1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co daje nam praca? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Co daje nam praca? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Wszyscy marzymy o pracy idealnej, będącej satysfakcjonującym obszarem naszego życia. Pracy sensownej, w którą można się zaangażować i dzięki której można się rozwijać. (Fot. iStock)
Wszyscy marzymy o pracy idealnej, będącej satysfakcjonującym obszarem naszego życia. Pracy sensownej, w którą można się zaangażować i dzięki której można się rozwijać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jak zarabiać pieniądze, by to nie stało się naszą udręką? Czy jeśli w pracę nie zaangażujemy się bez reszty, mamy szansę ją utrzymać? Odpowiedzi szuka psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Czy Adam i Ewa pracowali? A może, przez ich ochotę na jabłka, my teraz musimy się trudzić? Po co nam właściwie praca?
Z punktu widzenia fizyki odpowiedź jest prosta – pracą jest każde działanie, które wiąże się z koniecznością wydatkowania energii. Dla fizyka więc cały wszechświat stoi pracą – bo zgodnie z tą definicją pracują: słońce, rośliny, wiatr pewnie też. Także można śmiało powiedzieć, że wszelkie przejawy życia są pracą. Wracając do Adama i Ewy, to samo ich istnienie ( jeśli w ogóle istnieli) w sensie fizycznym było pracą, ale wszystko, co było im potrzebne do egzystencji, zapewniała im rajska natura. Zapewne więc leniuchowali na całego niczym rentier żyjący z procentów od odziedziczonego kapitału.

Czy praca to wyznacznik naszej godności, jak głosi chrześcijaństwo, dowód dojrzałości, jak pisał Zygmunt Freud, czy to może po prostu naturalna potrzeba człowieka?
Praca człowieka w pewnym momencie dziejów niejako dopadła. Dopadła szczególnie tych, którzy wędrując na północ, wylądowali w wymagającym klimacie umiarkowanym, czyli boleśnie zderzyli się z zimą. Okazało się wtedy, że trzeba budować ciepłe schronienia, magazynować żywność itp. I to dopiero było prawdziwe wygnanie z raju. Tu można zaryzykować paralelę do rajskiego mitu – od tego momentu zaczęły się wszelkie nieszczęścia ludzkości. Jednym z tych nieszczęść niewątpliwie jest praca.

Dla wszystkich jest ona nieszczęściem?
Nomadzi wędrujący po ogromnych, przebogatych w żywność połaciach ziemi nie musieli niczego gromadzić, nosić ze sobą, przechowywać na zapas, a to znaczy, że nie było wówczas w ludziach żadnej potrzeby bogacenia się. Jednocześnie nie istniało więc pole dla chciwości, konkurencji. Ale raj się skończył. I tym samym praca – czyli trud dodatkowy, większy niż ten potrzebny nomadom do zapewnienia sobie i rodzinie przetrwania – stała się koniecznością. Została nawet podniesiona do rangi obowiązku i cnoty. Czyż nie tak to wygląda do dziś także w naszym kraju?

Pracujemy więc, gdy wytwarzamy więcej, niż sami potrzebujemy, by m.in. zapłacić podatki! W porządku. Nieszczęście tkwi gdzie indziej: w tym, że – wbrew obietnicom – nie pracujemy mniej. Odwrotnie. Musimy pracować coraz więcej, nawet gdy wcale nie mamy chęci rywalizować.
To prawda, że zwyczajny człowiek, który nie chce brać udziału w szaleńczej rywalizacji, bo nie ma rozbuchanych konsumpcyjnych ambicji, ale chce utrzymać się na tym samym poziomie życia, który sobie przez lata wypracował, musi spędzać w pracy coraz więcej czasu. Bo ceny i koszty poziomu życia uważanego za przyzwoity wciąż rosną, co sprawia, że mimo nominalnego wzrostu dochodów realnie zarabiamy wciąż tyle samo albo mniej. W rezultacie pracujemy coraz więcej i zarabiamy coraz więcej, ale tylko po to, by... wydawać więcej. Wygląda więc na to, że system ekonomiczny przestaje służyć ludziom i że to raczej ludzie służą systemowi oraz dalszemu bogaceniu się tych, którzy dysponują kapitałem, czyli owego 1 proc. posiadającego 80 proc. tego, co da się przeliczyć na pieniądze na tej planecie.

System ekonomiczny służy nielicznym, a nawet sam sobie?
Na to wygląda. Praca powoli przestaje być miejscem, w którym zarabiamy na godne życie i w którym możemy realizować swoje ważne ludzkie potrzeby, jak choćby potrzebę autonomii, samorealizacji. Przestaje być czymś, co może dawać poczucie sensu. Dziś to system realizuje swoje potrzeby poprzez naszą pracę i pieniądze, które zarobimy. System karmi się tylko zyskiem. A od zysku wciąż rośnie, więc ciągle potrzebuje go więcej. Oznacza to, że potrzebuje też coraz więcej uzależnionych od konsumowania ludzi, gotowych zapracowywać się na śmierć, by kupić sobie kolejną rzecz nadającą pozorny sens pracy i życiu.

Jak się nie dać zamienić w takiego człowieka?
Formę obrony może stanowić rozwijanie pasji. Może nią być zaangażowanie w sprawy społeczne czy znalezienie czasu na rozwój duchowy. Najważniejsze, by nie zamiatać pod dywan tego, czego naprawdę potrzebujemy, czyli nie odkładać na potem życia w zgodzie z wyznawanymi przez siebie wartościami. System z pewnością nie będzie nam w tym pomagał, przeciwnie – promuje raczej te antyludzkie idee. Co więcej, system dąży do tego, by pracę ludzi zastąpić pracą robotów.

Czy dziś potrzeba sensu, o której wspomniałeś, jest dla nas równie ważna co wysokość wynagrodzenia?
Można czuć się użytecznym, zarabiając na minimalnym poziomie i płacąc minimalne podatki. To zależy od tego, czy nasza praca przyczynia się do wytworzenia czegoś pożytecznego, czy też służy tylko zarobieniu pieniędzy albo wręcz polega na wciskaniu ludziom czegoś, co im szkodzi. Wtedy można zarabiać dużo, zajmować wysoką pozycję społeczną, ale nie mieć poczucia sensu, bycia użytecznym, a jeszcze cierpieć z powodu niespokojnego sumienia.

Niektórzy próbują je zagłuszyć...
Tak, ale nie warto tego robić. Sumienie jest fundamentem systemu wartości, który większość z nas ma, i nasza praca nie powinna wchodzić z nim w konflikt. To, co robimy, nie może kłócić się z tym, co uważamy za dobre, bo to źle się kończy. Kiedy na przykład pracujemy w firmie, która produkuje coś, co szkodzi lub zagraża ludziom, gdy produkuje coś, co służy przemocy, agresji, zniszczeniu życia, sumienie nie da nam spokoju. Prawdopodobnie zapłacimy za to zdrowiem psychicznym, a jeśli uda nam się jakoś zagłuszyć emocje, to zacznie pewnie chorować nasze ciało…

Z różnych „ważnych mównic” można usłyszeć, że w sumie chciwość to nic bardzo złego…
Niewątpliwie teza ta służy systemowi, ale dla człowieka jest zdecydowanie lepiej, gdy pieniądze, podobnie jak prestiż i status, stają się skutkiem ubocznym dobrej i sensownej pracy. Można więc np. być chirurgiem i robić tak fantastyczne nowatorskie operacje, że wieść rozniesie się po świecie i nasz prestiż urośnie, choć wcale nam na tym nie zależało. W rezultacie zaczną przychodzić różne intratne propozycje i znacząco wzrosną nasze zarobki. Ale nadal podstawowym źródłem satysfakcji będzie dla nas to, że ratujemy ludziom życie.

Idealnie jeśli pieniądze, prestiż i status, stają się skutkiem ubocznym sensownej pracy. Bo wtedy karmimy nasze ważne potrzeby. (Fot. iStock) Idealnie jeśli pieniądze, prestiż i status, stają się skutkiem ubocznym sensownej pracy. Bo wtedy karmimy nasze ważne potrzeby. (Fot. iStock)

Niekoniecznie musimy rywalizować, by czuć satysfakcję?
Zdrowa rywalizacja i konkurencja są przydatne, ale tylko wtedy, gdy dotyczą jakości tego, co robimy, a nie zwiększania zysku. Najważniejsze dla nas, dla naszego dobrostanu jest poczucie, że to, co robimy, ma sens, że dajemy ludziom coś, czego potrzebują. Ale uwaga: nie to, czego oni chcą. A więc np. zdrową żywność, a nie fast foody. Jednak każda praca, także ta, która jest zarazem pasją i misją, powinna nam zapewniać możliwość godnego życia.

Dość subiektywne jest jednak to poczucie godnego życia…
To prawda, ale bywa też tak, że gdy praca jest jednocześnie pasją i szczęśliwie nie nadwyręża sumienia, to poczucie satysfakcji z jej efektów sprawia, że nie zależy nam aż tak bardzo na wysokich zarobkach. Bo wówczas nasze poczucie godności nie ma z dochodami tak wiele wspólnego, jak w sytuacji, gdy traktujemy pracę jedynie jako źródło dochodu. Pracując wyłącznie po to, by się bogacić, opieramy nasze poczucie godności tylko na tym, co posiadamy. Gdy praca daje nam poczucie sensu, to w zamian za trochę mniejsze dochody zaspokajamy równie ważną i silną potrzebę sprawiedliwości.

To pocieszające, że bogacenie się za wszelką cenę nie jawi się jako dobra strategia na życie.
Zdecydowanie tak, bo wtedy źródłem satysfakcji jest nie to, co robię, lecz przede wszystkim to, co dzięki temu posiadam. A takie życie, prędzej czy później, staje się udręką, a możliwość kupowania nowych dóbr jedyną za tę udrękę rekompensatą. Nieuchronnie prowadzi to do uzależnienia od konsumpcji. Ponadto nałóg stopniowo niszczy także efektywność naszej pracy, więc prowadzić może do jej utraty.

Kiedy tracę pracę, którą znosiłam dla pieniędzy, to nie tylko nie stać mnie na te kolejne dobra, ale też wypadam ze środowiska, świata, w którym tyle czasu funkcjonowałam!
To bardzo trudna sytuacja dla ludzi nastawionych na konsumpcyjne wyścigi. Tracąc pracę, trafiają w kompletną pustkę, bo najczęściej także swój wolny czas spędzali z ludźmi, z którymi tak naprawdę konkurowali. Ponieważ znaczna część ich prawdziwych przyjaciół czy bliskich znajomych nie osiągnęła tak wysokiego materialnego poziomu, więc nie jeździła z nimi na narty do hotelu 5+, nie nurkowała z nimi w Australii.

No właśnie, prawdziwe przyjaźnie…
Tam, gdzie są duże pieniądze, forma potrafi zdominować treść. I dlatego, choć rezygnacja z pracy, która daje wyłącznie duże pieniądze, jest decyzją heroiczną, wielu ludzi się na nią zdobywa. W którymś momencie czują bowiem, że żyją w emocjonalnej pustce. Bo nawet kiedy otoczymy się najpiękniejszymi przedmiotami i ludźmi, którzy obsługują nas i nasz majątek, to jednak któregoś dnia poczujemy się samotni. Wyprowadzamy się wtedy z pilnie strzeżonych apartamentowców i szukamy mieszkania na warszawskiej Pradze. Wcale nie po to, by było taniej, lecz by żyć wśród ludzi, których nie musimy wciąż podejrzewać, że w coś z nami grają.

W mojej książce „Po szczęście do pracy” mówisz o jeszcze jednym ryzyku: gonimy za pieniędzmi, myśląc, że one dadzą nam wolność – podczas gdy w istocie szansę na wolność właśnie tracimy.
Pieniądze mogą dać pewien rodzaj wolności: swobodę podróżowania, możliwość realizowania marzeń, ale tylko pod warunkiem, że potrafimy konstruktywnie i z dyscypliną tymi zasobami zarządzać. Jednak gdy ma się naprawdę ogromne pieniądze, zwykle trudno nie ulec pokusie całkowitego zaangażowania się w środowiskowe konkurowanie na przedmioty i wpływy. A wtedy z pasji i marzeń nici.

No i wielu ludzi w tych szklanych biurowcach ma w pewnym momencie poczucie, że ich praca w zasadzie nie ma żadnego znaczenia…
Na szczęście pojawiają się też pracodawcy, którzy zaczynają zauważać, że ich pracownicy pragną poczucia sensu, poczucia, że ich starania czemuś ważnemu służą. Pokolenie millennialsów nie zgadza się już na pracę, która ma być jedynie źródłem pieniędzy. Chcą pracy będącej dobrym, satysfakcjonującym obszarem ich życia. Pracy sensownej, dającej poczucie sprawstwa i satysfakcji. W końcu pracy, która nie kłóci się z ich sumieniem, w którą można się zaangażować i dzięki której można się rozwijać.

I tak brzmi właśnie definicja pracy marzeń?
Zdecydowanie tak. I każdemu należy takiej pracy życzyć. Ale jeszcze lepsza jest praca, którą się kocha. Bo to już wtedy nie praca, a bardziej zabawa, przyjemny sposób spędzania czasu. Pewnie taką pracą zajmowali się w raju Adam i Ewa…

Wywiad pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika "Zwierciadło" 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jeśli nie wiesz, co wybrać, wybieraj to, co nowe i trudniejsze – wtedy będziesz się rozwijał

- Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ryzyko czy rutyna? Stawiając wyłącznie na to, co łatwe i znane, drepczesz w miejscu. A nasze możliwości fizyczne, mentalne i duchowe są przecież nieskończone. Szkoda je zmarnować, uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Serial na ulubionym portalu, wygodny fotel i trochę czasu. Po co mam kupować bilet i jechać do Afryki? Jeśli nawet nuda mnie zżera, może wystarczy popatrzeć, jak inni ryzykują? Nie wdawać się w to, co nazywamy przygodą?
Pragnienie prawdziwej przygody jest powszechne. Dlatego mimo mediów społecznościowych, gier, interaktywnej telewizji i okularów VR (rozszerzonej rzeczywistości) większość ludzi nadal chce przeżyć coś niezwykłego, nadzwyczajnego, fantastycznego w prawdziwym życiu. Co prawda nasz mózg, a za nim również ciało mogą w pewnych sytuacjach uznać za realne sny, a nawet fantazje. Jednak ani sprawności fizycznej, ani tym bardziej odwagi, doświadczenia czy mądrości życiowej nam od pozbawionych realnego ryzyka pseudoprzygód nie przybędzie. Nie nauczymy się z nich tego, co z prawdziwych spotkań z ciekawymi, czującymi całym sercem ludźmi. W głębi duszy o tym wiemy i dlatego to, czego pragniemy, daleko wykracza poza wirtualną grę czy pasjonujący serial. Nie zaznamy pełni radości z kąpieli w najwierniejszym nawet obrazie wody. A bliskie spotkanie z doskonałym pikselowym złudzeniem mężczyzny czy kobiety pozostawi nas tylko z poczuciem zawodu i frustracji.

To jakie są zalety prawdziwej przygody? Czy tylko ćwiczenie mięśni i charakteru?
To już dużo. Prawdziwa przygoda ma to do siebie, że w niewielkim stopniu poddaje się naszej kontroli. Niesie więc realne ryzyko niepowodzenia lub straty. Jest wyzwaniem dla naszego charakteru, zaangażowania, umiejętności i odwagi. A także doskonałą okazją do poznawania siebie, naszych silnych i słabych stron. Dając nam impuls do przekraczania ograniczeń, przyczynia się do rozwoju i wykorzystania naszego ukrytego potencjału.

Mówisz o powszechnym pragnieniu przygody, ale w realu niewielu z nas jej szuka. Czy brak nam odwagi, by świadomie kupić bilet w nieznane? Wolimy, by to los za nas zdecydował?
Większość z nas odczuwa w sprawie przygody silną ambiwalencję. Z jednej strony półświadomie o niej marzymy, chcemy, by coś się w nas i wokół nas zmieniało. Coś nas korci do podejmowania ryzyka. Z drugiej strony – chcielibyśmy jednak żyć w bezpiecznej strefie komfortu, w spokojnej i przewidywalnej rutynie – po to, by wkładać jak najmniej wysiłku w codzienne życie i wybory z nim związane. Najczęściej więc kończy się na tym, że pozostawiamy pragnienie przygody boleśnie niespełnionym. Dlatego gdyby zapytać ludzi zmierzających do kresu życia, czego najbardziej żałują, większość odpowiedziałaby: „Tego, że za mało ryzykowałam, ryzykowałem”.

Czy nawet pracująca od 30 lat na tym samym stanowisku zachowawcza w ocenach i stylu życia 50-latka marzy o wyjściu z rutyny?
Tak, choć znaczna część ludzi ze swoimi własnymi pragnieniami niezwykłych wydarzeń czy zmian wcale się nie identyfikuje. To dla nich niezrozumiałe i groźne, więc je zagłuszają i wypierają. Ale w końcu nawet w schematycznym, bezpiecznie ułożonym życiu pragnienie przygody potrafi niespodziewanie dojść do głosu. Jeśli nie w realu, to w marzeniach i snach. A także wtedy, gdy zachłysną się miłością albo wiosną, albo alkoholem, albo czymkolwiek innym, co doda im odwagi. Uwolniona w ten sposób skumulowana przez lata potrzeba przygody może wówczas wybuchnąć z nadmierną siłą i narobić zamieszania. Lepiej więc potrzebę przygody sobie uświadomić i dzięki temu odpowiedzialnie, acz kreatywnie nią zarządzać.

Wejść na portal randkowy, bo dziś przygoda to często tyle co romans? Albo włączyć grę komputerową?
Przeżywanie przygód w świecie wirtualnym nic nie kosztuje. Można w każdej chwili przerwać, mamy kilka żyć, nic nam się nie może stać, nic nas nie zaboli, ale i nie zachwyci. Wszystko jest odwoływalne. Siedząc w fotelu, popijając piwo albo cappuccino, możemy zostać superbohaterami, superwojowniczkami, zdobyć skarby i atrakcyjnych partnerów, partnerki. Głód prawdziwej przygody usiłujemy wtedy oszukać erzacem i, niestety, wiecznie nienasyceni uzależniamy się od fikcji. Szaleństwo wieczorów kawalerskich i panieńskich dobrze obrazuje w realnym świecie powszechną ambiwalencję – pomiędzy pragnieniem stałości i przewidywalności a marzeniem o szalonej przygodzie.

Skąd się w nas bierze to rozdarcie?
Zapewne ze zmagania się dwóch wielkich sił – pierwotnego popędu nawykłych do zmiany i wędrówki nomadów oraz zassanego z kultury i obyczaju superego. Popęd szuka ryzyka, zmiany i nowości, a utkane z kultury i obyczaju superego apeluje do rozsądku, namawia do umiaru i przewidywalności. Wygląda na to, że osadnictwo, własność ziemi, rolnictwo i hodowla przykrywają naszą pierwotną cygańską duszę warstwą pozoru.

Po co nam dziś ten apetyt na ruch i przygodę?
Ruch i zmiana to życie, więc jest to apetyt na życie. Twórca szkoły terapii Gestalt Fritz Perls, mój pierwszy mistrz, mówił, że najgorszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć, jest bezruch, to, że nic się nie będzie zmieniać. Badania nad kreatywnością i mechanizmem tworzenia nowych połączeń neuronalnych potwierdzają pozytywną rolę zmiany i przygody. Bo im więcej połączeń neuronalnych, tym lepsze są parametry mózgu i tym większy zakres danych jesteśmy w stanie odbierać i przetwarzać. Przygoda rozumiana jako wyjście ze strefy komfortu – czyli tego, co już wiem i potrafię – najlepiej stymuluje rozwój mózgu. Dlatego to osoby przekraczające rutynę, poszukujące tworzą nowe wartości i cele dla wszystkich. Gdy ktoś taki utknie w strefie komfortu, czuje się jak uwięziony w dziecięcym pokoju i ucieka czym prędzej w nową przygodę.

Chyba nie wszyscy tak dramatycznie doświadczają życia w komforcie?
To prawda. Ale nawet ludzie bardzo niechętni zmianie od czasu do czasu czują, że muszą choćby poprzestawiać meble w pokoju, inaczej się uczesać czy ubrać w nowym stylu.

Czy nie byłyby dobrym rozwiązaniem stabilny dom i praca, a w weekendy surwiwal?
To zawsze coś, ale ważne, by znalazło się miejsce na ryzyko, zaskoczenie, nowość i trudność. W przeciwnym razie surwiwal ułoży się w nową rutynę. Potrafimy, jeśli zechcemy, zamienić w nią każdą przygodę. Są nawet firmy, które się w tym specjalizują, organizując bezpieczne wyprawy w nieznane. Do wewnętrznej prawdy, która nas wyzwoli, prowadzi prawdziwa droga, która wymaga trudu.

Jak wybrać tę drogę?
Mój nauczyciel zen miał dla uczniów prostą receptę na to, by nie utknęli w strefie komfortu i nie popadli w życiową rutynę: „Jeśli nie wiesz, co wybrać, wybieraj to, co nowe i trudniejsze – wtedy będziesz się rozwijał”. Wybierając to, co łatwe i znane, drepczemy w miejscu, chodzimy w nieskończoność po własnych śladach. A nasze możliwości fizyczne, mentalne i duchowe są przecież nieskończone. Szkoda je zmarnować.

„Zawsze pod górkę” jako motto na życie? Oj...
Nawet w Nowym Testamencie jest przypowieść o panu, który zostawił sługom przed wyjazdem talenty po to, by je pomnożyli. I kiedy po jakimś czasie wrócił, był zły na tego, który nie zaryzykował i ukrył je, bojąc się, że zostanie z niczym. Pochwalił zaś tych, którzy inwestowali odważnie, starając się zrobić z tego, co dostali, jak najlepszy użytek. Oni też pomnożyli swoje talenty. Wniosek: w ostatecznym, czyli duchowym, rozrachunku, ryzykując, zyskujemy.

Ale czy szczęśliwy dom nie wymaga stabilności, a nawet rutyny?
Zawsze gdzieś jakieś ryzyko można i warto podjąć. Jeśli na przykład uważamy, że nasze dzieci chodzą do kiepskiej szkoły, która deformuje ich mentalność i obraz świata, to trzeba poszukać mądrzejszej szkoły, a nawet nowych edukacyjnych rozwiązań. Jeśli mieszkamy w toksycznej okolicy, która truje nas i nasze dzieci wyziewami z kominów, to trzeba stamtąd uciekać. Jeśli partner lub partnerka są nieodpowiedzialni, agresywni i nielojalni, to dla dobra dzieci i ich przyszłych rodzin lepiej wybrać ryzyko rozstania.

A przygoda serca, czyli romans? Stawiać na niego czy na wierność?
Jeśli mamy poczucie, że w naszym związku źle się dzieje, że nie ma w nim wymiany intelektualnej, emocjonalnej i energetycznej – włącznie z tą, która dokonuje się w seksie – to wbrew naturalnemu odruchowi ucieczki warto podjąć trud naprawy tej sytuacji. Wymaga to dobrej woli obu stron. Jeśli jednak jedna ze stron nie chce wziąć swojej części odpowiedzialności za kryzys, to pojednanie jest niewykonalne. Wtedy trzeba sprostać ogromnemu wyzwaniu, jakim jest rozstanie się z klasą. Gdy braknie nam świadomości i samodyscypliny, to w sytuacji kryzysowej wdajemy się w romans, który na ogół jest wyborem łatwiejszej drogi, bo nie konfrontuje nas z naszym wkładem w to, że związek się nie udał.

Zmiana jest więc wszędzie i zawsze potrzebna?
Zawsze – jeśli chcemy być wewnętrznie żywi, zmieniać się i rozwijać, w pełni doświadczać bolesnych i radosnych aspektów życia, ciągle się uczyć, twórczo pracować i mieć wdzięczne, tkliwe serce. Nie ma więc co marudzić i narzekać na to, że coś się w naszym życiu zmienia, tylko iść za tym. Na tym polega wyższa forma sztuki życia. Potraktujmy poważnie ostrzeżenie przed tym, by nie być kostką lodu w płynącej rzece. Rzeka życia – jak to rzeka – raz przyspiesza, raz zwalnia, meandruje, ale wciąż płynie. Nie zapominajmy, że w istocie jesteśmy tą rzeką. Nie próbujmy jej zatrzymać, nie próbujmy jej zamrozić. Bo wtedy zamrażamy i zatrzymujemy siebie samych.

Czyli rutyna zamraża nasze serca?
Często, a ostatnio chyba coraz częściej. Boimy się ryzykować i inwestować w miłość. Bo miłość to jazda bez trzymanki, potężna energia, nad którą nie do końca panujemy. Oczywiście, można wyprzeć się miłości i zamrozić swoje życie, ale koszty tej operacji są tak wielkie i zasmucające, że ponad wszelką wątpliwość lepiej poddać się tej nieobliczalnej – ale jakże ożywczej – chorobie niż leczyć się z niej lekarstwem, które nas zabija.

Znam ludzi, którzy powiedzieliby, że liczy się lokata w banku, a nie szaleństwo serca.
Dlatego wielu z nas w nocy śni, że nie żyje, a w dzień śni, że żyje. Sami sobie to robimy. Świetny film „Dzień świstaka” opowiada właśnie o tym, jak zabrnąć w życie, w którym nic się nie zmienia, a każdy dzień staje kopią poprzedniego. Dzieje się tak, gdy przekonamy sami siebie, że życie polega na rozbudowywaniu strefy komfortu i że już wszystko o sobie i o życiu wiemy. Wtedy podobnie jak bohatera tego filmu tylko miłość może nas wyzwolić z tragicznej pułapki. Więc niech żyje miłość – nawet gdy czasami boli.

  1. Psychologia

Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Mity dotyczące dzieci są różne. Ale najważniejszy odnosi się do dziecka wewnętrznego. To dzięki zadbaniu o nie mamy mieć szansę na żywą uczuciowość, spontaniczność, kreatywność, czyli na udane życie. Ale dziecko wewnętrzne może nas też wyprowadzić na manowce, a nawet nam zaszkodzić. Kiedy tak się dzieje – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dziecko wewnętrzne pojawia się w teoriach i wypowiedziach wielu psychologów. Jesteśmy zachęcani do tego, by się nim zajmować, stwarzać warunki do wyrażenia siebie.
Wewnętrzne dziecko jest tą częścią ja, czyli naszego psychicznego oprogramowania, która jest z natury spontaniczna, uczuciowa, wrażliwa, twórcza, ufna i kochająca. W swoim postępowaniu – jak to dziecko – kieruje się zasadą: „chcę – nie chcę”, „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jest więc świadome swoich chwilowych preferencji. Można powiedzieć, że same plusy. Ale nadmiernie aktywne, niemitygowane niczym, wewnętrzne dziecko w życiu dorosłej osoby może narobić wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że niezmiernie rzadko się zdarza, aby wewnętrzne dziecko przetrwało w nas do dorosłości w niewinnym, nieznerwicowanym stanie. Niestety, rodzice, krewni, wychowawcy, duchowni i nauczyciele – prawie na pewno – je spacyfikują i upokorzą albo zarażą wstydem, lękiem i poczuciem winy. Dobrze skalę tego zjawiska ilustruje amerykański dowcip rysunkowy: sala widowiskowa, a na niej tylko dwie poczciwie wyglądające osoby i wielki baner: „Doroczna konwencja dzieci normalnych rodziców”.

To bardzo zabawne, ale i straszne. Uświadomiłeś mi, że właściwie wszyscy, których znam, mieli, powiedzmy, trudnych rodziców!
I w tej sytuacji idea wewnętrznego dziecka nabiera szczególnej wagi. Jej funkcją jest zwracanie powszechnej uwagi na dzieciństwo jako na kluczowy okres w życiu człowieka, w którym określają się, kształtują podstawowe wymiary naszego losu, zręby charakteru i podstawowa strategia przeżycia wśród ludzi. Wszystko to prawda. Lecz wydaje się, że we współczesnej popularnej psychologii i obyczajowości zaczyna obowiązywać wręcz kult wewnętrznego dziecka. A to pociąga za sobą deprecjonowanie, zanikanie naturalnego procesu psychicznego, czyli procesu dojrzewania człowieka.

Kultura każe nam dbać o to, byśmy się nie postarzeli, a z tym kojarzy się nam dorosłość. No więc mamy 50 lat, ale nadal nosimy T-shirty, trampki i wszystko wydajemy na gadżety, ciuchy albo na różne ekscytujące zabawy singli.
Doroślenie nie jest dziś trendy. Konsekwencje tego stanu rzeczy są wielorakie. Jedną z nich jest niezdolność do brania odpowiedzialności za innych – co może się wiązać z coraz bardziej powszechną niechęcią do posiadania prawdziwych, „zewnętrznych” dzieci.

Ale też psychoterapeuci zachęcają, by się zastanowić, czy na pewno chcemy zostać rodzicem, czy to może nasze wewnętrzne dziecko domaga się miłości i troski? No i patrząc na to, co niektórzy wyprawiają ze swoimi dziećmi, łatwo dojść do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby skorzystali z podpowiedzi terapeutów i jednak zajęli się sobą, a nie brali do rodzicielstwa.
Na wstępnym etapie usamodzielniania się i dojrzewania odblokowanie i dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne. Pozwala odzyskać – spacyfikowany przez błędy wychowawcze i edukacyjne – twórczy potencjał, uczuciowość, umiejętność zabawy, spontaniczność, energię i zdolność do empatii. To zaś jest niezbędne dla naszego dalszego harmonijnego dojrzewania i przyszłej, pełnej samorealizacji. Co więcej, dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka pomaga nam zrozumieć potrzeby naszych ewentualnych przyszłych dzieci. Ale warto pamiętać, że skupianie się na wewnętrznym dziecku ma być tylko etapem na drodze do dojrzałości. Dlatego najlepiej, możliwie jak najprędzej, zaczynając od wewnętrznego dziecka, zacząć stawiać sobie wymagania i mądre granice. W przeciwnym razie – podobnie jak to się może wydarzyć w relacji z prawdziwym dzieckiem – wyhodujemy rozkapryszonego tyrana, który rozwali nam życie, powodując nieustanny chaos i zagłuszając coraz to nowe, sprzeczne potrzeby. Wewnętrzne dziecko jako mały tyran pochłania tyle naszego czasu i energii, że z pewnością stanie się konkurencją dla posiadania realnego dziecka.

A więc trzeba okazać miłość, akceptację i czułość sobie, czyli swojemu wewnętrznemu dziecku, ale potem także dowiedzieć się, jak je dobrze wychować?
Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zostało bardzo poranione przez bolesne i trudne doświadczenia naszego dzieciństwa, tę naukę najlepiej pobierać w formie psychoterapii. Zaniedbując tę drogę edukacji, odrzucając ją czy lekceważąc, sprawimy, że nasze wewnętrzne dziecko dostanie od nas albo taką samą edukację, jaką my dostaliśmy kiedyś od naszych rodziców i opiekunów, albo dostanie od nas coś, co będzie tego, co my doświadczyliśmy w dzieciństwie, skrajnym przeciwieństwem. A wówczas, starając się je „wychować”, będziemy całkowicie negować rodzicielski model znany nam z domu rodzinnego i nie postawimy mu żadnych granic, żadnych zasad, żadnych wymagań. I tak wylejemy dziecko z kąpielą. Znów nie damy sobie, dziecku wewnętrznemu, tego, czego nam najbardziej brakowało, gdy byliśmy dzieckiem. Jest niemalże regułą, że gdy wewnętrzne dziecko jest ciężko doświadczone, boleśnie poranione i naznaczone odrzuceniem, to dorosła część naszego ja także je odrzuci, będzie nim gardzić, nienawidzić go i niszczyć na różne sposoby. Dlatego też to psychoterapia jest najważniejszą formą właściwej opieki nad dzieckiem wewnętrznym.

 

Mówisz pewnie do tych z nas, którzy wciąż tylko dokręcają sobie śrubę, podnoszą poprzeczkę, wciąż uważają, że za mało osiągnęli, że nie zasłużyli, że jeszcze muszą coś więcej zdobyć.
Tak, to ci, którzy biorą swoje wewnętrzne dziecko w karby, nadmiernie wymagają od siebie, za dużo pracują, są nadodpowiedzialni. Często wpadają w pracoholizm lub wycofują się z życia i uzależniają od różnych toksycznych substancji, ideologii czy przynależności. Ale coraz liczniejszą grupę pośród tych, którzy źle się zajmują i źle się troszczą o swoje wewnętrzne dziecko, stanowią ci, którzy idą na oślep w drugą stronę i chcąc wynagrodzić swojemu wewnętrznemu dziecku trudne dzieciństwo, ból i upokorzenie, brak miłości czy akceptacji, rozpuszczają je i rozkapryszają, nie stawiając żadnych granic i niczego nie wymagając. Wbrew pozorom obie te postawy są równie groźne dla naszego życia i dojrzewania. Brak im umiaru i zrozumienia, na czym tak naprawdę dojrzewanie polega.

Tutaj kłania się znana koncepcja Zygmunta Freuda – w latach 70. ubiegłego wieku zmodyfikowana przez Erica Berne’a – mówiąca o tym, że aby nasze dojrzewanie przebiegało prawidłowo i żebyśmy nadawali się do życia w świecie dorosłych, oprócz wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica konieczne jest rozwinięcie trzeciej, najważniejszej, części naszego ja, zwanej wewnętrznym dorosłym.

Czym wewnętrzny dorosły różni się od wewnętrznego rodzica i od dziecka?
Jest to ta część w nas, która potrafi być bezstronnym obserwatorem i narratorem naszego życia i postępowania. Ta część, która jest zdolna do podejmowania autonomicznych i odpowiedzialnych decyzji, a także spełniająca funkcję skutecznego mediatora w wiecznym konflikcie pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem. Wewnętrzny dorosły kieruje się bowiem zasadą: wybieram – decyduję – odpowiadam. Posiada więc zdolność do świadomego kierowania swoim postępowaniem w zgodzie z okolicznościami, a nie z przyzwyczajeniami, nawykami czy przekonaniami. Wewnętrzny dorosły potrafi nawet – gdy trzeba – przekraczać swój własny charakter, być wolnym od swojej ulubionej strategii życiowej. A więc nie zawsze reaguje na zagrożenie ucieczką czy agresją. Jest wolny zarówno od rodzicielskiej zasady powinności i obowiązku, jak i od dziecięcej zasady: chcę – nie chcę. Wewnętrzny dorosły podejmuje własne, niezależne decyzje, tak by osiągnąć najlepszy efekt swoich działań. Dziecko i rodzica traktuje jak – wprawdzie zawsze pokłóconych – ale użytecznych doradców.

Kiedy tak o nim opowiadasz, wewnętrzny dorosły wydaje mi się bardzo potrzebny, zwłaszcza jeśli chcemy w życiu coś osiągnąć i uniknąć niepotrzebnych kłopotów.
Właśnie. Dlatego póki nie wykształcimy w sobie tej części, która nazywa się dorosłym, nie możemy uświadomić sobie, co niedobrego dzieje się w naszym życiu. W dodatku żyjemy w wewnętrznym konflikcie, napięciu i lęku. By zarządzać nadaktywnym lub wycofanym dzieckiem, a także zbyt represyjnym i okrutnym lub bezgranicznie opiekuńczym rodzicem, niezbędny jest choćby zaczątek wewnętrznego dorosłego. Podobnie jest on nam konieczny do tego, byśmy mogli zachowywać się i odczuwać zgodnie z okolicznościami. A wracając do wątku świadomego rodzicielstwa – dopiero wtedy, gdy wewnętrzny dorosły urealni się i znajdzie w dobrym kontakcie z rzeczywistością, dopiero gdy pozna swoje ograniczenia i mocne strony, będzie mógł podjąć w pełni odpowiedzialną decyzję w sprawie rodzicielstwa.

Właśnie! Może wtedy uda się mu tak wychować dzieci, by te nie musiały zbierać się do kupy na psychoterapii.
Większość z nas ma niepozałatwiane sprawy związane z wewnętrznym dzieckiem i jest uwikłana w jego neurotyczne lęki, neurotyczną omnipotencję – czyli wiarę w nieograniczoną, nierealną moc.

Mimo tej niedojrzałości dzieci nam się na szczęście przydarzają, inaczej ludzkość przestałaby istnieć – czasami nawet na mocy jakiejś na poły świadomej decyzji. Wtedy jednak są od razu siłą rzeczy włączone w naszą niedokończoną wewnętrzną rozgrywkę pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem.

Na czym ta rozgrywka między wewnętrznym rodzicem a wewnętrznym dzieckiem polega? Jak wpływa na życie realnych dzieci?
Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest nadopiekuńczy, straszy nas światem lub/i rozpieszcza oraz uzależnia, to siłą rzeczy nasze realne dziecko będziemy traktować w podobny sposób. Tacy też byli nasi rodzice, opiekunowie z dzieciństwa. Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest z naszym wewnętrznym dzieckiem w wyniszczającej relacji, to wtedy jest wysoce prawdopodobne, że nasze realne dziecko zostanie przez nas w jakiś sposób – zazwyczaj nieświadomie – skrzywdzone. W obu sytuacjach dziecko jest przez rodziców obsadzone w dramacie rozgrywającym się w ich wewnętrznym teatrze. W tym sensie prawie wszyscy – wyjątki są bardzo nieliczne – bezwiednie traktujemy dzieci instrumentalnie. Mieć i wychowywać dzieci z nieegoistycznej potrzeby sprowadzenia na ten świat jakiejś potrzebującej tego istoty, dbania tylko o to, by w pełni mogła rozwinąć swój niepowtarzalny potencjał, niezależnie od naszych rodzicielskich ambicji, potrzeb, zranień i wyobrażeń – to ideał niezwykle trudny do zrealizowania. Wymaga bowiem od rodziców całkowitego przekroczenia ich egocentryzmu.

  1. Psychologia

Mężczyzn mogą uratować kobiety. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej.
Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. "Mężczyzn mogą uratować kobiety" - twierdzi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. (Fot. iStock)
Związki przyszłości? Ale z kim? Kobiety skarżą się, że nie ma mężczyzn, którzy nadają się na partnerów. Badania mówią: będzie jeszcze gorzej. Co zrobić, żeby na świecie nie zostały tylko same one? I dlaczego mężczyzn mogą uratować kobiety – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Warren Farrell, amerykański publicysta, twierdzi, że wizerunek medialny mężczyzny się zmienił. Z odpowiedzialnego i poważnego przywódcy, mądrego ojca i dobrego męża mężczyzna zamienił się w okrutnika, złego szefa, bezwzględnego mordercę, pedofila, gwałciciela. Mężczyzna – samo zło! No i jak z kimś takim planować ślub?
Do niedawna patriarchat – tak jak każdy totalitarny system – mógł bez trudu ukrywać swoje słabości i zbrodnie, manipulując językiem, wartościami i umysłami. Ale teraz, gdy okazało się, że jego rządy doprowadziły do kryzysu cywilizacji, mężczyznom musi się oberwać. To też wyrównywanie rachunku krzywd. Potęguje się proces wyzwalania emocji, potrzeb i możliwości kobiet, które przez wieki nie mogły dojść do głosu. To nowa, bezkrwawa rewolucja. Ale jak każda rewolucja i ta nieuchronnie popada w nieznośną przesadę, arogancję i egzaltację.

Ale to nie tylko feministki są autorkami czarnego PR. Scenariusze powieści o złych mężczyznach piszą też mężczyźni.
Może kieruje nimi – nie do końca uświadamiana – potrzeba męskiej pokuty. Samooczyszczenia, którego chcą dokonać, uświadamiając zbiorowe i indywidualne winy, wydobywając z szafy męskiej zbiorowej podświadomości kościotrupa szowinizmu i arogancji. A poza tym taki temat jak upadek idola zawsze dobrze się sprzedawał. Więc teraz dobrze się sprzedaje upadek mężczyzny. Ludzie chcą to oglądać, bo antymęska nagonka opiera się na podobnym mechanizmie jak popularność tabloidów, które tworzą iluzję, że są głosem sumienia porządnych ludzi. Ten spektakl jest wspierany i podkręcany także przez mężczyzn, którzy uważają się za skrzywdzonych przez ojców, nauczycieli, szefów, premierów – a więc mających swoje powody, by także czuć się ofiarami patriarchatu. Oni patrzą na ten upadek i myślą: „no, nareszcie im się dostaje!”.

Znaczenie może mieć też to, że coraz więcej mężczyzn to synowie samotnych matek.
Ciągle jeszcze bardziej „samotne” niż „samodzielne” matki zazwyczaj, niestety, wychowują synów w duchu potępienia, lekceważenia, a nawet pogardy dla ich ojców. Nie zdają sobie sprawy, że dewaluowanie ojca niszczy poczucie wartości syna jako mężczyzny. W rezultacie ci chłopcy, szukając wzorca na bycie sobą, który zaakceptowałaby ich matka, nadmiernie czerpią z jej sposobu przeżywania i nazywania świata, z jej ocen, przekonań i emocji. Nie wyrastają więc na dzielnych mężczyzn, lecz na rozgoryczone, depresyjne i rozemocjonowane kobiety, tyle że przyobleczone w męskie ciała. Samotne matki wychowują też córki, którym również przekazują jednostronny, negatywny obraz mężczyzn: słabych, niedojrzałych, nielojalnych i leniwych. Tragikomiczny paradoks tej sytuacji polega na tym, że mężczyźni o takich psychologicznych parametrach to z reguły ci wychowani przez samotne matki. I tak powstaje błędne koło, które produkuje coraz więcej słabych, niedojrzałych mężczyzn i coraz więcej samodzielnych, rozgoryczonych, nieufnych i wyrachowanych kobiet.

Szczęśliwej pary taki mężczyzna i taka kobieta nie stworzą?
A jakim cudem kobieta obciążona negatywnym stereotypem mężczyzny i psychicznie wykastrowany przez swoją matkę, odcięty od ojca mężczyzna mogliby stworzyć szczęśliwy związek? Oboje nauczyli się przecież, że zaangażowanie emocjonalne w relacje z osobnikiem płci przeciwnej kończy się cierpieniem i upokorzeniem. Facet w takim związku jest z góry skazany na potwierdzanie negatywnego stereotypu mężczyzny zainstalowanego w umyśle partnerki, a kobieta – na przeżycie gorzkiej satysfakcji wynikającej z potwierdzenia jej najgorszych przewidywań.

Gdzie mamy szukać ratunku?
Aby dać szansę trwałym, partnerskim związkom, obie strony muszą zakwestionować jednostronny, negatywny stereotyp ojca. Odtworzyć w swoich sercach jego pozytywny aspekt i jednocześnie – co bardzo ważne – przestać idealizować matkę. Wtedy dopiero kobieta i mężczyzna będą mogli odpowiedzieć sobie na pytanie, czego naprawdę – a nie w imię rodzinnej tradycji czy politycznej poprawności – od siebie nawzajem oczekują? Czarno jednak widzę przywrócenie szacunku dla postaci ojca i odidealizowanie matki w czasach feministycznej rewolucji. Tym bardziej że zawalczyć o nie, i to na przestrzeni dwóch pokoleń, musiałyby kobiety. No ale: pierwszy krok to znalezienie przez kobiety prawdziwej odpowiedzi na pytanie, czego potrzebują od mężczyzn. Gdy ją poznają, wtedy będą wiedziały, jak wychowywać synów i córki. Bo chyba nie chodzi o to, by wyrugować ze świata takie tradycyjne atrybuty męskości jak: odwaga, odpowiedzialność, lojalność, niezależność, umiejętność walki i zdolność do solidarnej gry w zespole?

No nie. Te cnoty znikają, bo coś nie wyszło. Mężczyźni mieli być męscy, ale też wrażliwi. A są niemęscy i narcystyczni.
Uogólniona krytyka i dewaluacja mężczyzn przez matki demoluje wewnętrznie synów. Nie pozwalają młodym mężczyznom identyfikować się z własną płcią. I co wtedy mają robić? Priorytetem ich życiowej strategii staje się unikanie niezależnych, wymagających, często gardzących mężczyznami kobiet – czyli kobiet podobnych do ich matek. Ale testosteron działa, więc ich wyparta, niedojrzała seksualność realizuje się w kontakcie z internetową pornografią, w autoerotyzmie, w skłonnościach do pedofilii, a także w eksperymentach homoseksualnych. Dzieje się tak, bo kobiety nie dają im nadziei na bycie kochanymi. Z tego samego powodu mężczyźni coraz częściej nie chcą dorastać i mieszkają z mamą aż do jej śmierci, czyli do 40., a nawet 50. roku swego życia. Albo wybierają strategię casanowy, który swoją potrzebę miłości i uznania próbuje na próżno zaspokoić wykradanym, wyłudzanym seksem. Jeśli więc nadal krytyka patriarchatu będzie się przeradzać w krytykę męskości, wylejemy dziecko z kąpielą.

Chyba już wylaliśmy: w książce „Żelazny Jan” Roberta Bly znalazłam przejmującą scenę. Terapeuta każe mężczyznom skupionym w kręgu podnieść symbolicznie miecze w górę. A oni nie mogą, bo dla nich demonstracja siły i męskości jest równoznaczna z agresją. Tymczasem mężczyźni nie chcą nikogo skrzywdzić.
Podniesienie miecza w górę to także symbol męskiej erekcji, męskiej wydolności i siły – nie tylko seksualnej. To także symbol zdolności do walki, obrony siebie i wszystkiego, co mężczyźnie drogie. Siła ta drzemie w każdym i decyduje o jego dorosłym poczuciu męskości. Staje się groźna tylko wtedy, gdy mężczyzna nie nauczył się nią mądrze zarządzać. Pozostając pod opieką nastawionej niechętnie do mężczyzn mamy, ma na taką naukę marne szanse. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu młodzi mężczyźni mieli okazję nauczyć się tego przez sport, a także dzięki wojsku. Dziś sporty walki albo wojsko to dla większości wykształconych mężczyzn skrajny obciach. Ale testosteron i agresja nie wyparują z męskich ciał tylko dlatego, że nie są trendy. I nic tu nie pomoże wegetarianizm ani unikanie lekcji WF-u, kolczyki w uszach, malowanie paznokci. Męska agresja zamiatana pod dywan może zamienić się w bombę zegarową groźną dla świata.

Ale mężczyźni sami nie chcą być sobą. To widać choćby w modzie. Jeszcze wiek temu emancypantki przebierały się w męskie stroje, dziś odwrotnie – mężczyźni noszą kolorowe rzeczy, używają kosmetyków.
Wyraźnie się feminizują. Mają też coraz więcej problemów z ciałem. Chorują na anoreksję, bulimię, stawy, kręgosłup, przedwczesny wytrysk, impotencję. Zaczynają golić nogi, depilować torsy, farbują włosy. Wygląda na to, że robią coraz więcej, by upodobnić się do kobiet, a dzięki temu zejść z linii ognia. Jeśli tak dalej pójdzie, to przypuszczam, że kobiety na zawsze pozostaną w dzielnie wywalczonych spodniach, a mężczyźni niebawem zaczną chodzić w spódnicach. Nie znam statystyk dotyczących transseksualizmu, ale w kontekście naszej rozmowy zaryzykowałbym hipotezę, że więcej mężczyzn chce zostać kobietami niż kobiet mężczyznami, bo dziś bycie mężczyzną nie jest ani trendy ani sexy.

A 20-latki skarżą się, że nie ma mężczyzn. W książce „Męskie pół świata” piszesz, że wkrótce będziemy miały do wyboru albo Piotrusia Pana albo skamielinę przeszłości, czyli tyrana.
No tak. Piotruś Pan to mężczyzna, który nie chce dorosnąć, bo niby kim miałby wtedy zostać: przeklętym samcem alfa i szowinistycznym wieprzem, a może uległym podnóżkiem swojej kobiety albo... Właśnie, wyboru prawie nie ma. Dlatego mężczyźni muszą się sami za siebie wziąć i stworzyć nowy wzorzec męskości, który nie będzie się opierał na demonstrowaniu przewagi nad kobietami. Z drugiej jednak strony kobiety muszą stworzyć taki wzorzec kobiecości, który nie będzie się opierał na pogardzie dla mężczyzn. W przeciwnym razie ofiary przeistoczą się w prześladowców. Marzenia o tym, żeby w pełni zanegować męskość i wejść w nowy matriarchat, to strata czasu. Doniesienia z czasów matriarchatu mówią, że rolę prześladowców odgrywały wówczas kobiety. Mężczyźni byli w pogardzie i by sprostać oczekiwaniom władczyń, zademonstrować negatywny stosunek do własnego podgatunku i chęć znalezienia się w kaście sprawującej władzę, dokonywali masowych, rytualnych kastracji. W warstwie symboliczno-psychicznej podobne zjawisko pojawia się obecnie wśród chłopców i młodych mężczyzn.

Za kryzys męskości ma też odpowiadać antykoncepcja. Powoduje ona, że kobiety wybierają niemęskich mężczyzn, to znaczy bez zewnętrznych oznak wysokiego testosteronu. Dlaczego? Pigułka blokuje jajeczkowanie na podobnej zasadzie jak ciąża. A więc kobiety po jej zażyciu czują się tak, jakby spodziewały się dziecka. Spada im libidio (tracą ochotę na seks) i szukają miłych opiekunów, a nie supersamców.
To całkiem prawdopodobne, że kobiety stosujące hormonalną antykoncepcję mogą mieć chemicznie podkręcony instynkt opiekuńczy. Więc przytulają różnych chłopaczków, a potem się dziwią, że ci przy pierwszej scysji czy problemie lecą do mamusi albo przeprowadzają się do następnej opiekunki. Co więc mają począć ci faceci? Nie mieszczą się w mainstreamie, więc na społecznych peryferiach tworzą patriarchalne enklawy: harleyowcy, kibice, a szczególnie nacjonaliści, którzy na sztandarach głoszą szczególną wartość swojej krwi i spermy.

Może popularność cyklu „Millennium” wynika z tego, że tam możemy odnaleźć to, czego tak szukamy – pozytywny wzór mężczyzny. Bohaterem jest nowoczesny wojownik, feminista, który walczy o prawdę i staje w obronie kobiet – a jego polem bitwy są media.
Trzeba tworzyć nowe wzorce – to pewne. Próbują tego mężczyźni skupieni w męskich kręgach rozwojowych, sięgając do pierwotnych indiańskich i szamańskich tradycji. To interesujący kierunek, bo oni poszukują w kulturach opartych na wzajemnym szacunku płci. Do roli wzorców męskości urastają także popularne postaci z kręgu literatury fantasy, takie jak Wiedźmin czy Harry Potter. Są to mężczyźni, którzy rozwinęli w sobie nadprzyrodzone moce, a także dzielność i odwagę. Dla nich kobiety nie są osią życia. Ci i inni męscy bohaterowie zamieszkujący wyobraźnię współczesnych mężczyzn wyrażają ich ogromną tęsknotę za szlachetną mocą, intencją i misją, za autonomią, wolnością i godnością. Jednym słowem – za współczesną wersją wspólnoty Rycerzy Okrągłego Stołu. To ważne i budzące nadzieję.

  1. Psychologia

Mężczyźni i emocje – wyprawa do czyśćca

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. (Ilustracja iStock)
Nawet kilkuletni chłopcy, gdy stłuką kolano, nie są przytulani! Nikt im nie współczuje, a więc gdy dorosną, nie są zdolni do empatii. Mogą się jej nauczyć, ale muszą odpłakać dziecięce zranienia. Inaczej będą odcinać się od wszystkich uczuć poza złością i depresją – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni i emocje? Od razu myślimy: chłopaki nie płaczą! Bardziej poruszające jest dla mnie co innego: chłopaki nie współczują! Powiedzmy wprost: kiedy kobieta płacze, to mężczyzna często się wścieka. Bo świat męskich emocji nadal jest ubogi i często sprowadza się do złości lub doła. Czy tak musi być?
Zacznijmy od tego, dlaczego mężczyźni mają kłopot z doświadczaniem i wyrażaniem współczucia, a najczęściej wyrażaną przez nich emocją jest złość. Ta ich choroba duszy zwykle ma swój początek we wczesnym i bolesnym doświadczeniu przemocy lub całkowitego ignorowania przez psychopatycznego, często pijącego ojca. Matka jest na ogół bezradną, upokorzoną i współuzależnioną niewolnicą męża, która nie dość, że nigdy nie staje w obronie syna, to jeszcze „kabluje” na niego albo oczekuje obrony i wsparcia. W rezultacie ani dla ojca, ani dla matki syn nie jest dzieckiem i nie dostaje tego, czego wszystkie dzieci potrzebują, czyli: miłości, czułości, uznania i troski. Czuje się więc kimś, kto jest tylko obiektem rozładowywania rodzicielskich frustracji i okrucieństwa.

Przejmująco smutne i samotne dzieciństwo.
Z takiego domu chłopiec wychodzi z ogromną raną w sercu. I z przekonaniem, że jest kimś, kto nie zasługuje ani na współczucie, ani na szacunek, ani na żadne inne ludzkie odruchy. Niestety, właśnie w takich warunkach formowana jest w psychice chłopca psychopatyczna obrona (charakter), która jest dramatyczną próbą poradzenia sobie z bólem, którego doświadczył. Sposobem na ukrycie piekącego wstydu upodlonej, pozbawionej godności ofiary będzie więc stanie się samemu dręczycielem i złoczyńcą. Patrząc głębiej – chłopiec wyrośnie na mężczyznę, który będzie wypierał ze swojej świadomości tę upokorzoną i zawstydzoną część i umieszczał ją w innych, słabszych od siebie istotach. A potem będzie niszczył je – na próżno dążąc w ten sposób do unicestwienia własnego wstydu i bólu. Podsumowując, pod brakiem współczucia i agresją mężczyzny prawie zawsze skrywa się głęboka rozpacz.

Współczuję rany w sercu. Ale przeraża mnie sposób gojenia! Żona i dzieci stają się ofiarami, bo on zamienia się w ojca?
Zapewne tak, bo jego ojciec miał w sercu podobną ranę. Trzeba też zrozumieć, jak został sformatowany przez matkę stosunek syna do kobiet. A więc chłopiec, a potem mężczyzna odczuwa do matki żal za to, że go nie broniła. Czuje też do niej pogardę, bo stała się niewolnicą ojca. Te trudne uczucia jednak głęboko ukrywa nawet przed samym sobą, a w zamian ślepo idealizuje matkę. Robi tak nie dlatego, że chce ją oszczędzić. Aby psychicznie przetrwać terror, dziecko musi uznać choćby jednego z rodziców za kogoś, z kim ma pozytywną więź. Ta mieszanka trudnych emocji ukształtuje raz na zawsze w jego umyśle obraz kobiet i sposób budowania z nimi relacji. Im bardziej w głębi serca będzie spragniony kobiecego zachwytu, czułości, troski i lojalności, tym bardziej będzie kobiety uznawał za słabe, niedojrzałe i żałosne istoty: „lalki, cipy, świnki, dziwki”. Będą w nim budzić litość, pogardę i podświadomą chęć zemsty. Im bardziej będą dla niego zachwycające, godne szacunku i upragnione – tym bardziej będzie je dewaluował. Zaakceptuje tylko kobietę dzidzię. Zaopiekuje się nią, będzie rozpieszczać, ale też zdradzać, wykorzystywać, a nierzadko nawet bić.

To teraz rozumiem, czemu tak nieskuteczne są apele kobiet o to, by ich partnerzy mówili o swoich uczuciach. Choć w takiej sytuacji to może nawet dobrze, że nie mówią?
Jeśli kobieta zaproponuje swojemu psychopatycznemu partnerowi, żeby zajrzał w głąb siebie i zaczął okazywać prawdziwe uczucia i potrzeby, to usłyszy: „Mam tylko dwie potrzeby i dwa uczucia. Nienawidzę wszystkich frajerów i chętnie wpierdoliłbym każdemu, a poza tym przeleciałbym każdą fajną dupę, jaką spotykam na mieście”. Tacy mężczyźni bronią się przed jakąkolwiek refleksją na swój temat. Po pierwsze, nie biorą pod uwagę, że zostali specyficznie zdeformowani przez okoliczności swego dorastania. A po drugie, trafnie przeczuwają, że pod pancerzem, który ich chroni, kryje się skrajnie zrozpaczone, skrzywdzone dziecko. Wolą zginąć niż się z nim spotkać i odczuć jego ból.

Psychoterapeuta Jerzy Mellibruda pisał, że agresja jest podstawową formą ekspresji uczuć mężczyzny. Czy dlatego, że mężczyzna woli zaatakować niż ukoić ból serca?
Patriarchalna kultura mu na to zezwalała. Dlatego takich mężczyzn trudno zainteresować pytaniem: Czy jest się czym chwalić i czy to aby na pewno twoje prawdziwe uczucie? Warto pamiętać, że są trzy poziomy uczuć i emocji. Pierwszy poziom to emocje wyuczone i nawykowe, często neurotyczne, na przykład reagowanie agresją lub lękiem na każdy kontakt z ludźmi. Drugi poziom to uczucia głębokie, często wyparte i przykryte przez te pierwsze, na przykład rozpacz, tkliwość, pragnienie miłości, słabość. Trzeci poziom to uczucia związane z istotą naszego człowieczeństwa, takie jak: empatia, szacunek, czułość, miłość, szczodrość, radość.

Ktoś, kto ciągle chce tylko komuś przyłożyć, z pewnością nie ma kontaktu ze swoimi prawdziwymi i głębokimi uczuciami.
Właśnie. Jeśli więc taki mężczyzna zdecyduje się na psychoterapię, to dopiero wtedy będzie mógł dotrzeć do swoich prawdziwych, wypartych uczuć i potrzeb. Będzie mógł opłakać to, czego jako dziecko nie dostał. A dzięki temu zrozumie i wyłączy niepotrzebny mu już psychopatyczny mechanizm obronny, który pomógł mu mniej cierpieć, gdy był dzieckiem, a którym teraz krzywdzi innych i siebie.

(Ilustracja Paweł Jońca) (Ilustracja Paweł Jońca)

Widziałam poruszający filmik „Emocje i mężczyzna”, którego bohater, youtuber Grzegorz Szpilka, opowiada, jak z zimnego macho stał się mężczyzną, który potrafi współczuć. Ale ceną było wiele dni płaczu, otwierania się na kolejne zranienia z dzieciństwa.
Właśnie tak ten proces przebiega. Wiem to nie tylko jako psychoterapeuta, lecz także jako mężczyzna, który podczas własnej terapii sam otworzył się w końcu na ból wczesnych zranień. Łez jest wiele, bo pamiętajmy, że w męskich chorych duszach mieszka głęboko schowany chłopiec, który utracił całe swoje dzieciństwo. Przedwcześnie musiał stać się dzielnym wojownikiem, nieczułym na ból własny i innych.

Zraniony ranił innych.
Dlatego proces psychoterapeutycznego leczenia rany w duszy mężczyzny porównuje się często do czyśćca. Dopiero gdy opłacze swoje zranienia, zyska zdolność do współczucia. Bo żeby współczuć, musimy odnaleźć w sobie te emocje, których doświadcza drugi człowiek. A wtedy, widząc płaczącą partnerkę, nie tylko nazwie to, co widzi, smutkiem czy rozpaczą, ale też poczuje to w sobie, a nawet wesprze ją w ekspresji emocji. W rezultacie tej podróży w głąb swojego zranienia doświadczy uczuć i potrzeb z trzeciego poziomu, czyli tych fundamentalnych i jednoczących, definiujących jego prawdziwą tożsamość, jak radość, miłość czy właśnie empatia.

To optymistyczna wiadomość, ale zdaje się, że psychopaci rzadko idą na psychoterapię.
To prawda, bo obrona psychopatyczna polega na przekonaniu, że tylko ja jestem okay, a wszyscy inni, to „leszcze, cwele i frajerzy”. To szalone i skrajnie niebezpieczne przekonanie pozwala przykryć wstyd i upokorzenie dzieciństwa tak skutecznie, że człowiekowi z psychopatycznym charakterem bardzo trudno z niego zrezygnować.

Łatwo zacząć współczuć takiemu psychopacie. Zwłaszcza że, jak pisze Jerzy Mellibruda, kiedy kobieta widzi złoszczącego się faceta, myśli, że miał zły dzień czy dzieciństwo. Bo dla kobiety złość to przejawy emocji. Ale dla mężczyzn to często tylko narzędzie sprawowania władzy, narzucenia swojej woli. Czyli my, głupie, przez tysiące lat współczujemy tyranom?
To prawda, że mężczyźni używają agresji jako narzędzia sprawowania władzy i kontroli nad kobietami i słabszymi mężczyznami. Dlatego mimo tej wiedzy, że agresja odcina tyrana od jego głęboko skrywanego cierpienia, lepiej powściągnąć ostentacyjne współczucie i odważnie przeciwstawiać się tyranii. Tym bardziej że w zlodowaciałym sercu tyrana uległość budzi pogardę i nienawiść. Tragiczne jest też to, że partnerki tyranów, ulegając im, zapominają nie tylko o sobie, lecz także o ochronie dzieci. Tak więc mechanizm produkowania następnych pokoleń chorych dusz może trwać.

A więc kobieta powinna oczekiwać od mężczyzny, żeby on sam znalazł sposób na to, żeby sobie poradzić ze swoją agresją?
To prawda. Dodam jeszcze, że męskiej agresji nie należy zamiatać pod dywan, lecz warto ćwiczyć chłopców i mężczyzn w dedykowaniu jej działaniom pozytywnym, konstruktywnym i kreatywnym. Pamiętam, jak wiele wysiłku musiałem włożyć w to, by opanować moją młodzieńczą agresję. Zarówno tę wrodzoną, jak i tę zassaną z powojennej atmosfery: z domów dziecka, z obcowania z poranionymi wojną agresywnymi kolegami, nauczycielami wyżywającymi się fizycznie na uczniach i z innymi dorosłymi – w tym z matką. Sprawdziłem na sobie słuszność starej zasady, że aby opanować agresję, trzeba uprawiać dużo sportu i ćwiczyć sztuki walki. Jako młody chłopak często musiałem stawać do walki. Ale od czasu, gdy już jako dorosły w ramach treningu walki kilkakrotnie doświadczyłem całkowicie bezwstydnej i nieustraszonej eksplozji agresji wraz z tym, że nie musi się ona wiązać z nienawiścią, lecz z uznaniem i szacunkiem dla przeciwnika – poczułem, że to ja dysponuję moją agresją, a nie ona mną.

Dziś uważamy, że agresję można wyciszyć wychowaniem. Nie dawać chłopcom zabawek militarnych i nie pozwalać się bić, a będą łagodni.
Chłopiec, który ma kochających rodziców, nie ma tak wielkiego problemu z agresją, jak syn psychopatycznego ojca i wycofanej matki. Ale jednak jego organizm też wytwarza testosteron. Odczuwa więc potrzebę obrony, rywalizacji i walki. Zatem to wielka szkoda, że dziś nie uczy się chłopców, jak radzić sobie z własną agresją, a w zamian piętnuje się ją. W ten sposób doprowadza się do wyparcia jej ze świadomości. A przecież to, co wyparte, nie poddaje się kontroli, z ukrycia działa na różne pokrętne sposoby. Stąd zapewne aż tak wielu młodych mężczyzn, a także tych przekraczających cezurę połowy życia, albo nie potrafi panować nad swoją agresją, albo próbuje sobie z nią radzić za pomocą różnych uzależniających substancji chemicznych.

A więc mamy do czynienia z agresją mężczyzn, która ma wiele źródeł i postaci. A co z innymi emocjami?
Na szczęście nie wszyscy mężczyźni idą przez życie zakuci w szczelny psychopatyczny pancerz, choć większość mężczyzn ma mniej lub bardziej rozległy psychopatyczny rys. Ci zdolni są do przeżywania wielu innych uczuć. Ale trzeba się liczyć z tym, że jednak większość mężczyzn w sytuacjach dla nich trudnych zareaguje nawykową agresją lub zamrożeniem, wycofaniem. Kto wie, czy to mimo wszystko nie lepsze niż usiąść i płakać? Jeśli jednak mężczyzna zdecydował się na tę odważną podróż w głąb siebie i odpłakał dziecięce zranienia, to stał się naprawdę silny. Nadal potrafi być wytrzymałym i odważnym obrońcą czy brać na siebie duże ciężary. Nie upokarza już jednak tych, którzy są słabi, aby poradzić sobie z własną rozpaczą.

  1. Psychologia

Od czego zależy szczęście w związku? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
W miłości i w życiu często kierujemy się egoizmem i swoimi potrzebami, a to nie jest dobry fundament związku. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak stworzyć udany związek? Poradników jest bez liku, rozstań jeszcze więcej. Bo tak jak nie można zaplanować, w kim się zakochamy, nie można wpływać na to, jaki jest nasz związek. Zakochujemy się z tajemniczych powodów (o narodzinach miłości decyduje nieświadomość), a gdy zaczynamy być razem, rodzi się trzecia, niezależna i nieznana nam istota, Związek. Jeśli chcemy być razem musimy go poznać i zrozumieć. Warto, bo tak, paląc w ogniu miłości egotyczne mrzonki, dotrzemy do duchowej jedności – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Zanim przeczytałam „Mity o miłości”, niemieckiego psychoterapeuty par Michaela Maryego, chciałam spytać, jak z dwóch „ja” zrobić „my”? Z tej książki wynika, że to głupie pytanie. Autor przekonuje, że związek rodzi się, gdy zaczynamy być razem jako trzecia, niezależna od naszych chęci istota. Świadomie możemy tylko poznać go, zrozumieć i jeśli chcemy być razem – przyjąć jego reguły.
Związek jako byt sam w sobie, który może być jedynie odkrywany i poznawany, a nie kreowany, to koncepcja trudna do przyjęcia dla współczesnych ludzi. Pielęgnujemy przecież  poczucie wpływu, sprawczości i osiągania celów. Ale to prawda: związek jest żywym procesem – spontanicznym, podlegającym wielu wpływom. Ogromną częścią naszego życia kieruje przecież to, co w naszym umyśle nieuświadomione. Zygmunt Freud twierdził, że nie uświadamiamy sobie ponad 90 procent naszych przekonań, motywów, uczuć i doświadczeń. Niewiele więc o sobie wiemy. Niewiele wiemy też o tym, dlaczego zakochujemy się w tej właśnie, a nie w innej osobie. Nie możemy nawet wyobrazić sobie, co dało początek złożonej kombinacji zdarzeń, które doprowadziły do zakochania tych dwojga. Nasz indywidualny los jest w ogromnej mierze wyznaczany grą sił i wydarzeń dziejących się w odwiecznej, transgeneracyjnej przestrzeni. Niezliczona ilość przeszłych kul wprawiła w ruch tę, którą przeżywamy jako nasze życie. Napędzani jesteśmy energią systemu i w dodatku nie jest pewne, że energia pozostałych kul wyczerpała się w akcie wprawienia w ruch naszego życia. Może system nadal jest w ruchu i wpływa na nas w sposób niewidoczny? Z przeczucia tej możliwości bierze się wiara w oddziaływanie przodków lub tzw. przeszłych wcieleń. Jeśli dodać do tego historię obecnego życia, to niewiele miejsca pozostaje na wolną wolę i świadome wybory także dotyczące partnera.

A więc powód każdego zakochania jest tajemnicą? Czy to tylko poezja, bo tak na prawdę kieruje nami biologia?
Biologii chodzi tylko o to, aby podtrzymać życie, a zakochują się w sobie także ludzie niezdolni lub nieskłonni do prokreacji. Miłosne spotkanie ma ponadbiologiczny, nieodgadniony cel i powód. Szczególna jakość dochodzi do głosu, gdy spotykają się „sobie przeznaczeni”. Wydaje się jednak, że w dzisiejszym świecie takie niebudzące wątpliwości zakochania zdarzają się rzadziej. Buddyści nazywają je miłością karmiczną, czyli spotkaniem zgodnym z dynamiką systemów, z których wywodzą się zainteresowani. Może ta pewność: „to ten”, „to ta” jest coraz rzadsza, bo grzeszymy pychą i nie chcemy zaufać i poddać się wyborom losu, Nieba, Amora, karmy? Zapominamy, że jesteśmy nieświadomi i się łudzimy, że samodzielnie wybierzemy lepiej. Tymczasem kierujemy się narcystycznym wizerunkiem siebie, a nie prawdziwymi potrzebami, co też wpływa na jakość i trwałość związków.

Ale bywa jednak i tak jak ze mną, a ja byłam pewna: „to ten!”, kiedy pierwszy raz zobaczyłam mojego przyszłego mąż. Bo nim go poznałam – przyśnił mi się w nocy.
To niezwykłe. Być może ludzie, w których się zakochujemy, to ci, którzy nam się wcześniej śnili? Przecież większości snów nie pamiętamy. Może to po nich powstaje wrażenie, że ich znamy? Może tak rozpoznajemy osoby, którym jesteśmy winni miłość, bo zostały przez nas skrzywdzone w poprzednich wcieleniach? Oświeceni buddyści twierdzą, że każda osoba, którą spotykamy, w przestrzeni odwiecznych interakcji mogła być naszym dzieckiem, rodzicem, partnerem. Jeśli to prawda, jesteśmy powiązani z przeznaczonymi nam, zanim się poznamy. A to, co się wydarza między nami, jest jakimś dopełniającym elementem procesu rozwoju naszej świadomości. Jego celem jest doprowadzić nas do odkrycia, jakim kosmicznym nieporozumieniem jest utożsamianie się z „ja”, otworzyć na mistyczny wymiar miłości. W buddyzmie nazywa się to pojednaniem, współodczuwaniem z całym światem. W chrześcijaństwie: komunią lub pojednaniem z Bogiem.

Taka wielka transgresja zaczyna się od zakochania?
Zakochanie jest powszechnym i dostępnym doświadczeniem pomocnym w dokonaniu transgresji, w dodatku przyjemnym. Pomaga dźwignąć naszą świadomość z poziomu „ja” do poziomu „my dwoje”, a potem jeszcze wyżej – „my wszyscy”. Zakochani czujemy, że „ja” to „ty”, widzimy tylko to, co dla nas wspólne. Fantazjujemy, że dostarczymy sobie intelektualnego pokarmu i inspiracji, że będziemy kochać wszystko to, co kocha ta druga osoba. Mit identyczności to niebezpieczna iluzja. Jeśli nie pozwolimy drugiej osobie na bycie inną niż my, czeka nas ogrom napięć, frustracji i goryczy, który doprowadzi do rozstania. Urealnienie partnera i związku, czyli ujrzenie i docenienie tego, co nas różni i co jest wspólne, to warunek bycia razem. Ucząc się tego, przyswajamy najważniejszą wiedzę: że to różnorodność jest sposobem przejawiania się jedności. Prawdziwą próbą dojrzałości jest zdolność do kochania różnych od nas. Przejdziemy ją, gdy potrzeby drugiej osoby staną w kontrze do naszych, a my mimo to będziemy wspierać ją, jego w ich zaspakajaniu. Najważniejsze i wspólne powinno być dążenie – i to wszelkimi sposobami – do odkrycia sensu i tajemnicy spotkania dwóch osób, które się w sobie zakochały i razem troszczą o to, co najważniejsze: by związek dawał obojgu poczucie spokoju, radości i wolności.

Co może być tym poszukiwanym sensem związku?
To, co potrzebujemy dzięki niemu zrozumieć, nauczyć się. Kiedy związek dojrzewa, przestajemy wyłącznie patrzeć sobie w oczy, a zaczynamy patrzeć w jedna stronę – w stronę „my”. Dostrzegamy centrum, symboliczne ognisko w jaskini, które chcemy wspólnie podtrzymywać, by nam i naszym bliskim było ciepło, bezpieczne i jasno. Wtedy dobrowolnie i pogodnie rezygnujemy z części potrzeb, już nie na rzecz drugiej osoby, lecz wspólnego ogniska. Wrzucając do niego nasze egocentryczne i neurotyczne potrzeby i złudzenia, doświadczamy uczucia uwolnienia, jakbyśmy pozbywali się nadmiaru rzeczy i śmieci. Na przykład możemy spalić – jak to się patetycznie określa – „na ołtarzu związku” nasze indywidualne potrzeby prestiżowe, bo ognisko wymaga od nas poświęcenia, np. partner choruje i nie jest to czas na kupowanie nowego samochodu – potrzeba pieniędzy na leki i opiekę. Dopóki ognisko jest dla obojga najważniejsze i oboje mniej więcej po równo do niego dorzucamy, będzie pięknie płonąć i stanie się wartością samą w sobie. W ten sposób rozwój naszego związku staje się tożsamy z naszym własnym. „My” uwalnia nas z klaustrofobicznej twierdzy „ja” i otwiera na świat.

Zdaniem Michaela Maryego związki mają cztery różne podwaliny: chęć zaspokajania potrzeb (erotyzmu, bezpieczeństwa), uzupełnianie charakterów, urzeczywistnienie projektów (łatwiejsze, gdy jesteśmy we dwoje). I czwarta: mity dotyczące związku (np. daje szczęście). Podwalina ma ogromne znaczenie, bo jeśli od związku, który ma dawać bezpieczeństwo, chcemy pomocy w realizacji ambicji, rozbijemy go.
Jak już mówiłem, to mit, że partner zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Wcale to jednak nie znaczy, że nasz związek jest niepełny. Jednak nawet gdy poznamy swój związek, co nam daje, a co nie, nie łudźmy się, że wszystko będziemy mieli pod kontrolą – życie i tak nas wytrąci ze światopoglądowych kolein, ucząc radzić sobie ze zmianą i przemijaniem. Samemu można stworzyć azyl izolujący od dolegliwości przemijania: szukać młodszego towarzystwa, zmieniać gadżety i samochody. W związku patrzysz na partnera jak w lustro. Jeśli więc ktoś upiera się, by w pełni kontrolować swoje życie i pielęgnować iluzję wiecznej młodości – związek jest dla niego przerażającą perspektywą. Za to tym odważnie patrzącym w lustro pomaga pozbyć się fałszywych przekonań o sobie i innych. Stąd trafna obserwacja, że ludzie spędzający życie samotnie usztywniają się w swoich ulubionych, nieadekwatnych przekonaniach. Dobry związek może nas lepiej niż samotne życie przygotować do przejścia przez igielne ucho i odnalezienia prawdziwej natury. Uwalniając od zbędnego bagażu i ozdobników, czyli bogactwa, które mamy okazję spalić w „ogniu my”. A zgodnie z biblijnym ostrzeżeniem: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do raju”. Nie pokładajmy jednak całej nadziei w związku, bywa, że te zamierają w jakiejś teatralnej pozie i nawet nie zauważają, że „ognisko my” wygasło. Zapobiec temu można uważnością, otwartą komunikacją, gotowością na zmiany, partnerstwem i demokracją. Kochaj i rób, co chcesz... i pozwól innym robić to, co chcą. Jeśli obie strony tak czują, rozwojowa misja związku się dopełniła.

W książce „Zdobędziesz miłość, jakiej pragniesz” Harville’a Hendrixa przeczytałam, że wybieramy osobę, która przypomina nam rodziców. W związku z nią mamy jeszcze raz przeżyć to, co było najtrudniejsze w dzieciństwie, by tym razem pokonać te traumy. To musi boleć i dlatego udaje się to jedynie 5 proc. par.
Ognisko rozpalone z osobą z takiego klucza będzie tak gorące i gwałtowne, że wytrwanie przy nim może się okazać zbyt trudne. Krótko mówiąc – może nieźle dać popalić, bo wrzucimy do niego sprawy, najtrudniejsze, najbardziej bolesne. Jak się uda wytrwać, czeka nas nagroda: uwolnienie od wielkiego, generującego lęk ograniczenia. Dlatego gdy stajemy przed dylematem czy wybrać drogę łatwiejszą czy trudniejszą, wybierajmy trudniejszą. Pamiętam pacjentkę, która w dzieciństwie była zdominowana przez agresywnych starszych braci i ojca. Pozbawiona kobiecego wsparcia ze strony zalęknionej matki. W efekcie – w dorosłym życiu – asekuracyjnie wybierała słabych mężczyzn, lecz związków z nimi nie mogła utrzymać. Bo też jej głęboką potrzebą jest skonfrontować się – jako dorosła kobieta – z agresywnym mężczyzną i nie dać się zapędzić w kozi róg. Dzięki temu przekroczyłaby to, co uniemożliwia jej stworzenie szczęśliwego związku.

Właśnie: szczęśliwego... Michael Mary opisuje małżeństwo, które chciało, żeby było miło. Jednak kiedy tylko usiedli obok siebie, wybuchała kłótnia. Zdaniem autora dlatego, że ich Związek chciał czegoś innego niż oni, chciał, by się usamodzielniali, gdy oni dążyli do większej bliskości.
Związki służą m.in. temu, byśmy dojrzewali. Jeśli sprzeniewierzamy się tej ich funkcji i naginamy do naszych niedojrzałych, neurotycznych potrzeb, to związek zaprotestuje i doprowadzi do konfliktu. Konflikt jest wehikułem rozwoju. Jeśli jednak korekcyjne konflikty zamiatamy pod dywan, bo nie pasują do scenariusza „ma być miło”, to z czasem dojdzie do wybuchu, który rozwali związek. Nie można bać się konfliktów. Prawie nigdy nie są powodem, by się rozstawać, lecz sygnałem, że jedna lub obie strony powinny wrzucić coś do „ognia my”. Jeśli partnerów nie będzie na to stać, związek jest w niebezpieczeństwie. Konflikt doprowadzi do rozpadu i nie można wykluczyć, że w ten sposób nieświadome uwarunkowania partnerów decydują o przerwaniu związku, który stał się nierozwojowy, a nawet destrukcyjny. Wtedy sklejanie go na siłę generuje cierpienie. Z pewnością nie wszystkie rozwody wynikają z lenistwa lub tchórzostwa. Spotkałem wiele skleconych przypadkowo lub na zasadzie asekuracji, zbyt trudnych związków, których nie dało się uratować. Generowały tyle negatywnych emocji, że zamieniały ludzi w pozbawione zdolności do refleksji i opamiętania demony. Takie związki trzeba mieć odwagę przerwać i szukać innych, które wspierać będą naszą dojrzałość i duchowość.

Ale po co się rozstawać, skoro to, co w nas destrukcyjne, co przeszkadza w tym związku, i tak zatruje następny
Rozstajemy się wtedy, kiedy nasz związek nie może pomieścić i konstruktywnie zasymilować energii kryzysu, konfliktu. Gdy już nikt nie jest w stanie dorzucić niczego więcej do „ognia my”, z niczego więcej zrezygnować. Gdy następuje duchowa regresja partnerów i obie strony się skrajnie egocentryzują. Wtedy dalsze trwanie w takim związku zamieni go w niekończącą się destrukcję. Szkoda życia. Większe szanse na przekroczenie naszych ograniczeń będziemy mieli gdzie indziej – w psychoterapii czy w innym, mądrzej i świadomie zawiązanym związku. Ale najgorsze, co nam się może przydarzyć, to wyjść ze związku z przekonaniem, że wina za jego rozpad leży wyłącznie po drugiej stronie. Wtedy nieuchronnie i nieświadomie wleczemy nasze ograniczenia w kolejny związek.