Myl się, poprawiaj i idź dalej

Błąd to dobra wiadomość. Przyjmując błędy z otwartym sercem, porzucamy sztywne ramy i poddajemy się zmiennemu strumieniowi życia: wystawiamy się na niepewność, podejmujemy ryzyko, uczymy się, wzrastamy wewnętrznie. A przez to stajemy się ożywieni i twórczy. Świętować błędy, nie tylko sukcesy? Właśnie tak.

Było to wiele lat temu. Umówiłam się na wywiad ze znaną śpiewaczką Olgą Szwajgier. Spotkałyśmy się, rozmawiamy, w końcu pytam, jak to mam w zwyczaju: „jakie odkrycie, jaki wgląd sprawił, że pani życie odmieniło się na lepsze?”. A artystka na to bez zastanowienia: „Cieszę się z błędów. Gdy coś zepsuję, mówię sobie natychmiast: jaki piękny błąd”.

Latem ubiegłego roku przyjechał do Polski Joseph Standing Eagle, nauczyciel mądrości plemienia Anasazi, jeden z bohaterów świetnej książki „Dawna mądrość na nowe czasy” Geseko von Lüpkego. Opowiadał o naukach, które jako pięcioletni chłopiec odbierał od swojej babci Indianki: – Siedzieliśmy pod wieczornym niebem, patrzyliśmy w gwiazdy, a babcia mówiła, że sztuka życia polega na witaniu wszystkiego, co się wydarza, z otwartym sercem. Wszystkiego. Oto cała filozofia.

Stojący Orzeł, dziś 80-latek, jeździ po świecie i dzieli się tą babciną mądrością z nami, ludźmi Zachodu. I ma problem. Z niemałymi oporami przenika do naszej świadomości ta prosta idea, ponieważ zostaliśmy wychowani zgoła inaczej: jak ognia unikaj błędów, dąż do perfekcji!

Wielu autorów zajmujących się psychologicznymi i duchowymi konsekwencjami unikania błędów zwraca uwagę na to, że cierpimy przez własne ambicje. Od dziecka jesteśmy poddawani ocenom: zdolna, niezdolna, dobry, zły, zaliczone, niezaliczone, w porządku, nie w porządku. Uwewnętrzniamy te przekazy. Jako dorośli oceniamy w ten sposób samych siebie. Chcemy być najlepsi, doskonali pod każdym względem. Jeśli nie jesteśmy doskonali, bo popełniamy błędy, to znaczy, że jesteśmy do niczego. Bycie doskonałym, w paradygmacie naszej kultury, niesie same korzyści: jest się ambitnym, atrakcyjnym, dostaje się dobre oceny, dobrą pracę, osiąga się sukcesy, jest się docenianym. Ale czy na pewno? Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. W końcu orientujemy się, że pilnie potrzebujemy pomocy.

 

Nie można zatrzymać życia

Na oko 50-latka Eva-Maria Zurhorst, autorka bestsellera „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz”, energiczna, z ogniem w oczach, niemal tańczy, opowiadając o błędach, trudnościach i kryzysach w swoim małżeństwie. Mąż Wolfram wodzi za nią namiętnym wzrokiem, dowcipnie puentując jej opowieści. Cóż za młoda para! – myślimy my, uczestnicy konferencji „Life coaching – relacje w równowadze”, zorganizowanej przez firmę doradczo-szkoleniową Pracownia Satysfakcji. Eva-Maria i Wolfram są w Polsce po raz pierwszy. Następnego dnia po konferencji prowadzą warsztat dla par. Są razem od ponad 20 lat. Przeżyli wszystko, czego w związku najbardziej się boimy i czego sobie nie życzymy: wybuchy gniewu, niechęci, nienawiści, trzaskanie drzwiami, wojny z powodu niezakręconej tubki pasty do zębów i okruchów na stole, rozstania, życie w trójkącie, z tą trzecią, i z tym trzecim. A teraz mówią jednym głosem: – Kochaj swoje błędy. Kochaj niepowodzenia, wewnętrzne rozterki i załamania. Kochaj ten czas, gdy mówisz sobie: „nie wiem, co dalej”. Ten moment, kiedy kapitulujemy, przyznajemy się, że błądzimy, może być punktem zwrotnym w relacji, początkiem nowej jakości w związku.

– Wszyscy nam radzili, żebyśmy się rozstali – mówili Zurhorstowie na konferencji. – Rodzice, przyjaciele: „jesteście tacy różni, inne zainteresowania, przyjaciele, środowisko”.

Eva-Maria poszła do wróżki, ta postawiła horoskop i machnęła ręką: „niech pani to zostawi!”.

Eva-Maria: – Nikt nas nie uczy, jak przyjmować trudności. Bajki i filmy o miłości kończą się w głupim miejscu: „i żyli długo i szczęśliwie”. Gdy kończy się sen, a zaczyna codzienność, kto sprzątnie dom, kto zatroszczy się o ubezpieczenie na życie, dochodzimy do wniosku, że „to był błąd”. Myślimy: „jestem przecież taki namiętny”, „jestem atrakcyjna”, przydałby się kochanek, mam ochotę na romans. Błędy popełniane w relacji wynikają z lęku przed bliskością. Kobiety, żeby nie czuć lęku, dużo mówią, mężczyźni z tego samego powodu wycofują się.

Wolfram: – Najważniejsze pytanie brzmi: Co JA mam wspólnego z tym kryzysem, rozczarowaniem, poczuciem, że błądzę, straciłem kierunek?

Ratunkiem dla ich związku okazał się romans, trzecia osoba w relacji.

Eva-Maria: – Kochanka męża żyje w sposób, w jaki ty chciałabyś żyć –  usłyszałam od osoby, której ufam. Aż mnie zatkało. Ja? Niemożliwe. Ale zaczęłam zadawać sobie pytania. Czy ona pozwala sobie na coś, na co ja sobie nie pozwalam? Czy jest wolna od czegoś, co krępuje mnie? Ta kobieta była żywa, seksowna, wibrowała energią. W jaki sposób ja mogę stać się żywa? Mogłam odejść. Ale wtedy nie poznałabym siebie. „Ta trzecia” pokazała mi moje pragnienia i tęsknoty.

Napisała swoją książkę dla tych z nas, którzy w związkach miłosnych popełniają mnóstwo błędów. „Nie potrzebujesz »tego jedynego« właściwego partnera, lecz całkowitej otwartości na to, co jest”. „To obojętne, kogo poślubisz. I tak spotkasz w nim samego siebie” – tak pisze w „Kochaj siebie…”. I dlatego,  zgodnie z jej doświadczeniem, możemy spokojnie zostać z tym mężczyzną, z tą kobietą, z którymi jesteśmy. Rozstanie rzadko polepsza sytuację; najczęściej prowadzi jedynie do odsunięcia własnego problemu.

Potrzeba odwagi, siły woli, zrozumienia, cierpliwości, praktyki każdego dnia, gdy w związku pojawia się „znowu ten piękny błąd”; wycofanie, pretensje, roszczenia, dąsy, obwinianie siebie nawzajem, kurczowe przywiązanie („bez ciebie umrę!”), oczekiwanie, że partner wypełni swoimi zaletami moje deficyty. Dobra wiadomość jest taka: aby w związku pojawiła się prawdziwa bliskość, nie musimy nic robić. Potrzebujemy tylko płynącej z serca życzliwości, gotowości do współczującej i uczciwej samoobserwacji, do bycia w kontakcie ze wszystkimi uczuciami bez oceniania siebie.

Eva-Maria, patrząc na siebie sprzed lat, mówi, że z nadludzką siłą starała się zatrzymać życie albo łaskawie domagała się czegoś innego niż to, czym życie właśnie ją obdarowało. Żyła w przeróżnych zakątkach ziemi, przeprowadzała się 20 razy, wielokrotnie zmieniała zawód i partnerów tylko po to, żeby z pokorą opanować tę ważną lekcję: obojętnie, gdzie jestem, z kim tam jestem i co robię – doświadczenia, które zdobywam, zawsze zależą od mojego spojrzenia na życie. Przeżywamy własny film. Możemy zmieniać scenerię i aktorów, ale emocjonalny klimat i sposób konfrontowania się z życiem pozostają takie same.

Nie zatrzymywać życia? Ale jak to zrobić?

 

Informacja z wewnątrz nas

Ucz się na błędach. Łatwo powiedzieć. Magdalena Mazurkiewicz, psychoterapeutka, trenerka uważności, mówi, że wyjście z pułapki błędów to proces, który wymaga treningu. Na początku nie jest łatwo, ponieważ możemy nie być świadomi, że popełniliśmy błąd, więc o skutki obwiniamy świat i ludzi. Możemy utknąć w tym miejscu, w kółko powtarzać te same błędy, nie przeczuwając nawet, w jaki sposób wpływają na nasze życie.

Magda: – To jest powszechne, wszyscy to znamy. Na przykład za błędy naszych piłkarzy odpowiedzialna jest zła pogoda, zły trener, niesprzyjający sędzia, niechętna publiczność.

Pierwszy krok to zobaczyć, że sami sobie to robimy – na tym właśnie polega uważność, bycie świadomym. Kłopot w tym, że w momencie, gdy uświadamiamy sobie błąd, co prawda przestajemy obwiniać innych, ale teraz obwiniamy siebie; skoro się potknęłam, to znaczy, że jestem głupia i beznadziejna. Tak zaczyna się depresja. Myśli pełne pretensji wzmagają złość na siebie, rośnie napięcie, które wylewa się na innych.

Magda: – Kolejny krok to popatrzeć na siebie z łagodnością i współczuciem, ale nie w sensie użalania się nad sobą. Potrzebujemy dla siebie takiej czułości, wyrozumiałości, ciepła i troski, jakie mamy dla dziecka, które się przewróciło. Z punktu widzenia uważności jesteśmy dobrzy z natury, mamy w sobie głęboką inteligencję i kreatywność. To, że popełniliśmy błąd, ma dla nas sens, to jest informacja z wewnątrz nas. Taka samoświadomość sprawia, że możemy docenić to, co mamy, co już osiągnęliśmy, i docenić błędy.

Przechodziła ten proces wiele razy. Przez osiem lat żyła w związku z mężczyzną, zanim uznała, że to błąd. Żyli w osobnych światach, skupieni na własnych potrzebach. Wspólna przestrzeń to były podróże, wypady do znajomych. Nie było bliskości, intymności, rozmów o sobie, co się z nami dzieje, wzajemnego zrozumienia, wsparcia. Zaczęły się kłótnie i nieporozumienia. Zna poczucie winy, biczowanie siebie: „zmarnowałam osiem lat, prawdziwy dramat”. Wiedziała już jednak, że to, czego doświadczyła w tym związku, ma sens, służy czemuś dobremu. Zatrzymała się: Czego chcę? Czego potrzebuję? O co mi chodzi?

Magda: – Uważność przygotowała mnie na nowy związek, świadomy i bliski. Jestem wciąż zadziwiona, jak to działa.

Dziesięć lat pracowała w reklamie. Marzyła, by awansować, być dyrektorem zarządzającym, ale przez dwa lata to się nie udawało. Gdy wreszcie dostała propozycję awansu z innej firmy, czuła się wymęczona i wypalona. Mimo to przyjęła tę propozycję.

Magda: – To był błąd, wiele mnie kosztował. Zabrakło autorefleksji: „Czy w dalszym ciągu chcę tego awansu? Czy to dla mnie dobre?”.

Żyła w stresie i w lęku. Ostatkiem sił wstawała rano z łóżka, z niechęcią szła do pracy. W końcu dotarło do niej, że reklama, biznes to nie jest jej świat. Zamknęła ten etap życia. Doceniła wiedzę, którą zdobyła. Zaczęła studia psychologiczne. Wspólnie z przyjaciółką Julią Wahl założyły The Mind Institute, firmę, która organizuje treningi uważności (www.mindinstitute.com.pl).

 

Każda chwila jest nowym początkiem

– Popełniałam błąd za błędem, wychowując syna – mówi Katarzyna Ramirez-Cyzio, wykładowczyni w szkole biznesu, prezeska Pracowni Satysfakcji. – Gdy odeszłam od męża, Marco miał trzy latka. Musieliśmy przetrwać, więc pracowałam po 16–18 godzin na dobę. W tym czasie mój synek radził dobie sam, klucze na szyi, obowiązki, które – myślę dzisiaj – przerastały dziecko. Pamiętam, wracałam późno, on starał się nie zasnąć, żeby mnie zobaczyć, rano wybiegałam z domu. Zabierałam go ze sobą do biura, odrabiał lekcje, siedząc pod stołem, gdy ja pracowałam. Nie odprowadzałam go do szkoły, nie chodziłam na wywiadówki. Miałam poczucie winy: zaniedbuję dziecko, jak tak można? Myślałam o sobie, że jestem złą matką.

Pracowała jako asystentka stomatologa, w domu pomocy społecznej, w urzędzie pracy, potem w fundacjach, była dyrektorem personalnym w firmach konsultingowych, ubezpieczeniowych, w bankach, pisała pracę magisterską, potem doktorską, dokształcała się: „całe życie pod napięciem, w pośpiechu, na pięć etatów, żeby się utrzymać”.

Pytała siebie, jak pogodzić pasje zawodowe, zarabianie pieniędzy z byciem dobrą mamą. Usłyszała takie zdanie od kobiety, która odeszła z pracy, żeby być dla dzieci: „dzieci mają matkę albo bogatą, albo szczęśliwą”.

Katarzyna: – Albo albo? Chciałam, żeby Marco widział mamę, która sobie radzi, jest wykształcona, aktywna, osiąga sukcesy. Ale co zrobić z poczuciem winy? Wymyśliłam coś, co okazało się dla nas bardzo dobre. „Synku – mówiłam – ja teraz pracuję. Ale gdy skończę, będę tylko dla ciebie”. Mieliśmy dla siebie niewiele czasu, za to najwyższej jakości. Wspólny obiad, czekolada w kawiarni, kino, spacer to były nasze święta. Pamiętam, pojechaliśmy na przedłużony majowy weekend do Włoch. Z dnia na dzień mówię: „jedziemy na pizzę do Wenecji”. Szukaliśmy tanich noclegów, włóczyliśmy się po renesansowych miastach. Takie chwile to moje perły w życiu. Często przywołuję je w pamięci. Dziś Marco jest 24-letnim mężczyzną, skończył psychologię. Gdy rozmawiamy o jego dzieciństwie, mówi, że dało mu siłę, nauczyło samodzielności, zaufania do swoich możliwości. Mamy dobrą, mocną więź.

A teraz w swojej pracy coacha często słyszy od zapracowanych mężczyzn: „Coś jest nie tak, coś nie gra. Robię jakiś błąd”. Okazuje się, że poczucie winy, ciągłe starania to nie tylko domena kobiet.

Mężczyźni menedżerowie pracują, żeby zapewnić rodzinie najlepsze życie; wybudować dom, kupić samochód, wysłać dzieci na wakacje, wykształcić je. Pyta, po co to robią. „żeby pokazać, że ich kocham, że są najważniejsi”. Pyta, kiedy ostatnio spędzali czas z bliskimi, kiedy mieli wolny weekend, urlop, czy znają imiona przyjaciół dzieci.

Rozmawiam o błędach ze znanym z łamów naszego pisma psychoterapeutą Benedyktem Peczko. Śmieje się: – O tak, na terapii bardzo często zajmujemy się „niewybaczalnymi błędami”. Na przykład mężczyzna wraca myślą do okresu młodzieńczej miłości. Fantazjuje, co by było, gdyby związał się z tamtą dziewczyną. Jak to byłoby wspaniale! Żyje fantasmagoriami, łudzi się, że niewiele brakowało, a jego życie wyglądałoby inaczej. Wybrał nie tę kobietę, którą należało wybrać, popełnił taki błąd! Potem fatalne studia, zmarnowane lata: „wszystko popsułem, pogrążyłem się”. Mamy tendencję do przypisywania sobie winy za każdą decyzję, którą podjęliśmy. Nie doceniamy zebranych doświadczeń, poznanych ludzi, spotkań, wiedzy, którą zdobyliśmy. Przetrwaliśmy, żyjemy. To jest nasze wyposażenie, na którym możemy się oprzeć. I iść dalej. Fantazje na temat tego, co by było gdyby, są tworami wirtualnymi, które w żaden sposób nas nie budują, tracimy czas.

Także Magda Mazurkiewicz zwraca uwagę na to, że za każdym razem, gdy rozpamiętujemy „totalne błędy”: „gdybym 20 lat temu nie wróciła ze Stanów, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej!”, wzmacniamy depresję. Błędy objęte uważnością zwracają nas ku przyszłości, poszerzają świadomość, uczą radzenia sobie z trudnymi sytuacjami i z trudnymi emocjami. Każda chwila jest nowym początkiem, zawsze – do końca życia – możemy zaczynać od nowa.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »