1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ajurweda, czyli wiedza o życiu

Ajurweda, czyli wiedza o życiu

fot. iStock
fot. iStock
Ajurweda wciąż najczęściej kojarzona jest z ciałem i jego dolegliwościami. Tymczasem starożytne Wedy, pisane źródło ajurwedy, gromadzą też bogatą wiedzę o naturze człowieka. Co mówią o psychice?

Jakie wskazówki dotyczące naszego temperamentu i energii życiowej dają? Z coach Moniką Dębicką rozmawia Karolina Szaciłło

Ajurweda rozpatruje zdrowie wielopoziomowo. Jest najbardziej dosłowny poziom ciała, poziom umysłu (w tym emocji), poziom społeczny i poziom duchowy. Jeśli na tych wszystkich poziomach panuje równowaga, jesteśmy zdrowi – to chyba sedno psychologii wedyjskiej?

W Wedach nie pojawia się pojęcie psychologii. W bardzo obszerny sposób traktują one jednak o naturze człowieka. O tym, w jaki sposób możemy osiągnąć stan równowagi (na wszystkich czterech poziomach), który warunkuje zdrowie, szczęście i wolność. Psychologia wedyjska jest terminem, który symbolizuje nasze czasy. Symbolizuje syntezę. Starożytne przekazy, wspomniana wiedza na temat natury człowieka, spotykają się z najnowszymi odkryciami współczesnej nauki. Dla mnie dobrym przykładem tego połączenia jest np. Carl Gustav Jung, szwajcarski psychiatra i psycholog. Był absolutnym prekursorem w swojej dziedzinie, a inspirował się m.in. wielopoziomową wiedzą wedyjską.

„Psychologia jest balkonem duchowości” – usłyszałam na wykładzie pewnego mistrza duchowego.

Zgadzam się z nim całkowicie. Obserwujemy teraz prawdziwy boom na rozwój osobisty. Mamy stabilizację finansową, dostęp do informacji, nowoczesne technologie, ale wciąż nam czegoś brakuje. Nie potrafimy tworzyć harmonijnych relacji, zarządzać emocjami, konstruktywnie komunikować się z innymi, współpracować. Obserwujemy to zarówno w mikroskali, na poziomie jednostek, jak i na poziomie całych narodów.

Zainteresowanie psychologią to pierwszy krok, aby lepiej zrozumieć siebie, przekierować uwagę do wewnątrz, zobaczyć, jak bardzo nasza kondycja emocjonalna wpływa na jakość życia i skuteczność działania. Dzięki psychologii rozpoczynamy podróż w głąb siebie. Jednak to dzięki duchowości odnajdujemy równowagę między światem wewnętrznym a materią. To duchowość prowadzi nas dalej. Pokazuje, czym jest sedno człowieczeństwa. Podkreśla, jak doniosły jest szacunek do wszystkich istot żywych, jak ważne są etyka, miłość czy współodczuwanie, czyli świadomość, że wszyscy jesteśmy połączeni. Duchowość uwrażliwia na potrzeby innych. Do duchowości prowadzi nas z kolei coraz częściej nauka. Nassim Haramein, guru fizyki alternatywnej, ale również psychiatrzy i terapeuci, jak Aleksander Lowen oraz David R. Hawkins, autor książki „Przekraczanie poziomów świadomości” – oni wszyscy łączą materię z duchem.

Inny mistrz duchowy, Osho, twierdzi, że wolność zaczyna się wówczas, gdy uczucia zamieniają się we współczucie, czyli współodczuwanie. Co psychologia wedyjska mówi na temat emocji?

Zdaniem psychologii wedyjskiej, czyli filozofii Wschodu, emocja to energia. Wspomniany Hawkins zauważa, że niektóre emocje są związane z wysokim poziomem energii, a inne z niskim. Najniżej na skali Hawkinsa znajdują się wstyd, poczucie winy i żal. Najwyżej – oświecenie (choć nie jest emocją), pokój, radość i bezwarunkowa miłość. Wedy przyporządkowują konkretne emocje odpowiednim centrom energetycznym w ciele, czyli tzw. czakrom. Owe centra są związane z najważniejszymi gruczołami wydzielania wewnętrznego, jak np. tarczyca (nazywana „królową” gruczołów i zawiadująca całym systemem), grasica, szyszynka i trzustka. Te ostatnie znajdują się właśnie na poziomie czakr.

Jakie emocje są związane z poszczególnymi czakrami?

W czakrze podstawy jest chęć do życia lub inercja, w seksualnej – energia kreatywna i seksualna, w pępkowej – radość, szczodrość, zazdrość i skąpstwo, czakra serca to miłość, lęk i nienawiść. Te trzy emocje nawzajem się wykluczają. Czakra gardła to wdzięczność i żal. Punkt między brwiami – uważność i złość. Czakra szczytu głowy – błogość. Jeśli wszystkie te czakry są zrównoważone – czujemy się doskonale. Doświadczamy prawdziwego dobrostanu. Co ciekawe, czakrę podstawy stymulują werble i bębny. Dlatego żołnierzom ruszającym do walki akompaniował dobosz. Potrzeba słuchania muzyki beatowej, muzyki technicznej, opartej na mocnym rytmie, też jest z tym bardzo powiązana. Beat dosłownie wznieca w nas chęć do życia i wolę walki.

Czakry pokazują, w jaki sposób jest naładowana nasza bateria życiowa. Wyobraźmy sobie, że mamy ją maksymalnie naładowaną – jesteśmy w błogostanie. Jednak nagle ktoś robi coś nie po naszej myśli, denerwujemy się. Od razu energia spada o jeden szczebel, do poziomu między brwiami. Jesteśmy źli i automatycznie tracimy uważność. Poziom energii dalej spada i pojawia się żal. Dotykamy tzw. ciała bolesnego. Pojawiają się te wszystkie trudne, raniące wspomnienia i wchodzimy w rolę ofiary. Przerzucamy odpowiedzialność za swoją niedolę na innych. Tracimy wdzięczność. Energia znów schodzi niżej. Pojawia się lęk, że znowu ktoś może nas skrzywdzić, wykorzystać, zranić. W jego następstwie może pojawić się nawet nienawiść. Warto podkreślić, że miłość nie może rozkwitać, gdy się boimy. Lęk wyklucza miłość, uruchamia chęć przetrwania za wszelką cenę. Co ciekawe, będąc pod wpływem nienawiści, również nie odczuwamy lęku. Człowiek, który nienawidzi, potrafi poświęcić swoje życie. Nienawiść jest też wypaczoną miłością do idei. Obserwujemy ją np. u terrorystów, fanatyków.

Co się z nami dzieje pod wpływem lęku i nienawiści?

Tracimy radość i szczodrość. Zaczynamy być zazdrośni, skąpi, czyli schodzimy jeszcze niżej. Zazdrość to nic innego jak niskie poczucie własnej wartości. Zazdrościmy tego, o czym sądzimy, że nie jesteśmy w stanie tego mieć. Aby ulżyć sobie w tym dyskomforcie, idziemy w przypadkowy seks, który – jeśli nie jest w sposób świadomy powiązany z miłością – jeszcze bardziej obniża naszą energię. Dlaczego? Bo traktujemy drugiego człowieka instrumentalnie. Chcemy sobie ulżyć. Taki seks niszczy też kreatywność. Energia spada do najniższego poziomu. Tracimy chęć do życia. Pojawia się depresja, myśli samobójcze…

Psychologia wedyjska mówi, że miłość nie jest emocją. Czym w takim razie jest?

Jest podstawowym budulcem naszej świadomości. Jest tym, z czego jesteśmy stworzeni. Każda, nawet najniżej pozycjonowana energetycznie emocja, zawiera w sobie miłość. Jesteśmy zazdrośni tylko o coś, co kochamy. Chciwość to miłość do pieniędzy. A nienawidzić potrafimy tylko wówczas, jeśli wcześniej kochaliśmy. Nienawiść to „miłość, która stanęła na głowie”. To, do czego zdaniem filozofii Wschodu powinniśmy dążyć, to miłość bezwarunkowa, czyli nie: „kocham cię za to, że jesteś piękna” lub „za to, że jesteś inteligentna”, tylko: „kocham cię dlatego, że jesteś”.

Kiedy mówimy o zdrowiu, zarówno psychicznym, jak i fizycznym, w kontekście Wed – od razu przychodzi mi do głowy ajurweda i jej podział świata na żywioły oraz zbudowane z nich tzw. dosze, czyli energie biologiczne: vata, pitta i kapha. Jak reprezentują się one w umyśle?

Jak mówią specjaliści w dziedzinie ajurwedy, rodzimy się z jedną lub kilkoma dominującymi doszami w ciele – to one określają właśnie naszą konstytucję, przez ajurwedę nazywaną „prakriti”. W trakcie naszego życia poszczególne dosze na skutek ciągłych zmian wychodzą ze stanu równowagi. Zaczynają dominować w ciele. Ta dominacja dosz, innymi słowy nadmiar danego żywiołu, prowadzi do nierównowagi, a w jej następstwie do chorób – zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Wszystko, co jemy, mówimy, myślimy, słowem: każde nasze działania, ale również nasze otoczenie – mają na nią wpływ. Im wyższy jest poziom naszej świadomości, tym szybciej możemy wyłapać, że coś jest nie tak. Jesteśmy w stanie zapobiegać, żeby później nie leczyć. Pod tym względem ajurweda jest genialnym systemem medycyny prewencyjnej, akredytowanym zresztą od 1979 roku przez Światową Organizację Zdrowia.

Zdaniem m.in. Davida Frawleya, autora książki „Ayurveda and the mind”, osoby z nadmiarem vata (żywiołu powietrza i przestrzeni) to najczęściej artystyczne dusze, które charakteryzuje wrażliwość, a wręcz nadwrażliwość na zewnętrzne bodźce. Zamartwiają się i wyolbrzymiają problemy. Są to osoby z natury podatne na lęki (reagujące lękiem na zmiany), stres, a nawet załamania nerwowe czy choroby psychiczne (w tym schizofrenię, depresje maniakalne). Z kolei nadmiar pitta (ogień i woda) charakteryzuje osoby władcze, niezwykle bystre, zorganizowane i świetnych liderów. Z drugiej strony pitta łatwo wpada w złość, rywalizuje, cierpi na przerost ambicji i jest bardzo krytyczna zarówno w stosunku do siebie, jak i do innych. Kapha jest synonimem spokoju, stabilności emocjonalnej i odporności psychicznej. Kaphy są trochę jak słonie – mają dużo siły, ale długo się rozpędzają. Są pokorne. Mają jednak skłonność do melancholii, ospałości, a nawet depresji. Często szukają oparcia w innych. Niełatwo wpadają w złość, ale gdy już to nastąpi, długo z niej nie wychodzą.

Ajurweda podkreśla, że dietą, ziołami, masażami możemy zrównoważyć nie tylko ciało, ale również umysł. Mało tego, łatwiej i efektywniej jest rozpocząć pracę właśnie od ciała, bo nad nim prościej jest zapanować.

Ciało i umysł są ze sobą powiązane. Gdy ciało jest w równowadze lub przynajmniej bliskie równowagi, dużo łatwiej jest zachować jasność myślenia i spokój. Wejść w stan, który ajurweda, a tym samym psychologia wedyjska, nazywa sattvicznym. Wszystkie nasze działania mają doprowadzić do szczęścia. Zdaniem Wed cała otaczająca nas rzeczywistość i my sami zbudowani.

Sattva jest synonimem równowagi, spokoju, radości. warto zadbać o sattviczny stan umysłu – wtedy przyciągamy ludzi mających szacunek do samych siebie, a tym samym do innych.

Jesteśmy z tzw. prany – energii życiowej. Ta energia przedstawia się w trzech wibracjach – tamasowej, radżasowej i sattvicznej. Nasz stan umysłu również może przejawiać wibrację radżasową, tamasową lub sattviczną. Po czym to poznać? Po kontekście – środowisku, w jakim funkcjonujemy, relacjach, jakie nawiązujemy z otoczeniem, tym, co mówimy, a również co jemy.

Tamas jest związany z inercją, z zafałszowanym obrazem rzeczywistości wynikającym z wysokiego poziomu lęku. Przemoc, korupcja, agresja to są wibracje oparte na energii tamasowej. Radżas to w skrócie zasada: „więcej, szybciej i lepiej”. Nieustanne poszukiwanie szczęścia na zewnątrz, potrzeba udowodnienia, że jesteśmy lepsi od innych, brak poczucia własnej wartości, rywalizacja, pęd do doskonałości. Postawa radżasowa nigdy nie przynosi nam spełnienia: ani zawodowego, ani w relacjach. Jak tylko uda nam się zdobyć jeden szczyt, od razu mamy potrzebę wspinać się na kolejny. Poczucie spełnienia daje tylko równowaga między zewnętrznym a wewnętrznym światem. Równowaga między tym co materialne, a tym, co duchowe. W momencie, gdy bardzo zmęczy nas ta gonitwa, odkrywamy ostatni poziom – sattviczny. Sattva jest synonimem równowagi, spokoju, radości i wysokiego poziomu energii. Dlatego warto zadbać o sattviczny stan umysłu. Wtedy spotykamy i przyciągamy ludzi działających na zasadzie wygrany–wygrany. Ludzi mających szacunek do samych siebie, a tym samym do innych. To jest zupełnie inna jakość życia. Mam wrażenie, że do tego teraz dąży świat.

Na poziomie tamasowym i radżasowym funkcjonujemy w modelu wygrany–przegrany. Żeby coś zdobyć, musimy komuś zabrać. W energii tamasowej odbywa się to w spektakularny, widoczny, często nawet krwawy sposób, a w modelu radżasowym – w białych rękawiczkach, czyli dzięki manipulacji. Cały czas jednak to postawa przeciw czemuś, a nie ku czemuś.

Czy to znaczy, że tamas i radżas są nam niepotrzebne?

Każda z tych trzech tzw. sił natury materialnej odgrywa istotną rolę w naszym życiu. Jednak nadmiar tamasu lub radżasu nie jest dla nas dobry. Tamas jest potrzebny chociażby to tego, żeby zasnąć. Bez charakterystycznego dla niego uczucia ociężałości i senności sen nie byłby możliwy. Tamas nas również uziemia. Mając przewagę energii radżasowej, nie jesteśmy w stanie spać. Dlatego specjaliści mówią, że bezsenność jest chorobą naszej cywilizacji. Radżas jest nam jednak potrzebny, bo bez niego nie byłoby działania.

Każdy pewnie kiedyś doświadczył stanu sattvy – lekkości, szczęścia, błogości wynikającej z samego faktu bycia. To taki stan, gdy stoisz na plaży w towarzystwie ukochanej osoby, nie wyobrażasz sobie, że mógłbyś być w innym miejscu na ziemi, a twój umysł jest całkowicie w chwili obecnej. Ważne jest, aby pamiętać, że powinniśmy się posługiwać tymi wibracjami, a nie one nami.

Filozofia Wschodu jest wielowymiarowa. Mówi również o trzech rodzajach energii: kreatywnej, podtrzymującej i niszczącej.

Wedy pokazują, że rzeczywistość można kategoryzować w różny sposób. Sattva, radżas, tamas. Kapha, pitta, vata. Lub właśnie trzy rodzaje energii, o które pytasz: kreatywna (inicjująca), podtrzymująca i niszcząca (zwana również transformującą), obracają całą spiralą ewolucji. Aby coś powstało, musi zaistnieć energia inicjująca. Albert Einstein czy Nassim Haramein są jej manifestacją. Aby móc rozwijać i zgłębiać tę wiedzę, potrzebna jest energia podtrzymująca. Energia kończąca, zwana transformującą, jest z kolei konieczna, aby zostawić stare i zrobić przestrzeń dla nowego. U każdego z nas dominuje któraś z tych potężnych sił. Jeśli jest za dużo kreatywnej, to cały czas wpadamy na nowe pomysły, ale nie wdrażamy ich w życie. Za dużo podtrzymującej sprawia, że trzymamy się kurczowo starego. Oznacza utknięcie w strefie komfortu, brak rozwoju. To energia niszcząca wypycha nas ze strefy komfortu. Jednak, gdy jest jej za dużo, to niszczymy wszystkie nowe związki, przedsięwzięcia – nie dajemy im szansy na rozwinięcie się.

W myśl tych sił przebiega ewolucja wszechświata, ale również w mikroskali – nasza osobista ewolucja.

Osoby z nadmiarem vata (żywiołu powietrza i przestrzeni) to najczęściej artystyczne dusze, które charakteryzuje wrażliwość, a wręcz nadwrażliwość na zewnętrzne bodźce.

Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że to, co jemy wpływa zarówno na naszą witalność, wagę, stan naszej skóry czy włosów, ale również na kondycję naszego całego organizmu, w tym szczególnie na stan naszych narządów. Z jakich produktów, ziół i przypraw powinniśmy komponować menu, aby mieć energię i cieszyć się zdrowiem? Odpowiedź znajdziesz w książce Jedzenie, które leczy. 

Karolina i Maciej Szaciłło skorzystali z mądrości najstarszej znanej ludzkości medycyny - ajurwedy. Ten liczący 5 tysięcy lat system medyczny podchodzi do zdrowia w sposób holistyczny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Miejski szamanizm, czyli jak w erze technologii żyć zgodnie z duchowością

Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. (Fot. iStock)
Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. (Fot. iStock)
Cztery żywioły, cztery pory roku, cztery fazy Księżyca... Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. Jak w erze technologii żyć zgodnie z duchowością przyrody - pytamy terapeutę i praktyczkę szamanizmu Ranjanę A. Pomar.

Szamanizm kojarzy się z animizmem, który postrzega naturalne obiekty, takie jak woda, góry czy drzewa, przez pryzmat mieszkających w nich duchów. Życie w mieście wydaje się zaprzeczeniem takiej wizji świata, a jednak proponuje pani też praktyki szamańskie dla mieszkańców dużych miast.
Tradycja szamańska, której jestem wierna, wywodzi się od plemienia Mapuczów, ta nazwa oznacza „ludzie z ziemi”. Inkowie mają Machu Picchu, Majowie – piramidy w Meksyku, a Mapucze, którzy żyli na terenie dzisiejszego Chile, nie wybudowali żadnych świętych miejsc. Uzasadniali to dbałością o naturę. Ona jest ich rajem, a świątynią – ziemia.

Zaczęłam uczyć się szamanizmu, gdy miałam 21 lat. Co roku, przez 17 lat, jeździłam na trzy miesiące w Andy i żyłam wśród tamtejszej społeczności. Spędzaliśmy wiele godzin na rytuałach oczyszczających w tzw. szałasach potów, wspinaliśmy się, nurkowaliśmy w zimnych górskich strumieniach, przeprowadzaliśmy ceremonie z ogniem, śpiewem i tańcami. Braliśmy też udział w tzw. poszukiwaniach wizji, polegających na czterodniowych wyprawach do lasu bez sprzętu, bez jedzenia, piliśmy tylko wodę. A po powrocie prowadziłam normalne życie: studiowałam, pracowałam, wyszłam za mąż. Nie traciłam kontaktu z naturą, ale jednocześnie lubiłam swoje miejskie przyzwyczajenia: lampkę wina wieczorem, wyjście do restauracji. Nie chciałam rezygnować ani z jednego, ani z drugiego, więc zaczęłam praktykować szamanizm tam, gdzie mieszkałam. Dużo wtedy podróżowałam i zauważyłam, że wiele osób żyjących w miastach nie jest zadowolonych z tego, że są odcięci od przyrody i całymi dniami wpatrują się w monitor czy telewizor. Chcą coś zmienić, więc ćwiczą jogę, medytują, a niektórzy interesują się szamanizmem. I dla nich zaczęłam prowadzić codzienne praktyki, które pozwalają zrównoważyć poziom hormonów w ciele. Wpływają również na emocje. Nazwałam je miejskim szamanizmem.

Na czym on się opiera?
Na podziale życia na cztery sfery związane z żywiołami: z ziemią, wodą, ogniem i powietrzem. Ziemia wiąże się z jedzeniem, ciałem, kośćmi, pieniędzmi, ćwiczeniami fizycznymi. Powietrze u mężczyzn łączy się z inteligencją i racjonalnym myśleniem, a u kobiet – z intuicją. Ogień oznacza działanie, ochronę, łowiectwo i wiąże się głównie z mężczyznami. Jeśli nie jest opanowany, wzmaga zachowania rywalizacyjne, a nawet prowadzi do agresji. Z kolei woda to bardzo kobiecy element. A że na wodę wpływa Księżyc, to kobiety są bardziej „księżycowe”.

Co to oznacza?
Księżyc ma cztery fazy: nów, pierwsza kwadra, pełnia, ostatnia kwadra – i warto, by kobiety poznały ich wpływ na swoje funkcjonowanie, bo także żyją w czterofazowym cyklu miesiączkowym. Na warsztatach uczę więc, jak, zwiększając wrażliwość i słuchanie swojego ciała, zsynchronizować fazy cyklu z tym księżycowym. Nie przez przypadek oba trwają tyle samo. Najlepiej jeśli owulacja przypadnie na pełnię, bo wtedy cykl synchronizuje się z analogicznymi fazami Księżyca: gdy księżyca przybywa, to zalążek rośnie, gdy księżyca ubywa – zmniejsza się. W pełni będzie czas płodny, a podczas nowiu niezapłodniona komórka jajowa zostanie wydalona, wracając do Matki Ziemi. Jeśli kobieta owuluje w czasie pełni Księżyca, to jej układ hormonalny wytwarza więcej oksytocyny, a ta odgrywa pozytywną rolę m.in. w tworzeniu więzi społecznych i rozmnażaniu płciowym. W tym czasie ciało kobiety jest bardziej otwarte na seks niż w pozostałych dniach. Kobieta jak księżyc zmienia się cztery razy w miesiącu. Mężczyźni są bardziej stabilni, bo są powiązani z porami roku.

Także czterema...
Tak, w wielu częściach świata mamy wyraźne cztery pory w skali roku, a z tym związana jest ilość energii słonecznej, jaka do nas dociera. Energia słoneczna ma  bardzo duży wpływ na mężczyzn – to dzięki niej są praktyczni, racjonalni, nakierowani na cel. Energia słoneczna wspomaga też inteligencję, aktywność i pracę. Mężczyźni z miast pracują zazwyczaj w pomieszczeniach zamkniętych i są oderwani od sygnałów natury, na przykład tego, że zachód słońca daje organizmowi znak do spowolnienia i przygotowania się do snu. Stąd biorą się problemy z produkcją melatoniny, regulującej czas snu i czuwania, i w rezultacie z nadmiarem kortyzolu, tzw. hormonu stresu. Pory roku mają też znaczenie dla diety. Kiedyś jedliśmy sezonowe potrawy, teraz, wraz z globalizacją, mamy dostęp do warzyw i owoców w każdym miesiącu. I nawet nie widzimy w tym nic nienaturalnego...

Praktyki, które pani proponuje, pozwalają to dostrzec?
Szamanizm miejski pomaga przywrócić w nas równowagę. Mieszkam teraz w Barcelonie, codziennie chodzę nad morze, by obejrzeć wschód słońca, i medytuję przynajmniej przez pięć minut na powitanie dnia. Wiosną tego roku przez pandemię i dwumiesięczną kwarantannę nie mogliśmy tego robić. Pamiętam pierwszy poranek, gdy po zniesieniu obostrzeń wyszliśmy wreszcie na zewnątrz. Ludzie, którzy przyszli tego dnia rano na plażę, by obejrzeć słońce, mieli łzy w oczach. Dopiero wtedy doceniliśmy, jakimi szczęściarzami jesteśmy, że możemy podziwiać świat, wcześniej uważaliśmy to za niepodważalne prawo.

Wywiad przeprowadzono na Festiwalu Tantry, Szamanizmu, Świadomości i Relacji w ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie k. Olsztyna. 

Ranjana A. Pomar, terapeutka, praktykuje szamanizm, medytacje, tantrę. Prowadzi warsztaty samorozwoju na świecie, w Polsce w ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie.

Szamanizm w wielkim mieście

Oto ćwiczenia, które pozwolą ci na lepszy kontakt z czterema żywiołami.

Ziemia

  • Co rano po przebudzeniu przynajmniej przez minutę rozkoszuj się porankiem. Dotykaj swojego ciała (ono jest elementem ziemi), podziękuj w duchu lub na głos za kolejny dzień twojego życia. Jeśli to możliwe, obserwuj słońce jeszcze z łóżka. Następnie weź prysznic: najpierw polej się gorącym strumieniem, potem bardzo zimnym – to rozbudzi wszystkie komórki organizmu i lepiej przygotuje cię do aktywności całego dnia. Wiele osób pobudza ciało porannymi ćwiczeniami, na przykład jogą.
  • Jeśli masz ogród, latem spaceruj na bosaka po trawie, tak by poczuć rosę, chłód ziemi, źdźbła trawy. Ten zwyczaj nie tylko sprawia dużo przyjemności, ale też łączy cię z ziemią i uwalnia wiele napięć. Ostatni efekt możesz wesprzeć w prosty sposób: stojąc na trawie, potrząsaj energicznie ciałem przez 5 minut (tak jak podczas praktyki TRE). Ćwiczenie można dodatkowo powtarzać po południu.
  • Żywioł ziemi dobrze wzmacniać praktyką wdzięczności: dziękuj za każdy miniony dzień, za otrzymane pieniądze, za pyszny posiłek.
Woda
  • W czasie nowiu zrób sobie kąpiel z ziołami, np. miętą, szałwią, które wydzielają silny zapach; to oczyści twoją aurę. Zaparz je w dzbanku, odcedź i wlej do wanny z wodą.
  • Podczas pełni Księżyca polecana jest kąpiel w płatkach róży (symbolizują miłość, dawanie siebie) albo w lawendzie (przynosi spokój i odprężenie, uwalnia od stresu).
Powietrze 
  • Jeśli masz w sobie wiele napięć, podnoś ręce, wdychając silnie powietrze przez nos. Wypuszczaj je ustami, wydając głośny dźwięk i strzepując energicznie ręce w dół – jakby otrzepując je z czegoś.
  • Jeśli odczuwasz lęk, oddychaj głęboko i głośno przez nos. To uspokaja, uwalnia napięcia, złość, pomoże ci się zrelaksować.
  • Gdy jesteś smutny, oddychaj przez usta, w średnim tempie, nie w pośpiechu.
  • Gdy ogarnie cię złość, oddychaj bardzo szybko przez nos.
Ogień
  • Wiosną, latem i jesienią pamiętaj o korzystaniu z kąpieli słonecznych. Jeśli pozwala na to pogoda, połóż się bezpośrednio na ziemi na 10 min. Zimą przed pójściem spać usiądź wygodnie i obserwuj przez kilka minut płomień świecy. W ten sposób ciepło ogrzeje twoją duszę.

  1. Styl Życia

Rządzą nami żywioły. Poczuj w sobie ich zgodną współpracę

Dobrze jest skupić się od czasu do czasu na swoim ciele, poczuć wszystkie żywioły i ich zgodną współpracę. Można przy tym wizualizować różne obiekty czy zjawiska, które reprezentują dany żywioł. (Fot. iStock)
Dobrze jest skupić się od czasu do czasu na swoim ciele, poczuć wszystkie żywioły i ich zgodną współpracę. Można przy tym wizualizować różne obiekty czy zjawiska, które reprezentują dany żywioł. (Fot. iStock)
Są esencją świata. Mają moc tworzenia i destrukcji. Cztery żywioły - trzeba je okiełznać i oswoić, a staną się sprzymierzeńcem człowieka.

Już w starożytności ludzie wyróżniali cztery żywioły tworzące esencję świata: ziemię, powietrze, ogień i wodę. Niektórzy dodają piąty - ducha, który jednoczy i równoważy wymienioną czwórcę. Wszystkie uzupełniają się, pozostają we wzajemnej zależności: ziemia bez wody nie wyda plonów, ogień bez powietrza zgaśnie. Żywioły to nic innego jak energie obecne we wszechświecie. Każda z nich jest inna, każda niezbędna do życia. Ziemię reprezentuje ciało - jest rodzajem bazy, fundamentem pod trwałe osiągnięcia. Powietrze to intelekt, wyobraźnia - inspiruje, umożliwia rozprzestrzenianie się wiedzy. Ogień to energia witalności - pobudza do działania. Woda to uczucia, emocje, sny, podświadomość.

Ponieważ wszystko we wszechświecie jest ze sobą połączone, żywioły też trudno spotkać w „czystej” postaci. Niekoniecznie musi to być postać fizyczna: na przykład z żywiołem ziemi możemy się skontaktować, biorąc do ręki garść piasku, ale też wizualizując, że zapuszczamy w niej korzenie. Wiążą się z nimi również określone stany emocjonalne, cechy charakteru... Są potężną siłą - pierwotną, wszechobecną. Trudno je kontrolować, ale można się z nimi zaprzyjaźnić. Świadomie korzystać z ich mocy.

Przyciąganie i pożegnanie

Od wieków wierzono, że magiczne światy żywiołów są zamieszkiwane przez związane z nimi mityczne istoty. W przypadku ziemi są to gnomy, elfy, skrzaty, w przypadku ognia dżinny i geniusze. W powietrzu unoszą się duchy, anioły, sylfy, w głębinach wód żyją nimfy, harpie i syreny. Dawniej wykorzystywano żywioły do przepowiadania przyszłości z chmur, dymu, kamieni, płomieni ognia (czy choćby świecy), misy z wodą... Dziś też możemy sięgać po te praktyki, szukać kształtu, który nas zainspiruje, wskazówek, podpowiedzi.

Ziemia karmi, powietrze oczyszcza, ogień chroni, a woda leczy, ale tak naprawdę - odwołując się do magii żywiołów - możemy wspierać wszystkie dziedziny życia: miłość, finanse, naukę, prestiż, zdrowie... Przyciągać to, czego potrzebujemy i żegnać, co nam nie służy. Wystarczy spalić to w ogniu, zakopać w ziemi, odesłać z prądem wody czy rozrzucić na wietrze...

Każdemu żywiołowi są przyporządkowane określone kolory i zmysły, zwierzęta i rośliny, miejsca i instrumenty muzyczne. Również strony świata i fazy księżyca, pory dnia i roku. Niektórzy twierdzą, że każdy z żywiołów ma w sobie zarówno aspekty pozytywne, jak i negatywne.

Tworzy i niszczy. Można też na to spojrzeć w inny sposób: że szkodzi to, co narusza równowagę, co występuje w nadmiarze. Żywioł ziemi zapewnia nam poczucie realizmu, praktyczne myślenie, ale jeśli jest go za dużo, może tłumić spontaniczność, ograniczać horyzonty myślowe, prowadzić do materializmu, konserwatyzmu, przesadnego planowania i niewolniczego trzymania się zasad, do despotyzmu, a nawet fanatyzmu. Powietrze to elastyczność i intelekt, ale przy nadwyżkach powoduje niezdecydowanie i zmienność, przeintelektualizowanie i gadulstwo. Nie bez powodu powstało określenie „rzucać słowa na wiatr” - kto odznacza się nadmiarem żywiołu powietrza, często nie dotrzymuje obietnic. Ogień obdarza pasją, siłą twórczą, ale gdy się zanadto rozbucha staje się przyczyną ataków gniewu, agresji, egoizmu, nadmiernego folgowania żądzom. Jeśli nie zapanujemy nad naszym wewnętrznym ogniem, będziemy żyć w ciągłym stresie. I wreszcie woda - daje wrażliwość, intuicję, wyobraźnię. W dużych ilościach wywołuje zagubienie i odrealnienie, bierność i melancholię.

 
Niektóre żywioły są nam bliższe, inne jakby mniej oswojone. Pewną wskazówką może być astrologia. Jak wiadomo Baran, Lew i Strzelec należą do trygonu ognia, Byk, Panna i Koziorożec - ziemi, Bliźnięta, Waga i Wodnik - powietrza, a Rak, Skorpion i Ryby - wody. Oczywiście, sam znak zodiaku to za mało - ważne są również inne aspekty planet, wpływające na udział energii poszczególnych żywiołów w naszej osobowości. Ucząc się tych energii, rozpoznając je, możemy uświadomić sobie lepiej nasze nawyki, emocje, ocenić, którego z żywiołów nam brakuje, który dominuje... A potem, krok po kroku, harmonizować je - łączyć ziemię z powietrzem, godzić ogień z wodą.

Ziemia - schronienie i stabilizacja

Uważa się, że ziemia jest najbliższym nam żywiołem, podstawą dla wszystkich pozostałych. Domem. Mamy z nią w zasadzie stały kontakt - kiedy chodzimy, siadamy, jemy, pracujemy. Bez niej nie byłoby życia. To typowa żeńska energia, jest jak matka: płodna, opiekuńcza, zaspokaja nasze podstawowe potrzeby, daje nam oparcie, poczucie bezpieczeństwa, pokarm, schronienie. Ziemia jest najbardziej fizycznym z żywiołów, związanym ze zdrowiem, siłą, ale też ze strukturą, solidnością, stabilnością, wytrwałością. Aby nadać realny kształt naszym planom, projektom, marzeniom, potrzebujemy żywiołu ziemi, bo ma moc urzeczywistniania. Zapewnia dostatek, powodzenie, odpowiada za udane plony. O osobach obdarzonych tym pierwiastkiem mówi się, że są ugruntowane, twardo stąpają po ziemi. Brak tego elementu oznacza głowę w chmurach, uczucie zagubienia, rozchwiania, lekkomyślność, nieprzystosowanie do rzeczywistości. Przyporządkowane ziemi części ciała to kości i narządy płciowe, zmysł - dotyk, pora dnia - noc, miejsca - pola, łąki, lasy, a instrumenty - bębny.

Jak wzmocnić połączenie z ziemią? Sposoby są bardzo proste: praca w ogrodzie, na działce, chodzenie boso po trawie, siadanie na piasku, spacery po lesie, obejmowanie drzew. Inne, niewymagające wychodzenia z domu, to chociażby porządki. Albo zabawa ze zwierzętami. Energię ziemi można też zaczerpnąć podczas ćwiczenia oddechowego. Wystarczy usiąść na krześle ze stopami na podłodze i oddychając powoli, rytmicznie przez nos, wyobrazić sobie, że stopy wrastają w ziemię. Dobrze jest wizualizować energię ziemi jako czerwony kolor, który wdychamy przez podeszwy. Tak długo, aż poczujemy się nią wypełnieni.

Powietrze - wolność i intelekt

Powietrze ma najlżejszą energię ze wszystkich żywiołów. Jest niewidzialne, niezależne, wciąż się zmienia. To źródło wolności, swobody, inspiracji. Dzięki niemu możemy wznosić się nad ziemią, marzyć. Jako że jest niewidoczne, reprezentuje to, co w nas niewidzialne: sny, wizje, myśli. To od nich zaczyna się każdy akt kreacji. Powietrze przynosi nowe pomysły, rozwiązania, inne spojrzenie na świat, komunikatywność. Wiąże się je też z intelektem, wiedzą, obdarza zdolnością analizy i abstrakcyjnego, niezależnego myślenia. W odróżnieniu od ziemi, powietrze to żywioł męski: ruchliwy, ekspansywny, popychający do działania, nadający kierunek. Brak tego elementu powoduje uzależnienia, przywiązanie, sprawia, że tkwimy w schematach, ograniczeniach, pozbawieni wizji.

Powietrze związane jest z klatką piersiową, płucami, gardłem,. Zmysły, które się mu przypisuje, to węch i słuch. Pora dnia- wschód, a instrumenty - wszystkie dęte. Do miejsc przyporządkowanych temu żywiołowi należą wieże, lotniska, biura podróży, szkoły, biblioteki i poradnie psychologiczne. Aby wzmocnić w sobie element powietrza, warto znaleźć czas na jakiś mniej praktyczny, abstrakcyjny cel, coś w rodzaju ăsztuka dla sztuki”. Taki, który będzie służyć samej przyjemności. Można też wdychać zapachy, wąchać kwiaty. Także wizualizacja i pozytywne myślenie są zaliczane do „powietrznych” praktyk.

Ogień - pasja i moc

Inny męski żywioł to ogień - związany z władzą, wolą, inicjatywą. Jego siła jest ogromna. Działa bardzo szybko, niszczy, co niepotrzebne, transformuje. Nie bez powodu kominek uważa się za magiczny portal domu. To potężny obrońca - używa się go do ochrony i wzmacniania, kojarzy ze słońcem, gwiazdami, płomieniem, także tym płonącym w naszym sercu, ciele... To królestwo namiętności i erotyki, iskra boskości, jaką w sobie nosimy. Oznacza żywotność ludzkich pragnień, entuzjazm, miłość, żarliwość, daje radość życia i energię do działania, odwagę i wiarę w siebie. Osoby pozbawione ognia są zimne, pasywne, powolne, apatyczne. Jego niedobór może być powodem wewnętrznej pustki, poczucia niższości.

Ogień rządzi zmysłem wzroku i głową, dlatego o ludziach wybuchowych mówi się czasem „gorąca głowa”. Pora roku, jaką przypisuje się temu żywiołowi, to lato, pora dnia - południe, instrumenty - strunowe, a miejsca - pustynie, gorące źródła, wulkany, piece i kominki. Również sypialnie.

Aby uzdrowić związek ogniem, możemy na przykład dotykać nagrzanej skały, wczuć się w ciepło podanej nam ręki, wąchać dym z ogniska... Ale najprostszy sposób to wpatrywanie się w płomienie. Niektórzy uważają, że regularne stosowanie tej praktyki umacnia więzi z przeszłością, z przodkami.

 
Pozwala także wejrzeć w przyszłość. Z elementem ognia łączymy się, kiedy wystawiamy twarz i ciało na ciepłe promienie słońca, które ożywia, oczyszcza, dodaje energii. Jego moc warto wykorzystać, kiedy rozpoczynamy nowe przedsięwzięcia albo gdy zależy nam na klarowności, przejrzystości, wyciągnięciu pewnych spraw na światło dzienne.

Woda - emocje i intuicja

Woda jest symbolem nieskończoności, odrodzenia, nowego życia. Kojarzy się z morzami, rzekami, jeziorami, z deszczem i śniegiem, również ze łzami, z krwią, limfą. Jest płynna, a zatem również zmienna, nieprzewidywalna. Raz opada, innym razem wzbiera, raz jest łagodna, jakby uśpiona, kiedy indziej wzburzona, groźna. Zupełnie jak nasze emocje. To za nie właśnie odpowiada, ale też za podświadomość. Ma właściwości oczyszczające, lecznicze. Kontroluje sny.

Woda to energia żeńska. Jest, jak wiadomo, ściśle związana z księżycem, który ma wpływ i na kobiece cykle, i na przypływy morza. Woda obdarza uczuciowością, czułością, wrażliwością, intuicją - dzięki temu żywiołowi jesteśmy zdolni do przebaczenia, współczucia, empatii. Daje też spokój, ukojenie, głębię, akceptację, harmonię, zaufanie, płynność, umiejętność płynięcia z nurtem życia, przystosowania się do tego, co nam przynosi. Kiedy brakuje nam żywiołu wody, trudno się zrelaksować, wyciszyć, czujemy ciągłe napięcie. Albo pustkę emocjonalną, zaborczość. Brak wody to również nadmierny dystans, chłód emocjonalny, tzw. suche obejście. Na poziomie fizycznym odwodnienie prowadzi do znacznego osłabienia organizmu.

Woda rządzi popołudniem. Jej zmysł to smak, część ciała - brzuch, a instrumenty - gongi, dzwony i cymbały. Aby połączyć się z tym żywiołem, wystarczy zwolnić tempo, pójść nad morze, jezioro, rzekę, zanurzyć rękę w wodzie, pochodzić po rosie, wybrać się na spacer w deszczu albo we mgle, wziąć kąpiel albo prysznic, wizualizując oczyszczenie z tego, co nam nie służy.

Wszystkie razem

W naszym ciele są nieustannie obecne wszystkie żywioły. Przy każdym wdechu powietrze wpływa do płuc, żeby zasilić tlenem komórki. Ogień uczestniczy w procesach przemiany materii, w impulsach nerwowych. Osiemdziesiąt procent naszego ciała stanowi woda - wypełnia tkanki, płynie we krwi. Całe nasze ciało fizyczne, reprezentuje ziemię. Przyjmuje się też, że ten pierwiastek jest budulcem kości, zębów, włosów.

Dobrze jest skupić się od czasu do czasu na swoim ciele, poczuć wszystkie żywioły i ich zgodną współpracę. Możemy też medytować nad przypisanymi im cechami charakteru, żeby zbadać, które elementy są w nas najbardziej aktywne. Dobrym sposobem na równoważenie żywiołów jest medytacja nad każdym z nich, z twarzą zwróconą kolejno w cztery strony świata (ziemia - północ, powietrze - wschód, ogień - południe, woda - zachód). Można przy tym wizualizować różne obiekty czy zjawiska, które reprezentują dany żywioł. A jeśli ktoś woli bardziej zmysłowe doznania, z pewnością chętnie odwoła się do rytualnej kąpieli, łączącej w sobie wszystkie żywioły. Składniki tej przyjemności to oczywiście woda, ciepło - odpowiednia temperatura plus świeca (ogień), miły zapach to na przykład kadzidło (powietrze), wreszcie zioła albo sól kąpielowa (ziemia). Można dodać do tego muzykę relaksacyjną, najlepiej z odgłosami natury.

  1. Zdrowie

Dlaczego nie ma leku na raka?

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Jak to możliwe, że przy takim postępie medycyny nie ma skutecznego leku na raka?  Gwen Olsen (nagrodzona Human Rights Award) twierdzi, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane znalezieniem go, a to one nadają kierunek służbie zdrowia. „Skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu” – dodaje Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor książki „Być lekarzem, być pacjentem”. A jeśli tak jest, to jak dziś skutecznie leczyć się i dbać o zdrowie?

Postęp medycyny jest złudzeniem albo dzieje się coś złego, skoro rak wciąż zabija. Krytycy systemu leczenia twierdzą, że autorzy 80 proc. publikacji w prasie medycznej są związani z koncernami farmaceutycznymi. Czy więc mogą być obiektywni?
Zacznijmy od być może krzywdzącego dla medycyny i farmacji podejrzenia o złamanie świętej zasady: przede wszystkim nie szkodzić (z łac. Primum non nocere). A nawet o złą wolę i chęć szkodzenia. Prawdą jest, że logika systemu wolnorynkowego i cele funkcjonowania koncernów mogą rodzić podejrzenie, że zysk, a nie zdrowie czy inne dobro publiczne, stanowi wartość nadrzędną. W świecie konkurencji można łatwo, wręcz bezwolnie, ulec pokusie ignorowania tej wartości, jeśli stoi to w sprzeczności z zyskiem firmy. Dlatego punkty serwisowe nie apelują do producentów o zwiększenie bezawaryjności produktów. Na podobnej zasadzie wspierane przez korporacje instytuty naukowe mogą zdradzać skłonność do eliminowania badań nad tanimi i profilaktycznymi procedurami oraz prawdziwymi przyczynami chorób, zwłaszcza cywilizacyjnych. Ale mimo tych uwarunkowań systemowych nie można jednoznacznie przypisać medycynie i tzw. Big Pharmie złowrogich intencji. Z drugiej strony – trzeba uwolnić się od złudzenia, że rynek ma interes w tym, byśmy byli zdrowi. Z punktu widzenia chorujących komercjalizacja usług medycznych ani finansowanie tworzenia i wdrażania nowych leków przez zainteresowane zyskiem korporacje nie są dobrym pomysłem. Biznesowe myślenie musi skutkować m.in. kreowaniem popytu na leki i usługi medyczne. A popyt ten jest większy, gdy ludzie chorują. To oczywiste, że skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu.

System jest chory i dlatego coraz częściej cierpimy na przewlekłe lub nieuleczalne choroby?
W pewnym sensie tak. Sądzę jednak, że najistotniejsza przyczyna kryzysu medycyny i służby zdrowia leży znacznie głębiej. Mam na myśli pokutujące w zbiorowej podświadomości lekarzy dogmatyczne przekonanie, że organizm ludzki jest materialną, wyodrębnioną  z otoczenia  autonomiczną maszyną. Dlatego także onkologia nie postrzega ciała, psychiki, ducha i środowiska człowieka jako jedności, którą tylko jako całość można zrozumieć i dzięki temu rozstrzygać, jaka konfiguracja i interferencja tych wszystkich czynników wyzwala chorobę. Na domiar złego medycyna reaguje na swój kryzys, usztywniając konserwatywny, ograniczający paradygmat, który jest powodem jej kryzysu. Tak można interpretować na przykład upartą wiarę w determinizm genetyczny. Ten powszechnie komunikowany pogląd ignoruje liczne dowody badawcze, wskazujące na fakt, że genotyp odpowiada jedynie za predyspozycję i może być modyfikowany przez wpływy środowiska biologicznego, społecznego, a także mentalnego, w których funkcjonuje organizm ludzki. Szczególnie uznanie wpływu środowiska mentalnego – innymi słowy psychiki – na ciało stanowi dla konwencjonalnej medycyny barierę trudną do przejścia. Tymczasem lęk przed genami jest dziś tak skutecznie promowany, że Angelina Jolie z powodu niekorzystnej genetycznej diagnozy kazała amputować sobie piersi. Trzeba mieć nadzieję, że taki sposób rozumienia profilaktyki onkologicznej się nie rozpowszechni. Jest on bowiem uznaniem porażki medycyny w zakresie profilaktyki rozumianej jako prawdziwe zapobieganie chorobie. Amputację zdrowych piersi Angeliny Jolie w najlepszym razie możemy uznać za – problematyczny zresztą – wybór mniejszego zła.

Dlaczego onkologia broni się przed szerszym spojrzeniem na przyczyny i metody leczenia chorych na nowotwory?
Z pewnością nie dlatego, że z wyrachowania chce zarabiać na ludzkim cierpieniu. Utknęła tylko w anachronicznym paradygmacie zakładającym, że świat, a w nim człowiek, to zbudowane z materii mechanizmy składające się ze współpracujących ze sobą części. W konsekwencji medycyna nieustannie się fragmentaryzuje i specjalizuje, traci z oczu obraz całości, gubi się w szczegółach i w coraz większym stopniu angażuje swój potencjał w leczenie skutków leczenia. Z czego wynika smutna konstatacja, że coraz rzadziej naprawdę pomaga.

Gdy leki zaleczają, a nie leczą lub mają wiele skutków ubocznych, potrzeba leków cały czas, także nowych leczących te skutki itd.
Ta sytuacja niewątpliwie zaprasza do działań szkodliwych z punktu widzenia ludzkiego zdrowia. Chyba czas najwyższy, by powstała jakaś niekomercyjna instytucja, powiedzmy, Narodowy Instytut Leków i Procedur Terapeutycznych nastawiony na poszukiwanie skutecznych leków i przyczynowo oddziałujących procedur, a nie osiąganie zysku. Znalezienie skutecznych procedur, a po części także leków, wymaga poważnego potraktowania przypuszczeń i wyników wcześniejszych badań, uprawdopodobniających tezę, że nasze kłopoty ze zdrowiem wynikają z konsumpcji żywności i wody o złej jakości, z zatrucia powietrza, nadmiaru szkodliwych substancji chemicznych obecnych w środkach czystości, w kosmetykach, w tkaninach, w opakowaniach żywności, farbach i w zanieczyszczeniu przestrzeni smogiem elektromagnetycznym (radio, TV, GSM, Internet, GPS itd.). Do tej listy należałoby też dodać poziom stresu i stan ludzkich umysłów, a szczególnie narastającą powszechność zaburzeń depresyjnych. Korelacje pomiędzy nasileniem się tych zjawisk a wzrostem zachorowań na raka są bowiem alarmujące. Jednak ogarnięcie tak skomplikowanej macierzy wpływów i ich ewentualnych wzajemnych oddziaływań wymagałoby powołania interdyscyplinarnych think tanków i instytutów badawczych finansowanych przez państwo lub niezależne fundacje. Nie trzeba też być przenikliwym prorokiem, by mieć prawie całkowitą pewność, że konkluzją takich badań byłoby wskazanie na pierwszorzędne znaczenie w etiologii raka czynników środowiskowych. A na to jedynym sensownym lekarstwem jest odtruwanie organizmu, odzyskiwanie naturalnej odporności, zdrowa żywność, ruch, redukcja stresu itd., czyli procedury, które proponuje medycyna holistyczna. W skali państwa oznaczałoby to rewolucję opartą na rządowym programie prawdziwej i skutecznej ekoprewencji chorób cywilizacyjnych.

Ta rewolucja miałaby na sztandarach to, co dziś lekarze konwencjonalni nazywają „zabobonem”, więc pewnie oni by jej nie poparli.
Niestety, konserwatywne, ograniczone, aroganckie i egoistyczne myślenie dominuje dzisiaj w wielu ludzkich głowach, a także instytucjach i środowiskach. Stanowi bowiem doskonały filtr chroniący przed dostrzeżeniem rozmiarów grożącej nam katastrofy i koniecznością radykalnej zmiany. Działania idące w dobrym kierunku wymagałyby kosztownych zmian w rolnictwie, w przemyśle spożywczym, w energetyce itd. To znaczy, że zyski wielu ludzi i korporacji znacznie by się ograniczyły, a wiele firm straciłoby rację bytu. W dodatku tak głębokie przekształcenia wymagałyby solidarnej i zdeterminowanej postawy wszystkich sił politycznych i zmiany świadomości elit z egocentrycznej na planetarną i solidarną. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne. Tak więc nie pozostaje nic innego, tylko ratować się własnymi sposobami i na własny rachunek. Świadoma część społeczności już to robi: ucieka z miast pełnych smogu, szuka zdrowej żywności, docenia wypoczynek i czas na budowanie emocjonalnych więzi, ćwiczy, szuka alternatywnych, nierujnujących odporności sposobów wychodzenia z kryzysów zdrowotnych itd. Wśród nich są również „nawróceni” lekarze, którzy dostrzegli, że relacja między farmacją a medycyną się odwróciła. Że farmacja nie służy już medycynie, lecz medycyna służy farmacji jako pośrednik i sprzedawca. Takich lekarzy jest na szczęście coraz więcej, i to oni są solą w oku Big Pharmy, bo uczą realnej profilaktyki i propagują leczenie metodami naturalnymi, dokonując twórczej syntezy metod konwencjonalnych i naturalnych. Zapewne powoduje nimi autentyczne poczucie lekarskiej, uzdrowicielskiej misji. Dzięki temu mogą unieść ogromne wizerunkowe i zawodowe ryzyko. Bo jeśli lekarz alternatywny nie zdoła uratować chorego, natychmiast podnosi się potępiający krzyk całego środowiska. Przyzwolenie na niepowodzenia w kręgach medycyny konwencjonalnej jest bez porównania większe. Wystarczy trzymać się procedur, by być wolnym od zarzutów i mieć czyste sumienie – nawet jeśli odstępstwo od procedur mogłoby uratować życie. Wiara w procedury medycyny konwencjonalnej jest tak wielka i bezkrytyczna, że bez trudu przykrywa konformizm, niedouczenie czy brak wyobraźni. Z drugiej strony – rozwój rynku medycyny alternatywnej dowodzi, że coraz więcej ludzi dostrzega bezradność medycyny konwencjonalnej i poszukuje nowych dróg leczenia. To niełatwa i często samotna podróż pełna przeszkód i przeciwieństw. Oto przykład: Unia Europejska (Rozporządzeniem 1924/2006/WE) ograniczyła ostatnio swobodny obrót lekami i suplementami naturalnymi, nakładając na producentów obowiązek uzyskania kosztownych i czasochłonnych pozwoleń. W proteście przeciwko temu rozporządzeniu powstał m.in. Institut Pour la Protection de la Santé Naturelle [Instytut Obrony Zdrowia Naturalnego] broniący medycyny naturalnej. Zapewne powstanie też czarny rynek ziół i preparatów ziołowych.

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka.

Ale jak to zrobić?
W sytuacji zbliżającej się pandemii nowotworowej już teraz trzeba się dogadywać. Trzeba zawiesić spory i choć medycyna konwencjonalna ma problem z uznawaniem tych terapii i procedur, których nie daje się wyjaśnić w kategoriach materialno-biochemicznych, to jednak zaakceptować wszystko, co pomaga i może pomóc. To wymaga odwagi stawiania niewygodnych pytań i wielkodusznej rezygnacji z ambicji i chwały własnej na rzecz skutecznego pomagania rakowaciejącej ludzkości. Skrajnie przepracowani onkolodzy, doświadczający śmierci pacjentów znacznie częściej niż wyleczeń, nie mogą leczyć bez wiary w słuszność tego, co robią. Potrzeba spójnego i ugruntowanego poglądu na stosowaną metodę terapii jest w takiej sytuacji ogromna. To zrozumiałe, że nie chce się wówczas słuchać o tym, że być może uratowałoby się kogoś, postępując inaczej. Tym bardziej że wielu udało się uratować, postępując zgodnie z doktryną. Sami pacjenci odpowiadają za wybór metody leczenia. Z reguły wybieramy lekarza posiadającego światopogląd zgodny z naszym. To dobrze. Bo tam, gdzie nasza wiara, tam większa szansa na wyleczenie. Szczególnie gdy jest wsparta wiarą lekarza. Tego placebo nie wolno wykluczać z gry o zdrowie.

Wojciech Eichelberger: psycholog i psychoterapeuta, ceniony trener i dyrektor Instytutu PsychoImmunologii, warszawskiego ośrodka psychoterapii, autor książki o medycynie „Być lekarzem, być pacjentem” i o rozwoju etycznym człowieka oraz biznesu „Quest”.

  1. Styl Życia

Ajurweda na chłody

W zależności od szkoły masaż Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. (Fot. iStock)
W zależności od szkoły masaż Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. (Fot. iStock)
Chcesz rozgrzać ciało, a jednocześnie się zrelaksować? Uwolnić od bólu i poczuć przypływ sił witalnych? Wyciszyć umysł i emocje? Wszystko to oferują zabiegi wywodzące się z ajurwedy.

Pewnie słyszałaś o trzech doszach – energiach kształtujących nasze ciała, rozróżnianych przez ajurwedę. W wielu książkach czy na stronach internetowych znajdziesz test, który pomoże ci ustalić, która z nich dominuje w twoim organizmie.  Ale niezależnie od tego, czy twoją konstytucją jest vata, pitta czy kapha, polub olej! Dlaczego? Chociażby dlatego, że równoważy doszę vata, bardzo chwiejną niemal u wszystkich. Negatywnie wpływają na nią takie czynniki, jak stres, pośpiech, nadmierny wysiłek, niedosypianie, chłód, zimne posiłki, używki, nieregularny tryb życia...

– Vata uchodzi za królową dosz. Jeśli jest w równowadze, również pozostałe uzyskują stabilny poziom – tłumaczy Elżbieta Żuk-Widmańska, nauczycielka ajurwedy. – Do tego odpowiada za starzenie się i degenerację organizmu. A krótki masaż głowy, przy użyciu minimalnych ilości oleju, działa odmładzająco.

I właśnie od takiego masażu głowy terapeutka zaczyna zwykle sesję.

Precz z amą!

– Ludzie przychodzą do mnie najczęściej zmęczeni, zestresowani, więc najpierw ułatwiam im się wyciszyć, zostawić za sobą problemy, zabieganie właśnie poprzez masaż. Pomaga też przy bezsenności, depresji, pobudzeniu nerwowym – mówi Żuk-Widmańska.

Taka „przygrywka” odbywa się na siedząco. Ruchy są energiczne, obejmują też barki. Uwaga przenosi się do ciała i można przystąpić do bardziej zaawansowanych działań, do prawdziwego rozgrzania. Choćby do sztandarowego zabiegu ajurwedyjskiego, czyli Abhyangi. Tutaj także główną rolę odgrywa olej sezamowy. I używa się go naprawdę dużo – zwłaszcza dla osób z dominującą vatą.

Ruchy terapeutki są zdecydowane, posuwiste. Do tego dochodzi rytmiczne oklepywanie ciała. W ten sposób porusza się zastałą energię i uwalnia swobodny przepływ prany. – Ten masaż nie może być delikatny, w przeciwnym razie nie spełniłby swojej funkcji – tłumaczy Żuk-Widmańska. Chodzi o oczyszczanie. – Pokarm, który trafia do naszego żołądka, zostaje w procesie trawienia przetworzony na substancje odżywcze oraz odpady. Ale według ajurwedy jest jeszcze trzecia substancja, toksyczna – ama. Podczas gdy na naturalne odpady mamy kanały wydalnicze, lepka, kleista ama odkłada się w tkankach. Dostaje się do krwi, zaczyna podróżować po ciele, gromadzi się w najbardziej osłabionych miejscach. Wywołuje nadciśnienie, bóle stawów, głowy... Żeby pozbyć się amy, trzeba ją niejako zebrać z człowieka i wtłoczyć do układu wydalniczego. Ciepły olej sezamowy, wcierany w ciało, przenika przez wszystkie siedem tkanek, rozpuszcza ją i odrywa. Oczyszczony organizm odżywa – twierdzi terapeutka.

W zależności od szkoły Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. – Przyjmuje się, że przez 35 minut nie powinno się go zmywać, żeby dotarł w głąb każdej tkanki – mówi Elżbieta Żuk-Widmańska. – Poza rozpuszczeniem toksyn ten masaż daje też rozluźnienie, ulgę przy różnych dolegliwościach bólowych i problemach układu nerwowego. Nawilża całe ciało, zostawia je z uczuciem przyjemnego ciepła. Jedyne przeciwwskazania to rany, nadciśnienie i ciąża.

Fosa i stemple

Rozgrzanie wcale nie musi się kończyć na Abhyandze. Chcesz pójść krok dalej? Pozwolić, by uzdrawiające ciepło popłynęło wzdłuż kręgosłupa? Oto Kati Vasti (kati – kręgosłup, vasti – fosa). Leżysz na brzuchu, już rozgrzana, a terapeuta przykleja ci na plecach wałek z ciasta orkiszowego w kształcie kółka. Do powstałej w ten sposób „miseczki” wlewa ciepły olej sezamowy, czasem z dodatkiem kamforowego.

Ten zabieg ma już inny charakter, jest z kolei bardzo statyczny. Ruch jest wręcz niewskazany – każda zmiana pozycji może zniweczyć misterną konstrukcję. Nieporuszona, kontemplujesz więc ciepło. Na początku temperatura jest wysoka – najlepiej taka na granicy wytrzymałości. Błyskawicznie jednak obniża się, więc terapeuta wybiera łyżką olej i ponownie napełnia „fosę”. – Wraz z wylewanym olejem usuwany jest nadmiar vaty – tłumaczy Elżbieta Żuk-Widmańska. – To skuteczny sposób, żeby się go pozbyć.

Zabieg ten jest świetny na bóle kręgosłupa, dyskopatię, rwę kulszową – zapewnia terapeutka. Leżysz tak 15–20 minut. Albo i 30. W zależności od tego, czego potrzebujesz i ile wytrzymasz w bezruchu. Niewykluczone, że zaśniesz. Potem masz utrzymać ciepło.  Zatem zrezygnuj z ambitnych planów – co najwyżej przygotuj sobie mleko z kurkumą albo wodę z cytryną. I idź do łóżka.

Jeszcze inne możliwości daje masaż sakiewkami (inaczej stemplami), Podi Kizhi (podi – proszek, kizhi – sakiewka). Podstawa to wspomniane (lniane) sakiewki, wypełnione ziołami plus olej sezamowy, choć w niektórych wypadkach stosuje się bardziej skomplikowany wywar, na bazie mleka. Najpierw kładziesz się na brzuch, terapeuta zaczyna masaż od nóg. Nawilża kolejne części ciała, po czym sięga po aromatyczne, ociekające olejem, ciepłe woreczki. Zaczyna stawiać nimi na skórze „stemple”. Rytmicznie, jeden przy drugim. Potem wykonuje nimi koliste ruchy, uciskając. Masaż przynosi ulgę przy bólach mięśni, sztywności stawów czy chronicznych bólach reumatycznych. Usuwa skutki stresu i napięcia. Poprawia krążenie, wspomaga przewodnictwo nerwowe.

Nie tylko ciało

Elżbieta Żuk-Widmańska podkreśla, że każdy zabieg dotyka wszystkich aspektów człowieka: – Piękno zabiegów ajurwedyjskich polega na tym, że wychodzą daleko poza działanie fizyczne.

Jak możesz sama wpłynąć na umysł, stosując zasady ajurwedy? Najprostsza rada dla wszystkich: smaruj się codziennie olejem sezamowym. – Codzienna auto-Abhyanga zapewnia zdrowie i długowieczność. Dobrze pamiętać, że stawy masuje się okrężnymi ruchami, a kości podłużnymi. Że ciało to również stopy, dłonie, twarz, uszy, szyja – wylicza Elżbieta Żuk-Widmańska. – Najlepiej rozpocząć od głowy, tam się wszystko zaczyna.

Elżbieta Żuk-Widmańska terapeutka ajurwedy. Wiedzę i umiejętności zdobywała w Instytucie Jiba Ayurveda w Indiach.

  1. Zdrowie

Ajurweda i zmysł smaku - jak poszczególne smaki wpływają na nasze zdrowie i emocje?

Zapotrzebowanie na ostre przyprawy wskazuje na głód trawiennego ognia lub chorobę. Problem polega na tym, że zniekształciliśmy swój zmysł smaku w wyniku stosowania sztucznych substancji. (fot. iStock)
Zapotrzebowanie na ostre przyprawy wskazuje na głód trawiennego ognia lub chorobę. Problem polega na tym, że zniekształciliśmy swój zmysł smaku w wyniku stosowania sztucznych substancji. (fot. iStock)
Czy zaobserwowałeś, że w trakcie choroby tracisz apetyt i najczęściej zmysł smaku? To dlatego, że zarówno smak, jak i apetyt oraz tzw. siła trawienia (innymi słowy ogień trawienny zwany „agni”) są ze sobą ściśle powiązane. Zdaniem ajurwedy każda choroba (czyli nierównowaga w organizmie) bierze się właśnie ze złego trawienia – czytamy w książce „Przyprawy, które leczą” Karoliny i Macieja Szaciłło.

Smaki i emocje

„W ajurwedzie zioła są postrzegane przez pryzmat energetyki. Właściwości ziół są klasyfikowane ze względu na ich smak, powiązanie z żywiołami, właściwości rozgrzewające lub chłodzące, wpływ na trawienie oraz inne potencjalne właściwości. Ten prosty system energetyki jasno przedstawia podstawowe cechy ziół i różni się od złożonej analizy chemicznej, która sprawia, że często gubimy się w gąszczu szczegółów. System ten oferuje strukturę, w której zioła daje się łatwo zidentyfikować i zrozumieć. Dzięki temu można je dobierać stosownie do indywidualnej konstytucji i choroby.” – podkreślają dr Vasant Lad i David Frawley w książce „Joga ziół”. Sposób w jaki my, ludzie Zachodu, postrzegamy smak, bardzo odbiega od tego, jak patrzono na niego w starożytności. Jak piszą dwaj lekarze ajurwedyjscy, pionierzy tego systemu w Stanach Zjednoczonych, w sanskrycie słowo „rasa” wykracza poza „smak”. „Rasa” to również esencja danej rośliny. To ona świadczy o jej właściwościach zdrowotnych. O tym, jak wpływa na nasze ciało, na nasze emocje. Co ciekawe, słowo „rasa” to również „krążenie, poczucie ożywienia i taniec”. Zdaniem ajurwedy smak wpływa więc na nasz układ nerwowy, ożywia umysł i zmysły. Sprawia, że chce nam się żyć. Dobry smak jest również warunkiem naszego prawidłowego trawienia. Kiedy coś nam smakuje, automatycznie wzrasta nasz tzw. ogień trawienny. Ten ostatni wpływa bezpośrednio na wchłanianie, na florę jelitową. A co za tym idzie również na przyswajanie składników odżywczych…

Skupmy się teraz na sześciu podstawowych smakach i na tym, jak wpływają one na całą wielopoziomową strukturę, którą jesteśmy. Słodki, kwaśny, słony, ostry, gorzki i cierpki – to sześć podstawowych smaków, które wyróżnia się w ajurwedzie. Co ciekawe, idealna równowaga między nimi prowadzi do powstania tak popularnego dziś słonego, „rosołowego”, wręcz „mięsnego” smaku… umami. I choć między wymienioną „apetyczną szóstką” powinna panować harmonia, najbardziej wyczuwalnym smakiem opisanej wcześniej kuchni sattwicznej (podnoszącej nasz poziom energii) powinna być… słodycz! Już w tym momencie warto podkreślić, że rzadko się zdarza, aby zioło miało tylko jeden smak. Jeden jest jednak najczęściej dominujący. Maciek, odkąd „rozsmakował się” w ajurwedzie, gotuje w oparciu właśnie o smaki. Nie zastanawia się więc już do czego pasuje kurkuma czy kardamon. Wie natomiast, że słodkawy rosół potrzebuje gorzkiej kozieradki, a kwaśny sos pomidorowy dobrze będzie się komponował z ostrością chili i kremowym, słodkim mlekiem kokosowym. Kiedy wchodzi do kuchni, przyświeca mu jeden cel – równowaga smaków.

Według ajurwedy w procesie leczenia ważne jest wyostrzenie smaku. (fot. iStock) Według ajurwedy w procesie leczenia ważne jest wyostrzenie smaku. (fot. iStock)

Słodki

To prawda, że słodki smak pada najczęstszą ofiarą wszystkich osób chcących zrzucić nadmiar kilogramów. Zwyczajnie eliminują go z diety. Jednak zdaniem ajurwedy słodycz jest najbardziej sattvicznym (w od powiednich ilościach i przy dobrym trawieniu dającym jasność umysłu i lekkość) ze smaków. Warunkuje ona przyjemność i poczucie bezpieczeństwa. Jest to pewnie związane z tym, że mleko matki jest właśnie słodkie. Sprzyja też długowieczności i dodaje energii. Słodki wychładza i odżywia wszystkie komórki w naszym ciele. Jego nadmiar prowadzi jednak do otyłości, cukrzycy, odkładania się wody, zmęczenia i ospałości. W tym momencie warto dodać, że najlepszym sposobem na dostarczenie sobie słodyczy nie jest biały rafinowany cukier. Zdecydowanie lepiej sprawdzi się ta płynąca z całości pokarmowych, czyli pokarmów, które oprócz słodkiego smaku mają inne cenne wartości. W przypadku depresji genialną substancją słodzącą (która nie powinna być poddawana obróbce termicznej powyżej 40°C) jest naturalny miód, który nie tylko rozgrzewa, ale również osusza. Ajurweda gloryfikuje też wszystkie słodkie warzywa, takie jak dynia czy słodkie ziemniaki oraz posiadające słodki smak przyprawy (jak np. cynamon) czy ghee, masło sklarowane. Jakie przyprawy są słodkie? Cynamon, kardamon, koper włoski czy lukrecja.

Kwaśny

Oglądaliście kiedyś programy kulinarne Jamiego Oliviera? Ja przed laty pasjami. Zawsze z mieszaniną zadziwienia i fascynacji patrzyłam na ilość oliwy, chili oraz… soku z cytryny, który dodawał do praktycznie wszystkich swoich potraw I choć Jamie nie miał ugruntowanej wiedzy na temat ajurwedy, kierował się intuicją. Na jakimś poziomie czuł, że kwaśny poprawia smak potraw. Mało tego, rozgrzewa, a co za tym idzie podsyca ogień trawienny (ułatwia więc trawienie pokarmu). Wzmacnia nasze ciało oraz ożywia i rozbudza umysł. Nawilża. Pobudza wydzielanie śliny i ułatwia przełykanie. Dodaje nam również sił. Punkt widzenia współczesnej fitoterapii jest podobny. Podkreśla, że kwaśny pobudza, sprzyja trawieniu, zwiększa apetyt i jest wiatropędny. Jednak ajurweda podkreśla, że w nadmiarze osłabia nasze zęby (zbyt duża ilość soku z cytryny lub octu niszczy przecież szkliwo), potęguje pragnienie i uwaga: powoduje gromadzenie się toksyn we krwi. Co ciekawe, u osób osłabionych może również prowadzić do obrzęków. Emocjonalnie, kwaśny (pozytywny aspekt) zwiększa naszą umiejętność oceniania. Ocena (nie osąd) jest przecież istotnym aspektem naszego życia. Jednak nadmierne ocenianie (a tym samym zbyt duża ilość kwaśnego) może prowadzić do zazdrości, a nawet zawiści.

Jakie przyprawy są kwaśne? Tamarynda i sumak.

Słony

Na wstępie zaznaczę, że słony występuje rzadko w świecie przypraw i ziół. Jest raczej smakiem minerałów, a nie roślin. I  choć nasza współczesna dietetyka nie przepada za słonym smakiem, ajurweda ma do niego dużo bardziej ambiwalentne podejście. Z jednej strony zauważa, że słony rozgrzewa i sprzyja trawieniu. Uspokaja, a jeśli jest takie wskazanie, również przeczyszcza (w dużych ilościach ma nawet działanie wymiotne). Doskonale uziemia. Łagodzi więc nadmiar żywiołu powietrza i przestrzeni (wata). Oczyszcza również naczynia krwionośne i nadaje smak pożywieniu (dzieci najczęściej ubóstwiają wszystko co słone). Jakie są konsekwencje nadmiernych ilości słonego? Wywołuje pragnienie i osłabia (również męskość). Nasila infekcyjne choroby skóry i nadkwasotę. Może wywoływać krwotoki oraz m.in. dnę moczanową. Emocjonalnie, w odpowiednich ilościach słony wywołuje radość życia. W namiarze zwiększa jednak nasze pragnienia i może prowadzić do hedonizmu.

Ostry

Nietrudno się domyślić, że ostry smak rozgrzewa, ale również wysusza. Pobudza, zwiększa apetyt oraz ma działanie napotne i wykrztuśne. „Działa oczyszczająco na jamę ustną, pobudza ogień trawienny, oczyszcza pożywienie, pobudza wydzielanie substancji w jamie nosowej, powoduje łzawienie oczu oraz oczyszcza zmysły. Pomaga w leczeniu chorób związanych z powolną pracą jelit, otyłością, opuchlizną w podbrzuszu oraz nadmiarem płynów w ciele. Nadaje smak pożywieniu, łagodzi swędzenie (…) zabija robaki i zarazki (…) udrażnia naczynia krwionośne” – piszą dr Frawley i Lad (cytując fragment Czaraka Samhita, jednego z najbardziej znanych traktatów poświęconych ajurwedzie). Później dodają, że ostry stosowany w nadmiarze osłabia męskość, wywołuje ospałość i wyczerpanie. Jego dominującymi żywiołami są ogień i powietrze. Sprawia to, że ostry odpowiada za pieczenie, „wysuszenie” organizmu, podrażnienia, stany zapalne i  przeszywające bóle w ciele. Emocjonalnie, ostry pobudza nas do działania. Kieruje naszą uwagę od środka na zewnątrz. Jednak w nadmiarze prowadzi do gniewu i rozdrażnienia. Jakie przyprawy są ostre? Lista jest dość długa, a na niej m.in. asafetyda, czarny pieprz, kardamon, cynamon, goździki, kolendra, imbir, chrzan, oregano czy cebula.

Uwaga: ostry smak jest najczęściej efektem występowania w roślinach olejków eterycznych.

Gorzki

Choć sam w sobie nie jest przyjemny, spełnia niezwykle ważną funkcję. Jaką? Odrobina gorzkości równoważy wszystkie pozostałe smaki. Uwypukla słodycz. Maciek zawsze powtarza, że słodkie dania (jak np. pierogi ruskie) potrzebują gorzkiego (w tym przypadku reprezentowanego przez mocno przypieczoną cebulkę). Podobnie w naszym życiu. Niewielka ilość bólu, pomaga nam docenić szczęście… Zastanówmy się teraz, jaką funkcję pełnią wszystkie gorzkie zioła? Oczyszczającą i ściągającą. Podobnie działa gorzki smak. Obniża gorączkę, wychładza, działa przeciwzapalnie i antybakteryjnie. Jak podkreślają wielokrotnie już cytowani autorzy Jogi ziół gorzki (…) „oczyszcza krew i wszystkie tkanki oraz powoduje zmniejszanie się guzów. Na ciało oddziałuje w sposób redukujący, wyniszczający oraz uspokajający, choć w niewielkich ilościach działa pobudzająco, zwłaszcza na trawienie”. Podobnie jak ostrość, gorzkość jest częstym smakiem wśród roślin. Gorzki, jak już wspomniałam, pomaga docenić to, co piękne w naszym życiu. Jako smak wychładzający kieruje naszą uwagę od zewnątrz do środka. Pomaga nam skonfrontować się z rzeczywistością. Jednak w nadmiarze wywołuje żal, gorycz i frustrację! Jakie rośliny mają smak gorzki? Na przykład aloes.

Cierpki

Podobnie jak gorzki (i słodki) wychładza. Kieruje więc naszą energię do środka. (…) „smak cierpki ma działanie uspokajające, powstrzymuje biegunkę, działa leczniczo na stawy (ale nie na osteoporozę), sprzyja zabliźnianiu się oraz leczeniu ran i skaleczeń, działa wysuszająco, ujędrniająco i ściągająco. Łagodzi kapha i pitta, hamuje krwawienie oraz sprzyja wchłanianiu płynów” (…) – czytamy w Czaraka Samhita. Okazuje się, że cierpki ma działanie przeciwzapalne. Jednak w nadmiarze prowadzi do zaparć, bólu serca, osłabienia i przedwczesnego starzenia. Z natury jest suchy, nieprzyjemny i oczyszczający. Emocjonalnie, cierpki sprawia, że stajemy się bardziej świadomi siebie (tego co w środku). Jednak w nadmiarze zwiększa lęki, prowadzi do introwertyzmu i braku poczucia bezpieczeństwa. Jaki jest przykład cierpkiej przyprawy? Sumak, ale również kurkuma.

Wspomniany kwaśny, słony i ostry kierują naszą uwagę ze środka na zewnątrz. Z kolei smaki wychładzające (słodki, gorzki i cierpki) sprawiają, że energia skierowana jest do wewnątrz. Gdy zjemy coś intensywnie rozgrzewającego, krew dopływa do skóry, która automatycznie staje się rumiana. Z kolei, gdy jest nam zimno, gdy jesteśmy wycofani, krew odpływa od powierzchni skóry. Stajemy się bladzi. Wyglądamy trochę jakby „kropelka po kropelce”, „oddech po oddechu” uchodziło z nas życie. Dlatego osoby pogrążone w depresji mają najczęściej słabe krążenie, zimne nogi, ręce i blady, prawie biały odcień skóry.

Zastanówmy się teraz, kiedy możliwe jest osiągnięcie prawdziwego szczęścia (i zdrowia)? Jeśli w naszym życiu panuje równowaga między tym co w środku, a tym co na zewnątrz. Jeśli mamy za co żyć, spełniamy się zawodowo, ale również od czasu do czasu przyglądamy się naszym emocjom. Jesteśmy ich świadomi. Nie wypieramy ich. Potrafimy nimi zarządzać. Bardzo pomocne w osiągnięciu owej harmonii są właśnie smaki.

Jak tłumaczy Robert Swoboda w Prakriti. Odkryj swoją pierwotną naturę „Twoja osobowość zawsze stara się zapewnić sobie jak największy komfort. Dąży do zaspokojenia, które daje słodki smak. Aby to uzyskać, wykorzystuje także inne, niezbędne smaki – rozgrzewające lub wychładzające, w zależności od potrzeby. Smaki kwaśny, słony i ostry są rozgrzewające. Natomiast słodki, gorzki i cierpki – wychładzające. Każda z odpowiadających im emocji jest odpowiednio gorąca lub zimna. Gorąco powoduje rozszerzanie się, a zimno kurczenie się. Ze zdrowiem jest tak samo jak z zasadami fizyki. Chłód zwęża kanały fizyczne i mentalne, a ciepło je rozszerza”.

Fragment z książki „Przyprawy, które leczą” Karoliny i Macieja Szaciłło.