1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Brak seksu – jakie korzyści można czerpać z abstynencji seksualnej? Do czego kiedyś służyła?

Brak seksu – jakie korzyści można czerpać z abstynencji seksualnej? Do czego kiedyś służyła?

Abstynencja seksualna, wstrzemięźliwość, tobiaszowe noce - temat znany od starożytności. Do czego służyły ludziom wyrzeczenia seksualne? Jak można ukierunkować tę potężną energię? (fot. iStock)
Abstynencja seksualna, wstrzemięźliwość, tobiaszowe noce - temat znany od starożytności. Do czego służyły ludziom wyrzeczenia seksualne? Jak można ukierunkować tę potężną energię? (fot. iStock)
W świecie przepełnionym seksem zwyczaje, które każą z niego rezygnować, wydają się dziwactwem, bawią, budzą lęk. Okazuje się jednak, że abstynencja seksualna ma swój sens!

Bawi nas dziś stary zwyczaj tobiaszowych nocy związany z wiarą w demony. Inny, wcale nieprzebrzmiały, syndrom dziwki i madonny budzi protest lub zdziwienie. Trudno zrozumieć współczesnemu człowiekowi celibat, bo uważamy, że rezygnacja z seksu niczemu nie służy. Tymczasem okazuje się, że to, co postrzegamy jako naiwne, mogło przynosić korzyści, to, od czego się odżegnujemy, dotyczy często i nas, a to, co uważamy za zbędne, może mieć głęboki sens.

Tobiaszowe noce - brak seksu, który przynosi korzyści

Biblijny Tobiasz umknął gniewowi demona Asmodeusza, powstrzymując się od seksu ze swą żoną Sarą przez kilka nocy po ślubie (Asmodeusz uśmiercił wcześniej jej siedmiu mężów, którzy powstrzymać się nie zdołali). Tobiaszowe noce oznaczają seksualną wstrzemięźliwość praktykowaną przez młodych małżonków podczas nocy poślubnej lub przez kolejne noce – różnie w różnych kulturach. Chrześcijaństwo wysoko ceni erotyczną ascezę.

Synod w Kartaginie w 398 r. jako okres wstrzemięźliwości ustalił noc poślubną, lecz z czasem obyczaj objął trzy noce – przy czym każda z nich była poświęcona kolejnej postaci z religijnego panteonu: Chrystusowi, Matce Boskiej i św. Józefowi. Na przykład w mitologii germańskiej spotyka się przekonanie, że prawo do dziewictwa kobiety ma bóstwo i to ono powinno podczas poślubnej nocy posiąść ją i zapłodnić, a zatem mąż musi poczekać przynajmniej przez tę jedną noc.

W Estonii i Persji wierzono z kolei, że podczas kilku pierwszych nocy po ślubie mężczyzna jest zagrożony – zazdrosne demony mogą go zabić, ponieważ kobiecość wiązana była ze złymi siłami, które nie chciały dobrowolnie oddać swej własności. Zdarzało się więc, że małżeństwo zaczynało uprawiać seks sporo czasu po ślubie. Zwyczaj „opóźnionego seksu” znany był także w Indiach i innych krajach Dalekiego Wschodu, lecz tu nie łączono go z lękiem, ale raczej z możliwością oswojenia się małżonków ze sobą.

– To był doskonały pomysł – uważa Katarzyna Platowska, psycholog i terapeuta. – Tym bardziej że małżeństwa były aranżowane i ślub zawierali ludzie, którzy nie mieli szans na wcześniejsze poznanie się. A kiedy dodatkowo kochankowie nie dysponują żadnym doświadczeniem, stosunek z reguły ma przebieg nieudany i jest dla obu stron rozczarowujący. Stopniowe oswajanie się partnerów ze sobą sprawia, że pojawia się między nimi więź, która złagodzi i osłodzi to rozczarowanie. Obcowanie bez seksu służyło stopniowemu budowaniu intymności, bliskości i zaufania, które sprawiało, że kobieta mniej bała się swego pierwszego razu.

W innych kulturach obyczaj nakazywał małżonkom leżeć obok siebie bez dotykania się i pieszczot. Czasem musieli kłaść między sobą coś, co ich rozdzielało, np. obnażony miecz. Ale nawet tak wstrzemięźliwa forma tobiaszowych nocy miała zdaniem psychologów swój sens. Służyła kumulacji napięcia seksualnego. Jeśli partnerzy muszą czekać, a potrzeba seksualna nie jest rozładowywana przez kolejne noce – rośnie. W efekcie, gdy już dojdzie do zbliżenia, będzie ono gwałtownym i niezapomnianym przeżyciem, nawet jeśli technicznie nie było majstersztykiem.

– Satysfakcja z seksu płynie nie tylko z faktu złapania króliczka, ale też pogoni za nim – mówi Platowska. – Tobiaszowe noce były rodzajem gonienia króliczka, dlatego gratyfikacja była potem większa.

Szacunek dla bóstwa, które ma prawo do dziewictwa kobiety czy poświęcanie kolejnych nocy świętym, nadawał małżeńskiemu seksowi specjalnego znaczenia.

– To połączenie ziemi z niebem, pierwiastka cielesnego z duchowym – tłumaczy psycholog. – Ofiara dla bóstw nadawała innego wymiaru współżyciu małżeńskiemu – zmieniała je ze zwykłej kopulacji w wydarzenie o duchowym wymiarze.

Abstynencja seksualna - triumf woli nad biologią

Celibat? Przed oczyma jawi się wizerunek kapłana w sutannie. Asceza – wyobraźnia przywołuje postać półnagiego jogina poskręcanego w dziwnej pozycji. I słusznie. Celibat, czyli bezżeństwo, rezygnacja z życia seksualnego, rzeczywiście jest częstym wymogiem stawianym wobec duchownych różnych formacji religijnych. Dotyczy księży katolickich, ale zobowiązani do niego byli też kapłani wielu innych wiar, np. wyżsi rangą mnisi i mniszki buddyjskie, westalki w starożytnym Rzymie, kapłani bogini Demeter, wróżbitki z Delf itp. Decyzję o życiu w czystości świadomie podejmowali też ludzie świeccy – w XIX w. prawie jedna trzecia ludności buddyjskiej żyła w celibacie – bardziej skupiona na życiu duchowym niż ziemskim poszukiwaniu przyjemności.

W wielu kulturach szamani i czarownicy decydowali się na czasową abstynencję seksualną, by wzmocnić dar przewidywania przyszłości albo wejść w lepszy kontakt ze światem duchowym; także w konfucjonizmie z okazji ważnych świąt zachowuje się do dziś wstrzemięźliwość płciową.

– Z życia płciowego rezygnowali przedstawiciele kultur, które większą wagę przykładały do spraw ducha niż spraw ciała – uważa Platowska. – Nie chcieli zaprzątać sobie głowy sprawami przyziemnymi, energię kierowali ku wyższym rejonom. Człowiek uprawiający seks jest rozbudzony i myśli o seksie, postrzega rzeczywistość pod kątem seksu: widzi miejsca, które mogłyby służyć uprawianiu seksu, jego wzrok przyciągają ozdabiające ciało detale. To, co nam chodzi po głowie, manifestuje się częściej w świecie zewnętrznym. Celibat i seksualna asceza to triumf woli nad biologią.

Nie zawsze abstynencja seksualna musi mieć związek z religią. Są takie chwile, kiedy rezygnacja z seksu wydaje się czymś naturalnym. Doświadczają tego ludzie, którzy są w coś zaangażowani całą duszą: tworzą, piszą, malują albo okrążają świat na jachcie. Kiedy ogarnia ich pasja, liczy się tylko ona, seks wypada poza krąg zainteresowań, znika reszta świata. Także wielu sportowców zachowuje wstrzemięźliwość płciową przed ważnymi rozgrywkami, by utrzymać koncentrację na tym, co w danym momencie najważniejsze.

– Ważna jest dobrowolność rezygnacji z seksu i świadomość tej decyzji – tłumaczy Platowska. – Jeśli seks jest tłumiony, może „wypłynąć” w najmniej odpowiednich monetach. Ale ktoś dobrowolnie wybierający celibat i świadomy, jakie są tego konsekwencje, może wykorzystać ascezę do swojego rozwoju. W kontekście religijnym można ją porównać z postem: wyrzeczenia czemuś służą, otwierają nasze wewnętrzne oko na sposób funkcjonowania świata i nas samych, pozwalając sięgać do głębi różnych zjawisk.

Ekonomia sprawiła, że w Polsce okresowo celibat praktykuje dziś wielu! Statystyki podają, że kilkaset tysięcy Polaków wyjechało za granicę w poszukiwaniu pracy. Większość z nich zostawiła w kraju rodziny. Zarówno osoba, która wyjechała, jak i ta, która pozostała, decyduje się na życie w celibacie (oczywiście przy tym, że zakładamy wierność małżeńską).

Syndrom dziwki i madonny, a brak seksu w małżeństwie

Idealizowanie ukochanej osoby jest romantyczne i piękne, ale... do pewnych granic. Człowiek dotknięty syndromem dziwki i madonny przekracza te granice, idealizuje ukochaną do tego stopnia, że ją całkowicie odrealnia. Stawia na piedestale, wynosi na ołtarz, kocha, podziwia, wielbi i... nigdy jej nie dotknie. Mężczyzna nie chce i nie może podejść do niej na tyle blisko, by zobaczyć, że jest zwykłą śmiertelniczką.

– Syndrom dziwki i madonny sprawia, że człowiek dzieli kobiety na dwie kontrastowe kategorie: święte i ladacznice, madonny i dziwki – tłumaczy Platowska. – Z tymi pierwszymi seksu uprawiał nie będzie, bo są na to za czyste, idealne, święte. Co więcej, może się okazać, że bardzo kocha swoją wybrankę, ale w intymnej sytuacji nie będzie mieć erekcji. Z tymi drugimi będzie mógł się kochać, ale nie będzie ich szanował, nie będzie chciał takiej kobiety za stałą partnerkę.

Psychologowie uważają, że syndrom ten ma funkcję obronną: wymuszają go nieuświadomione lęki spowodowane przeżyciami z wczesnego dzieciństwa; przeżyciami, które otarły się o molestowanie seksualne lub inne emocjonalne nadużycia. Dotknięte nim osoby nie chcą łączyć bliskości emocjonalnej i seksualnej, unikają kontaktu z bolesnymi wspomnieniami.

– Taki człowiek deklaruje, że bardzo kocha żonę, ale rzadko lub bardzo rzadko z nią współżyje (czasem wcale), natomiast korzysta z usług prostytutek. Dla dotkniętego syndromem dziwki i madonny jest to jak najbardziej logiczne: nie potrafi postrzegać seksualnie osoby, z którą łączy go więź emocjonalna, ale bez większego trudu wchodzi w niezobowiązujące, oparte tylko na seksie przygody – tłumaczy psycholog.

Uważa, że seks jest czymś brudnym, raniącym i złym, nic więc dziwnego, że wierzy, że nie można uprawiać go z kimś kochanym, bo to go kala, obraża. Do seksu nadaje się tylko ktoś, kogo się nie ceni, nie szanuje i kim można gardzić. To klasyczny przypadek dotyczący pewnej grupy ludzi dotkniętych bolesnymi doświadczeniami. Ale cząstka syndromu dziwki i madonny, wyrażana w łagodniejszej formie, ujawnia się w wielu związkach. Nie dotyczy seksu w ogóle, lecz na przykład pewnych jego obszarów. Znakomitym przykładem jest postać grana przez Roberta De Niro w „Depresji gangstera”. W pewnym momencie wyznaje swojemu terapeucie, że wybiera się do burdelu, bo ma ochotę na seks oralny. Terapeuta pyta, dlaczego nie zrobi tego ze swoją żoną, na co De Niro z oburzeniem odpowiada: „Zwariowałeś? Przecież ona potem całuje moje dzieci!”.

– Wielu mężczyzn uważa, że pewnych rzeczy nie robi się z własną żoną – dodaje Platowska. – Nie dlatego, że ona odmawia np. seksu analnego czy oralnego. On jej tego nawet nie proponuje, bo takie zachowania seksualne z kobietą „szanowaną” nie mieszczą się w jego systemie wartości.

Izolowaniu się od kobiety, z którą się uprawia seks, sprzyja jeszcze jedno zjawisko: lęk kastracyjny. Taki pierwotny lęk od tysięcy lat budzi w mężczyźnie partnerka seksualnie wyzwolona i żyjąca w zgodzie ze swoimi potrzebami. Mężczyźni boją się, że przy takiej kobiecie stracą swoją męskość. Erotycznie wyzwolona kobieta budzi w nich niepewność, uosabia pierwotny mit o pochwie pochłaniającej członek. Nieskrępowana kobieca seksualność zagraża męskiej, zwłaszcza gdy facet ma niskie poczucie własnej wartości albo nie jest tak wyzwolony. A w naszych czasach – obyczajowych i społecznych przemian – o niepewnych swej roli i pozycji mężczyzn nietrudno…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Kobiety i seks: jak się oddać, a nie poddać? – radzi Katarzyna Miller

Pełnia smaku jest tylko wtedy, gdy się oddajemy seksualności bez reszty. To jest rzecz o odzyskaniu siebie, swojego napędu, swojego życia. Życie jest seksualne. (fot. iStock)
Pełnia smaku jest tylko wtedy, gdy się oddajemy seksualności bez reszty. To jest rzecz o odzyskaniu siebie, swojego napędu, swojego życia. Życie jest seksualne. (fot. iStock)
W seksie króluje dziś równouprawnienie, przynajmniej w sferze deklaracji. Już niemal nie pamiętamy, że prawo do orgazmu zdobyłyśmy zaledwie kilkadziesiąt lat temu. A jednak, gdy przychodzi co do czego, nadal uważamy, że to kobieta oddaje się mężczyźnie, ze wszystkimi tego konsekwencjami – mówi Katarzyna Miller.

Jak to jest z tym oddawaniem się mężczyźnie? Dylemat tylko z dziedziny języka?
Dzisiejsze kobiety mogą mieć z takim sformułowaniem problem. Na co dzień aktywne, często wiodące prym w domu, a co w łóżku? Oddawanie się albo uleganie – bo tak też się mówi o kobiecym seksie – kojarzy się przecież z męską dominacją i przedmiotowym traktowaniem kobiety. Tymczasem oddać się w seksie znaczy zupełnie coś innego. Świadome kobiety powinny się oddawać, ale nigdy nie poddawać.

Czyli?
Należy się oddawać nie mężczyźnie, lecz... seksowi. Mamy się oddać we władanie seksowi. To zresztą dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

Co to znaczy oddać się seksowi?
Kobieca seksualność przeważnie budzi się wolniej niż męska. W dziewczynach najpierw pojawia się chęć patrzenia na chłopaków, przebywania z nimi, snucia marzeń. Do potrzeby stosunku zwykle daleka droga. Chcą oswajać kolejne rejony, nie lubią inwazji. Najlepiej dać im na to czas. Wbrew pozorom dziewczyn od razu nastawionych na seks nie ma tak dużo. Wiele dziś chce uchodzić za „wyzwolone”, ale to poza i pułapka zarazem. Dziewczyna, która nie idzie swoim tempem i ulega modom, jest zniewolona. To jest właśnie poddawanie się. Chłopakowi, modom, społecznym naciskom, własnym lękom...

Przeciwieństwem jest stopniowe oddawanie się własnej seksualności?
Dokładnie. Jedno z moich najintensywniejszych przeżyć seksualnych: siedzieliśmy z chłopakiem w kinie i trzymaliśmy blisko siebie ręce. Nawet się nie dotknęliśmy. Ale to, co przepływało między tymi rękami i po całym ciele, było tak wyjątkowe, że nic tego nie pobije. O tym, jak silnie przeżywamy samą myśl o zbliżeniu, napisano całe tomy. Jeśli się ten etap przeskakuje, brakuje elektryczności. Może być miło, ale to nie ta jakość. Gdy się idzie na skróty, niektóre obszary zostają nieodkryte, nieoddane przyjemności. A przecież każdy obszar jest do oddania i odkrywania – choćby taka szyja czy plecy – ile tam można znaleźć, zanim dojdziemy do piersi.

Ale chłopcy najchętniej poszliby od razu dużo niżej...
...i włożyli rękę między nogi, jasne. Bo nie mają pojęcia, co ta szyja robi dziewczynie. Gdy się ich tego nie uczy, myślą, że seks to tylko „dowód miłości”.

Chcą tego, co im potrzebne.
Czyli błyskawicznego rozładowania. A może raczej chcą tego, co im się wydaje potrzebne, bo to wyćwiczyli w samotności. Faceci, choć często sądzą inaczej, nie potrzebują ejakulacji bezwarunkowo. To mit. Ale tak prymitywnie myślący mężczyzna nie wie, że kobieta może mu dać o wiele więcej na zupełnie innym polu. Nie wie, ile rozkoszy może sam dać ani jakie to daje poczucie mocy.

Paradoks: kiedy dziewczyna się poddaje, czyli przedmiotowo traktuje swoje ciało, dając je mężczyźnie, on nie dostaje wiele – jedynie owo ciało do używania. A przecież w prawdziwej relacji miłosnej mężczyzna czegoś takiego nie chce.
To jest sedno patriarchalnego podejścia – ciało do użycia… W partnerstwie jest szacunek, nikt niczego nie bierze siłą, nikt też niczego nie oddaje bez własnej zgody, w imię jakichś ideologicznych czy kulturowych przymusów. Jest dwoje ludzi, którzy oddają się własnej seksualności. To oddawanie się jest podróżą, procesem, który przebiega we własnym tempie. Niezależnie od tego, czy aktualnie ona, czy on jest czynną stroną, czy powiemy, że ona przyjmuje go w siebie, czy też że on w nią wchodzi – to jest wtórny podział w stosunku do intencji oddania się w całości tej sile.

W stereotypie dotyczącym oddawania się jest też to, że kobieta nie bierze.
Tak. Ale kiedy sama się otwiera, dostaje bardzo wiele. To najważniejszy przekaz. Jeśli się poddajesz, to nic nie dostaniesz, jeżeli będziesz poddaną, obsługujesz pana. Oddać się to wymieniać. Bez wymiany, prawdę mówiąc, nie warto się do tego w ogóle zabierać... Mężczyźni to naturalni zdobywcy, odkrywcy – dlatego dla mężczyzny eksplorować większy kawałek ciała kobiety to jest coś dostać. Odkrywać nowe sposoby dawania i brania rozkoszy to jest coś dostać. Widzieć, jak kobieta ulega tej wielkiej sile, którą on umie tak dobrze kierować, to jest coś dostać.

Samo świadome uczestniczenie, wyczuwanie nastroju jest braniem. Bo można z tego czerpać jakąś bliskość, przyjemność...
W tym kobiety są całkiem niezłe, umieją widzieć, kiedy mężczyzna jest napalony, i to je bierze. Ale obawiam się, że wiele kobiet na tym poprzestaje. Jedyną nagrodą jest to, że on reaguje, że kontakt z nią go rajcuje. A kobieta, która jest cała dla niego, ale która sama niewiele przeżywa, nie eksploruje swojej seksualności, nie jest partnerką. I taki seks zamiera. Bo mężczyznę trzeba uczyć albo od niego wymagać, żeby się przestawił na bogactwo damskiego przeżywania, dawanie rozkoszy, odkrywanie. Sam też będzie miał fajnie, może się niezwykle zdziwić, ile jest sposobów na osiągnięcie przyjemności.

Najbardziej zależy mi na tym, żeby kobiety poczuły, że mają ogromną moc dostarczania sobie rozkoszy i dawania rozkoszy, są kimś niezwykle wyposażonym, że mają wielki skarb. Mówi się, że w tym świecie chodzi albo o władzę, albo o pieniądze, albo o seks. Bo seks to wielka siła. Niektóre kobiety to wiedzą, ale wykorzystują tę siłę w niecnych sprawach, dla zysku, dla tego, by coś załatwić, by kogoś trzymać w szachu.

 
To nadużywanie tej siły dla władzy. Co jest oczywiście kuszące i wpisane w patriarchat, w którym chodzi o władzę. Kobiety, które ulegają pokusie władzy, traktują seks instrumentalnie. Nie eksplorują swoich możliwości dla siebie, czasem nie czują zbyt wiele, czasem udają orgazm. Poddają się dla określonych celów. Ale nie po to odzyskujemy naszą seksualność, moc, którą nam przez lata odbierano, żeby nadużywać władzy, nie dawać do siebie dostępu, mścić się na mężczyznach i zgrywać silniejsze. Chodzi o to, żebyśmy się czuły spełnione i szczęśliwe. A kobieta, która się wyuczy swojego ciała, będzie umiała czuć się spełniona, rozkwitnie. Warto poznawać siebie, pozwalając mężczyźnie na wspólne odkrywanie tych swoich ponętnych połaci...

Dlaczego więc wciąż mamy skłonność do poddawania się, pozwalamy mężczyznom się „zdobyć” albo „wziąć”?
Bo to zwalnia z odpowiedzialności. Niektóre kobiety myślą, że skoro już pozwoliły facetowi wejść do swojego łóżka, nic więcej nie mają do roboty. Ona leży i czeka, aż on wszystko za nią zrobi. I on zwykle robi coś innego, niż ona oczekuje, prawda? A ona jest rozczarowana, niespełniona. Bo nie oddaje się swojej seksualności. Tylko jemu. A on nie wie, jak partnerkę zaspokoić.

Czasem kobieta się boi wychylić, żeby nie zostać odrzucona. Może iść do łóżka z facetem, by czuć, że jest chciana. Niektórym to wystarcza.
Na jak długo? Kiedy się okazuje, że robisz to tylko po to, byś się nie czuła niechciana, co ci to daje? Dużo kobiet mówi tak: „Ulegam, bo nie chcę żyć sama”. Tak mówią, jakby to, że nie zgodzą się na dany wzorzec, oznaczało koniec. I rzeczywiście, z niektórymi mężczyznami to jest koniec drogi. Bo tak samo jak są kobiety, które tak się poddają, są i mężczyźni zainteresowani tylko prostym braniem. Ale z takimi nie warto mieć do czynienia. Albo trzeba ich i siebie uczyć. Seks jest niespodzianką do końca życia.

W każdej chwili można tego doświadczyć?
W każdym wieku i zawsze. Oczywiście ludzie bardzo chorzy, których wszystko boli, nie zawsze są w stanie się przełamać. Ale często właśnie dlatego ich ciało cierpi, że nie było nigdy Ameryką Południową seksu. Odkrywanym kontynentem.

Oddanie się wymaga odpuszczenia kontroli.
Kontrolując się nadmiernie, zamykamy się na uczucia i doznania. Miałam pacjentkę, która mówiła, że zawsze wie, jak się w łóżku ułożyć, żeby dobrze wyglądać. Super. Tylko kogo to obchodzi, jak ona w tym łóżku wygląda? Może w pierwszej chwili. Ale po co się zastanawiać, czy dobrze wyglądam, kiedy chodzi o to, by się dobrze czuć? Gdy w chwili zbliżenia z kimś myślę o tym, jak wyglądam, to opuszczam siebie i tego kogoś. Poddaję się. Jestem gadżetem. Przecież my same nie wiemy, co znaczy dla kogoś ładnie wyglądać. A może nasz partner zapamięta z seksu naszą niezwykle zmienioną twarz, której my same nawet nie znamy, bo nigdy na siebie nie patrzyłyśmy w takiej chwili? Seks jest wielką siłą, jeśli zechcemy dać mu pole, szansę. Warto. Oddawajmy się seksowi, erotyzmowi, ulegajmy rozkoszy, nie mężczyźnie.

Co nie oznacza, że mężczyzna jest nieważny...
Oczywiście. To z nim uczysz się i doświadczasz siebie. Kiedy masz mężczyznę, który pragnie ciebie, a ty pragniesz jego, możecie sobie wzajemnie zaufać, a seks was poprowadzi. Nic na siłę. Nie róbmy wszystkiego od razu, odkrywajmy, bawmy się, cieszmy, bądźmy jak dzieci, które za pomocą jednej łopatki i jednego wiaderka potrafią zrobić naprawdę dużo różnych babeczek...

Przyszło mi na myśl, że seks w wersji „poddaj się” to jest kontakt z seksualnością jakby przez celofan. Niby coś w tym jest, ale bez smaku...
Pełnia smaku jest tylko wtedy, gdy się oddajemy seksualności bez reszty. To jest rzecz o odzyskaniu siebie, swojego napędu, swojego życia. Życie jest seksualne. Kiedy jestem rozbudzona, czuję to życie. Wypływa ze źródła, ze mnie, nieważne, ile mam lat.

I niezależnie od tego, czy jest przy mnie facet, czy nie.
Właśnie. Taniec sprawia przyjemność i solistom, i w grupowym transie, i w parze. Taniec jest tańcem. Życie jest życiem bez względu na to, czy jest mężczyzna, czy go nie ma. Jeśli się wypełniam życiem, choć bez mężczyzny, to gdy on się pojawia, mam mu bardzo dużo do dania i mogę od niego bardzo wiele dostać. Kiedy siedzę wygłodniała, to się rzucam na niego: „Teraz mnie nakarm za te lata posuchy”. I on na początku myśli: „Ależ ona mnie pragnie”. Ale potem się wycofuje, bo wciąż mi mało.

To odwrócenie schematu: kobieta chce wziąć, skoro tak długo nic nie dostawała.
Właśnie o takich kobietach jest dowcip: Czego chcą kobiety? Kobiety chcą więcej. Bo nie mają. Źródło życia jest na zewnątrz, a nie w nich. Uważają mężczyznę za źródło. Żaden mężczyzna nie ma szans tego unieść. A więc odkrywajmy siebie, wszystkie mamy to, czego nam potrzeba, w sobie. Oddawajmy siebie z rozkoszą i nigdy się nie poddawajmy.

  1. Seks

Dobry związek bez fizycznej miłości - czy to możliwe?

Seks to również erotyczna bliskość: przytulenie, głaskanie, drapanie po plecach... Celem nie musi być stosunek i orgazm. - Przychodzą do mnie ludzie (...), którzy nie mogą, nie chcą ze sobą współżyć. Oboje godzą się na brak seksu, ale są między nimi inne formy bliskości. I to bywają dobre związki – mówi seksuolog Krzysztof Korona. (Fot. iStock)
Seks to również erotyczna bliskość: przytulenie, głaskanie, drapanie po plecach... Celem nie musi być stosunek i orgazm. - Przychodzą do mnie ludzie (...), którzy nie mogą, nie chcą ze sobą współżyć. Oboje godzą się na brak seksu, ale są między nimi inne formy bliskości. I to bywają dobre związki – mówi seksuolog Krzysztof Korona. (Fot. iStock)
Żyrafy i hipopotamy przestają się rozmnażać w zoo, ponieważ znalazły się w nienormalnej sytuacji. Tak działa stres. A Polacy, chociaż wyszli z klatki, są wyjątkowo zestresowanym społeczeństwem. Zgłasza się do mnie coraz więcej par, które porzuciły seks albo seks je porzucił. Czy możliwy jest dobry związek bez fizycznej miłości – zastanawia się seksuolog Krzysztof Korona.

Najpierw zastanówmy się, czemu służy seks w związku, do czego jest potrzebny.
U jego źródeł leży instynkt, prokreacja, jednak ludzka erotyka już bardzo się od tego oddaliła.

Podobno są dobre małżeństwa, które potrafią serdecznie żyć bez seksu, tzw. białe małżeństwa, choć ja bym je raczej nazwał „bladymi”. Seks jest ważny, ponieważ małżeństwo to dzisiaj niezwykle trudne przedsięwzięcie. Miłość fizyczna bywa w nim amnestią, odpustem, wybaczaniem sobie, wspólną falą. Jego brak to zwykle koniec związku.
Często tak, ale niekoniecznie. Jeśli seks rozumiemy szeroko, więc też jako erotyczną bliskość, to w jej skład wchodzi przytulenie, głaskanie, drapanie po plecach, obdarowywanie siebie sobą nawzajem. Celem nie musi być stosunek i orgazm. Przychodzą do mnie ludzie po chorobach, którzy nie mogą, nie chcą ze sobą współżyć. Oboje godzą się na brak seksu, ale są między nimi inne formy bliskości. I to bywają dobre związki. Dla mnie małżeństwa, gdzie erotyka jest martwa, to takie związki, w których ludzie żyją obok siebie bez dotyku, bez porozumienia; pary, które nie mają dla siebie dobrego słowa, gestu czułości i bliskości. Pogrzeb seksu to smutna uroczystość, na której rzadko kiedy płaczą oboje.

Zgadzam się, że sam stosunek to tylko akt kopulacyjny, prawie zwierzęcy. Dlatego ubieramy seks w miłość, czułość i w kulturę. Erotyka ma różne formy, ważne, czego potrzebujemy i jak się umówimy. Większość ludzi potrzebuje jednak typowej jego formy z penetracją, z wytryskiem i z orgazmem, przynajmniej czasami. I nie przypadkiem prawo mówi, że brak współżycia może być dowodem rozpadu związku.
Na ogół tak, ale nie zawsze. Zgłasza się do mnie coraz więcej par, które porzucają seks albo to seks je porzucił. Ta grupa z każdym rokiem rośnie. Świat wariuje, więc seks razem z nim. Ludzie epoki wiktoriańskiej chcieli miłości bez seksu. Współcześni dostali seks bez miłości i niektórym na dobre to nie wyszło. To dlatego przychodzi do mnie żona, która kocha seriale telewizyjne, i skarży się na męża, który kocha laptop. Zjawia się mąż, który może by i chciał, ale kiedy wraca z Londynu na sobotę i niedzielę, żona akurat nie może. A jak może, to jemu organ odmawia posłuszeństwa. Narząd nieużywany systematycznie albo „używany inaczej” nie bardzo staje na wysokości zadania. Wybór w takiej sytuacji jest prosty. Obydwoje w obronie przed wstydem i upokorzeniem wyczekują na moment, kto powie pierwszy: „Dobrej nocy, idę spać”.

Nie chce mi się wierzyć, że to tendencja rosnąca, seks przecież dzisiaj jest wszechobecny.
Ale stres wokół jeszcze bardziej. Żyrafy i hipopotamy przestają się rozmnażać w zoo, nie kopulują, ponieważ są w nienormalnej sytuacji. Tak działa stres. A Polacy, chociaż wyszli z klatki, są wyjątkowo zestresowanym społeczeństwem, zawsze w biegu, w niepewności, w walce. Seks to chwila zatrzymania się i skupienia, a niełatwo teraz o to.

Ciekawe, jak ta sama sytuacja może prowadzić do dwóch skrajnych zachowań. Część ludzi właśnie z powodu stresu nadużywa seksu, traktując go jako reduktor napięcia, jako relaks. Inni z kolei wtedy nie mogą i nie chcą.
Tak właśnie jest. Rodzina seksoholików to właśnie ci, którzy za daleko poszli w traktowaniu seksu jako lekarstwa na lęki, niepokój, co staje się nałogiem… Przychodzi do mnie małżeństwo, mówią: „Zadecydowaliśmy, że już nie współżyjemy”. Po rozmowie jednak okazuje się, że tylko jedna strona nie chce seksu. Bywa, że ona mówi: „Jestem już za stara, już mi się nie chce”. Kiedy indziej on mówi: „Jestem zmęczony, nie mogę”. A często jak poskrobać, to okaże się, że żona już go nie podnieca. Przez dziesięć lat nie mieli seksu, po czym on nagle odchodzi do młodszej. Najczęściej seks znika w małżeństwie, kiedy jedna ze stron straciła pociąg do partnera albo straciły go obie strony.

To głównie kobiety czasami udają, że seks sprawia im przyjemność, aby zaspokoić swoich mężczyzn i ich nie zawieść. Mężczyznom o coś takiego trudniej, nie da się udawać wzwodu.
Taka taktyka najczęściej dotyczy kobiet z ludu. Gdy do mnie przychodzą, mają problem z językiem, z nazywaniem uczuć, ale w działaniu wiedzie ich instynkt i naturalna mądrość. Te ze wsi znają obyczaje zwierząt. Uważają, że mężczyzna musi co jakiś czas zostać zaspokojony, inaczej się zbiesi i pójdzie do innej. Takie zresztą proste myślenie dotyczy także mężczyzn, którzy przychodzą z prośbą o lekarstwo na impotencję w obawie, że jak kobieta nie będzie miała stosunku chociaż raz w tygodniu, „to jej się macica pochoruje”.

Nie lepiej dogadać się, otworzyć i popłynąć na tej samej fali? Dla związku, dla przyjemności i dla zdrowia.
Ci, którzy uprawiają seks, są zdrowsi niż ci, którzy go nie uprawiają. I nie chodzi tu tylko o fizyczne zdrowie. Słyszę od pacjentki: „Wszystko mnie boli, głowa, mięśnie”. Pytam o relacje z mężem. Nie doświadcza na co dzień bliskości, intymności, dotyku, więc też relaksu, jest spięta, chora na brak erotycznej miłości. To, niestety, częsty wątek zaburzeń nerwicowych, depresyjnych, migren, zaburzeń snu. Mężczyzna najczęściej z powodu braku seksu miewa problemy z penisem. Jeśli nie zdradza, nie spotyka się z prostytutkami i nie masturbuje się, to organizm zaczyna mu nawalać. Kobieta, jeśli ma wysokie potrzeby seksualne, miewa też poważne problemy, wiedzą coś o tym ginekolodzy. Szczególnie niszczące są wojny małżeńskie, gdzie seks jest potężną bronią. Jedno z partnerów dochodzi do wniosku, że będzie drugiego karało brakiem seksu.

Jestem pewien, że celują w tym kobiety, im łatwiej obyć się bez seksu.
Rzeczywiście, kobiety lepiej radzą sobie z abstynencją, ich ciało jednak też się buntuje. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, blokując seksualność, muszą sobie jakoś obrzydzić seks i partnera. A to nie jest bezkarne. Nasza seksualność to misterna konstrukcja, nie tak trudno coś tam zepsuć. U kobiet zaczyna pojawiać się anorgazmia, inne problemy. Ale mężczyzna musi wykonać jeszcze większą destrukcyjną pracę, by zablokować swą seksualność, a to powoduje w nim większe spustoszenia, czasami sami doprowadzają siebie do impotencji psychogennej.

Na pewno brak seksu bywa destrukcyjny dla naszej psychiki. Dlatego jestem przeciwnikiem celibatu księży. Zakonnice też czasami dawały popis psychoz zbiorowych z seksualnym podkładem.
U „normalnych” księży i zakonnic celibat nie jest drogą w kierunku choroby psychicznej czy dewiacji. Nie jest prawdą twierdzenie, że człowiek musi odbywać seksualne stosunki, bo inaczej zwariuje albo dostanie raka. U duchownych cierpienie przeżywane w związku z potrzebami seksualnymi paradoksalnie może być powiązane z przeżywaniem religijnej satysfakcji często nazywanej posłanniczą. Od satysfakcji seksualnej odróżnia ją to, że jest przeżywana jako swoisty „ból duszy”, która ofiarowana została Bogu z nadzieją na nagrodę po śmierci. Abstrahując od duchownych, pewne jest, że zanik seksu w związku jest światłem alarmowym. Trzeba rozmawiać, co się stało i co się dzieje. Jeśli obie strony z tym się godzą, coś ustaliły, można się jakoś dogadać. Zwykle jednak, kiedy jest sprawca i ofiara, tej drugiej dość często grożą także, niestety, dewiacje. Miałem pacjenta, którego żona odtrącała. Pocieszał się porno i masturbacją. Ale to szybko mu się znudziło. Więc masturbował się, prowadząc wóz. Potem było mu przyjemniej, gdy ktoś go zauważył, najpierw starsze kobiety, potem coraz młodsze. Kamera zarejestrowała, jak pokazywał się dziecku. I tak trafił do mnie...

Tłumaczę ludziom, że seks nie musi oznaczać stosunku i orgazmu. Ale seks nie musi być zawsze mówieniem o miłości, kolacją ze świecą i szampanem. Może to być też środek profilaktyczny w zakresie zdrowia psychicznego i fizycznego. Warto pamiętać, że seks to także zabawa i forma rozładowania napięcia. Jedno jest pewne: jeśli partner ma w nosie potrzeby drugiej strony, to katastrofa emocjonalna jest blisko. Umieranie związku miłosnego zawsze okupione jest ludzkimi dramatami, niestety, nie tylko w obszarze relacji ona i on. Nie zaniedbujmy więc siebie nawzajem.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog, właściciel Kliniki Piękna Wewnętrznego „Wellness Psychotherapy”.

  1. Seks

Z jakich powodów uprawiamy seks?

Mędrcy Wschodu już tysiące lat temu uznali akt seksualny za święty i nakazali go celebrować, bo kiedy się kochamy, możemy podczas zbliżenia połączyć się z duszą wybranka. (Fot. iStock)
Mędrcy Wschodu już tysiące lat temu uznali akt seksualny za święty i nakazali go celebrować, bo kiedy się kochamy, możemy podczas zbliżenia połączyć się z duszą wybranka. (Fot. iStock)
Miłość, przyjemność, podtrzymanie gatunku? Bynajmniej! Pod płaszczykiem udanego pożycia często kryje się potrzeba kontroli, rywalizacji czy leczenia własnych kompleksów.

Patrycja do niedawna często zmieniała partnerów, ale od jakiegoś czasu jest w stałym związku. To już siedem miesięcy… Seks jest fantastyczny, ale męczy ją pewien lęk: co będzie, kiedy do sypialni wkradnie się rutyna? Urozmaica więc życie erotyczne na różne sposoby. Bo tak trzeba. Nikt nie chce się przecież nudzić w łóżku. Tylko że teraz seks coraz bardziej przypomina ćwiczenia obowiązkowe. Sporo gadżetów, ale coraz mniej radości.

– Niektórzy chcą, żeby w sypialni zawsze iskrzyło i bardzo się o to starają. Czasem za bardzo – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – W konsekwencji tracą kontakt z tym, co ich naprawdę bawi, a zajmują się tym, co bawić powinno.

Odzierają seksualność z magii i intymności, żeby walczyć z tą groźną „rutyną” – stanem, którego jeszcze nie poznali… Zdaniem Małgorzaty Zarycznej, wiele par za rutynę bierze fakt, że przez miesiąc czy dwa uprawiają seks w tej samej pozycji... No ale jeśli sprawia im to przyjemność, w czym problem?

Paradoks polega na tym, że seks z mnóstwem gadżetów bardzo szybko staje się właśnie rutyną. Gonitwa za nowymi doznaniami zwykle kończy się porażką. Bo ile rzeczy można jeszcze wymyślić? I co jeśli za którymś razem tego nowego przeżycia nie będzie?

Oczekiwanie, że seks zawsze będzie dostarczał maksimum przyjemności, jest nierealne! Czasem nie masz na niego ochoty albo nawet masz, ale coś się nie uda. Czy to naprawdę koniec świata? Jeśli jesteście ze sobą naprawdę blisko, nie ma to większego znaczenia, przytulicie się i po kłopocie.

Mędrcy Wschodu już tysiące lat temu uznali akt seksualny za święty i nakazali go celebrować, bo kiedy się kochamy, możemy podczas zbliżenia połączyć się z duszą wybranka.

Żeby poczuć się lepiej

– Jednym z niewłaściwych powodów, dla których decydujemy się na seks, jest pogoń za wizerunkiem zdobywcy – uważa Małgorzata Zaryczna. – Ludzie, którzy przeskakują z łóżka do łóżka, zdobywając kolejne seksualne trofea, myślą, że w ten sposób zasłużą sobie na uznanie w swoim otoczeniu. Tak naprawdę jednak ulegają medialnej presji, a jednocześnie kompensują swoje kompleksy.

Postępują tak zarówno mężczyźni, jak i kobiety, najczęściej gdy nachodzą ich myśli, że nie są już atrakcyjni, pożądani. Boją się obudzić w pustym łóżku z poczuciem życiowej klęski. I wolą budzić się nawet koło nieznajomych…

– Żeby mówić o seksualności, między partnerami musi być więź. Niekoniecznie wielka miłość, ale jakakolwiek więź. Inaczej jedynie „używamy” kochanka lub kochanki. Druga strona się tu nie liczy – mówi Małgorzata Zaryczna. – Odbierając znaczenie naszemu parterowi seksualnemu, odbieramy je też seksowi. Czynimy go pustym.

Jeśli naprawdę żywimy przekonanie, że nawet gdy nie jesteśmy w stałym związku, powinniśmy dla formy uprawiać seks – w porządku. – Ale niech to się nie stanie jedynym pomysłem na wolny wieczór – zaznacza seksuolożka. – Rozładowanie napięcia to tylko ułamek seksualności człowieka, jej fizjologia. Nie zaniedbujmy tej większej części – psychicznej.

Poświęcenie zamiast ochoty

Krzysztof doświadczył już rutyny w sypialni. W jego przypadku – małżeńskiej. Są z Justyną razem od 14 lat. Kochają się przynajmniej raz na dwa tygodnie, co z takim stażem jest podobno niezłym wynikiem, ale robią to jakoś tak machinalnie, ich seks stał się automatyczny. Sięgają po siebie z przyzwyczajenia, a zaraz potem idą spać. Krzysztof nie może się oprzeć wrażeniu, że z roku na rok zbliżenia tracą na znaczeniu.

– Jeśli osoba żyjąca w wieloletnim związku nie widzi już w łóżku drugiego człowieka, to tak jakby uprawiała seks przygodny, tylko z kimś, kogo zna – tłumaczy Zaryczna. – Bywa, że niczym nie różni się on od masturbacji.

Niektóre kobiety zaspokojenie mężczyzny traktują jako obowiązek. Takie podejście również zakłada instrumentalność seksu i jego pustkę. W najgorszym przypadku pomiędzy partnerami może się pojawić wrogość, niechęć i seksualna awersja.

– Kiedy używamy ciała do seksu, nie mając na niego ochoty, nadużywamy siebie, a to nie może się dobrze skończyć – ostrzega psycholożka. – Ale kiedy zamiast seksu dajemy partnerowi pieszczoty i robimy to z miłości, wyrażamy szacunek dla jego potrzeb.

W tym jestem lepsza

Po gorącym seksie z Pawłem Grażynie chce się płakać, choć jej kochanek nie odwraca się do niej plecami i nie zasypia. Przeciwnie, wstaje, bierze prysznic i… wychodzi. Wraca do domu, do żony. Nieważne, że Grażyna pozwala mu w łóżku na to, na co nie ma ochoty. Ale czuje, że musi, bo chce być lepsza od jego żony, dać mu to, czego ona mu nie daje. Może wtedy ją doceni i się rozwiedzie?

Grażyna przez seks „załatwiała sobie” uwagę i zaangażowanie kochanka. Liczy, że jeśli ona mu oddaje wszystko, co ma, on to w końcu doceni. Otóż – nie musi. On bardzo chętnie to przyjmie, ale wróci do żony – zaspokojony i zadowolony. Co więcej, prawdopodobnie nigdy nie pomyśli, że kochance może chodzić o coś więcej niż seks. Dlatego przypuszczalnie nic się nie zmieni: Grażyna zostanie z poczuciem wykorzystania i pustki. Sama, chcąc nie chcąc, się na to zgodziła.

– Kobiety często traktują seks jako narzędzie do manipulowania mężczyzną, karania go i nagradzania. To zjawisko znane od wieków – mówi seksuolożka. – Ale uwaga: taki seks staje się coraz bardziej mechaniczny, a coraz mniej istotny dla serca, ciała i umysłu. Po pewnym czasie zaczynamy go taktować jak narzędzie, które ma do czegoś służyć. To nas niszczy i upośledza. Człowiek nie jest w stanie oddzielić ciała od umysłu. Seksualności oddaje część siebie. I kiedy ona staje się pusta, on jest jak wydmuszka.

Częstym powodem uprawiania seksu jest chęć zatrzymania partnera. Boisz się, że odejdzie? Postanawiasz postawić na seks zamiast więzi? Będziesz więc w stanie łamać i przesuwać swoje granice, ale zgubisz ścieżkę do samej siebie. Jak będziesz czuła się potem w takiej relacji? Czy będziesz chciała dalej z nim być, nawet, jeśli zostanie? Takie związki często się rozpadają, bo kobiety czują, że zapłaciły za nie zbyt wysoką cenę. I nie są gotowe, by płacić ją dalej.

Jeśli traktujesz seks jak narzędzie, nawet nie zauważysz, jak szybko rolę się odwrócą, zamiast osoby kontrolującej staniesz się bezwolną ofiarą. Podobno ze wszystkich nałogów uzależnienie od seksu jest najprzyjemniejsze. Podobno… Bo tak naprawdę nie ma w tym stwierdzeniu choćby grama prawdy.

– Uzależnienie to jeden z najsmutniejszych przykładów pustego seksu, bo to naczynie bez dna, wieczna próżnia – mówi Małgorzata Zaryczna. – Ciągłe nienasycenie powoduje wręcz fizyczny ból, uczucie satysfakcji nie trwa zbyt długo. Seksualność przestaje być drogą do rozkoszy, bliskości. Staje się wyłącznie sposobem na uzyskanie chwilowej ulgi. Człowiek uzależniony nie obcuje z drugim człowiekiem, a tylko ze swoim uzależnieniem i seksem.

Pomóc może wsparcie partnera i terapia. Samemu będzie trudno.

  1. Seks

Kobieta nie ma ochoty na seks – rozmowa z psychoterapeutką i seksuolożką Pauliną Trojanowską-Malinowską

Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi  – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. (Fot. iStock)
Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi  – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. (Fot. iStock)
Jakie są przyczyny braku ochoty na seks? Kiedy kobietom spada libido? I dlaczego kobiety tak rzadko sobie na ten „brak” pozwalają? – wyjaśnia Paulina Trojanowska­ – Malinowska, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka w rozmowie z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydaw. Znak).

Jakie są przyczyny braku ochoty na seks? Kiedy kobietom spada libido? I dlaczego kobiety tak rzadko sobie na ten „brak” pozwalają? – wyjaśnia Paulina Trojanowska­ – Malinowska, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka w rozmowie z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak).

Zaburzenia pożądania? Co to jest w ogóle za problem?!
Czasem, jak komuś mówię, czym się zajmuję, od razu słyszę pytanie, czy pracuję ze zboczeńcami. Odpowiadam, że nie, że najczęściej zajmuję się takimi problemami jak brak pożądania czy orgazmu, a wszyscy reagują tak: „Ale nudne”.

Banał, co to za temat?
Niezbyt spektakularny, ale taka jest często rzeczywistość kobiecej seksualności. Ten problem nie ma metryki, zgłaszają się z nim kobiety w każdym wieku: dojrzałe, 30+, 40+ i bardzo młode dziewczyny. Te, które są w długich związkach, i te, które wchodzą w nową relację. Mówią: „Nigdy nie miałam ochoty na seks. Zaczynam nowy związek, i co teraz?”. Staż związku jest ważny, ale czasem ten problem pojawia się dość szybko.

Przychodzą same czy partner je przysyła?
To mnie zawsze porusza: kobiety zwykle nie przychodzą dla siebie, tylko są oddelegowane przez partnera. Wypchnięte. I kiedy pytam: „Co z nim, gdzie on jest?", słyszę, że się nie pojawi, bo przecież nie ma z tym problemu. A dla mnie samo to już jest problematyczne. Bo znaczy, że ten partner nie widzi podstawowej zasady w życiu seksualnym: ja mam inaczej niż ty. I to, że masz inne potrzeby, wcale nie znaczy, że jesteś zaburzona.

Mam takie przyjaciółki. Raz na jakiś czas słyszę: „Nie mam ochoty na seks, ale mi to nie przeszkadza. Tylko że mój mąż jest potwornie sfrustrowany, nie wiem już, co mam robić, są na to jakieś pigułki?”.
Jesteśmy tak wychowywane, że swoimi potrzebami mamy zajmować się na końcu. A najlepiej wcale. Kobieta rzadko myśli: „Jestem po dwóch porodach, pracuję, zajmuję się domem, dodatkowo mam świetnie wyglądać, a czuję się fatalnie, więc wrzucę na luz”, raczej ma poczucie winy. Myśli, że jest popsuta.

Wybrakowana.
Tak, czegoś jej brakuje. Popularne jest takie podejście, że popęd seksualny to coś wyłącznie biologicznego. Że się go ma albo się go nie ma. Że to jest naturalne, a nie bardzo płynne. Tymczasem zwłaszcza w wypadku kobiet popęd zależy od fazowości życia. Oczywiście nie dotyczy to każdej z nas, ale części tak: w niektórych momentach seks schodzi gdzieś na bok. I nie ma w tym nic dziwacznego ani złego. Niestety nie dostajemy informacji, że możemy sobie na brak ochoty pozwolić.

No i ta nieszczęsna pigułka. Jak ona niby miałaby działać?
Szukamy szybkich rozwiązań. Zwłaszcza jeśli cierpienie było długie, chcemy szybkiej ulgi. Dlatego czepiamy się obietnicy, że powstanie viagra dla kobiet. Z dużą rezerwą podchodzę do tego, że znajdzie się jeden lek na tak złożony aspekt życia. Bo po pierwsze: każda kobieta ma w tej kwestii inaczej, a po drugie: u większości dziewczyn, które przychodzą z tym problemem, nie ma jednej przyczyny. Nie dzieje się tak, że pracujemy, rozmawiamy i nagle okazuje się: „Aha! Chodziło o to!”. Ten problem jest mozaiką różnych elementów, nie ma tu prostych rozwiązań. I jeszcze jedna rzecz: kobiety często dużo od siebie wymagają, czują, że muszą za przeproszeniem dowodzić w każdej kwestii: w związku, w pracy, w wychowywaniu dzieci, zajmowaniu się rodzicami. Nawet jeśli którąś pochłonie jakaś pasja, to i tak będzie ją traktować w trybie zawodowym. A zadaniowość i seks nie zawsze idą w parze. Bo jak się do czegoś zmuszamy, to mniej to lubimy. Poza tym musimy pamiętać, że powodów, dla których uprawiamy seks, jest mnóstwo.

Słyszałam, że siedemnaście, strasznie dużo!
A ja, że 237 – od tego, żeby być bliżej Boga, przez to, że chcemy się zemścić albo kimś manipulować, do tego, że czujemy się samotni albo chcemy podbudować swoje poczucie wartości, ewentualnie rozładować napięcie. Ale prawda jest taka, że czasem uprawiamy seks nie dla siebie, tylko dla partnera albo dla podtrzymania związku. Nie przestaje mnie zaskakiwać to, że podczas zajęć z edukacji seksualnej chłopcy o masturbację zawsze pytają w kontekście przyjemności – jak to robić. A dziewczyny zastanawiają się zwykle, czy w ogóle to robić. Odkrywają seksualność w kontekście związku. Rzadko myślą: „Seks jest mój, dla mnie, dla mojej przyjemności”. Trudności z pożądaniem to kwestia naszego osobistego rozwoju, ale też dynamiki relacji. Niektóre elementy dobrze przepracować indywidualnie, inne razem. Zawsze zadaję kobiecie pytanie: „Nie masz ochoty na seks, czyli na co? Na bliskość? Na wysiłek? A może na seks z tą konkretną osobą?”. Ważne, jak kobieta identyfikuje pożądanie – ma fantazje erotyczne czy nie? Stymuluje się sama czy nie bardzo? Bo może chodzić o to, że ma trudności w związku, a nie w seksie. U większości nie da się wskazać jednej przyczyny braku ochoty na seks, to zwykle skomplikowana sprawa.

Mogłabyś stworzyć listę momentów, w których kobiety cierpią na zaburzenia pożądania najczęściej?
To niełatwe, bo w seksie przejawia się historia naszego życia. To, co się dzieje w naszej sypialni, jest efektem tego, kim jesteśmy, jakie jesteśmy i co się w naszym życiu do tej pory wydarzyło. To bardzo indywidualne. Oczywiście, w pewnych newralgicznych punktach związanych z fizjologią, ochota na seks może być mniejsza: to niektóre etapy ciąży, połóg, menopauza. Ważnym czynnikiem zaburzającym pożądanie jest przemęczenie. I nie mówię o dwóch, trzech nieprzespanych nocach, tylko o zmęczeniu permanentnym. Przez nie wzrasta poziom prolaktyny, a ona wycina seksualność. Albo stres: nie tylko kluczowe momenty, takie jak ślub, przeprowadzka, ważne egzaminy, zmiana pracy, rozwód, ale życie w ciągłym stresie. A poza fizjologią sytuacje związane z relacją z drugim człowiekiem: przewlekła choroba, staranie się o dziecko, różnego rodzaju konflikty, zdrady, brak komunikacji albo emocjonalnej dostępności tej drugiej osoby. Ludzie często są przekonani, że związek i seks to nierozłączna para. Tak nie jest, zwłaszcza w długotrwałej relacji. Podtrzymanie pożądania wymaga dużej aktywności.

(…)

Co dziś kobietom najbardziej w mężczyznach przeszkadza i powoduje, że tracą ochotę na seks?
Przede wszystkim to, że mężczyźni w jakimś sensie zajmują się głównie sobą.

W łóżku?
Nie tylko. W ogóle, w życiu. Zajmują się swoją karierą i już nie mają przestrzeni na wpuszczenie kogoś do swojego świata. Są po prostu nieobecni, nie ma ich. Nawet kiedy uprawiają seks.

Uznają, że skoro już zdobyli kobietę, to mogą zająć się innymi rzeczami?
Tak. Tymczasem to, co rozkręca kobietę, to uwaga, troska, pewien zachwyt, komplementy. Kobiety często nie czują się w swoich związkach widziane. Kolejna rzecz: kiedy seks skupia się na przyjemności mężczyzny. A nie obojga. I bardzo mocno rosnący konflikt. Nieprzegadane sprawy, nienazwane problemy, jak w tym dowcipie, kiedy mąż mówi: „Podaj mi sól”, a słyszy: „Zniszczyłeś mi całe życie!”. Brak komunikacji, zamiatanie pod dywan. Często ludzie żyją obok siebie. Każdy ma swoją listę zadań do wykonania i ta odległość między nimi jest coraz większa. A emocjonalne oddalenie sprawia, że ludzie przestają się sobą interesować. I seksem też. Bo jeśli cały czas funkcjonujemy obok i jakoś to działa, to po co się spotykać, skoro to zabiera tyle energii? Kobiety często mają problem, żeby się przyznać do braku ochoty na seks nie tylko przed bliskimi – partnerem czy przyjaciółkami – ale też przed sobą. Trudno przyznać, że nasze życie seksualne jest słabe, rozczarowuje nas. Partner nas już nie pociąga. Atrakcyjność fizyczna zniknęła, bo druga strona przestała o siebie dbać. Łatwiej mówić o sukcesach, stwierdzenie, że jest niezbyt 25 dobrze, przychodzi z trudem. Bo trzeba stanąć, spojrzeć na siebie z zewnątrz i prześwietlić, gdzie się znajduję w tym momencie życia. Często, jak już jesteśmy w relacji, to zwracamy na nią uwagę tylko wtedy, kiedy pojawia się jakiś problem. Zamiast sprawdzać ją co jakiś czas, zajmujemy się nią wtedy, kiedy trzeba gasić pożar.

Fragmenty wywiadu pochodzą z najnowszej książki Marty Szarejko „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont).

Marta Szarejko, „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont)Marta Szarejko, „Seksuolożki. Nowe rozmowy” (Wydawnictwo Znak Horyzont)
  1. Seks

Bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć życie. Skąd się bierze wstyd w łóżku?

Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, jestem niewystarczający, coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To nie sztuka wstydzić się, ważne, żeby robić to umiejętnie i kiedy trzeba. Wstyd bowiem bywa silnym afrodyzjakiem, ale może też zatruć nam życie i doprowadzić do poważnych zaburzeń w sferze erotycznej – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Wstyd potrafi zepsuć każdą przyjemność życia. Najczęściej dotyczy on ciała i seksu.
Nadmierny wstyd może doprowadzić do depresji i innych zaburzeń psychicznych, jest przyczyną nieśmiałości, samotności, uzależnień. A też bywa jednym z głównych powodów zaburzeń seksualnych. Wstyd to lęk, że nie mieszczę się w normie, że jestem niewystarczający, że coś jest ze mną nie tak. Ma to wyraźny związek z poczuciem własnej wartości. Pierwotnie wywodzimy się ze stada, a niedopasowanie do stada jest groźne, kończy się często śmiercią. Wstyd zwykle pojawia się, gdy przekraczamy jakieś ustalone normy, robimy coś, czego robić nie wypada.

W języku japońskim nie ma przekleństw pochodzących od nazw narządów płciowych czy od czynności seksualnych. U nas nawet słowo „srom”, termin medyczny używany przez lekarzy i seksuologów, w języku staropolskim znaczył „wstyd”.
Są też inne powody tego, że przy całym współczesnym liberalizmie produkujemy rzesze ludzi zawstydzonych. Najważniejszym z nich jest Internet, gdzie internauci próbują siebie pokazać w postaci wyidealizowanej. W sieci odbywa się wielka giełda, kto jak wygląda. Niektórzy są za swój wygląd chwaleni, większość jednak dostaje tak zwane hejty. Wszystko dzieje się wirtualnie, ale emocje są prawdziwe. Z moich doświadczeń jako terapeuty wynika, że kobiety najczęściej wstydzą się, że są za grube, bo wszędzie widzą szczupłe modelki, aktorki. I potem przeciętna kobieta boi się rozebrać przed facetem, który też napatrzył się na idealne sylwetki. Obawia się, że będzie wyśmiana. Ciekawe, że zdarzają się tu skrajne zachowania. Niektórzy, radząc sobie ze wstydem, przekraczają wszelkie normy, inni próbują w normie się zmieścić. Zapytałem swoje koleżanki seksuolożki, czego wstydzą się ich pacjentki. Okazuje się, że można wstydzić się nawet gołych stóp, palców u dłoni, częstym motywem jest pępek.

Czego najbardziej wstydzą się mężczyźni?
Narządów płciowych. Że penis jest za mały albo za duży, generalnie nie taki jak powinien. W gabinetach pacjenci opowiadają o przeżywaniu wstydu związanego z obawą i lękiem przed wyrażeniem swoich pragnień w intymnej sytuacji. Ludzie wstydzą się nie tylko wyglądu, ale też zapachu swojego ciała, że będzie obrzydliwy dla partnera. Żyjemy w świecie, który eliminuje naturalne zapachy, królują środki czystości. Ale partner, który pachnie tylko środkami czystości, może okazać się odpychający.

Na basenie faceci nie zdejmują kąpielówek pod prysznicem. Wstydzą się. Jednak o naszych czasach mówi się, że są bezwstydne, w filmach pokazuje seks już praktycznie bez osłonek. Nic z tego nie rozumiem.
Ponieważ to jest niekonsekwentne. Film ośmiela się pokazywać już wszystko, ale kochają się tam pary doskonałe. Ludzie porównują swój wygląd z tym idealnym. I do terapeutów coraz częściej przychodzą osoby z problemem nadmiernego skrępowania i wstydu, który pojawia się w czasie współżycia. Boją się, że ich partnerzy napatrzyli się na reklamy i filmy, więc będą wymagać od nich doskonałości. Nie każdy rodzi się piękny, czas również robi swoje. Wstyd rodzi się też z porównywania. Kiedyś ludzie nie wiedzieli za bardzo, jak wygląda nagie ciało. W epoce wiktoriańskiej para przy zbliżeniu nie obnażała się, małżonkowie zakładali nocne koszule z otworami.

Młodzi walczą z niepokojem, niepewnością, ile są warci, i stosują dwie taktyki – albo próbują się dostosować, albo wyróżnić odmiennością. Golą więc głowy, robią tatuaże, dziwnie się ubierają.
Niby wszystko jest dzisiaj dozwolone, ale mamy dyktaturę kultu doskonałości ludzkiego ciała. I narcyzm. Przy okazji przegapia się, że seks mamy też w głowie. Jeśli ktoś ma do siebie narcystyczny czy neurotyczny stosunek, często trafia do gabinetu terapeuty. Wstyd możemy podzielić na zdrowy i toksyczny. Toksyczny to taki, który zniewala, a subiektywnie odczuwany jest jak wszechogarniające poczucie własnej niedoskonałości. Jeżeli ktoś odczuwa toksyczny wstyd, to czuje się bezwartościowy, przegrany, że nie stanął na wysokości zadania. Toksyczny wstyd powoduje rozszczepienie „ja”. Rodzi poczucie izolacji i całkowitego osamotnienia.

Ale ryzykiem jest też bezwstyd, który może być powodem szukania coraz mocniejszych bodźców w seksie. Wstyd ostrzega, że być może przekraczamy jakieś granice.
Za bezwstyd ciała i obyczajów kobiety były kiedyś surowo karane, nawet palone na stosie. Epoka stosów była podszyta sadystyczną seksualnością inkwizytorów. Leczenie urazów związanych z zawstydzeniem to wielki problem. Silne zawstydzenie w czasie gry miłosnej może na zawsze uszkodzić psychiczny aparat delikatnej męskiej hydrauliki. Kobiety powinny być delikatne dla partnera, zwykle nie zdają sobie sprawy z tego, na jak kruchej podstawie stoi męskość. Czasami wystarczy jedno niezręczne słowo, by zgasić jego erotyczne możliwości. To się utrwala i jest katastrofa. Bliskość narządów płciowych i wydalniczych też stwarza problemy. Zdarza się u kobiet popuszczanie moczu przy orgazmie. Kobiety wstydzą się na przykład dźwięku powietrza wypychanego z pochwy w czasie stosunku.

Jak leczy się seksualne urazy?
Często pojawia się paraliżujący lęk przy następnym kontakcie, jeśli poprzedni był zawstydzający. A leczenie trwa miesiącami. Najgorzej, kiedy pierwsze urazy są nabyte już w dzieciństwie. I nie zawsze jest to związane z nadużyciami seksualnymi. Dla mnie nadużycie seksualne to też brutalne zawstydzenie dziecka w sferze intymnej. Była to do niedawna powszechna metoda wychowawcza. Mała dziewczynka onanizuje się, przyłapuje ją matka, więc krzyczy na córkę i ją zawstydza. To może wywołać uraz na całe życie.

Co mają robić rodzice, kiedy widzą, że dziecko dotyka miejsc intymnych?
Mam kłopot z prostą odpowiedzią. Dzieci bardzo często dotykają się z ciekawości, ale też szukają przyjemności. Jeżeli dziecko nie stwarza swoimi zachowaniami wielkich problemów, jeśli rozwija się normalnie, a sprawia sobie przyjemność, ocierając się przed zaśnięciem o łóżko lub dotykając miejsc intymnych, to można udawać, że nic się nie dzieje albo upomnieć dziecko, ale tak delikatnie, jak to możliwe: „To nic złego, ale lepiej tego nie robić, na pewno nie w sytuacji publicznej”. Podniesiony głos, trzaskanie drzwiami, kary, zawstydzenie to reakcje o wiele bardziej niebezpieczne. Od tego, czy wywołam w dziecku uraz, zależy jego przyszłość, nawet to, czy stworzy dobrą rodzinę.

Wstyd bywa też pożyteczny, bez cienia wstydu nie ma dobrego seksu. Jeśli w erotyce jest jakaś tajemnica, to warto ją celebrować i dawkować.
Wstyd jest częścią seksualnej przyjemności, pokonywanie go, oswajanie, gra nim to ważna część zabawy w seks. Kobieta, która celebruje swoje zawstydzenie i stopniowo się go pozbywa, jest dojrzała i świadoma. Mężczyźni szukają teraz takich kobiet. Wiele z nich czuje intuicyjnie, że lepiej dawkować siebie i nie odsłaniać się za szybko. Pokonywanie małych wstydów jest częścią dobrej erotyki, ale przede wszystkim sposobem na znalezienie partnera na stałe. Kobiety, które na pierwszej randce prezentują dużą swobodę, budzą u niektórych mężczyzn wątpliwości, czy będą wierne w małżeństwie. Mawia się: chcesz mieć wierną żonę, to wybierz sobie wstydliwą i bogobojną. Tylko z pozoru jest to seksualny mit. Kobieta wstydliwa, czytaj zalękniona, zakompleksiona, ma kłopot z nawiązywaniem znajomości. Nic więc dziwnego, że jest wierna i milczy, gdy staje się ofiarą przemocy seksualnej. Wstyd nie pozwala mówić o tym, czego doświadcza w sypialni. Ale to chyba nie jest nasze marzenie. Najlepiej, kiedy jest się gdzieś pośrodku, między wstydem a bezwstydem. Dotyczy to obu płci.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog, właściciel Kliniki Piękna Wewnętrznego „Wellness Psychotherapy”.