1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak uleczyć zranione serce i żyć naprawdę – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Jak uleczyć zranione serce i żyć naprawdę – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Fot. iStock
Fot. iStock
Za finezyjną i elastyczną konstrukcją z żeber bije serce. Dzięki niemu jesteśmy skłonni do wzniosłych, wielkich i skomplikowanych uczuć oraz silnych wzruszeń. Kochamy poezję, zachwycamy się i współczujemy. Zdobywamy się na odwagę, bezinteresowność, wierność, troskę i tkliwość. Ale uwaga – nie wtedy gdy nasze serce jest zranione...

Czy serce ma naprawdę takie znaczenie, czy to tylko pogłos po romantycznym micie, że jest siedliskiem uczuć?
Precyzyjne pomiary fal elektromagnetycznych emitowanych przez różne organy ludzkiego ciała wykazują, że sygnał emitowany przez serce jest najsilniejszy. Silniejszy niż sygnał mózgu. Pewnie dlatego, gdy zapytamy ludzi, z jaką częścią ciała się najbardziej utożsamiają, to najczęściej kładą ręce na sercu. Tak więc również w subiektywnym odbiorze uznajemy serce za szczególny obszar ciała. To oczywiste, że jest niezmordowaną pompą krwi, od której zależy nasze życie. Ale ma inne, jeszcze ważniejsze, funkcje emocjonalne i symboliczne. Jest przecież organem miłości, współodczuwania i różnych wyższych uczuć, a co najważniejsze, siedliskiem ducha albo duszy, a inaczej mówiąc – miejscem, w którym to, co ludzkie, spotyka się z tym, co boskie. Stąd bierze się owa zasadnicza diagnoza dotycząca naszych ludzkich kwalifikacji, którą czasami możemy usłyszeć: „Ty nie masz Boga w sercu” albo: „Ty masz Boga w sercu”.

Mówimy także: „Miej serce i patrz w serce” , „to człowiek o wielkim sercu” albo „ona serce ma z lodu”. Czy to tylko metafory?
Formalnie rzecz biorąc, to są metafory, które widocznie najlepiej opisują różne właściwości i stany ludzkich serc. Wskazują też na to, że serce jest organem kontaktu z ludźmi i ze światem, zdolnym albo zjednoczyć nas z nimi, wprowadzić w stan komunii, albo odciąć od ludzi i od świata. W obu sytuacjach potrzebuje solidnej ochrony, więc jak największego skarbu broni go mocna i sprężysta klatka piersiowa. Ale to nie zranienia fizyczne zagrażają mu najbardziej, lecz emocjonalne. Te goją się trudniej i dłużej niż prawdziwe rany. Czujemy wówczas, że nasze serce pękło, że ktoś nam złamał serce, że niesiemy na sercu ciężar albo że ktoś nam zamroził serce lub że nasze serce się zatrzasnęło. Widać wyraźnie, że wszystkie te odczucia wskazują na negatywny stan naszych relacji z innymi i ze światem.

Mam wrażenie, że wielu ludzi, których spotykam, jest w którymś z tych negatywnych stanów serca.
Ja też mam takie wrażenie. Bo, niestety, wiele serc, myślę, że wręcz większość, zostało w jakiś sposób zranionych. Gdy lądujemy na tym świecie i nic nam nie dolega ani nie boli, to jesteśmy jednym wielkim, otwartym sercem. Sercem zachwyconym światem, każdym kwiatkiem, każdym zwierzątkiem, każdą pogodą, każdym – także złym – człowiekiem, jedzeniem i kupą, tym, co brudne, i tym, co czyste – wszystko jest wtedy jednym wielkim cudem. Lecz to niewinne, bezinteresownie kochające serce dziecka prędzej czy później zostaje zranione przez ludzi, których wcześniej uszkodzone serca nie potrafią ochronić i wzmocnić jego bezbrzeżnej miłości. Bo jej zazdroszczą albo nie czują się jej godni, albo z obawy o źle pojęte bezpieczeństwo dziecka czy z innych jeszcze powodów. W każdym razie gdy otwarte serce dziecka trafi do kręgu serc zranionych, to wcześniej czy później upodobni się do nich, zarazi się nieufnością, zawiścią, nienawiścią lub pogardą. Niestety, starsze poranione serca nie zawsze potrafią skorzystać z szansy uleczenia, jaką stwarza bliskość dziecięcego serca. I potrafią znacząco zmodyfikować rozwijającą się konstrukcję i sylwetkę jego ciała.

Kształt klatki piersiowej się zmienia, a ciało dziecka  próbuje obolałe serce ukryć w zagłębieniu skorupy pleców, które zwijają się i garbią. Zapada się klatka piersiowa, barki wysuwają się do przodu, pochyla się głowa. Ręce często krzyżują się na piersiach. Sylwetka sygnalizuje otoczeniu: „Mam zranione serce, boję się i bronię przed prawdopodobnym, kolejnym ciosem”.

Inni ludzie domyślają się tej postawy ciała, że oto spotkali zranione serce?
Tak, a jeśli są wrażliwi, empatyczni, to inaczej się do kogoś takiego odnoszą – łagodnie, wspierająco i z szacunkiem dla granic takiej osoby. Bo ona czuje się jak rekonwalescent po operacji serca. Obolałe serce pochłania całą energie i uwagę, której potem brakuje do otwartego kontaktowania się ze światem. W tej sytuacji najbezpieczniej jest się wycofać.

Wiele razy słyszałam od ludzi, którzy jak mi się wydaje, mieli skrzywdzone serce, że najlepiej czują się sami.
Tak, bo dla poranionych i upokorzonych samotność oznacza bezpieczeństwo, jest upragnionym wytchnieniem, za które – mimo ogromnej tęsknoty za ufną bliskością – chętnie płacą izolacją. Często serca tych ludzi są tak zalęknione, że boją się każdego spotkanego na swej drodze. Tylko jakieś inne serce zdolne do bezinteresownej i bezwarunkowej miłości potrafi taką osobę wyrwać z izolacji.

Boję się zapytać, ale czy serca zranione potrafią kochać?

Potencjalnie każde ludzkie serce potrafi kochać. Pod warunkiem że się nie boi. A miłość, jak wiadomo, to jazda bez trzymanki z sercem na wierzchu, co w życiu dorosłych – częściej niż w dzieciństwie – niesie ryzyko odrzucenia, zranienia, rozczarowania. Zranione serce, zanim zacznie dawać miłość, potrzebuje choć trochę jej dostać. Ukryty miłosny potencjał zranionego serca ujawnia się dopiero po jego otwarciu, a otwarcie wiąże się z ryzykiem, którego zranione serce się boi. Całkowicie zapomniało o naturalnej miłości i zachwycie, którymi obdarowywało świat przez pierwsze lata po swoich narodzinach. Dlatego dorosłe, zranione serce raczej bywa chciwe, zachłanne i zazdrosne, a nie kochające. Często jest nielojalne, bo dojmujący głód ciepła, bezpieczeństwa i miłości każe mu korzystać z każdej miłosnej okazji, jaka się nadarza. Tak więc dorosłe zranione serce z reguły bywa egoistyczne. Tak bardzo, że nie tworzy miłosnej, partnerskiej więzi z innymi ludźmi, jedynie wikła ich, uzależnia i wykorzystuje, aby w końcu bez skrupułów porzucić. Wiele złamanych serc najbezpieczniej czuje się w otoczeniu udomowionych zwierząt – szczególnie wiernych, cierpliwych, bezwarunkowo kochających psów, a także koni. Dla nich potrafi mieć nieskończone współczucie, miłość i empatię.

Wystarczy kochać zwierzaki, by nauczyć się kochać i czuć kochanym?
Nie wystarczy. Bo wówczas nieświadomie umieszczamy swoje zranione serce i swój ból w porzuconych, zdradzonych, skrzywdzonych zwierzakach. Skutecznie wówczas pozbywamy się własnego bólu. A w konsekwencji, poświęcając się bez reszty zwierzętom, nie dostrzegamy już potrzeby zajęcia się własnymi problemami i iluzjami. W dodatku nasz lęk przed kochaniem ludzi fałszywie i wygodnie uzasadniamy ich niską wartością. Przekonujemy samych siebie, że nie są warci naszej miłości, że są z gruntu źli. W tej sytuacji miłość innych ludzi też niewiele dla nas znaczy. To znany mechanizm obrzydzania sobie tego, co upragnione, ale niedostępne. Tak rozmyślając, nieświadomie nadal będziemy żywić fałszywe przekonanie, że nie zasłużyliśmy na miłość rodziców, co wyklucza możliwość nasycenia się jakąkolwiek miłością – także tą zwierzęcą. Wprawdzie wpatrzone w nas zwierzaki mogą wtedy koić nasz ból, ale go nie uleczą. Bo ich oddanie i uzależnienie uśmierzają tylko nasze objawy, więc nie sięgają do przyczyny bólu, a co gorsza, ją kamuflują. Z drugiej strony – nie ma nic złego w tym, że chcemy sobie przynieść ulgę w bólu. Jeśli w relacjach ze zwierzętami zachowamy stosowny umiar, to ich miłość i dobre wibracje mogą wiele dobrego zrobić dla naszych serc. Jednak gdy na tym poprzestaniemy, to grozi nam uzależnienie od uśmierzającej substancji i z czasem pozostanie nam tylko zwiększanie dawek zwierzęcej miłości i dalsze oddalanie się od ludzi.

Jak więc zająć się zranionym sercem w przyczynowy sposób?
Z wolna rezygnować ze strategii skorupiaka, który chroni swoje bezbronne ciała w głębi muszli czy pancerza. Ale skorupiak nie ma innego wyjścia, bo nie posiada wewnętrznego szkieletu, który tak bardzo zadecydował o ewolucyjnej przewadze kręgowców. Dla skorupiaków pancerz czy muszla są nie tylko tarczą i obroną, ale także zewnętrznym szkieletem. A ów ma tę wadę, że oddziela od świata i utrudnia poruszanie się, lecz stanowi jednak jakiś punkt zaczepienia dla mięśni. No i daje schronienie. Na szczęście my, ludzie, mamy inną możliwość. Jesteśmy kręgowcami, mamy wewnętrzny szkielet, którego niezastąpioną osią jest kręgosłup. Jak wiemy, mocny i sprawny kręgosłup w wymiarze mentalnym to poczucie godności i moralny kompas. Stąd prosty wniosek: aby właściciele zranionych serc porzucili strategię skorupiaka, muszą wpierw odzyskać swoją uszkodzoną wewnętrzną konstrukcję, szkielet i kręgosłup. Z punktu widzenia psychologicznej pracy z ciałem nie wolno otwierać komuś zatrzaśniętego serca, dopóki nie zbuduje podstawowego oparcia w sobie. Bo serce, aby się otworzyć, potrzebuje poczuć się bezpiecznie. Wewnętrzne, autogenne i autonomiczne oparcie dla serca budujemy, oczywiście, od dołu. Najpierw wzmacniamy stopy, nogi i biodra. Potem kręgosłup, po drodze wzmacniając brzuch. A na końcu ręce, które powinny być na tyle silne i sprawne, by móc odepchnąć agresora i obronić serce. Wtedy czas na umysł, który musi przynajmniej przypuścić, że rodzice nie kochali, bo nie potrafili, a nie dlatego, że z nami było coś nie tak. I dopiero wtedy serce odważy się wychynąć spod skorupy zgarbionych pleców i zacznie z wolna, ostrożnie rozkwitać.

Są jednak ludzie bardzo mocni i sprawni, którzy mają serca zatrzaśnięte, pełne złości?
To ci, którzy jako skorupy używają swojej muskulatury. Otulają zranione serca warstwami nadmiernie rozbudowanych mięśni i nastawiają się na czynną jego obronę, na walkę. W przeciwieństwie do wycofanych ich obroną jest agresja.

Dlaczego ich serca nie otwierają się?
Mają tylko potężne mięśniowe pancerze, ale nie mają poczucia oparcia w sobie. A co gorsza, przywykli do satysfakcji, jakiej dostarcza im ich pancerz mięśniowy, gdy za jego pomocą straszą, podporządkowują lub atakują niewinnych ludzi w imię obsesyjnej potrzeby zemsty za to, co ich niegdyś spotkało. Oni też boją się sięgnąć do źródła zranienia. Bo wprawdzie mają dużo siły, ale brakuje im samoświadomości. Gdy w środku coś boli, to łatwiej i bezpieczniej koncentrować się na zewnętrznej zbroi i wypierać trudne uczucia oraz potrzebę ciepłego, ufnego i bliskiego kontaktu z ludźmi. Wielka trudność w tym, że aby się na to wszystko otworzyć, trzeba jednocześnie otworzyć się na rozpacz, która wydaje się bezdenna. Ale tylko przeżycie tamtej, prawie zapomnianej, rozpaczy zranionego dziecka może otworzyć zatrzaśnięte serce na miłość.

W jaki sposób rozpacz może otworzyć na miłość? Czy nie można konfrontacji z rozpaczą ominąć?
Przykro mi, ale nie możemy. Chcesz otworzyć zatrzaśnięte, zlodowaciałe serce, to musisz przeżyć rozpacz, która zmusiła cię do tego, by je zamrozić, bo inaczej zabiłby cię ból. Teraz dopiero jako dorosła osoba możesz to w sobie pomieścić. Dasz radę. Uczciwe duchowe poszukiwania też cię tam zaprowadzą, pod warunkiem że unikniesz pokusy egzaltacji, wywyższania się lub ucieczki w wewnętrzną, martwą ciszę. Duchowe zderzenie z rozpaczą ma z reguły wymiar ponad-osobisty, co nie znaczy łatwiejszy – wręcz przeciwnie, znacznie trudniejszy. To tak jakby nasze serce przeżywało rozpacz wszystkich ludzi, którzy się kiedykolwiek narodzili na tym świecie. Wtedy serce otwiera się na miłość i współczucie w jeszcze głębszy, trudny do opisania sposób.

Czyli rozwój duchowy też jest drogą, by otworzyć serce?
Tylko jeśli nie jesteśmy nastawieni na obronę status quo. A, niestety, wielu takich jest wśród wyznawców każdej religii. Na naszym polskim podwórku najłatwiej zaobserwować to wśród katolików. Mimo że Jezus jest prorokiem otwartego serca, to wielu jego gorących wyznawców używa Go jako tarczy i oręża przeciwko innym ludziom, których nienawidzi i którymi pogardza. To zjawisko ma mniejszy zasięg, gdy duchowi wędrowcy mają od czasu do czasu bezpośredni kontakt z kompetentnym nauczycielem, który potrafi adepta uchronić przed zbłądzeniem na duchowe manowce.

To może na koniec: istnieją jakieś ćwiczenia dla serca?
Śpiewać, dużo śpiewać. Śpiew otwiera serce. Gdy jesteśmy szczęśliwi, to przecież aż się nam chce śpiewać. Trudniej wydobyć z siebie głos, kiedy czujemy się źle. Wtedy jednak tym bardziej warto zadać sobie pytanie, jaki dźwięk moje serce chciałoby z siebie wydobyć. I próbować go zaśpiewać, zanucić, zamruczeć czy zajęczeć. Szukajmy takiego dźwięku i melodii, które okażą się głosem naszego serca tu i teraz. Jeśli w ślad za tym śpiewem podążą nasze emocje, to bardzo dobrze. Wyraźmy je głośno i do końca. Nagrodą będzie ogromna ulga i bardziej otwarte serce.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co rozgrywa się w mózgu osoby wysoko wrażliwej?

Badania przeprowadzone przez dr Elaine Aron wskazują na pewne istotne różnice w funkcjonowaniu mózgu osób z wysoką wrażliwością w porównaniu z innymi. (Fot. iStock)
Badania przeprowadzone przez dr Elaine Aron wskazują na pewne istotne różnice w funkcjonowaniu mózgu osób z wysoką wrażliwością w porównaniu z innymi. (Fot. iStock)
Czujesz się przytłoczona własnymi emocjami? Bardzo łatwo cię zranić? Czasami chciałabyś po prostu schować się przed całym światem? To oznaki wysokiej wrażliwości. I choć nie jest to choroba, lecz cecha osobowości, wyróżniają ją istotne różnice w funkcjonowaniu mózgu.

Fragment pochodzi z książki Katarzyny Kucewicz "Kobiety, które czują za bardzo", Wydawnictwo Rebis. 

Wszystkie narządy wewnętrzne osób wysoko wrażliwych działają sprawnie, jeśli nie toczy ich inna, niezwiązana z naszym zagadnieniem choroba. Badania przeprowadzone przez dr Elaine Aron wskazują jednak na pewne istotne różnice w funkcjonowaniu mózgu osób z wysoką wrażliwością w porównaniu z innymi. Dr Aron, jako pionierka pracy naukowej nad wysoką wrażliwością, wiedziała, że aby jej teoria została potraktowana poważnie, musi opierać się na istotnych badaniach klinicznych. Same obserwacje i wywiady z osobami czującymi podobnie nie wystarczyłyby do tego, aby stworzyć tak potężną teorię. Dlatego dr Aron wraz z mężem podjęła się zbadania aktywności mózgu z użyciem funkcjonalnego obrazowania metodą rezonansu magnetycznego (fMRI). Małżeństwo chciało przyjrzeć się dokładnie, w jaki sposób ośrodkowy układ nerwowy reaguje na docierające do niego bodźce z zewnątrz. Eksperymenty badaczy udowodniły, że 15–20 procent populacji reaguje z dużo większą wrażliwością niż przeciętna. Tak wyglądał początek odkrywania tej cechy osobowości człowieka. Do dziś przeprowadzane są liczne analizy sprawdzające wysoką wrażliwość w odniesieniu do innych cech. Naukowcy z całego świata publikują swoje wyniki na stronie www.hsperson.com.

Zbierając je w całość, wysnuwają dziś cztery główne wnioski dotyczące specyfiki funkcjonowania układu nerwowego osób wysoko wrażliwych. Oto one:

Mózg osoby wysoko wrażliwej w odmienny sposób reaguje na dopaminę

Dopamina jest neuroprzekaźnikiem uwalnianym z zakończeń nerwowych układu współczulnego i rdzenia nadnerczy. Znajdziemy ją w obwodowym i ośrodkowym układzie nerwowym. W istotny sposób wpływa na psychikę – przede wszystkim zwiększa motywację do działania i powoduje, że człowiek ma więcej energii i chęci do życia, do tworzenia. Dopamina najpierw popycha nas do działania, a następnie odpowiada za błogie poczucie zwycięstwa. Reguluje motywację do poszukiwania zewnętrznych bodźców wzmacniających. „Z punktu widzenia dopaminy posiadanie nie jest interesujące. Liczy się tylko zdobywanie. Jeśli mieszkasz pod mostem, dopamina sprawi, że zapragniesz namiotu. Jeżeli masz już namiot, zażąda od ciebie domu. Gdybyś zamieszkał w najdroższej rezydencji na Ziemi, wzbudziłaby pragnienie zamku na Księżycu. Dopamina nie zna miary dobrego i nie wie, co to linia mety” – wyjaśniają Daniel Z. Lieberman i Michael E. Long, autorzy książki "Mózg chce więcej. Dopamina. Naturalny dopalacz".

Dowiedziono, że osoby wysoko wrażliwe są mniej łase na nagrody zewnętrzne niż osoby o umiarkowanym poziomie wrażliwości. Oznacza to, że wizja nagrody nie jest dla nich na tyle kusząca, by uporczywie za nią podążały. Bardziej w ich stylu jest uważne przetwarzanie informacji, przyglądanie się różnym zjawiskom w powolnym skupieniu. Przez to zwykle bywają dokładniejsze i bardziej sumienne, nie mają tak silnej potrzeby rywalizacji, nie są nigdy ślepo nastawione na wygraną. Co to oznacza w praktyce? Wyobraźmy sobie dwie siostry (Wiolę – wysoko wrażliwą i Natalkę – nisko wrażliwą), które starają się o udział w olimpiadzie matematycznej i w ramach przygotowań z zapałem rozwiązują kolejne zadania. Dziewczynka wysoko wrażliwa, choć równie pilnie przykłada się do zadań, nie jest tak podekscytowana wizją prestiżu olimpijskiego jak jej nisko wrażliwa siostra, która fantazjuje o podium i wyobraża sobie wygraną, co ją bardzo pobudza. Silne pobudzenie nie zawsze dobrze działa na koncentrację i uważność potrzebne do prawidłowego przetwarzania informacji. Dlatego w efekcie niewykluczony byłby scenariusz, że to ta pierwsza poradziłaby sobie z zadaniami lepiej, gdyż sytuacja nie byłaby dla niej wysoce stymulująca, więc mogłaby się lepiej skupić niż siostra. Ale nie jest to takie proste – bo gdyby zadania były rozwiązywane w dużej sali, hałaśliwej, z setką nastolatków, to otoczenie działałoby na Wiolę – wysoko wrażliwą – przytłaczająco i dekoncentrująco.

Nadmiar wrażeń i pobudzenia są dla osób wysoko wrażliwych niezwykle energochłonne i mogą bardzo wytrącać z rytmu. Osoba wrażliwa, żeby pracować wydajnie, musi mieć zapewnioną przestrzeń odbodźcowaną. Dlatego sporo wrażliwych osób ceni sobie pracę zdalną, pracę w małych firmach, gdzie nie ma wielu osób dookoła. Co prawda jeśli wykonują zawód, którego nie da się uprawiać w pojedynkę, i tak z reguły radzą sobie z zadaniami, ale koszt, jaki ponoszą, jest bardzo duży.

Warto, żeby wybrzmiała tu kluczowa uwaga: przestymulowanie, jakiego bardzo często doświadczają osoby o wysokiej wrażliwości, jest utrudnieniem, ale nie uniemożliwia wykonywania różnych zawodów. Popularna piosenkarka rockowa Alanis Morissette, osoba z pierwszych stron gazet, stymulowana zewsząd, jest jedną z najbardziej znanych na świecie wysoko wrażliwych kobiet. Jej kariera w niczym nie odbiega od kariery ekstrawertycznych gwiazd popkultury. Ale ze względu na swoją cechę płaci ona wyższą cenę za tę nadmierną dla jej ośrodkowego układu nerwowego stymulację i potrzebuje statystycznie więcej czasu, żeby się zregenerować.

Neurony lustrzane osób wysoko wrażliwych są bardziej aktywne

Neurony lustrzane to skupiska komórek nerwowych w mózgu. Uaktywniają się albo podczas obserwowania czynności wykonywanej przez inne osoby, albo w trakcie wykonywania danej czynności. Dzięki nim jesteśmy w stanie rejestrować sposób, w jaki ktoś się zachowuje, a następnie naśladować jego reakcje. To one odpowiadają za nasz poziom empatii. Są „lustrzane”, bo pozwalają nam jak w lustrze odzwierciedlać czyjeś nastroje. Czyli gdy widzimy, jak ktoś płacze – smutniejemy, uśmiechamy się zaś szeroko, gdy z innych tryska radość. Neuronom lustrzanym zawdzięczamy umiejętność współodczuwania z innymi i stawiania się w czyimś położeniu. Dzięki nim większość z nas potrafi wykrzesać z siebie współczucie wobec cierpienia drugiej osoby, nawet jeśli jej krzywda jest dla nas niedotkliwa. Im większa aktywność neuronów lustrzanych, z tym bardziej empatycznym człowiekiem mamy do czynienia.

Badania wskazują, że neurony lustrzane odgrywają niebagatelną rolę w funkcjonowaniu ludzi wysoko wrażliwych. U nich te neurony są dużo bardziej aktywne niż u przeciętnego Jana Nowaka, który co prawda posiada tyle samo neuronów lustrzanych, ale nie aż tak aktywnych. To dobra i zła wiadomość dla osób wysoko wrażliwych. Dobra, bo odznaczają się uważnością na krzywdę i cierpienie drugiego człowieka. Zwykle bardzo przeżywają tragedie i są wyczulone, kiedy komuś dzieje się krzywda. Zła wiadomość jest taka, że wysoko wrażliwi często są głęboko wstrząśnięci tragediami, które spotykają obcych im ludzi. Bywają poruszeni do tego stopnia, że trudno im wrócić do równowagi. Badania z użyciem funkcjonalnego rezonansu magnetycznego przeprowadzone w 2014 roku przez dr Biancę Acevedo z University of California wykazały, że osoby wysoko wrażliwe mają wyższy poziom aktywności neuronów lustrzanych, nie tylko wobec osób znajomych, ale także obcych, kompletnie sobie nieznanych.

Życie z tak wysoką empatią może być naprawdę uciążliwe. Oglądanie filmów czy słuchanie historii o cierpieniu innych może być wręcz nieznośne dla osoby z wysoką wrażliwością. Tola, 31-letnia właścicielka marki odzieżowej, opowiada: „Nie mogę patrzeć na porzucane lub maltretowane zwierzęta. Ilekroć w serwisach społecznościowych ktoś wrzuca posty o zbiórkach, dostaję dreszczy i mam łzy w oczach. To mnie rozbija na długie godziny. Przestałam obserwować w internecie takie strony. Od lat co miesiąc przelewam określoną sumę na dwie fundacje, ale nie chcę patrzeć na to, co publikują, bo jest to dla mnie uderzenie, po którym nie mogę się pozbierać. Wstyd mi o tym mówić, ale to silniejsze ode mnie. Tak bardzo im współczuję. Z wielką przyjemnością dzielę się tym, co mam, bardzo, bardzo chcę pomagać. Ale bezpośredni widok cierpienia zwierząt jest dla mnie tak trudny, że jeśli mogę, to odwracam wzrok”.

Osoby wysoko wrażliwe naprawdę czują intensywniej

Mózg jest najciekawszym narządem w ciele człowieka, to pewne. Ale która część mózgu od lat najbardziej frapuje badaczy? Zdecydowanie kora przedczołowa, bo to ona głównie odpowiada za nasze procesy psychiczne. Jak sama nazwa wskazuje, jest umiejscowiona z przodu, najbliżej naszej twarzy. Zawiaduje procesami poznawczymi i emocjonalnymi, które zachodzą w naszym mózgu. Jedną ze składowych kory przedczołowej jest część zwana korą brzuszno-przyśrodkową, odpowiedzialna za percepcję, ekspresję naszych emocji oraz przetwarzanie danych sensorycznych. Osoby wrażliwe mają tendencję do odczuwania „bardziej” właśnie na poziomie kory brzuszno-przyśrodkowej. To dzięki niej intensywnie przeżywają ekscytujące sytuacje społeczne, nawet te umiarkowanie ekscytujące.

Dlaczego ta część kory działa u niektórych ludzi inaczej? Chodzi o geny. A zwłaszcza jeden – wpływający na przetwarzanie danych u osób wysoko wrażliwych.

Powróćmy do Wioli i Natalki, które przygotowywały się do olimpiady matematycznej. Wysoko wrażliwa Wiola mogłaby mieć kłopot z hałasem w sali gimnastycznej, w której odbywałaby się olimpiada, właśnie dlatego, że gwar, harmider, nadmiar bodźców działałby na nią rozpraszająco. Dużo bardziej komfortowo czułaby się w małym pomieszczeniu z niewielką ilością bodźców. Nadmiar bodźców jest dla osoby wrażliwej przytłaczający, podobnie jak sytuacje silnie angażujące emocjonalnie. Wiola, stojąc przed salą gimnastyczną i słuchając głosów innych ludzi przeżywających olimpiadę i stresujących się nią, mogłaby doznać wielu bardzo silnych uczuć, tak jakby kontenerowała emocje wszystkich dookoła. Mogłoby ją to rozproszyć właśnie dlatego, że wysoko wrażliwi reagują silnie nawet na subtelne sygnały emocjonalne wysyłane przez innych.

Osoby o wyjątkowej wrażliwości czują bardziej wnikliwie

Naukowcy badający wysoką wrażliwość twierdzą, że wrażliwy mózg jest idealnie dostrojony, by wyłapywać i interpretować subtelności w zachowaniach innych ludzi. OWW są w tym znacznie lepsze niż większość ludzi o przeciętnej wrażliwości. Z czego to wynika? Ze wzmożonej aktywności konkretnych obszarów mózgu (wyspy, zakrętu obręczy), które „zapalają się” podczas sytuacji społecznych. Wyczuwanie subtelności to czułość na mikrogesty, czyli na to, jakie ktoś dobiera słowa, w jakim tempie do nas mówi, jak reaguje, kiedy my mówimy do niego. Pozwala prędko się zorientować, czy osoba, z którą rozmawiasz, jest uczciwa czy może kłamie. Czy dokonuje autoprezentacji, czy też jej intencje są szczere. Często w nieznaczących z pozoru gestach osoba wysoko wrażliwa dostrzega sedno czyjegoś problemu i może szybciej zauważyć to, co inni dostrzegają dopiero po dłuższym przyjrzeniu się danej osobie. Potrafi też celnie spuentować czyjś problem właśnie dlatego, że wyłapuje te subtelne niuanse.

Katarzyna Kucewicz, 'Kobiety, które czują za bardzo', Wydawnictwo Rebis. Katarzyna Kucewicz, "Kobiety, które czują za bardzo", Wydawnictwo Rebis.

  1. Psychologia

Jak właściwie zaopiekować się sobą?

Opiekowanie się sobą polega m.in. na odkrywaniu i rozwijaniu swoich talentów. To także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, kącika, w którym dobrze się czujemy. (Fot. iStock)
Opiekowanie się sobą polega m.in. na odkrywaniu i rozwijaniu swoich talentów. To także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, kącika, w którym dobrze się czujemy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Oddajemy lekką ręką swoje sprawy specjalistom od ciała i duszy. Taki trend. Wygodny. Bo w razie czego łatwo znaleźć winowajcę. Niestety, często opłakany w skutkach. Nikt przecież nie zna nas lepiej niż my sami. A gdyby potraktować siebie tak, jak traktujemy dziecko albo ukochaną osobę? Przytulić, okryć ciepłym kocem, zabrać na spacer, posłuchać, co mamy sobie do powiedzenia? Wzbraniamy się przed tym, bo można wtedy usłyszeć to, czego słyszeć nie chcemy.

Elżbieta Krajewska, psychoanalityczka alternatywna, terapeutka duchowa, poetka (żona Seweryna Krajewskiego), wie, jak słuchanie siebie jest ważne. Przez wiele lat miała problemy ze zdrowiem, nikt jednak nie umiał jej powiedzieć, jaka jest ich przyczyna. Dzięki studiom zaczęła praktykować medytację, wsłuchiwać się w siebie, rozmawiać ze sobą.

– I wtedy usłyszałam podpowiedzi od ciała, jakie odżywianie mi służy – mówi Elżbieta. – Mądrość mojego organizmu polegała na tym, że to, co mogło mi zaszkodzić, przestało mi smakować. Mięso, a nawet ryba, smakowały jak trociny, od alkoholu mnie odrzucało, unikałam cukru.

Elżbieta zaczęła interesować się dietetyką, zdrowym odżywianiem, zgłębiać ajurwedę. Na tej podstawie stworzyła sobie dietę opartą na warzywach, owocach, roślinach strączkowych, orzechach, migdałach. Czuła się po niej zdecydowanie lepiej, choć jej problem – wtedy jeszcze nie wiedziała jaki – nie zniknął. Pojawił się też kolejny, ze znajomymi, którzy zadręczali ją pytaniami o dietę: „Nie wypijesz toastu? Nie zjesz mięsa?”. Niektórzy posądzali ją nawet o przynależność do jakiejś sekty, bo w latach 90. wegetarianizm był mocno podejrzany.

Dokarmiać energią miłości

2006 rok. Elżbieta z objawami choroby serca trafia do szpitala, przechodzi ablację, ale także wszechstronne badania. I co się okazuje? Że cierpi na wirusowe zapalenie wątroby typu C. Robi z lekarzami podróż w czasie i odkrywa, że zaraziła się tym wirusem dawno temu, w  ’83 roku podczas transfuzji krwi, którą przeszła po trudnym porodzie. Ta wiedza jest dla niej szokująca. Ale co robi Elżbieta? Nie poddaje się, tylko chce jak najwięcej dowiedzieć się o tym wirusie, jest ciekawa, jak się rozwija, czym odżywia. Czyta książki, dokształca się, porównuje to, co na ten temat mówi medycyna konwencjonalna, a co alternatywna. Dowiaduje się, że pożywieniem wirusa C jest białko, głównie zwierzęce, i alkohol. A to znaczy, że wirus uwielbia wszystko to, co dawno temu odrzuciła, wsłuchując się w swoje ciało! Dowiaduje się też, że zapalenie wątroby typu C jest swego rodzaju wyrokiem, bo trudno wyleczyć się z tej choroby raz na zawsze. Ale się nie załamuje, tylko dalej przestrzega diety. W 2006 roku znajomi już jej nie katują pytaniami, nadeszły lepsze czasy dla medycyny niekonwencjonalnej, a poza tym – wszyscy przekonali się, że dieta okazała się dla niej zbawienna. Elżbieta robi jeszcze coś, co nawet dzisiaj brzmi rewolucyjnie – podchodzi do wirusa z miłością.

– Wymyśliłam sobie – opowiada – że nie będę traktować go jak wroga, tylko jak współlokatora. Rozmawiałam z nim: „Słuchaj, siedzisz we mnie tak długo, więc nie będę z tobą walczyć, ale bardzo mi przykro, muszę podnieść ci wibrację. Bo przecież wirusy to też określona energia, tylko ciężka, jak w przypadku każdej choroby. Dlatego tak wzmacniają je produkty, które też zawierają ciężką energię. Postanowiłam przechytrzyć wirusa, dostarczając mu dietę wegańską, która niesie energię o wysokiej wibracji, stosując suplementy i homeopatię, czyli coś, za czym on nie przepada. W medytacjach dokarmiałam go energią miłości, której on też nie lubi. To była taka moja gra, po prostu zaakceptowałam, że zamieszkał we mnie wirus, i zaczęłam go sprytnie rozpuszczać w energii, która go nie wzmacnia.

Elżbieta uważa, że skuteczną autoterapią, czyli czymś, co robimy dla siebie, jest pomaganie innym. Przekonała się o tym, kiedy po stracie syna zapadła w tak ciężką depresję, że nie chciało jej się żyć. Pamięta słowa mistrza duchowego: „Jeżeli chcesz pogłębiać depresję, to stosuj technikę, która polega na tym, że się siedzi w domu i powtarza: A co ze mną będzie, a co ze mną będzie. Dlaczego mi się to przytrafiło? Jeżeli natomiast chcesz z tego stanu wyjść, stosuj technikę przeciwstawną: Kieruj uwagę na innych, pomagaj”.

– Gdy pomagamy, dostajemy wtedy wielką moc – mówi Elżbieta. – Różnie się ją określa, ja nazywam ją bezwarunkową energią miłości, która przepływa nie tylko przez tego, komu pomagamy, ale także przez nas, i tym samym nas leczy. Jak ktoś nie wie, co ze sobą zrobić, niech idzie do hospicjum, domu dziecka, domu opieki. Wszędzie są ludzie potrzebujący pomocy. Kiedy źle się czujemy, kiedy coś jest nie tak, pomyślmy, jak możemy podzielić się z innymi tym, co wiemy, co umiemy. To naprawdę działa! Podobnie jak sprawdza się w życiu inne prawo: To, czemu się opierasz, jeszcze bardziej na ciebie napiera. To nie są wydumane prawa, tylko prawa fizyki kwantowej, prawa kosmiczne. Przychodzi jakiś problem? Nie narzekaj, tylko pozwól, żeby spokojnie przez ciebie przepłynął. Wszystko jest, jakie jest, nie trzeba oceniać, czy to dobre, czy złe.

Zawsze można wstać i wyjść

Barbara Czerska, filozofka, bioetyczka, konieczność opiekowania się sobą rozpatruje w kategoriach moralnych.

– Nie wolno żadnego człowieka, a więc także siebie, traktować jako środka do jakiegoś celu, tylko jako cel sam w sobie. Myślę, że ludzie, uzurpując sobie prawo do traktowania instrumentalnie innych, dają sobie też prawo do podobnego obchodzenia się ze sobą: Pójdę na medycynę, bo to zawód cieszący się uznaniem, zacznę biegać maratony, bo to jest modne. I nieważne, czy medycyna to moje powołanie, czy lubię biegać. Jestem środkiem do realizacji tych celów. Gdybym natomiast robiła to, w czym jestem dobra, gdybym zastanowiła się, po co żyję, kim jestem – wtedy służyłabym sobie, bo sama dla siebie stałabym się celem.

Dlaczego tak często dochodzi do nadużyć wobec siebie? Z filozoficznej perspektywy Barbary Czerskiej wygląda to na brak refleksji nad upływem czasu, nad ograniczonością swojego życia.

– Pierwsze, co możemy zrobić, żeby zaopiekować się sobą, to zacząć cenić czas swojego życia, bo jest ograniczony – mówi filozofka. – Jeżeli chcę spotkać się ze znajomą, to najpierw pomyślę, po co, czy to spotkanie nas wzbogaci – mnie i ją. Chodzi o współcelowość spotkań, o owo „po co”. Zawsze można wstać i wyjść. Mamy prawo nie zgadzać się na to, żeby – jak śpiewał Wojciech Młynarski – sytuacja całowała nas w usta. Odbębnianie spotkań to strata czasu, którego już przecież nie odzyskamy, bo minął.

Drugim według filozofki warunkiem traktowania siebie jako celu jest uświadomienie sobie swojej niepowtarzalności, wyjątkowości: Pielęgnuję swoją niepowtarzalność we własnym interesie, ale to też leży w interesie innych.

Barbara Czerska: – Jest takie powiedzenie, które cytowałam na warsztatach dla młodych matek: Matka musi tańczyć, matka musi pić, bo ma małe dziecko i ma dla kogo żyć. To samo dotyczy mnie jako osoby starszej – im bardziej o siebie dbam, także intelektualnie, to znaczy, im bardziej staram się zrozumieć, czym żyją moje dzieci, moi studenci, im bardziej dbam o swój rozwój, tym łatwiej i fajniej się im ze mną żyje. Egoizm jest altruistyczny, a altruizm egoistyczny!

Czasem trzeba o swoje walczyć nawet wbrew rodzicom, którzy projektują nam inną karierę, inne życie. Podjąć decyzję, że idę swoją drogą, i trudno, rodzice, którzy chcą traktować mnie jako środek do swojego szczęścia, będą mieli pewien kłopot. Niech mają! Nie przejmujmy się tak cudzymi kłopotami, które oni sami sobie wymyślają. Nie narzucam nikomu swoich pomysłów, ale proszę też niczego nie narzucać mnie.

Barbara Czerska przyznaje, że przerobiła ten problem na własnej skórze. Jej syn urodził się w rodzinie filozofów. Zarówno ona, jak i jej nieżyjący pierwszy mąż, profesor Andrzej Kasia, byli pewni, że syn też zostanie filozofem, podobnie zresztą jak ich córka.

– Zanim zrozumiałam, że syn ma inny pomysł na siebie i że o siebie walczy, sprawiłam mu sporo przykrości, a przy okazji strasznie źle potraktowałam siebie, bo uznałam, że poniosłam pedagogiczną porażkę, do czego nie miałam żadnych podstaw. Dzieci nie są po to, żeby realizowały nasze zamierzenia i nasze wartości. Dzieci rodzimy po to, żeby dbały o siebie i siebie realizowały z pożytkiem dla świata. A jeśli przy okazji nas polubią, to już nasz fart. Po latach dotarło do mnie, że syn robi wszystko, żeby nie być filozofem. Gratuluję mu, że dopiął swego. Pracuje jako reporter w Polsacie i świetnie się odnajduje w tym zawodzie, który traktuje jako misję. Rodzice mogą nie rozumieć na przykład powołania do stanu duchownego, to może być dla nich obca planeta, ale to nie znaczy, że dziecko ma rezygnować ze swoich marzeń. Samoświadome bycie sobą to prawdziwe życie. Realizowanie czyichś narzuconych wizji to marnowanie życia. Nigdy nie wiemy, czy zostało nam 15 minut, czy 50 lat. Chcę ten czas spędzić tak, żeby mi było dobrze z innymi i z samą sobą. Żebym tęskniła za momentem, kiedy ktoś bliski, kochany przyjdzie do mnie, ale żebym też tęskniła za momentem, kiedy zostanę sama. Kochać być z innymi, ale też kochać być z samym sobą – to prawdziwe dbanie o sobie.

Odkryj i rozwijaj swoje talenty

Elżbieta dzieli się swoją wiedzą, organizuje koncerty i kąpiele w gongach (masaż dźwiękiem), pisze wiersze (opublikowała już pięć tomików). Zaczęła pisać książkę, w której dzieli się wszystkim, co przeżyła, czego doświadczyła, czego się nauczyła, także spotkaniami z niezwykłymi ludźmi, między innymi z Kenem Wilberem, Shri Shri Ravi Shankarem. Twierdzi, że pisanie to genialna terapia, bo można wyrzucić z siebie to, co doprasza się uwolnienia. I w ten sposób pomóc sobie i innym.

– Ale zacząć trzeba od zaopiekowania się sobą – mówi Elżbieta. – Każdy z nas bez wyjątku został obdarowany jakimiś talentami. Opiekowanie się sobą polega między innymi na odkrywaniu tych talentów, a potem na ich rozwijaniu. Bo kiedy się je rozwija, one rosną i służą ludziom. A to najlepsze, co możemy zrobić dla siebie i dla świata. Kto nie dzieli się swoimi talentami, ten je traci. Jeżeli więc kochasz malować – maluj, rób laurki, ucz malować dzieci. Akt twórczy to według mnie podobna do pomagania forma autoterapii. Łączy je ta sama uzdrawiająca energia miłości.

Opiekowanie się sobą to także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, a przynajmniej kącika, w którym dobrze się czujemy.

I kolejna sprawdzona przez Elżbietę forma opiekowania się sobą – medytacja. Bodaj najskuteczniejsza. Bo dzięki medytacji można podłączyć się bezpośrednio do źródła – jedni nazywają je Bogiem, inni kosmiczną energią. Elżbieta określa je źródłem tworzenia życia albo światłem. W tym czasie można zatopić się w ciszy, a w ciszy przychodzą odpowiedzi na najważniejsze pytania.

– Medytacji trudno kogoś nauczyć, to indywidualne doświadczenie – wyjaśnia Elżbieta. – Żeby mogła się wydarzyć, trzeba stworzyć sobie dobre warunki – znaleźć spokojny kąt, wyciszyć się, dobrze jest włączyć muzykę relaksacyjną, usiąść z wyprostowanym kręgosłupem. Bardzo ważny jest oddech, głęboki, z przepony. Medytacja to pierwszy krok do nawiązania kontaktu ze swoim wnętrzem. Mogą przepływać wtedy przez nas dobre myśli. Dlaczego dobre? Bo przesłane z wyższego poziomu myśli, tego mądrego, który wie, co dla nas dobre, i nam to podpowiada. Te podpowiedzi to właśnie intuicja, najlepszy nasz doradca. Ale na ogół go nie słuchamy. Bo nasz rozum zaczyna kombinować, zaczyna się zastanawiać, korzystać z tego, co zasłyszeliśmy, tworząc w naszej głowie zamęt. No i rezygnujemy z myśli intuicyjnej, a podążamy stereotypowymi ścieżkami. A szkoda, bo myśli intuicyjne kierują nas ku temu, co dobre – dobrym relacjom, zdrowemu życiu i odżywianiu. Zdrowe odżywianie to najlepszy sposób opieki nad sobą! Powinniśmy jeść to, co jest naszym naturalnym lekarstwem, a nie ślepo powielać czyjeś diety i wskazówki. Ponieważ przeszłam ciężką traumę, lekarze zalecali mi antydepresanty. Nigdy ich nie zażyłam, co najwyżej parzyłam melisę, a najlepsze ukojenie przynosiła mi medytacja i pomaganie innym. Efekty? Imponujące! Właśnie potwierdzono, że wirus C zniknął z organizmu Elżbiety.

  1. Styl Życia

Nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce – przesłanie buddyjskiej mniszki Pemy Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała, wygrzewając się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”.

Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Doskonałość bodhiczitty

Gdybyśmy zapytali Buddę: „Co to jest bodhiczitta?”, mógłby nam odpowiedzieć, że to słowo jest łatwiejsze do zrozumienia niż do przetłumaczenia. Mógłby nas zachęcić do szukania sposobów na to, żeby odkryć znaczenie tego słowa w naszym życiu. Może prowokował by nas, dodając, że tylko bodhiczitta uzdrawia, że bodhiczitta jest zdolna przemienić najtwardsze serca i najbardziej przerażone oraz pełne uprzedzeń umysły.

Czitta oznacza „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi oznacza „obudzić się”, „oświecony” lub „całko ­ wicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kocha ­ ją swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i zawiścią, arogancją i dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i dbania o  innych – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Antoine Saint-Exupéry
Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i panikę, czasami złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali. Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i  stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Budda powiedział, że nigdy nie jesteśmy oddzieleni od oświecenia. Nawet wtedy, gdy czujemy się najbardziej uwięzieni, nigdy nie jesteśmy odcięci od stanu przebudzenia. To jest rewolucyjne twierdzenie. Nawet zwykli ludzie, tacy jak my, rozdarci i zdezorientowani, mają zmysł oświecenia zwany bodhiczittą. Otwartość i serdeczność bodhiczitty jest w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i  pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne nie ­ bo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają.

Mając na uwadze to, że tak dobrze znamy się na chmurach, możemy oczywiście uznać, że trudno uwierzyć w nauczanie Buddy. Prawda jest jednak taka, że w samym środku naszego cierpienia, w  najtrudniejszych chwilach, możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci. Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy.

Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty

Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. Jest to coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety, którzy są gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Mamy wiele przykładów mistrzów wojowników – ludzi takich jak Matka Teresa i Martin Luther King, którzy uznali, że największa krzywda pochodzi z naszych agresywnych umysłów. Poświęcili oni swoje życie, aby pomagać innym zrozumieć tę prawdę. Jest też wielu zwykłych ludzi, którzy przez całe życie uczą się, jak otwierać serce i umysł, aby pomóc innym robić to samo. Podobnie jak oni, możemy nauczyć się odnosić się do siebie i do świata, w którym żyjemy, jak wojownicy. Możemy szkolić się w budzeniu naszej odwagi i miłości.

Istnieją zarówno formalne, jak i nieformalne metody pomagające nam rozwijać odwagę i dobroć. Istnieją praktyki pielęgnowania naszej zdolności do radowania się, odpuszczania, kochania i  wylewania łez. Są takie, które uczą nas pozostawać otwartymi na niepewność. Są też inne, które pomagają nam być obecnymi w tych momentach, kiedy z przyzwyczajenia zamykamy się w sobie.

Gdziekolwiek jesteśmy, możemy kontynuować trening wojownika. Nasze narzędzia do praktykowania medytacji to miłująca życzliwość, współczucie, radość i równowaga. Z ich pomocą możemy odkryć miękkie miejsce bodhiczitty. Znajdziemy tę miękkość w smutku i wdzięczności. Znajdziemy ją pod hardością furii i w drżeniu strachu. Jest dostępna zarówno w samot­ności, jak i w dobroci. Wielu z nas preferuje praktyki, które nie powodują uczucia dyskomfortu, a  jednocześnie chcemy być uzdrowieni. Ale trening bodhiczitty nie działa w ten sposób. Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk.

Trening bodhiczitty nie obiecuje szczęśliwego zakończenia. Właściwie to ja, które chce znaleźć bezpieczeństwo, które chce się czegoś trzymać, może w końcu nauczyć się dorastać. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Jak praktykujemy wobec trudności, naszych emocji, nieprzewidywalnych zdarzeń zwykłego dnia?

Zbyt często zachowujemy się jak wystraszone ptaki, które boją się opuścić gniazdo. Siedzimy w nim do momentu, aż zaczyna cuchnąć i od dawna jest bezużyteczne. Nikt nie przychodzi, żeby nas nakarmić. Nikt nas nie chroni ani o nas nie dba. Mimo to mamy nadzieję, że nasza ptasia mama wreszcie nadleci.

Możemy w końcu wydostać się z tego gniazda i tym samym wyświadczyć sobie największą przysługę. Oczywiste jest, że wymaga to odwagi. Jasne jest również to, że możemy skorzystać z kilku pomocnych wskazówek. Możemy wątpić w to, że jesteśmy gotowi do bycia wojownikami w treningu. Ale możemy też zadać sobie pytanie: „Czy wolę dorosnąć i mieć wpływ na moje życie, czy wolę żyć i umierać w strachu?”.

Wszystkie istoty są w stanie odczuwać miękkość – doświadczać rozpaczy, bólu i niepewności. Dlatego oświecone serce bodhiczitty jest dostępne dla nas wszystkich. Nauczyciel medytacji wglądu Jack Kornfield opowiada, że był tego świadkiem w Kambodży w czasie rządów Czerwonych Khmerów.

Pięćdziesiąt tysięcy ludzi, do których mierzono z karabinów, zadeklarowało przynależność do partii komunistycznej. Grożono im śmiercią, jeśli będą kontynuować praktyki buddyjskie. Mimo niebezpieczeństwa w obozie dla uchodźców powstała świątynia, a w uroczystości otwarcia wzięło udział dwadzieścia tysięcy osób. Nie było żadnych wykładów ani modlitw, jedynie nieustająco śpiewano jedną z głównych nauk Buddy:

Nienawiści nie można pokonać nienawiścią. Tylko miłość ją uzdrowi. Takie jest odwieczne prawo.

Tysiące ludzi śpiewało i płakało, wiedząc, że prawda w tych słowach jest większa niż ich cierpienie.

Taką moc ma bodhiczitta. Będzie nas inspirować i wspierać w dobrych i złych chwilach. Jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

Fragment pochodzi z książki Pemy Chödrön „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

  1. Styl Życia

To nie oczy widzą, tylko mózg. O niezwykłych zdolnościach naszego mózgu

Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie. (Ilustracja: iStock)
Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie. (Ilustracja: iStock)
Nasz umysł potrafi się rozwijać, przebudowywać sieci szarych komórek, a niedomaganie jednego zmysłu rekompensować innymi zdolnościami. Często fenomenalnymi.

O niezwykłych zdolnościach słuchowych Bena Underwooda z Sacramento mówiło na całym świecie. Niewidomy kilkunastoletni chłopiec sprawnie poruszał się po ulicach dzięki... echolokacji, którą wykorzystują delfiny i nietoperze. Chłopiec potrafił dokładnie umiejscowić i rozróżnić wszystkie obiekty otoczenia dzięki własnemu głosowi i wyczuleniu na echo. Słysząc różnicę w wysokości i barwie powracających dźwięków, odróżniał od siebie ludzi, drzewa, domy i zaparkowane auta. Znany okulista profesor Gordon Dutton z Royal Hospital w Glasgow uważa, że każdy z nas jest w stanie opanować echolokację. I zamierza uczyć tej sztuki niewidomych w Wielkiej Brytanii.

Można już odłożyć do lamusa teorię, że zebrane przez każdy ze zmysłów wrażenia: dotykowe, wzrokowe, słuchowe, zapachowe i smakowe, są przetwarzane w oddzielnych ośrodkach mózgu – twierdzi dr Colin Blakemore z University of Oxford. Nasz umysł postrzega świat jako całość i nie dzieli jej na poszczególne sfery zmysłowe. Mózg uzupełnia niepełne dane o obrazie świata informacjami płynącymi także np. z dotyku czy słuchu. A gdy jeden ze zmysłów szwankuje, zapełnia powstałą lukę innymi sposobami. Wynika to z tego, że dowolny bodziec zmysłowy po „wejściu” do układu nerwowego zawsze zamienia się w impulsy elektryczne. Mózg, dysponując jednorodnymi nośnikami, może kierować je do różnych swoich ośrodków.

Na przykład mamy dwie drogi przesyłania impulsów wzrokowych, nie tylko tę, z której zwykle korzystamy (siatkówka – ciało kolankowate boczne – wzrokowa kora mózgowa). Drugi szlak wiedzie od siatkówki do wzgórków górnych pokryw śródmózgowia (używają go ssaki). U człowieka w szczególnych przypadkach, m.in. przy niedowidzeniu czy ślepocie, mózg może skorzystać ze starego szlaku zwierzęcego, przesyłając impuls do śródmózgowia, a następnie do takiego ośrodka zmysłowego, który związany jest z wyjątkowymi talentami lub umiejętnościami. Dlatego właśnie osoby, które mają gorszy wzrok, często rekompensują swoje niedomaganie znakomitą empatią, słuchem albo pamięcią. Dzięki aktywniejszemu ośrodkowi słuchu lepiej rozpoznają odgłosy i oceniają odległość źródła dźwięku, a także wcześniej mogą się zorientować, które osoby (i o czym) rozmawiają w oddali. Najbardziej rozbudowany ośrodek słuchu mają niewidomi i niedowidzący, gdyż nie mogą oni opierać odbioru świata na wzroku.

Neurobiolog Ehud Zohary z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie odkrył, że osoby słabowidzące nie tylko świetnie słyszą, ale także zapamiętują więcej niż najdoskonalsi wzrokowcy. Ich pamięć jest wyćwiczona z konieczności, bo często zastępuje widzenie szczegółów. By nie tracić czasu na szukanie np. produktów w supermarkecie, niedowidzący używają tzw. mentalnych metek. Osoba o sokolim oku bez problemu dostrzega nazwy towarów leżących na półce. Ktoś obdarzony złym wzrokiem bierze pod uwagę logikę rozmieszczenia produktów, szybciej zapamiętuje ich układ w sklepie i natychmiast je odnajduje. Z tego też powodu niewidomi mają o 30 proc. lepszą pamięć od widzących – używają mózgu do większej liczby zadań pamięciowych i przestrzennych.

W odbiorze świata bardzo pomagają nam dłonie. Naukowcy z Washington University w St. Louis udowodnili, że ludzie zbierają najlepsze informacje o przedmiocie wtedy, gdy trzymają go w rękach lub... w pobliżu rąk. Możliwość „widzenia” rękami jest bardzo ważna m.in. dla kierowców, uważa profesor Richard A. Abrams. Osoba trzymająca obie dłonie na kierownicy ma wyostrzoną świadomość wskazań tablicy rozdzielczej i położenia auta wobec innych samochodów na jezdni. Jest w stanie szybciej i przytomniej zareagować na zmieniające się sytuacje na drodze. Ta właściwość mózgu przydaje się także w pracy. Gdy robota leży w zasięgu rąk, nasz umysł sprawniej funkcjonuje.

Odkrycie naukowców z Washington University lekarze zaczynają wykorzystywać już w rehabilitacji sparaliżowanych po udarze osób. Ktoś, kto pracuje nad odzyskaniem władzy w ręce, powinien położyć przedmiot, który chce uchwycić, tuż obok dłoni. Ten prosty trik pobudza mózg i pomaga szybciej odzyskać sprawność manualną.

Jak rodzą się neurony

Prawie do końca XX wieku wierzono, że rodzimy się ze stałą liczbą neuronów w mózgu, a potem stopniowo je tracimy i możemy się już tylko starzeć. Jednak w ciągu ostatnich lat naukowcy odkryli, że nasze szare komórki mają niezwykłe zdolności rekonstrukcyjne i potrafią zmieniać swoje sieci w zadziwiająco krótkim czasie! Dziś wiadomo już, że mózg jest bardzo plastyczny, umie się rozwijać i przekraczać granice percepcji.

Przełomem w dziedzinie neurofizjologii było odkrycie Petera Erikssona z kliniki Uniwersytetu Sahlgrenska w Szwecji, który w 1998 roku udowodnił, że mózg dorosłego człowieka przez cały czas tworzy nowe komórki nerwowe. Oprócz dojrzałych neuronów znajdują się w nim także multipotencjalne komórki macierzyste, które potrafią przekształcać się w dowolne komórki układu nerwowego. NSCs – neuronalne komórki macierzyste dzielą się i dojrzewają, tworząc neurony lub komórki glejowe, czyli astrocyty i oligodendrocyty. O przeznaczeniu NSCs decyduje mózg. Jeśli jakiś nerwowy ośrodek zmysłowy musi zastąpić pracę innego, jego struktura stopniowo się zagęszcza, powstają nowe neurony albo kolejne połączenia między tymi komórkami nerwowymi, które już istnieją. Tworzący się w podkorowych warstwach neuron noworodek migruje do miejsca, gdzie jest potrzebny, a następnie uczy się współpracować z innymi komórkami ośrodka, by zasilić jego działanie. Dlatego aby odczuć efekty doskonalenia zdolności, potrzeba czasu.

 
Badania naukowców z Uniwersytetu Arizona i Uniwersytetu Toronto z ubiegłego roku wskazują, że taki proces zachodzi właśnie wtedy, kiedy zaczynamy używać naszych nowych umiejętności i wdrażać je w życie. Na razie odkryto kilka miejsc, w których rodzą się neurony. Są to opuszka węchowa (do której docierają wrażenia węchowe), hipokamp (przywołuje wspomnienia) oraz trzy obszary kory: przedczołowa (bierze udział w tworzeniu krótkotrwałej pamięci roboczej, tworzy plany działania), niższa skroniowa (interpretuje działania) i tylna ciemieniowa (odpowiada za wyobrażenia). Proces tworzenia się komórek nerwowych jest wspomagany przez kilka neuroprzekaźników (kwas glutaminowy, serotoninę, noradrenalinę i dopaminę) oraz hormony płciowe. Codziennie powstają tysiące nowych komórek, ale niestety większość z nich natychmiast umiera. Żeby żyć, potrzebują połączenia z istniejącymi i pracującymi neuronami. Gdy nie są potrzebne, zanikają. W naszym mózgu tkwi wielki potencjał, który czeka na wykorzystanie.

Błysnąć umysłem

Przeciętny człowiek wykorzystuje tylko 3 proc. swojego mózgu, geniusz – około 10 proc. Powiększmy własny potencjał umysłowy i zmysłowy. Przebieg neurogenezy zależy od naszej aktywności i można go stymulować.

Trzeba tylko zastosować odpowiednio dobraną strategię:

  • Używaj lewej ręki (przy leworęczności – prawej). Wykonuj nią różne czynności, takie jak otwieranie drzwi czy zapalanie światła. Neurobiolog Lawrentze Katz uważa, że w ten sposób uruchamiają się połączenia neuronalne drugiej półkuli mózgowej.
  • Zamykaj oczy. Wykonywanie prostych rzeczy – np. mycie zębów czy jedzenie posiłku – z zamkniętymi oczami uaktywnia wiele ośrodków mózgowych związanych z pamięcią, słuchem i dotykiem.
  • Nuć melodię w myśli. Słuchaj „trudnej” muzyki. Zwiększa się wtedy ilość istoty szarej w mózgu, uważa Gottfried Schlaug, profesor neurologii z Harvard Medical School w Bostonie. Pogrubia się spoidło wielkie łączące obie półkule.
  • Ćwicz vipassanę (technika medytacyjna). Uczy mózg zapamiętywać szczegóły, zwiększa ilość szarych komórek – mówi prof. Richard Davidson z University of Wisconsin w USA.
  • Szydełkuj. To poprawia koordynację. Neuropsychiatrzy uważają, że może ochronić nas przed demencją. Problemy z koordynacją, jak przypuszczają uczeni, przekładają się na trudności z koncentracją, nadmierne napięcie i złą ocenę odległości.
  • Śpij, ile możesz. Naukowcy z Princeton University udowodnili, że niedosypianie zwiększa produkcję hormonu stresu – kortykosteronu, który hamuje neurogenezę.
  • Ćwicz aerobik. Trzy godziny i więcej aerobiku tygodniowo zwiększa ilość istoty szarej i białej mózgu. Już po trzech miesiącach osiąga się objętość mózgu osoby o trzy lata młodszej! Poprawia się pamięć, zdolność „przełączania się” na różne zadania, mniej przeszkadzają nam rozpraszające bodźce.
  • Biegaj. Bieganie ma na mózg podobny wpływ jak leczenie inhibitorami zwrotnego wychwytu serotoniny przy depresji. Powoduje rozrost neuronów hipokampa, który u osób z depresją wyraźnie się kurczy – uważają naukowcy z Karolinska Institute.
  • Graj. Zapisz się do klubu brydżowego, szachowego lub przynajmniej dwa razy w tygodniu rozwiązuj krzyżówkę. To pobudza analityczne właściwości mózgu – efektem jest lepsze kojarzenie i szersze widzenie problemów.

  1. Psychologia

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum. Jak rozwijać inteligencję duchową?

Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
W kulturach tradycyjnych świętością było niemal wszystko: praca, jedzenie, seks. Dzisiaj desakralizacji ulegają nawet święta. Ale z drugiej strony rozpaczliwie poszukujemy sensu życia, harmonii, czegoś trwałego i niezmiennego. Czy naszym ratunkiem jest rozwijanie duchowej inteligencji?

Piotr, lat 47, był jednym z pierwszych biznesmenów rozkręcających w Polsce rynek informatyczny. Zaczynał pod koniec lat 80. Od małego fiata, którym jeździł instalować komputery znajomym. Dość szybko przesiadł się do zachodniego samochodu, klientów indywidualnych zamienił na wielkie korporacje, w zawrotnym tempie rozwinął swoją firmę, dorobił się. W wieku 35 lat miał wszystko. Wygodny dom pod Warszawą, malowniczo położone działki na Mazurach i w Bieszczadach, luksusowy samochód, pokaźne konto w banku. Korzystał z życia – bawił się, zmieniał kobiety, jeździł po świecie. Ale nic nie sprawiało mu prawdziwej radości. Wciąż był nienasycony: próbował nurkowania, wspinaczki wysokogórskiej, nawet skoków ze spadochronem. Gdy brakowało adrenaliny, sięgał po alkohol.

– No i stało się to, co się stać musiało – wspomina. – Któregoś dnia miałem wypadek, tylko cudem z niego wyszedłem. Leżałem w szpitalu, cierpiałem, ale miałem też czas, żeby przemyśleć całe swoje życie. To były bardzo bolesne chwile, przede wszystkim dlatego, że musiałem skonfrontować się sam ze sobą, tak naprawdę po raz pierwszy zajrzeć do swojej duszy. Zobaczyłem w niej rozdzierającą pustkę. Zacząłem prowadzić długie rozmowy ze sobą, z Bogiem i po raz pierwszy ja, wychowany w wierze katolickiej, sięgnąłem do Biblii.

Dzisiaj Piotr, choć ma ugruntowaną pozycję w biznesie, żonę, troje dzieci, choć mógłby sobie pozwolić na wiele, żyje skromnie, nie pomnaża już majątku. Cały wolny czas poświęca rodzinie i pracy charytatywnej.

Podobną drogę przechodzi dziś wielu ludzi. Osiągają szczyty, ale nie czują się szczęśliwi. Szukają czegoś więcej, czasami kompletnie przewartościowują swoje życie.

Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy znaczenia

Jak podkreślają zgodnie filozofowie i antropologowie, życie pozbawione kontekstu sacrum doprowadziło człowieka do największego kryzysu naszych czasów, czyli do kryzysu duchowego.

Danah Zohar i Ian Marshall w „Inteligencji duchowej” piszą: „Rozum oddalił nas od przyrody, bliźnich i religii. Dokonując postępu w technologii, odrzuciliśmy tradycyjną kulturę i osadzone w niej wartości. Inteligencja racjonalna sprawiła, że mniej pracujemy, jesteśmy zdrowsi i dłużej żyjemy. Dzięki niej stworzyliśmy mnóstwo gadżetów, z których wiele zagraża naszemu środowisku i nam samym. Wciąż jednak nie wiemy, jak nadać temu wszystkiemu sens. Duchowe otępienie uwidacznia się nie tylko na Zachodzie, ale coraz częściej również w tych państwach azjatyckich, które przejęły zachodnie wzorce”.

Naukowa diagnoza naszego stanu ducha na progu nowego tysiąclecia jest bezlitosna: Dostrzegamy i przeżywamy tylko to, co bezpośrednie, widoczne i praktyczne. Jesteśmy ślepi na głębsze poziomy symboliki i znaczenia, które tworzą egzystencjalny kontekst dla otaczających nas obiektów, wykonywanych czynności i nas samych. Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy sensu. Optymistyczne jest tylko jedno – że coraz częściej pytamy samych siebie: O co chodzi w moim życiu? Po co mi to wszystko? Dlaczego biorę udział w tym wyścigu? Czego tak naprawdę pragnę?

Dawniej w ogóle nie zadawano by sobie takich pytań. Rytm życia narzucany przez naturę i kulturę był uporządkowany i przewidywalny. Tradycja, społeczność, w jakiej się żyło, religia – wszystko to wyznaczało niezmienne granice zachowania człowieka. Funkcjonowały jasne kodeksy moralne, a cele życia były z góry ustalone.

 
Mircea Eliade, religioznawca, filozof kultury, eseista, w książce „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem” pisze: „Na najbardziej pierwotnym i archaicznym poziomie kultury życie ludzkie było samo w sobie aktem religijnym – odżywianie, życie płciowe, praca miały wartość sakramentu. […] W skrócie można by rzec, że świat archaiczny nie znał czynności »świeckich«: każda czynność, która miała określony sens, uczestniczyła w pewien sposób w sacrum. Świeckie były tylko czynności niemające znaczenia mitycznego, czyli niemające wzorcowych modeli. Można więc rzec, że każda odpowiedzialna i zmierzająca do precyzyjnie określonego celu czynność była dla świata archaicznego rytuałem”.

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum

Idąc tropem myślenia Eliadego, można powiedzieć, że człowieka współczesnego odróżnia od jego dalekiego przodka doświadczenie sacrum rozumiane – za „Słownikiem etnologicznym” – jako kategoria rzeczy i działań, które są uznawane przez określoną społeczność za święte i z tej racji podlegają religijnej czci, w przeciwieństwie do tego, co codzienne, czyli profanum. Niemiecki teolog i historyk religii Rudolf Otto, aby objaśnić, w jaki sposób człowiek wierzący przeżywa świętość, Boga, wprowadził do religioznawstwa termin „numinosum” (od łac. numen – bóstwo, boskość) oznaczający coś niepoznawalnego i niewyrażalnego. To tajemnica, coś, czego nasz rozum nie jest w stanie pojąć, coś przeczuwane, ale nie rozumiane. Według Otto sacrum z jednej strony przepełnia człowieka trwogą, budzi respekt, a jednocześnie fascynuje i rodzi nieodparte pragnienie.

Dziś desakralizacji ulegają nawet święta. Wielkanoc, Boże Narodzenie traktowane są w kategoriach wydarzeń rodzinnych, świeckich, a msza, która kiedyś była rytuałem w ścisłym tego słowa znaczeniu, postrzegana jest jako coniedzielny ceremoniał bądź też uciążliwy obowiązek. Jednak, jak podkreśla Mircea Eliade, potrzeba przeżywania sacrum jest głębokim pragnieniem człowieka. Dlaczego człowiek miałby pragnąć sacrum?

Dlatego że posiada wrodzoną inteligencję duchową  – odpowiadają Danah Zohar i Ian Marshall. Według nich oprócz siedmiu rodzajów inteligencji opisanych przez Howarda Gardnera w książce „Inteligencje wielorakie” istnieje jeszcze jedna – duchowa, która jest kwintesencją człowieczeństwa. Ani bowiem inteligencja racjonalna, ani emocjonalna, ani nawet ich połączenie nie wystarczą, by w pełni opisać złożoność ludzkich zachowań  i zdolności.

Cóż to takiego owa inteligencja duchowa? To „wewnętrzna, wrodzona zdolność ludzkiego umysłu i psychiki, czerpiąca swe bogactwo z serca i wszechświata”. Tym, co przede wszystkim odróżnia inteligencję duchową od emocjonalnej, jest właśnie zdolność przemiany. O ile inteligencja emocjonalna pozwala nam rozeznać się w swoim położeniu i adekwatnie do niego zachować, o tyle inteligencja duchowa prowokuje do stawiania pytań: Czy w ogóle chcę pozostać w tej sytuacji, czy raczej zdecyduję się ją zmienić?

Autorzy „Inteligencji duchowej” podkreślają, że ten rodzaj inteligencji nie zawsze wiąże się z religią. Owszem, może się poprzez nią wyrażać, ale religijność wcale nie oznacza wysokiego ilorazu inteligencji duchowej. Co więcej – badania przeprowadzone prawie 60 lat temu przez psychologa Gordona Allporta wykazały, że doznania duchowe częściej  występują u osób niezwiązanych z największymi Kościołami.

Tęsknimy za jednością z kosmosem, a słuchamy ego

Inteligencją duchową obdarzeni byliśmy od zarania dziejów, ale dowodów na jej istnienie dostarczyły dopiero badania neuro-biologiczne w latach 90 ubiegłego wieku. Dowód pierwszy – odkrycie w ludzkim mózgu przez neuropsychologa Michaela Persingera tzw. punktu Boga. Gdy badane osoby słyszą rozmowy na tematy religijne lub duchowe, punkt ten na zdjęciach mózgu uzyskanych metodą pozytronową się rozświetla.

Dowód drugi – badania austriackiego neurologa Wolfa Singera, które wykazują, że w mózgu następuje zespalanie naszych doznań i nadawanie im znaczenia, a wszystko to dzięki „trzeciej sile”. Wcześniej znane były tylko dwie formy organizacji nerwowej mózgu: połączenia szeregowe stanowiące podłoże inteligencji racjonalnej i „różnokierunkowe”, które są podstawą inteligencji emocjonalnej. Singer wskazuje na istnienie trzeciego rodzaju myślenia, jednoczącego dwa poprzednie, którym zarządza inteligencja duchowa.

Dowód trzeci – badania nad ludzką mową amerykańskiego neurologa i antropologa Terrence’a Deacona. Dowodzą one, że język jako zjawisko charakterystyczne tylko dla człowieka, symboliczne w swej istocie i operujące znaczeniem ewoluował wraz z szybkim rozwojem płatów czołowych mózgu. Ssaki wyższego rzędu nie umieją mówić, ponieważ nie posiadają odpowiednika płatów czołowych, które powiększały się u człowieka dzięki inteligencji duchowej.

 
Co nam ona daje? Jej dwie bliźniacze siostry: racjonalna i emocjonalna, mogą czasem sprowadzić człowieka na manowce. Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany. Sprawia, że jesteśmy kreatywni, kontaktuje nas z naszą twórczą spontanicznością. Pomaga nam uświadomić sobie problemy egzystencjalne, rozwiązać je albo przynajmniej pogodzić się z nimi. Sprawia, że widzimy sens naszych zmaga  z życiem. Pozwala wniknąć w istotę rzeczy, ujrzeć jedność istniejącą pomimo różnic, dotrzeć do naszych możliwości i wykorzystać je. Dzięki niej możemy wieść bogatsze życie. I wreszcie – pozwala nam odróżnić dobro od zła.

Życie wielu z nas jest dziś boleśnie pokawałkowane. Tęsknimy za tym, co poeta T.S. Eliot nazwał „dalszą jednością, głębszą wspólnotą”, ale nie znajdujemy jej ani w sobie, ani w istniejących symbolach czy instytucjach naszej kultury. Naszym ratunkiem – o co apelują nie tylko duchowi przywódcy, jak Dalajlama, papież, ale co dostrzega także coraz więcej ludzi – jest rozwijanie ducha. (Według słownika Webstera duch to „ożywiająca, życiodajna siła; to, co w odróżnieniu od materialnych elementów organizmu jest źródłem życia; tchnienie życia”).

Dalajlama wyodrębnia dwa poziomy duchowości. Pierwszy związany jest z przekonaniami religijnymi. W książce „Sztuka szczęścia” pisze: „Na świecie żyje pięć miliardów ludzi o różnych umysłowościach, w pewnym sensie potrzebujemy więc pięciu miliardów różnych religii. Wierzę, że każdy człowiek powinien wstąpić na taką ścieżkę duchową, która najlepiej pasuje do jego stanu umysłu, naturalnych skłonności, temperamentu, przekonań, wartości wyniesionych z domu i korzeni kulturowych”.

Szukamy gotowych odpowiedzi, choć powinniśmy pytać

Religijność nie świadczy o inteligencji duchowej, ale głęboka wiara przynosi ludziom wiele korzyści. Badania Instytutu Gallupa wykazały, że wierzący częściej niż niewierzący uważają swoje życie za szczęśliwe. Dowiodły również, że wiara pomaga w osiąganiu sukcesów i radzeniu sobie z kryzysami, traumatycznymi doświadczeniami, starzeniem się. Statystyki pokazują, że w rodzinach o silnych przekonaniach religijnych jest mniej przestępstw, problemów z alkoholizmem, narkomanią. Co więcej – istnieją dowody na to, że wiara może pozytywnie wpływać na zdrowie. Badania Instytutu Medycznego w Pittsburghu wykazały, że głęboko wierzący pacjenci z przeszczepionym sercem szybciej wracają do zdrowia. Z kolei inne badania dowiodły, że po operacji tętnicy wieńcowej lub zastawki prawdopodobieństwo przeżycia jest trzykrotnie większe wśród pacjentów wierzących niż niewierzących.

Każda religia daje poczucie przynależności, akceptacji. Silne przekonania religijne sprawiają, że mamy głęboką świadomość celu, do którego dążymy. Że możemy spojrzeć z dystansu na problemy życia codziennego. Jednak według Dalajlamy ważniejszy jest drugi poziom duchowości, który nazywa podstawowym, bo obejmuje najważniejsze ludzkie wartości, takie jak: dobroć, życzliwość, współczucie, troska. „Bez względu na to, jak wspaniała jest dana religia, przyjmuje ją jedynie ograniczona liczba ludzi – pisze w »Sztuce szczęścia«. – Wszyscy potrzebujemy jednak owych podstawowych wartości duchowych, bez nich życie staje się ciężkie, jałowe, człowiek nie jest szczęśliwy, cierpi rodzina, a w ostatecznym rozrachunku – całe społeczeństwo. Takie wartości jak: współczucie, tolerancja, zdolność wybaczania, opiekuńczość, są najważniejszymi wartościami duchowymi, ponieważ nie mogą współistnieć z negatywnymi stanami umysłu”.

przemia

Jak dotrzeć do owego poziomu, czyli inteligencji duchowej? Poprzez pielęgnowanie tego, co dla nas święte. Dobre uczynki. Praktyki duchowe. Te ostatnie nie mogą opierać się jednak tylko na uczestnictwie w religijnych obrzędach, nawet nie tylko na modlitwie. Według Dalajlamy praktyka duchowa to ćwiczenie, np. poprzez medytacje, odpowiedniego stanu umysłu, nastawienia do ludzi, stanu psychicznego i emocjonalnego. Czasami, aby w pełni dotrzeć do inteligencji duchowej, trzeba zaznać rozpaczy, bólu, cierpienia, straty. Wtedy doświadczamy głęboko ukrytej tęsknoty za sensem swojej ludzkiej egzystencji. Pytamy: Po co żyjemy? Dlaczego właśnie tak? Jaki ma sens nasza praca? Jak powiedział żydowski mistyk Abraham Heschel: „Gdy zadajemy pytania, jesteśmy bliżsi Boga niż wtedy, gdy mamy wrażenie, że znamy odpowiedzi”.

Korzystałam z książek: Mircea Eliade „Sacrum – mit – historia”, PIW, Warszawa 1993; Mircea Eliade „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem”, Sen, Warszawa 1992; Danah Zohar, Ian Marshall, „Inteligencja duchowa”, Rebis, Pozna  2001; Dalajlama „Sztuka szczęścia. Poradnik życia”, Rebis, Pozna  2000; Keith Ward „Bóg”, Rebis, Pozna  2006.