1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rusza kampania antydepresyjna

Rusza kampania antydepresyjna

6 listopada rusza kampania antydepresyjna organizowana przez Fundację ITAKA - Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych. Kampania potrwa do końca listopada.

Depresja jest jedną z głównych przyczyn zaginięć, dlatego Fundacja zajmuje się tym tematem. Spośród osób zaginionych chorujących na depresję zdecydowana większość zniknęła w dniu lub tuż przed wizytą u psychiatry. -Chorzy często czują się winni, że ich stan tak wolno się poprawia lub boją się przyznać lekarzowi, że nie brali leków. Bywają zniechęceni do leczenia, a jednocześnie zdają sobie sprawę z oczekiwań rodziny. Te sytuacje wzmacniają u chorych pragnienie ucieczki - mówi Kinga Bystrek, psycholog, specjalista ds. poszukiwań Fundacji.

Celem kampanii jest zwrócenie uwagi społeczeństwa na depresję, jako chorobę, która może dotknąć każdą kobietę, bez względu na wiek, miejsce zamieszkania, wykonywany zawód czy status społeczny. Depresji można i trzeba zapobiegać, a w przypadku choroby, trzeba ją leczyć.

Głównym elementem kampanii będzie promocja Antydepresyjnego Telefonu Zaufania - 22 654 40 41, który Fundacja ITAKA prowadzi od 9 lat. W każdy poniedziałek i czwartek w godzinach 17.00 – 20.00 dyżurują pod nim lekarze psychiatrzy. Nie leczą przez telefon, ale wysłuchają, doradzą, wskażą miejsca, gdzie można uzyskać pomoc w walce z chorobą. -Ten telefon jest bardzo potrzebny. Dzwoniący są wdzięczni za rozmowy, mówią, że bardziej rozumieją teraz co się z nimi dzieje, że rozmowa była uzupełnieniem wizyty lekarskiej -mówi Justyna Nowakowska, lekarz – psychiatra dyżurująca przy Antydepresyjnym Telefonie Zaufania. Specjaliści ITAKI przeprowadzają 100 rozmów miesięcznie. Większość dzwoniących, bo aż 64% to kobiety.

Telefon jest kierowany do osób, które:

  • podejrzewają, że mogą mieć depresję (dowiedzą się, co w tej sytuacji mogą i powinny zrobić),
  • chorują na depresję lecz nadal mają opory przed pójściem do specjalisty (poznają objawy i mechanizmy choroby, otrzymają informacje na temat metod i sposobów leczenia depresji, rozmowa z ekspertem pomoże im podjąć leczenie),
  • są w trakcie leczenia i mają pytania, których nie zadały lekarzowi prowadzącemu (anonimowo dostaną odpowiedź na dręczące wątpliwości),
  • są zniechęcone przebiegiem leczenia (dostaną wsparcie w bezradności),
  • są bliskimi chorych na depresję (dowiedzą się jak pomóc choremu i zachęcić go do leczenia),
  • doświadczają problemu niedostępności lekarzy psychiatrów, długiego czasu oczekiwania na wizytę, cen leków.
Ponadto na stronie , zawarte są liczne porady dla osób chorych na depresję, zagrożonych tą chorobą oraz ich rodzin i bliskich. Na stronie działa forum umożliwiające wymianę myśli między czytelnikami i zadanie pytania lekarzowi psychiatrze lub psychologowi.

Kampanię zainauguruje wystawa fotograficzna w warszawskiej galerii handlowej Złote Tarasy. Wystawę zdjęć Lidii Popiel i studentek Warszawskiej Szkoły Filmowej będzie można oglądać przez dwa tygodnie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Dystymia - lenistwo czy choroba?

Dystymia objawia się niezadowoleniem, ciągłym zmęczeniem, brakiem motywacji do działania i wiary w siebie. Życie nie cieszy i wydaje się pozbawione sensu. (Fot. iStock)
Dystymia objawia się niezadowoleniem, ciągłym zmęczeniem, brakiem motywacji do działania i wiary w siebie. Życie nie cieszy i wydaje się pozbawione sensu. (Fot. iStock)
Dystymia to przewlekła, łagodniejsza postać depresji, rodzaj nerwicy, która nie pozwala cieszyć się życiem. Jak ją rozpoznać i leczyć, radzi psycholożka Sylwia Woronowicz. 

Podobno ta choroba dotyka około 3 proc. społeczeństwa. To dużo, zważywszy, że niewiele osób o niej słyszało.
To prawda. O dystymii prawie się nie mówi. Poza tym to wciąż choroba nie do końca poznana, trudna do zdiagnozowania. Myślę, że ludzi cierpiących z jej powodu może być nawet więcej, tyle że rzadko trafiają do specjalisty. I na tym właśnie polega ich tragedia. Cierpią, ale jakoś funkcjonują, więc są przekonani, że „po prostu tak mają”. Spełniają role społeczne, znajdują jakieś miejsce do mieszkania i pracowania, jakiś związek. Tyle że wszystko wydaje im się pozorne, jakby w środku nie było treści. Nie doświadczają tego emocjonalnego rezonansu, który sprawia, że człowiek czuje radość. Wyglądają, jakby żyli, ale nie do końca zdawali sobie z tego sprawę. Emocje, których doświadczają, też są jakieś blade... Kiedy przychodzi do mnie pacjent z dystymią, to nie rozpacza, tylko raczej się skarży – słowem, tonem głosu, całym ciałem.

Jak dokładnie wygląda życie z dystymią?
Proszę sobie wyobrazić, że wciąż jest pani niezadowolona, zmęczona, brakuje pani motywacji do działania i wiary w siebie. Życie nie cieszy i wydaje się pozbawione sensu. Ma pani poczucie pustki wewnętrznej. Otoczenie zarzuca pani lenistwo, pesymizm, każe po prostu zabrać się do roboty, zrobić coś ze sobą, wziąć w garść. A pani nie ma siły i czuje się z tego powodu winna. Ten stan trwa dość długo. Może nawet całe życie.

Jeśli w końcu okaże się, że wszystko to objawy choroby, którą można leczyć, a nie pani wina, to może pani poczuć dużą ulgę. Oczywiście, sposób funkcjonowania mógł pogłębić dystymię, ale to nie jest tak, że cierpi pani na własną prośbę, jak często wmawiają dystymikom bliscy.

Jak dochodzi do tego, że pacjent do pani trafia?
Najczęściej z dwóch powodów. Albo nastąpiło pogłębienie depresyjne, czyli na dystymię nałożyła się pełnoobjawowa depresja, co nie należy do rzadkości, albo pacjent, zwykle osoba około trzydziestki, właśnie zrobił bilans życiowy i doszedł do wniosku, że takie życie nie ma jednak sensu.

A to nie jest powszechne, że bilans życia sporządzany w okolicach trzydziestki rzadko jest zadowalający?
Powszechne. Ale nie każde niezadowolenie z dotychczasowego życia świadczy o chorobie. Dla życiorysu osób z dystymią charakterystyczne jest to, że one często bardzo się starały, naprawdę chciały coś osiągnąć, ale jakoś nie szło. Tak jakby dodawały gazu w samochodzie, ale nie były w stanie wprawić go w ruch. Często okazuje się, że ich historia toczy się dobrze do jakiegoś momentu, a potem następuje wyhamowanie. W rezultacie ktoś, kto w młodości bardzo dobrze się zapowiadał, niewiele osiągnął.

Oj, mam wrażenie, że gdybyśmy zrobiły sondę, to prawie całe nasze społeczeństwo odnalazłoby się wśród tych dobrze zapowiadających się, którym życie pokrzyżowało plany.
Nie wiem, jak jest z całym społeczeństwem. Ja mogę się wypowiadać jedynie na temat moich pacjentów. I taki życiowy zwrot na niekorzyść zawsze zwraca moją uwagę.

Pytam, bo zaczynam się zastanawiać, czy ta dystymia nie jest przypadkiem taką furtką, czymś, na co łatwo można zrzucić winę za wszystkie swoje błędy. Czy można być po prostu leniwym, lekkomyślnym, mało ambitnym..., czy też wszystko da się chorobowo wytłumaczyć?
Oczywiście, że można być po prostu leniwym, lekkomyślnym i mało ambitnym. I oczywiście są osoby, które mają ten niekorzystny bilans życia dlatego, że czegoś nie zrobiły, że im się rzeczywiście nie chciało, nie postarały się, zaniechały, popełniły ewidentny błąd, ale nie o takich teraz mówię.

Żeby zdiagnozować dystymię, trzeba stwierdzić co najmniej dwa objawy, które utrzymują się nie krócej niż dwa lata. Niekiedy jest ich więcej. Nie pojawiają się wszystkie naraz, ale w miarę upływu czasu dołączają kolejne. Charakterystyczne są na przykład zaburzenia snu – klasyczny objaw wszystkich zaburzeń depresyjnych. Albo sen jest bardzo długi, a mimo to nieefektywny, albo zbyt krótki. Z tym związane jest często nadużywanie alkoholu, który ma pomóc zasnąć. Pacjenci mówią: „to tylko jeden kieliszek wina albo piwo wieczorem”. Jeśli jednak alkohol pojawia się codziennie lub prawie codziennie, to już jest go bardzo dużo. Tworzy się taka maska alkoholowa, która przykrywa toczący się pod spodem proces depresyjny. Do tego dochodzą zaburzenia łaknienia. Osoby z dystymią jedzą albo zbyt mało, albo zbyt dużo, a i tak wciąż są głodne.

Jeśli objawy utrzymują się bardzo długo, to jak pacjenci mają zauważyć zmianę? Ja na przykład nie pamiętam, ile jadłam trzy lata temu.
No właśnie. Samemu rzeczywiście trudno to prześledzić. Potrzebne jest odzwierciedlenie. Czasem zwróci uwagę znajomy, czasem dopiero psychoterapueta pomoże spojrzeć z dystansu. Ja na początku przeprowadzam głęboki wywiad na temat całego życia pacjenta. Potem robię dla niego podsumowanie, tak, że „otrzymuje” całe życie w pigułce. Wtedy okazuje się, że był jednak jakiś moment, kiedy wszystko zaczęło się zmieniać na niekorzyść, kiedy czynności, które wcześniej sprawiały radość, jak np. czytanie książek czy spotkania ze znajomymi, stały się równie atrakcyjne jak obieranie ziemniaków. Świat zaczął jawić się jako pusty i nudny, tak, że dziś nie ma większego znaczenia, czy się żyje, czy nie. Niektórzy pacjenci określają to „takim nieżyciem”.

Jakie są przyczyny dystymii?
Prawdopodobnie, bo zdania na ten temat są podzielone, w człowieku istnieje pewna predyspozycja genetyczna lub biologiczna. To znaczy, że dystymia czeka na okazję, żeby się ujawnić. Dzieje się tak np. na skutek niepomyślnych okoliczności – straty pracy, porzucenia, utraty bliskiej osoby itp. Objawy pojawiają się też często w okresie wczesnej dorosłości, kiedy wchodzimy w nowe role społeczne. To oczywiście naturalne, że kryzys na pewien czas obniża nastrój, jednak w dystymii zaczyna się powolny zjazd w dół. Nie ma powrotu do równowagi. To, czy choroba się ujawni, zależy też od tego, czy w człowieku nie ma wewnętrznego konfliktu.

Jak się ją leczy?
Najlepsza jest dwutorowa ścieżka – leki antydepresyjne i psychoterapia. Leki stwarzają człowiekowi warunki, by dzięki psychoterapii mógł zrobić krok na przód. Zawsze ostrzegam pacjenta, że jeśli leczenia farmakologicznego nie wesprze zmianami nawyków, to wróci do punktu wyjścia. Tylko w nielicznych przypadkach dzieje się tak, że bez świadomej pracy mechanizm zmian sam się uruchomi. Zdarza się, że pacjent bierze leki i czeka, aż się coś wydarzy. Delektuje się tym lepszym stanem. A powinien inwestować.

Czyli?
Najpierw musi zaobserwować, jakie jego zachowania pogłębiają dystymię, a jakie nie. Z pomocą psychoterapeuty to nie jest takie trudne. Bardzo szybko pacjenci są w stanie odpowiedzieć na moje prowokacyjne pytanie: „co by pani zrobiła, by gorzej się poczuć?”. Bez zająknięcia recytują całą listę zachowań. To znaczy, że mają już świadomość swoich wyborów. Mogą zacząć zastępować złe wzorce dobrymi, a nie mówić: „obudziłam się rano w fatalnym nastroju i tak mi zostało do wieczora” – bo już wiedzą, co zrobić, żeby ten nastrój sobie poprawić. Korzystne zachowania i reakcje trzeba jednak powtarzać wielokrotnie, zanim staną się automatyczne. I to rzeczywiście jest trudne.

Słyszałam, że dystymię leczy się o wiele trudniej niż depresję.
Tak, bo osoba z depresją czuje się gorzej, więc bardziej chce ten stan zmienić. Chora na dystymię ma mniejszą motywację. Myśli: „tyle przeżyłam i jakoś żyję, może kiepskie to życie, ale jakoś się toczy”. Niby chce coś zmienić, ale kiedy napotyka jakieś trudności, często zaraz chce się wycofywać. Mówi: „właściwie to jest w porządku, może rzadko spotykam się z ludźmi i moja praca nie jest taka interesująca...”.

...ale przynajmniej jest praca.
Właśnie, więc zostawmy ten problem, przyklepmy go, bo zmiany są trudne, wyczerpują energię.

Jakie są szanse na szczęśliwe zakończenie?
Dosyć duże, pod warunkiem, że z dystymią nie współistnieją inne zaburzenia. Wielokrotnie byłam świadkiem, jak pacjenci po terapii zmieniali się nie do poznania. Inna była nawet ich postawa, mowa ciała, język, jakiego używali. Opowiadali, co zrobili, nazywali swoje uczucia, używali takich zwrotów jak „postanowiłem”, co wcześniej było nie do pomyślenia, bo w dystymii podejmowanie decyzji jest bardzo trudne. Sami też byli w stanie dostrzec zmianę. Czasem dopiero wtedy przypominali sobie, że kiedyś już był w ich życiu czas, kiedy czuli się dobrze

Sylwia Woronowicz psycholożka i psychoterapeutka. 

  1. Psychologia

Nie mów nigdy „to koniec!”. Pielęgnowanie negatywnych myśli niszczy i odbiera sens życia

W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. (Fot. iStock)
W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. (Fot. iStock)
Przewlekła choroba, kalectwo mogą odebrać wiarę w sens życia. Jak mimo bólu odnaleźć uśmiech i pogodę ducha. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Artykuł z archiwalnego numeru magazynu „Sens.” Przypominamy go w lutym – Miesiącu Walki z Depresją.

„Czujemy się tak, jak myślimy” – zgodnie podkreślają psychologowie. Co to znaczy? Myśli nas prowadzą. Jeśli pomyślę, że mam 70 lat i oznacza to koniec mojego życia, to jutro z łóżka nie wstanę. A mogę też inaczej: „Rzeczywiście mam już trochę lat, ale jeszcze potrafię się uczyć, troszczyć o innych, o siebie, cieszyć życiem, podróżami, książkami, koncertami...”. Więc absolutnie prawdą jest, że przeżywamy to, co podpowiedzą nam własne myśli.

Ale co ma powiedzieć osoba, która dowiaduje się, że ma nowotwór lub po wypadku staje się kaleką? Negatywne myśli u takich osób są naturalne, lecz nie powinny być długo pielęgnowane, bo niszczą, odbierają sens życia. Trzeba jak najszybciej zamienić je na inne. Na przykład zamiast: „nie będę mógł chodzić, więc moje życie się skończyło”, pomyśleć o jakiejś innej sprawie, włączyć telewizor i obejrzeć program, z którego się dowiesz, czym jest np. czarna dziura. Nie mówię, że masz złą myśl zamienić na dobrą: „nie będę mógł chodzić, fajnie...” – nie! Tylko na inną. Bo jeśli pozostaniesz przy tej złej, to ona może zmienić się w dręczącą obsesję. Nie znaczy też, że masz zagłuszyć w sobie ból, rozpacz, cierpienie, upijając się na przykład do nieprzytomności.

Nieuleczalna choroba czy kalectwo to przeciwnik wagi ciężkiej i walka z nim musi być niezwykle trudna. Człowiek ma powody, by się zapaść... Ma nawet prawo do zapadnięcia się. Nie używałabym jednak słowa „walka” – zamiast walczyć, lepiej rozwiązywać problem. Tak więc osoba przytłoczona przerażeniem może sobie powiedzieć: „to koniec”, ale wtedy podda się czarnowidztwu, które odbierze jej chęć do życia. Lepiej szukać sposobów, które pomogą jej zmienić ten tor myślenia.

Życie cały czas płynie ruchem jednostajnie posuwistym wzdłuż jakiejś osi – godzinę temu byliśmy w tym punkcie, a teraz jesteśmy już tu. W pewnej chwili dotyka kogoś nieszczęście, które wywołuje szok – to naturalna reakcja, ale – podkreślmy to jeszcze raz – nie wolno pozostać w tym miejscu, trzeba iść dalej, choćby po to, żeby nie wpaść w depresję.

Stan beznadziei i lęk przed przyszłością przychodzą jednak zwykle nieco później, w fazie długotrwałego zmagania się z chorobą... Racja. Gdy dowiadujemy się, że wykryto u nas lub kogoś bliskiego ciężką chorobę, jesteśmy w stanie szoku. Wydzielają się wtedy endorfiny i adrenalina, które pomagają zmobilizować się i stawić czoła nagłemu zagrożeniu. Jeśli np. czegoś się bardzo wystraszymy, to potrafimy uciekać z olimpijską wręcz prędkością. Dużo bardziej groźny stan pojawia potem, kiedy uświadomimy sobie w pełni to, co się stało – wtedy już nie działa adrenalina. „Zawalił mi się świat. Ziemia usunęła mi się spod nóg” – mówią ludzie, którzy uświadomili sobie bezmiar nieszczęścia. I to jest normalne, trzeba przez to przejść, by drobiazgowo i realistycznie ocenić sytuację. Jeśli mamy poradzić sobie z chorobą czy kalectwem, z wielką stratą lub szkodą, to musimy zdać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę się wydarzyło, rozważyć cały ogrom cierpienia – tak jak w sklepie, który okradziono, trzeba zrobić remanent, by się dowiedzieć, czego brak i zastanowić się, w jaki sposób wyrównać straty. Zdarzają się nieszczęścia, które tylko w pierwszej chwili wydają się niepowetowane, a gdy porównamy je do doświadczeń innych osób czy kataklizmów, jakie co chwila dotykają jakąś część świata, okażą się naprawdę błahe. Ale nawet w największych nieszczęściach potrzebna jest perspektywa i wiara w pozytywną zmianę, którą najlepiej osobiście zaplanować i urzeczywistnić, nie czekając, by los zrobił to za nas.

Czy osoba cierpiąca może taką szansę dostrzec sama? To może być trudne. Ale obok jest przecież lekarz, pielęgniarka, mama, przyjaciółka, siostra... A jeśli się zdarzy ktoś, kto nie ma tego kręgu najbliższego wsparcia, to nie powinien czekać, tylko rozejrzeć się i taki system wsparcia sobie stworzyć. Jedynie dzieci tego nie potrafią, bo one jeszcze nie umieją zatroszczyć się o siebie, nimi muszą opiekować się dorośli.

Na ponure myśli jest jedna rada: postaraj się z kimś o tym porozmawiać. Możesz zadzwonić do znajomego lub zapytać sąsiadkę: „Pani Marysiu, czy mogłabym u pani wypić herbatę? Muszę się pani wyżalić. Wie pani, co się stało?...”. Jeśli druga osoba nie znajdzie dla ciebie czasu, to zastukaj do kolejnych drzwi. Ktoś w końcu dostrzeże twój smutek i zapyta: „Co ci jest? Czy coś się stało?”. Pocieszające jest to, że w większości trudnych życiowych sytuacji znajdują się ludzie, na których można liczyć.

A jeśli ktoś zamknie się w sobie ze swoim problemem? To jest czasami dramat bliskich ludzi, którzy stoją obok z wyciągniętymi do pomocy rękami, a osoba cierpiąca zamyka się niczym ostryga i nie chce ich do siebie dopuścić.

Co wtedy robić? Przede wszystkim trzeba zachęcić taką osobę do wyjścia z izolacji. Jest na to wiele sposobów: można ją zapraszać do siebie lub odwiedzać, proponować wspólne wyjście na spacer, do kina, na zakupy... Dość nieskuteczne i niewskazane jest mówienie: „weź się w garść”, bo jeśli ktoś jest w depresji, to właśnie tego nie potrafi zrobić. Lepiej zapytać: „Co mogłabym dla ciebie zrobić, jak ci pomóc?”. Albo przyjść i powiedzieć: „Słuchaj, nie mogę patrzeć na ten bałagan. Chodź, posprzątamy razem. Gdzie trzymasz odkurzacz? Przyniosłam karton – włóż do niego te stare gazety, a ja go wyniosę”. Można też spytać: „Czy masz jakieś pieniądze? Mogę pójść z tobą do banku...”. Albo zaproponować: „Ufarbuję ci włosy. Jaką chcesz farbę? A może zmienimy ci fryzurę?”.

Nie każ tej osobie niczego robić samej i nie zachowuj się jak prokurator, tylko wspieraj i mobilizuj do działania. Ale jedno trzeba sobie uświadomić: nad drugim człowiekiem nie masz kontroli, w najlepszym razie niektórzy ludzie potrafią mieć kontrolę nad samym sobą. Założenie, że jeśli coś zrobisz, to dana osoba przestanie się smucić, jest wchodzeniem w rolę Pana Boga. Możesz stanąć na rzęsach, a ona powie: „Nie chcę pomocy, ja chcę umrzeć”. I wtedy co? Kto będzie temu winien – lekarz, bliscy? Chyba nie. Człowiek ma wolną wolę i sam decyduje o swoim życiu. Co jakiś czas świat wzburzają tragiczne wypadki, np. słyszymy: „Lekarz wypisał pacjentkę ze szpitala, a ona po wyjściu popełniła samobójstwo”. A czy można kogoś siłą zmusić, by cieszył się życiem?

Osobom ciężko dotkniętym przez los okazujemy dużo zrozumienia i współczucia. Czy to prawidłowe zachowanie? Tak, należy okazywać współczucie, ale nie litość. To zasadnicza różnica. Jeśli okazuję komuś współczucie, to znaczy, że wierzę, iż sobie poradzi, a jeśli litość – to uważam, że sobie nie poradzi. Czasami mam do czynienia z osobami, które uważają, że jak ktoś jest chory i biedny, to otoczeniu nie wypada się uśmiechać. Powstaje supeł, który trudno rozwiązać. Oczywiście, nie można zachowywać się jak klaun albo udawać, że się nie dostrzega powagi sytuacji. Natomiast przygnębienie, zły nastrój, łzy – raczej nikomu nie pomogą.

Kiedy moja mama, już umierająca, leżała w szpitalu, lekarz powiedział do mnie: „Proszę, niech pani przychodzi jak najczęściej i będzie przy mamie jak najdłużej. Ale przed wejściem do jej pokoju niech pani poprosi pielęgniarkę o środki uspokajające, żeby przy mamie nie płakać i nie przelewać na nią swego bólu i rozpaczy”. To był mądry lekarz. Pamiętam, że przywoziłam codziennie gazetę, siadałam i zaczynałam od prasówki, wtedy głównie z działu sportowego, bo odbywały się piłkarskie mistrzostwa Europy, a mama była fanką piłki nożnej. Rozbawiałam ją różnymi opowiastkami, choć zupełnie nie było mi do śmiechu. Płakałam, ale dopiero po wyjściu.

Rodzice pewnego chłopca, u którego w wieku 18 lat pojawiły się nagle ataki epilepsji, sami wpadli w depresję – z bezsilności, bezradności, z poczucia winy, że nie potrafią „zdjąć” z syna tej choroby... Widok cierpienia kochanej osoby, której nie można pomóc – jest wielkim dramatem. Bardzo współczuję tym rodzicom. Jeśli chcą dać swemu synowi wsparcie, to sami powinni być mocni. Jeśli chcą mu choć trochę poprawić samopoczucie, to sami muszą zadbać o ufność i nadzieję. Jeśli chcą dać mu wiarę w wyzdrowienie, to sami muszą w to wierzyć. Jeżeli tego nie potrafią, to mogliby porozmawiać z psychoterapeutą, który pomoże im poradzić sobie z tym nieszczęściem.

Drugiemu człowiekowi możesz dać tylko to, co sam masz. Chcąc komuś pomagać, trzeba zadbać o własne zdrowie psychiczne – pogodę ducha, energię, gotowość działania i umiejętność wsparcia. Dlatego ktokolwiek opiekuje się osobą chorą, nie może pozwolić sobie na depresję.

Z tym wiąże się jeszcze coś: ludzie chorzy, widząc, jak bardzo ich bliscy to przeżywają, martwią się o nich i obciążają siebie winą za ból i trudy, jakich im przysparzają. Jednym i drugim to bardzo szkodzi. Dlatego bliskim, którzy opiekują się chorym, powinni pomagać specjaliści.

Jak wygląda taka pomoc? Psycholog w takiej sytuacji skupia się na uwolnieniu od poczucia winy, ułatwieniu pogodzenia się z trudnym położeniem. Pokazuje, że mogło być gorzej i że to, co się stało, to jeszcze nie koniec świata. Obcięło komuś jedną nogę, a mogło obie. Stracił wzrok, ale ma słuch. Nie ma wzroku i słuchu, ale ma dwie sprawne ręce... Trzeba się tylko zastanowić, jak wykorzystać swój potencjał i dostępne zasoby. Co z tym, co zostało, można w życiu zrobić dobrego. Ograniczenia nie muszą odbierać uśmiechu i zdolności przeżywania radości życia. Mam niewidomą znajomą, która po powrocie ze Stanów z zachwytem mówiła: „Ile ja tam wspaniałych rzeczy zobaczyłam!”.

Amerykański rysownik, John Callahan, został sparaliżowany w wyniku wypadku samochodowego. Wpadł w depresję i alkoholizm, ale po kilku latach zaczął trzymać ołówek pomiędzy rękoma, którymi z trudem poruszał, i tworzyć pełne humoru historie obrazkowe dotyczące niepełnosprawności. Zdobył nimi ogromną popularność. Dobry przykład. Kluczem do zdrowia psychicznego jest akceptacja tego, co nas spotyka. Ona przynosi spokój. Każda szamotanina, niezgoda na coś, jest bezowocnym zużyciem energii. Trochę szkoda, że Callahan zapłacił za swoje odrodzenie epizodem depresyjno-alkoholowym. Bo to nie zawsze dobrze się kończy…

Może czasem trzeba sięgnąć dna, by mieć od czego się odbić? Na cmentarzach jest sporo grobów ludzi, którzy sięgnęli dna. Dlatego nikomu nie pozwalajmy, by tego próbował. Trzeba starać się jak najlepiej przeżyć każdą sekundę życia. Dbajmy świadomie o jakość naszego życia – mamy je tylko jedno. W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. Jeżeli człowiek stara się je pomnażać, to dba o siebie i o innych, buduje, a nie niszczy. Tak pojmuję sens życia.

  1. Psychologia

Życie to nie regaty, żegluj przez nie we własnym tempie. Jak żyć, żeby nie dać się złym nastrojom

Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... (Fot. iStock)
Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... (Fot. iStock)
Nadmierne tempo życia jest sprzeczne z ludzką naturą, przynosi złe skutki. A depresja to nasza nauczycielka, tylko bardzo okrutna, bo przychodzi często wtedy, gdy jesteśmy już wrakiem człowieka – kompletnie zużyliśmy życiową energię. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Artykuł z archiwalnego numeru magazynu "Sens." Przypominamy go w lutym - Miesiącu Walki z Depresją.

Świat narzuca dziś zawrotne tempo życia, pośpiech... Czy to nie sprzyja depresji? Oczywiście, że tak. Ale nie zawsze to świat narzuca takie tempo, czasami sami fundujemy sobie ten kit, goniąc wciąż za sukcesami. A one mają to do siebie, że nie tyle zaspokajają nasze potrzeby, ile stymulują nowe. Sukces jest jak narkotyk – jeśli go spróbujesz i ci zasmakuje, to sięgasz po następną dawkę. I tym sposobem stajesz się niewolnikiem gonitwy. Ten pośpiech nie musi mieć wcale fizycznego wymiaru prędkości, bo to może być siedzenie przy klawiaturze czy gotowanie, ale samo nastawienie, że ma być więcej, lepiej, szybciej... powoduje, że bierzesz udział w jakimś wyścigu, maratonie. W każde osiągnięcie trzeba włożyć dużo energii, tak więc osoba, która żyje w zawrotnym tempie, jest narażona na depresję w pierwszym rzędzie, bo zużywa energię, a nowej organizmowi nie dostarcza. Jeśli ktoś co wieczór zasuwa do dyskoteki, rano niewyspany biegnie do pracy, a potem jeszcze na areobik czy siłownię, to nawet gdy jest młody i zdrowy – w sensie psychicznym eksploatuje się. To tak jak z kopalniami – pokłady węgla mogą być bardzo bogate, ale po nieustannym wydobywaniu, wreszcie się wyczerpią.

A jeśli w moim kalendarzu – wypełnionym wprawdzie po brzegi – znajdą się oprócz obowiązków także zajęcia sportowe, kino czy pogaduszki z koleżanką? Jeśli masz kalendarz wypełniony obowiązkami codziennie od góry do dołu i to przez długi okres, to żeby nie wiem co, grozi ci wypalenie. Nawet gdy ułożysz najbardziej racjonalny grafik, w którym znajdzie się i praca, i sport, i wakacje..., ale narzucisz sobie reżim w realizacji zapisanych zadań, to jest absolutnie oczywiste, że któregoś dnia organizm wystawi ci za to słony rachunek.

Dlaczego? Bo reżim rodzi stres, a ten sprzyja depresji. W kalendarzu powinny się znaleźć wolne okienka – kiedy do nich dochodzisz, dopiero wtedy zastanawiasz się, co masz ochotę w tym czasie zrobić. Do planu zajęć należy podchodzić bez zbytniego napięcia, traktować go elastycznie. No bo co z tego, że w szczegółach zaplanujesz sobie tydzień czy miesiąc, jak nagle zadzwoni przyjaciel i powie: „słuchaj, mam wolny bilet na przegląd filmów w Kazimierzu”, a ty przecież tak bardzo kochasz kino? Co z tego, że w kalendarzu masz zapisane: środa, godz. 17 – turniej squasha, kiedy rozkłada cię temperatura i słaniasz się na nogach? Jeśli dowiedziałabym się, że przyjacielowi umarł pies i mogłabym jakoś mu pomóc, to cokolwiek by się działo, odłożyłabym coś, nie zdążyła, przesunęła termin... Zdarzają się sytuacje, które całkowicie zmieniają twój grafik. Albo okaże się, że plan jest może i dobry, ale źle dopasowany do twojej aktualnej dyspozycji psychicznej, fizycznej czy duchowej.

Aby przedstawić najlepszy obrazowy model tego, jak trzeba żyć, chętnie używam metafory nawigacji w żeglowaniu: wyruszenie z przystani i obranie sobie celu nie oznacza, że dopłyniemy do niego najkrótszą drogą. Musimy podporządkowywać swój zamiar temu, co spotka nas po drodze: rafa, wyspa, szkwał lub flauta, może też zdarzyć się jakaś usterka jachtu, którą trzeba usunąć, czasem musimy się nawet cofnąć... – mimo tych przeszkód nadal chcemy tam dopłynąć i na pewno dopłyniemy, chociaż nadkładając drogi. Ale jeśli wystartujemy w regatach, to już istnieje duże ryzyko, że będziemy narażeni na ciągły stres. Jaki stąd morał? Żegluj przez życie, ale nie czuj się jak na regatach. I jeśli Kowalski dopłynie szybciej, to świetnie. W porcie zapytasz go, jak mu się płynęło.

Kto najczęściej narzeka na spadek formy psychicznej? Z całą pewnością osoby nadmiernie ambitne. Także perfekcjoniści, którzy nie tylko lubią robić wszystko jak najlepiej, ale cokolwiek robią, chcą być w tym doskonali. A to niemożliwe, bo doskonałość jest z założenia nieosiągalna. Chodzą więc wciąż niezadowoleni. Następna cecha sprzyjająca depresji to poczucie niskiej wartości... – ludzie, których dotyka ten syndrom z powodu różnych zresztą okoliczności życiowych, cały czas usiłują coś komuś udowodnić i wtedy wkraczają w toksyczne koło. W gronie bardziej podatnych na tę chorobę są również ci, którzy noszą w sobie poczucie krzywdy i za pomocą rozmaitych osiągnięć chcą coś sobie wynagrodzić. W zawrotne tempo wciągają się również ludzie, którzy złe wzory, zasady organizowania sobie życia wynieśli z rodzinnego domu: skoro mama i tata wciąż za czymś gonili, to trudno się potem dziwić, że młodzi ludzie też pędzą przez życie. Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... Nadmierne tempo życia jest sprzeczne z ludzką naturą. To musi pociągnąć za sobą złe skutki.

Ale świat wymusza na nas pewne zachowania... Nie, nie wymusza, on nam tylko je oferuje, a wybór, co z tej oferty weźmiemy dla siebie, zależy tylko od nas. To nie znaczy, że mamy zamykać się w pustelni, ale też nie wolno ulegać wszystkiemu, co daje współczesny świat, bo wtedy ryzykujemy, że zmęczy nas bycie sobą i pewnego dnia ockniemy się kompletnie bez sił, w stanie totalnego wyczerpania.

Jak więc iść przez życie, by się nie przewrócić? Najważniejsze: słuchać samych siebie. Trzeba mieć zdolność wyławiania informacji, które ciało, umysł i dusza przekazują poprzez uczucia i emocje, jakie się w nas pojawiają. One właśnie sygnalizują napięcia, przesadną ambicję, nadmierny wysiłek czy wybór kierunku, który de facto wcale nie jest zgodny z naszym systemem wartości, bo np. wszyscy mają po dwa samochody, to ty też chcesz – bierzesz więc dodatkowe prace, by na niego zarobić.

Musimy nauczyć się czytać w swoich uczuciach, dopuszczać do głosu tę mowę ciała i duszy, bo tylko wtedy będziemy wiedzieć, co się z nami naprawdę dzieje. Jeśli ktoś stale pędzi, to nie wie, czy mu się guzik urwał czy nie, czy skaleczył sobie nogę czy nie – dopiero jak dopędzi do celu, widzi, że ma krwawiącą ranę i bąble na stopach. Powtarzam więc, że najważniejsze to nauczyć się języka własnych uczuć.

Czasami też pomagają okoliczności zewnętrzne lub bliscy ludzie. Niekiedy właśnie im zawdzięczamy to, że w pewnym momencie zwalniamy. Na przykład mama, która powie: „oj, dziecko, chyba za dużo pracujesz” albo: „popatrz, nie widziałyśmy się już tak dawno”... A ja na to: „Mamo, bardzo chciałabym częściej się z tobą spotykać, ale mam tyle różnych obowiązków...”. I to właśnie trzeba w sobie usłyszeć. I wiedzieć, że zachodzi tutaj typowe zjawisko: mechanizm obronny odrzuca prawdę. Stawiasz przed sobą krzywe zwierciadło, które ci pokazuje rzeczywistość taką, jaką chcesz widzieć.

Ordynator mówi do pielęgniarki: „Pani Haniu, pani dzisiaj znowu w pracy?! Oj, za dużo bierze pani tych dyżurów”. A pani Hania: „Ale ja muszę kupić synowi nowe dżinsy, a córka marzy o deskorolce”, no i koło się zamyka. Bardzo często nie słyszymy, co tak naprawdę sygnalizują nam ludzie, którym na nas zależy. A właśnie poprzez słowa, jakie do nas kierują, możemy rozpoznać własne uczucia. Żeby to jednak zrobić, trzeba siebie znać i siebie słuchać.

I wiedzieć, kiedy zwolnić lub się zatrzymać? Tak. Jeśli ktoś nie umie się zatrzymać, to musi się tego nauczyć. Nie ma innego wyjścia. Tak jak musi nauczyć się angielskiego, gdy chce czytać Faulknera w oryginale. Depresja to odpowiedź duszy – na krzywdę, nadużycie, udrękę, umęczenie, odpowiedź, której nie da się nie usłyszeć. Depresja to nasza nauczycielka, tylko bardzo okrutna, bo przychodzi często wtedy, gdy jesteśmy już wrakiem człowieka, kiedy przypominamy drzewo z wypalonym pniem – kompletnie zużyliśmy życiową energię. Ale dopóki serce bije, dopóty jest szansa na ratunek. Tak więc czasem depresja nam się przydaje, bo gdybyśmy nie mieli takiego ratownika, który łapie nas mocno w kleszcze i nie pozwala zrobić kroku dalej, to pewnie byśmy ten krok zrobili i... runęli w przepaść.

Co z tego, że chciałabym popatrzeć na góry, posłuchać swoich myśli, jak wciąż muszę robić coś innego. Coś zawsze będzie kosztem czegoś. Albo kosztem siebie, albo kosztem tego, co uważam, że muszę. W pewnym momencie trzeba się zatrzymać i tak jak w każdej chorobie powiedzieć: „dziś nie pojadę do pracy, bo mam grypę”.

Jeśli damy sobie prawo, żeby się wyłączyć, zostawić, odwrócić, to poddamy się temu naturalnemu procesowi odzyskiwania siebie. Są ludzie, którzy tego nie umieją lub się boją z czegoś zrezygnować, bo uważają, że im coś przeleci, przepadnie i potem już tego nie złapią, nie odzyskają, np. że ktoś zajmie ich miejsce pracy albo przedsiębiorstwo upadnie, gdy wezmą sobie tydzień wolnego. Właśnie takie osoby najczęściej dopada depresja. A kiedy już je dopadnie, to i tak przecież nie będą mogły wstać z łóżka i pójść do pracy. To wszystko wynika właśnie z naszego wyścigu przez życie. Z tego maratonu trzeba się czasami wyłączyć, niekiedy nawet zaryzykować, że może rzeczywiście ktoś zajmie twoje miejsce, ale wtedy ty ocalisz siebie.

Jak nauczyć się czytać siebie? Wsłuchanie się we własne myśli i uczucia wymaga uwagi. Jeśli poświęcasz ją czemuś innemu, np. pracy, to oczywiście trudno obrócić ją ku sobie. Czytanie siebie następuje w harmonii, w wyciszeniu, skupieniu... – w uspokojeniu systemu nerwowego. Każdy sam musi znaleźć sposób i miejsce, w którym najlepiej siebie słyszy.

Dawniej ludzie siadali sobie co jakiś czas na przyzbie i patrzyli w dal. Wychodzili wieczorną porą pogapić się na rozgwieżdżone niebo. Podczas sprzątania domu ktoś nagle zastygał z miotłą pod brodą i trwał tak przez długą chwilę, zasłuchany we własne myśli. Takie momenty mogą być drogocennym źródłem wyciszenia i refleksji – inaczej nie sposób ich w sobie wzbudzić. Niezadowolenie z życia, które się przeradza w chandrę, przygnębienie, smutek, dół, pogorszenie nastroju – wynika tak naprawdę z tego, jak sami sobie poukładaliśmy w głowie.

  1. Psychologia

Ewa Woydyłło: "Dom, w którym trzy razy dziennie wszyscy głośno się śmieją, nie sprzyja depresji"

By wyjść z depresji, trzeba sie uczyć inaczej myśleć, inaczej żyć, inaczej odnosić do siebie, do innych, do świata. (Ilustracja: iStock)
By wyjść z depresji, trzeba sie uczyć inaczej myśleć, inaczej żyć, inaczej odnosić do siebie, do innych, do świata. (Ilustracja: iStock)
Toniesz w nieszczęściu, rusz się, żeby z tego wyjść. Masz wokół  smutasów i malkontentów, rozejrzyj się za kimś pogodnym, kto cię lubi. Ani ruch, ani otaczanie się życzliwymi ludźmi, nic nie kosztuje. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Kto choruje na depresje? Każdy może zachorować. Oczywiście po spełnieniu pewnych uwarunkowań. Na przykład, kiedy spotka go nieszczęście - czyjaś śmierć, choroba, losowy przypadek, brak pomocy w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej albo bytowej. A sam nie będzie w stanie sobie poradzić, bo na przykład nie ma doświadczenia w radzeniu sobie z trudnościami. Gdy rozpacz, bezradność i bezsilność nie mijają, złe samopoczucie i smutek pogłębiają się i przybierają postać przewlekłą, a człowiek czuje niemoc zajęcia się czymkolwiek i obsesyjnie skupia uwagę na swoim nieszczęściu, taki stan może się przerodzić  w depresję. Każdy jest potencjalnie kandydatem do znalezienia się w takim położeniu.

Można się nauczyć radzenia sobie z trudnościami? To powinien być element mądrego wychowania - przygotowanie dzieci do znoszenia porażek, przykrości i nieszczęść takich jak odrzucenie, choroba czy kalectwo. Dorosły, który towarzyszy dziecku w dorastaniu, powinien być z nim podczas jego „nieszczęść” i problemów. Młody człowiek, mający obok czułą i opiekuńczą osobę, która zawsze, kiedy dzieje się coś złego, troskliwie reaguje – uczy się korzystać z pomocy i wsparcia. Np. jeśli dziecko nadepnie na ostry klocek i płacze to ta troskliwa osoba zajmie się tym - pomasuje nóżkę, odwróci uwagę, albo jeśli to coś poważnego, szybko zorganizuje pomoc. Takie dziecko nauczy się, że jest ktoś, kto mu pomaga. Jeżeli we wczesnych latach życia utrwali się u dziecka negatywne postrzeganie świata, lękliwość i nieufność do ludzi, to może to zaciążyć na całej przyszłości. Rodzice, którzy chcą, żeby ich dziecko stawało się coraz silniejsze, powinni mówić dziecku dużo dobrych rzeczy. Jest to pozytywne wzmocnienie — naukowo zbadana teoria wychowawcza, która kształtuje poczucie wartości i wspiera rozwój dziecka. W praktyce pozytywne wzmocnienie polega m.in. na tym, że chwalisz dziecko za to, co zrobiło dobrze, zwłaszcza za to, co przychodzi mu z trudem. Pozytywne wzmocnienie to czas i uwaga  poświęcone dziecku, by je zmotywować, gdy ma trudności, żeby uwierzyło w siebie. Gdy człowiek uwierzy w siebie to wejdzie na K2 i będzie miał zaufanie do siebie, że każdą trudność obecną i przyszłą zdoła pokonać. Niestety w Polsce ciągle pokutuje model wychowawczy oparty na karaniu, zawstydzaniu, groźbach, trzymaniu w ryzach. A przecież psychologia rozwija się od ponad 100 lat i nauka pokazała, co motywuje człowieka do dobrego działania, co czyni go silnym.

Metodę kija stosujemy również w dorosłym życiu – w pracy, w państwie. Pałka, mandat, kara - to polska metoda współżycia widoczna zwłaszcza ostatnio. W pandemii mogliśmy tego bardzo dosadnie doświadczyć - zwłaszcza przedsiębiorcy. Kolejność szczepionek też jest dobrym przykładem - wiele osób ma prawo się poczuć oszukanym. Z każdej strony mamy narzucony ponury porządek świata. Obyczajowo i religijnie również. Słyszymy: grzech, pokuta, piekło, czyściec. W liturgii pada: „ Panie nie jestem godna.” Jak to? Z racji swojego człowieczeństwa jestem godna. Całe nasze życie społeczne to agar dla depresji, która jest często odpowiedzią na ludzką bezradność. Człowiek czuje się bezsilny, przestaje ufać, ma poczucie, że nikomu na nim nie zależy. To wszystko powoduje erozję dobrostanu człowieka. Dlatego mimo dostatniego poziomu życia ludzie są dzisiaj na krawędzi wytrzymałości psychicznej.

Wielu psychiatrów upatruje źródła depresji w tempie życia i niepohamowanym konsumpcjonizmie. Popkultura i reklama promują rzeczy, za którymi inni ludzie ślepo dążą. Nastała kultura porównywania. Ludzie, zwłaszcza młodzi, zapatrują się na rezydencje celebrytów z sześcioma łazienkami albo egzotyczne wakacje pod palmami - a potem patrzą na swoja rzeczywistość z uczuciem rozczarowania i wstydu. Konsumpcjonizm wynika z systemu wartości. Sposób życia i wartości zależą od domu w jakim człowiek wyrasta, od tego, jakie sprawy są wspólnym tematem, czym rodzina żyje, z czego potrafi się wspólnie cieszyć. Ma to wpływ na to, czy człowiek jest zadowolony ze swojego życia. Jeśli będzie ciągle niezadowolony, jest mu bliżej do depresji.

Zawsze ktoś ma więcej, lepiej, ładniej… Jeszcze przed pandemią byłam zapraszana na wykłady i warsztaty na temat szczęścia. Mówiłam, że szczęścia można się nauczyć, że tylko szczęśliwi mają szczęście itd. Dziś mam jedno zdanie, które wystarczy za cały wykład - „Ciesz się tym co masz, a nie martw się tym, czego nie masz”. Tego warto się nauczyć. Bo tajemnica szczęścia tkwi w tym, aby cieszyć się tym, co mamy.

Ale jak się tego nauczyć? Niech wartością stanie się wspólne wyjście na śnieg, czy rower, kiedy dorośli razem z dziećmi są zadowoleni i uśmiechnięci. Niech ani dzieci ani dorośli nie boją się wyrażania swoich uczuć. Niech jeden na drugiego co chwilę się nie obraża. Niech dom będzie bezpiecznym miejscem, gdzie zarówno dorośli, jak i dzieci, znajdą zawsze pociechę i wsparcie, a nie groźby i ciągłe krytykowanie. Wtedy ludzie — i mali i duzi — nauczą się cieszyć życiem i radzić sobie z problemami.

Wyidealizowany obraz życia, to również oczekiwanie, że będą nas spotykać wyłącznie pozytywne rzeczy. Nie lubimy  porażek, źle znosimy wyboje życiowe. Współczesnemu człowiekowi wydaje się, że ma specjalny immunitet chroniący go przed dotkliwymi przykrościami. Jak długo istnieje ludzkość, życie zawsze było najeżone niebezpieczeństwami - kiedyś nawet większymi niż teraz. Teraz mamy pandemię, której niektórzy nawet nie chcą przyjąć do wiadomości, są nieprzygotowani do tego, że takie rzeczy się zdarzają. A przecież nikt nam nie obiecał, że będzie wszystko dobrze. I słowa dotrzymał. Wielu odrzuca możliwość innego nastroju, stanu ducha, psychiki i ciała. Rozstanie to  koniec świata, ktoś umarł - to po co żyć, wyrzucili nas z pracy- czarna rozpacz. A krok dalej depresja.

Załamanie psychiczne, spadek nastroju, przygnębienie— czy każdy stan osłabionej kondycji psychicznej można nazwać depresją? Definicja depresji w podręczniku psychiatrychcznym „DSM-5 (R) Classification” mówi, że jeżeli zniechęcenie do działania, niechęć do czynienia czegokolwiek - atak bierności, smutku, wycofania, izolowania się trwa ponad dwa tygodnie, dzień w dzień, to są to symptomy depresji. Człowiek coraz gorzej funkcjonuje - nie chce jeść, pić, rozmawiać, wstać z łóżka. To oczywiście jeden z typów depresji, mogą być też inne. Wszystko było normalnie, ale nagle mózg przestał produkować kilka neuroprzekaźników: m.in. serotoninę i dopaminę w proporcjach zapewniających aktywność, energię, zadowolenie, apetyt na jedzenie, seks, zabawę, czyli potrzeby zdrowego człowieka. Kiedy mózg przestaje działać w sposób właściwy, mówimy o chorobie jaką jest depresja. Ale tak zwana wielka depresja stanowi ułamek wszystkich przypadków depresji - około 3 proc. Lekarze i psychoterapeuci są zgodni, że nie sposób jej leczyć inaczej niż farmakologicznie. Z taką depresją nie ma żartów. Ale nie każdy zły stan psychiczny jest depresją. Niepokojem, smutkiem, troską, zmartwieniem trzeba się zająć, a nie podtykać pigułki.

20,7 mln opakowań antydepresantów na receptę kupili Polacy w 2020 r. do połowy grudnia. To ponad milion więcej niż rok wcześniej. Jak człowiek ma powód do zmartwienia, to trzeba mu zaradzić i nie nazywać tego „depresją”. Depresja jest wtedy, gdy nie ma powodu do zmartwienia, a nie chce się żyć. Psychiatra wtedy zwykle wypisuje receptę, nawet jeśli człowiek trafia do niego ze zmartwieniami i smutkami związanymi bardziej z życiowymi problemami i konfliktami wewnętrznymi, niż z endogenną postacią choroby. Rozmaite rodzaje przygnębienia, żałoby i smutku oraz wszelkie stany obniżonego nastroju wrzuca się do jednego worka pod nazwą „depresja” i leczy wyłącznie za pomocą tabletek. A przy okazji często psychiatra przepisuje dodatkowo leki na bezsenność czy poprawę apetytu…

Łatwiej łyknąć pigułkę, niż zmienić szkodliwe przyzwyczajenia, zająć się sobą, iść na psychoterapię. WHO prognozuje, że w 2050 r. co druga osoba będzie chora na depresję - ja uważam, że to są prognozy zrobione przez "Big Pharm” — koncerny farmaceutyczne. Pigułka wydaje się cudownym środkiem, ale człowiekiem w cierpieniu trzeba się zainteresować, dowiedzieć się czegoś o jego życiu. Jaki lekarz ma na to czas? Rzadko można spotkać lekarza, który siadałby przy łóżku pacjenta i rozmawiał.

Mamy teraz alarm dotyczący psychiatrii dziecięcej.  Słysząc to, truchleję, bo psychiatria oznacza leczenie farmakologiczne, a jak młody mózg „zawiesi się” na chemii, to nie wiadomo, czy kiedykolwiek wróci do normalnego funkcjonowania. Mózg poddany działaniu chemii traci stopniowo swoje naturalne sprawności, zamiast je rozwijać. To kwestia etycznej odpowiedzialności specjalistów, a także publicznej edukacji dotyczącej tego, skąd biorą się zmartwienia i cierpienia, jak zmieniają się one w psychiczne zaburzenia, a potem stają się chroniczne, prowadząc do psychicznego inwalidztwa.  Sami pacjenci też często myślą, że lepsza jest recepta na cudowny środek, który sam, bez ich udziału, załatwi problemy.

Bez własnego wysiłku nie da się wyjść z doła? Kiedy masz zły nastrój, zmartwienie, kłopot, nie licz na to, że to samo minie. W takiej sytuacji warto wyobrazić sobie, że stoisz na brzegu grzęzawiska, jak się nie ruszysz i nie wyjdziesz na twardą powierzchnię, to się będziesz w tym coraz głębiej zapadać. Dlatego nie zostawaj tam, zrób krok. Skorzystaj ze środków zaradczych. Jednym z nich jest poszukanie wsparcia. Prowadziłam kiedyś w Instytucie Psychiatrii spotkania otwarte dla uzależnionych i ich rodzin, w których uczestniczyło mnóstwo osób z wieloma innymi problemami. Przychodziły też osoby leczące się na depresję, które mówiły o tym, jak cierpią z powodu nieznośnych skutków ubocznych powodowanych przez lekarstwa. Wcale niemało z nich zaczęło stopniowo wprowadzać zmiany w swoim codziennym życiu, ale też w sposobie myślenia, odżywiania i w ogóle w stylu życia — i okazywało się, że wielu udawało się po pewnym czasie całkowicie odstawić antydepresanty. Konstruktywna i pozytywna rozmowa o problemach pomaga znaleźć wyjście i nie tkwić w tych nieszczęściach.  Jednym z ćwiczeń, jakie zadawałam uczestnikom tamtych czwartkowych spotkań było prowadzenie dzienniczka i zapisywanie każdego dnia przed snem trzech rzeczy, które się tego dnia udały, były miłe i przyjemne — np. zjadłam dobry obiad z przyjaciółmi, wnuczek namalował mi laurkę, ktoś fajny zadzwonił itp. Trzeba było to zapisywać, tylko tyle. Wiele osób przyznawało, że sam fakt notowania pozytywnych zdarzeń, sprawiał, że wchodziło to w nawyk. I nagle te osoby — dawniej wiecznie niezadowolone — teraz robiły i przeżywały mnóstwo dobrych rzeczy w swoim życiu.

„Zdrowie psychiczne jako umiejętność” - tak nazwała Pani jeden z rozdziałów swojej książki „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”, tymczasem Polacy nie wiedzą co to jest zdrowie psychiczne.* (*za badaniem kampanii edukacyjnej #NASZAwtymGŁOWA). Co by im Pani konkretnie poradziła w ramach codziennego dbania o zdrowie psychiczne? Wojciech Oczko, lekarz Stefana Batorego, a potem Zygmunta III Wazy, wielki myśliciel, profetyk, humanista, mówił tak: "Nie ma takiej choroby, której by ruch zaszkodził. Nie ma takiego lekarstwa, którego by ruch nie zastąpił.” I ja się z nim zupełnie zgadzam. Pierwszą rzecz, którą należy robić dla zdrowia psychicznego, to dbać o to, żeby mieć odpowiednią dawkę ruchu. To powinno być częścią codziennego dbania o zdrowie. Nieważne czy będziesz biegać, jeździć na rowerze, czy pójdziesz na tańce. Jak najczęściej rezygnuj z auta, komunikacji, windy. Jakakolwiek forma ruchu się liczy.

Jak ruch wpływa na psychikę? To jest działanie logiczne i biologiczne - kiedy się ruszasz, podnosi się tętno, i zwiększa w organizmie zapotrzebowanie na tlen. Jeśli dostarczymy do płuc więcej powietrza, więcej tlenu dociera do mózgu i go odżywia. A dobrze odżywiony mózg produkuje więcej endorfin nazywanych trafnie „hormonami szczęścia”. Wszyscy, którzy biegają, znają fenomen stanu euforycznego, nazywanego runner’s high – euforia biegacza. Ja, kiedy schodzę z kortu po godzinie grania w tenisa, też czuję rodzaj uniesienia – nie tylko dlatego, że tak lubię tenis, ale dlatego, że ruch dostarczył do mojego mózgu zwiększoną porcję tlenu i w moich neuronach mózgowych wystrzeliła szpryca dobrych hormonów. A to w prosty sposób przekłada się na zapał, entuzjazm, chęć śmiechu i działania. Zawsze po takim poranku mam wspaniały dzień. Dzieci, które dużo biegają, bawią się, tarzają po podłodze, głośno się śmieją i są rozradowane. Każdy to może sprawdzić, przekonać się osobiście.

Co jeszcze w codziennym życiu może pozytywnie wpływać na naszą kondycję psychiczną? Drugi człowiek – musi być jednak szczególnym człowiekiem - takim, który pocieszy, rozweseli, wysłucha, pomoże, wesprze. Jeśli masz wokół siebie smutasów, maruderów i malkontentów, ludzi nieszczęśliwych i negatywnych – to raczej nie będą oparciem, lepiej ich unikać. Być może tacy są twoi najbliżsi - rodzice, rodzeństwo. Wówczas lepiej się rozejrzeć i znaleźć kogoś, kto ma pogodne podejście do życia, lubi cię i jest życzliwy. To może być sąsiadka, pani z warzywniaka, koleżanka z pracy - obojętnie kto. Na świecie jest 7,5 miliarda ludzi, na pewno znajdzie się bratnia dusza, która ma dar dodawania nadziei, a nie odbierania jej. I na koniec najlepsza informacja - ani ruch, ani otaczanie się życzliwymi ludźmi, nic nie kosztuje.

Polecamy książkę Ewy Woydyłło „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”.

  1. Psychologia

Depresja - bardzo demokratyczna choroba

Joanna Poremba - prezeska Fundacji Melancholia; Magda Umer - piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, reżyserka, scenarzystka i aktorka; Ewa Pawlik - dziennikarka; Jacek Bończyk - aktor i wokalista;  Agnieszka Glińska - reżyserka teatralna; Joanna Kos-Krauze- reżyserka (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)
Joanna Poremba - prezeska Fundacji Melancholia; Magda Umer - piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, reżyserka, scenarzystka i aktorka; Ewa Pawlik - dziennikarka; Jacek Bończyk - aktor i wokalista; Agnieszka Glińska - reżyserka teatralna; Joanna Kos-Krauze- reżyserka (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia, mówi otwarcie, że długo chorowała na depresję, a dziś, kiedy czuje się lepiej, pragnie dzielić się swoim doświadczeniem z tymi, którzy cierpią lub trwają u boku chorujących. Znane osoby, które opowiedziały swoje historie, również chcą pomóc innym, ale przyznają też, że mówienie głośno o tym, co trudne i bolesne, pomaga ogromnie także im samym.

Co robią dziewczyny, które chcą pomagać światu, bo im także ktoś kiedyś podał pomocną dłoń? Zakładają fundację – niedochodową organizację pożytku publicznego, całkowicie niezależną, po to, aby robić wszystko po swojemu, tak, jak podpowiada im serce. Na stronie internetowej zapisują cel fundacji: wsparcie w szukaniu pomocy i dbaniu o zdrowie psychiczne oraz edukacja społeczna w zakresie szerzenia wiedzy o depresji. Jest początek 2020 roku. Joanna Poremba, prezeska, wymyśla nazwę: Melancholia. Jeszcze nie wiedzą, że za kilka miesięcy wybuchnie pandemia, a liczba doświadczających kryzysu psychicznego wzrastać będzie w zastraszającym tempie.

Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Melancholia - teraz musisz się zatrzymać 

Nazwa, która trafi do KRSu, znajomym kojarzy się z  melancholijnym malarstwem i słynnym filmem Larsa von Triera. Gorąco ją odradzają. – Wbrew pozorom inspirowałam się nie sztuką i kinem, a tytułem głośnej książki wielkiego polskiego psychiatry i filozofa Antoniego Kępińskiego. Chciałam, by nazwa brzmiała podobnie w różnych językach. Pragnęłam, by otwierała furtkę do mówienia o depresji językiem, który nie przytłacza. I chyba się udało. Dla mnie samej melancholia jest stanem, który stanowi rodzaj czerwonego światła: teraz musisz się zatrzymać. Kiedy w nią wpadam, wiem, że moje "ja" domaga się odpoczynku, wyciszenia, mniejszej presji. Że muszę o nie zadbać. Joasia mówi otwarcie, że długo chorowała na depresję, a dziś, kiedy czuje się lepiej, pragnie dzielić się swoim doświadczeniem z tymi, którzy cierpią lub trwają u boku chorujących. To ona, obok zarządzania fundacją, obmyślania kampanii społecznych, współpracy z mediami oraz szeregu innych zajęć, zajmuje się tworzeniem treści na facebookowy profil fundacji – często właśnie o tym, jak zadbać o siebie, jak zapobiegać, a także o tym, jak wspierać. W tym samym czasie Emilia Grabowska, trenerka i koordynatorka projektów, podkreślająca, że jej misją jest praca z młodzieżą, oraz Magdalena Guzik, psychoterapeutka i trenerka, prowadzą działania statutowe fundacji: warsztaty dla szkół, zajęcia dotyczące pracy z emocjami, warsztaty prewencyjno-profilaktyczne. Ja, Julia Wollner, zawodowo zajmująca się pisaniem, biorę się za zbieranie historii, które dają nadzieję. Choruję na depresję od 22 lat i choć jako italianistka opowiadam czytelnikom głównie o pełnej światła kulturze krajów śródziemnomorskich, to doskonale wiem, że tam, gdzie jest słońce, jest też zawsze cień. Ważne, by próbować jednak do słońca wracać.

Julia Wollner (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Julia Wollner (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Moc rozmowy, moc edukacji

O tych powrotach i o swojej walce z cieniem opowiadają Fundacji Melancholia znane osoby, dzielące się doświadczeniami w serii wywiadów zatytułowanych "Historie", publikowanych co miesiąc w internecie. W bardzo osobistych rozmowach pokazują, że depresja obecna jest w każdej warstwie społecznej, bez względu na płeć, wiek, wykształcenie, zawód czy status majątkowy. Że najlepszą formą jej leczenia jest psychoterapia oraz farmakoterapia prowadzona pod okiem doświadczonego lekarza psychiatry. I że w tunelu zawsze jest światło, a najgorszy nawet kryzys kiedyś dobiega końca. Zdanie to powtarzają jak mantrę wszyscy rozmówcy fundacji, pokazując jednocześnie, że wymiana doświadczeń może być realnym wsparciem, dawać siłę, pomagać i pozwalać zrozumieć. Oczywiście jest to trudne, tak jak trudne jest nieustanne babranie się w bebechach, w tym, co w człowieku najbrudniejsze, najtrudniejsze, najboleśniejsze, najdotkliwsze – mówi Agnieszka Glińska, reżyserka teatralna. – Dzielenie się moją własną drogą ma dla mnie jednak fundamentalne znaczenie. Chcę tak wykorzystać swoje indywidualne doświadczenie, aby mogło ono coś otworzyć, komuś pomóc, coś komuś wskazać. W moc rozmowy zespół Melancholii i zaproszeni do kampanii wierzą zresztą bardziej niż w cokolwiek innego – także dlatego, że jest nią przecież sam proces terapeutyczny. Bohaterowie wywiadów chcą pomóc innym, ale przyznają też, że mówienie głośno o tym, co trudne i bolesne, pomaga ogromnie także im samym. Jacek Santorski powiedział mi, że póki się nie otworzę, póki będę swoją chorobę ukrywać, to będę cierpieć 100 razy bardziej – tłumaczy Magda Umer, piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, reżyserka, scenarzystka i aktorka, a aktor i wokalista Jacek Bończyk dodaje: – Ja wychodzę z założenia, że o depresji trzeba mówić, podobnie jak o wszystkich innych chorobach, których się wstydzimy, albo za które się obwiniamy, że nas dotknęły. Może dzięki temu inni przestaną chorujących stygmatyzować. Rozmowa to także edukacja. Wiedza daje potrzebny nam wszystkim spokój i poczucie bezpieczeństwa, a zadawanie pytań jest drogą do zwiększenia społecznej świadomości oraz poznania siebie.

Magda Umer (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Magda Umer (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Wołanie o czułość

Obok rozmowy i edukacji, trzecim elementem leżącym u podstaw działalności Fundacji Melancholia jest troska – okazywana zarówno samemu sobie, jak i innym ludziom. Wiara w to, że każdy z nas winien jest opiekę i czułość tym, których spotyka na swojej drodze, ale także, w równym stopniu, swojemu własnemu “ja”.  W czasie pandemii wydaje się to szczególnie ważne, bo o kryzys psychiczny jest teraz nietrudno. Warto przyglądać się bacznie bliskim, ale także obserwować i słuchać sygnałów, które dają nam nasze własne organizmy. A sygnały te bywają zupełnie nieoczywiste. – Depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, nierzadko daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywoływany często obrazek zmęczonego człowieka pogrążonego w apatii może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz – tłumaczy Joanna, podkreślająca często, że jest tzw. "ekspertką przez doświadczenie", ma bowiem za sobą kilka różnych epizodów choroby. – Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia depresji! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno jego brak, jak i nadmierne łaknienie. Bywa też, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania. Wywiady fundacji pokazują, że ile chorujących, tyle historii: różne są powody, różne początki, różne pierwsze objawy; rozwój choroby też może przebiegać na wiele sposobów. Sporo jest też jednak części wspólnych; wśród nich na pierwszy plan wysuwa się tzw. wysoka wrażliwość. Osoby nią obdarzone odbierają bodźce silniej niż inni; widzą i czują więcej, wchłaniają też nastroje innych. Poza tym powtarzają się pewne elementy biografii i cechy charakteru, jak nadodpowiedzialność i perfekcjonizm; zbieżne są pierwsze symptomy, jak obniżenie samooceny, umniejszanie swoich zasług i pozytywnych cech, pesymizm, bezsenność lub przesypianie prawie całej doby, zaburzenia łaknienia, objawy somatyczne, jak bóle głowy, brzucha czy kręgosłupa, drażliwość, apatia, ale i złość. – W pewnym momencie było ze mną tak źle, że, jak to nazywam, rozlewałam się na podłogę i trzeba mnie było zbierać łyżeczką. Niby pracowałam, bo znajdowałam w teatrze jakiś azyl, ale tworzyłam tam alternatywną rzeczywistość, w której funkcjonowała sztuczna ja – dzielniejsza wersja mnie, skonstruowana na potrzeby pracy z ludźmi. Na wizytę u psychiatry zdecydowałam się, kiedy dołączył do tego jeszcze jeden objaw: ogromne, ciągle tłumione napięcie skutkowało napadami agresji i autoagresji, jak z podręcznikowych opisów histerii. Wciąż miałam wszystko wszystkim za złe, czułam się ciągle spięta. I jednocześnie kompletnie zalękniona, bezsilna, bezbronna, jakby bez skóry – wspomina Agnieszka Glińska. Magda Umer tłumaczy, że gdy napięć i stresów było w jej życiu za wiele, ciało zaczęło po prostu odmawiać posłuszeństwa. Mdlałam, traciłam przytomność, przelewałam się przez ręce, umierałam ze strachu i bałam się wyjść z pokoju… Trafiłam do szpitala, na OIOM, a lekarze nie mogli dojść, co mi jest – czy przeszłam wylew, czy to problemy z sercem. Dziennikarka Ewa Pawlik deklaruje, że objawów było u niej tak wiele, że łatwiej jest opisać, jak widzi siebie, gdy nic jej nie dolega, a zdrowie dopisuje. – Jestem osobą bardzo energetyczną, ciągle gdzieś bywam, jeżdżę, poznaję ludzi, gadam jak katarynka, jestem wszystkiego ciekawa, głodna, wtykam nos, gdzie tylko się da. I nagle, powolutku, staję się coraz bardziej zamknięta, wszystko widzę w czarnych barwach, wypełnia mnie złość. Spotkania, które bardzo lubię, stają się nagle strasznym wysiłkiem i nie dają żadnej przyjemności, przede wszystkim dlatego, że jestem podczas nich nieustannie spięta. Pojawia się lęk sytuacyjny: nie tylko przed rozmową, ale nawet przed wyjściem z domu. Przestaję mieć siłę i odwagę być z ludźmi. Lęk, choć powszechnie nie jest z depresją kojarzony, stanowi jeden z najczęstszych jej objawów, występujących w jakiejś formie u prawie 95% zdiagnozowanych. – Kiedy byłam młodą dziewczyną, Marek Grechuta śpiewał piosenkę do tekstu Witkacego: "Zabij ten lęk". Zupełnie wtedy nie wiedziałam, o co mu chodzi. Później zrozumiałam aż za dobrze – i marzyłam, aby ten lęk zastrzelić – wspomina swoje doświadczenia Magda Umer. To dojmujące poczucie zagrożenia bywa zresztą ratunkiem, bo jest tak dotkliwe, że zmusza do odwiedzenia lekarza. Są jednak osoby, które go nie doświadczają –  jak reżyserka Joanna Kos-Krauze. W jej wypadku nie miały miejsca ani ataki paniki, ani apatia, ani poczucie kruchości czy bezradności. – Istnieje także druga strona depresyjnego medalu – nadaktywność, łapanie się miliona zadań, zagłuszanie emocji, z którymi człowiek nie może sobie poradzić – tłumaczy. – Jako osoba od urodzenia bardzo rzutka i energiczna nie sprawiam na ludziach wrażenia kogoś, komu dzieje się coś niedobrego. Dziś wiem jednak, że mnóstwo rzeczy robię dlatego, że cierpię, a nie chcę się zatrzymać i wsłuchać w to cierpienie.

Depresja - bardzo demokratyczna choroba Depresja - bardzo demokratyczna choroba

Wychodzenie na prostą

Jeśli coś zaniepokoi nas we własnym samopoczuciu lub zachowaniu bliskich, trzeba jak najszybciej sięgnąć po pomoc – nieleczona depresja nie tylko odbiera chęć do życia, ale prowadzić może do śmierci. Aż dziewięć na dziesięć osób dotkniętych chorobą miewa myśli samobójcze. Głośno wypowiedziana prośba o wsparcie skierowana do krewnych czy przyjaciół, wizyta u terapeuty i lekarza psychiatry to najważniejsze gesty troski i czułości, jakie możemy wykonać sami wokół siebie. – Będę to powtarzać do znudzenia: ludzie, terapia i leki! – apeluje Jacek Bończyk, podkreślając, że żałuje okresu, kiedy, jak sam mówi, udawał twardziela, z pokerową twarzą przystępując do różnych zadań. – To dzięki farmakologii i skutecznej terapii wyszedłem na prostą. Czasem łapię się za głowę na samą myśl: ile mi to cierpienie w ciszy i samotności czasu zabrało? Ile ważnych spraw i ludzi uciekło… Zdrowienie jest procesem długim, ale, jak podkreślają rozmówcy Melancholii, łączy się nie tylko z poprawą samopoczucia, ale też satysfakcją. Depresja stanowi rodzaj przebudzenia do prawdy. Nagle widzisz swoje życie bardzo wyraźnie, bez odcieni różu. Musisz uporać się z tym, co sobie przez lata wyhodowałaś, zbudowałaś – mówi Ewa Pawlik, a Magda Umer dodaje: – Walka z tą chorobą jest prawdziwym bohaterstwem, a zwycięstwo daje wielką radość. Agnieszka Glińska porównuje terapię i leczenie do gruntownego remontu domu. – Najpierw zauważasz, że mieszkanie, w którym przebywasz, zupełnie nie jest twoje – ktoś postawił wszystkie ścianki nie tak, jak byś chciała, i dusisz się w tym. Musisz wszystko rozkuć, a w ścianach czeka cię mnóstwo niespodzianek. Potem zaczynasz wyrzucać gruz i to też trwa bardzo długo… Wreszcie zostaje ci wielka, pusta przestrzeń, którą musisz jakoś zaaranżować. Pojawia się więc pytanie: jak się za to zabrać? Jak ma wyglądać moje idealne mieszkanie? Przecież ja nie wiem. Muszę się zdefiniować, ale nie wiem, jak. Czy chcę mieć tu ściankę? Czy ja W OGÓLE chcę mieć ściankę? To jest szukanie i odkrywanie siebie.

Agnieszka Glińska (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia) Agnieszka Glińska (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Jacek Bończyk (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia) Jacek Bończyk (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Czarne diamenty

Depresja jest zaburzeniem bardzo demokratycznym, bo dotknąć może każdego. Gdy kilkanaście lat temu trafiłem do psychiatry z rozpoznaniem choroby, moja pani doktor uświadomiła mi dwie kwestie: po pierwsze, że nie jestem temu winien, a po drugie, że nie jestem w tym w żaden sposób szczególny, bo na depresję chorują miliony ludzi – wspomina Bończyk. WHO zapowiada, że już niebawem hasło "depresja" stanie się najczęściej stawianą diagnozą na świecie. Według NFZ w Polsce przed pandemią koronawirusa chorowało na nią ok. 1 miliona Polaków. Liczba ta obejmowała tylko i wyłącznie osoby pozostające pod opieką lekarzy i, co ważne, leczące się w publicznych ośrodkach – statystyki NFZ nie obejmują sektora prywatnego, są więc znacznie zaniżone. Ile jest chorujących dzisiaj, po niezwykle trudnych miesiącach minionego roku, gdy nadal nie widać szansy powrotu do przedpandemicznej normalności? Tego, zapewne boleśnie, dowiemy się dopiero za jakiś czas; wiemy już, że sprzedaż leków antydepresyjnych wyraźnie wzrosła. Bardzo ważne jest jednak, by pamiętać, że bez względu na estymacje, za każdą liczbą kryje się ludzkie cierpienie, gorzka historia, ale także nadzieja na wyjście z kryzysu. Na logo naszej fundacji nie bez powodu wybrałyśmy czarny diament – przypomina Joanna Poremba. – Stanowi on symbol twardości, niezłomności i wytrwałości. Człowiek dotknięty depresją nie jest bowiem słaby, wręcz przeciwnie – zbyt długo był silny. Głęboko wierzymy, że obdarzony troskliwym wsparciem z zewnątrz zdolny jest do pokonania najgorszego kryzysu. Jak śpiewa Magda Umer, po zimie zawsze wraca wiosna, a po rozpaczy spokój. Wzruszająco opisała to też w rozmowie z nami Joanna Kos-Krauze, mówiąc, że wszyscy cierpimy, na wszystkich nas spadają nieszczęścia, ale wszyscy mamy też cudowny, ogromny dar życia, które jest piękne mimo wszystko, mimo – a może dzięki temu – że nad wieloma jego sferami nie mamy żadnej kontroli. Na szczęście mamy wpływ na nasz stosunek do świata, życia, tych trudności. To nasza jedyna realna władza, z której warto skorzystać. Umiejętności sięgnięcia po nią z całego serca życzymy wszystkim Czytelnikom  nie tylko w lutym – Miesiącu Walki z Depresją, ale także w każdy kolejny dzień.