1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Spotkanie z lękiem

Spotkanie z lękiem

fot.Getty Images/ FPM
fot.Getty Images/ FPM
Kampania „Wybieram dobre myśli” daje przepis na odpowiedzialne pozytywne myślenie. Na czym ono polega, mówi Dorota Hołówka, coach i założycielka Stowarzyszenia Nowej Psychologii.

- Kampania „Wybieram dobre myśli” zaskakuje, bo przestrzega przed modą na pozytywne myślenie rodem z amerykańskich poradników typu „10 kroków do szczęścia”, „Jak odnieść sukces” itp. Dlaczego? Keep smiling już nie działa?

- Pozytywne myślenie jest nadal trendy, ale tylko takie, które odrzuca wszystko, co negatywne. A nie do końca o to chodzi. Życie przynosi nam różne zdarzenia, również złe, smutne, więc może – zamiast ich unikać – szukajmy zrozumienia, a kiedy zrozumiemy, to także zaakceptujemy. To, co pozornie dla nas złe, w rzeczywistości ma swój głębszy sens.

My, organizatorzy kampanii ze Stowarzyszenia Nowej Psychologii, nie kwestionujemy wspomnianych książek, bo one niosą dużo nadziei, ale często nie dają trwałych efektów. Nasze rozumienie pozytywnego myślenia jest trochę inne. Różnica polega na tym, że nie unikamy negatywnych myśli, nie zakładamy, że niedobre zdarzenia nie zaistnieją, bo nie da się żyć tak, żeby ich nie było. Kluczem do tego, by budować coś pozytywnego, jest właśnie komunikowanie się z negatywnymi emocjami. Warto nauczyć się stawać twarzą w twarz z naszym lękiem, odnajdować w nim nauczyciela, bo tylko wtedy traci swój charakter, a my odzyskujemy radość życia. Kiedy się tego nauczymy, zadziałają wszystkie rady z książek o pozytywnym nastawieniu.

- Skąd pomysł na kampanię promującą odpowiedzialne myślenie pozytywne?

- Z obserwacji tego, co się dzieje, z bezrefleksyjnego rozpowszechniania idei keep smiling i prawa przyciągania. To prawo mówi, że wszystko, na czym się koncentrujemy i w co uwierzymy, spełni nam się w życiu. Podpisuję się pod tym, ale jednocześnie mam świadomość, że samo skupienie się na myśleniu o dobrym nie wystarcza, żeby to dobre się wydarzyło. Prawo przyciągania nie bierze po uwagę tego, co pozostało w naszym życiu niezałatwione. Jeśli pominiemy to, co było trudne, co nas uwiera – sukcesu nie będzie. Jeśli szukamy np. idealnego partnera, a nie zamkniemy  nieudanych związków, to zadawnione i niezabliźnione sprawy zaważą na stworzeniu przyszłego. Mówimy, że w coś wierzymy, ale tak naprawdę tę wiarę uniemożliwia nam pewna niedobra jakość, która wciąż gdzieś w nas tkwi i powraca. Dopiero kiedy zagoimy stare rany, zadziała prawo przyciągania.

- Dobre myśli, to znaczy jakie? Czym one są?

- Pod pojęciem „dobre myśli” rozumiem pewien stan emocjonalny, taki, w którym czujemy spokój i harmonię, w którym łatwiej realizuje się założone cele. Dobre myśli można zdefiniować także jako pewien wewnętrzny dialog, który motywuje do tego, by było dobrze – nam ze sobą i innym z nami też. Mogą być po prostu pozytywnym sposobem interpretacji życia. Polega on na tym, że kiedy wydarzy się w życiu coś złego, staramy się popatrzeć na to pozytywnie. Ale nie odcinamy się od tego, co negatywne, bo zło powróci jak bumerang. Zamiast tego przyglądamy się niedobremu wydarzeniu, by wiedzieć, jaką niesie informację.

Emocje, nawet takie jak żal, gniew, coś mówią – podpowiadają: „zmień kierunek”. Jeśli tego nie zrobisz, jak znajdziesz myśli, które motywują do działania?

- Co jeśli lęk w nas jest tak ogromny, że paraliżuje i nie jesteśmy w stanie podjąć żadnych działań? 

- Zatrzymać się. To jest pierwsza recepta. Zatrzymać się, czyli tak, jakby zrobić zdjęcie. Coś się stało – i teraz boimy się wyjść z domu, zamykamy się w sobie, izolujemy od innych – wszystko to strategie unikania lęku. Jeśli spojrzymy na sytuację głębiej, przemyślimy ją, to jesteśmy w stanie przełamać się i pokonać strach. Jest szansa, że zobaczymy pewien obraz, jakiś komunikat z przeszłości, np. obraz nas samych z dzieciństwa. On zawsze chce nam powiedzieć coś dobrego.

Oczywiście, w stanie głębokiego smutku widzimy wszystko w czarnych barwach, więc możemy nie uwierzyć w to dobre, stwierdzić, że nie ma tam żadnej informacji. I mamy do tego prawo. Odpowiedź sama przyjdzie i uwolni energię, właśnie kiedy się zatrzymamy, zanalizujemy sytuację, i spojrzymy na siebie z boku, tak jakbyśmy oglądali film ze sobą w roli głównej. Przykładem zatrzymania może być zwykła, relaksująca kąpiel z aromatycznymi olejkami.

- A gdybyśmy nie odczuwali negatywnych uczuć, takich jak żal, gniew czy złość?

- To prawie niemożliwe. Nasz umysł tworzy strategie unikania kontaktu z bólem, co wzmaga cierpienie. Podam przykład: kiedyś przyszła do mnie kobieta, która za strategię unikania lęku przyjęła wieczne imprezowanie, bez chwili refleksji. Zaproponowałam jej, by przeciwnie – przestała uciekać, a spróbowała bać się jeszcze bardziej. W momencie, kiedy pozwoliła sobie na strach – zaczął się zmniejszać. Potem w jej głowie pojawił się obraz. Obraz starej kobiety, brudnej i rozczochranej, który dał się wyjaśnić. Kojarzył jej się z babcią, która miała bardzo silne zaburzenia osobowości. Zadałam pytanie: „Czego może chcieć babcia od ciebie? Zainteresowania, opieki…?”. Kiedy kobieta wyobraziła sobie, że zajmuje się z troską babcią, wszystko odeszło. Jest to dowód na to, że po konfrontacji z lękiem, on znika. Do tego będę namawiała także na warsztatach, które proponujemy w ramach kampanii – żeby odkryć i zaobserwować swoją strategię unikania lęku. Każdy ją ma: śmiech, medytacja, złość – to wszystko mogą być strategie. Skierujmy świadomość na to, jak uciekamy przed strachem. Nie bójmy się bać – to jest główne przesłanie naszej kampanii. Gdy to odkryjemy, pójdziemy do przodu jak burza – w zgodzie ze sobą. Bo jeśli sami dobrze czujemy się ze sobą, to inni też czują się dobrze z nami. Wówczas przyciągamy dobrych ludzi i kreujemy wokół siebie piękny świat. Najważniejsze jest odnalezienie tego schematu, który przeszkadza myśleć pozytywnie. I przerwanie go.

- I w tym pomogą warsztaty?

- Jeśli jest w nas potrzeba zmiany, to jak najbardziej – bo żeby cokolwiek zmienić, musimy wyrazić taką wolę. Nasza akcja jest skierowana do wszystkich, którzy potrzebują nowej jakości w swoim życiu. Uczymy, jak krok po kroku zmienić myślenie, zobaczyć, jak działa nasz umysł.

W ciągu 1,5-godzinnego bloku, który poprowadzi Ada Stolarczyk, będziemy także uczyć, jak odnajdywać lęk w swoim ciele i jak sobie z nim radzić. Do współpracy zaprosiliśmy psychologów i psychoterapeutów. Kampania będzie też prowadzona w internecie, w tym na Facebooku. W przyszłości na portalach chcemy stworzyć grupy ludzi, którzy odkryli swoje strategie na unikanie lęku. Osoba, która weźmie udział w takich spotkaniach, może nauczyć się, jak np. włącza się mechanizm obronny, jakie emocje mogą być początkiem zmiany, czym jest dojście do własnego lęku i bólu. Nie bójmy się tam zajrzeć. Zapewniam, że szybko przekonamy się, że tam naprawdę nic nie ma.

Kampania „Wybieram dobre myśli” trwa od 15.10. do 30.11. 2011 r. w Krakowie. Od stycznia w Warszawie i Krakowie będą odbywać się darmowe warsztaty, we współpracy z Active Woman – Studiem Promocji Zdrowia i Urody. Terminy pierwszych warsztatów: 14.01. i 17.02. 2012 r. (Kraków), 11.02. i 25.02. 2012 r. (Warszawa). Więcej informacji na: www.nowapsychologia.com

Dorota Hołówka, coach i psycholog, od 12 lat wspiera ludzi w poszukiwaniach nowej motywacji. W 2010 roku otrzymała certyfikat coach ICC. Kształciła się na Uniwersytecie Jagiellońskim, a także w Ican Institute na licencji Harvard Business w obszarze zarządzania. Praktykowała u psychologów, coachów i trenerów NLP, takich jak Frank Farelly, Byron Katie, Bruce Lipton czy Daniel Amen. Założycielka Stowarzyszenia Nowej Psychologii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gdy rozpada się męski świat – o samobójstwach mężczyzn mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko

Ludzie decydujący się na samobójstwo  zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Ludzie decydujący się na samobójstwo zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Są mężczyźni, którzy poświęcają się tylko pracy. Albo tylko rodzinie. Gdy tracą to, co jest dla nich wszystkim, tracą wszystko. Załamują się. Dochodzą do wniosku, że nie mają już po co żyć. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem – mówi Benedykt Peczko.

35-letni mężczyzna z kręgu moich znajomych kilka miesięcy temu popełnił samobójstwo. Pozostajemy w szoku: wspaniała żona, trójka zdrowych dzieci, najmłodsze półtoraroczne, warunki do życia całkiem znośne, a on po prostu rezygnuje. Z pewnością łatwiej zrozumieć kogoś, kto doznał dojmującej straty, na przykład porzucenia przez bliską osobę, zdrady, popadł w pętlę kredytową, zbankrutował. Chociaż i w takich przypadkach trudno mówić o braku perspektyw życiowych. Perspektywy zawsze są, tylko czasami tracimy dostęp do własnej energii, siły, woli życia, pasji, kreatywności. Zapominamy o bogatym zapleczu, które posiadamy w postaci życzliwych ludzi, współpracowników, organizacji, które mogłyby pomóc przejść przez kryzysowy okres.

Porozmawiajmy o tych niepojętych dla obserwatorów z zewnątrz decyzjach osób, które teoretycznie mają wszystko. Wielu mężczyzn identyfikuje się głównie ze swoją pracą, z osiągnięciami. Gdy po okresie burzliwej kariery przestają awansować, a co gorsze, spadają w dół w hierarchii korporacyjnej, ciężko to znoszą. Załamują się: „mam dość”, „niech to się wreszcie skończy”, „nie będę się dłużej męczył, to i tak nie ma sensu”. Ale znałem też mężczyzn, którzy poświęcili się rodzinie. Gdy przyszedł kryzys, żona odeszła albo umarła, ci mężczyźni załamywali się, niektórzy popełnili samobójstwo. Ponieważ rodzina była dla nich wszystkim, stracili wszystko. Gdy tracą pracę, która jest wszystkim, także tracą wszystko.

Role, które pełnimy, to nie „wszystko”? Różnorodność, inwestowanie energii i uwagi w różne obszary życia w jakimś sensie nas chroni. Dobrze, by tych obszarów było jak najwięcej: dom, rodzina, praca, przyjaźnie, realizacja pasji, zainteresowań, aktywność społeczna, charytatywna. Gdy kruszy się czy zapada jeden filar, pozostałe podtrzymują sklepienie życia. Gorzej, gdy sklepienie spoczywa na jednym filarze, który właśnie się załamuje. Wtedy można pomyśleć, że zmarnowaliśmy mnóstwo czasu na to, by inwestować w coś, co teraz tracimy bezpowrotnie. Zapomnieliśmy o sobie, zaniedbaliśmy siebie w sensie rozległych relacji ze światem. Wielu mężczyzn nie zadaje sobie ważnego pytania: „po co ja to robię?”. Gdy pytam ich o to, mówią: „bo tak się robi”, „bo trzeba”, „bo mężczyzna powinien”. Boją się pytania, po co żyją, niezależnie od swojej rodziny czy pracy. Dla wielu tego typu refleksja stanowi gigantyczne wyzwanie. Budują poczucie wartości siebie i swojego życia poprzez różne zewnętrzne czynniki. Gdy odkrywają ich nietrwałość, załamują się, dochodzą do wniosku, że nie ma tu co robić, nie ma po co żyć. Skoro nie ma po co żyć, najlepiej zakończyć tę farsę. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem.

Myśli samobójcze – to częsty temat na sesjach psychoterapeutycznych? Coraz częściej na psychoterapię przychodzą mężczyźni, którzy bardzo wiele osiągnęli i nagle przed czterdziestką ni stąd, ni zowąd, czują się wyczerpani, osamotnieni i zaczynają przebąkiwać o samobójstwie. Jeśli są w stanie zwrócić się o pomoc, mają szansę odkryć, że to, co robili do tej pory, nie jest jeszcze tym, o co chodzi w ich życiu. Mogą na przykład odkryć, że przez 20 lat realizowali nie swoją ścieżkę zawodową, ale tę, którą wybrali dla nich rodzice. Pojawia się myśl o zmarnowanych latach młodości na kształcenie się w kierunku, którego od początku nie lubili, a potem zmarnowanych latach realizowania nie swoich wartości. Jeśli podporządkowujemy się oczekiwaniom i celom narzucanym z zewnątrz, wtedy sprzeniewierzamy się własnej unikalności, żyjemy w wewnętrznym konflikcie. Wewnętrzny konflikt osłabia, prowadzi do głębokiego smutku, niechęci i przygnębienia.

Jest taka wspaniała metafora trawy przebijającej przez asfalt. Siły życia są potężne. Możemy wyobrazić sobie trawę, która w pewnym momencie natrafia na gruby beton i nie może się przebić, zaczyna umierać, siły życia odpływają. Betonem są tu silnie zablokowane głębokie potrzeby realizacji własnej unikalności. Zalewamy kolejne warstwy betonu, mówiąc sobie: muszę, powinienem, trzeba, należy, nie mam wyjścia, nie mam wyboru, takie jest życie, trzeba zacisnąć zęby, trzeba ciągnąć ten kierat. Inna sprawa to dziecięce traumy.

Zrozpaczeni chłopcy w ciałach dorosłych mężczyzn. Zdarza się – wcale nierzadko – że mężczyźni 40-, 50-letni wciąż borykają się z dziecięcymi traumami, zranieniami i frustracjami, nawet gdy są prezesami w korporacjach czy bankach. W gabinecie psychoterapeuty na kolejnych sesjach płaczą, mierząc się z dziecięcym bólem. Przeszłe traumy dotyczące relacji z mamą czy ojcem zapadły głęboko i ciągle istnieją na nieświadomym poziomie. Mężczyzna nie jest w stanie ucieszyć się tym, co osiągnął, nie widzi tego, co ma. Nie jest w stanie odnaleźć poczucia satysfakcji, celu i sensu. Nosi stary bagaż, który wysysa z niego energię. Czuje smutek i rozpacz. Jednak najczęściej nie rozumie dlaczego. Aby uciec od tego bólu, może zacząć myśleć o zakończeniu życia. Okazuje się, że przed rozpaczą wewnętrznego dziecka nie chroni żaden sukces, uznanie czy zadowolenie innych. Ono potrzebuje czegoś innego, domknięcia dawnej sytuacji, zaspokojenia potrzeb innego rodzaju – poczucia bezpieczeństwa, akceptacji. Mężczyzna myśli: skoro osiągnięcia nie mają dla mnie aż takiej wartości, nie czuję ich smaku, w dalszym ciągu jestem w rozpaczy, to co mogłoby mi pomóc? Jeśli życiowe powodzenie nie jest w stanie ukoić mojego smutku, to co go ukoi? Chyba już nic. Więc po co żyć? Po co się męczyć? Jaki to ma sens?

Deficyty z dzieciństwa odcinają od wewnętrznych zasobów. Dziecko poszukuje tego, czego nie dostało. Dorosły tkwi w dziecięcej roli. Co to może znaczyć w realnym życiu mężczyzny? Na przykład tkwi w roli opiekuna swojej mamy. Nie może dać mamie tego, czego ona oczekuje, ponieważ dziecko nie jest w stanie tego zrobić, nie może zastąpić ojca ani rodziców mamy. To jest ponad siły dziecka. Ale to powoduje dodatkową rozpacz; mama taka biedna, cierpiąca, a ja bezradny. To samo może dotyczyć relacji z ojcem. Jeśli mężczyzna nie dostał wsparcia od ojca w najtrudniejszych chwilach dzieciństwa czy młodości, czuł się opuszczony, w dorosłym życiu wewnętrzne dziecko nie czuje się pewnie. Przewodniczący rady nadzorczej w wielkiej korporacji może mieć poczucie, że jest nie na swoim miejscu. Siły życia, wzrostu, rozwoju są krępowane przez stare więzy i łańcuchy.

Jon Kabat-Zinn w książce „Świadomą drogą przez depresję” pisze, że istnieje taka część nas – świadomość – która jest w stanie objąć każde cierpienie. Ludzie decydujący się na samobójstwo nie mają dostępu do tej części i nie wierzą w nią. Zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. Chodzi tu o świadomość, że coś we mnie pozwoliło mi przeżyć do dzisiaj. Siły życia sprawiły, że z zapłodnionego jaja przeszliśmy wszystkie fazy rozwojowe i doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy. Po drodze wykonaliśmy niezliczoną ilość zadań, opanowaliśmy nieprawdopodobnie wiele umiejętności, zdobyliśmy mnóstwo doświadczeń, rozwinęliśmy wiedzę, mądrość, poznaliśmy różne sposoby radzenia sobie. Ileż problemów musieliśmy rozwiązać, żeby znaleźć się tutaj! To jest bogactwo, o którym zapominamy; skarb, z którego możemy czerpać. Wielu mężczyznom wydaje się, że prawdziwy sukces to ten lansowany w mediach, a nie doświadczenie, mądrość, wewnętrzne zasoby.

Jak je docenić? Poprzez trenowanie się w radości z drobiazgów. Delektowanie się prostymi rzeczami. Niekoniecznie tym, że po raz kolejny awansowałem. To oczywiście powód do radości i satysfakcji, ale nie jedyny. Im więcej źródeł radości życia, tym mniejsze prawdopodobieństwo myśli samobójczych, nawet w stanach ostrego kryzysu. Odkrywanie pasji, czegoś, co nas cieszyło, gdy byliśmy dziećmi, młodymi ludźmi, pozwala odzyskać bawiącego się chłopca. Mam wrażenie, że my, mężczyźni, Kyzjesteśmy zbyt poważni.

Jak wygląda interwencja psychoterapeutyczna? Gdy mężczyzna mówi, że chciałby zakończyć życie… Taki komunikat jest dla mnie sygnałem, że nie chce dłużej żyć tak, jak do tej pory. Pytam wtedy o to, jak chciałbyś żyć? To daje możliwość spojrzenia na takie aspekty istnienia, o których do tej pory nie myślał. Gdy mówi: „nie chce mi się żyć”, dokonuje gigantycznej generalizacji. Pytam: co potrzebowałbyś zmienić, żeby ci się chciało? Jakie warunki muszą być spełnione? Co możesz zrobić ze swojej strony, żeby je spełnić? Kto mógłby w tym pomóc? Jakich środków potrzebujesz? To są pytania na ścieżce zmiany. Przekierowujemy uwagę z dylematu „być albo nie być” na „jeśli nie chcę czegoś, czego chcę w zamian i jak to osiągnąć?”. Trudno natychmiast przejść od tendencji samobójczych do radości życia. Dużo łatwiej zmienić zachowanie, zaplanować małe kroki, ale wykonalne. Proszę też, aby mężczyzna wyobraził sobie wystarczająco dobre życie, nie idealne, ale wystarczająco dobre. Nie bierzemy od razu rozmachu na wielkie rzeczy: szczęście, radość, spełnienie. Skupiamy się na drobiazgach. Jakie minimalne zmiany musiałyby się dokonać, żeby zaczęło mi się chcieć?

Próby samobójcze bliskich generują mnóstwo poczucia winy w systemach, w których żyjemy. Jak słyszałam, trudno się z tego wydostać. Jeśli ktoś postanawia się zabić, nic i nikt go nie powstrzyma. Możemy brać odpowiedzialność tylko za nasze zachowanie. To nieprawda, że „on zabił się przez nią”, że „to ona wpędziła go do grobu”. Oczywiście określone zachowania mogą tworzyć warunki do tego, żeby ktoś zaczął myśleć o samobójstwie, jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co zrobi druga osoba.

„Nie mogę tego zrobić bliskim”. Wydaje się, że to dobra motywacja, aby dać życiu kolejną szansę. Gdy więc pojawiają się myśli o zakończeniu życia… …pozwolić sobie ochłonąć. A potem przynajmniej raz spotkać się z kimś, z kim moglibyśmy porozmawiać. To może być psychoterapeuta, ale też przyjaciel, ktoś bliski, do kogo mamy zaufanie i o kim wiemy, że wysłucha, nie dając od razu dobrych rad. Często jedna rozmowa powoduje, że zaczynamy dostrzegać w swojej sytuacji takie aspekty, które wcześniej umykały uwadze.

Przeszkodą może być przekonanie wielu mężczyzn, że powinni poradzić sobie sami. „Mężczyzna nie dyskutuje o swoich problemach”. Nieprawda, zawsze dyskutuje, tylko ze sobą. Najczęściej robi to nieświadomie i w taki sposób, który go nie wzmacnia. „Jeżeli sam sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże.” U mężczyzn to powszechne. Mają rację: tylko oni są w stanie sobie pomóc. Jeśli sięgają po pomoc, stwarzają odpowiednie środowisko do tego, by mogli pomóc sobie sami. To najlepsza decyzja.

  1. Psychologia

Jak się dogadać ze wzburzonym partnerem? – Wypróbuj rolę „zderzaka”

Wściekłość na partnera często jest ucieczką przed negatywnymi myślami. Wolimy atakować i krzyczeć, niż przyznać się do uczucia nienawiści, które budzi w nas odrazę. (fot. iStock)
Wściekłość na partnera często jest ucieczką przed negatywnymi myślami. Wolimy atakować i krzyczeć, niż przyznać się do uczucia nienawiści, które budzi w nas odrazę. (fot. iStock)
- Kiedy moi pacjenci boją się okazywać złość wobec swoich matek, ojców czy dzieci – lub jeżeli znajdują się w innych sytuacjach, kiedy konfrontacja z własnymi emocjami jest zbyt przerażająca – atakują mnie, bo to bezpieczne. A ja wiem, dlaczego to robią, więc mi to nie przeszkadza – podkreśla Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

- Kiedy moi pacjenci boją się okazywać złość wobec swoich matek, ojców czy dzieci – lub jeżeli znajdują się w innych sytuacjach, kiedy konfrontacja z własnymi emocjami jest zbyt przerażająca – atakują mnie, bo to bezpieczne. A ja wiem, dlaczego to robią, więc mi to nie przeszkadza – podkreśla Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Czy poniższy opis przypomina twoje życie?

Wracasz wykończony z pracy do domu i chcesz tylko trochę świętego spokoju – a jeśli będziesz mieć szczęście, może i trochę uczucia. Zamiast tego jednak, gdy tylko zamkniesz drzwi za sobą, przed tobą staje twoja partnerka: „Czy ty wiesz, co twoja córka wykręciła dziś w szkole? Upokorzyła mnie przed przewodniczącą rady rodziców. Zaproponowałam, że upiekę coś na szkolny kiermasz, a ona wypaliła: »Założę się, że ludzie zapłacą, żeby tylko nie musieli jeść paskudnych bezglutenowych muffinek mojej mamy«. Robię, co mogę, żeby się zdrowo odżywiała, a ona mnie wyśmiewa”.

Postrzegasz siebie jako „tego normalnego” w tym związku, a swoją partnerkę jako irracjonalną, więc kiedy zaczyna krzyczeć, uważasz, że pełnisz rolę chodzącego środka uspokajającego.

To właśnie dlatego mówisz coś w rodzaju: „Dobrze, już dobrze, uspokój się. To był tylko taki żart”. Albo: „Wiem, że czasem ci dogaduje, ale w głębi serca to dobry dzieciak”.

Albo: „Słuchaj, ja też miałem kiepski dzień, ale już się skończył, więc się odprężmy i pogadajmy o czymś innym”.

I w tym właśnie momencie rozpętuje się piekło. Nie posypałeś ognia piaskiem, tylko polałeś go benzyną.

„Mam się uspokoić?!”, wybucha twoja partnerka. „Łatwo ci powiedzieć! Ona ciebie tak nie traktuje, bo w zasadzie w ogóle cię nie zna. Ja prawie cię nie znam. Nic, tylko pracujesz! A w ogóle to gdzie jest mleko, które miałeś kupić po drodze do domu?! Czy ty już w ogóle mnie nie słuchasz?!”

Co tu się dzieje? Ty jesteś spokojny, racjonalny i logiczny, ale jednocześnie kompletnie pokpiwasz sprawę. Twoja partnerka nie potrzebuje teraz chodzącego leku na uspokojenie, potrzebuje zderzaka. Przekonaj się o tym na przykładzie Bena, który nauczył się tego na własnej skórze.

- Wiesz, moje małżeństwo jest jak skrzyżowanie Bambi z Dniem świstaka – powiedział mi Ben.

– Co masz na myśli? – zapytałem.

– W zasadzie każdego dnia, kiedy wychodzę z pracy, czuję się jak cudny mały jelonek, który skacze sobie przez las i cieszy się na spotkanie z rodziną. A potem bach! Angie trafia mnie ze strzelby za coś, co zrobiłem nie tak, albo mówi: „Mamy problem!”. To się dzieje w ułamku sekundy, jakby nie mogła się doczekać, aż mnie dopadnie.

– A co się dzieje dalej?

– Staram się ją uspokoić, ale od tego tylko dostaje szału.

– Opowiedz mi o Angie – poprosiłem.

– Generalnie jest fantastyczna – zaczął Ben. – Bez niej byłbym zupełnie zgubiony. Pracuje zawodowo, a do tego ogarnia większość spraw domowych. To obejmuje zajmowanie się naszym ośmioletnim Jackiem, który ma poważną postać autyzmu. No i jest jeszcze nasza dwunastoletnia córka Abby, którą co prawda łatwiej się zająć, ale i tak łatwo nie jest. Angie ma hopla na punkcie kontroli i jest trochę perfekcjonistką, a dzieciaki doprowadzają ją do szału.

Ben opowiedział mi, że rodzice Angie rozwiedli się, kiedy miała jedenaście lat.

– Jej ojciec zasadniczo zniknął z jej życia, ale matka ciągle ją krytykuje. Angie ma wrażenie, że nigdy nie uda jej się spełnić jej oczekiwań.

– Myślisz może, że Angie ma tę skłonność do krytykowania i perfekcjonizmu po matce? – zapytałem.

– Absolutnie tak – potwierdził Ben. – Ale muszę jej przyznać, że nie znosi tych cech u siebie. Kiedy jednak jest zestresowana – a z Jackiem jest zestresowana codziennie – wychodzi z niej to, co najgorsze.

– Czy twoim zdaniem Angie czasem życzyłaby sobie, żeby Jack się w ogóle nie urodził albo, co gorsza, żeby zniknął z jej życia, być może na stałe? – zapytałem, patrząc Benowi prosto w oczy.

– Co ty…! – wypluł z siebie. Wyglądał na wstrząśniętego i chwilę siedział w milczeniu.

– Chyba zasugerowała coś takiego raz czy dwa, jak było bardzo źle. Że wolałaby, żeby się nigdy nie urodził. Ale tego drugiego nigdy nie słyszałem – wyznał w końcu.

– Więc nigdy ci nie powiedziała, że wolałaby, żeby Jack nie żył? – zapytałem.

– Zwariowałeś! Oczywiście, że nie! Jak możesz w ogóle sugerować coś takiego? – Ben był poruszony moim pytaniem.

– Kiedy człowiek jest w wielkim stresie, tak jak Angie, perfekcjonistka i fanatyczka kontroli, kiedy zajmuje się Jackiem w jego najgorszych chwilach, to wpada w desperację – wyjaśniłem. – A w desperacji kontrolę przejmuje mózg gadzi i wtedy da się myśleć tylko o ucieczce.

Zapytałem Bena, czy kiedy Jack daje Angie popalić, Angie wyznacza czas na wyciszenie albo jemu, albo sobie jako sposób na uporanie się z własnym gniewem.

– Tak, to właśnie robi. Skąd wiedziałeś? – zdziwił się Ben. – To proste. Sam powiedziałeś, że Angie jest dobrym człowiekiem i nie chce zachowywać się tak jak jej matka. Kiedy Jack uderza w jej słabe punkty, musi zrobić coś fizycznego, żeby nie zareagować okrucieństwem, być może nawet przemocą. Właśnie dlatego wie, że jedno z nich potrzebuje czasu na wyciszenie. Analogicznie czasem musi zrobić coś emocjonalnego, żeby pozbyć się tych okrutnych myśli. I wtedy właśnie wjeżdżasz ty, Bambi. Cały na biało.

– Co to znaczy? – dociekał Ben.

– Jeżeli podświadomość Angie podpowiada jej: „Ten problem da się rozwiązać tylko wtedy, gdyby Jack nie żył”, ona absolutnie nie może dopuścić do siebie takiej myśli. Wyżywa się więc na tobie, co wyjaśnia, dlaczego żadne twoje słowa ani działania nie pomagają. To nie ty jesteś problemem. Problemem jest to, że Angie próbuje uciec przed myślami i uczuciami, które sprawiają, że sama siebie nienawidzi.

Ben miał łzy w oczach.

– Rany. Teraz to wszystko ma sens – odpowiedział. – Co mogę zrobić?

– Sugeruję ci podejście, które nazywam dość niezręcznie katharsis przez pośrednika – odparłem. – Oznacza to, że będziesz czuć te paskudne uczucia, które ona przeżywa, i będziesz z nią o nich rozmawiać. Możesz na przykład zapytać: „Angie, czy czujesz czasem wobec Jacka nienawiść i pragniesz, by zniknął z naszego życia? Na twoim miejscu chyba często bym tak myślał. Gdybyś ty się nim nie zajmowała, prawdopodobnie sam bym tak myślał. To straszna myśl”. Jeżeli powiesz to na głos, ona poczuje się mniej samotna i mniej odrażająca.

Dałem też Benowi praktyczną poradę – powinien zmniejszyć stres Angie, biorąc na siebie więcej domowych obowiązków.

– Nie czekaj, aż ona ci powie, co masz zrobić – zasugerowałem. – To ją tylko bardziej zdenerwuje.

Ben wprowadził moje sugestie w życie. Kiedy wraca do domu, nie zawsze ma szanse na święty spokój, ale sytuacja zmieniła się na lepsze. W większości przypadków po powrocie czeka na niego powitanie albo nawet uścisk, a nie wybuch.

Katharsis przez pośrednika

Sprawdza się w przypadku każdej osoby na emocjonalnej huśtawce, która musi dać upust uczuciom. Jest to jednak szczególnie dobre rozwiązanie, jeżeli masz do czynienia z partnerem, który zajmuje się wymagającymi małymi dziećmi, antagonistycznie nastawionymi nastolatkami bądź starzejącymi się rodzicami. Dlaczego?
  • Jako rodzice uważamy, że musimy kochać nasze dzieci przez cały czas. W efekcie, kiedy zrobią coś naprawdę paskudnego (a każdemu dziecku się to zdarza), wrogie uczucia wobec własnych dzieci są dla rodzica przerażające. Przekierowują więc negatywne emocje na bezpieczniejszy cel – w tym przypadku na ciebie.
  • Większość ludzi uważa, że musi kochać rodziców bezwarunkowo. Oznacza to, że w obliczu takich myśli jak: „Już nie mam siły zajmować się tym nowotworem, to straszne, byłoby lepiej, żeby po prostu umarła”, to ty masz wymalowaną tarczę strzelniczą na plecach.
W psychologii zjawisko to nazywamy przeniesieniem. Kiedy moi pacjenci boją się okazywać złość wobec swoich matek, ojców czy dzieci – lub jeżeli znajdują się w innych sytuacjach, kiedy konfrontacja z własnymi emocjami jest zbyt przerażająca – atakują mnie, bo to bezpieczne. A ja wiem, dlaczego to robią, więc mi to nie przeszkadza.

Jesteś teraz w tej samej pozycji. Rola chodzącego środka uspokajającego nie wystarczy. Musisz zrobić to, czego nauczył się Ben – zostań żywym zderzakiem.

Przydatna wskazówka

Kiedy dobrzy i kochający ludzie czują się przytłoczeni nienawistnymi i okrutnymi myślami, zrobią wszystko, żeby tylko przed nimi uciec – mogą także zaatakować ciebie.

Plan działania

  1. Pomyśl o kimś, kto zachowuje się wobec ciebie nadmiernie negatywnie, krytycznie lub wrogo.
  2. Jeżeli jest niezmiennie przykry, okrutny i złośliwy, zakończ tę relację.
  3. Jeżeli jednak podejrzewasz, że zachowuje się w ten sposób z uwagi na przytłaczające uczucia, których nie może bezpiecznie wyrazić, postaw się w jego sytuacji. Powiedz mu: „Gdybym ja musiał się z tym uporać, dostałbym szału i pewnie nawet chciałbym zrobić coś naprawdę destrukcyjnego. Czujesz się tak czasami?”.
Ważna uwaga: Nie zadawaj tego pytania, jeżeli nie jesteś gotowy na szczerą odpowiedź.

  1. Psychologia

Mistrzostwo rodzi się w głowie - rozmowa z Darią Abramowicz, psycholożką pracującą z Igą Świątek

Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Jak to możliwe, że młoda tenisistka, jaką jest Iga Świątek, wykazała się tak niesamowitą siłą psychiczną? – Bez trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem że wyciągniemy z niej wnioski. 

Jesteśmy niestabilne, rozchwiane, rozhisteryzowane, a to świadczy o naszej słabości. Jest w takich sądach ziarnko prawdy? Bywamy emocjonalne, to prawda. Ale czy to nas osłabia? Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że zawodniczki są w stanie dochodzić do mistrzostwa w swoich dziedzinach, podobnie jak mężczyźni. I tak jak mężczyźni podczas rywalizacji przejawiają różne cechy, w tym cechy uznawane za stereotypowo męskie. Czasem na przykład wyrażają, używając silnej ekspresji, swoją złość, co przypisuje się mężczyznom. A z kolei mężczyźni niejednokrotnie reagują bardzo emocjonalnie, co przypisywane jest kobietom.

Według innej obiegowej opinii jesteśmy od mężczyzn odporniejsze na ból, stres. Sport to potwierdza? Widywałam kobiety potrafiące przezwyciężać ból i bardzo silny dyskomfort, nawet podejmować ryzyko związane z zagrożeniem zdrowia, żeby realizować swój cel. I widywałam mężczyzn o – jak to nazywam – niekonstruktywnej relacji z bólem. Ale bywa też odwrotnie. Z moich obserwacji wynika, że kiedy zawodnicy stają przed bardzo długą i żmudną pracą, która wiąże się z pokonywaniem przeszkód, wieloma trudnymi sytuacjami wymagającymi odporności psychicznej, to kobiety często są tu sprawniejsze. Aczkolwiek nie twierdzę, że mężczyźni tego nie potrafią.

Przykład Igi Świątek pokazuje, jak ważna w sporcie jest siła psychiczna. Jako młoda zawodniczka rzucała rakietkami, teraz potrafi trzymać nerwy na wodzy w meczach o najwyższą stawkę. Jak buduje się taką siłę? Mistrzostwo rodzi się w głowie. I to nie tylko to sportowe. Psychologiczne mechanizmy rządzące sportem są absolutnie takie same jak te w życiu. Siłę i odporność kobiet buduje się poprzez pracę nad samooceną, poczuciem własnej wartości, nad świadomością siebie w różnych obszarach: obrazu własnego ciała, inteligencji emocjonalnej, relacji. No i wreszcie w obszarze umiejętności poznawczych i treningu mentalnego, który daje poczucie sprawczości, skuteczności.

Co jednak musiało się stać, żeby Iga nagle uruchomiła w sobie taką siłę? Zdecydowanie nie stało się to nagle. To proces związany – co warto podkreślić – z jej ogromną pracą, którą cały czas wykonuje z dużym oddaniem. Wyszła trochę laurka, ale absolutnie prawdziwa. W przypadku Igi nic nie stało się samo. Istotnym elementem jej pracy, przez wiele miesięcy, był trening mentalny, który wciąż trwa, a jego celem jest wykorzystywanie przez Igę swoich zasobów w danym momencie, czy to podczas treningu, czy meczu.

Na czym konkretnie ten trening polega? Nie ma jednej prostej recepty. Ogólnie mówiąc, polega na stopniowym budowaniu samoświadomości, samooceny, byciu blisko siebie. Bo to wszystko sprawia, że kiedy przychodzi do meczu, czasem bardzo wymagającego, na wysokim poziomie napięcia, można uwierzyć w to, że da się przejąć nad nim kontrolę, czyli zrobić swoje. To jest siła.

Łatwo wyobrazić sobie, że siła może przerodzić się w agresję, a poczucie własnej wartości – w egocentryzm. Nie o taką siłę przecież chodzi. Rzeczywiście siła bywa czasem utożsamiana z arogancją, agresją, egoizmem. Tę autentyczną buduje się poprzez zaufanie, bliskość, przekazywanie pozytywnych wzorców, co nie jest takie proste, bo żyjemy w czasach kryzysu autorytetów. Młodzi sportowcy też mają coraz mniej idoli, na których patrzą z uznaniem. A pozytywne wzorce są niezwykle ważne.

Co mogą robić rodzice, żeby wychować córki na silne kobiety? Najważniejsza, choć może brzmi to banalnie, jest bliskość, uważne słuchanie i wola usłyszenia. Dzięki rozmowie mamy szansę poznać córkę, przekazać jej to, co myślimy, no i przede wszystkim zacieśniać z nią relację. Rozmowa sprawdza się także w sporcie. Ja na przykład rozmawiam z zawodniczkami o tym, jak postrzegają swoje ciało, gdzie upatrują źródeł swojej siły, jak ją sobie wyobrażają. I tworzymy razem wizję tego, jak chciałyby funkcjonować, a później dzień za dniem drobnymi krokami staramy się to realizować. Dla wielu kobiet takim filarem siły jest praca, bo daje im poczucie sprawczości, skuteczności, kontroli. Dobrze, żeby rodzice wzmacniali talenty córek. I żeby pracowali nad komunikacją i ich asertywnością, które są absolutnym kluczem do wyrażania własnych potrzeb i emocji w sposób, który nie narusza wolności innych. Tego też uczę intensywnie zawodniczki.

Są do tego jakieś narzędzia? Czasem takie właśnie pytanie słyszę od zawodniczek: „Co zastosować, żeby od razu zadziałało?”. No, tak się nie da. Zmiana postaw, przekonań, nawyków to wynik procesu, czasem długotrwałego.

Czy takim rodzajem narzędzia może być myślenie pozytywne? Mecz źle idzie, a ja sobie wyobrażam wygraną. Pamiętam słowa Ewy Woydyłło na jednym z wykładów o traumie: „Każdy z nas na koniec dnia ma wybór, czy chce się trzymać kurczowo przeszłości, czy jednak pomyśleć o pozytywnej wizji przyszłości i iść do przodu”. Co do zasady myślenie pozytywne ma wielką moc. Niemniej zachęcam zawodniczki, żeby pracować z konstruktywnym nastawieniem. Czyli myśleć o tym, ile pracy potrzeba, aby coś osiągnąć. I że nie będzie to zawsze przyjemne. Że czasem będzie mnie wszystko bolało, być może będę płakać z bólu czy z bezsilności, ale wiem, że to zaprocentuje, kiedy będę tego najbardziej potrzebować. Myślenie jednoznacznie pozytywne może przekłamywać rzeczywistość, która nas czeka. Zachęcam, żeby koncentrować wysiłki na pracy, na możliwościach.

Ważne chyba, nie tylko w sporcie, żeby traktować porażki jako lekcje. Zdecydowanie tak, porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem jednak, że wyciągniemy z niej wnioski. Bez bardzo trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Mogę też powiedzieć, że nie byłabym zawodowo w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie wiele trudnych doświadczeń.

Ale niepowodzenia czasem mogą nas złamać. Tak, mogą działać destrukcyjnie, szczególnie wtedy, gdy nie wypracujemy sobie zgody na ich pojawienie się w naszym życiu. Dlatego tak ważna jest akceptacja niepowodzeń.

Jak to osiągnąć? Chciałabym podkreślić, że nie musimy tego robić sami. Ogromne znaczenie w radzeniu sobie z niepowodzeniami, ale też w budowaniu siły, ma sieć wsparcia społecznego, bliskich, a w sporcie – trenerów, psychologów, lekarzy. Dla sportowców symbolem niepowodzenia jest kontuzja. Jedni potrzebują wtedy silnego wsparcia terapeutycznego, innym wystarczy wsparcie bliskich. Podobnie jest w społeczeństwie. Nie po każdym traumatycznym zdarzeniu i nie każda osoba będzie potrzebowała pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Niemniej jeżeli jej potrzebujemy, to nie oznacza, że jesteśmy słabi.

Kobiety przez wieki były uczone, żeby służyć innym, więc budowanie swojej siły muszą zacząć od myślenia, żeby służyć sobie, od polubienia siebie. Życie w zgodzie ze sobą jest czymś ekstremalnie istotnym dla każdego człowieka. Wszystko zaczyna się w nas i od nas. Trudno mówić o sile, odporności psychicznej, jeżeli nie kochamy siebie. W tenisie bardzo ważne jest skupianie się na sobie, żeby właściwie ustawić ciało, przygotować się do uderzenia. W życiu podobnie. Otworzyć się na siebie bardzo pomaga trening uważności. W pracy ze sportowcami często odwołuję się do metaforycznej skrzynki na narzędzia. Wkładamy do niej wspólnie różne narzędzia treningu mentalnego: młotek, wkrętarkę, klucz francuski, śrubokręt płaski czy krzyżak. Ta skrzynka może być dobrze wyposażona, ale jeżeli nie wiemy, do czego używa się młotka, a do czego klucza francuskiego, to te narzędzia nie do końca są użyteczne. Dlatego trzeba nie tylko mieć świadomość własnych potrzeb, swoich reakcji, postaw, nawyków, lecz także umieć je modelować.

Wydaje się, że Iga nie boi się rywalek. Jak pani pomogła jej to osiągnąć? Pytam, bo wiele z nas wycofuje się z lęku przed trudnościami. Staramy się skupiać na mocnych stronach, tym zresztą charakteryzuje się praca w sporcie, aby być świadomym swojego potencjału i z niego w pełni korzystać. Rozmawiamy o Igi zasobach, o tym, w czym jest dobra, bo to pomaga redukować potencjalny lęk. A kiedy on się mimo wszystko pojawia, dużo łatwiej zakotwiczyć się w tym, co mocne, dobre, pozytywne.

Mówi się o sile spokoju. Zachowanie zimnej krwi w stresujących sytuacjach to sprawdzian siły? Myślę, że tak. I znów – ten spokój łatwiej osiągnąć, gdy koncentrujemy się na sobie, na tym, na co mamy wpływ, czyli na pracy, bo na wynik nie zawsze mamy wpływ, a na pracę już tak. Budowanie siły spokoju polega też na regulacji emocji, uczeniu się ich rozpoznawania, nazywania, interpretacji, ekspresji, żeby – co jest niesamowicie ważne – być w stanie je potem regulować. Celowo nie używam słowa „kontrolować”, bo kontrola kojarzy się z powstrzymywaniem się, tymczasem każdy z nas odczuwa emocje i powinien je wyrażać. Trzeba jednak robić to asertywnie, ale w sposób, który nie rani i nie narusza wolności innych. Uczymy sportowców, że adekwatne do sytuacji wyrażanie emocji może pomagać wykorzystywać swój potencjał. Myślę, że dobrze byłoby uczyć tego już małe dzieci, bo to długi proces. Jeśli natomiast z jakichś powodów nie przebiegał on konstruktywnie i takich zasobów brakuje dorosłym kobietom, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o to zadbały. Bo regulacja emocji stanowi jeden z filarów wewnętrznego spokoju.

Iga otwarcie mówi, jak wiele zawdzięcza pani, podkreśla wpływ wsparcia psychologicznego na jej sukces. Obie zrobiłyście ogromnie dużo dla rozpropagowania znaczenia psychologii w naszym życiu. Staram się, aby sportowcy, z którymi pracuję, rozumieli, po co coś robią, co to daje. No bo ostatecznie to, jak pracują i jak żyją, to system naczyń połączonych. Bardzo jestem wdzięczna Idze za to, że w swoich wypowiedziach podkreśla wartość pracy mentalnej dla budowania swojej siły. To świadczy o tym, że osiągnęłam jeden z celów mojej pracy. I nadal staram się robić swoje. 

Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska) Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska)

 

  1. Psychologia

Obłaskawić tyrana. Jak zapanować nad nadgorliwym umysłem?

Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. Dlaczego to robi? Czy nie gramy w jednej drużynie? Owszem – i on stara się, jak może, żeby służyć nam zawsze i wszędzie. Sęk w tym, że bywa nadgorliwy i dominujący. Dlatego, aby wieść w miarę spokojne i szczęśliwe życie – trzeba nad nim zapanować.

Jego funkcja od początku była jasna: miał nam zapewnić przetrwanie, chronić przed niebezpieczeństwem. Musiał więc być bardzo czujny, wypatrywać zagrożenia. I stał się wyspecjalizowanym oceniaczem, który nieustannie sprawdza: Dobre – złe? Bezpieczne – niebezpieczne? Pomocne czy szkodliwe? Kiedyś ostrzegał przed wilkiem czy niedźwiedziem, dziś uderza na alarm w zgoła innych okolicznościach: przewiduje utratę pracy, odrzucenie, ośmieszenie, porażkę. Węszy podstęp, nawet kiedy nie ma najmniejszego zagrożenia dla naszego życia czy zdrowia. Rezultat? Marnujemy mnóstwo czasu na zamartwianie się rzeczami, które prawdopodobnie nigdy się nie zdarzą.

Ale to nie wszystko. Terapeuta ACT, dr Russ Harris, autor książki „Pułapka szczęścia”, zwraca uwagę, że w minionych epokach warunkiem przetrwania człowieka była przynależność do grupy. Wykluczenie z niej oznaczało śmierć. W naszym mózgu wciąż tkwi lęk przed takim scenariuszem – stąd potrzeba ciągłego sprawdzania swojej pozycji w grupie i porównywania się z innymi. Czy jestem przydatny? Czy dość się staram? Czy mnie akceptują? Ileż energii tracimy, zabiegając o aprobatę innych i próbując się „naprawić”, przystosować, przypodobać! Ale też tropiąc własne wady i niedociągnięcia... To nie ma końca! Zawsze znajdą się lepsi od nas – mądrzejsi, piękniejsi, silniejsi, bogatsi – zwłaszcza że poprzez powszechny dostęp do mediów liczba osób, z którymi możemy się porównywać, jest przytłaczająca. Podsumowując: żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które w tych warunkach jest jakąś mrzonką... Ratunku!

W kole kontroli

Zanim zajmiemy się wychodzeniem z pułapki, poznajmy ją nieco lepiej, żeby mieć świadomość, gdzie utknęliśmy. Poznajmy mity dotyczące szczęścia. Pierwszy, jaki przywołuje Russ Harris, mówi:
„Szczęście jest naturalnym stanem wszystkich istot ludzkich”
Cóż, statystyki dotyczące depresji, prób samobójczych, zaburzeń psychicznych niekoniecznie to potwierdzają... Nie oszukujmy się: szczęście w czystej postaci jest rzadkością. Jeśli wierzysz, że inni są szczęśliwi, tylko tobie z jakiegoś powodu się nie udaje – jesteś w pułapce.

Drugi mit jest konsekwencją pierwszego:

„Skoro nie jestem szczęśliwy, coś musi być ze mną nie tak”
Przy takim założeniu cierpienie psychiczne wydaje się odstępstwem od normy, chorobą albo (zasługującą na potępienie) słabością. A przecież jest ono elementem ludzkiego losu!

Trzeci mit brzmi niegroźnie, ale może przysporzyć wielu frustracji:

„Żeby zmienić swoje życie na lepsze, musimy wyeliminować z niego trudne emocje”
Wyeliminować? Bardzo nierealistyczna wizja. Trudno cokolwiek zmienić, dokądkolwiek dojść bez doświadczenia po drodze niemiłych doznań – choćby niepokoju, zniecierpliwienia...

I wreszcie czwarty mit, będący kropką nad „i” oraz nakazem nad nakazami:

„Kontroluj swoje myśli i uczucia”
To żądanie niemożliwego! Po prostu nie jesteśmy w stanie tego zrobić, a na pewno nie w takim stopniu, jak byśmy sobie tego życzyli. Tym, co podlega kontroli, są nasze zachowania – myśli, uczucia rządzą się innymi prawami. Wizualizacje, afirmacje, autohipnoza? Cóż, mogą wpływać na samopoczucie, przynieść chwilową ulgę, ale nie usuną negatywnych myśli czy emocji – twierdzi Harris. One wracają, a my czujemy się nieskuteczni, przegrani, może nawet źli... Mity dotyczące szczęścia „wplątują nas w walkę z naszą własną, ludzką naturą, a z nią nie możemy wygrać” – uważa terapeuta. Pułapka rodzi się z tej walki.

Na czele całej rozgrywki stoi, oczywiście, nasz umysł z jego obsesją kontroli. Jest wielki – trudno temu zaprzeczyć. Zdolny do planowania, organizacji, skomplikowanych analiz, uczenia się. Dzięki niemu jesteśmy w stanie kształtować otaczający nas świat, rozwiązywać wiele złożonych problemów. Ale wewnętrzny świat działa inaczej. To, co miało być rozwiązaniem, często staje się tu dodatkowym problemem. Załóżmy, że sięgasz po alkohol, żeby poprawić sobie nastrój, a następnego dnia czujesz się jeszcze gorzej. Do tego uzależniasz się. Albo, w lęku przed odrzuceniem, unikasz ludzi, zaczynasz prowadzić samotnicze życie i... czujesz się odrzucony przez wszystkich. Nie da się ukryć: nasze strategie kontroli (oparte najczęściej na walce lub ucieczce) zawodzą. Wielu psychologów mówi przy tej okazji o mechanizmie unikania doświadczenia. Russ Harris nazywa go po prostu błędnym kołem. „Unikanie doświadczenia jest główną przyczyną depresji, lęków, uzależnienia od narkotyków i alkoholu, zaburzeń odżywiania i wielu innych problemów natury psychologicznej. Tak właśnie wygląda pułapka szczęścia: by doznać szczęścia, staramy się unikać niechcianych uczuć lub je eliminować – ale im mocniej się staramy, tym więcej ich wywołujemy”.

Naszła mnie myśl...

Umysł jest porywającym bajarzem. Zawsze ma jakąś historię na podorędziu. Co więcej – bardzo logiczną, wiarygodną, przekonującą. Kiedy przedstawia nam swój ogląd sytuacji, poparty rozlicznymi argumentami, trudno mu nie wierzyć. Sęk w tym, że większość audycji, które nadaje w trybie ciągłym, ma dość negatywny wydźwięk. Zwykle dowiadujesz się z nich, że nie dasz rady albo w ogóle jesteś do niczego. Być może największą pułapką, w jaką wpada ludzkość (wręcz przekrętem na skalę światową!), jest dawanie wiary myślom. Uznajemy je za ważne, prawdziwe, cenne albo i mądre. Czy takie są? Owszem, niektóre z nich mogą być użyteczne, a nawet genialne. Zwykle łatwo to zweryfikować – o ile potrafimy zachować wobec nich dystans. Takie zdystansowanie to jedna z cenniejszych życiowych umiejętności.

Jak to zrobić? Sposobów jest wiele. Zamiast „kupować” coś, co objawia ci umysł (zwłaszcza gdy rzecz dotyczy osądów pod twoim adresem), możesz stwierdzić: „Naszła mnie myśl, że...”. Albo wyśpiewać ją na wybraną melodię (najlepiej kilka). Nie wdajesz się w dyskusje, po prostu bawisz się słowami. Bo w końcu tym jest myśl – ciągiem słów. Pomocne bywa też nazwanie opowieści umysłu. Ach, to ta o fajtłapie! Ta jest o brzyduli, leniu, ta o niedawaniu rady, a ta o życiu do bani. Znam, znam... Może się pojawiać i znikać, kiedy chce, podczas gdy ty robisz swoje – to, co lubisz i cenisz. Jesteś trochę jak celebryta, o którym opowiadają niestworzone historie, a ty je ignorujesz. No, chyba że wolisz zajmować się sprostowaniami... W zdystansowaniu nie chodzi o kontrolę, tylko o akceptację. Nie znaczy to, że mamy lubić swoje myśli czy uczucia; ważne, by przestać z nimi walczyć. Nie szarpać się z własnym umysłem, uwolnić się spod jego tyranii. Przy okazji możesz poczuć się lepiej, ale potraktuj to jako skutek uboczny, nie główny cel – ostrzega Russ Harris. „Jeśli spodziewasz się, że zdystansowanie się do jakiejś myśli pomoże ci się jej pozbyć, to przygotuj się na rozczarowanie; znowu dałeś się złapać programowi kontroli i uwięzić w pułapce szczęścia. Musisz zaakceptować swoje myśli, a nie pozbywać się ich”.

Szach-mat, pas

To, że nie możemy ufać własnemu umysłowi, że tak często dajemy się mu wyprowadzić w pole – jest dość deprymujące. To jakbyśmy korzystali z oprogramowania, które nie do końca sprawdza się w dzisiejszej rzeczywistości, a nie da się go zaktualizować. Do czego się odwołać? Terapia ACT wprowadza ważne rozróżnienie: na myślące „ja” (czyli umysł) i „ja” obserwujące. To drugie jest aspektem ludzkiej świadomości, do niedawna ignorowanym przez psychologię. Tymczasem – jak zapewnia Russ Harris – uzyskanie dostępu do tej części siebie pozwala na głębsze przekształcenie relacji z niepożądanymi myślami i uczuciami. Jak już wiemy – myślące „ja” ocenia, ostrzega, dyskutuje, krytykuje, analizuje, porównuje, wyśmiewa, oskarża. Obserwujące „ja” natomiast jest ciche. Rejestruje wszystko bez wartościowania. Niczego nie odrzuca. Jest niezmienne, zawsze obecne, ale ponieważ nie raczy nas opowieściami, nie zauważamy go. Zapominamy o nim (o ile w ogóle zdajemy sobie sprawę z jego istnienia). Co za strata!

Obserwujące „ja” odpowiada za koncentrację i świadomość (bywa też utożsamiane z tą ostatnią). Dzięki niemu możemy z łatwością przenosić uwagę na to, co dla nas naprawdę ważne. Oznacza to, że nie musisz podejmować wysiłków, by wyłączyć stację, w której nadaje umysł, czy zmienić audycję na bardziej optymistyczną. Zamiast tego dokonujesz swoistego przesunięcia: coś jest na pierwszym planie, a coś w tle, niczym poszum wiatru za oknem. Nie będziesz chyba szarpać się z wiatrem?

Jak nawiązać kontakt z obserwującym „ja”? Russ Harris poleca technikę dziesięciu głębokich, wolnych oddechów. Wykonując je, obserwuj klatkę piersiową, brzuch, ramiona, ruch powietrza. Niech myśli i obrazy wędrują w tle, jak przejeżdżające samochody. Za każdym razem, gdy jakaś myśl będzie chciała zabrać cię na wycieczkę, wróć łagodnie do obserwacji. Praca z oddechem to dobry punkt wyjścia do bardziej zaawansowanych praktyk. Weźmy rozszerzenie (więcej w ramce poniżej): robimy je, by przygotować miejsce dla nieprzyjemnych uczuć, doznań i potrzeb. Nawet jeśli są ogromne, ty jesteś większy! Dając im przestrzeń, przekonasz się, że nie są takie straszne. I że – po osiągnięciu punktu szczytowego – gotowe są opaść, odejść. Jak by to było otworzyć się na nie, zamiast spinać? Obserwować je, objąć oddechem, a potem uwolnić?

Obserwujące „ja” jest też kluczowe w procesie, który autor „Pułapki szczęścia” nazywa połączeniem. Chodzi o kontakt z chwilą obecną, angażowanie się w to, co właśnie robimy. Nie trzeba chyba przekonywać, że umysł nie jest tu dobrym pośrednikiem – raczej odcina nas od rzeczywistości. Obserwujące „ja” pozwala nam utrzymać więź ze światem i bieżącym doświadczeniem (ćwiczenie na połączenie znajdziesz w ramce na poprzedniej stronie).

Na koniec jeszcze jeden mit – dotyczący samooceny. Russ Harris zwraca uwagę, że samoocena to nic innego jak zbiór myśli na własny temat. Opinii, bo na pewno nie faktów! Tak naprawdę to opinia myślącego „ja”. Chcesz mieć wysoką samoocenę? Musisz przedyskutować temat z umysłem, sprawdzić, co się da wynegocjować. A potem udowadniać, że jesteś dobry, inteligentny, kompetentny... Zdaniem terapeuty przypomina to niekończącą się partię szachów. Figurami są twoje myśli i uczucia: „dobre” (białe) i „złe” (czarne). Atakujesz białymi pionkami („dostałem podwyżkę”, „chodzę regularnie na siłownię”), a czarne przypuszczają kontratak, wysuwając swoje argumenty. A gdyby tak wyjść z tej gry? „Opowieść o tym, że nie jesteś wystarczająco dobry, będzie do ciebie nieustannie powracać, bo tak właśnie wyewoluował ludzki mózg. Chcesz do końca życia z tym walczyć?” – pyta Harris. A może mógłbyś przestać patrzeć na siebie jak na białe czy czarne figury i uznać, że jesteś czymś więcej – że bliżej ci do niezaangażowanej w walkę szachownicy? Pewnie domyślasz się, do czego prowadzi ta metafora... Tak, do obserwującego „ja”! „To akceptacja w swojej najczystszej postaci” – pisze Harris. Nie można go skrzywdzić, obrazić, umniejszyć. Chcesz się do niego dostroić? Skup się na doznaniu, które jest akurat twoim udziałem, obserwuj je z ciekawością. Umysł będzie się wtrącać, komentować, wciskać swoje opowieści. Jeśli złapiesz się na tym, że mu wierzysz, zrób krok do tyłu i obserwuj – radzi terapeuta. Teraz wystarczy, że skupisz się na postaci obserwatora, i będziesz mógł zobaczyć prawdziwego siebie.

„Piątka” - ćwiczenie na połączenie

To ćwiczenie ma pomóc ci zająć centralną pozycję w otoczeniu i połączyć się z nim. Wykonuj je po kilka razy dziennie, zwłaszcza wtedy gdy zauważysz, że błądzisz myślami albo zanadto koncentrujesz się na swoich uczuciach. Dzięki niemu szybko powrócisz do tu i teraz.
  • Przerwij to, co akurat robisz.
  • Rozejrzyj się i wybierz z otoczenia pięć przedmiotów.
  • Wytęż słuch i zarejestruj pięć odgłosów.
  • Zwróć uwagę na pięć rzeczy mających kontakt z twoim ciałem.
Źródło: Dr Russ Harris, „Pułapka szczęścia”, Studio Astropsychologii

Rozszerzenie

Pomyśl o czymś, co budzi twój niepokój albo wywołuje napięcie. Skup się na problemie, aż poczujesz się nieswojo.

Krok 1: Obserwacja. Skoncentruj się na doznaniach ciała. Przeskanuj je, określ, co czujesz i w których miejscach. Poszukaj doznania, które najbardziej ci przeszkadza, przyjrzyj mu się uważnie. Zwróć uwagę, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Jaki ma kształt? Jak głęboko sięga? W którym miejscu jest najsilniejsze, a gdzie najsłabsze? Jest lekkie czy ciężkie? Ciepłe czy chłodne? Pozostaje w bezruchu czy się porusza?

Krok 2: Nabranie tchu. Zacznij od kilku głębokich oddechów – im będą wolniejsze, tym lepiej. Zadbaj, by każdy oddech kończył się całkowitym opróżnieniem płuc (pomoże to ciału się rozluźnić). Oddychaj powoli i głęboko, wyobrażając sobie, że dmuchasz na to doznanie. Poczuj, jak twój oddech je opływa, jakbyś tworzył dodatkową przestrzeń wewnątrz ciała. Daj mu trochę miejsca.

Krok 3: Uwolnienie. „Uwolnienie” oznacza, że pozwalasz doznaniu istnieć, chociaż wcale ci nie odpowiada. Gdy twój umysł zacznie komentować to, co robisz, podziękuj mu i wróć do obserwacji. Oczywiście, może pojawić się potrzeba walki z danym doznaniem albo odepchnięcia go od siebie. Rozpoznaj ją, ale nie angażuj się. Wróć do dręczącego cię doznania. Nie próbuj go wyeliminować ani zmienić. Jeśli zmieni się samo z siebie, to dobrze. Jeśli nie – też dobrze. Celem nie jest modyfikowanie go ani wymazywanie. Masz pozwolić, żeby istniało, nawet jeśli za nim nie przepadasz.

  1. Psychologia

Od jutra będzie inaczej. Dlaczego nie umiemy dotrzymywać postanowień?

Chcemy schudnąć, zmienić pracę, być bardziej asertywni. Od tego roku, tego miesiąca, tej godziny. Tylko dlaczego wiecznie nam się to nie udaje? (Fot. iStock)
Chcemy schudnąć, zmienić pracę, być bardziej asertywni. Od tego roku, tego miesiąca, tej godziny. Tylko dlaczego wiecznie nam się to nie udaje? (Fot. iStock)
Chcę schudnąć, zmienić pracę, być bardziej asertywna… Od tego roku, tego miesiąca, tej godziny. Tylko dlaczego wiecznie mi się to nie udaje?

Marta ma apetyt na życie. Śmieje się perliście i otwarcie, dużo mówi. Ma urocze dołeczki w policzkach i blond loki. Ciągle się śpieszy. Szybko mówi, szybko też je. Dwa razy w roku wyjeżdża do Włoch, głównie z powodu makaronów. Z rozmarzeniem opowiada o tortellini ze szpinakiem i ricottą.

Jest kobietą przed czterdziestką i ma kilkanaście kilogramów nadwagi. Je jeden posiłek dziennie – trwający od rana do wieczora. Ciągle coś przekąsza, podjada, smakuje. Je całą sobą. Oczywiście wtedy, kiedy się nie odchudza. Gdy przystępuje do akcji zrzucania zbędnych kilogramów, z dużą dawką humoru opowiada znajomym i przyjaciołom o kolejnych dietach cud, które testuje, o zestawach ćwiczeń, którymi się torturuje, i medytacjach oddechowych, które śmiertelnie ją nudzą. Rozpoczyna to wszystko z każdym Nowym Rokiem, wiosną, jesienią i od niektórych poniedziałków. Bo Marta jest świetna w robieniu postanowień. Ekscytuje się, wręcz unosi się ze szczęścia, gdy czyta poradniki, serfuje po Internecie, śledząc fora, przeszukuje sklepy ze zdrową żywnością. Szykuje się na nowe.

„Mam energię do zmiany”

– Za każdym razem naprawdę wierzę, że mi się uda – mówi Marta. – Zmiana, której chcę, wydaje się naprawdę możliwa do wprowadzenia w życie.

Opowiada, że wyobraża sobie siebie szczupłą, najchętniej w dżinsach. Widzi się na zakupach, na których wybiera obcisłe bluzeczki w rozmiarze 38. Uśmiecha się do tych wizji, piekąc w foliowym rękawie mały kawałek schabu na obiad. Aż następuje moment, w którym robi się zbyt ciężko.

– Boję się tego charakterystycznego ścisku żołądka, mdlącego uczucia głodu – mówi Marta. I zaczyna dojadać, najpierw po dzieciach. Przecież nie wolno wyrzucać jedzenia. Impreza u przyjaciółki? Czemu nie! Idzie, bawi się i nie odmawia sobie dodatkowej porcji risotta czy ciasta. Czy po takiej przyjemności można wrócić do szpinaku, jedynie lekko posolonego, niedoprawionego śmietaną?

– To dla mnie zbyt okrutne i niesprawiedliwe. Bo co ja mam z tego życia? – tłumaczy Marta. Zaczyna kulinarne szaleństwo. Zaprasza gości na wykwintne kolacje, wraca do niedzielnego pieczenia ciasteczek, wydaje okrągłe sumy w delikatesach. Znowu podjada i przekąsza od rana do nocy.

– Czuję, że żyję, że jestem wolna – wyznaje. – Przekonuję siebie, że zasługuję na przyjemności. Że jeśli ja nie będę dla siebie dobra, to kto będzie? Z czasem jednak moje świetne samopoczucie się pogarsza. Dopadają mnie potworne wyrzuty sumienia. Krytykuję siebie za słabość, brak silnej woli, nazywam się tłustym potworem.

„Jestem beznadziejna”

Właściwie chodzi nie tylko o odchudzanie. Marta chętnie zmieniłaby też pracę. Od lat siedzi w tej samej firmie, w administracji. Fakt, dobrze zarabia, ale marzą się jej podróże, praca z ludźmi, a nie papierami. Co jakiś czas postanawia więc doszlifować angielski.

– Nie wiem dlaczego, ale nie mogę w tym wytrwać. Na kursie pojawia się opór przed wypowiadaniem się na forum, a indywidualne konwersacje zawsze w końcu mnie nudzą – opowiada. Stwierdza więc, że jest już za stara na naukę, rzuca lekcje i, podobnie jak po przerwaniu diety, czuje się wolna. Do czasu aż zacznie nazywać się leniwym potworem, bez talentu i ambicji.

– Wstydzę się, że jestem taka beznadziejna – mówi Marta. – Wpadam w czarną dziurę. Dopada mnie smutek, rozdrażnienie, złość. Ludzie mówią, że się nagle zmieniłam, bo najczęściej jestem rozgadana i uśmiechnięta.

Marta jest lubiana. Wysłucha, doradzi, pocieszy. Choć sama nie uważa, że dołeczki w jej policzkach są urocze ani że ma wyjątkowe poczucie humoru – inni sobie to cenią. Jej samopoczucie pogarsza się, gdy gwar ludzki wokół niej milknie. Czuje się otyła, niekochana, nieszczęśliwa.

 

„Męża też bym zmieniła”

Wojtek nie jest czuły jak kiedyś. On nawet nie jest nią zainteresowany. Ma swoje sprawy, czasu dla żony zostaje niewiele. Marta czasem postanawia z nim szczerze porozmawiać. Umie nawet zrobić awanturę. To jednak nie daje efektu, nie przywraca zaangażowania Wojtka sprzed lat. Są chwile, gdy Marta myśli, że to, jak się czuje w małżeństwie, ma jakiś związek z tym, że w dzieciństwie jej ojciec odszedł do innej kobiety.

– Czasem chce mi się wyć z bólu i samotności – mówi Marta. – Mąż jest tak odległy, obcy, a ja nie mam odwagi się do niego zbliżyć. Powiedzieć, co czuję, wyznać, czym mnie rani. Ale chyba pogodziłam się już z tym. Jest jak jest. Nie mam szans, by zacząć życie od nowa.

Komentarz psychologa

Dyskusja Dziecka z Rodzicem

Według analizy transakcyjnej, stworzonej przez amerykańskiego psychiatrę Erica Berne’a, w każdym z nas mieszkają trzy subpostacie: Rodzic, Dziecko i Dorosły. Sterują naszymi schematami zachowania i odczuwania.

Dziecko pod wpływem impulsu, wiedzione piękną wizją końca, podejmuje się szalonych zadań, których nie potrafi zrealizować. Dla niego liczy się tylko tu i teraz, czyli doraźna przyjemność. I pewnie gdyby nie Rodzic, nasze postanowienia noworoczne i wszelkie inne byłby zarzucane w chwili pierwszego dyskomfortu, wynikającego z ograniczeń. Wspaniały cel na zawsze pozostałby odległy. Rodzic przypomina nam o nim. Stoi za plecami i surowo ocenia wszystkie wpadki, każde ciastko zjedzone na diecie, każdy przerwany kurs angielskiego, każde niezrealizowane zadanie. I wtedy Dziecko czuje się jeszcze gorzej. Nie dość, że coś mu się nie udało, staje się podmiotem bezwzględnej krytyki.

Bo Rodzic jest tyranem, który nie uwzględnia okoliczności łagodzących. Nie ma litości dla potknięć Dziecka. On pragnie wychować człowieka ze stali, bo tylko taki, jego zdaniem, poradzi sobie w świecie. Kontakt między Dzieckiem a Rodzicem może odzwierciedlać najgorszy model relacji z dzieciństwa. Ponieważ jednak mechanizm ten odtwarza się na poziomie nieświadomym, nie jest łatwy do zauważenia.

Dlaczego Marta nie umie dotrzymywać postanowień?

Kiedy Marta planuje odchudzanie, widząc siebie szczupłą i atrakcyjną, przemawia przez nią Dziecko, które potrafi marzyć. To Ono wyobraża sobie, że kupuje obcisłe ubrania, podpowiada, że męża najlepiej zmienić, skoro jest taki nieczuły.

Rodzica w bohaterce poznajemy natomiast po klasycznych dobrych radach, które pojawiają się w jej relacji. „Nie wolno wyrzucać jedzenia”, „nie wypada odmawiać” – to typowe hasła Rodzica, suma ogólnych społecznych prawd i przekonań, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Najczęściej zbędnych, bo ograniczających. Rodzic Marty odzywa się również krytycznym, wręcz bezwzględnym głosem, kiedy Marta nazywa się tłustym, leniwym potworem, gani za brak ambicji, urody. W efekcie nie potrafi zawalczyć o szczęśliwy związek, satysfakcjonującą pracę czy szczupłą sylwetkę.

Na scenę wkracza Dorosły

Gdybyśmy mieli w sobie tylko Dziecko i Rodzica, pewnie nigdy nie wyszlibyśmy poza fazę ścierania się sprzecznych głosów. Szczęśliwie jest jeszcze Dorosły. To część nas, która jest mądra, doświadczona, zna możliwości i ograniczenia swojego „właściciela”.

Dorosły przygotowuje plan działania, który jest ambitny, ale realny do wykonania. Stara się dookreślić cel. Dorosły jest elementem wnoszącym świadomość. Może ocenić zapał Dziecka, a jednocześnie utemperować nieco oczekiwania Rodzica. I zamiast postanowień, że za pół roku będę szczupła, pojawia się obietnica, że do końca roku zgubię 7 kilogramów.

Dorosły jest na tyle rozsądny, że stosuje metodę małych kroków, czyli opracowuje cele pośrednie, za których realizację zawsze się nagradza. Nagroda to istotny aspekt pracy z celami. Przy osiągnięciu każdego etapu (np. strata pierwszego kilograma czy wytrwanie na zajęciach z angielskiego przez trzy miesiące) obdarowuje się. To może być drobiazg, ale taki, który ucieszy Dziecko. Bo to ono jest odpowiedzialne za aktywność, ruch, siłę działania. Dorosły jest bardziej wyrozumiały niż Rodzic. Kiedy zdarzy się wpadka, podchodzi do tego spokojnie. Nie uogólnia, nie krytykuje, nie załamuje się, tylko przechodzi nad tym do porządku dziennego i idzie dalej. Jest także na tyle zapobiegliwy, że potrafi stworzyć plan awaryjny. Czyli potrafi wymyślić sposób postępowania na wypadek kłótni z mężem, problemów w pracy, gorszego samopoczucia, kiedy to odkładamy na bok wszystkie postanowienia i sięgamy po czekoladę lub w inny sposób zapadamy się w siebie.

 
Wbrew pozorom Dziecko z Rodzicem stanowią dobraną parę. Rodzic poucza, a Dziecko wysłuchuje. W tym trójkącie outsiderem jest Dorosły, który odważa się na polemikę zarówno z Rodzicem, jak i z Dzieckiem. Widzi słomianą schematyczność pierwszego i słomiany zapał drugiego. Wygląda na to, że najlepiej byłoby się pozbyć obojga i zostawić tylko Dorosłego. Ale byłoby to błędem.

Każda z trzech postaci jest nam bowiem w jakiś sposób potrzebna. Jeśli ją wykorzystać we właściwym celu, zaprząc do pracy – sukces murowany. Dorosły, choć jest taki mądry, przewidujący i świadomy, sam nie da rady ruszyć bryły z posad.

Wskazówka dla Marty

Żeby Marta mogła zacząć dietę, lekcje angielskiego, rozmowy z mężem... – potrzebuje zgodnej współpracy trzech subpostaci. Plan jest taki: Od Dziecka niech weźmie wizję i odwagę. Rodzic będzie odpowiadał za konsekwencję, a Dorosły zadba, by Rodzic z Dzieckiem mogli razem działać, zamiast się na siebie obrażać.

Ale żeby ten scenariusz mógł być realizowany, Dorosły musi być aktywny. I tu jest sedno problemu, bo zapadł w letarg. Stało się to najprawdopodobniej jeszcze w dzieciństwie. W momencie, kiedy ojciec Marty odszedł do innej kobiety. Pozbawiona wsparcia w tak trudnym momencie Marta zatrzymała się na etapie Dziecka. Zabrakło wyjaśnień, przedstawienia argumentów obu stron, zrozumienia. Zabrakło w jej otoczeniu prawdziwego Dorosłego. I tak często jest, że dzieci są wychowywane przez inne Dzieci.

Osoba z syndromem Dziecka postrzega świat monochromatycznie. Ludzie są źli albo dobrzy, głupi albo mądrzy. Nie ma cieni, szarości, normalności. Dlatego też w przypadku Marty, jedno odstępstwo od diety przesądzało o tym, że rzucała w kąt całe odchudzanie. Podobnie było z innymi projektami. Tak zachowuje się Dziecko i ma do tego prawo. Chyba, że ma więcej niż trzydzieści lat. Wtedy warto się zastanowić, czy to Dziecko nie przejęło nad nami kontroli.

Według analizy transakcyjnej, stworzonej przez psychiatrę Erica Berne’a, w każdym z nas mieszkają trzy subpostacie: Rodzic, Dziecko i Dorosły. Sterują naszymi zachowaniami. Historia Marty jest bardziej skomplikowana, dlatego trzeba czegoś więcej niż tylko ustawienia odpowiednich proporcji pomiędzy jej wewnętrznymi bohaterami. Dość wcześnie zostawała pozbawiona poczucia bezpieczeństwa, jakie daje bliskość z rodzicami. Zamiast pierwszogatunkowej miłości otrzymała produkt miłościopodobny – jedzenie. Prosty i jakże uroczy sposób, żeby wyrazić uczucie. Jeśli jednak jedzenie jest jedynym sposobem okazywania miłości – obdarowany zostaje zamieniony w ofiarę. Żeby zająć się tymi problemami, przydałby się ktoś do pomocy. Może terapeuta?

Jak jednak sprawić, żeby Marta odważyła się dać sobie jeszcze jedną szansę? Pierwszym krokiem ku temu będzie wniesienie świadomości – zrozumienie, co się z nią dzieje, co nią powoduje i dlaczego podejmuje takie decyzje. Wiedza na temat mechanizmów, które rządzą jej wyborami, może pomóc uratować wewnętrzne Dziecko – kiedyś porzucone. I to nie raz, bo najpierw przez ojca, a teraz przez męża. Wtedy jednocześnie bezwzględny Rodzic przestanie obrzucać obraźliwymi epitetami, a Dorosły wydorośleje.

Żeby dać sobie wsparcie w odnajdywaniu drogi do własnej tożsamości, może skorzystać ze wsparcia zewnętrznego: warsztatów, psychoterapii, coachingu, kręgów kobiet, ale też mądrych czasopism, książek oraz ludzi.