1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Apetyt na słodycze - jak nad nim zapanować?

Apetyt na słodycze - jak nad nim zapanować?

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
W cukrze i wyrobach cukierniczych występują węglowodany proste. Ich nadmiar przekształca się w tłuszcze, które odkładają się w organizmie i powodują otyłość. Poza tym, jedzone w dużych ilościach, gwałtownie podwyższają poziom glukozy we krwi, co wywołuje napady łaknienia. Jak powstrzymać apetyt na słodycze?

Każdy z nas pamięta sytuację, gdy zaspokoił głód batonikiem. Niestety poczucie sytości nie utrzymuje się wtedy długo i sięgamy po kolejną słodycz.

Oto kilka zasad, które pomogą nam trwale zmniejszyć apetyt na słodycze.

  1. Wprowadź do diety jak najwięcej pełnego, roślinnego pożywienia.
  2. Pamiętaj, że tzw. naturalne słodziki, takie jak fruktoza i brązowy cukier są niemal w takim stopniu rafinowane jak biały cukier i mają podobne działanie.
  3. Jeśli jesz mięso, to zawsze dla równowagi zjadaj DUŻO warzyw.
  4. Jedz kiełki, zawierają one cukier powstający w procesie kiełkowania.
  5. Ćwicz, biegaj, oddychać głęboko, medytuj, aż ochota na słodycze mnie.
  6. W przypadku nasilonego apetytu na cukier:
    • jedz słodkie warzywa (buraki, karczochy, marchewki, dynie, słodkie ziemniaki, pasternak) lub seler naciowy;
    • pij gorącą wodę małymi łyczkami;
    • jedz owoce suszone, np.: jedną rodzynkę czy kawałek daktyla ssij jak landrynkę.
Ludzie, którzy jedzą mniej cukru, mają lepszy nastrój, potrafią zarządzać swoimi emocjami, lepiej śpią, poprawia im się pamięć i koncentracja, rzadziej się przeziębiają i mają zdrowe zęby. Ogólnie poprawia się ich zdrowie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bulimia - zaburzenie odżywiania, zaniżona samoocena, głód miłości

Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. (Fot. iStock)
Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Bulimia, jak wszystkie zaburzenie odżywiania, jest ściśle związana z emocjami. Dlatego nie sposób jej zwalczyć bez terapii. Aleksandrze Dejewskiej to się udało i dziś sama jest terapeutką. W rozmowie z nami wyjaśnia, jak rozpoznać tę chorobę u bliskich i jak im pomóc. 

Za słowo kochamnie kupi się chleba – powtarzała pani mama. Jakie informacje ukrywa to zdanie? Takie zdanie dewaluuje okazywanie uczuć za pośrednictwem słowa. Jako dziecko nie odbierałam działań mamy jako przejawów miłości – pracowała od 8 do 20 po to, by zapewnić mi wyżywienie, ubranie i edukację. W jej świecie oznaczało to okazywać uczucia. Tymczasem ja potrzebowałam bliskości i wspólnego czasu, którego miałyśmy mało z powodu jej pracy i napiętej atmosfery w domu. To przekładało się na zmęczenie i niedostępność emocjonalną mojej mamy, sądzę, że w ten sposób starała się siebie bronić, a czasem już nie miała sił. Dopiero jako dorosła nauczyłam się dorosłego okazywania uczuć. Ważny jest też kontekst, w którym mama wygłosiła cytowane przez ciebie słowa – usłyszałam je, kiedy mówiłam, że ją kocham. W takiej sytuacji staje się to podwójnym ciosem. I sprzyja tworzeniu blokady emocjonalnej.

W książce „Bulimia. Moja historia choroby” dzielisz się osobistymi przeżyciami: chorowaniem, przemocą i zdrowieniem. Kiedy uwierzyłaś w to, że musisz być szczupła?To było już w gimnazjum, a może nawet w podstawówce, w czasie, kiedy trenowałam siatkówkę. Chociaż wtedy tylko pojawiały się myśli, działania zaczęłam podejmować w gimnazjum. Byłam przekonana, że jestem za gruba. Pragnęłam być szczupła, bo to miało dać mi szczęście i lepsze samopoczucie. W tym czasie popularny był trend spodni biodrówek, przy których najlepiej wyglądał wklęsły brzuch. Nie chciałam odstawać od koleżanek, pragnęłam przynależeć do grupy – jak każda nastolatka. Miałam przekonanie, że powinnam zmieniać siebie pod kogoś. Taką postawę wyniosłam z domu, w którym brakowało przestrzeni dla mojej autonomii. Potwierdzeniem mojej hipotezy: „gdy stanę się szczupła, to będę szczęśliwa” okazał się moment, w którym założyli mi aparat ortodontyczny i dużo schudłam. Poczułam się dumna z nowej wagi. Dzisiaj wiem, że było to poczucie wpływu, którego mi wówczas brakowało. W końcu w jakimś obszarze miałam kontrolę.

Kiedy zdałaś sobie sprawę, że jesteś poważnie chora? Gdy poczułam konsekwencje choroby – silny ból w mostku, zaburzoną pracę serca, krew w ślinie. To był wstrząs, który zmotywował mnie do podjęcia leczenia. Złamałam opór w sobie. Przekonałam się, że bulimia to nie fanaberia. Czytałam coraz więcej na temat tej choroby, a moje samopoczucie pogarszało się z dnia na dzień. Pamiętam taką sytuację, gdy siedziałam sama w domu i zaczęłam płakać, a potem wyć. Miałam wrażenie, jakby otaczała mnie tylko szarość. Wyparowała cała radość, myślałam, że nic dobrego mnie już nie spotka. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Tego dnia osiągnęłam swoje dno, a mama wreszcie zrozumiała, że to naprawdę poważna choroba.

A co było punktem zwrotnym w leczeniu, momentem, od którego zaczęłaś szybciej wracać do zdrowia? Na pewno poznanie aktualnego partnera – doświadczyłam wtedy, co to jest bezwarunkowa miłość. Zaczęłam uczyć się akceptacji, co było dla mnie ogromnym szokiem. Dorastałam w przekonaniu, że na wszystko muszę sobie zasłużyć. Za małe rzeczy nieraz spotykała mnie nieadekwatna kara. Informacja, że ktoś mnie kocha i akceptuje taką, jaką jestem, była dla mnie czymś nowym. Odkryciem zupełnie innego świata, bez osądów, umniejszania i krytyki. Dużo czasu mi zajęło, by porzucić dotychczasową normatywność i nauczyć się nowej.

Uważasz, że ojczym i mama są odpowiedzialni za twoją chorobę? Jaką rolę w chorowaniu na bulimię odgrywają relacje z rodzicami? Nie, to byłoby wygodne obarczyć kogoś winą. Faktem jest, że rodzice mają duży wpływ na budowanie samooceny u dziecka. Niemniej należy pamiętać, że oprócz tego mamy pewne predyspozycje – temperament, z którym się rodzimy, no i osobowość, która się kształtuje nie tylko wskutek kontaktu z rodzicami, ale i środowiskiem. Wiemy, na podstawie badań, że pewne cechy osobowości zwiększają ryzyko wystąpień zaburzeń odżywiania. W badaniach „Personality prototype as a risk factor for eating disorder” Antonia J. Sanchez-Guarnido wykazano, że ryzyko wystąpienia zaburzeń odżywiania jest większe u osób niedostatecznie kontrolujących (mających wysoki wynik w neurotyczności, niski w ugodowości i sumienności) oraz nadmiernie kontrolujących (mających wysoki wynik w neurotyczności, niski w ekstrawersji i otwartości na doświadczenia) w porównaniu z grupą wysoko funkcjonującą. Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. Na przykład styl przywiązania niedający bezpieczeństwa przyczynia się do zwiększenia niezadowolenia z własnego ciała i masy. Wsparcie i zaangażowanie rodziców w znaczący sposób skraca też czas terapii. Najtrudniej jest, gdy rodzic przyprowadza dziecko do gabinetu, licząc na to, że terapeuta je naprawi. Tak to nie działa.

Obecnie pracujesz jako dietetyczka i terapeutka zaburzeń odżywiania. Jakich metod i technik używasz w swojej pracy? Głównym paradygmatem, z którego korzystam, jest terapia skoncentrowana na rozwiązaniach. Korzystam również z elementów terapii poznawczo-behawioralnej oraz terapii koherencji. Swoją pracę opieram na zasobach danej osoby. To my decydujemy, na co wykorzystamy własny zasób: czy na leczenie, czy na prowokowanie wymiotów. Umiejętności same w sobie nie są ani dobre, ani złe, różnica tkwi w ich zastosowaniu. Często w gabinecie posługuję się dosyć kontrowersyjnym porównaniem: co łączy Martina Luthera Kinga i Hitlera? Jeden i drugi byli świetnymi oratorami, potrafili porywać tłumy. Nie chcę wchodzić w moralność ich działań, pokazuję tylko, że ta sama umiejętność może zostać różnie wykorzystana. Tak jest też w terapii, jeżeli mam spryt w ukrywaniu choroby, determinację, by zwrócić wszystko, co zjadłam – to ten sam zestaw cech mogę użyć do innego celu.

Pracuję również nad obrazem własnego ciała. Ono jest tym obszarem, w którym możemy realizować potrzebę autonomii. Przyglądamy się wspólnie, jaką dany objaw pełni funkcję – czyli jaką realizuje potrzebę. Może zabrzmi to niedorzecznie, lecz zaburzenia odżywiania realizują nasze potrzeby. Nie jest to najzdrowszy sposób, ale czasem jedyny nam dostępny. Ja w momencie opychania się jedzeniem nie myślałam o niczym. Miałam święty spokój. Czasem zajadałam samotność, czyli realizowałam potrzebę bliskości. Innym razem nagradzałam siebie. Dopiero gdy zaczęłam realizować te potrzeby w bardziej zdrowy sposób, łatwiej mi było walczyć z chorobą.

Czym dokładnie charakteryzuje się bulimia? Spożywaniem dużej ilości jedzenia w krótkim przedziale czasowym. Następnie pojawia się poczucie winy i próba wyrzucenia tego jedzenia z siebie. Mamy dwa rodzaje bulimii – typ przeczyszczający się, który charakteryzuje się stosowaniem środków przeczyszczających, moczopędnych; typ nieprzeczyszczający, który po napadzie stosuje głodówkę lub ćwiczenia sportowe. Ten drugi uważam za najtrudniejszy do zdiagnozowania, ponieważ w dzisiejszych czasach mamy duży nacisk na bycie aktywnym i wysportowanym.

Kto jest najbardziej narażony na tę chorobę? Mężczyźni i kobiety wychowujący się w rodzinie, w której rodzice nie byli dla dziecka w wystarczającym stopniu dostępni emocjonalnie, a za to okazywali się intruzywni, nadmiernie kontrolujący czy też nadopiekuńczy. Ci, którzy wychowywali się w kulturze promującej szczupłą sylwetkę. Osiągający wysoki wynik w neurotyczności, której składnikami są nieśmiałość, nadwrażliwość, impulsywność, lęk, agresywna wrogość i depresja. Mający rodziców bardzo skoncentrowanych na wyglądzie swoim lub innych. Posiadający zaburzony styl przywiązania: lękowy lub unikająco-lękowy.

Jakie pierwsze objawy u siebie lub bliskiej osoby powinny wzbudzić nasz niepokój? U siebie wystarczy zaobserwować chęć sprowokowania wymiotów czy wyrzuty sumienia po zjedzeniu posiłku. Sygnałem jest oczywiście prowokowanie wymiotów i próba spalenia całego posiłku za pomocą ćwiczeń, ale też wahania nastroju, bóle w klatce piersiowej, prowadzenie głodówek lub restrykcyjnych diet, po których pojawiają się napady jedzenia. U bliskiej osoby będzie to: znikanie po posiłku w łazience, pojawiający się zapach wymiocin w toalecie, znikająca duża ilość jedzenia bez wyraźnej zmiany masy ciała, rany na kostkach na nadgarstkach, unikanie wspólnych posiłków słowami: „już jadłam”, „jadłam na mieście”, „brzuch mnie boli” i „niedobrze mi, nie zjem teraz”. Nie mówię, że zawsze takie wypowiedzi mają nas martwić, ale w połączeniu z pozostałymi zachowaniami stają się dosyć wyraźnym sygnałem. Poza tym obsesyjne myśli o ćwiczeniach, liczenie każdej kalorii w jedzeniu.

Co przyspiesza powrót do zdrowia oraz pomaga odzyskać zrównoważone postrzeganie rzeczywistości? Wsparcie ze strony bliskich – bycie; nie radzenie, ale słuchanie; akceptowanie; oddanie kontroli choremu; komunikowanie swoich uczuć i obaw; okazywanie uczuć; rozmawianie na inne tematy (nie tylko o jedzeniu); komplementowanie umiejętności, a nie wyglądu lub też tego, czy chory je.

A jakie zna pani najskuteczniejsze sposoby radzenia sobie z krytyką innych? Uświadomienie sobie, że nie jestem rosołem, by smakować każdemu. Dostrzeżenie, kto mnie krytykuje. Na ogół osoby z wysoką samooceną nie krytykują innych. Robią to ci, którzy to, co w sobie mają, przerzucają na innych. Mnie osobiście pomógł bardzo pewien happening, który sama zorganizowałam. Stanęłam na Monciaku w Sopocie w krótkich spodenkach, topie i z opaską na oczach. Po tej akcji pojawiło się dużo komentarzy w Internecie – część obraźliwych. Wybrałam jeden z nich, który był najbardziej abstrakcyjny: „ale musi być słabą dietetyczką, skoro jest taka blada, widocznie ma mało witaminy D”. Ten komentarz tak bardzo mnie rozbawił, że reszta przestała mieć już znaczenie. No i crème de la crème – zapytałam siebie, co ja uważam na swój temat. Poświęciłam czas, by poznać siebie – w końcu łatwiej przyjmujemy zdanie drugiej osoby, gdy nie mamy wyrobionego własnego. Zobaczyłam, ile moich przekonań nie było de facto moimi. Tak długo powtarzałam kłamstwa na swój temat, aż w końcu stały się prawdą. Ale skoro nauczyłam się źle myśleć o sobie, to uznałam, że mogę się też tego oduczyć.

Sporo pisze pani o samoocenie. Bycie niezadowolonym lub zadowolonym ze swojego wyglądu jest wciąż pozostawaniem na skali oceny. Jak porzucić potrzebę uwzględniania ocen innych w swoim życiu? Czasem temat wyglądu staje się odskocznią od innych problemów. Pomaga zadanie sobie pytania, czy wygląd faktycznie ma wpływ na wszystkie sfery życia, takie jak relacje z bliskimi, rodzina czy praca. To, że Beata ma ładne nogi, nie oznacza, że moje są gorsze. Jej są długie, moje – krótsze i to też jest OK. Warto spojrzeć na swoje ciało oczami bliskiej osoby – co ona takiego we mnie widzi, co wie na mój temat? Ciekawe jest to, że przy zaburzeniach odżywiania często zarzuca się komplementującemu nieszczere intencje, ale krytykującemu – już nie.

Wiele terapeutek wybrało zawód związany z pomaganiem ze względu na osobistą, trudną historię, ale niewiele osób dzieli się tą historią z innymi. Czy to nie przeszkadza w pracy terapeutycznej? Z jednej strony ją ułatwia – mogę bez problemu przyjąć perspektywę osoby w gabinecie przez to, że przeżyłam coś mniej lub bardziej podobnego. Często słyszę: „pani będzie wiedziała, jak ze mną pracować, bo pani to przeżyła”. Albo: „czytając pani książkę, czułam się, jakbym czytała swoje myśli”. Z drugiej strony zawsze mam na uwadze, że dana osoba nie jest mną i nie mogę patrzeć na jej historię przez pryzmat własnego doświadczenia, nie wsadzam jej w swoje schematy.

Największą trudnością jest jednak oczekiwanie drugiej osoby, że pokażę jej prosty i sprawdzony sposób na wyjście z choroby, bo sama już z niego skorzystałam. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Nauczyłam się korzystać z plusów, mając na uwadze minusy i nieustannie pracując nad nimi. Dlatego też regularnie poddaję się superwizji.

Aleksandra Dejewska dietetyczka, terapeutka zaburzeń odżywiania, w trakcie certyfikacji na terapeutkę TSR. Prezes fundacji Aż Sobie Zazdroszczę, autorka książek „Bulimia. Historia mojej choroby” oraz „Uwolnij się! Poradnik eks bulimiczki”, organizatorka charytatywnych pokazów mody

  1. Styl Życia

Miła i szczupła - anoreksja od kuchni

Katie Green, autorka komiksu dokumentującego jej zmagania z anoreksją (Fot. materiały prasowe)
Katie Green, autorka komiksu dokumentującego jej zmagania z anoreksją (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Jak narysować anoreksję? W komiksie Katie Green to niepokojąca ciemna chmura bazgrołów, która się rozrasta… Green sama przeszła najpierw anoreksję, potem zaburzenia odżywiania, kiedy to na przemian kompulsywnie się objadała i głodziła, katując ćwiczeniami. Dziś jest zdeterminowana, żeby dzielić się swoimi doświadczeniami.

Jak narysować anoreksję? W komiksie Katie Green to niepokojąca ciemna chmura bazgrołów, która się rozrasta… Green sama przeszła najpierw anoreksję, potem zaburzenia odżywiania, kiedy to na przemian kompulsywnie się objadała i głodziła, katując ćwiczeniami. Dziś jest zdeterminowana, żeby dzielić się swoimi doświadczeniami.

Skąd wiem, że jestem głodna? Skąd wiedzą to inni? To pytania, które cię kiedyś prześladowały. Z pozoru odpowiedź wydaje się oczywista. Dostajemy zewsząd mnóstwo komunikatów na temat jedzenia. Mówi się nam, co powinniśmy jeść, a czego nie, o jakich porach i jak często. Wszystkie te informacje przepracowujemy w głowie. Efekt jest taki, że wolimy słuchać, co podpowiada nam umysł, a nie ciało. I dotyczy to nie tylko ludzi z problemami odżywiania, ale każdego z nas. Dla mnie jedną z najważniejszych lekcji, jakie musiałam odrobić, było nauczenie się, jak słuchać ciała, a nie tego, co podpowiada mi umysł.

Z twojego komiksu pamiętam scenę, w której terapeutka mówi ci, że problemy z jedzeniem to kwestia nie tyle braku kontroli, ile silnych emocji, które w tobie są. Zaburzenia odżywiania to rodzaj języka, komunikowania się z samym sobą i z otoczeniem. Sposób, w jaki radzisz sobie z jedzeniem, jest metaforą tego, jak radzisz sobie z emocjami. Anoreksja to próba przejęcia kontroli nad swoim życiem, bo czujesz, że wszystko cię przytłacza. Z kolei nieopanowane kompulsywne jedzenie oznacza poddanie się, złożenie broni. Nie zależy ci już na przejęciu kontroli, na jej odzyskaniu.

Narysowałaś swoją rodzinę, która je obiad, i tylko ty grzebiesz w talerzu. Rodzice namawiają cię do skończenia posiłku i nie pozwalają wstać od stołu. Zastanawiałam się, czy takie metody mogą pchnąć człowieka w stronę zaburzeń odżywiania. Gdybym nie zachorowała, ta scena nie byłaby niczym niezwykłym. W ilu domach odbywają się takie obiady, podczas których rodzice walczą, żeby ich dzieci coś zjadły? To normalne. Poza tym, jeśli mówimy o zaburzeniach odżywiania, nigdy nie ma jednej przyczyny. W moim przypadku były też inne rzeczy, choćby nękanie w szkole, czy to, że moje ciało nagle zaczęło się zmieniać, dojrzewać, co mnie przerażało. A wraz z tą zmianą przyszła presja, jak mam wyglądać, co jeść, co na siebie włożyć.

W „Lżejszej od swojego cienia” nie czujesz się rozumiana przez rodziców, mimo że o ciebie walczyli. Uwiera cię, że cię nieustannie kontrolują. Niezwykle mi zależało, żeby pokazać, że mama i tata bardzo mnie kochali i zrobili wszystko, żeby mnie ratować. Ludzie często starają się zrzucić winę za zaburzenia odżywiania na rodziców właśnie, a ja naprawdę nie mam za co winić moich. Wiem, że nie mogli zrobić więcej. Ale kiedy jesteś nastolatkiem, robisz wszystko, żeby się jakoś spod tej kontroli wyrwać. W tamtym okresie życia z jednej strony wiedziałam, że potrzebuję pomocy, z drugiej – byłam zwyczajną nastolatką, której koleżanki miały chłopaków i chodziły na imprezy na długo, zanim ja zdążyłam tego doświadczyć. Nie chciałam siedzieć z rodzicami w domu.

A jak z tym, co działo się z tobą, czuła się twoja siostra? W komiksie pozostaje w cieniu, prawie jej nie ma. Jest młodsza ode mnie o cztery lata, rodzice starali się ją chronić, więc nie rozumiała za bardzo, co się tak właściwie dzieje, dlatego faktycznie była nieobecna. Chcę przez to powiedzieć, że nie miała takiego udziału w procesie mojego leczenia jak mama i tata.

Wróćmy do przyczyn choroby. Wspominałaś o nękaniu – w „Lżejszej…” pokazujesz, jak koledzy i koleżanki w ramach podłych żartów obrzydzają ci drugie śniadanie, śmiejąc się, że jest zepsute, przez co później nie masz w ogóle ochoty nic jeść. Ważne są tu także wyśrubowane, nierealne wzorce kobiecej urody, do których dążą nastolatki. Katowanie się dietami, porównywanie się z innymi – to było w moim życiu wszechobecne, cały czas przewijało się we wszystkich rozmowach, nie tylko z rówieśnikami. To znaczy moi najbliżsi akurat nigdy nie byli na diecie, ale pamiętam spotkania z dalszą rodziną, podczas których zawsze mi mówiono: „Jesteś taka miła i szczupła! Ładna i szczupła!”. Powtarzali to w kółko. I nagle stajesz się nastolatką, twoje ciało się zmienia i pierwsza rzecz, jaką o sobie myślisz, to to, że nie jesteś już miła i szczupła.

Trudno być w kontakcie z własnym ciałem, kiedy słyszy się takie słowa. No właśnie. Pilnowanie wagi i bycie na diecie odchudzającej kojarzą się automatycznie z dbaniem o siebie. Tak to przedstawiają reklamy, telewizja i kolorowe magazyny, a ludzie im wierzą. 

Co było najtrudniejsze, kiedy walczyłaś z chorobą? Nie wiem, czy jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć, ale walka o zdrowie nierozerwalnie wiąże się z tym, co zrobił mi pewien terapeuta, który, jak sam mówił, stosował alternatywne metody leczenia.

W komiksie pokazujesz, że na początku waszej pracy jego metody zdawały się pomagać. Dopiero po jakimś czasie dotarło do ciebie, jak bardzo ten człowiek nadużył twojego zaufania, jak nieszczere miał intencje. Pokazujesz czytelnikom, jak w pewnych momentach uciekałaś mentalnie, nie dopuszczałaś do siebie myśli, co tak naprawdę się dzieje. Moment, gdy dotarło do mnie, że ten człowiek mnie molestował, był ekstremalnie trudny. Podobnie jak wyrwanie się z tej relacji. Świadomość, że osoba, o której myślałam, że mi pomaga, tak naprawdę cały czas mnie krzywdziła i mną manipulowała, była bardzo bolesna. I zamiast wychodzić z choroby, pogrążałam się w niej coraz bardziej właśnie przez niego... Tak, to było chyba najtrudniejsze – stanąć na nogi po tej historii.

Jest też inna scena, kiedy w gabinecie specjalisty słyszysz, że wszystko jest z tobą w porządku. Opowiadasz, że masz ataki obżarstwa – zresztą na zmianę z katorżniczą dietą i ćwiczeniami, które kończą się m.in. omdleniem – a specjalista odpowiada z uśmiechem, że każdy czasem zajada smutki jedzeniem. Ten brak kompetencji brzmi znajomo. W Polsce brakuje specjalistów w publicznej służbie zdrowia, którzy potrafiliby się zająć dzieciakami z zaburzeniami odżywiania. Jak jest w Wielkiej Brytanii? Z tego, co wiem, brytyjska służba zdrowia nie ma funduszy, żeby dbać o ludzi wymagających długoterminowego wsparcia. Łatwiej jest pomóc tym, którzy wymagają natychmiastowego działania ratującego życie. Pacjenci z zaburzeniami odżywiania są trochę pośrodku, bo choć nie mają się dobrze, to nie są też przypadkami wymagającymi szybkiej interwencji. Dzieci i młodzież do 18. roku życia są i tak w lepszej sytuacji, ale kiedy stajesz się dorosła, możliwości wsparcia w państwowej służbie zdrowia są bardzo ograniczone. No i nikt ci nie pomoże, jeśli sama się nie zgłosisz. A zaburzenia odżywiania są zdradliwe, bo dopóki nie jest z tobą tragicznie, nie przychodzi ci do głowy, że potrzebujesz pomocy.

Tobie w powrocie do zdrowia pomogło rysowanie. Rysowałam już jako dziewczynka i w tym trudnym dla mnie okresie życia rysowanie mnie uratowało. Przyszedł taki moment, kiedy uznałam, że nie mam siły walczyć z moją chorobą, ze wspomnieniami tego, co zrobił mi terapeuta, że to już za dużo. Wtedy postanowiłam popełnić samobójstwo. Ale zanim do tego doszło, miałam refleksję, że kiedyś rysowałam, żeby poczuć się lepiej. I postanowiłam do tego wrócić, dać temu szansę, zacząć to robić na poważnie. Uznałam, że dopiero jak ta próba się nie powiedzie, wrócę do pomysłu odebrania sobie życia.

Wiele osób spodziewałoby się pewnie tradycyjnego podejścia do tematu: zapisania wspomnień w formie dziennika czy nawet fabularyzowanej powieści. Sama zawsze wyobrażałam sobie, że będę opisywać historie, a nie opowiadać je poprzez obrazki. Ale też czytałam komiksy. „Blankets. Pod śnieżną kołderką” Craiga Thompsona był jednym z pierwszych, po które sięgnęłam. Odkryłam, że to doskonały środek przekazu, bo w obrazku możesz zastosować metafory, które nie są możliwe w przypadku tekstu. Mogłam na przykład uczynić widzialną chorobę, której przecież nie widać.

Przelać na papier własne traumatyczne doświadczenia – to była niełatwa decyzja, skoro wiązała się z rozpamiętywaniem zdarzeń i osób, do których pewnie wolałabyś nie wracać. Wiedziałam, że muszę to zrobić, jeśli chcę pójść do przodu. Z drugiej strony – grzebanie we własnej przeszłości trwało latami i prawdopodobnie skomplikowało mój powrót do zdrowia. Z dzisiejszej perspektywy nie wiem, czy to było najzdrowsze posunięcie, ale po prostu musiałam to zrobić.

Pomogło? Nie, w ogóle. Pomijając cały wysiłek emocjonalny, jaki włożyłam w tworzenie „Lżejszej…”, już po publikacji ludzie chcieli wciąż ze mną rozmawiać o mojej chorobie. Mieli mnóstwo pytań.

Coś się od tamtego czasu zmieniło? Od wydania komiksu w Wielkiej Brytanii minęło już sześć lat, a ty jeździsz na spotkania z czytelnikami po całym świecie. Dziś jest mi zdecydowanie łatwiej, miałam czas już do tego przywyknąć. No i dokonałam innego wyboru, który był o wiele poważniejszy niż napisanie książki.

Co masz na myśli? Zdecydowałam się, że dla dobra innych nadal będę się utożsamiać ze sobą z tamtych czasów, czyli z osobą, która przeszła chorobę. Że będę publicznie o tym rozmawiać. Ten komiks nie jest już dla mnie, jest dla dzieci w potrzebie, dla ich rodziców. Jeśli ktoś ma mówić o swoich doświadczeniach, o tym, jak było mu ciężko i jak stanął na nogi, to mogę to być ja. Niech to usłyszą ode mnie, niech mnie zobaczą. To inni mają się poczuć lepiej, nie ja.

W jednym z wywiadów podkreśliłaś, że choroba dotyka nie tylko jedną osobę, ale wszystkich domowników. Jak twoja rodzina pamięta dzisiaj tamte ciężkie lata? Jesteśmy blisko, ale nie rozmawiamy już o tym, co się wydarzyło. Moja rodzina radzi sobie z przeszłością inaczej niż ja. Oni chcą żyć dalej i zapomnieć o tym okresie życia.

Jak się z tym czujesz? Muszę to uszanować, bo oni uszanowali moją decyzję o wydaniu komiksu. W końcu publicznie opowiedziałam historię, która jest opowieścią nie tylko o mnie, ale o naszej rodzinie, naszym życiu prywatnym. Teraz ja robię coś dla nich. Mam terapeutkę, partnera i przyjaciół, z którymi mogę rozmawiać o przeszłości, więc z rodzicami już nie muszę. Jednocześnie bardzo wspierali mnie w mojej pracy, przyszli na spotkanie autorskie, byli ze mnie dumni, gdy komiks się ukazał. Chociaż do dziś nie wiem, czy go czytali.

W pewnym sensie to choroba zadecydowała o twoim zawodzie. Dziś jesteś rysowniczką. Ponieważ sama czynność rysowania okazała się w moim przypadku terapeutyczna, długo uważałam, że nie mogę brać za nią pieniędzy. Jak mogłabym zarabiać na czymś, co lubię i co robię, żeby pomóc samej sobie!

Co się zmieniło? Dziś już rozumiem, że należy mi się wynagrodzenie za pracę, nieważne, jak dobrze mi ona robi. Przystałam więc na ten model biznesowy. Narysowałam m.in. książkę dla dzieci i nadal rysuję komiksy. Niewielkie w porównaniu z obszerną i osobistą „Lżejszą od swojego cienia”.

Powiedziałaś kiedyś, że zrobiłaś ten komiks dla siebie 14-letniej. To chyba dobre medium dla nastolatków, którzy chętniej sięgają po kulturę obrazkową. Mnie też się wydaje, że historia opowiedziana w taki sposób jest dla nich bardziej dostępna. Nawet jeśli waży ponad dwa kilogramy!

Katie Green, studiowała nauki przyrodnicze oraz ilustrację sekwencyjną. Tworzenie graficznego pamiętnika „Lżejsza od swojego cienia” rozpoczęła w ramach pracy dyplomowej.

  1. Zdrowie

Tężyczka - choroba życia w biegu, napięcia i przerostu ambicji

Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. 
(Fot. iStock)
Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Objawy są nieprzyjemne – skurcze mięśni. Bywa, na szczęście rzadko, niebezpieczna, może nawet zagrażać życiu. W dodatku trudno się ją diagnozuje. – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska, zajmująca się tą chorobą.

Kilka lat temu moja przyjaciółka, mieszkająca wtedy w Londynie, zaczęła odczuwać dziwne objawy. Najpierw mrowienie rąk. Potem nóg. Doszły do tego skurcze mięśni. Majka, przestraszona, poszła do lekarza. Ten zaczął przeprowadzać diagnostykę w kierunku stwardnienia rozsianego. Pamiętam, jak dzwoniła do mnie w panice. Na szczęście szybko okazało się, że to nie SM. Więc co? – Wyobraź sobie, mam tężyczkę – powiedziała.

Czym jest ta choroba?

– Właściwie to zespół objawów – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska. – Niecharakterystycznych, z różnych grup. Wynikają z nadpobudliwości błony nerwowo-mięśniowej, a to z kolei powodowane jest różnego rodzaju niedoborami tkankowymi. Głównie niedobory dotyczą magnezu i potasu a także witaminy D – jeżeli mówimy o tężyczce utajonej. Ten zespół objawów jest bardzo uciążliwy. Trzeba szukać, co jest jego źródłem w przypadku konkretnego pacjenta.

Czy łatwo tężyczkę zdiagnozować? – Bardzo trudno, niestety. Bo przyczyn może być dużo. Od psychicznych, psychogennych, poprzez gastrologiczne, endokrynologiczne diabetologiczne, przyjmowane leki, nieprawidłową dietę. Diagnoza nie jest prosta, ale staramy się mieć swoje schematy w diagnostyce, żeby pacjentowi pomóc, żeby znaleźć przyczynę tych dolegliwości – tłumaczy dr Toruńska. – Zwykle na początku rzeczywiście sprawdzamy, czy to nie stwardnienie rozsiane. Robimy rezonans mózgu, żeby je wykluczyć, choć w tej chorobie przebieg jest jednak inny. Tężyczka nie daje objawów konkretnego zespołu neurologicznego, trzeba wykonać podstawowe badania, żeby SM wykluczyć i dalej szukać przyczyny, źródła. Zwykle to źródło znajdujemy.

Mogą to być na przykład choroby tarczycy, nadczynność, niedoczynność, Hashimoto. Choroby przewodu pokarmowego, wszelkiego rodzaju nietolerancje pokarmowe, na gluten, na laktozę. Są pacjenci po zapaleniu błony śluzowej żołądka, tacy, którzy bardzo długo przyjmują inhibitory pompy protonowej (IPP), zaburzające wchłanianie pierwiastków i witamin. Bywa to też niewykryta insulinooporność albo monodiety, często wyniszczające organizm. Także niektóre leki oraz, oczywiście, wszelkie używki.

Zwykle tężyczka sama w sobie nie jest chorobą, a efektem innych chorób. Choć, jak tłumaczy dr Toruńska, jest taka jednostka jak hipomagnezemia rodzinna, gdzie tężyczka jest pierwotna, bo mamy tu jedną przyczynę – genetyczną. Ale to się zdarza niezwykle rzadko.

Tężyczka - do kogo po pomoc

Żeby jeszcze bardziej sprawę skomplikować, trzeba powiedzieć, że tężyczki są dwie: jawna i utajona. Endokrynolodzy zajmują się tężyczką jawną, czyli wapniową, pojawiającą się (oczywiście nie zawsze) po operacjach tarczycy, przytarczyc, przy chorobach tarczycy, kiedy są duże niedobory wapnia. Ta postać tężyczki jest bardziej niebezpieczna, czasami nawet zagrażająca życiu – występują tu bardzo silne skurcze, może – przy gwałtownych spadkach wapnia – dojść do skurczu głośni, utraty przytomności.

Neurolodzy leczą tężyczkę utajoną. Łagodniejszą w przebiegu, choć trudniejszą do wykrycia. Pojawiają się mocne samoistne skurcze mięśni, ale może je wywołać zewnętrzny bodziec. – Choćby hiperwentylacja – czyli szybkie, głębokie oddychanie. Zaburza się wtedy równowaga kwasowo-zasadowa i dochodzi do utraty pierwiastków, głównie magnezu, z tkanek. Każdy mówi: jak się boisz, to głęboko oddychaj. No właśnie nie. Wtedy się pogarsza, zamiast poprawiać – tłumaczy dr Toruńska.

Nieprawidłowe oddychanie może być pogłębiane przez stres. Na początku, kiedy jeszcze nie wiemy, co nam dolega, a objawy są niepokojące, można się porządnie przestraszyć. Czasem pojawiają się bóle w klatce piersiowej, czasem duszności, a razem z tym nakręca się spirala lęku.

Wydawałoby się, że skoro przyczyną tężyczki utajonej są niedobory magnezu, potasu i witamin, wystarczy zrobić badanie krwi, żeby wykryć chorobę.

– Nie jest to takie proste – mówi dr Toruńska. – Ja się zajmuję tężyczką utajoną, tu pacjenci mają zwykle prawidłowy poziom wapnia czy parahormonu, a z kolei niski magnezu czy potasu. Jednak na ogół w badaniu krwi te pierwiastki nie wychodzą nieprawidłowo, bo organizm dąży do homeostazy – krew więc wygląda dobrze, ale kosztem tkanek. Mamy już na szczęście możliwość wykonania badań na poziom magnezu w erytrocytach, to najbardziej wiarygodnie pokazuje, co dzieje się w tkankach, nadal jednak mamy trudności w oznaczeniu poziomu magnezu zjonizowanego, a to jest frakcja aktywna, więc nawet to badanie w erytrocytach jest badaniem tylko pośrednim.

Tymczasem pacjentów z tężyczką przybywa. Z czego to wynika? – Ze stylu życia. Z biegu, pędu, permanentnego braku czasu, braku możliwości czy chęci skomponowania odpowiedniej dla siebie diety – tłumaczy dr Toruńska. – Ludzie się nie badają, mówią, że źle się czują, że mrowienie, skurcze, w reklamach słyszą, że niedobór magnezu, więc łykają suplementy, które nie działają… I kolejny znak naszych czasów, czyli żywność wysokoprzetworzona, z dużą ilością fosforanów, które blokują wchłanialność magnezu. Jest też dużo produktów, które ten magnez wypłukują, a których na co dzień nadużywamy. Kawa, cola, mocna herbata, napoje energetyzujące, alkohol, używki, a nawet niektóre leki. A leki przecież ludzie przyjmują, bo muszą, wszystko to powoduje, że mamy ujemny bilans magnezu czy potasu w organizmie W tkankach.

Oczywiście byłoby idealnie, gdyby pacjenci razem z receptą na leki blokujące wchłanianie magnezu dostawali od lekarza informację, że powinni ten magnez uzupełniać. Jednak dr Katarzyna Toruńska mówi, że tak, niestety, dzieje się rzadko: – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca. Twierdzą, że każdy, kto się zhiperwentyluje i zrobi próbę tężyczkową, ta wyjdzie dodatnia. Co jest nieprawdą. My 20 lat temu też nie wiedzieliśmy, że jak będziemy podawać inhibitory pompy protonowej, żeby pacjent nie krwawił z wrzodów żołądka, to za jakiś czas się okaże, że chory ma niedobory. Nigdzie nie mogliśmy o tym przeczytać, o pewnych lekach uczymy się dopiero na przestrzeni czasu.

Leczenie

To zależy, czy to tężyczka jawna, czy utajona. I jaka jest przyczyna. Oczywiście podstawa to suplementacja, zwykle magnezowo-potasowa. – Niekiedy, jeśli u pacjenta widzimy wysoki poziom lęku czy depresję, włącza się leki antydepresyjne. Jeśli są problemy z tarczycą, chory musi być pod opieką endokrynologa. Przy insulinooporności – diabetologa. Czyli leczenie często musi przebiegać na kilku poziomach. I bardzo ważna jest współpraca między lekarzem a pacjentem – tłumaczy dr Toruńska. – Lekarz nie da pigułek na wszystko. Nie zawsze jest to proste. Jeśli źródłem permanentnego stresu jest nasza praca, idealnie byłoby ją zmienić. Ale na ogół nie jest to możliwe. Na pewno można odstawić używki. I włączyć techniki relaksacyjne. Wyciszenie, joga. Wyłączyć za to nieustanne myślenie o obowiązkach, kłopotach, pracowanie 24 godziny na dobę – nawet jeśli nie siedzimy cały czas przy biurku, to głowa nie odpuszcza. – Mam takich pacjentów – mówi dr Toruńska. – To tylko zwiększa dolegliwości. Nie umiemy dziś radzić sobie ze stresem, odpoczywać, odpuścić sobie. Często nawet urlopu nie potrafimy wykorzystać, w wolnym czasie też nie dajemy sobie taryfy ulgowej. W dodatku pandemia nasiliła tężyczki. I więcej mamy tych świeżo rozpoznawanych, i ci pacjenci, którzy są po diagnozie i regularnie się suplementują, też odczuwają silniejsze dolegliwości.

Jest grupa osób szczególnie narażonych – to ludzie ambitni, trochę neurotycy, perfekcjoniści, osobowość typu A. Często też sportowcy – tu przyczyną jest duży wysiłek fizyczny bez mądrej suplementacji.

– Zawsze staram się szukać przyczyny, jak się nie da, zostaje styl życia. Tu zmiana zależy od nas. Choć nigdy – a szczególnie w  dobie pandemii – nie jest to łatwe. Ale daje efekty, można się pozbyć objawów. To długie leczenie, ale na ogół z sukcesem – mówi dr Katarzyna Toruńska.

  1. Zdrowie

Nagietek i jego lecznicze właściwości

Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Tak zadomowiony dziś w naszych ogródkach nagietek przywędrował do Polski z okolic Morza Śródziemnego. Znany przede wszystkim jako roślina ozdobna, ma także wiele właściwości prozdrowotnych. I to im zawdzięcza popularność w kosmetologii i ziołolecznictwie.

Od ostatnich dni maja aż do późnej jesieni rabaty mienią się pomarańczowymi i pomarańczowozłotymi płatkami nagietków. Te kwiaty są wielkimi amatorami słońca, korony nagietków przez cały dzień zwracają się w jego stronę, a po zachodzie zamykają aż do następnego poranka. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze, opisywane choćby przez Hildegardę z Bingen, autorkę traktatu o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów z XII wieku.

Kolorowa apteka

Obserwując energetyzujące odcienie nagietków, nietrudno uwierzyć, że ich kwiaty zawierają naturalne barwniki z grupy karotenoidów (w kolorach: żółtym, pomarańczowym, różowym, czerwonym) – przede wszystkim luteinę. Organicznie luteina obecna jest także w plamce żółtej oka i soczewce, gdzie odpowiada m.in. za przeciwdziałanie zaćmie. Problem w tym, że ludzie nie syntetyzują karotenoidów, więc muszą dostarczać je organizmowi w pożywieniu lub preparatach aptecznych – wśród których nie brak i tych z luteiną pozyskiwaną z „oblubienicy słonecznej”.

Także karotenoidom nagietek zawdzięcza działanie gojące. A to dlatego, że przyspieszają one zabliźnianie się ran i wspomagają regenerację komórek. Nic więc dziwnego, że wyciąg z nagietka jest składnikiem maści gojących stosowanych w różnych uszkodzeniach skóry, a także kosmetycznie używanych kremów oraz maseczek.

W nagietku, oprócz karotenoidów, występują również flawonoidy, olejek lotny, związki żywicowe i śluz. Są to substancje aktywne o właściwościach przeciwzapalnych i antybiotycznych. Napar z kwiatów nagietka jest stosowany do przemywania skóry w przypadku trudno gojących się ran, oparzeń, w owrzodzeniach żylakowatych i zastrzale.

W kwiatowym chruśniaku

Nagietki zaczynają kwitnąć ok. 2 miesięcy po zasianiu, a że nie mają wygórowanych wymagań glebowych, samodzielnie się rosiewają i są lubiane przez pszczoły – mogą zdobić nasz ogród aż do pierwszych mrozów.

Wykorzystywane po ususzeniu do robienia leczniczych i kosmetycznych specyfików kwiaty nagietka najlepiej zbierać (bez łodyżek) w pełnym rozkwicie, w słoneczny dzień. W domowych warunkach koszyczki kwiatów można suszyć w temperaturze otoczenia, a po wysuszeniu – przechowywać je w suchych i przewiewnych miejscach, np. wsypując do płóciennych woreczków.

Sprawdzone receptury

Suszone kwiaty nagietka można wykorzystać do przygotowania maseczki do twarzy o działaniu przeciwzapalnym i kojącym czy olejku do masażu skóry suchej, podrażnionej oraz dotkniętej rozstępami. Olejek warto również wsmarować od czasu do czasu w zniszczone końcówki włosów lub skórę głowy.

Olejek nagietkowy – sposób przygotowania

  • wsyp garść suszonych płatków nagietka do słoika lub butelki, a następnie zalej dowolnym olejem roślinnym
  • wymieszaj lekko całą zawartość naczynia i odstaw w nasłonecznione, ciepłe miejsce
  • mieszaj delikatnie raz dziennie
  • po upływie dwóch tygodni przecedź olej przez gazę.
Maseczka nagietkowo-owsiana (polecana do cery trądzikowej) – sposób przygotowania
  • wymieszaj 4 łyżki płatków owsianych z 4 łyżkami suszonych kwiatów nagietka i zalej niewielką ilością ciepłego mleka
  • gdy płatki zmiękną, dodaj łyżkę oliwy lub innego oleju i pół łyżki miodu (pod warunkiem że skóra nie jest przesuszona)
  • nałóż maseczkę na twarz na ok. 10 min (potem możesz rozmasować ją jak peeling).

  1. Zdrowie

Kleszcze - jak się przed nimi uchronić?

Kleszczy w Polsce przybywa, a winą za to obarcza się głównie ocieplenie klimatu, krótsze i lżejsze zimy, a także większą liczbę dzikich zwierząt, które są pierwotnymi nosicielami i żywicielami tych pajęczaków. (Fot. iStock)
Kleszczy w Polsce przybywa, a winą za to obarcza się głównie ocieplenie klimatu, krótsze i lżejsze zimy, a także większą liczbę dzikich zwierząt, które są pierwotnymi nosicielami i żywicielami tych pajęczaków. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Lasy, parki, a nawet wysokie trawy jawią się nam jako siedlisko kleszczy, które przenoszą groźną chorobę – boreliozę. A przecież nie sposób żyć bez kontaktu z naturą, zwłaszcza kiedy pogoda sprzyja. Jak pokonać strach przed wyjściem w plener, a zarazem zmniejszyć ryzyko zachorowania?

Kiedy kilkanaście lat temu zaczęło być głośno o nowej bakteryjnej chorobie przenoszonej przez kleszcze, do naszego beztroskiego myślenia o wakacjach na łonie natury wkradł się niepokój. Borelioza może bowiem nieść za sobą bardzo poważne konsekwencje, nie ma na nią szczepionki, a jej nosicieli można spotkać nie tylko w lasach, ale też na łąkach, w parkach, a nawet w przydomowych ogródkach. Lęk podsyca fakt, że łatwo nie zauważyć momentu ugryzienia kleszcza, bo to nie boli, możemy nawet nie wiedzieć, że zachorowaliśmy, ponieważ objawy boreliozy bywają bardzo różnorodne i łatwo je złożyć na karb innych problemów zdrowotnych. Wygląda na to, że latem najlepiej zaszyć się w domu. Ale przecież nikt z własnej woli nie ma ochoty zrezygnować z dobrodziejstw płynących z kontaktu z naturą. Trzeba więc znaleźć złoty środek.

Kleszcze - instrukcja obsługi

Kleszczy w Polsce przybywa, a winą za to obarcza się głównie ocieplenie klimatu, krótsze i lżejsze zimy, a także większą liczbę dzikich zwierząt, które są pierwotnymi nosicielami i żywicielami tych pajęczaków.

– Szacuje się, że w Polsce ten problem dotyczy kilkunastu procent kleszczy. To wygląda różnie w różnych regionach, a nawet na różnych łąkach. Na jednej zarażonych kleszczy może być nawet 30 procent, na drugiej, 300 m dalej, już tylko kilka procent, ale na pewno nie jest tak, jak czasem słyszę, że co drugi osobnik jest zarażony – mówi Krzysztof Dudek, zoolog z Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, który martwi się tym, że odczuwamy coraz większy strach przed przyrodą. – Zaczęliśmy myśleć, że jeśli wejdziemy do lasu, zaraz ugryzie nas kleszcz, ten kleszcz będzie zarażony boreliozą i po chwili my też będziemy zarażeni. Ale tak na szczęście nie jest. Nawet jeśli na naszym ciele znajdzie się taki zarażony osobnik, to nie od razu się wkłuwa, najpierw wędruje, szukając dla siebie odpowiedniego miejsca. A kiedy już ugryzie, to też nie od razu jest w stanie nas zakazić.

Na znalezienie go i wyciągnięcie mamy dwie doby. Do tego czasu krętki boreliozy nie zdążą przenieść się z jelit kleszcza, gdzie się znajdują, do naszego organizmu, i nie zostaniemy zarażeni. Niepożądanego gościa najlepiej usunąć, chwytając go pęsetą przy samej skórze, a potem lekko przekręcić i mocno pociągnąć.

Borelioza - wielka niewiadoma

Niektórzy chorzy na boreliozę nie przypominają sobie jednak żadnego kontaktu z kleszczem. I właśnie ta nieświadomość jest najgorsza, bo jeśli zostaliśmy zarażeni i o tym nie wiemy, choroba może się swobodnie rozwijać. Pół biedy, jeśli zobaczymy tzw. rumień wędrujący, czyli najbardziej znany i charakterystyczny objaw tej choroby. Pojawia się najwcześniej po tygodniu od ukąszenia przez kleszcza i przypomina jednolitą okrągłą plamę, która potem się rozszerza i blednie w środku. Ten objaw jest zwykle uznawany za wystarczający do podjęcia leczenia. W początkowym stadium choroba czasem przypomina grypę, później mogą dołączyć objawy skórne, zapalenie stawów i problemy neurologiczne. Bywa, że dochodzi do zapalenia mięśnia sercowego czy mózgu. Jednak możliwych objawów jest tak wiele, że czasem, jak to było w przypadku 40-letniej Marty, mijają miesiące, zanim lekarze trafią na właściwy trop.

– Najbardziej bałam się, że mam stwardnienie rozsiane, bo moje objawy wskazywały na tę chorobę – wspomina Marta. – Kierowano mnie do kolejnych specjalistów. Byłam u internistów, chirurga szczękowego, laryngologa, stomatologa i ginekologa. Zlecano mi badania, które nic nie wyjaśniały, albo traktowano mnie jak hipochondryczkę. Najgorszy był neurolog, który na mój widok w gabinecie machał ręką: „To znów pani z tym stwardnieniem”. Odwiedzałam go kilkakrotnie, bo specjaliści, do których mnie wysyłał, odsyłali mnie z powrotem. Także psychiatra. W końcu jeden z lekarzy zlecił testy w kierunku boreliozy.

Kleszcze i borelioza - strategia obrony

Na forach internetowych i stronie Stowarzyszenia Chorych na Boreliozę można przeczytać historie podobne do tej opowiedzianej przez Martę. Pacjenci skarżą się na lekceważenie lekarzy oraz nieskuteczność tradycyjnego leczenia.

Warto wiedzieć, że zarówno jeśli chodzi o diagnozę, jak i leczenie, można spotkać się z dwoma podejściami: głównym nurtem, reprezentowanym m.in. przez WHO i większość towarzystw naukowych (w Polsce m.in. przez Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych) oraz dużo rzadszym, propagowanym przez lekarzy i pacjentów skupionych wokół ILADS, czyli Międzynarodowego Towarzystwa ds. Boreliozy i Chorób z Nią Powiązanych. Strony nie zgadzają się ze sobą co do tego, jakich testów powinno się używać, by stwierdzić, czy pacjent jest chory na boreliozę, i jak długo powinno się go leczyć. Terapia zgodna z głównym nurtem obejmuje stosowanie jednej lub dwóch serii 4-tygodniowych kuracji antybiotykowych, a terapia ILADS zaleca wielomiesięczne, a nawet wieloletnie leczenie, i to kilkoma preparatami. Zrozumienie różnic jest jednak na tyle skomplikowane, że przeciętny pacjent może czuć się zagubiony.

– Najpierw byłam leczona standardowo, ale nie czułam poprawy – wspomina Marta. – Kiedy wyczytałam, że lek, który dostaję, często jest nieskuteczny, zdecydowałam się na lekarkę związaną z ILADS. Niedługo minie rok od chwili, gdy zaczęłam brać antybiotyki. Mam nadzieję, że wkrótce przestanę, chociaż obawiam się, że to może nie być takie łatwe. Kiedy czytam wypowiedzi osób leczonych tą metodą, mam wrażenie, że potem każdy problem zdrowotny traktuje się już jako objaw boreliozy. Cieszę się, że czuję się lepiej, ale czy wybrałam najlepszą drogę leczenia… Nie wiem.

Obowiązkowy przegląd

Chyba tylko co do jednego wszyscy są zgodni – boreliozy nie można lekceważyć. Zwłaszcza że liczba zakażonych wzrasta.  – Wyjściem nie jest zamknięcie się w domu i unikanie kontaktu z przyrodą – przekonuje Krzysztof Dudek. Zwraca uwagę, że to nie byłoby korzystne dla naszego zdrowia psychicznego i fizycznego. Co więc robić? Przed wyjściem z domu można spryskać się specjalnymi środkami przeciwko kleszczom, do tego założyć długie spodnie (nogawki wpuścić w wysokie buty) i koszulę czy bluzkę z długim rękawem.

– Niestety, preparaty odstraszające nie zapewniają pełnej ochrony, a w ciepły dzień trudno wciąż spacerować w kaloszach. Dlatego najlepszym sposobem ochrony przed kleszczami jest dokładne oglądanie się po każdym pobycie na łonie natury (np. wieczorem podczas kąpieli) i staranne wytrzepywanie ubrania – mówi Krzysztof Dudek. Radzi sprawdzać dokładanie całe ciało, zwłaszcza pachwiny, bo to miejsce kleszcze szczególnie sobie upodobały. Lubią też zgięcia łokciowe, miejsca pod kolanami i za uszami.

Wieczorne oględziny warto potraktować jak mycie zębów i zrobić z nich codzienny prozdrowotny rytuał. Przynajmniej dopóki naukowcy nie opracują szczepionki.