1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Matthew McConaughey: Oto ja

Matthew McConaughey: Oto ja

fot. BewPhoto
Kilka ostatnich ról starczyło, żeby trafił do pierwszej ligi. I nie chodzi o rankingi popularności, bo w tych zawsze wypadał świetnie. Znajdźcie drugiego hollywoodzkiego aktora, któremu tak skutecznie udałoby się odczarować wizerunek dobrze zbudowanego przystojniaczka grającego głównie w filmach lekkich i przyjemnych. Już podczas zeszłorocznego rozdania Oscarów wydawało się, że to najlepszy moment w jego karierze.

Za chwilę kolejna oscarowa gala, a jego dobra passa trwa. To przypadek, ciężka praca, sprawa wiary, część misternie obmyślonego planu, a może zmian, które zaszły w jego prywatnym życiu? Matthew McConaughey dobrze wie, komu to zawdzięcza.

Rozmawia PETRA WELLER/INTERVIEW PEOPLE

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 2/2015)

Nie brakuje ci dawnego Matthew McConaugheya? Sympatycznego faceta, bożyszcza kobiet? Widzowie na całym świecie ulegli jego urokowi.

Nie szkoda. Myślę, że jeszcze jakieś pięć lat temu odpowiedziałbym ci inaczej, ale teraz kompletnie nie myślę o wynikach, box office’ach, o tym, czy publiczność będzie mnie lubić, czy nie. Jestem całkowicie skupiony na procesie, mówię o graniu, pracy nad filmem. To jest dla mnie najważniejsze. Pamiętam, że kiedy kręciliśmy „Witaj w klubie”, ktoś z ekipy podszedł do mnie i zapytał: „Może trochę wyluzujesz? Jak tak dalej pójdzie, nikt nie polubi gościa, którego grasz. Nie chciałbyś, żeby był chociaż odrobinę sympatyczniejszy?”. A ja nie miałem zamiaru wyluzować. Chodziło mi o to, żebyście wczuli się w sytuację, w jakiej znalazł się mój bohater, facet chory na AIDS, który pomógł wielu osobom, ale też nie oszukujmy się, poza wszystkim był też niezłym skurczybykiem. Za wszelką cenę chciałem wyciągnąć z niego coś prawdziwego. Nawet jeśli to coś mocno odbiegało od wyobrażenia fajnego, porządnego kolesia. Chciałem, żebyście mu współczuli, ale zupełnie nie interesowało mnie, czy go polubicie.

Oscar za tę rolę dodał ci skrzydeł?

Nie widzę tego w ten sposób. Ta statuetka to uznanie mojej ciężkiej pracy nad wyjątkowym filmem, może też w niewielkiej części nagroda za kilka innych wcześniejszych ról, ale nie mogę powiedzieć, że po Oscarze moje życie czy kariera się zmieniły. Statuetkę trzymam w naszym domu w Malibu, jest pod ręką. Fantastyczne jest to, że dostaję teraz dużo więcej scenariuszy, które warto brać pod uwagę. Ale prawdę mówiąc, traktuję Oscara trochę jak odhaczone zadanie z listy rzeczy do zrobienia. Zrobione, zaliczone, idziemy dalej. Oscar nie zdjął ze mnie ciężaru odpowiedzialności za własne wybory. Nadal zadaję sobie te same pytania. Dokąd idę, co chcę osiągnąć.

Wielu aktorów mówi, że Oscar dał im większą niezależność.

Myślę, że to w ogóle taki moment w moim życiu, naturalny proces, jestem coraz starszy, mam rodzinę, ważę każdą decyzję. Od kilku lat moje wybory są bardziej świadome niż kiedykolwiek wcześniej. Ja generalnie zawsze wierzyłem, że jeśli jesteś oddany temu, co robisz, i wierny swoim zasadom, to prędzej czy później czeka cię za to nagroda, niekoniecznie dosłownie. Myślę o takim najprostszym schemacie: jeśli jesteś dobrym człowiekiem, dobrym mężem, ojcem, spotkają cię w życiu dobre rzeczy. Zrobiłem sobie przerwę od blockbusterów, dużych, czysto rozrywkowych produkcji, żeby mieć czas na trudniejsze, bardziej wymagające wyzwania. Zdecydowałem się zmienić swoją karierę bez względu na to, ile czasu miałaby mi zająć ta zmiana, i bez względu na konsekwencje moich wyborów. Wiedziałem, że coś takiego nie wydarzy się błyskawicznie i że wiąże się ze sporym ryzykiem. Gdybym nie przewartościował sobie w głowie pewnych rzeczy, gdybym nie zmienił podejścia, nigdy nie trafiłby mi się taki film jak „Witaj w klubie” i rola Rona Woodroofa. I naprawdę najmniej tu chodzi o Oscara. Największą nagrodą było to, że w czasie kręcenia filmu wstawałem rano i czułem, że jestem Ronem, naprawdę jestem tym gościem, którego gram.

Wierzysz, że to dla ciebie właściwa droga? Że coś cię popchnęło w tym kierunku?

Bez wątpienia prowadzi mnie jakaś siła. Uwielbiam być aktorem, przychodzić na plan, to mój żywioł. Ale czasem to za mało, żeby coś naprawdę poczuć. Bardzo chciałem, żeby moja praca miała jakieś znaczenie, żeby coś po niej zostało. Zupełnie inaczej teraz rozumiem słowo „kreacja”, dotarło do mnie, co znaczy być kreatywnym, inaczej patrzę na ludzi, którzy mówią o „sztuce filmowej”, to mi kiedyś było dalekie, a teraz daje mi niezłego kopa. Piękne doświadczenie.

Wcześniej byłeś rozczarowany swoją karierą?

Filmów, które mnie naprawdę kręcą, w których się spalam, szukałem metodą prób i błędów. W pewnym momencie przestało mnie interesować granie dla samego grania, zgubiłem gdzieś po drodze cały entuzjazm, nie czułem na planie już tej samej ekscytacji co kiedyś. Czas mijał, a ja łapałem się na tym, że marzę o pracy z reżyserem, który miałby jasno sprecyzowaną wizję, własny filmowy język, a nie po prostu wykonywał swoją pracę. Poczułem, że nie jestem w stanie się skupić na kolejnej podobnej historii i podobnej postaci, że potrzebuję czegoś naprawdę wyjątkowego, czegoś, co odstawałoby od reszty. Historii i postaci z krwi i kości. Zacząłem więc szukać.

Krytycy twierdzą, że zapowiedzią przełomu w twojej karierze był tytułowy Uciekinier z filmu Jeffa Nicholsa [z 2012 roku – przyp. red.]. Podobno to po zobaczeniu tej roli Christopher Nolan zaproponował ci udział w swojej megaprodukcji „Interstellar”. Kolejny mocny strzał w twojej karierze, bo to trzygodzinne dzieło Nolana, które do kin weszło pod koniec roku, porównuje się do Kubrickowskiej „2001: Odysei kosmicznej”.

Faktycznie Christopher podszedł do mnie na jednym z festiwali, na którym odbieraliśmy nagrodę za „Uciekiniera”, gratulując filmu i roli. Powiedział, że jest pod wrażeniem mojej postaci. Parę tygodni później spotkaliśmy się w Los Angeles. Teoretycznie po to, żeby porozmawiać na temat pracy nad jego nowym projektem, o którym niewiele wiedziałem, ale też niewiele się dowiedziałem. Spędziliśmy całe popołudnie, rozmawiając o wszystkim, tylko nie o filmie „Interstellar” [śmiech]. Myślę, że Christopher chciał mnie wyczuć, zobaczyć, co myślę o wielu sprawach, jakim jestem człowiekiem. Co mogę więcej dodać? Zdaje się, że mnie kupił, skoro skończyło się na tym, że dostałem tę rolę.

„Interstellar” to było spełnienie dziecięcych marzeń? Wielu małych chłopców marzy, żeby być pilotem statku kosmicznego.

A wiesz, że nie? Prawdę mówiąc, dopóki nie zagrałem w „Kontakcie” [z 1997 roku – przyp. red.], nie bardzo zajmował mnie kosmos. Naprawdę zupełnie mnie ten temat nie pociągał. Dopiero po tej roli zacząłem się zastanawiać nad tym, że nasze ziemskie podwórko to tylko kawałek czegoś o wiele większego, niezmierzonego. Takie tam, niezbyt pogłębione refleksje na temat wszechświata. Z filmem Nolana było inaczej, to jego najambitniejszy projekt, przemyślany w każdym szczególe. Sporo się z niego dowiedziałem, to było dla mnie wyjątkowe doświadczenie.

A serial „Detektyw”? Tu znowu mówi się o przełomie. Nie miałeś wątpliwości, czy zaangażować się w telewizyjną produkcję?

Absolutnie nie, czasy kiedy praca nad serialem oznaczałaby jakiś kompromis, mamy za sobą. Teraz telewizja dogoniła kino, może je nawet przegoniła pod pewnymi względami. To czas dobrej telewizji, coraz więcej filmowców, świetnych reżyserów, scenarzystów, aktorów chce pracować nad serialami.  Zaczynając pracę nad „Detektywem”, miałem tylko jeden warunek, chciałem, żeby mój udział skończył się na pierwszym sezonie, uprzedziłem, że nie dam się namówić na drugi czy trzeci, nie chciałem wiązać się na dłużej, bałem się, że to zabierze mi za dużo czasu i energii. Dzisiaj już wcale nie jestem pewien, czy dobrze zrobiłem, bo koniec końców trochę pożałowałem własnej decyzji. To był fantastyczny czas, tak ciekawy i inspirujący, że przestałem myśleć o tym jak o ograniczeniu, nie czułem się uwiązany, tylko chciałem dalej brać w nim udział, zobaczyć, jak to się rozwinie.

Jest jakiś gatunek filmu, który jest ci szczególnie bliski?

Lubię dramaty, komedie, science fiction, nieważne, lubię zmieniać klimat. Pytałaś o spełnianie marzeń z dzieciństwa, to jest najfajniejsze w tym zawodzie, jesteś jak dzieciak, który może się wcielać w kompletnie różne role.

Jak ty sam postrzegasz wszystkie swoje sukcesy? Jesteś z siebie dumny?

Jest dokładnie tak, jak powinno być. Czuję, że los się odwrócił na lepsze. Znowu rozumiem, dlaczego przed laty postanowiłem zostać aktorem, dlaczego wybrałem sobie właśnie ten, a nie inny zawód.

Podobno miałeś być prawnikiem.

Tak, zacząłem studiować prawo na Uniwersytecie w Teksasie, chciałem być obrońcą, wcześniej spędziłem jeszcze rok w Australii, co swoją drogą było dla mnie ważnym doświadczeniem, bardzo podoba mi się podejście Australijczyków do życia, to, że nie dadzą sobie wciskać kitu, do dzisiaj mam do tamtego okresu sentyment. A potem wróciłem do Stanów, zacząłem chodzić na zajęcia i coś mi nie dawało spokoju. Nie sypiałem zbyt dobrze. Pewnego ranka obudziłem się i powiedziałem sobie: „Wiesz co, Matthew? Nie chcę się uczyć przez kolejne cztery lata i wylądować w wieku 28 lat, po praktykach, jako poważny człowiek, poważny prawnik, facet wciśnięty w garnitur, który zgubił po drodze spory kawałek swojej młodości, zastanawiając się, gdzie się podziała. Nie ma mowy, człowieku, jest tyle rzeczy, których chciałbym spróbować”. Pomyślałem, że im dłużej będę czekał, wahał się i studiował prawo, tym więcej mojego wysiłku pójdzie na marne. Zmieniłem kierunek studiów [na wydział komunikacji i mediów – przyp. red.]. Z początku zajmowałem się produkcją filmów studenckich, w tym czasie poznałem Richarda Linklatera i to od niego dostałem swoją pierwszą znaczącą rolę w „Uczniowskiej balandze”. Jakiś czas potem ukończyłem studia, zamieszkałem w Los Angeles i zacząłem regularnie grać.

Co na twoją decyzję powiedzieli rodzice? 

Pamiętam, że kiedy do nich zadzwoniłem i powiedziałem: „Mamo, tato, będę zajmował się filmami”, w słuchawce na jakieś 15 sekund zapanowała cisza. Miałem niezłego pietra, bo po pierwsze, to oni płacili za moje studia, a po drugie, no wiesz, wszyscy zdążyli się przyzwyczaić do myśli, że będę prawnikiem, tak wyobrażali sobie moją przyszłość.

Na ile teraz ważne jest dla ciebie ich zdanie? Uważasz się za człowieka rodzinnego?

W moim życiu prywatnym bywało różnie, ale kiedy myślę o tym z perspektywy czasu, zawsze gdzieś z tyłu głowy miałem obraz własnego dzieciństwa, domu rodziców. Oni byli dla mnie wzorem, imponowało mi, że mają zasady, że żyją w duchu wyznawanych przez siebie wartości. I chociaż zajęło mi to trochę czasu, dotarło do mnie, że ja też chcę żyć tak jak oni, chcę się ustatkować, mieć prawdziwy dom, w którym panowałaby podobna atmosfera. Miałem szczęście, że poznałem Camilę, która jednocześnie mnie wspiera i daje mi wolność, nie tylko zgadza się z moimi życiowymi i zawodowymi decyzjami, znosi też ich konsekwencje. Bez jej miłości i wsparcia byłbym w kompletnie innym punkcie życia, nie osiągnąłbym tego, co osiągnąłem. Wykazała się niesamowitą cierpliwością, nawet kiedy potwornie schudłem do „Witaj w klubie” i bywałem na co dzień naprawdę trudny, zgryźliwy.

Sporo mówiłeś o tej fizycznej przemianie. Że to było coś więcej niż zwykła utrata wagi.

Przekonałem się, jak niesamowite jest ludzkie ciało. Mówi się, że kiedy tracisz wzrok, wyostrzają ci się inne zmysły, że na przykład lepiej czujesz zapachy.  Myślę, że kiedy tracisz tyle kilogramów, zaczynasz się inaczej poruszać, nie czujesz własnych mięśni: pleców, karku, ta energia, która tkwiła w twoim ciele, musi znaleźć sobie ujście gdzie indziej. Po tym jak schudłem, spałem średnio dwie, trzy godziny mniej, a wcale nie czułem się bardziej zmęczony. Byłem nieustannie nakręcony, odbierałem wszystkie bodźce z zewnątrz o wiele intensywniej.

Potrafisz rozpoznać moment, w którym postanowiłeś, że zmieniasz coś w swoim życiu zawodowym? Był jakiś konkretny powód?

Nie było żadnego momentu nawrócenia, nie dzielę swojego życia na „przed” i „po”. Zmieniam się jako człowiek i zmienia się moje podejście do pracy. To naczynia połączone. Nosiło mnie. Czułem, że coś zgrzyta, mówiłem sobie: „Człowieku, twoje życie jest tak intensywne, potrafisz kochać pełnią serca aż do szaleństwa, masz momenty totalnej euforii, jak się śmiejesz, to do utraty tchu, a co z twoją pracą? Dlaczego tam nie jesteś w stanie odczuwać wszystkich tych emocji?”. Marzyłem o tym, żeby się wyżyć na planie, potrzeba mi było wyzwań, wszystkich tych uczuć. Odkryłem coś, co było dla mnie zaskoczeniem. Dopiero kiedy się ustatkowałem, założyłem dom, urodziły nam się dzieci, poczułem, że mam większą niż kiedykolwiek wolność, że teraz naprawdę mogę się rozwinąć, dokonać czegoś, co po mnie nie spłynie. I wiesz, co myślę? Że ten koleś tu i teraz to jest prawdziwy Matthew McConaughey.

 

Matthew McConaughey rocznik 1969. Ogromną popularność zdobył głównie dzięki komediom romantycznym, m.in. „Powiedz tak” (2001), „Jak stracić chłopaka w 10 dni” (2003) czy „Miłość na zamówienie” (2006). Przełomowy w jego karierze okazał się rok 2012 i role w „Uciekinierze” i „Pokusie”. Prywatnie tata trójki dzieci i mąż brazylijskiej modelki Camili Alves.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze