzeń: „jestem beznadziejna, mnie się nigdy nie udaje”. I tu rzeczywiście Seligman dostrzega różnice między płciami – badania wykazały, że kobiety mają większą skłonność do negatywnego wyjaśniania niepowodzeń, czyli przypisania porażek sobie, nie okolicznościom zewnętrznym czy jednorazowej niedyspozycji, jak to robią osoby, które źródeł niepowodzeń upatrują poza sobą. Seligman nazywa to „przeżuwaniem” i przypisuje kobietom, podczas gdy mężczyźni, gdy mają niepowodzenie, idą się rozproszyć, zajmują się inną aktywnością. Kobieta analizuje i rozpatruje, co mogła zrobić inaczej, lepiej. Zamiast działać, odtwarza taśmę. Owszem, można i nawet trzeba przemyśleć, co można było zrobić lepiej, ale potem przejść do działania, ponieważ to nieustające „przeżuwanie” odbiera nam siły, działa niszcząco na samoocenę, a nawet obciąża nasz układ odpornościowy. Na szczęście takiego stylu wyjaśniania sukcesów i porażek można się oduczyć i nauczyć nowego, bardziej wspierającego. Bo trzeba pamiętać, że wszystkie aktywności biznesowe, zawodowe i negocjacyjne zawsze wiążą się z niepowodzeniami. Nawet ci, którzy mają sukcesy, też przeżywali niepowodzenia, ale w inny sposób je interpretowali – „to jednorazowa sytuacja”, „nie miałam na to wpływu”.

Czasem warto też sobie szczerze odpowiedzieć, że może mam jakieś ważne powody, dla których wciąż stoję w takim miejscu, w którym nie pnę się po drabinie kariery i nie zarabiam tyle, ile bym chciała. Może mam inne korzyści? Na przykład stały przewidywalny dochód, poczucie bezpieczeństwa, grono stałych znajomych czy choćby blisko do domu. Te wartości mogą być dla nas nie mniej ważne niż pozycja społeczna, zawodowa czy finansowa.

Tak, to też może być nasz zysk. Dlatego, wracając do początku naszej rozmowy, to osobowość decyduje o tym, co jest dla nas ważne i jak realizujemy swoje cele. Nie płeć. Ale jeśli ktoś chce być w innym miejscu, niż jest, to warto sprawdzić, co go powstrzymuje – niewiara w swoje umiejętności, przekonania, brak wiedzy, nieadekwatna samoocena? Wtedy warto pójść według kroków, które tu zaproponowałam. Chodzi o to, by mieć świadomość, że mamy wybór i to, gdzie jesteśmy, to nasza decyzja, a nie rola, jaką nam wyznacza płeć.

Tekst pochodzi z wydania specjalnego SENS i finanse

Zobacz 8 kroków do skutecznych negocjacji w sprawie podwyżki

Dr Joanna Heidtman psycholog i socjolog, doradca i coach, wykłada na SWPS i w ICAN Institute. Publikuje na stronach Blogosfery Liderów Harvard Business Review Polska. Współprowadzi firmę konsultingową Business Doctors.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak budować zdrową niezależność? - 7 kroków

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
Obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:
  • Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)?
  • Co o tym sądzę?
  • Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu?
  • Czego najbardziej się boję?
To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

Joanna Godecka: life coach, praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. 

  1. Psychologia

Czy poczucie fizycznej atrakcyjności wpływa na karierę?

– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. (Fot. iStock)
– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. (Fot. iStock)
Tak, ponieważ wiąże się z nią poczucie własnej wartości, a z niej wynika to, jak zarządzamy własnym potencjałem, również w pracy.

"Jesteś piękna!”. Jak często słyszymy takie słowa na co dzień – od bliskich, znajomych, tych, których kochamy i z którymi pracujemy? Zdecydowanie za rzadko. Może dlatego mamy tak kiepskie zdanie o własnej atrakcyjności?

Po co ci szkolenie?

Joanna Godecka, life coach, uważa, że niską samoocenę, wynikającą także z tego, że nie czujemy się pięknie, staramy się kompensować na różne sposoby. W sferze zawodowej stosunkowo łatwo to osiągnąć: nadrabiamy inteligencją, pracowitością, podnoszeniem kwalifikacji oraz zawodowej rangi. Działanie takie nie jest złe samo w sobie, ale jeśli u źródła zapisywania się na kolejne kursy i szkolenia oraz pragnienia awansu czy posiadania władzy znajduje się kompensacja niskiego poczucia atrakcyjności, nie osiągniemy prawdziwego i trwałego spełnienia. Działamy bowiem w kierunku „od”, uciekamy od wewnętrznego dyskomfortu, ponieważ chcemy poczuć ulgę. To do niczego dobrego nas nie doprowadzi. Owszem, możemy wspiąć się na kolejny szczebel kariery, poprzez podniesienie kwalifikacji umocnić swoją wartość na rynku pracy, ale czy to będzie, po pierwsze, trwałe osiągnięcie, a po drugie, czy przyniesie nam wewnętrzną satysfakcję? Niekoniecznie. Zauważmy, że ten wyścig zaczyna się już w szkole, kiedy środowisko, w którym wyrastamy, popycha nas w kierunku bycia bardziej prymuską niż cieszącą się swoim unikalnym pięknem dziewczynką. Stwierdzenia typu: „Pięknością nie jesteś, więc ucz się i ciężko pracuj” kodują nas na długi czas. Gdy próbujemy zagłuszyć wewnętrzny ból płynący z niskiego poczucia własnej wartości, istnieje niebezpieczeństwo, że wpadniemy w pułapkę konieczności podejmowania coraz to bardziej wymagających wyzwań: zdobywania nowych umiejętności oraz wyższej pozycji. Zatrzyma nas dopiero wypalenie zawodowe, porażka, choroba, poczucie bezsensu życia. Jak temu zapobiec? Możemy zacząć od tego, że inaczej spojrzymy na samo piękno.

Kogo widzisz w lustrze?

– Pojęcie piękna, w tym szczególnie kobiecego, możemy rozpatrywać na wielu płaszczyznach – mówi Joanna Godecka. – Zdecydowana większość Polek kojarzy je przede wszystkim z aspektem urody: zgrabną sylwetką, pięknymi włosami czy rysami twarzy. Jeśli jednak zejdziemy na obszar mniej oczywistego piękna, przekonujemy się, że Polki zaczynają doceniać takie wartości, jak optymizm, osobowość, dobroć. Okazuje się bowiem, że dzięki takiemu spojrzeniu jest nam bliżej do akceptacji różnorodności. Wówczas lansowane agresywnie przez media trendy nie wpływają na nas destrukcyjnie.

Joanna Godecka podkreśla, że definicja piękna zmienia się wraz ze wzrostem świadomości. Odkrywamy, że liczą się nie tylko idealne proporcje i harmonijne rysy, ale także specyficzna aura, która wynika z poczucia wewnętrznej spójności, radości, swobody. I to jest przepis na wszelki sukces, też zawodowy. – Można powiedzieć, że świat kocha ludzi, którzy kochają świat, a za pięknych uważamy tych, którzy pięknem emanują – mówi Joanna Godecka. – Ten proces, czyli wymiana energii między nami i otoczeniem, zaczyna się od odkrycia w sobie potencjału, zasobów i zatroszczenia się o nie.

Jakie są te zasoby? Należą do nich między innymi:

  • osobowość, czyli unikatowość naszych cech sprawiająca, że jesteśmy tym, kim jesteśmy;
  • poczucie własnej wartości pozwalające na wyrażanie siebie w sposób autentyczny i empatyczny;
  • wynikająca z poczucia własnej wartości nienarzucająca się pewność siebie, która sprawia, że czujemy się atrakcyjne;
  • optymizm, ponieważ osoba, która szczerze się uśmiecha, automatycznie staje się piękna;
  • inteligencja emocjonalna powodująca, że umiemy nawiązywać wspierające relacje;
  • dbanie o siebie, które dowodzi, że cenimy i szanujemy siebie;
  • szeroko pojęta elegancja, czyli umiejętność podkreślania swoich walorów odpowiednim, gustownym strojem, a wynika ona ze świadomości, w czym dobrze się czujemy i wyglądamy.

To są składowe definicji piękna, którego odbiór staje się coraz bardziej indywidualną sprawą. A piękno zewnętrzne? – Poczucie bycia piękną możliwe jest tylko w sytuacji, w której doceniamy siebie i patrzymy w lustro z akceptacją – podkreśla Joanna Godecka. – Najważniejszy jest powód, dla którego codziennie spoglądamy w to lustro. Jeśli szukamy jedynie mankamentów, które uwypukla nasz Wewnętrzny Krytyk, wtedy swoje wysiłki skupiamy wokół prób uczynienia problemu mniej widocznym. A przecież nie o to właśnie chodzi. Chodzi o skupianie się na tym, co w nas jest piękne. To my same uczymy ludzi, jak mają na nas patrzeć. Jeśli my widzimy tam piękno, inni także je zauważą. Jeśli my go nie dostrzegamy, nie przekonamy o tym świata.

Wsparcie koleżanek zza biurka

Wiele kobiet przyznaje, że ważna jest dla nich opinia innych kobiet. Chętnie prosimy o pomoc w ocenie córkę, przyjaciółkę czy też mamę, licząc na ich szczerą opinię, bo trudno nam odnieść się do własnej atrakcyjności. W miejscu pracy, gdzie spędzamy przecież tak dużo czasu, tym bardziej możemy się wspierać.

– Chodzi o umiejętność dawania innym kobietom wsparcia w dążeniu do bycia najlepszą wersją samej siebie – podpowiada Joanna Godecka. – Nie wszystkie z nas zdają sobie sprawę z tego, jak ważna jest relacja pomiędzy kobietami w pracy, jak wiele może ona wnieść w nasz sposób postrzegania siebie. Może nam dodać skrzydeł, ale także je podciąć. Bo w zespole tworzymy wspólne wzorce.

Dlatego zamiast rywalizacji i wzajemnego oceniania warto postawić na współpracę oraz życzliwość. Poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa w przyjaznym otoczeniu jest nieocenionym elementem sprzyjającym rozwojowi najlepszych cech. Wzmacnia odwagę bycia sobą. Gdy życzliwe koleżanki udzielają pozytywnej informacji zwrotnej, łatwiej nam uwierzyć w piękno własnego ciała oraz duszy. Wówczas poczucie własnej wartości ugruntowuje się. Zaczynamy traktować siebie z czułością i odrobiną dystansu. Tworzymy nowy, pozytywny wzorzec i dzielimy się nim z innymi.

Uczymy się od siebie także przez obserwację, dlatego starajmy się wzajemnie dostrzegać swoją indywidualność i ją podkreślać. Radość i poczucie piękna są zaraźliwe!

– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. – Podczas gdy projektanci, kosmetolodzy oraz trenerzy motywacyjni zasypują nas komercyjnymi pomysłami, my skontaktujmy się ze sobą. Pielęgnujmy poczucie własnej wartości, dostrzeganie siebie jako wyjątkowej istoty ludzkiej, obdarzonej unikatowym pięknem.

A wtedy życie zawodowe nie będzie nam niczego rekompensować, a wprost przeciwnie – idealnie dopełniać.

Joanna Godecka, life coach, zajmuje się psychoterapią w nurcie pozytywnym, coachingiem oraz sesjami Integrującej Obecności i Synchronizacją Pozytywną.

  1. Psychologia

Sukcesy w pracy i porażki w miłości - dlaczego to tak często idzie w parze?

Dzisiejsze pracoholiczki, gdy były małe, usłyszały, że są do niczego. To smutne, ale jeśli chcemy żyć w szczęśliwym związku, trzeba wyjść z dawnych wzorców i skoncentrować się na tym, co dzisiaj chcę i mogę i jak jutro to sobie zdobędę. (Fot. iStock)
Dzisiejsze pracoholiczki, gdy były małe, usłyszały, że są do niczego. To smutne, ale jeśli chcemy żyć w szczęśliwym związku, trzeba wyjść z dawnych wzorców i skoncentrować się na tym, co dzisiaj chcę i mogę i jak jutro to sobie zdobędę. (Fot. iStock)
Iwona Firmanty, trenerka biznesu i psycholożka, krok po kroku towarzyszy kobietom w budowaniu szczęśliwego związku. W rozmowie z Aleksandrą Nowakowską przekonuje, że w miłości – tak jak we wszystkim – trzeba mieć dobry plan i motywację.

Co skłoniło panią, trenerkę biznesu, do pracy z kobietami, które poszukują miłości?
Podczas szkoleń biznesowych zauważyłam, że silne i sprawcze kobiety, które mają doskonale poukładane sprawy zawodowe, podczas przerw rozmawiają najczęściej o relacjach, o tym, że właśnie kończą związek albo że się boją kolejny raz otworzyć serce przed mężczyzną, bo życie dało im porządnego pstryczka w nos. A przecież nawet po najbardziej satysfakcjonującym dniu każdy chce wrócić do domu, w którym czeka na niego bliska osoba.

Dlaczego silnym kobietom jest tak trudno stworzyć zdrowy i długotrwały związek?
Z moich doświadczeń wynika, że w większości są zablokowane emocjonalnie i zbytnio zdystansowane. Z grubsza podzieliłabym je na dwie grupy. Pierwsza to bardzo zadbane kobiety, które starają się być doskonałe we wszystkim. Świetnie radzą sobie na wysokich stanowiskach, mają pieniądze i czas na inwestowanie w siebie, ale są sztywne w kontaktach i odcięte od swojego ciała – widać to zwłaszcza na poziomie miednicy. Drugi typ to dziewczyny zagonione, ze smutkiem w oczach i głęboko zakorzenionym przekonaniem, że już nic dobrego w życiu ich nie spotka. Wiele oddały mężczyznom, niewiele dostając w zamian. To niesłychanie wrażliwe kobiety, które mają tendencję do matkowania partnerom. I jedne, i drugie – nieszczęśliwe w miłości. Dziwią się, że mężczyźni widzą w nich tylko ich siłę i są skonfundowani, kiedy te się otwierają i miękną, bo przecież zainteresowali się kimś innym. I te kobiety mają potem pretensje do świata, że muszą dźwigać na sobie faceta. Ale wcale nie muszą!

Jakie błędy popełniają najczęściej?
Pierwsze bywają w domu zarządzającymi dyrektorkami, które mają roszczenia, kontrolują, naciskają, drugie są wyręczającymi i nadopiekuńczymi matkami. A tymczasem mężczyźni chcą być zdobywcami. Owszem, jeden będzie zdobywał je w żółwim tempie, inny – w tygrysim, ale trzeba im na to pozwolić. Nie zmienimy praw natury. Nawet jeśli inicjatywa wychodzi od kobiety, powinna ona tak poprowadzić rozmowę, żeby to on czuł się panem sytuacji. Kiedy mówię to na warsztatach, kobiety się buntują. Pytam je wtedy, czy chcą być szczęśliwe, czy mieć rację.

Mamy udawać, że jesteśmy głupsze?
To pytanie bardzo często słyszę od moich klientek. Tłumaczę im, że nie mają być głupie, a sprytne. Mówię: „W pracy używasz swojej siły i inteligencji, w domu bądź kobietą, którą on może się opiekować”. Mężczyzna czuje się męski, kiedy może kobietę chronić, rozpieszczać, dbać o nią.

Jeśli mężczyzna nie czuje się męski, odzwierciedla się to w sferze seksualnej?
Seks to ważny miernik tego, jak się nam układa w związku. Jeśli kobieta zaczyna zbyt dominować i traktować mężczyznę jak syna, jego sprawność seksualna szwankuje. Nie można też być zbyt słabą, odgrywając rolę dziecka, bo to wyklucza rolę seksualnej partnerki. Poza tym absolutnie nie warto mężczyzny zniewalać swoją siłą. Historycznie Polki musiały nauczyć się zaradności, bo mężczyźni szli na wojnę, a one zostawały same. Tak się zahartowały przez wieki, że w wielu sytuacjach są szybsze, a niekiedy bardziej kompetentne niż mężczyźni. I my, żyjące obecnie, nieświadomie powielamy wzorce naszych babek i matek. Nie wiemy, jakimi kobietami chcemy być.

Jak to zmienić?
Kobiety bardziej koncentrują się na tym, by ktoś je uzupełniał, niż na tym, co mogą zaoferować mężczyźnie i czego pragną w zamian. Z większością klientek zaczynam więc pracę od ustalenia, jaką kobietą chcą być w związku. Niektóre muszą najpierw nauczyć się, jak o siebie zadbać, jak czarować, uwodzić, jak podkreślać swoją kobiecość. Nie jesteśmy tego uczone, wpaja się nam jedynie pewne schematy miłości. Czasem są one na tyle toksyczne i krzywdzące, że odsyłam klientkę na przepracowanie tej sprawy z psychoterapeutą.

Dzisiejsze pracoholiczki, gdy były małe, usłyszały, że są do niczego. Gdy przynosiły czwórkę, rodzice mieli pretensje, że nie piątkę, i dzisiaj „przynoszą” stanowiska. Czasem doświadczały przemocy psychicznej, obojętności, braku bliskości. To smutne, ale jeśli chcemy żyć w szczęśliwym związku, trzeba wyjść z dawnych wzorców i skoncentrować się na tym, co dzisiaj chcę i mogę i jak jutro to sobie zdobędę. Nie mamy wpływu na przeszłość, ale decydujemy o przyszłości. Pierwszy etap coachingu miłości to budowanie samoświadomości i motywacji. Książka czy artykuł mogą być dobrym bodźcem do zmiany, ale już aby wprowadzić ją w życie – potrzebne są konkretne narzędzia. A ponieważ moje klientki świetnie radzą sobie w sferze zawodowej, proponuję im rozwiązania stamtąd zaczerpnięte. Nie uczę ich, jak stać się kimś innym, one krok po kroku stają się bardziej sobą.

Pojawia się autentyzm.
I spójność. Kobiety przyznają się, że dotąd, nieświadomie, wybierały partnerów pod kątem wymagań otoczenia. Zatem pora określić, jakiego mężczyzny ONE szukają. Na początku to wygląda jak wpisywanie danych do Excela. Jedna z moich klientek koniecznie chciała związać się z finansistą. Kiedy poznała kilku, bo pięknie ubrana i uśmiechnięta udała się w miejsce, gdzie bankowcy jadają lunche, stwierdziła, że są dla niej zbyt perfekcjonistycznie nastawieni. Ostatecznie wyszła za mąż za właściciela firmy budowlanej. Inna postawiła warunek, że wymarzony ukochany ma zarabiać określoną sumę, żeby stać go było na wycieczki trzy razy do roku. Zaczęłyśmy sprawdzać, co się za tym kryje. W rzeczywistości marzyła, żeby dzielić z ukochanym pasję do podróży.

Co się dzieje, kiedy kobieta spójna i atrakcyjna, wyposażona w tabelkę z danymi, wyrusza na randkę?
Nie chodzi o to, by trzymać się danych z tabelki, tylko by wiedzieć, kim się jest. Ostatecznie ten właściwy mężczyzna nie zawsze jest dokładnie tym z „zamówienia”, ale przeważnie ma cechy z tabelki. Na początku randkowania ustalamy sobie kilka zasad, np. że mężczyzna, z którym się spotykamy, musi być wolny i sprawy jego poprzednich związków mają być uporządkowane czy że przez pierwsze trzy miesiące nie decydujemy się na seks, bo biologia sprawi, że będzie nas do niego ciągnęło, a mamy poznać wielu mężczyzn, żeby poćwiczyć konwersatorium damsko-męskie. Ważną regułą jest, że on ma być trochę bardziej zaangażowany niż ona, bo potrzebuje być zdobywcą. Uważam natomiast, że jeśli kobieta chce znaleźć właściwego mężczyznę, powinna powziąć odpowiednie kroki, by zwiększyć szansę na jego spotkanie, na przykład iść tam, gdzie może spotkać kandydatów, jacy ją interesują.

Co się dzieje podczas procesu randkowania?
Zwykle na początku kobiety popełniają te same błędy, bo kiedy zobaczą faceta, który im się podoba, czują się jak sparaliżowane lub nalegają za bardzo, i on się odsuwa. Po takiej nieudanej randce rozmawiamy o tym, co poczuły w ciele, jak mają zachować się następnym razem. Kiedy na przykład kobieta więcej niż raz umawia się z chamskim arogantem, mówię jej, że widocznie potrzebuje adrenaliny, bo może nauczono ją, że miłość to zbliżanie się i oddalanie, i jej układ nerwowy jest do tego przyzwyczajony. Ważne, żeby miała świadomość, że zawsze będzie ją pociągał trochę niebezpieczny typ mężczyzny. Jeśli jakaś klientka mówi, że mężczyźni opowiadają jej o poprzednich związkach, pytam, dlaczego im na to pozwala. Kobiety mają też problem z tym, by pozwolić zapłacić za siebie na pierwszych randkach. A przecież pierwotny instynkt mężczyzny każe być mu głównym żywicielem. Kiedy wreszcie złapią dystans, zaczynają bawić się randkowaniem, i o to w tym wszystkim chodzi. Zwykle idą na kilka spotkań z mężczyznami, którzy są ciekawi, ale ostatecznie mało pociągający i wtedy… wydarza się cud – wreszcie spotykają tego wymarzonego, kiedy w dresach rano kupują marchewkę w warzywniaku.

I to już koniec historii?
Nie. Zaczyna się wspólne życie i tam też jest wiele pracy dla mnie. Uczę kobiety, żeby nadal dbały o siebie i nie biegały cały czas po domu w crocsach. Żeby nie starały się za bardzo, nie gotowały trzydaniowych kolacji, bo mężczyzna po takiej uczcie prędzej zaśnie na kanapie, niż będzie chciał starać się w sypialni. Jeśli partner nie zrobił zakupów, choć obiecał, to niech go nie wyręczają. Gdy nic nie znajdzie w lodówce, a będzie głodny, to ostatecznie jakoś skombinuje jedzenie. Jedna z klientek opowiedziała mi, że wtedy jej mąż złośliwie zamawia pizzę, bo ona nie je glutenu. Poradziłam jej, żeby następnym razem zjadła dodatki z góry i powiedziała, że pyszne. Po pewnym czasie mąż nie tylko zaczął robić zakupy, ale nawet gotować, a ona razem z nim, z tym że on był głównym dowodzącym. Nie było w tym żadnej gry, ale obopólna akceptacja ról płci.

Brzmi sensownie, ale mało romantycznie.
Romantyzm jest, ale na końcu! Najpierw jest logika, myślenie i działanie. Ogromnie mnie cieszy, kiedy klientki przysyłają mi swoje zdjęcia. Dziewczyna była smutna, nie wierzyła w siebie, a na zdjęciu uśmiecha się, a obok jest wielki facet i mały berbeć, który pojawił się dzięki jej pracy nad sobą. Jest szczęśliwa, bo nie udaje już kogoś innego i nauczyła się dawać mężczyźnie przestrzeń w swoim życiu. A ja jestem szczęśliwa, bo mogłam jej pomóc.

  1. Psychologia

Portrety rozbieżne. Dlaczego postrzegamy siebie inaczej, niż widzą nas inni?

Na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora - osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni natomiast patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić. (Fot. iStock)
Na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora - osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni natomiast patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić. (Fot. iStock)
Myślisz o sobie: „silna i zdecydowana”. Inni o tobie: „wiecznie się waha, nie wie, czego chce”. Albo: „uparta, wymagająca”. Kto ma rację? Wszyscy!

Jak to jest, że postrzegamy siebie samych zupełnie inaczej, niż widzą nas inni? Nawet bardzo bliskie osoby? Bierze się to z fundamentalnej różnicy perspektyw. Mianowicie: na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora, osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni, także bliskie osoby, patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić.

Jest jeszcze jedna różnica: my patrzymy na swoje działania, znając cele, ale też intencje. Kiedy patrzą na nas inni, widzą tylko nasze zachowanie, a jeśli spytają o intencje czy cele, możemy im oczywiście o nich powiedzieć, ale nie muszą w to uwierzyć. Stąd ich ocena może diametralnie różnić się od naszej. Zderzenie obu perspektyw może powodować konflikty.

Ludzie, z którymi jesteśmy blisko, znają pewnie nasze intencje. Są zatem większe szanse, że odbiorą nas tak, jak chcielibyśmy być odebrani? Tak, ich zdanie może być znacznie bliższe temu, co sami o sobie sądzimy, ale zaznaczam, że pełna zgoda nigdy nie nastąpi. Kiedy patrzymy na kogoś bliskiego, spoglądamy na niego trochę jak na siebie, czyli też przyjmujemy perspektywę aktora. Trzymamy kciuki, żeby mu się udało, tak samo jak zwykle kibicujemy sobie.

Problemem jest to, że mamy tendencję do zniekształcania własnego obrazu. Lubimy myśleć o sobie jak najkorzystniej, wszelkie nasze potknięcia staramy się tłumaczyć na własną korzyść, żeby się nie załamać psychicznie i mieć siłę do dalszego działania. Dlatego, choć znamy siebie teoretycznie najlepiej, nie mamy pełnego i obiektywnego obrazu siebie samych. On będzie zawsze subiektywny. Tendencyjność to ludzka natura. Nawet jeśli sądzimy, że sami nie jesteśmy tendencyjni, to pewnie myślimy, że inni są. Tylko że to właśnie potwierdza naszą nieobiektywność.

A może problem polega na tym, że w obecności różnych osób różnie się zachowujemy? I tu pojawia się kwestia ról. Bo chociaż jesteśmy cały czas jedną i tą samą osobą, to jednocześnie jesteśmy wieloma różnymi osobami naraz. Rozmaite konteksty sytuacyjne oczekują od nas innych zachowań i postaw. Jakaś kobieta wstaje rano i jest opiekuńczą matką swojego dziecka – wszystkie czynności, które wykonuje, sprawiają, że tak może być właśnie postrzegana, zarówno przez siebie, jak i przez innych. Odwozi dziecko do przedszkola, jedzie kilometr dalej do pracy i nagle jest szefową – wymagającą i upartą. A przecież to cały czas ta sama osoba. Takie skrajne role mogą powodować pytania u innych, ale i wątpliwości w nas samych: „Jaka ja naprawdę jestem – opiekuńcza czy wymagająca?”.

Inni ludzie potrafią nas trafniej osądzać w danej roli. Nam samym może być trudniej, bo zdajemy sobie sprawę, że pełnimy wiele ról i nie zawsze udaje nam się je wszystkie oddzielić. Ktoś, kto nas zna z konkretnej roli, może lepiej nas określać jako osobno: żonę, matkę, przyjaciółkę, szefową.

Podobnie jak jedna opinia powtarzana przez dłuższy czas, zwłaszcza w dzieciństwie, potrafi ukierunkować myślenie o sobie na błędny trop. Zgadza się, najczęściej dzieje się tak we wczesnym okresie kształtowania się naszego charakteru. Małe dziecko, które w obecności nieznajomych chowa się za nogi rodziców i niewiele mówi, z pewnością często słyszy od nich, że jest nieśmiałe. Po pewnym czasie zaczyna tak o sobie myśleć: „Jestem nieśmiały, wstydliwy”, bo dostaje gotowe wytłumaczenie swojego zachowania, ale wcale nie musi być ono zgodne z prawdą.

Jak w takim razie odbierać opinie innych? Brać je do serca, rozważać, czy też nie przykładać do nich zbyt dużej wagi? Mówi się, że usłyszeć czyjąś opinię to dar, ale przyjąć ją to łaska. Czasem myślimy o sobie: „Ależ inteligentnie to rozegrałam”, a potem słyszymy od kogoś: „To miało być inteligentne?! To było po prostu wyrachowane!”. Informacja zwrotna jest darem w sytuacji, kiedy może zawrócić nas z błędnej drogi, bo inni ludzie biorą zwykle pod uwagę odmienne aspekty niż my sami i potrafią wskazać nam punkty, w których mogliśmy kogoś np. urazić. Dlatego wzięcie pod uwagę opinii innych może być bardzo rozwijające.

Oczywiście może się też tak zdarzyć, że inni ludzie usiłują nam powiedzieć coś, co wcale nie służy naszym interesom, ale ich. Dlatego trzeba być bardzo uważnym, przyjąć taką informację do wiadomości, ale też zastanowić się, na ile ona dotyczy nas, tego, co moglibyśmy zmienić w swoim zachowaniu, żeby stać się lepszym człowiekiem, a na ile ma służyć temu, by komuś innemu było lepiej czy wygodniej. Lepiej pomyśleć, o czym świadczy to, że dana osoba chce, żebym była taka, a nie inna, niż zmieniać się pod jej dyktando. Trzeba zachować umiar i trzeźwość umysłu. Trochę chronić siebie przed opiniami innych, a trochę jednak je rozważać, bo jeśli tego nie zrobimy, zatrzymamy się w rozwoju.

To chyba działa też w drugą stronę: trzeba być ostrożnym w wygłaszaniu sądów. Niekiedy lepiej ugryźć się w język i nie powiedzieć tego, co ciśnie nam się od razu na usta, a co jest nieprzemyślane. Zanim wytknie się komuś: „zachowujesz się zbyt śmiało, zbyt agresywnie” itp., trzeba pomyśleć, co by było, gdyby ktoś inny wygłosił na nasz temat taką opinię. Jak byśmy to przyjęli? Spytać siebie, czy gdyby moja przyjaciółka powiedziała mi właśnie to, co ja chcę jej przekazać, to pomyślałabym sobie: „To wredna małpa, a nie prawdziwa przyjaciółka” czy: „Czy ona jest ślepa, żeby tak o mnie myśleć?”, czy też: „A może ma rację, a ja czegoś nie widzę?”. Jeśli chcemy wyrzucić z siebie wyłącznie własną frustrację, to możemy to zrobić na milion innych sposobów, chyba że zależy nam na tym, by rzeczywiście dać komuś jakąś wskazówkę, wpłynąć na jego zachowanie. Wtedy trzeba postarać się o większą delikatność.

Dr Aleksandra Cisłak, psycholog, zajmuje się problematyką spostrzegania społecznego, SWPS.

  1. Psychologia

Czy masz odwagę być sobą? - test na pewność siebie

Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Pewność siebie to stan umysłu, który wynika z poczucia własnej wartości, wyjątkowości, akceptacji i wiary w moc sprawczą. Przecież nie ma na świecie drugiej takiej osoby jak ty!

Brak pewności siebie powoduje, że stoimy na uboczu życia. Wolimy pozostać w bezpiecznej strefie komfortu. To dlatego nie podejmujemy ryzyka, nie inicjujemy kontaktów z ludźmi, nie walczymy o swoje prawa i nie umiemy odmawiać bez poczucia winy. Nieśmiałość, która jest przejawem braku pewności siebie, powoduje, że przed nosem mogą nam przechodzić ciekawe propozycje zawodowe czy nowe znajomości. Brak poczucia własnej wartości wynika z braku samoakceptacji. To zupełnie tak, jakbyśmy obawiały się własnego światła, rozwinięcia swoich skrzydeł. Tymczasem to właśnie korzystanie w pełni ze swojego potencjału jest sednem rozwoju.

Poniżej krótki test na pewność siebie. Wystarczy na każde z pytań odpowiedzieć "tak" lub "nie":

  • 1. Osiągasz cele z łatwością?
  • 2. Znasz swoje mocne strony i pokazujesz je światu?
  • 3. Bez problemu odmawiasz, jeśli nie możesz lub nie masz ochoty czegoś zrobić?
  • 4. Zazwyczaj to ty inicjujesz rozmowę?
  • 5. Masz poczucie, że każdą sprawę możesz załatwić?
  • 6. Udało ci się zrealizować kilka marzeń?
  • 7. Z łatwością podejmujesz decyzje i bierzesz za nie odpowiedzialność?
  • 8. Dobrze czujesz się na stanowisku osoby zarządzającej zespołem ludzi?
  • 9. Znajomi pytają cię często, jak coś załatwić?
  • 10. Podczas rozmowy patrzysz w oczy rozmówcy?
  • 11. Twój uścisk dłoni jest mocny?
  • 12. Podczas chodzenia nie garbisz się, twoje plecy są proste?
  • 13. Twój przekaz słowny jest konkretny i zrozumiały przez odbiorców?
  • 14. Uważasz się za kobietę atrakcyjną?
  • 15. Lubisz swoje ciało, a więc nie masz kompleksów z nim związanych?
  • 16. Lubisz wyzwania i często je podejmujesz?
  • 17. Potrafisz jasno zaznaczyć swoje granice w relacjach z ludźmi?
Większość odpowiedzi: „tak” oznacza, że jesteś kobietą, która osiąga swoje cele. Jeśli zgadzasz się tylko z kilkoma powyższymi stwierdzeniami – warto popracować nad wiarą w swój potencjał, który tylko czeka na przebudzenie.

Pomogą ci w tym następujące ćwiczenia:

Źródło: Dagmara Gmitrzak, „Trening Jaguara. Obudź swoją pewność siebie i osiągaj zamierzone cele”, Sensus 2014

Dagmara Gmitrzak trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl