Mama: sama nie znaczy samotna

"Dziecko może zobaczyć, jak mama płacze, ale powinno usłyszeć, że za chwilę porozmawia o swoim problemie z kimś dorosłym i wszystko będzie dobrze". (fot. iStock)

Wizja zostania samej z dzieckiem paraliżuje wiele kobiet. Zdaniem psycholożki Małgorzaty Rymaszewskiej jednak ani rozwód rodziców, ani bycie wychowywanym tylko przez mamę nie muszą być tragedią dla dziecka. Jak radzić sobie z niepokojem, czarnymi scenariuszami i poczuciem całkowitej bezradności?

Byłam jednym wielkim lękiem – mówi 48-letnia Lena, która rozstała się z ojcem swojego syna, gdy chłopiec miał trzy i pół roku. – Bałam się wszystkiego, począwszy od tego, jak mój syn to zniesie, skończywszy na tym, czy będę w stanie nas utrzymać. Mimo że przez całe dorosłe życie byłam w pełni samodzielna i samowystarczalna. Mimo że kiedy syn był niemowlakiem, narzeczony bardzo często wyjeżdżał służbowo, więc musiałam sobie radzić sama, bo rodzina mieszka kilkaset kilometrów ode mnie. Mimo że miałam pracę i przyjaciół, na których mogłam liczyć. Mimo tego wszystkiego byłam przerażona i czułam się kompletnie bezradna.

Psycholożka Małgorzata Rymaszewska prowadząca gabinet „Rodzice i dzieci” uważa, że kobieta, która staje przed wizją samotnego macierzyństwa, w sposób naturalny reaguje lękiem, choć miewa on różne natężenie i dotyczy różnych spraw – w zależności od jej osobowości, tego, jak wyglądał związek z ojcem dziecka, sytuacji zawodowej i jakości jej innych relacji. – Zwykle kiedy stabilność naszego życia zostaje zagrożona a z nią nasze poczucie bezpieczeństwa, zaczynamy się zastanawiać, co może pójść nie tak i czy będziemy sobie w stanie poradzić w nieznanej sytuacji – wyjaśnia.

Ten lęk bywa spotęgowany spadkiem poczucia własnej wartości, którego doświadcza wiele kobiet, gdy rozpada się ich rodzina. Czasem jest to dla nich dowód na to, że „coś z nimi jest nie tak” i zaczynają wątpić, czy jeśli na tym ważnym polu sobie nie poradziły, poradzą sobie na innych.

Wcale nieskazane na traumę

– W ciążę zaszłam na studiach w wyniku gwałtu na randce. Mężczyzna, którym byłam zauroczona i z którym kilka razy wcześniej się spotkałam, nie przyjął do wiadomości mojego „nie”. Kiedy potem poinformowałam go o ciąży, powiedział, że to na pewno nie jego dziecko – wspomina 40-letnia Jola. – Wśród lęków, które wtedy przeżywałam, dominował ten, że nigdy nie stworzę stałego związku z mężczyzną. Bałam się, że skoro jako wolna kobieta nie byłam w stanie znaleźć fajnego faceta, to teraz tym bardziej nie mam na to szansy. Sądziłam, że mężczyźni nie będą chcieli związać się z kobietą, która sama wychowuje dziecko, a mój syn nie zaakceptuje żadnego z nich. Martwiłam się że zmarnowałam mu życie, a pojawienie się ojczyma mogłoby tylko powiększyć traumę.
Wątek traumy u dziecka i lęku przed tym, jak ono sobie z tą trudną sytuacją poradzi, jest zresztą bardzo częsty w opowieściach samotnych matek. Małgorzata Rymaszewska przekonuje jednak, że ani rozwód rodziców, ani bycie wychowywanym tylko przez matkę nie musi być tragedią dla dziecka. Pod warunkiem, że byli partnerzy nie są w konflikcie, nie dochodzi do awantur w obecności dziecka, ani nie jest ono przedmiotem sporów i rozgrywek, bo to rzeczywiście jest bardzo traumatyzujące. – Jeśli kobieta i mężczyzna rozstają się, gdy dziecko jest malutkie i potrafią się potem ze sobą poprawnie komunikować, być wystarczająco dobrymi rodzicami, to dziecko traktuje tę sytuację jako naturalną. To trochę tak, jak wtedy, gdy w rodzinie rodzi się trzecie czy czwarte dziecko. Ono nigdy nie będzie pępkiem rodzinnego świata ale też nie będzie za tym tęsknić, bo tego nie zna – tłumaczy i dodaje, że nawet jeśli ojciec odszedł w siną dal, to inni mężczyźni np. wujek czy dziadek mogą do pewnego stopnia przejąć jego rolę.

Niepokój przychodzi nocą

Wśród największych lęków samotnych matek na pierwszy plan często wysuwają się te związane ze zdrowiem i życiem dziecka. Zwykle pojawiają się pod wieczór. – Kiedy po raz kolejny odkryłam, że partner mnie zdradza, dałam mu dwa dni na opuszczenie mojego mieszkania – opowiada 38-letnia Monika. – Zostałam sama z dwumiesięcznym wcześniakiem – moja córeczka ważyła niespełna dwa kilogramy i właśnie wyszła ze szpitala. Chociaż nie… tak naprawdę sama zostałam już wcześniej, bo mniej więcej od połowy ciąży mój eks w domu był gościem. A kiedy już się pojawiał, to zwykle pijany. Wiedziałam, że decyzja o zerwaniu jest słuszna, ale jednak nasiliła lęk o córkę. Bałam się, że coś jej się w nocy stanie, a ja tego nie usłyszę, nie obudzę się. Bałam się, że mnie się coś stanie, a ona będzie sama leżała w łóżeczku i nikt się nią nie zajmie. Spałam więc jak żołnierz w okopie, który spodziewa się, że zaraz coś walnie. Gdyby był drugi dorosły w mieszkaniu, na pewno byłabym spokojniejsza – wspomina. Dlatego właśnie Monika zdecydowała się spędzić resztę urlopu macierzyńskiego u rodziców w Poznaniu, a po powrocie do Warszawy zaczęła zaprzyjaźniać się z sąsiadami: – Dzieli mnie od nich cienka ścianą, więc liczyłam na to, że gdybym na przykład krzyknęła, usłyszeliby mnie. Znalazłam supernianię, w pracy wszyscy mnie wspierali. Szef zaproponował zmianę stanowiska, żebym nie musiała pracować wieczorami i dał podwyżkę – relacjonuje.

Małgorzata Rymaszewska uważa, że zadbanie o wsparcie jest kluczowe. I wcale nie zawsze najlepszym pomysłem jest zwrócenie się o pomoc do najbliższej rodziny. Zdarza się bowiem, że rodzice kobiety, która została sama z dzieckiem, jeszcze podsycają jej lęk i utrzymują w przekonaniu, że sama sobie nie poradzi, czy wpędzają ją w poczucie winy. Wychodzą z założenia, że skoro naważyła sobie piwa, to teraz musi je wypić – poświęcić się opiece nad dzieckiem i słuchać ich rad. Traktują ją jak smarkulę, która narobiła głupot, więc teraz powinna być im posłuszna. W takiej sytuacji lepiej poszukać oparcia gdzie indziej. – Jeśli kobieta nie ma zbyt wielu znajomych, bo na przykład związek z partnerem zastępował jej wszystkie inne relacje, to niech zacznie odnawiać stare znajomości, budować nowe, szukać kobiet w podobnej sytuacji. Izolacja to naprawdę najgorszy pomysł – przekonuje ekspertka.

Bezcenne wsparcie

W posiadaniu kręgu wspierających osób często najcenniejsza wcale nie jest fizyczna pomoc. Oczywiście to, że ktoś zostanie dwie godziny z dzieckiem, podwiezie do lekarza czy pomoże skręcić mebelki, też jest ważne, ale często bardziej liczy się świadomość „w razie czego mam się do kogo zwrócić”, możliwość opowiedzenia o swoich problemach czy lękach, przegadania różnych scenariuszy.
„Czasem w lekkiej histerii dzwoniłam do M. i mówiłam: Nie dam rady. Ona wtedy zadawała najlepsze z możliwych w takiej sytuacji pytań: Z czym konkretnie? Punkt po punkcie rozważałyśmy wyzwania. Po rozważeniu wszystkich trudności staneęło na tym, że odczuwam paniczny lęk przed wizytami serwisowymi z samochodem w warsztacie i że nie będę umiała rozmawiać z mechanikiem, gdy popsuje mi się auto. W słuchawce zapadła wówczas cisza, a potem usłyszałam ostrożne pytanie: Serio, tego się najbardziej boisz? Bo jeśli tak, to poproszę siostrzeńca – będzie zawsze jeździł z twoim samochodem do warsztatu, OK? Okej. Dobrze. Tego się trzymajmy. Dam radę” – wspomina Joanna Szulc, dziennikarka, socjolożka i była redaktorka naczelna magazynu „Dziecko” w książce „Sama mama. Jak przejść przez rozwód i żyć dalej”.

– Kiedy czujemy lęk, możemy pójść dwiema drogami, w zależności od tego, czego ten lęk dotyczy. Jedna to zdobycie informacji na temat ewentualnej katastrofy, przygotowanie planu awaryjnego i podjęcie środków zaradczych – mówi Małgorzata Rymaszewska i tłumaczy to na przykładzie strachu przed brakiem środków do życia: – Sprawdźmy dokładnie stan finansów, wszelkie zobowiązania, dowiedzmy się, czy możemy zerwać jakieś umowy, zrezygnować z niektórych usług, zdecydujmy, które wydatki tniemy. To da poczucie kontroli, zmniejszy niepokój i zapobiegnie problemom. Druga droga to jak najszybsze zrobienie tego, co budzi w nas lęk.

Tak właśnie postąpiła Joanna Szulc: „Postanowiłam zrobić coś – cokolwiek – co przekona mnie samą, że umiem sama dać sobie radę z najtrudniejszym organizacyjnie i emocjonalnie wyzwaniem. Zrobiłam w myślach ranking zadań, które przyprawiają mnie o dreszcze, i wybrałam. Pojadę z dziećmi kupić im buty. Nie, nie żartuję.” – pisze. Uznała, że jeśli uda jej się pokonać strach przed prowadzeniem samochodu, usadzić dwójkę maluchów w fotelikach, dobrać im buty w centrum handlowym, nie tracąc przy tym cierpliwości, a one nie zostaną zatrzymane na bramkach z kradzionym obuwiem, to da sobie radę ze wszystkim. Zadanie zostało wykonane, a autorka do dziś mijając Galerię Wileńska prostuje się, wspominając tamten sukces.

Więcej luzu

Wiele lęków związanych z samotnym macierzyństwem mija lub słabnie z czasem, ale te dotyczące brzemiennych w skutkach błędów wychowawczych, ogromnej odpowiedzialności, poczucia, że „wszystko zależy ode mnie” u wielu kobiet długo się utrzymują.

– Bardzo, bardzo często zastanawiam się, czy podejmuję dobre decyzje, czy reaguję adekwatnie. Boję się, że zabraniam córce nie tego, co trzeba, a odpuszczam tam, gdzie powinnam postawić granice. Gdybym miała partnera, mogłabym w kilka minut wszystko z nim przegadać, ryzyko błędu byłoby mniejsze. A tak wciąż mam poczucie, że wciąż popełniam błędy za które potem będzie płacić moje dziecko. Przez pierwsze lata jej życia tak się tego bałam i tak się pilnowałam, że prawie nigdy nie okazywałam smutku, żeby nie zachwiać jej poczuciem bezpieczeństwa. Ostatnio zapytała „Mamo, czy ty w ogóle umiesz płakać?” – wspomina Monika.

– Zgadzam się z tym, że nie można pozwolić, by negatywne emocje wylewały się na dziecko – przyznaje Małgorzata Rymaszewska. – Ono nie powinno być stawiane w roli opiekuna. Wierzę jednak, że warto być autentycznym. Dziecko może zobaczyć, jak mama płacze, ale powinno też usłyszeć, że mama ma kogoś dorosłego na przykład ciocię, z kim za chwilę o swoim problemie porozmawia i wszystko znów będzie dobrze – tłumaczy psycholożka. Dodaje, że kobieta po rozstaniu z partnerem musi przeżyć żałobę: – W tym powinni jej jednak towarzyszyć inni dorośli.

Ekspertka podkreśla również, że przekonanie o swoim bezgranicznym wpływie na życie dziecka jest niesłuszne i zgubne. To zawsze wypadkowo wielu czynników, począwszy od genów przez rodziców, kolegów, nauczycieli, dziadków, a na własnych wyborach kończąc. – Poza tym zawsze jest jeszcze ojciec. Nawet jeśli angażuje się w niewielkim stopniu, to jednak ma wpływ na dziecko. Można oczekiwać od niego wsparcia przy podejmowaniu większych decyzji. W pełnych rodzinach też często podejmuje je samodzielnie mama lub tata – mówi.

Przekonanie o rodzicielskiej wszechmocy jest fałszywe i bardzo obciążające. Nikt, a więc także wspaniały partner u boku, nie da gwarancji, że nie popełnimy błędów wychowawczych. Możemy tylko starać się postępować najlepiej jak umiemy. Ale też pytań, prosić i nie skazywać się na osamotnienie na tej drodze.

 

Małgorzata Rymaszewska – psycholog, psychoterapeutka, w gabinecie „Rodzice i dzieci” prowadzi m.in. psychoterapię indywidualną oraz interwencje kryzysowe i warsztaty.