1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Tajemnice masażu MA-URI

Tajemnice masażu MA-URI

fot.123rf
fot.123rf
Co będziemy masować? Otwarcie się na czułość, pieniądze, zaufanie? Podczas masażu MA-URI dotykamy wewnętrznych blokad, źródeł stresu, wypartych wspomnień. Sączy się polinezyjska muzyka, pachną olejki. Pojawiają się nieoczekiwane odpowiedzi.

Masaż MA-URI nie jest zwykłym, technicznym masażem. Jest to masaż uzdrawiający. Dotyka całokształtu osoby ludzkiej. Wywodzi się z prastarej tradycji masażu świątynnego, wykonywanego przez Kahunów, hawajskich szamanów. Masaż MA-URI polega na wywołaniu tych energii, które pozwolą masowanej osobie uwolnić się od szkodliwych napięć, przekonań, wreszcie chorób. - Nie można się go wyuczyć jak zawodu i traktować jako dochodu bez uwzględnienia zmiany w sobie. To jest nierozdzielne. Trzeba zmienić sposób myślenia, traktowania życia - mówi Anna Zielińska, licencjonowany praktyk masażu MA-URI.

Nauka masażu MA-URI odbywa się na trzech etapach. Podczas warsztatów oprócz tego, że pokazuje się wszystkie układy masażu, aplikuje się też zasady Huny -pięknej i uniwersalnej polinezyjskiej filozofii życia. A także uczy tańców medytacyjnych. To ważny aspekt MA-URI, o którym rzadko się mówi ludziom, którzy przychodzą na masaż, bo to jest prywatne, związane z osobistą ścieżką. Tańce, jak wszystko w MA-URI i Hunie, mają kilka poziomów - fizyczny, emocjonalny, duchowy. Fizycznie przygotowują ciało, aby było sprawne podczas masażu. Żeby nie bolał kręgosłup, biodra odpowiednio się poruszały, żeby ruch był płynny. Masaż wykonuje się na całym ciele, wewnętrzną stroną przedramion i dłońmi, przy użyciu ciepłego olejku. Podczas masażu wykorzystana jest konkretna sekwencja ruchów, układających się w taniec, wykonywany do muzyki polinezyjskiej. - Pierwszy warsztat skończyłam w Polsce. Nauczył mnie szacunku i uznania dla wiedzy nauczyciela. Jedną z zasad Huny jest naśladowanie, w Polinezji nie naucza się z książek. Ucząc się masażu, nie wolno nam robić notatek ani rysunków - mówi Anna Zielińska. - Warsztat skończył się zaliczeniem w Danii, gdzie przez tydzień sprawdzano, które z 12 elementów Huny MA-URI stosujemy podczas masażu. Jednocześnie są to też zasady, które warto stosować w życiu.

Ważną zasadą Huny jest to, żeby być w tu i teraz. - Przestałam żyć wspomnieniami, marzeniami, nie projektuję sobie co będzie za tydzień, czy dwa. Tutaj jest najważniejsze, bo jest - mówi Anna Zielińska. Zatracając się w myślach o przeszłości albo przyszłości, okradamy się z mocy. A moment mocy jest teraz. Zasady Huny płynnie się przenikają, tworzą jedność. Z byciem tu i teraz wiąże się uważność. I kolejna prawidłowość, że energia podąża za uwagą. Istotne są nasze myśli, to na czym się koncentrujemy. Świat jest taki, jaki myślimy, że jest. Jeśli myślisz, że jest zły, taki jest. Jeśli uważasz, że życie jest piękne, nikt ci nie powie, że takie nie jest. Siła kreowania świata jest siłą umysłu i serca. Do tego dochodzi jeszcze nauka, że energia podąża za uwagą. Oznacza, że czemukolwiek poświęcasz uwagę, manifestuje się mocniej. Jeśli skupisz się na czymś, czegoś chcesz - przychodzi jak samospełniająca się przepowiednia, jak dar od Boga.

Licencję praktyka MA-URI dostaje się po drugim poziomie - jest to miesiąc warsztatów MA-URI prowadzonych przez Maorysa Hemiego Foxa, guru Ma-uri w Nowej Zelandii. Na drugim poziomie kandydaci na masażystów uczą się pracy z emocjami klienta, który przychodzi na masaż. Po takim warsztacie są w stanie przepracować ból, sprawy związane z przodkami, problemy w związkach, relacjach, kłopoty z pieniędzmi, pracą. Trzeci poziom dotyczy duchowości. Warsztaty odbywają się w Nowej Zelandii z uwagi na wartość energii tej ziemi. Uczestnicy (około 20 osób, towarzystwo międzynarodowe) mieszkają w maoryskiej wiosce, w świętym domu spotkań, zaraz obok jest cmentarz. To miejsce ma błogosławieństwo, jest uświęcone.

Maorysi czczą przodków, są obecni w ich codziennym życiu. Zdjęcia dziadków i babć wiszą z jakiegoś powodu. W każdym rytuale maoryskim modlisz się do nich: przyjdźcie, bądźcie, pomagajcie. I pomagają. Przede wszystkim w uświadomieniu wzorców rodzinnych, które powtarzamy lub z którymi mamy konflikt. - Po przyjeździe z Nowej Zelandii najtrudniejsze było zaaplikowanie koncepcji świętości w życiu, w którym nie miejsca na rytuały - mówi Anna Zielińska. - Nie modlimy się, nie błogosławimy posiłków. Mówię to w oderwaniu od jakiejkolwiek religii, chodzi mi o intencję, uważność właśnie. Jemy przy laptopie, w biegu. Duchowość w naszym życiu nie istnieje. A to ona, także poprzez rytuały, podnosi nas wyżej.

Świętość jest ważna podczas masażu MA-URI. To nie jest masaż, podczas którego poklepujemy sobie ciało. W MA-URI nie zostają osoby, które nie są w stanie zrozumieć, że to ciało jest święte. A stół jest ołtarzem, na którym dokonuje się przemiana. - My po prostu pomagamy w tych procesach. Ja o nich nie wiem, ja po prostu je czuję. Nie jestem w stanie nimi kierować. Kiedy masuję, jestem w dotyku, nie myślę o swoich sprawach. Jakbym odtwarzała mantrę. Staram się duchowo zestrajać z osobą masowaną - mówi Anna Zielińska. - Koncepcja Huny mówi o tym, że przychodząc na świat, tracimy pamięć innych rzeczywistości. Nie mamy już kompletności wiedzy, jaką mieliśmy po tamtej stronie. Ona się rozprasza, urywa, strzępi. Masaż ma nam pomóc w sięgnięciu do głębi tej pamięci w sobie. Zebraniu tych wszystkich cząstek, posklejaniu ich na nowo. Wierzymy, że w ciele psychofizycznym i duchowym ta wiedza jest. Na tym polega samouzdrawianie, szukanie wiedzy w głębi każdego z nas. Podczas masażu przychodzą myśli, odczucia, emocje. One idą z wewnątrz. W Polinezji duchowość to kolor czarny. Nie jasność, oświecenie, ale sięganie w głąb. Do tego czegoś, co jest w środku. Każdą myśl, emocję należy potraktować z szacunkiem, z wdzięcznością, trzeba się jej przysłuchać, przyjrzeć. Odkryć co za nią stoi.

Huna zakłada, że nie istnieją żadne granice. Ograniczenia stwarzamy sobie sami. Jeśli zaaplikujesz wszystkie zasady Huny, nie znajdziesz się sytuacji życiowej, z którą byś sobie nie poradziła i nie przekłuła ją na wzrost. Nawet w bólu czy złości można szukać lekcji. Przepuścić przez siebie trudne uczucia i szukaj w nich czegoś pozytywnego, czegoś, co cię uczy, rozwija. Trudność polega na wzięciu odpowiedzialności za siebie. Chodzi o to, żeby nie obwiniać pana, który zrobił ci dziurę w pończosze, tylko poszukać w tym zdarzeniu informacji na swój temat. Taka postawa prowadzi nas do kompletności. Tej, z którą się rodzimy, tej której szukamy. Huna uczy, żeby nastawiać się, że spotka cię coś dobrego. Oczekuj cudu a on się wydarzy. Jeśli poświęcisz należytą uwagę chwili obecnej, nie jesteś w stanie czuć się nieszczęśliwa. Tu i teraz nie ma lęków, które cię unieszczęśliwiają. Jest tylko wdech i wydech.

ANNA ZIELIŃSKA, masażysta MA-URI. „Całe życie jestem blisko ludzi: pracując i podróżując. Dotykam ich wzrokiem, myślą, uwagą i wreszcie dłonią. Każdemu napotkanemu człowiekowi chcę powiedzieć: Widzę Cię. Masaż wziął się w moim życiu z podróży. Przemierzyłam cały świat i kiedy nie wiedziałam jaki kierunek obrać, otworzyła się nowa przestrzeń do eksploracji: MA-URI. Wierzę, że ten masaż sięga do głębi naszej duszy i ciała, i oddaje nam naszą wrodzoną mądrość. Wystarczy sięgnąć. Zdobyłam licencję, która uprawnia do wykonywania masażu MA-URI® i Mama MA-URI® na najwyższym dostępnym poziomie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Masaż jivaka na rozluźnienie - odblokuj ciało i emocje

Równoczesne otwarcie ciała i umysłu powoduje wzmożony ruch energii życiowej. Wzrasta percepcja, otwieramy się na bogactwa życia. Dlatego ludzie tak chętnie korzystają z masażu jivaka. (Fot. iStock)
Równoczesne otwarcie ciała i umysłu powoduje wzmożony ruch energii życiowej. Wzrasta percepcja, otwieramy się na bogactwa życia. Dlatego ludzie tak chętnie korzystają z masażu jivaka. (Fot. iStock)
Jak by to było, gdybyś w pełni doświadczała swojego potencjału? Gdyby wszystkie wskazówki – ta pokazująca stan zdrowia i ta od dostatku, i od relacji – przesunęły się w stronę górnej granicy? Zdaniem Gunthera Krügera, założyciela szkoły Jivaki, to jest możliwe.

Zdaniem Gunthera Krügera, założyciela międzynarodowej szkoły „Jivaka – body and mind”, osiągnięcie dobrostanu we wszystkich sferach życia to kwestia zaangażowania. Decyzji. – Bardzo wiele osób żyje poniżej swojego potencjału. Ma to związek z ograniczonym odczuwaniem. Kiedy zamykamy się na nie, wycofujemy, ciało traci witalność. Dlatego tak ważna jest świadoma eksploracja ciała i zmagazynowanej w nim historii. Im bardziej stajesz się jednym z ciałem, tym jesteś zdrowsza, bardziej świadoma, nieustraszona. Zyskujesz dostęp do swojej pełni.

Jak się ma do tego umysł? – Ciało odbija wszystkie wrażenia zgromadzone w umyśle, pozostaje więc z nim w nierozerwalnej więzi – mówi Gunther Krüger i jeszcze raz podkreśla rolę świadomości. Dzięki niej możemy uwolnić się od nieaktualnych informacji, przekonań. – Jak słońce oświetla każdą roślinę, by wzrastała, tak świadomy umysł może oświetlić każdą dziedzinę życia. Każdą ukrytą traumę. Dzieje się to, kiedy pozwalamy sobie na spotkanie z ciałem. Kiedy zaczynamy głęboko odczuwać.

Równoczesne otwarcie ciała i umysłu powoduje wzmożony ruch energii życiowej. Wzrasta percepcja, otwieramy się na bogactwa życia. Dlatego ludzie tak chętnie korzystają z masażu. Czy też z praktyk, które – jak w Jivace – nazywane są body treatment. Po to też przychodzą na warsztaty Jivaki: żeby doświadczyć dotyku. Być bliżej – siebie i innych. Ale też coraz więcej osób chce się uczyć masażu. Dzielić się nim z innymi, niekoniecznie klientami. Zwłaszcza kiedy przekonają się, ile może się wydarzyć podczas takiego bliskiego spotkania. Kiedy uświadomią sobie, że masaż jest jak życie.

Ciało – zbiór informacji o twoim życiu

Warsztaty z Guntherem Krügerem zaczynamy od prostych ćwiczeń. Udajemy stado goryli – po to, żeby rozluźnić się, nawiązać kontakt. Potem rozciąganie. Nie możesz połączyć dłoni na plecach? Wyobraź sobie, że to robisz. W którymś momencie to nastąpi, przecież ciało podąża za umysłem... I jeszcze ćwiczenie energetyczne. Pocieramy dłonie, budzimy w nich energię. Są bramą – za ich pośrednictwem możemy tak wiele przekazać. I otrzymać. Ważne, by były otwarte, świadome. Teraz tymi naenergetyzowanymi dłońmi „myjemy” ciało, dotykając po kolei wszystkich części. – Możesz wybrać, czy włączysz też partie intymne – mówi Gunther Krüger – czy uważasz je za gorsze, wolisz pominąć. Jeśli budzą twoje zakłopotanie, jest teraz okazja, by przekroczyć ten próg. Ciało zawiera wszystkie informacje dotyczące twojego życia. Im większy masz do tego dostęp, tym lepiej. Zaproś wszystko. Całość.

Rozluźnienie

Tajniki systemu, który stworzył ponad 2,5 tysiąca lat temu osobisty lekarz Buddy, Jivaka Kumar Bhaccha, nie są dostępne w żadnej książce. – To wiedza przekazywana z nauczyciela na ucznia. Nie wystarczy technika, kluczowe jest zaufanie. Informacje płyną z serca do serca. O ile pozostanie ono otwarte.

Podczas zabiegu Jivaki pozostajesz ubrana. Najważniejsza jego część to otulanie kocem. Chodzi o zaopiekowanie się drugą osobą. Bo wielu z nas nie dostało wystarczająco opieki... – Leżąc pod kocem, relaksujesz się, niczego nie udajesz. Jak się czujesz z tą prawdą? Masz wybór: zostać, wejść głębiej albo powiedzieć „dość”. Zamknąć się, uciec od sytuacji, od ludzi. I tak nie uciekniesz od siebie...

Poddając się masażowi, poddajemy się życiu. Zamykamy oczy, rezygnujemy z kontroli. Dlatego ważne jest, by nie odrywać rąk od masowanego. – Nie wiemy, co przyniesie życie – mówi Krüger. – Ale wciąż pozostajemy z nim w kontakcie. Gotowi na zmiany. Można się im, oczywiście, opierać. Ale po jakimś czasie zmiana i tak przyjdzie.

Czasem życie przynosi ból. Nie zawsze go ujawniamy. Chcemy być dzielni (grzeczni?), pilnujemy się, żeby nawet nie syknąć. – Ja też zatrzymywałem ból, tak byłem nauczony. Nie jest łatwo zmieniać takie rzeczy. To znów kwestia wyboru. Jeśli nie wyrażasz bólu, nie będziesz też wyrażać ekstazy. Wszystkie te uczucia kumulują się, w końcu całe życie staje się ściśnięte – tłumaczy Krüger. I przyznaje, że niektórzy mają bardzo wysoki próg bólu, są na niego uodpornieni. – Doświadczyli czegoś trudnego, wycofali się. Żelazny płaszcz chroni przed przykrymi wydarzeniami, ale też nie dopuszcza innych.

Najboleśniejsze miejsca w ciele (czyli te najbardziej zablokowane) można poznać po tym, że mają twardszą tkankę, inną temperaturę. Warto zostać tam dłużej. Gdzie dotyk, tam świadomość. Oczywiście, może to obudzić historię ukrytą w tym miejscu.

Wyparte emocje

Wiele historii gromadzimy w nogach. I to od nich rozpoczyna się zabieg Jivaki. Bo wszystko zaczyna rosnąć od ziemi, a nogi to korzenie. Praca z nimi daje poczucie stabilności, ugruntowania. Jeśli twoje fundamenty są słabe, brakuje ci wewnętrznej siły, poczucia bezpieczeństwa. – Osoby ze słabymi nogami dużo mówią, dużo myślą. Żyją fantazjami. Ich energia kumuluje się w górnych partiach ciała, w głowie. Przypominają drzewo o rozrośniętej koronie i słabych korzeniach. Łatwo je złamać. Narażone są na różnego rodzaju problemy mentalne, poczynając od neurozy – twierdzi Gunther Krüger. I proponuje ćwiczenie (patrz: na dole). Jeśli rozpoznajesz się w tym opisie, wypróbuj je! Będziesz musiała pokłonić się ziemi, może ci się to nie spodoba... Praca z ciałem ożywia wyparte emocje. – Niektóre kawałki wyglądają pięknie, inne brzydko. Nie chcesz zatruwać nimi świata. Co zrobisz? Schowasz je, odetniesz? Spróbujesz zaakceptować? – bada Gunther Krüger.

Wypuszczając z siebie emocje, nie zatruwasz świata – pozwalasz, by to, co zalega, poszło sobie. Pójdzie, jeśli będziesz głęboko oddychać.

Czasem jednak oddech nie wystarczy. Zwłaszcza że masaż daje poczucie bliskości, której niejednokrotnie nie doświadczamy nawet z domownikami. – Im głębsze doświadczenie staje się naszym udziałem, tym większe prawdopodobieństwo, że pojawią się silne uczucia, projekcje. Po dwóch godzinach dzielenia się mocnymi przeżyciami dobrze zrobić coś, by odzyskać wolność – podpowiada Krüger. Dlatego lubi mieć przy sobie pudełko z ryżem – żeby rzucić garść czy choćby kilka ziarnek w przestrzeń. Symbolizują brak przywiązań i dobre intencje. – Dajemy to w wyobraźni wszystkim, którzy gotowi są skorzystać z takiego prezentu. Co za ulga!

Nawyk wybierania piękna

Drugi dzień warsztatów. Siedzimy w dwóch szeregach, twarzami do siebie. Patrząc w oczy osobie z naprzeciwka, zwracamy się do niej słowami: „Piękno, które widzę w tobie...”. I tak przez minutę: jedna osoba mówi, druga tylko słucha. Potem zamiana ról. A potem par. Energia wyraźnie wzrasta. Po początkowym skrępowaniu zaczynają napływać, gdzieś z głębi, dobre słowa. Trzymamy się za ręce. I nagle trzeba się rozstać... Jak w życiu. – To było niespodziewane śniadanie mentalne. Nie kupicie go w żadnym sklepie. Czy często mówimy sobie takie rzeczy? Czy potrafimy patrzeć na innych w ten sposób? – pyta Gunther Krüger. – Skierowałem was bezpośrednio do mandali piękna. Mówiąc: „Piękno, które widzę w tobie”, otwieram się na inną rzeczywistość. Czy oznacza to, że zaszła zmiana rzeczywistości absolutnej? Nie. Ale jej kawałka na pewno. Jeśli mam wybór między pięknem a beznadzieją, wybieram piękno. Jeśli akurat nie masz wyboru, po prostu obserwuj.

Kiedy przykrywa kogoś kocem, mówi: „Żeby ci było przyjemnie”. Nie: „Żeby nie było zimno”... Na tym polega przejmowanie władzy nad rzeczywistością poprzez słowa. Podobnie rzecz się ma z myślami. Dlatego tak ważna jest uważność. Dyscyplina pozwalająca zmieniać nawyki.

Ból niesie informację

Czasem ludzie tak mocno wycofują się do jakiejś rzeczywistości, że przypominają pusty dom. Trzeba popukać w klatkę piersiową, żeby wrócili do siebie. Można tak własną klatkę opukać: jest tam ktoś? Gunther Krüger podkreśla, że masażysta zna różne triki, ale często działa intuicyjnie. Dlatego – choć na zajęciach rysujemy sobie kreski na łydkach, by łatwiej było odnaleźć linie energetyczne – przyjmujemy, że ciało pozostanie tajemnicą. – Ja pytam ciała. Moje ręce stają się ciepłe, odczuwam prawdziwą miłość w sercu. Ludzie potrafią otworzyć się nagle, nawet jeśli przeszli przez piekło. Ważne, żeby przestać odcinać to, co się nam nie podoba. W sobie i w innych. Przestać walczyć. Jestem taki – w porządku, jesteś taka – w porządku. To wymaga odwagi – mówi prowadzący.

Nie wierzy książkom ze szczegółowymi analizami dolegliwości, opisami przyczyn, interpretacjami. Zaleca coś przeciwnego: wejść w kontakt z problemem, z bolesnym miejscem. – Jeśli pojawia się ból, znaczy to, że ktoś w środku woła „Hej, zaopiekuj się mną!”. Lekarz może pomóc ci się odciąć... Tymczasem prawdopodobnie właśnie tego potrzebujesz – bólu. Kiedy dajesz mu uwagę, zaczyna pulsować. Żyć. Przestaje być problemem albo się zmienia. Otwierając się na ból, kontaktujesz się z jego przyczyną. Co nie znaczy, że masz ją zgłębiać. Po co? Niektórzy ludzie tracą całe lata na psychoanalizę, rozgrzebywanie dawnych historii. I pozostają przy starych nawykach – stwierdza Krüger.

Inna rzecz, że kiedy masuje twarz, potrafi rozpoznać (choćby po zmarszczkach na czole), czy ktoś ma skłonność do martwienia się, rozmyślania, złości... Bo każdy stan umysłu ma swoją minę. – Jeśli wciąż oglądamy ten sam rodzaj filmów, nasza twarz przyjmie określony wyraz, w zależności od preferowanego gatunku. Melodramat, sensacja, porno... – mówi.

Na szczęście działa to w obie strony. – Skoro stan umysłu ma wpływ na materię, logiczne jest, że poprzez pracę z materią możemy ten proces odwrócić. Wyobraź sobie kogoś, kto złości się z rozluźnionym karkiem. Niemożliwe, prawda? Jeśli więc uda ci się rozluźnić kark zdenerwowanej osoby, zmienisz błyskawicznie jej stan umysłu – twierdzi. Inne strategiczne obszary? Żuchwa, broda. Ta pierwsza ma mięśnie tak silne, że potrafią zatrzymać każdy ruch w ciele. Druga pozwala kontrolować łzy, więc często ją zaciskamy. – Rozluźnienie tych mięśni podczas masażu przypomina uchylenie pokrywki czajnika z wrzątkiem. To ryzykowne. Ale bez rozluźnienia nie ma rozwoju – stwierdza Krüger.

Przekraczanie „słabości”

„Wakacje, wakacje, wakacje” – mówi Krüger po polsku, podczas gdy wymieniamy się w parach masażem. Po dobrym zabiegu powinien pojawić się spokój w umyśle (mamy więcej elementu ziemi). Po przyjemnym masażu czujemy się bardziej otwarci. Ale ciało uchyla się powoli, jak róża. Ważne, by niczego nie wymuszać, nie przyspieszać. Raczej cieszyć się każdym dotykiem, poruszeniem, myślą. I nie brać niczego osobiście. Bo masowany może poczuć wściekłość, miłość... – Spotkanie z człowiekiem, który jest w pełni obecny, to prawdziwy dar. To dlatego ludzie tak lgną do lamów. To też powód, dla którego to robię – przyznaje Gunther Krüger.

A inni? Dlaczego chcą to robić? Z czym zostają? Ktoś ponownie zaufał dotykowi. Ktoś odkrył, że można wylać morze łez i być silniejszym. Że odczuwanie nawet najtrudniejszych emocji jest bezpieczne. Ktoś przekroczył poczucie bezsilności, znalazł nowy kierunek. Czujemy, jak pogłębia się nasz oddech, czyli umiejętność doświadczania. Jak bardzo pulsuje w nas życie.

Najlepsze ćwiczenie na świecie (według Gunthera Krügera)

Dlaczego najlepsze? Bo pozwala zachować elastyczność ciała i umysłu. Uwolnić emocje. Łagodzi ból kolan i pleców. Wzmacnia nogi. Daje ugruntowanie, większą żywotność. Świadomość ciała i oddechu, wewnętrznych i zewnętrznych okoliczności. Możesz wykonywać je niezależnie od wieku i stanu zdrowia. Sama wybierasz tempo i liczbę powtórzeń.

Jak je wykonywać? Klękasz na podłodze, po czym siadasz na piętach i skłaniasz głowę do ziemi. Wstajesz i powtarzasz całą sekwencję, najlepiej wielokrotnie. – Ukłon to hołd składany ziemi, akt poddania. Oddajemy naszą sztywność, nasze ja. Może pojawić się złość – uprzedza Gunther Krüger. Ważne, żeby pokłonowi towarzyszył wydech – to pozwala wyjść poza gniew, nawyki mentalne. Stworzyć coś nowego.

Powyższe ćwiczenie w wykonaniu G. Krügera możesz zobaczyć też na YouTube.

Gunther Krüger założyciel międzynarodowej szkoły „Jivaka – body and mind”, wieloletni praktyk metody. Prowadzi kursy przygotowujące do praktykowania masażu Jivaka. 

  1. Psychologia

Kobiety często utożsamiają swoje ciało z wyglądem

Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiadomo, że nasza kultura uprzedmiotawia kobiety. Ale żebyśmy same to sobie robiły? A robimy! Przynajmniej część z nas na hasło: „ciało” odpowiada: „wygląd”. Obraz w lustrze przesłania nam to, co dzięki ciału przeżywamy.

Nie wiedziałam, że bywa z nami tak źle, aż do niedawnych warsztatów, na których przyglądałyśmy się temu, jak to jest być kobietą i czy można nią być inaczej. W zamierzeniach miałyśmy wyjść poza stereotypy i dać sobie prawo do własnego sposobu istnienia. I dać takie prawo innym kobietom. Wszystko szło dobrze, aż w pewnym momencie zaproponowałam rozmowę o ciele. Grupa już nieźle się znała, więc taki osobisty temat nie wydał mi się za trudny. Uczestniczki dobrały się w pary i każda z nich przez kilka minut mówiła o swoim ciele. Mogła mówić wszystko, co przyjdzie jej do głowy. I wszystkim przyszło do głowy to samo! Wygląd i jego odstępstwa od ideału.

Kobiety opowiadały sobie o tym, co im się nie podoba w ich ciele, co ukrywają, a z czego są zadowolone i jak to zmieniało się w czasie. A potem usiadłyśmy w kręgu i dzieliłyśmy się tym, co wydarzyło się w parach. Jedne narzekały na zbyt mały biust, inne z kolei na zbyt duży, szczególnie w wieku dojrzewania było to dotkliwe. Jedne jako nastolatki były zbyt chude, inne zbyt grube, jedne mają za proste włosy, innym bez sensu się kręcą, bo rzadko jest tak, żeby było dobrze. We wszystkich parach okazało się, że z wiekiem nasze niedoskonałości są mniej dolegliwe, jakoś udaje nam się z nimi pogodzić, co było optymistycznym akcentem w tej lawinie zarzutów i zażaleń pod adresem ciała. No i tyle.

Niemożliwe, myślałam, słuchając tych relacji ze spotkań w parach. Przecież któraś musiała powiedzieć o tym, jak ciało jej służy, że lubi swoją sprawność, że lubi dotyk, że lubi zmęczenie po wysiłku, no takie normalne sprawy i drobne przyjemności płynące z ciała. Czekałam, że któraś powie o tym, że ma do ciała zaufanie albo że sprawia jej ono problemy i to ją martwi albo złości. A tu nic. Jakby ciało było ciałem obcym, na które patrzymy z zewnątrz. Przedmiotem, który spełnia jakieś wymogi estetyczne albo nie, a nie nami.

To jak to jest? To po cholerę nam to ciało? Żeby wyglądać? Nic dziwnego, że mamy kompleksy i trudno nam lubić siebie, bo przecież ciała nie są doskonałe. Może nawet nie po to są, żeby były? W intymnych rozmowach w parach kobiety przyjęły perspektywę obserwatorek – nie wzięły pod uwagę własnych doznań, jakby one były nieistotne. Ważne jest dla nas to, co widać – ciało jako przedmiot prezentacji. Ani słowa o naszej sile, sprawności, zdrowiu, wytrzymałości, zdolności działania. Ani słowa o radości z ruchu, jedzenia, seksu. Czyżbyśmy tego nie doświadczały?

– I to już? – zapytałam bezradnie, gdy ostatnia osoba skończyła mówić.

– Niczego wam tu nie brakuje?

Dziewczyny patrzyły zdziwione.

I co im miałam powiedzieć?

– A gdybyście były mężczyznami? Wyobraźcie sobie, co wtedy byście mówiły o swoim ciele.

Tą sytuacją kobiety nieźle się bawią. Rozsiadły się swobodnie, poklepują po brzuchach i udach, są rozluźnione i zadowolone.

– Lubię swój duży brzuch – mówi jedna.

– Każdy ptaszek ma swój daszek – dopowiada druga i grupa wybucha śmiechem.

Jeden za drugim padają żarty, z których wynika, że mężczyźni akceptują swoje ciała i są z nich zadowoleni.

– I to już? – znów zapytałam bezradnie, gdy żarty ucichły.

Zapadła cisza.

– No pewnie oni też mają kompleksy, na przykład jak są za niscy – zastanawia się jedna.

– Albo jak mają odstające uszy – dopowiada druga.

Patrzą na mnie wyczekująco, czy uznam to za prawidłową odpowiedź. I po co ja im zaproponowałam tę rozmowę o ciele? To miał być tylko krótki przerywnik pozwalający zbliżyć się do siebie samych i siebie nawzajem, a teraz muszę w to brnąć dalej i nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, bo te kobiety zdają się być bezcielesne!

– A jeśli ci mężczyźni uprawiają jakiś sport, to powiedzieliby o tym w takich rozmowach?

– No! Chwaliliby się swoimi osiągnięciami!

– A myślicie, że oni lubią grać w piłkę czy w tenisa? Że lubią swoją siłę i sprawność? Że lubią się zmęczyć? Że lubią prysznic po treningu i napić się wody i...

– Chyba tak – przerywa mi któraś.

– A wy nie?

– Ja lubię się ruszać – mówi jedna. – I lubię się zmęczyć.

– Ja lubię tańczyć – dołącza druga.

Uff! A jednak mają ciało, dzięki któremu czują, a nie tylko wyglądają! Szybko okazuje się, że lubią się przeciągać i pić kawę, że lubią ćwiczyć, że lubią swoją sprawność, lubią dotyk, cierpią, gdy są chore, okazuje się, że lubią jeździć na rowerze, umieją stać na głowie lub zrobić szpagat i są z tego dumne. W końcu otworzyły wielki worek z doznaniami, których doświadczamy dzięki ciału.

– A seks? Też bywa źródłem przyjemności? – drążę dalej, bo ciągle mi mało.

Konsternacja.

– Ja już nie pamiętam, jak to jest – mówi w końcu jedna, inne też ledwie pamiętają, tylko niektóre przytakują, że seks może być źródłem rozkoszy.

Ach! Wpuścić tu Joannę Keszkę z jej zestawem wibratorów i innych gadżetów dla kobiet! Znacie jej książkę „Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie”? Warto przeczytać. Od dawna podziwiam odwagę autorki. Mówi otwarcie o kobiecej seksualności. O tym, że mamy prawo do orgazmu! Niby wszystkie o tym wiemy, ale jak cieszyć się seksem, gdy najważniejszy jest wygląd i to, co pomyślą o nas inni? Chętnie bym zawołała za Joanną Keszką: „Drogie siostry, pora uwolnić swój orgazmiczny potencjał!”. Albo przytoczyła jej złotą myśl, jedną z wielu równie zabawnych: „Mam wibrator i nie zawaham się go użyć!”. Ale trochę się wstydzę, bo przecież jestem kobietą. I nie wiem, co pomyślałyby o mnie uczestniczki? O matko! Ta grupa wpędza mnie w stereotypy, z których miałyśmy się przecież wyzwalać!

Włączam muzykę i proponuję taniec Afrodyty. Na początku jest nieco sztywno, ale potem…

Dziewczyny czują radość z kontaktu z ciałem. Mówią o tym, za co są mu wdzięczne. Doceniają, jak świetnie im służy. I może to jest w ciele najważniejsze?

– A wygląd? – pytam jeszcze dla porządku.

– Chrzanić wygląd! – wykrzykuje jedna, a inne podchwytują bojowy okrzyk.

Artykuł archiwalny

  1. Psychologia

Uzdrawianie Theta - skuteczne usuwanie blokad

Tetha Healing pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Dzięki tej metodzie możemy odnajdywać stare, niesłużące nam wzorce i zastępować je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. (Fot. Getty Images)
Tetha Healing pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Dzięki tej metodzie możemy odnajdywać stare, niesłużące nam wzorce i zastępować je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czasem zapisany w podświadomości, stary i już nieaktualny program przeszkadza w osiągnięciu szczęścia. Trzeba go znaleźć i zastąpić nowym – takim, który pozwoli wreszcie iść dalej.

Mam dość błąkania się po zawiłych ścieżkach miłości. Jestem zmęczona tym, że każda prowadzi w ślepy zaułek. Pora to zmienić! Ale jak? Zaczęłam szukać narzędzi. I znalazłam: Theta Healing, czyli alchemia duszy. Eksploracja podświadomości i uzdrawianie zapisanych w niej programów. Dzięki wprowadzeniu umysłu w odpowiedni stan można zajrzeć tam, gdzie nie sięga myśl. Zajrzeć i poszukać barier, które stoją na drodze do szczęścia. Bo coś musi się kryć w mroku mojej podświadomości. Coś, co wiąże mi ręce i nie pozwala dojść tam, gdzie bardzo bym chciała.

Jak komputer

– To prawda, w podświadomości mamy pozapisywane różnego rodzaju programy, które blokują nasze działanie – mówi Anita Putkiewicz, coach i certyfikowana terapeutka Theta Healing. – Działają one jak programy w komputerze: raz zapisane, same nie znikną. Większość z nich została wgrana w dzieciństwie, wskutek absorbowania informacji z otoczenia. Czasami te programy są proste: dyktują, że nie jesteśmy warci miłości, i tak też się czujemy. Innym razem są dualne: człowiek sądzi, że jest mądry, ale podświadomie się obawia, że jest inaczej.

To, co zostało wgrane w dzieciństwie, bywa wynikiem stosunków panujących w rodzinie, ale też wielopokoleniowego przekazu przodków. Miewa realne podstawy, ale bywa też irracjonalne. Możemy mieć wgrany program „nikt mnie nie pokocha”, ponieważ któreś z rodziców naprawdę nas opuściło. Ale czasami dziecko ze swojej perspektywy przeinacza to, co się wydarzyło.

– Pracowałam z klientką, która nie umiała wejść w bliskie relacje. Kiedy zajrzałyśmy do jej podświadomości, znalazłam program bycia odrzuconą. Ale wchodząc jeszcze głębiej, odkryłyśmy, że ten program zaczął się od tego, że ojciec nie wziął jej na ręce, gdy jako dziewczynka płakała i bardzo chciała być przytulona. Być może był wtedy czymś zajęty. Może nie zrozumiał sygnału ze strony maleńkiej córeczki. Dla niego to nie było nic wielkiego, a dla niej skaza na całe życie. A że rzeczywistość odzwierciedla nasze głębokie przekonania, jej kolejne związki niosły zawsze element odrzucenia, bo albo wybierała partnerów niegotowych na relację, albo takich, którzy mieli taki sam program bycia odrzuconym. A wtedy dwie osoby wzajemnie potwierdzają sobie swoją prawdę o świecie, czyli że nie zasługują na miłość – opowiada terapeutka. Ta opowieść sprawia, że podnoszę czujnie głowę. W końcu przychodzę z podobnym problemem. – Udało się tej dziewczynie? – pytam. – Udało – uśmiecha się Anita Putkiewicz. A więc jest dla mnie nadzieja…

Powiedz mi, ciało

Zanim zaczniemy terapię, pani Anita chce dowiedzieć się o mnie czegoś więcej. Nie, nie za pomocą zwykłych pytań i odpowiedzi. Takie odpytywanie skończyłoby się tylko tym, że powiedziałabym to, w co wierzę, co sądzę i co mi się wydaje – a nie to, co naprawdę noszę głęboko w sercu. Bo do tej wiedzy często ze świadomego poziomu nie mamy dojścia. Pierwszy dialog terapeutki i mojego serca odbył się za pomocą ciała. Ciało nie kłamie. Rozmowę z nim umożliwia tzw. test mięśniowy. – Gdy odpowiedź na zadawane pytanie brzmi „tak”, ciało samoistnie wychyla się do przodu. Przy odpowiedzi „nie” wychyli się do tyłu, lekko, choć wyraźnie – wyjaśnia Anita Putkiewicz.

Poinstruowana staję więc twarzą w kierunku północnym, przyjmuję rozluźnioną pozycję, oddycham głęboko, opuszczam luźno ramiona, zamykam oczy. Sprawdzimy, czy ciało jest gotowe do dialogu – pod dyktando pani Anity poprosiłam: „moje ciało, pokaż mi »tak«”. Przez ułamek sekundy nic się nie działo, a potem… poczułam, jak całe ciało, niezależnie od mojej woli, wychyla się w przód! Kolej więc na pytania. Moje ciało było pytane o to, czy siebie kocham i akceptuję, czy uważam się za kogoś mądrego, czy zasługuję na miłość i czy się jej nie boję. Wiele ważnych pytań – i wiele zaskakujących odpowiedzi. Okazało się, że na niektóre pytania moje ciało odpowiadało inaczej, niż zrobiłaby to moja głowa. Świadomość dyktowała mi, że jestem mądra, godna miłości i że jej pragnę. Ciało zaprzeczało: nie akceptuję siebie, mam wiele zastrzeżeń i boję się uczucia. Już widzę, że będzie nad czym pracować…

Umysł na czubku wszechświata

Po teście mięśniowym jeszcze przez kilka minut rozmawiamy – o moich problemach emocjonalnych, relacji z ojcem i matką, wspomnieniach z dzieciństwa. I Anita Putkiewicz już wie, gdzie szukać przyczyn mojego rozchwiania. – Zwykle ludzie mają cały wachlarz tematów, z którymi chcą pracować, na jednej sesji zwykle skupiamy się na jednej rzeczy. Ale nigdy nic nie wiadomo: czasem się okazuje, że kilka problemów ma wspólne podłoże i usunięcie przyczyn jednego automatycznie powoduje rozwiązanie pozostałych – mówi. – Nad czym pani chce dziś pracować?

Zastanawiam się. – Może nad tym, żebym przestała wybierać partnerów, którzy są z jakiegoś powodu niedostępni, czy to fizycznie, czy emocjonalnie – mówię. Pani Anita kiwa głową. Teraz mam wygodnie usiąść, zamknąć oczy, znów zrelaksować ciało i umysł. Trwa to chwilę, bo myśli biegną jak szalone, coś się przecież dzieje… Ale w końcu jestem gotowa. Pora na wejście w stan theta – w którym umysł łączy się z głębokimi emocjami, odsłania stare wzorce i swe tajemnice. Anita Putkiewicz już jest w stanie theta, dlatego łatwiej jej wprowadzić w niego klienta. Warto się tego nauczyć – nie tylko dla powodzenia obecnej sesji. Kiedy posiądę umiejętność wchodzenia w stan theta, będę to mogła robić również w domu, i przyglądać się sobie. Zaczynamy! Terapeutka mówi: – Proszę zamknąć oczy i przenieść świadomość w okolicę serca. Teraz proszę sobie wyobrazić, że z samego środka ziemi podpływa pod pani stopy energia, która łagodną strugą wlewa się w pani ciało, napełniając wszystkie komórki spokojem, poczuciem bezpieczeństwa i pewności siebie.

Wizualizuję to sobie. Trochę z wysiłkiem, bo moja wyobraźnia potrzebuje treningu, ale w końcu się udaje. Potem mam sobie wyobrazić, jak energia, której jest już bardzo dużo, wypływa przez czubek mojej głowy, tworząc wielką świetlistą kulę. Mieszczę się w niej! Wznosimy się coraz wyżej. Terapeutka opisuje kolejne poziomy świadomości, które mijam, zamknięta w swej kuli energii. Jest ich siedem. W końcu docieram do ostatniego – jest tu dobrze i bezpiecznie, a ja staję się jednością z energią. Spokój, relaks, błogość… Czuję się doskonale. Podczas gdy napawam się tym relaksem, terapeutka zaczyna ćwiczenie: wysyła do mojego Wewnętrznego Dziecka miłość i zaczyna leczenie złamanej duszy. Prosi o moją zgodę. Wyrażam ją. Czy muszę coś robić? Nie, na razie mam się tylko relaksować. Na długą chwilę zapada cisza. Niby nic się nie dzieje – ale mój stan relaksu się pogłębia, czuję się… jak w domu. Pani Anita wyjaśnia, że potrzebuję uzdrawiania z perspektywy źródła, uwolnienia od błędnych przekonań i wyobrażeń. Dodaje też, że nie może wprowadzić żadnego programu bez mojej aprobaty. Każde kolejne ćwiczenie czy wizualizację zaczyna od pytania, czy się na to zgadzam.

Emocjonalna huśtawka

Pierwsze zadanie: mam sobie wyobrazić, że znajduję idealnego partnera, takiego, jakiego bym chciała, i pytanie – co by się wtedy stało najgorszego? Dzięki temu, że umysł jest w stanie theta, mam szansę zobaczyć swój prawdziwy strach. Wizualizuję więc mężczyznę swoich marzeń. Zakochuję się w nim, on we mnie. A wtedy… Widzę oczyma duszy, że on się do mnie wprowadza, zajmuje kanapę, przejmuje pilota, oczekuje, że będę gotować i robić herbatkę. Zaczyna zagarniać moją przestrzeń i oczekiwać, że będę się krzątać wokół niego! Nie czuję wsparcia, jakie on mi daje – widzę tylko oczekiwania, żądania, roszczenia. Zaczyna mi się błąkać po głowie myśl: „życie jest ciężkie, a tu trzeba jeszcze faceta za sobą ciągnąć”. Mówię o tym. – To jeden z pani programów – wyjaśnia Anita Putkiewicz. – Czy wie pani, skąd się wziął? Domyślam się. Moja mama powtarzała, że cały ciężar życia spoczywa na barkach kobiety. A mężczyzna to nie pomoc, tylko dodatkowe obciążenie. Czy ja tak uważam? Nie. A przynajmniej nie chcę tak uważać. Okazuje się jednak, że mam w tle program, który prezentuje właśnie taką wersję rzeczywistości. Terapeutka za moją zgodą wprowadza nowy program: już wiem i czuję, jak to jest mieć partnera, który jest pomocny, jest moim wsparciem, a nie obciążeniem. Drążymy dalej. – Dlaczego wybiera pani partnerów, którzy są niedostępni? – pada pytanie. Odpowiedź, jaka mi się nasuwa: „bo sobie z tym poradzę”. Terapeutka więc pyta: – A dlaczego chce sobie pani z tym radzić? Odpowiedzi mam szukać we wnętrzu. Szukam więc. I… widzę! Gdybym znalazła partnera bez wad, dojrzałego, gotowego na związek, a wraz z nim dojrzałą miłość, byłoby… za mało emocji. Bez tej huśtawki emocjonalnej byłoby nudno i rutynowo. Szukam więc ekscytacji, adrenaliny, przeżyć. Ale już mnie to męczy. Już tego nie chcę. Terapeutka jednak drąży dalej: – Gdyby znalazła pani mądrego faceta, gotowego na dojrzały związek, co by się najgorszego mogło stać z panią i pani życiem?

Ale zanim poszukam, terapeutka wprowadza mi nowy program, pozwalający znajdować ekscytację także w dojrzałym związku, w którym oboje partnerzy realizują się tak, jak pragną, i umieją wyrażać potrzeby i uczucia z zachowaniem wolnej woli i swoich praw. Czy w nowe rejony prowadzi mnie jej głos? Nie, on tylko pomaga. Prowadzi mnie moja własna, wewnętrzna wizja.

Sama na to pozwalam

Rozmawiamy dalej. W pewnym momencie Anita Putkiewicz mówi: – Czuję, że powinnyśmy popracować nad granicami i umiejętnością ich stawiania. A ja… doznaję olśnienia. To właśnie to! Korzeń i źródło mojego lęku. Potrafię zauważać i respektować granice innych, ale nie umiem szanować własnych. Widzę to bardzo wyraźnie, jak na dłoni. Związki, w które wchodziłam, kończyły się dla mnie uczuciem wykorzystania. Tak jakbym była gotowa dać dużo, ale druga strona i tak wzięła więcej, niżbym chciała. Widzę moje stare założenie: wchodząc w relację, trzeba mieć otwartość i gotowość na zmiany; gotowość, by się w życiu przesunąć i zrobić miejsce drugiej osobie. A druga osoba weźmie tyle, ile trzeba – i spotkamy się pośrodku. Zawsze ufałam, że kiedy powiem „masz i bierz” – on weźmie dokładnie tyle, ile trzeba. Mężczyźni tego jednak nie czuli. Brali więc i brali – a ja nie mówiłam „stop”. Wierzyłam wciąż, że nie wezmą więcej, niż jestem w stanie dać. Tylko skąd mieli wiedzieć, kiedy przekraczają moje granice, skoro ja tego nie sygnalizowałam? Byłam za bardzo elastyczna. Kiedy powiedziałam o tym terapeutce, wprowadziła nowy program: jak być w bliskiej i ciepłej relacji bez bycia pochłoniętą przez drugą stronę, mieć intymność, ale zachować też swoją przestrzeń i wolność – i dać to samo drugiej stronie. I znów mam wyobrazić sobie związek. Co widzę?

Fajnego faceta, który jest otwarty na nową mnie. Jest silny i ciepły. Istotny jest dla niego kontakt fizyczny, dużo i często dotykamy się na co dzień. Jestem dla niego ważna, pokazuje mi to, układając własne życie. Jest między nami to, co trzeba, nie za mało, nie za dużo. Harmonia aktywności i bierności. Potrafimy komunikować się jasno i z wdziękiem. Czuję się bezpieczna. Wyobrażam sobie nas za tydzień, po dwóch tygodniach, po miesiącu, roku, po kilku latach. – Co pani czuje? Czy pojawiają się jakieś lęki? – pyta Anita Putkiewicz. Lęki? Nie. Jestem zachwycona! Czy obawiam się, że utracę niezależność? Już nie. Czuję, że umiem kochać, ale też obronić siebie.

Niech nowe pracuje

Kończymy sesję radosną, jasną i barwną wizualizacją mojego przyszłego szczęścia. Odniosłam mały sukces: nazwałam mój problem. Być może jeden z wielu, ale od czegoś trzeba zacząć. Ania Putkiewicz mówi: – Proszę teraz obserwować swoje życie, uczucia, myśli i nastawienie do mężczyzn. Powinna pani zauważyć pierwsze zmiany. Nowe już będzie pracowało.

I rzeczywiście, pracuje: może nie znalazłam w cudowny sposób miłości w ciągu dwóch tygodni, jednak jest różnica. Inaczej myślę o relacjach – czuję i wiem, że mogę i potrafię stworzyć związek pełen bezpieczeństwa, pasji, przywiązania i ciepła. Związek dobry też dla mnie, w którym dbamy o siebie nawzajem i w którym będę się codziennie na nowo zakochiwać w moim partnerze. Wiem też, że znajdę mężczyznę, jakiego szukam. Tym bardziej że zaczęłam inaczej patrzeć na mężczyzn: znów ich lubię. Ostatnio widziałam w nich głównie najeźdźców, którzy zagarniają mnie i moją przestrzeń. Teraz znów widzę przyjaciół, którzy potrzebują miłości i partnerstwa. Tak samo jak ja.

Theta Healing, czyli „uzdrawianie theta”

Pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Kiedy umysł jest w stanie theta, odbieramy więcej informacji. Możemy kontaktować się z podświadomością, odnajdując stare, niesłużące nam wzorce i zastępując je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. Terapeuta jest tylko moderatorem procesu, pacjent pracuje sam, a wspiera go wyższa inteligencja, energia i esencja, która przepływa przez cały świat i wszystkie istnienia. Metodę tę stworzyła Vianna Stibal, amerykańska naturoterapeutka i uzdrowicielka. Kilkanaście lat temu zdiagnozowano u niej raka, wobec którego medycyna była bezsilna. Pamiętając, że jesteśmy tym, co myślimy, dzięki pracy z podświadomością pokonała chorobę, wprawiając w osłupienie lekarzy. Theta Healing pozwala doświadczyć pozytywnych zmian na wszystkich poziomach: fizycznym, emocjonalnym i duchowym.

Anita Putkiewicz, dyplomowany nauczyciel i terapeutka pracująca metodą Theta Healing.

  1. Psychologia

Co podświadomość przekazuje nam poprzez ciało? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Jeśli podczas zwyczajnej rozmowy nagle serce zaczyna ci kołatać albo czujesz mdłości, czy jest to znak, że dzieje się coś złego? Twój rozum nie dostrzega zagrożenia, ale widzi je ciało? Czy ono wie coś, o czym umysł nie ma pojęcia? Czym jest ta mądrość ciała – jeśli istnieje – i jakie znaczenie ma dla niej duchowość – wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Podczas trudnej rozmowy z przyjaciółką wsłuchałam się w to, co płynęło z mojego ciała. Było spokojne. Pomyślałam więc, że to, co słyszę, jest prawdą. Oparłam się na tzw. mądrości ciała. Czy to miało sens?
To przejaw idealizacji ciała. Uznajemy ciało za depozytariusza mądrości, prawdy, a nawet sumienia, by przeciwstawić je skołatanej i zagubionej głowie. Jazgotowi sprzecznych myśli i poglądów. To na swój sposób miłe, czasami pomocne, ale jednak tylko symboliczne uproszczenie. Bo jak się bliżej przyjrzeć temu, co się z ciałem dzieje w takich sytuacjach, to zobaczymy, że ono tylko przepisuje nasze mentalne i emocjonalne konflikty na odczuwalne sygnały. Szczególnie te konflikty, które wyrzucamy poza obręb świadomości. A więc jeśli nauczymy się trafnie odczytywać sygnały płynące z ciała, staną się one źródłem informacji o nieuświadomionym konflikcie, dyskomforcie, niechęci itp. Sygnały te mogą mieć postać np. kołatania serca, mdłości, duszności czy bólu głowy.

Mówisz o moim konflikcie, a ja myślałam, że ciało sygnalizuje konflikt, jaki przeżywa mój rozmówca, udając na przykład sympatię. Mam kłopot z połapaniem się, o co innym chodzi, więc pytam ciało: czy ta osoba jest mi życzliwa, czy nie?
To też się może zdarzyć. Jeśli jesteśmy bardziej świadomi od osoby, z którą wchodzimy w interakcję, a ona wypiera ze swojej świadomości – czyli nie chce się sama przed sobą przyznać do jakiegoś uczucia czy pragnienia – to możemy w języku doznań ciała i związanych z tym emocji przeżywać to, czego ona nie chce wiedzieć o sobie. Jeśli umówiliśmy się na kawę z kimś, kto jest zagniewany i sfrustrowany, ale nie dopuszcza tego do świadomości, to po jakimś czasie, nie mając do tego powodów, zaczynamy czuć się zagniewani i sfrustrowani. Sami się sobie dziwimy i odbieramy ten stan jako nie nasz, jakby narzucony z zewnątrz. To się nazywa identyfikacja projekcyjna. Jeśli w danej sytuacji nasze ciało milczy albo nadaje sygnały dobrego samopoczucia, to znaczy, że umysł niczego przed sobą nie ukrywa, nie przeżywa nieuświadomionych konfliktów ani wątpliwości. To znaczy także, że nie odbiera sygnałów zagrożenia z instynktownej obserwacji języka ciała, wyrazu oczu, tonu głosu, sposobu oddychania tej drugiej istoty. Ale to nie ciało, tylko umysł czyta i analizuje, tyle że poza naszym świadomym podglądem, i tłumaczy je na język ciała. Tak więc w wielu sytuacjach ciało odgrywa rolę rzecznika podświadomości, która używa języka doznań jako feedbacku – informacji zwrotnej – dla świadomej części naszego umysłu.

W baśniowej metaforze można to opisać tak: królowa Świadomość nie radziła sobie z zarządzaniem odziedziczonym po przodkach, bogatym i pięknym królestwem noszącym nazwę Życie. Postanowiła więc zatrudnić doradczynię, która cieszyła się świetną reputacją i nazywała Podświadomość. Jednak to nie załatwiło problemu. Zatrudniona Podświadomość – mimo że była kuzynką królowej – używała bowiem języka dla niej niezrozumiałego. A też często nic nie mówiła, tylko wymownie patrzyła na królową albo wymownie nie patrzyła. Świadomość rozpuściła więc wieści, że szuka tłumacza, by jej to, co Podświadomość przekazuje swoim językiem i milczeniem, wyjaśniał. Wiele czasu upłynęło i królowa już traciła nadzieję, gdy w końcu przed jej obliczem stanęła zmysłowa, niesforna i trochę dziecinna kobieta o imieniu Ciało, która bez wahania podjęła się roli tłumaczki. Od tej pory królowa wiedziała, że jeśli Ciało miało mdłości, gdy królowa zabierała się do podpisywania jakiegoś traktatu, to absolutnie nie należało go podpisywać. Że był to wyraz dezaprobaty Podświadomości, która miała dostęp do tajnych danych wywiadowczych i do prastarych archiwów. Podobnie gdy królowa Świadomość postanawiała zaprosić jakiegoś rycerza albo dworzanina – w ramach nagrody za wierną służbę – do swojej łożnicy, bacznie wsłuchiwała się w niezbędną tłumaczkę Ciało i gdy ta informowała ją o ciężarze na sercu i zaciśniętym kroczu, to Królowa odsyłała delikwenta. I tak dzięki dobrze układającej się współpracy wielkiej trójki w królestwie Życie zapanowały harmonia, dobrobyt i spokój.

Krótko mówiąc: jeśli między naszą świadomością i podświadomością pojawia się konflikt, to podświadomość wysyła do świadomości sygnał, używając do tego języka ciała. Wtedy w jakimś miejscu odczuwamy dyskomfort.

Czy to, w którym miejscu odczuwamy ów dyskomfort, ma znaczenie dla zrozumienia przekazu naszej podświadomości?
Każda przestrzeń ciała poprzez swoją funkcję specjalizuje się w dostarczaniu świadomości pewnego rodzaju doznań i emocji. (Szczegółowo mówiliśmy o tym w poprzednich wywiadach). Miednica specjalizuje się w dostarczaniu informacji o potrzebach seksualnych i preferencjach dotyczących np. doboru partnerów. Obszar splotu słonecznego i przepony specjalizuje się w motywacji w dążeniu do celu i poziomie niepokoju, frustracji z tym związanych oraz w budowaniu swojej popularności i wpływie wywieranym na innych. Obszar serca dostarcza świadomości informacji o konfliktach emocji i sumienia. Gardło informuje o poziomie wstydu i rozpaczy. Plecy i kręgosłup o przeciążeniach związanych z odpowiedzialnością. Nogi o zagrożeniu poczucia wolności i autonomii. Ręce o motywacji do działania, o bezradności i sprawczości. Bywają jednak duże różnice indywidualne. Każdy ma po części swój własny język ciała.

Na pewnej wymuszonej randce skręciłam nogę i ona boli mnie w podobnych sytuacjach od wielu lat.
To właśnie przykład mechanizmu różnicowania i indywidualizowania języka ciała. Gdy w jakiejś przestrzeni ciała nastąpi doświadczenie silnego bólu, zranienia, traumy, to ponowne zranienie przypomina cały kontekst sytuacji pierwotnego zranienia, a to powoduje podobne do pierwotnych objawy. Na tej samej zasadzie u różnych osób w różnych miejscach ciała może się pojawiać informacja o zamiecionym pod dywan podświadomości konflikcie wewnętrznym.

A kiedy serce łomocze?
Gdy serce łomocze, to zazwyczaj chodzi o zagrożenie i związaną z nim mobilizację organizmu. Może być też tak, że walczą w umyśle dwie konkurencyjne interpretacje sytuacji, w jakiej się znajdujesz, np. „jest fajnie – zostaję” i „jest okropnie – uciekam”. Konflikt sprawia, że serce łomocze. Postępujemy ze sobą tak, jakbyśmy jednocześnie dodawali w samochodzie gazu i wciskali hamulec.

To co w takiej sytuacji robić?
Zarejestrować, co się dzieje. Na przykład: „Podczas rozmowy z tym facetem dziwnie wali mi serce. O co chodzi?”. Ciało, oczywiście, nie odpowie, ono tylko nada sygnał, że coś jest nie tak, że jest jakiś konflikt, że dzieje się coś, z czego sobie nie zdajemy sprawy. To doinformowany umysł musi rozstrzygnąć: czy ten mężczyzna budzi lęk, czy pożądanie. Dobrą metodą jest dokonanie wyobrażeniowej próby obu sytuacji. I ta, w której będzie więcej energii i przekonania, to trafna odpowiedź na pytanie: o co chodzi?

Co mogłoby to jeszcze być? Te dwie interpretacje kołaczącego serca wydają się jedyne.
Serce może walić także z powodu konfliktu sumienia związanego z tym mężczyzną, z tą sytuacją. Może coś przed nim ukrywasz? Albo boisz się, że on coś ukrywa? Wiele różnych sytuacji uzasadnia bicie serca. Jeśli mamy zdolność do głębokiej i szczerej autoanalizy, to sami sobie poradzimy. W przeciwnym razie warto pójść do pracującego z ciałem psychoterapeuty. Bo łatwo tu się pomylić.

Jak można się pomylić?
Jeśli w sytuacji niemającej nic wspólnego z erotyką czy z seksem odczuwamy nagle silne podniecenie, to wcale nie znaczy, że chodzi o seks. Skojarzenie może być odległe i zapośredniczone. Gdy młoda dziewczyna doświadczała zakazanych i wypieranych ze świadomości pragnień seksualnych związanych z nieuwodzącym, opiekuńczym ojcem, to gdy w dorosłym życiu spotka mężczyznę, który podobnie jak ojciec opiekuńczo i ciepło zachowa się wobec niej, może odczuć niezrozumiałe dla niej podniecenie. Czyli kontekst sytuacyjny sprawi, że uruchomią się stare wypierane uczucia i pragnienia. Ciało reaguje zgodnie z tym, co twój podświadomy umysł pamięta.

To, co mówisz, świadczy o tym, że terapia zorientowana na ciało, o której w tym roku opowiadałeś, najtrafniej pozwala poznać siebie.
Niestety, jeszcze niewielu ludzi rozumie i praktykuje psychoterapię, używając ciała jako medium. Nikt nas tego nie uczy, więc nie ma tego w naszej kulturze. I jak coś się dzieje z ciałem, to idziemy do lekarza, a ten daje nam lekarstwo, po którym niepokojący objaw mija. Ale z punktu widzenia psychologii ciała objaw jest po to, aby skłonić świadomość do poszukiwania prawdziwych przyczyn. Bo zgodnie z tą koncepcją choroba jest spowodowana konfliktem lub traumą na poziomie emocji i umysłu. Aby naprawdę wyzdrowieć, trzeba znaleźć ten konflikt i go rozwiązać. Jeśli skoncentrujemy się na likwidacji objawu – zgubimy trop.

Jakie inne stany umysłu mogą jeszcze szkodzić ciału?
Podstawowy konflikt, który większość z nas przeżywa nieświadomie, to konflikt między tzw. małym umysłem, czyli ego, i dużym umysłem, czyli duchem. Konflikt ten bywa brzemienny w skutki, ale jest przez nas nieuświadamiany, ponieważ ego tak się panoszy, że przykrywa ducha. Doświadczamy wtedy jakichś uporczywych, ale niespecyficznych i trudnych do odczytania objawów na poziomie ciała, których lekarze nie są w stanie powiązać z zaburzeniem jego funkcji czy struktury. Czasami takie objawy nazywamy chorobą duszy.

Czyli ciało nie ma swojej mądrości, nie kombinuje po swojemu?
Nawet nie możemy być pewni, że sfera instynktów pozostaje w pełni niezależna od treści świadomości i podświadomości. Doświadczenia psychoterapeutów ciała, a także hipnotyzerów, mistyków, a ostatnio fizyków kwantowych świadczą raczej o tym, że ciało i umysł nie są odrębnymi bytami, które pozostają ze sobą w jakiejś częściowej i niejasnej relacji, lecz podobnie jak energia i materia – dwoma sposobami przejawiania się tego samego. Z tego punktu widzenia zarówno materializm uznający, że świadomość i duch są funkcjami wysoko zorganizowanej materii, jak i spirytualizm, uznający materię za emanację świadomości lub ducha, są w błędzie. Nie ma podstaw do traktowania ciała jako niezależnej od umysłu przestrzeni, gdzie tylko biologiczne i chemiczne oddziaływania mają sens. Patrzmy więc na ciało i umysł jak na dwie strony tego samego medalu. Wprawdzie jeszcze nie wiemy, z czego zrobiony jest ten medal, ale dla naszych rozważań nie ma to takiego znaczenia. Zajmiemy się tym w następnym cyklu.

Skoro ciało i umysł to dwie strony medalu, to jaki stan umysłu najbardziej szkodzi ciału
? Gdy mały umysł ego zaczyna walczyć z ciałem albo je ignoruje i nadużywa. Podejmuje skrajne decyzje, takie jak na przykład: „seks jest najważniejszy” albo „żadnego seksu”, albo „będę palić, pić i objadać się”, albo „ będę jeść ziarnko ryżu dziennie”. Tego typu decyzje to aberracje niepoukładanego ego, które nie może znaleźć ani umiaru, ani kontaktu z ciałem. W rezultacie ciało nadużywane w służbie ego prędzej czy później zachoruje, aby przywołać ego do porządku. Ciału więc pomaga temperowanie ego. Czyli psychoterapia, psychologiczna praca z ciałem, medytacja i inne zaawansowane praktyki duchowe. Ego jest fałszywym królem, więc im mniej ego, tym lepiej dla ciała. Im mniej ego, tym więcej ducha, a z duchem ciało nie ma kłopotu, bo duch widzi rzeczy takimi, jakimi są, i od niczego się nie oddziela. Nie ma więc żadnych konfliktów ani napięć. Wtedy ciało może wreszcie odpocząć od szalonego jeźdźca uzurpatora i realizować swój potencjał w spokoju.

Uważa się, że potrzeby ciała przeszkadzają w rozwoju duchowym, i to umysł musi je tonować.
Ciało jest w naszej kulturze ofiarą ego, które przypisuje mu własne aberracje. Król uzurpator o imieniu Ego, aby ukryć swoją niekompetencję i szaleństwo, znalazł w ciele kozła ofiarnego. Wygodnie jest sądzić, że to nie ja, tylko moje nieme ciało jest siedliskiem zła, zwierzęcych, nieokiełznanych popędów i agresji oraz wynaturzonej seksualności. Ale w istocie to ego wynaturza naturalne potrzeby ciała.

Św. Paweł mówił o ościeniu, z którym żył, zapewne to metafora pożądania, ale też dodawał, że to miejsce siły i spotkania z Bogiem, czyli rozwoju duchowego.
To wszytko prawda, tylko ja bym tego ościenia nie umieszczał w Bogu ducha winnym ciele.

No dobrze. To pójdziemy w stronę duchowości również po to, aby nasze ciała mogły wreszcie odpocząć.
I zachować zdrowie.

  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.