1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak uleczyć zranione serce i żyć naprawdę – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Jak uleczyć zranione serce i żyć naprawdę – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Fot. iStock
Fot. iStock
Za finezyjną i elastyczną konstrukcją z żeber bije serce. Dzięki niemu jesteśmy skłonni do wzniosłych, wielkich i skomplikowanych uczuć oraz silnych wzruszeń. Kochamy poezję, zachwycamy się i współczujemy. Zdobywamy się na odwagę, bezinteresowność, wierność, troskę i tkliwość. Ale uwaga – nie wtedy gdy nasze serce jest zranione...

Czy serce ma naprawdę takie znaczenie, czy to tylko pogłos po romantycznym micie, że jest siedliskiem uczuć? Precyzyjne pomiary fal elektromagnetycznych emitowanych przez różne organy ludzkiego ciała wykazują, że sygnał emitowany przez serce jest najsilniejszy. Silniejszy niż sygnał mózgu. Pewnie dlatego, gdy zapytamy ludzi, z jaką częścią ciała się najbardziej utożsamiają, to najczęściej kładą ręce na sercu. Tak więc również w subiektywnym odbiorze uznajemy serce za szczególny obszar ciała. To oczywiste, że jest niezmordowaną pompą krwi, od której zależy nasze życie. Ale ma inne, jeszcze ważniejsze, funkcje emocjonalne i symboliczne. Jest przecież organem miłości, współodczuwania i różnych wyższych uczuć, a co najważniejsze, siedliskiem ducha albo duszy, a inaczej mówiąc – miejscem, w którym to, co ludzkie, spotyka się z tym, co boskie. Stąd bierze się owa zasadnicza diagnoza dotycząca naszych ludzkich kwalifikacji, którą czasami możemy usłyszeć: „Ty nie masz Boga w sercu” albo: „Ty masz Boga w sercu”.

Mówimy także: „Miej serce i patrz w serce” , „to człowiek o wielkim sercu” albo „ona serce ma z lodu”. Czy to tylko metafory? Formalnie rzecz biorąc, to są metafory, które widocznie najlepiej opisują różne właściwości i stany ludzkich serc. Wskazują też na to, że serce jest organem kontaktu z ludźmi i ze światem, zdolnym albo zjednoczyć nas z nimi, wprowadzić w stan komunii, albo odciąć od ludzi i od świata. W obu sytuacjach potrzebuje solidnej ochrony, więc jak największego skarbu broni go mocna i sprężysta klatka piersiowa. Ale to nie zranienia fizyczne zagrażają mu najbardziej, lecz emocjonalne. Te goją się trudniej i dłużej niż prawdziwe rany. Czujemy wówczas, że nasze serce pękło, że ktoś nam złamał serce, że niesiemy na sercu ciężar albo że ktoś nam zamroził serce lub że nasze serce się zatrzasnęło. Widać wyraźnie, że wszystkie te odczucia wskazują na negatywny stan naszych relacji z innymi i ze światem.

Mam wrażenie, że wielu ludzi, których spotykam, jest w którymś z tych negatywnych stanów serca. Ja też mam takie wrażenie. Bo, niestety, wiele serc, myślę, że wręcz większość, zostało w jakiś sposób zranionych. Gdy lądujemy na tym świecie i nic nam nie dolega ani nie boli, to jesteśmy jednym wielkim, otwartym sercem. Sercem zachwyconym światem, każdym kwiatkiem, każdym zwierzątkiem, każdą pogodą, każdym – także złym – człowiekiem, jedzeniem i kupą, tym, co brudne, i tym, co czyste – wszystko jest wtedy jednym wielkim cudem. Lecz to niewinne, bezinteresownie kochające serce dziecka prędzej czy później zostaje zranione przez ludzi, których wcześniej uszkodzone serca nie potrafią ochronić i wzmocnić jego bezbrzeżnej miłości. Bo jej zazdroszczą albo nie czują się jej godni, albo z obawy o źle pojęte bezpieczeństwo dziecka czy z innych jeszcze powodów. W każdym razie gdy otwarte serce dziecka trafi do kręgu serc zranionych, to wcześniej czy później upodobni się do nich, zarazi się nieufnością, zawiścią, nienawiścią lub pogardą. Niestety, starsze poranione serca nie zawsze potrafią skorzystać z szansy uleczenia, jaką stwarza bliskość dziecięcego serca. I potrafią znacząco zmodyfikować rozwijającą się konstrukcję i sylwetkę jego ciała.

Kształt klatki piersiowej się zmienia, a ciało dziecka  próbuje obolałe serce ukryć w zagłębieniu skorupy pleców, które zwijają się i garbią. Zapada się klatka piersiowa, barki wysuwają się do przodu, pochyla się głowa. Ręce często krzyżują się na piersiach. Sylwetka sygnalizuje otoczeniu: „Mam zranione serce, boję się i bronię przed prawdopodobnym, kolejnym ciosem”.

Inni ludzie domyślają się tej postawy ciała, że oto spotkali zranione serce? Tak, a jeśli są wrażliwi, empatyczni, to inaczej się do kogoś takiego odnoszą – łagodnie, wspierająco i z szacunkiem dla granic takiej osoby. Bo ona czuje się jak rekonwalescent po operacji serca. Obolałe serce pochłania całą energie i uwagę, której potem brakuje do otwartego kontaktowania się ze światem. W tej sytuacji najbezpieczniej jest się wycofać.

Wiele razy słyszałam od ludzi, którzy jak mi się wydaje, mieli skrzywdzone serce, że najlepiej czują się sami. Tak, bo dla poranionych i upokorzonych samotność oznacza bezpieczeństwo, jest upragnionym wytchnieniem, za które – mimo ogromnej tęsknoty za ufną bliskością – chętnie płacą izolacją. Często serca tych ludzi są tak zalęknione, że boją się każdego spotkanego na swej drodze. Tylko jakieś inne serce zdolne do bezinteresownej i bezwarunkowej miłości potrafi taką osobę wyrwać z izolacji.

Boję się zapytać, ale czy serca zranione potrafią kochać?

Potencjalnie każde ludzkie serce potrafi kochać. Pod warunkiem że się nie boi. A miłość, jak wiadomo, to jazda bez trzymanki z sercem na wierzchu, co w życiu dorosłych – częściej niż w dzieciństwie – niesie ryzyko odrzucenia, zranienia, rozczarowania. Zranione serce, zanim zacznie dawać miłość, potrzebuje choć trochę jej dostać. Ukryty miłosny potencjał zranionego serca ujawnia się dopiero po jego otwarciu, a otwarcie wiąże się z ryzykiem, którego zranione serce się boi. Całkowicie zapomniało o naturalnej miłości i zachwycie, którymi obdarowywało świat przez pierwsze lata po swoich narodzinach. Dlatego dorosłe, zranione serce raczej bywa chciwe, zachłanne i zazdrosne, a nie kochające. Często jest nielojalne, bo dojmujący głód ciepła, bezpieczeństwa i miłości każe mu korzystać z każdej miłosnej okazji, jaka się nadarza. Tak więc dorosłe zranione serce z reguły bywa egoistyczne. Tak bardzo, że nie tworzy miłosnej, partnerskiej więzi z innymi ludźmi, jedynie wikła ich, uzależnia i wykorzystuje, aby w końcu bez skrupułów porzucić. Wiele złamanych serc najbezpieczniej czuje się w otoczeniu udomowionych zwierząt – szczególnie wiernych, cierpliwych, bezwarunkowo kochających psów, a także koni. Dla nich potrafi mieć nieskończone współczucie, miłość i empatię.

Wystarczy kochać zwierzaki, by nauczyć się kochać i czuć kochanym? Nie wystarczy. Bo wówczas nieświadomie umieszczamy swoje zranione serce i swój ból w porzuconych, zdradzonych, skrzywdzonych zwierzakach. Skutecznie wówczas pozbywamy się własnego bólu. A w konsekwencji, poświęcając się bez reszty zwierzętom, nie dostrzegamy już potrzeby zajęcia się własnymi problemami i iluzjami. W dodatku nasz lęk przed kochaniem ludzi fałszywie i wygodnie uzasadniamy ich niską wartością. Przekonujemy samych siebie, że nie są warci naszej miłości, że są z gruntu źli. W tej sytuacji miłość innych ludzi też niewiele dla nas znaczy. To znany mechanizm obrzydzania sobie tego, co upragnione, ale niedostępne. Tak rozmyślając, nieświadomie nadal będziemy żywić fałszywe przekonanie, że nie zasłużyliśmy na miłość rodziców, co wyklucza możliwość nasycenia się jakąkolwiek miłością – także tą zwierzęcą. Wprawdzie wpatrzone w nas zwierzaki mogą wtedy koić nasz ból, ale go nie uleczą. Bo ich oddanie i uzależnienie uśmierzają tylko nasze objawy, więc nie sięgają do przyczyny bólu, a co gorsza, ją kamuflują. Z drugiej strony – nie ma nic złego w tym, że chcemy sobie przynieść ulgę w bólu. Jeśli w relacjach ze zwierzętami zachowamy stosowny umiar, to ich miłość i dobre wibracje mogą wiele dobrego zrobić dla naszych serc. Jednak gdy na tym poprzestaniemy, to grozi nam uzależnienie od uśmierzającej substancji i z czasem pozostanie nam tylko zwiększanie dawek zwierzęcej miłości i dalsze oddalanie się od ludzi.

Jak więc zająć się zranionym sercem w przyczynowy sposób? Z wolna rezygnować ze strategii skorupiaka, który chroni swoje bezbronne ciała w głębi muszli czy pancerza. Ale skorupiak nie ma innego wyjścia, bo nie posiada wewnętrznego szkieletu, który tak bardzo zadecydował o ewolucyjnej przewadze kręgowców. Dla skorupiaków pancerz czy muszla są nie tylko tarczą i obroną, ale także zewnętrznym szkieletem. A ów ma tę wadę, że oddziela od świata i utrudnia poruszanie się, lecz stanowi jednak jakiś punkt zaczepienia dla mięśni. No i daje schronienie. Na szczęście my, ludzie, mamy inną możliwość. Jesteśmy kręgowcami, mamy wewnętrzny szkielet, którego niezastąpioną osią jest kręgosłup. Jak wiemy, mocny i sprawny kręgosłup w wymiarze mentalnym to poczucie godności i moralny kompas. Stąd prosty wniosek: aby właściciele zranionych serc porzucili strategię skorupiaka, muszą wpierw odzyskać swoją uszkodzoną wewnętrzną konstrukcję, szkielet i kręgosłup. Z punktu widzenia psychologicznej pracy z ciałem nie wolno otwierać komuś zatrzaśniętego serca, dopóki nie zbuduje podstawowego oparcia w sobie. Bo serce, aby się otworzyć, potrzebuje poczuć się bezpiecznie. Wewnętrzne, autogenne i autonomiczne oparcie dla serca budujemy, oczywiście, od dołu. Najpierw wzmacniamy stopy, nogi i biodra. Potem kręgosłup, po drodze wzmacniając brzuch. A na końcu ręce, które powinny być na tyle silne i sprawne, by móc odepchnąć agresora i obronić serce. Wtedy czas na umysł, który musi przynajmniej przypuścić, że rodzice nie kochali, bo nie potrafili, a nie dlatego, że z nami było coś nie tak. I dopiero wtedy serce odważy się wychynąć spod skorupy zgarbionych pleców i zacznie z wolna, ostrożnie rozkwitać.

Są jednak ludzie bardzo mocni i sprawni, którzy mają serca zatrzaśnięte, pełne złości? To ci, którzy jako skorupy używają swojej muskulatury. Otulają zranione serca warstwami nadmiernie rozbudowanych mięśni i nastawiają się na czynną jego obronę, na walkę. W przeciwieństwie do wycofanych ich obroną jest agresja.

Dlaczego ich serca nie otwierają się? Mają tylko potężne mięśniowe pancerze, ale nie mają poczucia oparcia w sobie. A co gorsza, przywykli do satysfakcji, jakiej dostarcza im ich pancerz mięśniowy, gdy za jego pomocą straszą, podporządkowują lub atakują niewinnych ludzi w imię obsesyjnej potrzeby zemsty za to, co ich niegdyś spotkało. Oni też boją się sięgnąć do źródła zranienia. Bo wprawdzie mają dużo siły, ale brakuje im samoświadomości. Gdy w środku coś boli, to łatwiej i bezpieczniej koncentrować się na zewnętrznej zbroi i wypierać trudne uczucia oraz potrzebę ciepłego, ufnego i bliskiego kontaktu z ludźmi. Wielka trudność w tym, że aby się na to wszystko otworzyć, trzeba jednocześnie otworzyć się na rozpacz, która wydaje się bezdenna. Ale tylko przeżycie tamtej, prawie zapomnianej, rozpaczy zranionego dziecka może otworzyć zatrzaśnięte serce na miłość.

W jaki sposób rozpacz może otworzyć na miłość? Czy nie można konfrontacji z rozpaczą ominąć? Przykro mi, ale nie możemy. Chcesz otworzyć zatrzaśnięte, zlodowaciałe serce, to musisz przeżyć rozpacz, która zmusiła cię do tego, by je zamrozić, bo inaczej zabiłby cię ból. Teraz dopiero jako dorosła osoba możesz to w sobie pomieścić. Dasz radę. Uczciwe duchowe poszukiwania też cię tam zaprowadzą, pod warunkiem że unikniesz pokusy egzaltacji, wywyższania się lub ucieczki w wewnętrzną, martwą ciszę. Duchowe zderzenie z rozpaczą ma z reguły wymiar ponad-osobisty, co nie znaczy łatwiejszy – wręcz przeciwnie, znacznie trudniejszy. To tak jakby nasze serce przeżywało rozpacz wszystkich ludzi, którzy się kiedykolwiek narodzili na tym świecie. Wtedy serce otwiera się na miłość i współczucie w jeszcze głębszy, trudny do opisania sposób.

Czyli rozwój duchowy też jest drogą, by otworzyć serce? Tylko jeśli nie jesteśmy nastawieni na obronę status quo. A, niestety, wielu takich jest wśród wyznawców każdej religii. Na naszym polskim podwórku najłatwiej zaobserwować to wśród katolików. Mimo że Jezus jest prorokiem otwartego serca, to wielu jego gorących wyznawców używa Go jako tarczy i oręża przeciwko innym ludziom, których nienawidzi i którymi pogardza. To zjawisko ma mniejszy zasięg, gdy duchowi wędrowcy mają od czasu do czasu bezpośredni kontakt z kompetentnym nauczycielem, który potrafi adepta uchronić przed zbłądzeniem na duchowe manowce.

To może na koniec: istnieją jakieś ćwiczenia dla serca? Śpiewać, dużo śpiewać. Śpiew otwiera serce. Gdy jesteśmy szczęśliwi, to przecież aż się nam chce śpiewać. Trudniej wydobyć z siebie głos, kiedy czujemy się źle. Wtedy jednak tym bardziej warto zadać sobie pytanie, jaki dźwięk moje serce chciałoby z siebie wydobyć. I próbować go zaśpiewać, zanucić, zamruczeć czy zajęczeć. Szukajmy takiego dźwięku i melodii, które okażą się głosem naszego serca tu i teraz. Jeśli w ślad za tym śpiewem podążą nasze emocje, to bardzo dobrze. Wyraźmy je głośno i do końca. Nagrodą będzie ogromna ulga i bardziej otwarte serce.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

To nie oczy widzą, tylko mózg. O niezwykłych zdolnościach naszego mózgu

Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie. (Ilustracja: iStock)
Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie. (Ilustracja: iStock)
Nasz umysł potrafi się rozwijać, przebudowywać sieci szarych komórek, a niedomaganie jednego zmysłu rekompensować innymi zdolnościami. Często fenomenalnymi.

O niezwykłych zdolnościach słuchowych Bena Underwooda z Sacramento mówiło na całym świecie. Niewidomy kilkunastoletni chłopiec sprawnie poruszał się po ulicach dzięki... echolokacji, którą wykorzystują delfiny i nietoperze. Chłopiec potrafił dokładnie umiejscowić i rozróżnić wszystkie obiekty otoczenia dzięki własnemu głosowi i wyczuleniu na echo. Słysząc różnicę w wysokości i barwie powracających dźwięków, odróżniał od siebie ludzi, drzewa, domy i zaparkowane auta. Znany okulista profesor Gordon Dutton z Royal Hospital w Glasgow uważa, że każdy z nas jest w stanie opanować echolokację. I zamierza uczyć tej sztuki niewidomych w Wielkiej Brytanii.

Można już odłożyć do lamusa teorię, że zebrane przez każdy ze zmysłów wrażenia: dotykowe, wzrokowe, słuchowe, zapachowe i smakowe, są przetwarzane w oddzielnych ośrodkach mózgu – twierdzi dr Colin Blakemore z University of Oxford. Nasz umysł postrzega świat jako całość i nie dzieli jej na poszczególne sfery zmysłowe. Mózg uzupełnia niepełne dane o obrazie świata informacjami płynącymi także np. z dotyku czy słuchu. A gdy jeden ze zmysłów szwankuje, zapełnia powstałą lukę innymi sposobami. Wynika to z tego, że dowolny bodziec zmysłowy po „wejściu” do układu nerwowego zawsze zamienia się w impulsy elektryczne. Mózg, dysponując jednorodnymi nośnikami, może kierować je do różnych swoich ośrodków.

Na przykład mamy dwie drogi przesyłania impulsów wzrokowych, nie tylko tę, z której zwykle korzystamy (siatkówka – ciało kolankowate boczne – wzrokowa kora mózgowa). Drugi szlak wiedzie od siatkówki do wzgórków górnych pokryw śródmózgowia (używają go ssaki). U człowieka w szczególnych przypadkach, m.in. przy niedowidzeniu czy ślepocie, mózg może skorzystać ze starego szlaku zwierzęcego, przesyłając impuls do śródmózgowia, a następnie do takiego ośrodka zmysłowego, który związany jest z wyjątkowymi talentami lub umiejętnościami. Dlatego właśnie osoby, które mają gorszy wzrok, często rekompensują swoje niedomaganie znakomitą empatią, słuchem albo pamięcią. Dzięki aktywniejszemu ośrodkowi słuchu lepiej rozpoznają odgłosy i oceniają odległość źródła dźwięku, a także wcześniej mogą się zorientować, które osoby (i o czym) rozmawiają w oddali. Najbardziej rozbudowany ośrodek słuchu mają niewidomi i niedowidzący, gdyż nie mogą oni opierać odbioru świata na wzroku.

Neurobiolog Ehud Zohary z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie odkrył, że osoby słabowidzące nie tylko świetnie słyszą, ale także zapamiętują więcej niż najdoskonalsi wzrokowcy. Ich pamięć jest wyćwiczona z konieczności, bo często zastępuje widzenie szczegółów. By nie tracić czasu na szukanie np. produktów w supermarkecie, niedowidzący używają tzw. mentalnych metek. Osoba o sokolim oku bez problemu dostrzega nazwy towarów leżących na półce. Ktoś obdarzony złym wzrokiem bierze pod uwagę logikę rozmieszczenia produktów, szybciej zapamiętuje ich układ w sklepie i natychmiast je odnajduje. Z tego też powodu niewidomi mają o 30 proc. lepszą pamięć od widzących – używają mózgu do większej liczby zadań pamięciowych i przestrzennych.

W odbiorze świata bardzo pomagają nam dłonie. Naukowcy z Washington University w St. Louis udowodnili, że ludzie zbierają najlepsze informacje o przedmiocie wtedy, gdy trzymają go w rękach lub... w pobliżu rąk. Możliwość „widzenia” rękami jest bardzo ważna m.in. dla kierowców, uważa profesor Richard A. Abrams. Osoba trzymająca obie dłonie na kierownicy ma wyostrzoną świadomość wskazań tablicy rozdzielczej i położenia auta wobec innych samochodów na jezdni. Jest w stanie szybciej i przytomniej zareagować na zmieniające się sytuacje na drodze. Ta właściwość mózgu przydaje się także w pracy. Gdy robota leży w zasięgu rąk, nasz umysł sprawniej funkcjonuje.

Odkrycie naukowców z Washington University lekarze zaczynają wykorzystywać już w rehabilitacji sparaliżowanych po udarze osób. Ktoś, kto pracuje nad odzyskaniem władzy w ręce, powinien położyć przedmiot, który chce uchwycić, tuż obok dłoni. Ten prosty trik pobudza mózg i pomaga szybciej odzyskać sprawność manualną.

Jak rodzą się neurony

Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie! Dziś wiadomo już, że mózg jest bardzo plastyczny, umie się rozwijać i przekraczać granice percepcji.

Przełomem w dziedzinie neurofizjologii było odkrycie Petera Erikssona z kliniki Uniwersytetu Sahlgrenska w Szwecji, który w 1998 roku udowodnił, że mózg dorosłego człowieka przez cały czas tworzy nowe komórki nerwowe. Oprócz dojrzałych neuronów znajdują się w nim także multipotencjalne komórki macierzyste, które potrafią przekształcać się w dowolne komórki układu nerwowego. NSCs – neuronalne komórki macierzyste dzielą się i dojrzewają, tworząc neurony lub komórki glejowe, czyli astrocyty i oligodendrocyty. O przeznaczeniu NSCs decyduje mózg. Jeśli jakiś nerwowy ośrodek zmysłowy musi zastąpić pracę innego, jego struktura stopniowo się zagęszcza, powstają nowe neurony albo kolejne połączenia między tymi komórkami nerwowymi, które już istnieją. Tworzący się w podkorowych warstwach neuron noworodek migruje do miejsca, gdzie jest potrzebny, a następnie uczy się współpracować z innymi komórkami ośrodka, by zasilić jego działanie. Dlatego aby odczuć efekty doskonalenia zdolności, potrzeba czasu.

 
Badania naukowców z Uniwersytetu Arizona i Uniwersytetu Toronto z ubiegłego roku wskazują, że taki proces zachodzi właśnie wtedy, kiedy zaczynamy używać naszych nowych umiejętności i wdrażać je w życie. Na razie odkryto kilka miejsc, w których rodzą się neurony. Są to opuszka węchowa (do której docierają wrażenia węchowe), hipokamp (przywołuje wspomnienia) oraz trzy obszary kory: przedczołowa (bierze udział w tworzeniu krótkotrwałej pamięci roboczej, tworzy plany działania), niższa skroniowa (interpretuje działania) i tylna ciemieniowa (odpowiada za wyobrażenia). Proces tworzenia się komórek nerwowych jest wspomagany przez kilka neuroprzekaźników (kwas glutaminowy, serotoninę, noradrenalinę i dopaminę) oraz hormony płciowe. Codziennie powstają tysiące nowych komórek, ale niestety większość z nich natychmiast umiera. Żeby żyć, potrzebują połączenia z istniejącymi i pracującymi neuronami. Gdy nie są potrzebne, zanikają. W naszym mózgu tkwi wielki potencjał, który czeka na wykorzystanie.

Błysnąć umysłem

Przeciętny człowiek wykorzystuje tylko 3 proc. swojego mózgu, geniusz – około 10 proc. Powiększmy własny potencjał umysłowy i zmysłowy. Przebieg neurogenezy zależy od naszej aktywności i można go stymulować.

Trzeba tylko zastosować odpowiednio dobraną strategię:

  • Używaj lewej ręki (przy leworęczności – prawej). Wykonuj nią różne czynności, takie jak otwieranie drzwi czy zapalanie światła. Neurobiolog Lawrentze Katz uważa, że w ten sposób uruchamiają się połączenia neuronalne drugiej półkuli mózgowej.
  • Zamykaj oczy. Wykonywanie prostych rzeczy – np. mycie zębów czy jedzenie posiłku – z zamkniętymi oczami uaktywnia wiele ośrodków mózgowych związanych z pamięcią, słuchem i dotykiem.
  • Nuć melodię w myśli. Słuchaj „trudnej” muzyki. Zwiększa się wtedy ilość istoty szarej w mózgu, uważa Gottfried Schlaug, profesor neurologii z Harvard Medical School w Bostonie. Pogrubia się spoidło wielkie łączące obie półkule.
  • Ćwicz vipassanę (technika medytacyjna). Uczy mózg zapamiętywać szczegóły, zwiększa ilość szarych komórek – mówi prof. Richard Davidson z University of Wisconsin w USA.
  • Szydełkuj. To poprawia koordynację. Neuropsychiatrzy uważają, że może ochronić nas przed demencją. Problemy z koordynacją, jak przypuszczają uczeni, przekładają się na trudności z koncentracją, nadmierne napięcie i złą ocenę odległości.
  • Śpij, ile możesz. Naukowcy z Princeton University udowodnili, że niedosypianie zwiększa produkcję hormonu stresu – kortykosteronu, który hamuje neurogenezę.
  • Ćwicz aerobik. Trzy godziny i więcej aerobiku tygodniowo zwiększa ilość istoty szarej i białej mózgu. Już po trzech miesiącach osiąga się objętość mózgu osoby o trzy lata młodszej! Poprawia się pamięć, zdolność „przełączania się” na różne zadania, mniej przeszkadzają nam rozpraszające bodźce.
  • Biegaj. Bieganie ma na mózg podobny wpływ jak leczenie inhibitorami zwrotnego wychwytu serotoniny przy depresji. Powoduje rozrost neuronów hipokampa, który u osób z depresją wyraźnie się kurczy – uważają naukowcy z Karolinska Institute.
  • Graj. Zapisz się do klubu brydżowego, szachowego lub przynajmniej dwa razy w tygodniu rozwiązuj krzyżówkę. To pobudza analityczne właściwości mózgu – efektem jest lepsze kojarzenie i szersze widzenie problemów.

  1. Psychologia

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum. Jak rozwijać inteligencję duchową?

Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
W kulturach tradycyjnych świętością było niemal wszystko: praca, jedzenie, seks. Dzisiaj desakralizacji ulegają nawet święta. Ale z drugiej strony rozpaczliwie poszukujemy sensu życia, harmonii, czegoś trwałego i niezmiennego. Czy naszym ratunkiem jest rozwijanie duchowej inteligencji?

Piotr, lat 47, był jednym z pierwszych biznesmenów rozkręcających w Polsce rynek informatyczny. Zaczynał pod koniec lat 80. Od małego fiata, którym jeździł instalować komputery znajomym. Dość szybko przesiadł się do zachodniego samochodu, klientów indywidualnych zamienił na wielkie korporacje, w zawrotnym tempie rozwinął swoją firmę, dorobił się. W wieku 35 lat miał wszystko. Wygodny dom pod Warszawą, malowniczo położone działki na Mazurach i w Bieszczadach, luksusowy samochód, pokaźne konto w banku. Korzystał z życia – bawił się, zmieniał kobiety, jeździł po świecie. Ale nic nie sprawiało mu prawdziwej radości. Wciąż był nienasycony: próbował nurkowania, wspinaczki wysokogórskiej, nawet skoków ze spadochronem. Gdy brakowało adrenaliny, sięgał po alkohol.

– No i stało się to, co się stać musiało – wspomina. – Któregoś dnia miałem wypadek, tylko cudem z niego wyszedłem. Leżałem w szpitalu, cierpiałem, ale miałem też czas, żeby przemyśleć całe swoje życie. To były bardzo bolesne chwile, przede wszystkim dlatego, że musiałem skonfrontować się sam ze sobą, tak naprawdę po raz pierwszy zajrzeć do swojej duszy. Zobaczyłem w niej rozdzierającą pustkę. Zacząłem prowadzić długie rozmowy ze sobą, z Bogiem i po raz pierwszy ja, wychowany w wierze katolickiej, sięgnąłem do Biblii.

Dzisiaj Piotr, choć ma ugruntowaną pozycję w biznesie, żonę, troje dzieci, choć mógłby sobie pozwolić na wiele, żyje skromnie, nie pomnaża już majątku. Cały wolny czas poświęca rodzinie i pracy charytatywnej.

Podobną drogę przechodzi dziś wielu ludzi. Osiągają szczyty, ale nie czują się szczęśliwi. Szukają czegoś więcej, czasami kompletnie przewartościowują swoje życie.

Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy znaczenia

Jak podkreślają zgodnie filozofowie i antropologowie, życie pozbawione kontekstu sacrum doprowadziło człowieka do największego kryzysu naszych czasów, czyli do kryzysu duchowego.

Danah Zohar i Ian Marshall w „Inteligencji duchowej” piszą: „Rozum oddalił nas od przyrody, bliźnich i religii. Dokonując postępu w technologii, odrzuciliśmy tradycyjną kulturę i osadzone w niej wartości. Inteligencja racjonalna sprawiła, że mniej pracujemy, jesteśmy zdrowsi i dłużej żyjemy. Dzięki niej stworzyliśmy mnóstwo gadżetów, z których wiele zagraża naszemu środowisku i nam samym. Wciąż jednak nie wiemy, jak nadać temu wszystkiemu sens. Duchowe otępienie uwidacznia się nie tylko na Zachodzie, ale coraz częściej również w tych państwach azjatyckich, które przejęły zachodnie wzorce”.

Naukowa diagnoza naszego stanu ducha na progu nowego tysiąclecia jest bezlitosna: Dostrzegamy i przeżywamy tylko to, co bezpośrednie, widoczne i praktyczne. Jesteśmy ślepi na głębsze poziomy symboliki i znaczenia, które tworzą egzystencjalny kontekst dla otaczających nas obiektów, wykonywanych czynności i nas samych. Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy sensu. Optymistyczne jest tylko jedno – że coraz częściej pytamy samych siebie: O co chodzi w moim życiu? Po co mi to wszystko? Dlaczego biorę udział w tym wyścigu? Czego tak naprawdę pragnę?

Dawniej w ogóle nie zadawano by sobie takich pytań. Rytm życia narzucany przez naturę i kulturę był uporządkowany i przewidywalny. Tradycja, społeczność, w jakiej się żyło, religia – wszystko to wyznaczało niezmienne granice zachowania człowieka. Funkcjonowały jasne kodeksy moralne, a cele życia były z góry ustalone.

 
Mircea Eliade, religioznawca, filozof kultury, eseista, w książce „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem” pisze: „Na najbardziej pierwotnym i archaicznym poziomie kultury życie ludzkie było samo w sobie aktem religijnym – odżywianie, życie płciowe, praca miały wartość sakramentu. […] W skrócie można by rzec, że świat archaiczny nie znał czynności »świeckich«: każda czynność, która miała określony sens, uczestniczyła w pewien sposób w sacrum. Świeckie były tylko czynności niemające znaczenia mitycznego, czyli niemające wzorcowych modeli. Można więc rzec, że każda odpowiedzialna i zmierzająca do precyzyjnie określonego celu czynność była dla świata archaicznego rytuałem”.

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum

Idąc tropem myślenia Eliadego, można powiedzieć, że człowieka współczesnego odróżnia od jego dalekiego przodka doświadczenie sacrum rozumiane – za „Słownikiem etnologicznym” – jako kategoria rzeczy i działań, które są uznawane przez określoną społeczność za święte i z tej racji podlegają religijnej czci, w przeciwieństwie do tego, co codzienne, czyli profanum. Niemiecki teolog i historyk religii Rudolf Otto, aby objaśnić, w jaki sposób człowiek wierzący przeżywa świętość, Boga, wprowadził do religioznawstwa termin „numinosum” (od łac. numen – bóstwo, boskość) oznaczający coś niepoznawalnego i niewyrażalnego. To tajemnica, coś, czego nasz rozum nie jest w stanie pojąć, coś przeczuwane, ale nie rozumiane. Według Otto sacrum z jednej strony przepełnia człowieka trwogą, budzi respekt, a jednocześnie fascynuje i rodzi nieodparte pragnienie.

Dziś desakralizacji ulegają nawet święta. Wielkanoc, Boże Narodzenie traktowane są w kategoriach wydarzeń rodzinnych, świeckich, a msza, która kiedyś była rytuałem w ścisłym tego słowa znaczeniu, postrzegana jest jako coniedzielny ceremoniał bądź też uciążliwy obowiązek. Jednak, jak podkreśla Mircea Eliade, potrzeba przeżywania sacrum jest głębokim pragnieniem człowieka. Dlaczego człowiek miałby pragnąć sacrum?

Dlatego że posiada wrodzoną inteligencję duchową  – odpowiadają Danah Zohar i Ian Marshall. Według nich oprócz siedmiu rodzajów inteligencji opisanych przez Howarda Gardnera w książce „Inteligencje wielorakie” istnieje jeszcze jedna – duchowa, która jest kwintesencją człowieczeństwa. Ani bowiem inteligencja racjonalna, ani emocjonalna, ani nawet ich połączenie nie wystarczą, by w pełni opisać złożoność ludzkich zachowań  i zdolności.

Cóż to takiego owa inteligencja duchowa? To „wewnętrzna, wrodzona zdolność ludzkiego umysłu i psychiki, czerpiąca swe bogactwo z serca i wszechświata”. Tym, co przede wszystkim odróżnia inteligencję duchową od emocjonalnej, jest właśnie zdolność przemiany. O ile inteligencja emocjonalna pozwala nam rozeznać się w swoim położeniu i adekwatnie do niego zachować, o tyle inteligencja duchowa prowokuje do stawiania pytań: Czy w ogóle chcę pozostać w tej sytuacji, czy raczej zdecyduję się ją zmienić?

Autorzy „Inteligencji duchowej” podkreślają, że ten rodzaj inteligencji nie zawsze wiąże się z religią. Owszem, może się poprzez nią wyrażać, ale religijność wcale nie oznacza wysokiego ilorazu inteligencji duchowej. Co więcej – badania przeprowadzone prawie 60 lat temu przez psychologa Gordona Allporta wykazały, że doznania duchowe częściej  występują u osób niezwiązanych z największymi Kościołami.

Tęsknimy za jednością z kosmosem, a słuchamy ego

Inteligencją duchową obdarzeni byliśmy od zarania dziejów, ale dowodów na jej istnienie dostarczyły dopiero badania neuro-biologiczne w latach 90 ubiegłego wieku. Dowód pierwszy – odkrycie w ludzkim mózgu przez neuropsychologa Michaela Persingera tzw. punktu Boga. Gdy badane osoby słyszą rozmowy na tematy religijne lub duchowe, punkt ten na zdjęciach mózgu uzyskanych metodą pozytronową się rozświetla.

Dowód drugi – badania austriackiego neurologa Wolfa Singera, które wykazują, że w mózgu następuje zespalanie naszych doznań i nadawanie im znaczenia, a wszystko to dzięki „trzeciej sile”. Wcześniej znane były tylko dwie formy organizacji nerwowej mózgu: połączenia szeregowe stanowiące podłoże inteligencji racjonalnej i „różnokierunkowe”, które są podstawą inteligencji emocjonalnej. Singer wskazuje na istnienie trzeciego rodzaju myślenia, jednoczącego dwa poprzednie, którym zarządza inteligencja duchowa.

Dowód trzeci – badania nad ludzką mową amerykańskiego neurologa i antropologa Terrence’a Deacona. Dowodzą one, że język jako zjawisko charakterystyczne tylko dla człowieka, symboliczne w swej istocie i operujące znaczeniem ewoluował wraz z szybkim rozwojem płatów czołowych mózgu. Ssaki wyższego rzędu nie umieją mówić, ponieważ nie posiadają odpowiednika płatów czołowych, które powiększały się u człowieka dzięki inteligencji duchowej.

 
Co nam ona daje? Jej dwie bliźniacze siostry: racjonalna i emocjonalna, mogą czasem sprowadzić człowieka na manowce. Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany. Sprawia, że jesteśmy kreatywni, kontaktuje nas z naszą twórczą spontanicznością. Pomaga nam uświadomić sobie problemy egzystencjalne, rozwiązać je albo przynajmniej pogodzić się z nimi. Sprawia, że widzimy sens naszych zmaga  z życiem. Pozwala wniknąć w istotę rzeczy, ujrzeć jedność istniejącą pomimo różnic, dotrzeć do naszych możliwości i wykorzystać je. Dzięki niej możemy wieść bogatsze życie. I wreszcie – pozwala nam odróżnić dobro od zła.

Życie wielu z nas jest dziś boleśnie pokawałkowane. Tęsknimy za tym, co poeta T.S. Eliot nazwał „dalszą jednością, głębszą wspólnotą”, ale nie znajdujemy jej ani w sobie, ani w istniejących symbolach czy instytucjach naszej kultury. Naszym ratunkiem – o co apelują nie tylko duchowi przywódcy, jak Dalajlama, papież, ale co dostrzega także coraz więcej ludzi – jest rozwijanie ducha. (Według słownika Webstera duch to „ożywiająca, życiodajna siła; to, co w odróżnieniu od materialnych elementów organizmu jest źródłem życia; tchnienie życia”).

Dalajlama wyodrębnia dwa poziomy duchowości. Pierwszy związany jest z przekonaniami religijnymi. W książce „Sztuka szczęścia” pisze: „Na świecie żyje pięć miliardów ludzi o różnych umysłowościach, w pewnym sensie potrzebujemy więc pięciu miliardów różnych religii. Wierzę, że każdy człowiek powinien wstąpić na taką ścieżkę duchową, która najlepiej pasuje do jego stanu umysłu, naturalnych skłonności, temperamentu, przekonań, wartości wyniesionych z domu i korzeni kulturowych”.

Szukamy gotowych odpowiedzi, choć powinniśmy pytać

Religijność nie świadczy o inteligencji duchowej, ale głęboka wiara przynosi ludziom wiele korzyści. Badania Instytutu Gallupa wykazały, że wierzący częściej niż niewierzący uważają swoje życie za szczęśliwe. Dowiodły również, że wiara pomaga w osiąganiu sukcesów i radzeniu sobie z kryzysami, traumatycznymi doświadczeniami, starzeniem się. Statystyki pokazują, że w rodzinach o silnych przekonaniach religijnych jest mniej przestępstw, problemów z alkoholizmem, narkomanią. Co więcej – istnieją dowody na to, że wiara może pozytywnie wpływać na zdrowie. Badania Instytutu Medycznego w Pittsburghu wykazały, że głęboko wierzący pacjenci z przeszczepionym sercem szybciej wracają do zdrowia. Z kolei inne badania dowiodły, że po operacji tętnicy wieńcowej lub zastawki prawdopodobieństwo przeżycia jest trzykrotnie większe wśród pacjentów wierzących niż niewierzących.

Każda religia daje poczucie przynależności, akceptacji. Silne przekonania religijne sprawiają, że mamy głęboką świadomość celu, do którego dążymy. Że możemy spojrzeć z dystansu na problemy życia codziennego. Jednak według Dalajlamy ważniejszy jest drugi poziom duchowości, który nazywa podstawowym, bo obejmuje najważniejsze ludzkie wartości, takie jak: dobroć, życzliwość, współczucie, troska. „Bez względu na to, jak wspaniała jest dana religia, przyjmuje ją jedynie ograniczona liczba ludzi – pisze w »Sztuce szczęścia«. – Wszyscy potrzebujemy jednak owych podstawowych wartości duchowych, bez nich życie staje się ciężkie, jałowe, człowiek nie jest szczęśliwy, cierpi rodzina, a w ostatecznym rozrachunku – całe społeczeństwo. Takie wartości jak: współczucie, tolerancja, zdolność wybaczania, opiekuńczość, są najważniejszymi wartościami duchowymi, ponieważ nie mogą współistnieć z negatywnymi stanami umysłu”.

przemia

Jak dotrzeć do owego poziomu, czyli inteligencji duchowej? Poprzez pielęgnowanie tego, co dla nas święte. Dobre uczynki. Praktyki duchowe. Te ostatnie nie mogą opierać się jednak tylko na uczestnictwie w religijnych obrzędach, nawet nie tylko na modlitwie. Według Dalajlamy praktyka duchowa to ćwiczenie, np. poprzez medytacje, odpowiedniego stanu umysłu, nastawienia do ludzi, stanu psychicznego i emocjonalnego. Czasami, aby w pełni dotrzeć do inteligencji duchowej, trzeba zaznać rozpaczy, bólu, cierpienia, straty. Wtedy doświadczamy głęboko ukrytej tęsknoty za sensem swojej ludzkiej egzystencji. Pytamy: Po co żyjemy? Dlaczego właśnie tak? Jaki ma sens nasza praca? Jak powiedział żydowski mistyk Abraham Heschel: „Gdy zadajemy pytania, jesteśmy bliżsi Boga niż wtedy, gdy mamy wrażenie, że znamy odpowiedzi”.

Korzystałam z książek: Mircea Eliade „Sacrum – mit – historia”, PIW, Warszawa 1993; Mircea Eliade „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem”, Sen, Warszawa 1992; Danah Zohar, Ian Marshall, „Inteligencja duchowa”, Rebis, Pozna  2001; Dalajlama „Sztuka szczęścia. Poradnik życia”, Rebis, Pozna  2000; Keith Ward „Bóg”, Rebis, Pozna  2006.

  1. Psychologia

Różne oblicza pożądania - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Czym jest pożądanie? - Zdaniem terapeuty często jest tym samym, co chciwość. (fot. iStock)
Czym jest pożądanie? - Zdaniem terapeuty często jest tym samym, co chciwość. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Pożądamy na wiele sposobów, bo bywamy w rozmaitych stanach ducha i ciała. Z chciwości, ale i z miłości. To właśnie pożądanie każe nam – czasami za wszelką cenę, lekceważąc normy, obyczaje i reputację – dążyć do seksu z wybraną osobą – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

„Darmo zapędzasz mnie, miła matko Do wrzecion i przęśli; Tymon mi coraz wdzięcznie i gładko Na swej przygrywa gęśli. Nie mogę więcej, ach! Już nie mogę Nagłej wytrzymać chuci. Tymon mi wewnątrz puszcza zażogę, I myśli, i serce kłóci…”

- Pisał Franciszek Dionizy Kniaźnin o pożądaniu. Czym ono jest? Czy tylko natchnieniem dla poetów? Pożądanie ma wiele postaci i wiele motywacji. Może być także natchnieniem. Najczęściej, niestety, jest tym samym co chciwość. Czyli każe traktować drugiego człowieka jak przedmiot. Pożądamy więc, by jego/ją mieć, posiąść, zawłaszczyć. Tak jak by był/była biżuterią, luksusowym samochodem, designerskim mieszkaniem albo środkiem do zdobycia władzy i splendoru. I bywa, że mamy wokół siebie lub w pamięci kolekcję pożądanych ludzi przedmiotów, z którymi nie potrafimy nawiązać żadnej głębszej relacji. Częsta sytuacja w naszej przesiąkniętej narcyzmem kulturze i nad wyraz smutna.

Mam jednak wrażenie, że nabycie wymarzonego auta jest przeżyciem większym niż seks z pożądanym mężczyzną… Niestety, coraz częściej doświadczamy tej różnicy: „Wsiadłem w moje nowe porsche i powiem ci, że to lepsze niż orgazm z ukochaną”. Widocznie jest tak z nami od zawsze, skoro w przykazaniach wskazujących drogę zbawienia ostrzega się przed pożądaniem żony bliźniego czy jakiejkolwiek rzeczy, która jego jest. Na pierwszy rzut oka wydaje się to upokarzające dla kobiet, że żonę i rzeczy wymienia się jednym tchem, ale w drugim czytaniu można spostrzec, że jest to przestroga przed uprzedmiotawiającym pożądaniem człowieka. W naszych postpatriarchalnych czasach należałoby tylko dodać, że nie należy pożądać męża bliźniego swego itd.

Ale to geny pożądają, i to tego, a nie innego człowieka, tak nas informując, że potomstwo z nim będzie zdrowe genetycznie. Tak, to pożądanie biologiczne wpisane w nasze DNA służy podtrzymaniu gatunku. Pierwotnie nie ma nic wspólnego z chciwością ani z żadnymi innymi psychologicznymi motywacjami. Jest identyczne ze zwierzęcą, sterowaną biologicznie potrzebą prokreacji. Uaktywnia się nie tylko przez odczuwalny zapach, również przez odbiór nieświadomych sygnałów feromonowych. U mężczyzn także przez odbiór języka ciała kobiety w okresie jajeczkowania. Listę uzupełniają podświadome kody dotyczące proporcji kobiecego i męskiego ciała, uświadamiane w postaci preferencji estetycznych. Choć w istocie są one preferencjami biologiczno-prokreacyjnymi, bo odpowiednia proporcja obwodu talii do obwodu bioder u kobiety oraz szerokie barki i wąskie biodra u mężczyzny to zapisane w DNA wskaźniki sprawności rozrodczej i seksualnej. To właśnie pożądanie każe nam – czasami za wszelką cenę, lekceważąc normy, obyczaje i reputację – dążyć do seksu z wybraną osobą. Nie zdajemy sobie sprawy, że w gruncie rzeczy napędzani jesteśmy instynktem podtrzymania gatunku, który indywidualnie przeżywamy jako potrzebę rozprzestrzeniania i ochrony własnego genotypu. Z tego samego powodu w chwili zagrożenia będziemy ratować ludzi, a nie zwierzęta, swoje dzieci, a nie cudze. Nasz ludzki egoizm i narcyzm prokreacyjny to potężne siły, które słusznie staramy się okiełznać poprzez wychowanie, normy etyczne.

Wróćmy do głównego tematu... Jest jeszcze trzeci typ pożądania, który właściwie nie zasługuje na tę nazwę, jest bowiem nierozłączny z miłością i szacunkiem. Dlatego stosowniejszym terminem byłby „zachwyt”. Pragnienie seksualnego kontaktu może nawet w ogóle nie występować, a jeśli do niego dochodzi, to seks nie służy rozładowaniu energii ani prokreacji, ani zawłaszczeniu drugiej osoby, nie karmi też naszego poczucia wartości, lecz staje się szczególną i spełniającą formą wyrażania zachwytu, oddania i miłości. Różnica między pożądaniem motywowanym chciwością a zachwytem wyraża się też tym, że nie dążymy do własnej satysfakcji i przyjemności, bo ważniejsza jest dla nas satysfakcja i znaczące przeżycie partnerki/ partnera. Można powiedzieć, że dostajemy, dając. Słowem, seksualność może się przejawiać w różnych formach, mieć różne motywacje i cele w zależności od tego, na jakim poziomie świadomości znajduje się nasz umysł.

Na jakim poziomie świadomości jest pożądający z chciwości? Odwołajmy się do nieco uproszczonej wersji typologii zaczerpniętej z tradycji wedyjskiej, czyli do koncepcji czakr. Jeśli nasza świadomość znajduje się na poziomie podstawowym, a dzieje się tak, gdy żyjemy w przekonaniu, że naszą misją na Ziemi jest fizyczne przeżycie, to seks będzie dla nas instrumentem poszukiwania schronienia, bezpieczeństwa, pokarmu, energii. Jeśli jesteśmy na poziomie drugiej czakry i żyjemy w przekonaniu, że naszą misją jest doświadczanie przyjemności, to gdy tylko poczujemy jej brak, w seksie będziemy dążyć do własnej przyjemności, a partner/partnerka będą odgrywali wyłącznie rolę służebną. Na poziomie trzeciej czakry, gdy żyjemy w przekonaniu, że naszą misją jest zdobycie władzy, znaczenia i sławy oraz upokarzanie i budzenie zawiści innych, seks i ludzie, z którymi go przeżywamy, będą podporządkowani naszym narcystycznym celom. Sięgając do kwantowej perspektywy na powyższych trzech poziomach, jesteśmy pogrążeni w świadomości dualnej, odczuwając siebie i świat jako dwa osobne byty. Niedualne widzenie świata zaczyna dochodzić do głosu dopiero na czwartym poziomie i wyższych poziomach. Dopiero od poziomu czakry serca doświadczamy wyższych uczuć i potrzeb, tam zaczyna zanikać „inne”, „inna”, „inny”, czyli nie-dualność staje się naszym żywym doświadczeniem albo, mówiąc inaczej i nieco patetycznie, dokonuje się komunia miłości. Wtedy to już nie partner czy partnerka stają się obiektem naszego zachwytu, tylko życie zachwyca się życiem. Doświadczamy miłości, która jest prawdziwie ludzka.

Chodzić do łóżka z miłości albo z chciwości – jest różnica. Czy jednak zachwyt-miłość budzi w nas tylko pozytywne odczucia? Czasem miłość bardzo boli, bo gdy w końcu odkrywamy nie-dualny wymiar miłości i seksu, to jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, ile błędów wcześniej popełniliśmy, ilu ludzi zraniliśmy. Poza tym doświadczenie miłości nie-dualnej dotyka zarazem bólu zranienia, które kiedyś sprawiło, że się nam serce zatrzasnęło.

Skąd się bierze ten ból? Wszyscy mamy takie bolesne przeżycie za sobą. Przez pierwsze trzy, cztery lata istnienia jesteśmy życiem zachwyceni, kochamy wszystko i wszystkich nie-dualnie i bezwarunkowo. Z czasem jednak nieuważność, brutalność, a bywa, że i okrucieństwo dorosłych, ich nadmierne wymagania i bezduszne kary zamykają nam serce i wpędzają w dualistyczną iluzję. Bo kochanie ludzi, którzy nas nie rozumieją i krzywdzą, za bardzo boli. Stąd wzięła się druzgocąca diagnoza Krishnamurtiego: „Gdybyśmy potrafili prawdziwie kochać nasze dzieci, na świecie nie byłoby wojen”. Ale dzieci mimo wszystko w głębi zranionych serc kochają swoich krzywdzicieli. Niemniej warunkiem naszego przeżycia w dzieciństwie staje się przyjęcie jakiejś strategii przetrwania w dualnym świecie i, niestety, z tą strategią zaczynamy się z wolna identyfikować. Wówczas staje się ona murem oddzielającym nas od innych, od świata i od nas samych – od naszej niewinnej, kochającej prawdziwej istoty. W rezultacie tracimy wiarę w miłość, a zachwyt życiem zmienia się w egocentryczne pożądanie bezpieczeństwa, przyjemności, luksusu, władzy i sławy. Na szczęście jednak możemy to podstawowe, pierwotne zranienie przekroczyć i ponownie otworzyć serce, by zacząć współodczuwać – z dwóch uczynić jedno.

Lecz czasem bywa tak, że chcesz się w łóżku zachwycić cieleśnie, a on czy ona potrzebują czegoś innego, na przykład czułości? Jeśli jesteś w stanie nie-dualnym, a więc głęboko współodczuwasz z tą osobą, to odpowiedź na jej potrzebę nie powinna być problemem. A jeśli zabraknie ci empatii, to z języka ciała tej osoby odczytasz bez trudu, o co jej chodzi. Wtedy decyzja należy do ciebie – albo idziesz za popędem, albo uwzględniasz stan i potrzeby partnera/ partnerki. Wybór pierwszej opcji jest jednoznaczny z egocentrycznym uprzedmiotowieniem i nadużyciem. Druga możliwa jest, gdyż człowiek okazuje się istotą zdolną do sublimowania seksualnej energii, czyli używania jej jako napędu działań, uczuć i motywacji innego porządku. Wtedy zamiast w zaślepieniu dążyć do satysfakcji możemy komuś bardzo pomóc troską, czułością i zrozumieniem.

A tymczasem pojęcie sublimacji jest rozumiane jako przejaw dewocji czy dewiacji seksualnych. To pomylenie pojęć. Skutki, które przytaczasz, są typowe dla wyparcia i zaprzeczenia własnej seksualności i z reguły powodują, że przeradza się ona w hipokryzję, potrzebę poniżania innych, okrucieństwo, agresję i nienawiść. Natomiast sublimacja nie ma nic wspólnego z wyparciem. Wręcz przeciwnie. Energia seksualna jest wtedy silnie i – co bardzo ważne – pozytywnie uświadamiana, lecz na zasadzie świadomego wyboru zostaje przekierowana na inne niż seksualna motywacje i cele. Na przykład na rozwój duchowy, pracę na rzecz innych, sztukę, naukę. Wyparcie i zaprzeczenie to igranie z ogniem. Energia seksualna jest tożsama z potężną twórczą energią życia, tworzącą wszelkie formy istnienia. Wszystko jest z tej energii uczynione. Wypieranie się jej to wypieranie się siebie. Dlatego celibat ma wartość tylko wtedy, gdy jest świadomym wyrzeczeniem się czegoś postrzeganego jako cenne i piękne, a więc dobrze rozumianym poświęceniem. Niestety, w wielu religiach seks jest najpierw stygmatyzowany, a potem wypierany. Wprawdzie łatwiej wyrzec się czegoś, co sobie obrzydzimy, to jednak taki zabieg na seksualności prowadzi do dewiacji lub agresywnej, szaleńczej nadkompensacji.

Wszystko jest energią (materia to energia o niskich wibracjach i częstotliwości – mówi prof. Maciej Adamski z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu), a więc jednością... To, że wszystko jest jednością, zdarza się ludziom odczuć w trakcie orgazmu – co jest zwiastunem wyższego stanu świadomości. W tantrze używa się właśnie energii seksualnej do podnoszenia poziomu świadomości do tak wysokich wibracji, że zanika zjawisko pożądania. Gdy zaś Jan Paweł II zwrócił uwagę wiernym, że nie tylko żony bliźniego nie powinno się pożądać, ale i własnej, to było wezwanie do miłości. Jednak słowa papieża wzbudziły protesty. O ile wiem, już do tego tematu nie wrócił. A rzecz w tym, by się nie uprzedmiatawiać nawzajem. W świecie nie-dualnym nawet przedmiotów nie ma powodu ani sposobu pożądać, a co dopiero człowieka. All you need is love – jak śpiewali Beatlesi.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Zdrowie

Niskie ciśnienie – uciążliwe, ale niegroźne

Wczesnym popołudniem, tak ok. 15, osoby z niskim ciśnienim dopada zjazd energetyczny. (Fot. iStock)
Wczesnym popołudniem, tak ok. 15, osoby z niskim ciśnienim dopada zjazd energetyczny. (Fot. iStock)
Często skarżą się na nie osoby niskie, szczupłe. I młode. Z wiekiem problem na ogół znika. Choć według dr Anny Plucik-Mrożek, specjalistki chorób wewnętrznych, słowo „problem” jest tu na wyrost. W każdym razie z punktu widzenia medycznego. Choć niskie ciśnienie może uprzykrzyć życie. Jak sobie z tym poradzić?

Czy zbyt niskie ciśnienie jest groźne? Z punktu widzenia medycznego właściwie nie. Hipotensja, czyli niskie ciśnienie, nie jest groźne. Natomiast utrudnia codzienne funkcjonowanie.

Skąd się ta przypadłość – bo nie choroba – bierze? Duża grupa osób z niskim ciśnieniem ma tzw. hipotensję samoistną, o nieznanym pochodzeniu, często dziedziczną. Mam wielu takich pacjentów czy może częściej – pacjentek. Kiedy dopytuję, jak to było w rodzinie, słyszę, że tak samo miała matka czy ojciec.

Na niskie ciśnienie skarży się też wiele kobiet drobnych, niskich. I młodych. Im jesteśmy młodsi, tym częstsze takie przypadki. Kwalifikuję teraz dzieci do aktywności fizycznej i widzę, że bardzo rzadko zdarzają się takie, które mają ciśnienie wyższe niż 100/60 mm Hg. Czemu tak się dzieje? Kiedy układ krwionośny jest młody, kiedy jest duża elastyczność naczyń krwionośnych, czyli nie ma miażdżycy, krew nie musi być pompowana pod dużym ciśnieniem. Nawet jeśli serce słabiej się skurczy, ponieważ jest lepsze napięcie ściany żylnej, krew może powrócić, nie trzeba siły, żeby doprowadzić tlen i substancje odżywcze do każdej komórki naszego ciała.

U osób dorosłych i starszych jest już inaczej? Z wiekiem to się powoli zmienia. Kiedy jesteśmy starsi, powstają mikrouszkodzenia śródbłonka naczyń krwionośnych, naczynia zaczynają sztywnieć, są już blaszki miażdżycowe, a jak naczynie sztywnieje, krew, by dotarła do każdej komórki ciała, musi być pompowana pod wyższym ciśnieniem. Tak więc z wiekiem ciśnienie nam rośnie. Pamiętam, że na studiach miałam regularnie 80/50 mm Hg. Teraz mam 120/80, też dobre, ale jednak wyższe.

Mówiłaś, że niskie ciśnienie utrudnia nam życie. W jaki sposób? Kiedy się budzimy, chwilę po wstaniu mamy największy wyrzut hormonów pobudzających, kortyzolu, noradrenaliny. To jest moment, kiedy dostajemy zastrzyk energetyczny i jest ok, czujemy się dobrze. A im dalej w dzień, im więcej stresów, tym szybciej wyczerpuje się organizm. I wczesnym popołudniem, tak ok. 15, dopada nas zjazd energetyczny. Pamiętam ze studiów, że po południu musiałam się choć chwilę przespać. Jeśli tego nie zrobiłam, nie byłam w stanie dotrwać do piątku. Myślę, że wielu niskociśnieniowcom przeszkadza narastające zmęczenie. Ale nie tylko to, także wzmożona senność, zawroty głowy, osłabienie, ciągłe uczucie wyczerpania. Wydaje nam się czasem, że to muszą być objawy jakiejś groźnej choroby, zaczynamy więc szukać, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. I na ogół jest w porządku. Ale trudno funkcjonować.

I jak sobie pomóc? Kawa na niskie ciśnienie nie pomaga, mamy jakiś złoty środek? Dobre są króciutkie, dosłownie kilkuminutowe drzemki. Mnie, pamiętam, wystarczały dwie minuty. Lepiej nie przeciągać ich ponad 10-15 minut, żeby potem w nocy nie było problemów.

Kiedy rozmawiam z pacjentami, widzę jeszcze jedną przyczynę złego samopoczucia – mało kto pilnuje odpowiedniej ilości wypitych płynów. I to się po południu kumuluje, dlatego źle się czujemy. Ja, kiedy ogarniała mnie senność i zmęczenie, piłam małymi łykami wodę – działało. Natomiast kawa rzeczywiście nie skutkuje. Wiele razy słyszę od pacjentek z niskim ciśnieniem: „Wypiłam espresso i zaraz musiałam iść spać…”. Jeśli pijemy kawę rzadko, podnosi ona ciśnienie. Ale jeśli codziennie i to niejedną, receptory do kofeiny są cały czas przyblokowane i kawa nie pobudza. A dodatkowo odwadnia.

Czyli proponuję dbać o odpowiednie nawodnienie, pilnować rytmu dnia, regularnej aktywności fizyczna, snu. Unikajmy przed snem patrzenia w niebieskie światło, śpijmy 7–8 godzin, i w nocy, kiedy jest ciemno, żeby nie rozregulować sobie rytmów dobowych. Nie doceniamy wagi snu, a coraz więcej badań mówi, że to błąd. Krótko mówiąc: ważny jest tak zwany higieniczny tryb życia.

Co z solą? Podobno przy zbyt wysokim ciśnieniu zaleca się ograniczenie soli, a zwiększenie jej ilości w diecie, żeby je podwyższyć. Tu byłabym ostrożna. Rzeczywiście im wyższy poziom jonów sodu i potasu, tym wyższe będzie ciśnienie, ale ja bym nie radziła podnosić sobie ciśnienia solą. Jeśli się przyzwyczaimy, to po latach może to sprzyjać nadciśnieniu. A to już jest nie tylko uciążliwe, jak niedociśnienie, ale może być po prostu groźne dla zdrowia.

A pomoc farmakologiczna? Czy leki pomagają na niskie ciśnienie? Odkąd pamiętam, tylko jednej pacjentce dałam leki na podniesienie ciśnienia. Są takie leki oczywiście, ale mogą je przyjmowane tylko osoby zdrowe, takie, które żadnych innych środków nie biorą.

Czytałam, że osoby z hipotensją wrodzoną powinny uprawiać aktywność fizyczną. Z drugiej strony hipotensja wtórna dotyka osób uprawiających sporty. Czy nie ma tu sprzeczności? Myślę, że chodzi tu raczej o sportowców zawodowych, nie amatorów. Aktywność fizyczna przyspiesza tętno, lepiej dotlenia mózg, lepiej się więc czujemy. W trakcie ćwiczeń dochodzi do wzrostu ciśnienia, ale potem ono spada. Aktywność fizyczna używana jest raczej do leczenia nadciśnienia niż niedociśnienia. Prowadziliśmy kiedyś badanie dotyczące aktywności fizycznej – okazało się, że osoby zdrowe, które miały niskie ciśnienie, po całym programie ćwiczeń zanotowały wzrosty ciśnienia, ale niewielkie. Natomiast u tych z nadciśnieniem ciśnienie spadło w istotnym statystycznie wymiarze.

Jeżeli się dobrze czuję, jak często powinnam mierzyć sobie ciśnienie? Do 40. roku życia wystarczy raz na pół roku. Później mierzyłabym raz w miesiącu, żeby wyłapać wartości graniczne – na początku można, jeśli się szybko zareaguje, nieprawidłowości wyregulować trybem życia. Ale po 40.-45. roku życia zbyt niskie ciśnienie jest niezwykle rzadkim problemem. Chyba że są jakieś inne choroby, jak na przykład niedoczynność tarczycy, cukrzyca, serce. Tu każdy spadek ciśnienia jest niezwykle groźny. Jeśli jest choroba wieńcowa, cukrzyca i skoki ciśnienia, to już bym zaczynała myśleć o jakimś incydencie wieńcowym, w każdym razie tego bym szukała, to sprawdzała. Spadek ciśnienia przy niewydolności serca to znak, że choroba się zaostrza. Kiedy w organizmie jest jakieś poważniejsze zakażenie, jak choćby zapalenie płuc, i zaczyna się obniżać ciśnienie, to sygnał alarmowy, że organizm traci równowagę, może to być oznaka sepsy.

Normy ciśnienia tętniczego krwi u dorosłych:

  • Niedociśnienie: <100 mm Hg / <60 mm Hg
  • Ciśnienie prawidłowe: 120 - 129 mm Hg / 80 - 84 mm Hg
  • Ciśnienie wysokie prawidłowe: 130 - 139 mm Hg / 85 - 89 mm Hg
  • Nadciśnienie 1. stopnia: 140 - 159 mm Hg / 90 - 99 mm Hg
  • Nadciśnienie 2. stopnia: 160 - 179 mm Hg / 100 - 109 mm Hg
  • Nadciśnienie 3. stopnia: ≥ 180 mm Hg / ≥ 110 mm Hg

  1. Psychologia

Mężczyzno, jeśli twoje serce domaga się, by go wysłuchać, ten tekst jest dla ciebie

Mężczyzn zabija samotność. – Żyją w ciągłym pośpiechu, pod presją, spełniając oczekiwania wobec partnerki, rodziny, firmy i kraju. Ale walczą samotnie, w związku z tym nie mają czasu, są przeciążeni zadaniami i obowiązkami – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Mężczyzn zabija samotność. – Żyją w ciągłym pośpiechu, pod presją, spełniając oczekiwania wobec partnerki, rodziny, firmy i kraju. Ale walczą samotnie, w związku z tym nie mają czasu, są przeciążeni zadaniami i obowiązkami – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Wierzy, że sam wszystkiemu podoła. Maskuje przed sobą i światem, że nie potrzebuje innych. Ale nie można udawać w nieskończoność – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. Drogi mężczyzno, jeśli twoje serce domaga się, by go wysłuchać, ten tekst jest dla ciebie.

Te dane są cytowane często, a jednak warto je przypomnieć: Mężczyźni żyją średnio o dziewięć lat krócej niż kobiety. Cztery razy więcej mężczyzn niż kobiet popełnia samobójstwo. Trzy razy więcej mężczyzn niż kobiet umiera na zawał serca. Nagłą śmiercią w wypadkach ginie dwukrotnie więcej mężczyzn niż kobiet. Prawdopodobieństwo odebrania sobie życia przez starszego, samotnego mężczyznę jest aż 1350 proc. większe niż przez kobietę w tym samym wieku. Liczba zgonów spowodowanych chorobami wątroby jest dwa razy większa u mężczyzn niż u kobiet. Liczba zgonów spowodowanych wirusem HIV jest dziesięciokrotnie większa niż u kobiet.

Mężczyzn zabija (w przenośni i dosłownie) dojmująca samotność. – Oni żyją w ciągłym pośpiechu, pod presją, spełniając oczekiwania wobec partnerki, rodziny, firmy i kraju. Ale walczą samotnie, w związku z tym nie mają czasu, są przeciążeni zadaniami i obowiązkami – mówi Benedykt Peczko.

Popadają w sidła zewnętrznych wymagań, podczas gdy ich serca tęsknią za czymś skrajnie innym. Ten konflikt jest źródłem odcięcia od siebie, cierpienia. „Kim jest prawdziwy mężczyzna? Czy spełniam warunki?” – te kierowane do siebie pytania pozostają bez odpowiedzi.

Dom, drzewo i syn?

„Świat potrzebuje mężczyzn, którzy odzyskują swoje serca” – pisze John Eldredge w książce „Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy”. „Jak to się dzieje” – pyta – „że mężczyźni, zaglądając do swoich serc, nie odkrywają niczego mężnego, a znajdują głównie gniew, żądzę i strach? Większość mężczyzn prowadzi życie w cichej rozpaczy. Są albo bierni, albo gwałtowni”.

W innej słynnej książce Steve’a Biddulpha „Męskość” autor donosi, jak w trakcie spotkania z dużą grupą mężczyzn poznał jedynego prawdziwego mężczyznę: „Jak wielu z nas jest wysokimi, szczupłymi, bogatymi, odnoszącymi sukcesy, cieszącymi się władzą, z owłosioną klatką, zawsze opanowanymi... czy ktoś... o tak, tutaj jest jeden! Jedyny mężczyzna!”.

– Przymierzamy siebie do mało realnych wzorców – twierdzi Benedykt Peczko. – Mężczyzna powinien wybudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna. Co to znaczy? Przecież, gdyby rzeczywiście każdy mężczyzna miał wybudować dom, to zabrakłoby miejsca na ziemi. Gdzie byśmy je stawiali? Na Alasce? Gdyby każdemu mężczyźnie urodził się syn, to powstałaby potężna nierównowaga, bo synowie potrzebują kobiet. Jedynie sadzenie drzew potraktowałbym jako użyteczne zalecenie. Czy Einstein budował dom i sadził drzewa? Wątpię. A inni naukowcy, podróżnicy, odkrywcy, pisarze, lekarze?

Patriarchalny przekaz to dużo, dużo więcej: mężczyzna ma walczyć, posiadać, imponować, mieć władzę i prestiż.

– Straszliwa pułapka – mówi psycholog. – Wydaje się, że jeśli tylko osiągnę to i to, będę szczęśliwy. Już osiągnąłem, ale mógłbym mieć jeszcze więcej... więc od nowa rzucam się w pogoń. Gonię ogon, który ciągle ucieka, bo okazuje się, że to mój własny ogon. Uzależnianie swojego dobrostanu od czynników zewnętrznych to prosta droga do nieszczęścia.

– Nam, mężczyznom, wydaje się, że jesteśmy panami stworzenia – kontynuuje Peczko. – A stworzenie trzeba kontrolować, ujarzmiać, podporządkowywać. Wyeksploatować wszystko, co się da. Wielki błąd. Życia nie da się wyeksploatować. Bardzo łatwo zapomnieć wtedy o sobie, o swoim wnętrzu, zatracić tę część siebie, która pragnie życia kontemplacyjnego. Jak mężczyzna odpoczywa? Idzie do parku, bo wie, że ruch dobrze robi i spacer dotlenia. Ale myślami jest zupełnie gdzie indziej – snuje plany, odbiera telefony i załatwia sprawy. Na wakacje zabiera laptopa, odbiera i pisze e-maile. Nie jest w stanie zobaczyć liści na drzewach, chmur na niebie, usłyszeć śpiewu ptaków, być tu i teraz. Ktoś, kto nie umie się zatrzymać, nie będzie szczęśliwy. „Nieproduktywne” zajęcia, jak spotkania z przyjaciółmi, zabawy z dziećmi, wyprawy do lasu, niezobowiązujące lektury czy marzenia wywołują poczucie winy. Nie może pozwolić sobie na nicnierobienie. Osiąga więc kolejne cele. Ale nie jest w stanie się nimi cieszyć, doświadczać istnienia w sposób, który daje poczucie wewnętrznego bogactwa i spokoju.

Tacy mężczyźni mają w sobie za mało „kobiety”, równoważącego kobiecego aspektu. Z kolei faceci wrażliwi, delikatni, nieśmiali potrzebują równoważącego aspektu męskiego, ponieważ nie mają poczucia siły, sprawczości. Nie potrafią znaleźć odpowiedniej partnerki, ciekawej pracy, a jeśli już pracują, to dają się wykorzystywać, nie pozwalają sobie, by marzyć, osiągać cele. Wycofują się. Ta wewnętrzna nierównowaga dla jednych i drugich jest źródłem cierpienia.

Współczesny wojownik

Za czym tęskni męskie serce? – Za bliskością – mówi psychoterapeuta. – Za doświadczaniem jej w relacjach z kobietami, z mężczyznami, z dziećmi. Za przyjaciółmi, z którymi się dobrze rozumie, nadaje na tej samej fali. Za taką relacją ze sobą, w której nie musi popędzać się batem, karać siebie czy od siebie uciekać. Za bliskością ze swoimi marzeniami i celami. Także za bliskością z ludźmi w pracy, przejawiającą się w realizowaniu wspólnych planów, we wzajemnym wspieraniu się i zaufaniu. Za wewnętrzną pełnią.

Marek Kochan, autor powieści „Plac zabaw”, mówił w wywiadzie dla „Polityki”: „Presja patriarchalnej kultury na mężczyzn jest bardzo silna. Chitynowe pancerzyki przyrosły nam do ciała, a my myślimy, że to skóra. Jak się z mężczyzny zedrze stanowisko, dochody, pozycję zawodową, to co zostanie? Jakiś blady robaczek”.

Kim jest współczesny wojownik? – To ktoś, kto integruje te części siebie, z którymi nie miał do tej pory kontaktu. Na przykład odkrywa siłę swojej wrażliwości, przyznaje się przed sobą, że są chwile, gdy się boi, czuje się niepewnie, pragnie, tęskni, jest zraniony. – mówi Peczko. – Przyznanie się do wszystkich stanów i uczuć to pierwszy krok do tego, by stały się one częścią życia wewnętrznego, a nie jakąś zdemonizowaną siłą, z którą musimy walczyć. Wojownik zachowuje zdolność do podejmowania walki tam, gdzie jest to niezbędne – w obronie swojej rodziny, bliskich, kraju, ale nie walki jako wartości samej w sobie. Odkrywa wartości nadrzędne w stosunku do walki – altruizm, wzajemne wspieranie się. Akceptuje siebie niezależnie od presji i oczekiwań. Jednocześnie jest na te oczekiwania otwarty i stara się je realizować w takim stopniu, aby nie naruszały jego wewnętrznego dobrostanu, nie wymuszały na nim zachowań czy postaw, które byłyby sprzeczne z jego systemem wartości. Spełniony mężczyzna umie kochać, ma przy sobie kobietę, którą wspiera, która go inspiruje i równoważy jego zbyt męskie, twarde cechy. Daje sobie prawo do tego, by rozwijać swój potencjał i dzielić się sobą z innymi. Wie, po co żyje. Ma wrażenie jedności z naturą. I poczucie, że może działać na rzecz harmonii całości Istnienia. Czy być mężnym nie oznacza dziś po prostu wewnętrznej pracy? – pyta psychoterapeuta. Bo przecież nie upolowanie niedźwiedzia.

Benedykt Peczko psycholog, trener, coach i psychoterapeuta, dyrektor Polskiego Instytutu NLP, wspólnie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską na łamach „Zwierciadła” odkrywa tajemnice mężczyzn.

„Zrozumieć Mężczyznę” (wyd. Biały Wiatr). Książka jest zapisem rozmów Benedykta Peczki i Renaty Arendt-Dziurdzikowskiej. Rozmów o męskich pasjach, wyzwaniach, kryzysach, wewnętrznych i zewnętrznych pułapkach, sukcesach i porażkach. O rolach, które mężczyzna pełni. O radości, spełnieniu i sensie życia. O miłości i bliskości. O przemijaniu i wiecznej młodości.