fbpx

Co się dzieje w dziecięcych pokojach

Co się dzieje w dziecięcych pokojach
Michael Morgenstern

Praca, pieniądze, konsumpcja są dla dorosłych najważniejsze – bardzo boleśnie doświadczają tego dzieci. Bo samodzielnego myślenia czy zdolności
do miłości nie nauczą się od komputerów. Musimy zmienić życiowe priorytety, by zapobiec w przyszłości wychowaniu pokolenia agresywnych grubasów
– mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

– Rodzice żyją w przekonaniu, że wszystko robią dla swoich dzieci. Ale czy tak jest? Czy przy obecnych metodach wychowania nasze dzieci i dzieci naszych dzieci mają szanse wyrosnąć na szczęśliwych dorosłych?

– Nie trzeba być wybitnym futurystą, aby zobaczyć, że dzieci będą miały coraz trudniej. Po pierwsze, coraz częściej występujący model rodziny patchworkowej, choć ma różne zalety, na ogół nie daje dość wsparcia. Odpowiedzialność za dzieci się rozmywa. Dziecko czasami nie wie, do kogo się przytulić albo z kim pogadać, gdy ma kłopoty. Po drugie, rodzice mają coraz mniej czasu. System zmierza do tego, żeby oboje pracowali, bo ktoś musi zarobić na emerytury starzejącego się społeczeństwa. Jednocześnie wzrasta nacisk na konsumpcję, a więc budżety rodzinne muszą rosnąć. Opieką nad dziećmi zajmą się instytucje i niańki.

– Odkąd moi przyjaciele przyjęli nową nianię, ich dwulatek tańczy, śpiewa, jest uśmiechnięty, otwarty. Nowa niania jest miłośniczką zabaw ruchowych i lubi dzieci. A więc opiekunka to chyba nie najgorsze rozwiązanie?

– W wychowaniu małego dziecka najważniejsza jest ilość krążącej w powietrzu miłości. Jeśli niania to osoba ciepła, dobra i spokojna, to jej opieka jest nawet lepsza niż opieka kogoś bliskiego, zajętego obsesyjnym zarabianiem i wydawaniem. Ale, niestety, większość niań na rynku to osoby bezradne w kontakcie z dzieckiem, więc włączają mu telewizor albo PlayStation.

 

– Zdaje się, że to szczególnie złe dla chłopców. Francis Fukuyama w książce „Koniec człowieka”, o której rozmawialiśmy ostatnio, pisze, że mali chłopcy nie są po to zrobieni przez naturę, aby siedzieć, ale by biegać i łobuzować.

– Dziewczynki też. Jak mało jest w życiu współczesnych dzieci ruchu, sportu i zabawy na dworze! Wystraszeni przez media rodzice wszędzie widzą pedofilów i inne zagrożenia, trzymają więc dzieci w domu. A że muszą pracować, więc sadzają dzieci przed telewizorem albo przed komputerem i pozwalają im grać w to, co lubią, i objadać się byle czym. Przy okazji zakupów świątecznych zajrzałem do sklepu z grami komputerowymi. Wszystkie wyeksponowane okładki spływały krwią. Lansowanym tematem jest przemoc i rywalizacja.

– Ponoć dzieci tak odreagowują agresję.

– Nie można odreagować agresji za pomocą czterech palców na klawiaturze. Do tego trzeba użyć całego ciała. Trzeba się zmęczyć, żeby pozbyć się cukru z mięśni i adrenaliny z krwi. Grając w te gry, dzieci czują na zmianę lęk i agresję, ilość adrenaliny i cukru we krwi osiąga niebotyczne poziomy i nie metabolizuje się przez odreagowanie ruchem. Następuje wielka kumulacja agresji/autoagresji, która może być w przyszłości niebezpieczna.

– Pewna kobieta podjęła leczenie szczura swojego syna, który pojechał na ferie. Gdy syn wrócił, pochwaliła się, że choć kosztowało to 300 zł, szczur jest zdrowy. Na co usłyszała: „mama, po co, nowy kosztuje 30 zł”.

– Syn już nie rozumie, czym jest emocjonalna więź. Zwierzę jest dla niego po to, by je mieć, a nie po to, by z nim taką więź budować. Podobnie będzie ustawiał się w relacjach z ludźmi. Ale ten cynizm jest w istocie mechanizmem obronnym dziecka, które się sparzyło na związkach. Może zaangażowało się w relacje z nianią, sąsiadką, ciocią, przyjaciółmi z przedszkola i z dnia na dzień zostało przerzucone w inne miejsce, bo mama czy tato gdzie indziej znaleźli lepszą pracę. W nowym miejscu spróbowało jeszcze raz, ale jeśli się okazało, że znów czas na przeprowadzkę – to przestało się angażować, bo zrywanie więzi boli. W ten sposób dzieci uczą się, że nie warto otwierać się na związki i traktować siebie i innych poważnie. Stąd coraz więcej zaburzeń osobowości typu borderline.

– Ale czy to źle, skoro tak przystosowały się do świata bez więzi?

– To dziecięce przystosowanie w dorosłym życiu tworzy cierpienie i chaos: silne niekontrolowane emocje, które rzucają od ściany do ściany. Wszystko jest albo czarne, albo białe. Przeszłość i ci, z którymi się rozstajemy, są dewaluowani, a przyszłość i nowe znajomości – idealizowane. Borderline to też nałogi, bo one pomagają redukować nieznośne emocjonalne napięcie i rozdygotanie, jakie nieustannie nam towarzyszy. Przy tym zaburzeniu często idealizujemy i nałogowo angażujemy się w pracę, uznając ją za jedyną trwałą inwestycję naszego życia. Odnosimy też wtedy spore w niej sukcesy – ale i tak bliżej nam  do poczucia rozczarowania niż szczęścia.

 

– Znajomy wysłał 14-letnią córkę na rok do szkoły za granicą, by stała się obywatelką świata. Miał taką wizję jej przyszłości, że ona lata samolotami po całym świecie i jest menedżerem z najwyższej półki. Równie dobrze może pracować w Nowym Jorku, Tokio, jak i w Warszawie.

– W imię najlepszych intencji podpiął się pod wzorce wycięte z popkultury i z reklam przedstawiających pracę w korporacji jako niebo. Więc tata chce córce korporacyjnego nieba przychylić. Nie wie, że dzieci rodziców uzależnionych od pracy i konsumpcji czują się zdradzone. Tak samo jak dzieci alkoholików. Bo to nieistotne, z czym zdradzamy dzieci. One powoli tracą poczucie wartości, gdy czują, że nie są na tyle ważne dla rodziców, by poświęcali im czas i uwagę. Nic na to nie pomoże obsypywanie ich megaprezentami. Prawdziwym niebem dla tej córki byłoby zapewne pozostanie przy rodzicach i doświadczanie ich ciepła, wsparcia i obecności.

– Świat korporacji nie jest rajem. Znajomy dostał świetną pracę w Azji, ale musiał też podpisać umowę, że jego dzieci i żona nie będą wychodzić z domu bez ochrony.

– Co ma zabezpieczyć korporację przed płaceniem okupu za porwanych. Zwróćmy uwagę, jak spędzają czas dzieci ludzi bogatych, do których stylu życia wszystkie inne aspirują? Siedzą w luksusowym, odciętym od świata, pustym, strzeżonym osiedlu. Rodzice w pracy, po domu krzątają się pracownicy. Z sąsiadami gadać nie wolno, z obcymi dziećmi bawić się nie wolno. Pozostaje komputer, komórka, telewizor i pokój pełen smutnych pluszaków. To wielkie nieszczęście. Przychodzi mi na myśl Książę z bajki „Książę i Żebrak”. Okazało się, że jego litowanie się nad Żebrakiem było nieporozumieniem. Tamten miał lepiej:  rodzinne ciepło, przyjaciół, znajomych – również wśród zwierząt – w jego życiu wiele się działo, mógł iść, gdzie chciał, był wolny. Ba, mógł się nawet pobrudzić. Tę bajkę trzeba współczesnym dzieciom, i przy okazji sobie, czytać dwa razy dziennie.

– No, ale jest przecież net. To dziś plac zabaw i miejsce do znajdowania przyjaciół dla dzieci i młodzieży.

– Społecznościowymi portalami i komunikatorami dzieciaki próbują sobie skompensować brak bliskich relacji. A tego się skompensować nie da. Co więcej, wysiłek, jaki podejmują w necie, daje odwrotny skutek. Energia emocjonalna i psychiczna rozprasza się na zbyt wiele obiektów. W Internecie nieważne są poszczególne osoby, nie tworzymy z nimi realnych więzi. Ważni stają się wszyscy, czyli nikt. Zamiast przyjaźni i bliskości wartością staje się popularność. Więc młodzież rywalizuje na Facebooku, kto ma więcej przyjaciół, a nie, kto ma prawdziwych przyjaciół. W filmie o twórcy Facebooka widzimy, jak więzi przestają być ważne, gdy sukces życiowy przeliczamy tylko na pieniądze.

– Już niedługo mało kto będzie wiedział, że bywało inaczej. Więc może to ewolucja?

(…)

Więcej w Zwierciadle 04/2011