fbpx

Odroczone skutki pandemii

Odroczone skutki pandemii
Teraz, kiedy adrenalina odpuszcza, pojawia się potworne zmęczenie, ale też objawy psychosomatyczne – spadek odporności, wysypki, migreny, bezsenność. (Fot. iStock)

Pierwsze tygodnie pandemii to był czas, w którym wielu z nas żyło w stanie ciągłej mobilizacji. Teraz, kiedy adrenalina odpuszcza, orientujemy się, że miało to wpływ na nasze zdrowie. Rozmawiamy z Ewą Chalimoniuk, psychoterapeutką.

Za nami trzy miesiące stresu i lęku, przed nami lato i wakacje. Możemy ulec złudzeniu, że wszystkie większe obawy związane z pandemią już są za nami, a teraz idzie już tylko ku dobremu. A może pojawią się nowe? Jakie mogą być te odroczone skutki pandemii?
Myślę, że powodów, dla których nadal możemy być w stresie z powodu pandemii, jest sporo. Z jednej strony jesteśmy na różne sposoby znużeni przebywaniem w domach i budzi w nas to bunt przeciwko ograniczaniu naszych potrzeb oraz praw, z drugiej – temu powolnemu wychodzeniu z przestrzeni czterech ścian może towarzyszyć lęk, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, nie mamy jasnych i spójnych informacji na temat aktualnego stanu pandemii, a po drugie, nadal niewiele wiemy o samym wirusie, musimy więc nauczyć się żyć z pewną dozą niepewności i ciągłego zagrożenia. A to jest trudne. Musimy zaadoptować się do stałego i nowego rodzaju stresu, spowodowanego tym, że w najbliższym czasie nie wszystko będzie dało się przewidzieć.

Jesteśmy też w dużej ambiwalencji. Przez miesiące przebywaliśmy w pewnej przestrzeni, w tym samym towarzystwie i z niewielką możliwością ruchu w jej obrębie – wiele naszych potrzeb, nawet tak prostych jak potrzeba dobrego wyglądania, pójścia do fryzjera, na fitness, wyjechania na wycieczkę czy spotkania z przyjaciółmi – były niezaspokojone. To są nasze straty, które szybko chcemy odrobić. Ale mamy też zyski z tego czasu – zobaczyliśmy, że trochę wolniejsze tempo życia też jest przyjemne, daje odpoczynek od presji ciągłego pośpiechu i wielozadaniowości. I to boimy się utracić. Czyli z jednej strony chcemy wyjść z tego naszego schronu, który może nie był aż tak luksusowy, jak byśmy chcieli, ale był bezpieczny, z drugiej – możemy się bać, że wrócimy do tego codziennego młyna. Poza tym nasze ciała się zastały, tylko nieliczni w tym czasie regularnie uprawiali sport czy trzymali się diety. Wielu z nas jest zestresowanych z powodu tego, że się nie mieszczą w dawne ubrania. To może wydać się banalne, ale to jest nasz codzienny problem, być może wynikający z próżności, ale aktualny i dotkliwy.

Ale ten wielki lęk z początku pandemii już chyba minął?
Na pewno ten największy, o to, że nie będzie łóżek w szpitalach i tak jak we Włoszech – ludzie będą umierać bez uzyskania pomocy – już jest za nami. Ciśnienie trochę spadło. Pojawił się w nas naturalny zew życia. Ale nasz organizm jeszcze się na to nie przestawił.

Wiele osób nadal boi się zarażenia, ale muszą wyjść z domu i wrócić do pracy, bo walą im się firmy albo boją się o swoje prawa obywatelskie czy wolnościowe. Gdy rozmawiam z moimi pacjentami, to widzę w nich więcej nadziei na to, że jak wrócimy do normalności, to jednak nie pozarażamy się i nie pomrzemy. Ten podświadomy lęk o życie swoje i swoich bliskich się skończył, w jego miejsce pojawił się jednak nowy – o to, czy utrzymamy miejsce pracy, jak będziemy teraz żyć, jak będziemy podróżować, egzystować w przestrzeni publicznej.

Lęk nie ustał, tylko się zmienił?
Dokładnie tak. Wiele osób boi się, a jednocześnie czuje, że chce i musi wyjść do ludzi i świata – i to robi. Ja sama uświadomiłam to sobie, kiedy zapisałam się do fryzjera i mimo że bardzo cieszyłam się na tę wizytę, to w noc ją poprzedzającą nie mogłam usnąć. Słyszę od lekarzy różnych specjalności, że choć chcą wrócić do pracy i pomagać swoim pacjentom, to nie mają pewności, czy są zdrowi, bo możemy mieć wirusa bezobjawowego, i czy to będzie bezpieczne dla nich i dla ludzi, których leczą. Podobnie rodzice – i chcą i boją się posłać swoje dzieci do przedszkoli i żłobków. Ta ambiwalencja jest całkiem normalna i będzie nam jeszcze trochę towarzyszyć. Nie wszyscy będą ją jednak dobrze tolerować. Niektórzy znów zrobią się bardzo spięci. Wprawdzie wychodzą do supermarketu, na kawę czy na lody, ale po powrocie do domu czują, jak wiele ich to kosztowało. Czyli decyzja z głowy brzmi: „chcę wyjść”, ale z ciała: „boję się”. A mimo to chęć powrotu do życia, do codzienności jest silniejsza niż lęk. I dobrze, taka powinna być kolej rzeczy. Rozmawiałam z ludźmi, którzy mi mówili: „trudno, akceptuję ryzyko, że się zarażę, ale już nie mogę wytrzymać, muszę chociaż zobaczyć drugiego człowieka”.

Ja z kolei pomyślałam o osobach, które przez miniony okres nie miały praktycznie czasu na to, by poczuć, co czują – były w trybie działania. Ratowały swoje biznesy, ratowały innych ludzi albo miały o wiele więcej pracy i zadań. To była dla nich ciągła mobilizacja a adrenalina trzymała ich w jako takim stanie fizycznym i psychicznym. Teraz, kiedy ta intensywność zmalała, adrenalina odpuszcza i orientują się, że to nie było bez wpływu na ich zdrowie. Pojawia się potworne zmęczenie, ale też objawy psychosomatyczne – spadek odporności, wysypki, migreny, bezsenność.
Dokładnie tak działa tzw. stres wojenny, który przeżywamy na pierwszej linii frontu. Organizm się wtedy mobilizuje i wysyła potężne dawki adrenaliny do mózgu, nie czujemy więc bólu ani lęku. Objawy, o których pani mówi, będą miały te wszystkie grupy zawodowe, które musiały zaprzeczyć swojemu baniu się i walczyć. To będą lekarze, pielęgniarki, kierowcy karetek, sprzedawcy w sklepach, dziennikarze, policja, służby porządkowe, kurierzy – cała armia ludzi, którzy, żebyśmy wszyscy mogli funkcjonować, musieli dać z siebie więcej. Taka mobilizacja bardzo dużo kosztuje organizm – żołnierz dopiero w okopach zaczyna zauważać, że tu ma ranę, a tam cały jest we krwi. I dopiero robi się miejsce na to, by poczuć, jak jest wykończony. Ci, co działali, mają teraz zupełnie inny rodzaj zmęczenia niż ci, którzy byli z tego działania wyłączeni i musieli skupić się na pracy on line, nadzorowaniu nauki dzieci czy po prostu – jak emeryci – trwaniu w zamknięciu i samotności. Wszyscy jesteśmy tym wymęczeni, tylko każdy na inny sposób.

Czego teraz najbardziej potrzebujemy?
Przyzwolenia na to, byśmy pobyli trochę w tej ambiwalencji. Byśmy dali sobie prawo do tego, że trochę chcemy, a jednak trochę się boimy; że możemy być teraz zmęczeni i bez energii, bo nasze organizmy potrzebują czasu, by wylizać rany. A można je „wylizywać” na rozmaite sposoby: pójść na spacer, umówić się z przyjaciółką na kawę, pobiegać, wyspać się. Wszystko zależy od tego, co robiliśmy w minionym czasie, jaką walkę musieliśmy stoczyć. Teraz trzeba pozwolić sobie na odwrót od tego i zrobienie czegoś dokładnie odwrotnego.

Na pewno wszystkim nam potrzeba więcej naturalnego ruchu i przebywania na świeżym powietrzu. A co do nadal aktualnego, podskórnego lęku przed wyjściem do pracy, na zakupy czy do kawiarnii – radzę oswajać go powoli. Tak jak wchodzimy do morza – powoli zanurzając kostki, potem łydki, potem uda, potem ochlapując sobie brzuch… Może do kogoś trafi inna metafora: jak siedzieliśmy długo w schronie, to nie wyskakujemy z niego od razu, tylko najpierw wystawiamy oczy, potem głowę, rozglądamy się dookoła, patrzymy, co robią inni, czy zachowują się normalnie – i dopiero wtedy powoli się wynurzamy na powierzchnię.

Tak samo róbmy i teraz – wróćmy do pracy na jeden dzień w tygodniu albo na parę godzin, potem może na dwa dni… Przyjmujmy co drugiego lub co trzeciego pacjenta czy klienta – by mieć wiekszą przestrzeń na dezynfekcję, oddech i opanowanie stresu. Wyjdźmy najpierw do parku, a dopiero potem do lokalu. Badajmy i oswajajmy swój lęk, a gwarantuję, że stopniowo będzie się zmniejszał. Nie rzucajmy się od razu na głęboką wodę, bo znów się zepniemy, a organizm to odchoruje. Bądźmy ostrożni i uważni na siebie. Jeśli nie możemy ufać komunikatom, zaufajmy swojemu zdrowemu rozsądkowi. Na początku pewnie będziemy siedzieć w kawiarniach dwa metry od siebie, a po miesiącu, kiedy zobaczymy, że nic nam nie grozi i nie chorujemy grupowo – zaczniemy ten dystans stopniowo zmniejszać. I tak będzie z innymi przestrzeniami naszego życia. Stopniowo będziemy się uczyć normalności w tych czasach zarazy.

Ewa Chalimoniuk, certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy, www.lps.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze