1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Zaburzenia odżywiania u nastolatków - bulimia i kompulsywne objadanie się

Zaburzenia odżywiania u nastolatków - bulimia i kompulsywne objadanie się

123rf.com
123rf.com
Naukowcy wciąż nie mają pewności , dlaczego u niektórych nastolatków występują zaburzenia odżywiania.

Przyjmuje się, że zaburzenia odżywiania u nastolatków wynikają z kilku różnych czynników psychologicznych, które się wzajemnie nie wykluczają. Duże znaczenie ma także rodzina i wpływy kulturowe i biologiczne.

Pierwsza część artykułu: Zaburzenia odżywiania u nastolatków – anoreksja tutaj

Bulimia

Na bulimię chorują nastolatki, ale też osoby w późniejszym wieku. Bulimia charakteryzuje się na przemian okresami głodzenia się i przejadania zakończonymi prowokowaniem wymiotów lub używaniem środków przeczyszczających. Bulimiczki po napadach obżarstwa czują się winne i nie akceptują siebie, za tą utratę kontroli. Wymioty są formą autoagresji. Bulimii bardzo często towarzyszy depresja i zaburzenia osobowości. Leczenie polega na psychoterapii indywidualnej i  farmakoterapii. Bulimiczki często doświadczały odrzucenia w rodzinie lub innych form nadużyć. Ich niechęć do siebie i zachowania autodestrukcyjne są powieleniem tych sytuacji.

Jakie zachowanie dziecka powinno zaniepokoić rodziców ?

  • dziecko dużo je, ale nie przybiera na wadze;
  • po posiłku znika w toalecie;
  • stosuje dietę, ale nie traci na wadze;
  • ma powiększone gruczoły ślinowe;
  • pije alkohol lub nadużywa leków
  • jest przygnębione lub ulega zmiennym nastrojom

Kompulsywne objadanie się, otyłość:

W przeciwieństwie do osób cierpiących na bulimię, których waga może się wahać, ale utrzymuje się w  normie, osoby kompulsywnie objadające się mają nadwagę.  Oprócz problemów związanych z jedzeniem pojawia wtedy niska samoocena i  trudności w relacjach z rówieśnikami. Dziecko potrzebuje wtedy pomocy terapeuty i dietetyka lub lekarza. Kompulsywne objadanie się u dzieci staje się nawykowym sposobem radzenia sobie ze stresem. Dziecko uczy się, w ten destrukcyjny dla organizmu sposób rozładowywać napięcie wynikające z trudności w szkole, czy problemów w rodzinie. To, co dzieje się z dzieckiem, jest często odbiciem niewłaściwych nawyków żywieniowych panujących w domu, czy też sposobów radzenia sobie ze stresem przez rodziców.

Jakie zachowanie dziecka powinno zaniepokoić rodziców ?

  • dziecko objada się i przybiera na wadze;
  • je w ukryciu;
  • wstydzi się swojej wagi i z tego powodu ogranicza zajęcia fizyczne i życie towarzyskie;
  • okazuje oznaki zmęczenia;
  • jest przygnębione, wyraża się o sobie z pogardą
  • waga ciała stała się dla dziecka głównym problemem życia.
Wszystkie zaburzenia odżywiania wymagają diagnozy lekarza psychiatry i specjalistycznego leczenia. Zaniechanie tych działań może prowadzić do nasilenia objawów i rozwoju choroby, a w przypadku anoreksji nawet do śmierci.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co zrobić, gdy dziecko „zajada” emocje?

Nie zawsze potrafimy wyłapać moment kiedy apetyt dziecka staje się sposobem na zajadanie emocji. (fot. iStock)
Nie zawsze potrafimy wyłapać moment kiedy apetyt dziecka staje się sposobem na zajadanie emocji. (fot. iStock)
Stres, złość, poczucie pustki czy zazdrość bywają zwykle źle identyfikowane, zwłaszcza przez dzieci, których nie uczymy nazywania swoich emocji. A stąd już prosta droga do ich rozładowywania poprzez zajadanie.

Jak wspierać dziecko w rzuceniu nawyku?

Przywróć mu wiarę w siebie. Zadbaj, żeby się uczyło nowych rzeczy i doświadczało sukcesów. Skoki do wody, trafianie lotkami do celu, wykonanie modelu helikoptera – to wszystko daje poczucie mocy i zapobiega potrzebie pocieszania się po porażce. To jak budowanie emocjonalnego zaplecza młodego człowieka.

Otocz je pozytywnymi przypominaczami.
Powieś zdjęcie syna lub córki, gdy robi coś fajnego. Zdjęcia dzieci, jakie wybierają rodzice, to dla nich ważna informacja, jakie zachowania pochwalają. Czy lubią, jak sztywno stoją na balu przebierańców? Czy gdy jedzą? A może strzelają gola? Najlepsze będą zdjęcia podczas różnych rodzajów aktywności. W trudnych chwilach spełnią rolę przypominaczy. Dziecko w stresie zwyczajnie zapomina, że życie bywa też często wspaniałe.

Pokaż, jak wygląda zdrowe odreagowywanie stresu.
Jeśli twoje dziecko ma słuch muzyczny, warto podsunąć mu jakiś instrument. Jeżeli nauka gry nie będzie powiązana z wyścigiem do sukcesu – spełni rolę odreagowywacza stresu. Nie na darmo tak wielu nastolatków sięga po gitarę jako skuteczny sposób rozładowania napięcia poprzez silne skupienie się na skomplikowanej artystycznie i technicznie czynności.

Nie mów mu, że ma problem.
Nie sugeruj, że jest uzależnione i że jego reakcje są nieprawidłowe. Małego człowieka bardzo obciąży informacja, że teraz cała rodzina będzie skupiona na tym, żeby walczyć z jego złymi nawykami.

Nie nagradzaj jedzeniem.
Niech łakocie nie kojarzą się z nagrodą, za to dawaj swój czas, wspólne czytanie książek, granie w piłkę.

Nie popadaj w fanatyzm.
Dzieci wychowywane w ortodoksyjnym rygorze niejadania zakazanych pokarmów są posłuszne, ale tylko do momentu, gdy nie rozejrzą się po świecie i nie zobaczą, że inni jedzą zakazane w domu produkty i nic złego im się nie dzieje. Rodzice zostaną wtedy zaklasyfikowani jako kłamcy i oszuści. Dlatego warto nie kupować, nie trzymać i samemu nigdy nie jeść tego, czego nie chcemy, żeby jadło nasze dziecko, ale gdy to się zdarzy, nie robić z tego problemu.

Ewa Nowak: pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży

  1. Zdrowie

Odchudzanie dzieci - dietę powinna zmienić cała rodzina

Dziecko z nadwagą to problem rodzinny. Zmianą nawyków żywieniowych powinno się objąć wszystkich domowników. (fot. iStock)
Dziecko z nadwagą to problem rodzinny. Zmianą nawyków żywieniowych powinno się objąć wszystkich domowników. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dziecko samo nie schudnie. Musi czuć czynne wsparcie bliskich. Zmiana nawyków żywieniowych rodziny nie może być też smutnym, nieprzyjemnym i dokuczliwym procesem. Aby się udało, koniecznie znajdźmy wspólnie korzyści i cieszmy się tym, jak nasze życie ulega poprawie.

Mamy problem?

Najprostszym sposobem jest ocena i porównanie na siatkach centylowych, które są w każdej książeczce zdrowia dziecka. Jeżeli obserwujemy nagły skok dziecka na wyższy poziom centylowy, to jest to powód do niepokoju i obserwacji w celu znalezienia przyczyn. W przypadku 5 proc. otyłości u dzieci jest to choroba: problemy genetyczne, zaburzenia hormonalne, najczęściej nieprawidłowe funkcjonowanie tarczycy. W 95 proc. jednak to przekarmienie, czyli nadmierna liczba spożywanych kalorii w stosunku do zapotrzebowania. To, że rodzice mają nadwagę i ich potomstwo również, nie znaczy, że dziecko jest genetycznie obciążone do gromadzenia tkanki tłuszczowej. Znaczy to, że dziecko uczy się od rodziców zwyczajów, sposobu spędzania czasu i stosuje najczęściej taką samą dietę co reszta rodziny. Z tego się nie wyrasta.

Energia i ruch

U dorosłych sprawa jest prosta, zmniejszamy liczbę przyjmowanych kalorii, i już. Dzieci rosną, budują swoje ciało i muszą jeść wszystkie niezbędne im składniki. To jest trochę jak ze starą wagą. Na jednej szali kładziemy wszystko, co dostarcza nam energii. Jedzenie i picie. Na drugiej kładziemy wydatek energetyczny. Podstawowa przemiana materii (PPM) to to, co spalamy, oddychając, myśląc, pompując krew i żyjąc sobie spokojnie. Im więcej w ciele mięśni, tym PPM jest wyższa. Drugą składową wydatku energetycznego jest ruch. Jeżeli szalki wagi są na tym samym poziomie, to w naszym ciele nic się nie powinno zmieniać. U dzieci z szalki przyjmowanej energii nie możemy za dużo odjąć, ale różnicę możemy stworzyć, dokładając aktywność fizyczną – dzieciom zaleca się jej minimum 60 minut dziennie.

Nasz zdrowy dom

Dzieci uwielbiają zadania, wspólnie z całą rodziną odbywać misje, planować i realizować plan. Nam, dorosłym, też o wiele przyjemniej jest podjąć wyzwanie, rozpocząć jakąś grę, zamiast liczyć kalorie, myśleć o spożywanych witaminach i katować się na siłowni, „bo to zdrowe i tak trzeba”. Zapraszam zatem wszystkich do udziału w zabawie „nasz zdrowy dom”.  Pamiętajcie, że cała rodzina chce być zdrowa i piękna. Nigdy zatem nie mówicie dziecku: „Masz problem z nadwagą, więc teraz się wszyscy dla ciebie poświęcimy i zrobimy rewolucję”.

Rachunek jedzenia

Na początek spiszcie przez kilka dni WSZYSTKO, co jecie i pijecie, a także ile czasu dziennie poświęcacie na sport. Usiądźcie potem przy stole w spokojny dzień w sobotę lub niedzielę, kiedy macie dużo czasu, i razem przeanalizujcie wszystko. Jednym kolorem zaznaczcie słodkie posiłki – chałka z dżemem, jogurt owocowy i woda smakowa również się do nich zaliczają. Już w tym momencie można zrobić pierwszy krok, stawiając na tym stole zamiast ciasta dzbanek wody z plasterkami cytryny, talerz z pokrojonymi w ćwiartki jabłkami, marchewką, kilkunastoma śliwkami i garścią świeżych orzechów do łupania.

Zapytajcie dziecko, jak jego zdaniem powinniśmy realizować nasz cel. Jeżeli podchwycimy pomysł, który wyszedł od dziecka, pochwalmy go i wpiszmy do programu rodziny, będzie realizowało to z większym zapałem, niż gdy to będzie rada lekarki, mamy albo pani nauczycielki. Jeżeli  dziecko ma kilka lat, zmiany wprowadzajcie powoli, wyjaśniając mu, co się dzieje. „Można porozmawiać nawet z dwu-, trzylatkiem, który rozumie proste komunikaty, np. „Teraz wszyscy robimy dobre jedzenie”. Przekazujmy wszystko, co chcemy i co powinniśmy mu wytłumaczyć, oraz jaki mamy plan, oczywiście, w sposób dla niego przystępny. Dzieci wiele rozumieją”– mówi psycholog Dorota Minta. Dzieci też świetnie pilnują – jeżeli mają na to szansę – siebie i otoczenie. Nastawcie się na to, że będą też was rozliczać z wypełniania planu.

Wypracowanie zdrowych nawyków żywieniowych przychodzi łatwiej, gdy angażuje się w to cała rodzica (fot. iStock) Wypracowanie zdrowych nawyków żywieniowych przychodzi łatwiej, gdy angażuje się w to cała rodzica (fot. iStock)

Wsparcie eksperta

Po sporządzeniu takiego planu warto skonsultować się ze specjalistą, który sprawdzi, czy nasze zamierzenia faktycznie pokierują nas w odpowiednią stronę. Dobry dietetyk da nam wędkę, a nie rybę – tzn. niekoniecznie rozpisze restrykcyjną dietę z gramami marchewki, które musimy zjeść, ale podpowie, jak delikatnie zmodyfikować to, co znamy, aby było lepiej i zdrowiej. Dzieciom nie obniżamy kaloryczności diety, ale dbamy o jej zbilansowany skład. Nie trzeba w tym celu liczyć kalorii. Jeżeli w każdym posiłku będą warzywa, dwa razy dziennie owoce, źródłem węglowodanów złożonych będzie kasza, razowe pieczywo lub brązowy ryż, białko pochodzić będzie głównie z roślin strączkowych, ryb, jajek, a dieta będzie oparta na sezonowych produktach z wykluczeniem źródeł pustych kalorii, czyli słodyczy, przetworzonych dań, słodkich napojów i tłustych potraw, to wystarczy. Dodanie do tego regularnej aktywności fizycznej przez co najmniej cztery dni w tygodniu (poza lekcją WF-u) przyniesie pożądany rezultat.

Bądź wzorem!

„Wszyscy muszą jeść to samo” – podpowiada Dorota Minta. Jeśli tata będzie jadł kotlet schabowy, mama sałatkę, a dziecko kanapkę z razowym chlebem, misja się nie uda choćby dlatego, że zbyt kłopotliwe jest tak zróżnicowane menu pod jednym dachem. Nie można też wymagać od dziecka, żeby powstrzymało się od zjedzenia ciastka, jeżeli widzi, że ty je jesz.

Gdy przychodzi do mnie rodzic i mówi: „Niech pani wytłumaczy córce, że ma schudnąć, a czekolada w domu nie jest dla niej, bo jest za gruba”, to mam ochotę przełożyć takiego rodzica przez kolano. Z kolei jeśli siedzicie całymi dniami w fotelu, trudno wam będzie przekonać dziecko do zajęć sportowych. Ruszajcie się jak najwięcej razem z dziećmi.

Rodzinne menu

Razem planujcie jadłospis. Jeżeli umówicie się, że zamiast smażonej ryby w panierce będzie ryba pieczona w piekarniku – to potem łatwiej będzie wam przełamać pierwsze opory do zmiany nawyków. Jeżeli ktoś z rodziny będzie nalegał na coś innego, umówcie się, że wpiszecie to do kolejnego jadłospisu, ale trzymajcie się ustalonego planu. Wspólne jedzenie to także szansa na zbliżenie się do siebie, bo mamy czas na spokojną rozmowę. Zapomnijcie o jedzeniu przed telewizorem. To powoduje, że jecie dużo więcej, niż wam się wydaje, a najwięcej podjada się w trakcie programów sensacyjnych!

Odchudzający sen

Sen jest niezwykle ważny dla utrzymania prawidłowej masy ciała, dla zdrowia i spokoju psychicznego. Dbanie o higienę życia rodziny to również regularny, odpowiednio długi sen, który w przypadku dzieci powinien trwać osiem godzin dziennie. Niedobór snu rozregulowuje gospodarkę hormonalną organizmu. Spada poziom leptyny – hormonu, który sygnalizuje nam, że już jesteśmy najedzeni. Dodatkowo w wyniku powiązanego mechanizmu endokrynologicznego w organizmie wzrasta poziom insuliny, która przyspiesza magazynowanie węglowodanów w formie tkanki tłuszczowej.

Polisa na wypadek

Jeżeli pojawia się wyjątkowa okazja, np. urodziny kolegi itp., daj dziecku przed wyjściem pełnowartościowy posiłek. Potem jeśli zje tort, czipsy albo inne przekąski, to na pewno w mniejszych ilościach, niż gdyby poszło głodne. Podczas świąt też zadbajcie o to, aby nie spędzić całego dnia, siedząc na zmianę przy stole lub w fotelu. Wybierzcie się na rodzinny spacer lub wycieczkę rowerową. Warto też pomyśleć o zdrowych zamiennikach w tradycyjnych daniach.

Lista, której się trzymamy:

  • Codziennie rano jemy pełnowartościowe śniadanie, które nie jest słodkie.
  • Wychodzimy z domu z drugim śniadaniem.
  • Ustalamy godziny posiłków, aby było ich 5 w ciągu dnia, w odstępach 2,5-, 3-godzinnych.
  • Nie kupujemy niezdrowych rzeczy.
  • Pijemy wodę, kompoty czy świeże soki zamiast słodkich napojów.
  • Zamiast oglądać telewizję, wprowadzamy wspólną aktywność fizyczną.
  • Razem przygotowujemy zdrowe posiłki, staramy się też wspólnie robić zakupy lub chociaż tworzyć ich listę.
  • Wzajemnie się motywujemy.
  • Co tydzień weryfikujemy listę
Katarzyna Błażejewska: dietetyk kliniczny, psychodietetyk. Proponuje pacjentom diety powiązane z produktami sezonowymi, regionalnymi i naturalnymi. Autorka książki „Odżywianie. Dzieci mądre i zdrowe...” i dwóch części bestsellera „Koktajle dla zdrowia i urody”. 

  1. Psychologia

Bulimia - zaburzenie odżywiania, zaniżona samoocena, głód miłości

Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. (Fot. iStock)
Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. (Fot. iStock)
Bulimia, jak wszystkie zaburzenie odżywiania, jest ściśle związana z emocjami. Dlatego nie sposób jej zwalczyć bez terapii. Aleksandrze Dejewskiej to się udało i dziś sama jest terapeutką. W rozmowie z nami wyjaśnia, jak rozpoznać tę chorobę u bliskich i jak im pomóc. 

Za słowo kochamnie kupi się chleba – powtarzała pani mama. Jakie informacje ukrywa to zdanie? Takie zdanie dewaluuje okazywanie uczuć za pośrednictwem słowa. Jako dziecko nie odbierałam działań mamy jako przejawów miłości – pracowała od 8 do 20 po to, by zapewnić mi wyżywienie, ubranie i edukację. W jej świecie oznaczało to okazywać uczucia. Tymczasem ja potrzebowałam bliskości i wspólnego czasu, którego miałyśmy mało z powodu jej pracy i napiętej atmosfery w domu. To przekładało się na zmęczenie i niedostępność emocjonalną mojej mamy, sądzę, że w ten sposób starała się siebie bronić, a czasem już nie miała sił. Dopiero jako dorosła nauczyłam się dorosłego okazywania uczuć. Ważny jest też kontekst, w którym mama wygłosiła cytowane przez ciebie słowa – usłyszałam je, kiedy mówiłam, że ją kocham. W takiej sytuacji staje się to podwójnym ciosem. I sprzyja tworzeniu blokady emocjonalnej.

W książce „Bulimia. Moja historia choroby” dzielisz się osobistymi przeżyciami: chorowaniem, przemocą i zdrowieniem. Kiedy uwierzyłaś w to, że musisz być szczupła?To było już w gimnazjum, a może nawet w podstawówce, w czasie, kiedy trenowałam siatkówkę. Chociaż wtedy tylko pojawiały się myśli, działania zaczęłam podejmować w gimnazjum. Byłam przekonana, że jestem za gruba. Pragnęłam być szczupła, bo to miało dać mi szczęście i lepsze samopoczucie. W tym czasie popularny był trend spodni biodrówek, przy których najlepiej wyglądał wklęsły brzuch. Nie chciałam odstawać od koleżanek, pragnęłam przynależeć do grupy – jak każda nastolatka. Miałam przekonanie, że powinnam zmieniać siebie pod kogoś. Taką postawę wyniosłam z domu, w którym brakowało przestrzeni dla mojej autonomii. Potwierdzeniem mojej hipotezy: „gdy stanę się szczupła, to będę szczęśliwa” okazał się moment, w którym założyli mi aparat ortodontyczny i dużo schudłam. Poczułam się dumna z nowej wagi. Dzisiaj wiem, że było to poczucie wpływu, którego mi wówczas brakowało. W końcu w jakimś obszarze miałam kontrolę.

Kiedy zdałaś sobie sprawę, że jesteś poważnie chora? Gdy poczułam konsekwencje choroby – silny ból w mostku, zaburzoną pracę serca, krew w ślinie. To był wstrząs, który zmotywował mnie do podjęcia leczenia. Złamałam opór w sobie. Przekonałam się, że bulimia to nie fanaberia. Czytałam coraz więcej na temat tej choroby, a moje samopoczucie pogarszało się z dnia na dzień. Pamiętam taką sytuację, gdy siedziałam sama w domu i zaczęłam płakać, a potem wyć. Miałam wrażenie, jakby otaczała mnie tylko szarość. Wyparowała cała radość, myślałam, że nic dobrego mnie już nie spotka. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Tego dnia osiągnęłam swoje dno, a mama wreszcie zrozumiała, że to naprawdę poważna choroba.

A co było punktem zwrotnym w leczeniu, momentem, od którego zaczęłaś szybciej wracać do zdrowia? Na pewno poznanie aktualnego partnera – doświadczyłam wtedy, co to jest bezwarunkowa miłość. Zaczęłam uczyć się akceptacji, co było dla mnie ogromnym szokiem. Dorastałam w przekonaniu, że na wszystko muszę sobie zasłużyć. Za małe rzeczy nieraz spotykała mnie nieadekwatna kara. Informacja, że ktoś mnie kocha i akceptuje taką, jaką jestem, była dla mnie czymś nowym. Odkryciem zupełnie innego świata, bez osądów, umniejszania i krytyki. Dużo czasu mi zajęło, by porzucić dotychczasową normatywność i nauczyć się nowej.

Uważasz, że ojczym i mama są odpowiedzialni za twoją chorobę? Jaką rolę w chorowaniu na bulimię odgrywają relacje z rodzicami? Nie, to byłoby wygodne obarczyć kogoś winą. Faktem jest, że rodzice mają duży wpływ na budowanie samooceny u dziecka. Niemniej należy pamiętać, że oprócz tego mamy pewne predyspozycje – temperament, z którym się rodzimy, no i osobowość, która się kształtuje nie tylko wskutek kontaktu z rodzicami, ale i środowiskiem. Wiemy, na podstawie badań, że pewne cechy osobowości zwiększają ryzyko wystąpień zaburzeń odżywiania. W badaniach „Personality prototype as a risk factor for eating disorder” Antonia J. Sanchez-Guarnido wykazano, że ryzyko wystąpienia zaburzeń odżywiania jest większe u osób niedostatecznie kontrolujących (mających wysoki wynik w neurotyczności, niski w ugodowości i sumienności) oraz nadmiernie kontrolujących (mających wysoki wynik w neurotyczności, niski w ekstrawersji i otwartości na doświadczenia) w porównaniu z grupą wysoko funkcjonującą. Relacje z rodzicami mają duży wpływ na proces leczenia czy zmagania się z bulimią. Na przykład styl przywiązania niedający bezpieczeństwa przyczynia się do zwiększenia niezadowolenia z własnego ciała i masy. Wsparcie i zaangażowanie rodziców w znaczący sposób skraca też czas terapii. Najtrudniej jest, gdy rodzic przyprowadza dziecko do gabinetu, licząc na to, że terapeuta je naprawi. Tak to nie działa.

Obecnie pracujesz jako dietetyczka i terapeutka zaburzeń odżywiania. Jakich metod i technik używasz w swojej pracy? Głównym paradygmatem, z którego korzystam, jest terapia skoncentrowana na rozwiązaniach. Korzystam również z elementów terapii poznawczo-behawioralnej oraz terapii koherencji. Swoją pracę opieram na zasobach danej osoby. To my decydujemy, na co wykorzystamy własny zasób: czy na leczenie, czy na prowokowanie wymiotów. Umiejętności same w sobie nie są ani dobre, ani złe, różnica tkwi w ich zastosowaniu. Często w gabinecie posługuję się dosyć kontrowersyjnym porównaniem: co łączy Martina Luthera Kinga i Hitlera? Jeden i drugi byli świetnymi oratorami, potrafili porywać tłumy. Nie chcę wchodzić w moralność ich działań, pokazuję tylko, że ta sama umiejętność może zostać różnie wykorzystana. Tak jest też w terapii, jeżeli mam spryt w ukrywaniu choroby, determinację, by zwrócić wszystko, co zjadłam – to ten sam zestaw cech mogę użyć do innego celu.

Pracuję również nad obrazem własnego ciała. Ono jest tym obszarem, w którym możemy realizować potrzebę autonomii. Przyglądamy się wspólnie, jaką dany objaw pełni funkcję – czyli jaką realizuje potrzebę. Może zabrzmi to niedorzecznie, lecz zaburzenia odżywiania realizują nasze potrzeby. Nie jest to najzdrowszy sposób, ale czasem jedyny nam dostępny. Ja w momencie opychania się jedzeniem nie myślałam o niczym. Miałam święty spokój. Czasem zajadałam samotność, czyli realizowałam potrzebę bliskości. Innym razem nagradzałam siebie. Dopiero gdy zaczęłam realizować te potrzeby w bardziej zdrowy sposób, łatwiej mi było walczyć z chorobą.

Czym dokładnie charakteryzuje się bulimia? Spożywaniem dużej ilości jedzenia w krótkim przedziale czasowym. Następnie pojawia się poczucie winy i próba wyrzucenia tego jedzenia z siebie. Mamy dwa rodzaje bulimii – typ przeczyszczający się, który charakteryzuje się stosowaniem środków przeczyszczających, moczopędnych; typ nieprzeczyszczający, który po napadzie stosuje głodówkę lub ćwiczenia sportowe. Ten drugi uważam za najtrudniejszy do zdiagnozowania, ponieważ w dzisiejszych czasach mamy duży nacisk na bycie aktywnym i wysportowanym.

Kto jest najbardziej narażony na tę chorobę? Mężczyźni i kobiety wychowujący się w rodzinie, w której rodzice nie byli dla dziecka w wystarczającym stopniu dostępni emocjonalnie, a za to okazywali się intruzywni, nadmiernie kontrolujący czy też nadopiekuńczy. Ci, którzy wychowywali się w kulturze promującej szczupłą sylwetkę. Osiągający wysoki wynik w neurotyczności, której składnikami są nieśmiałość, nadwrażliwość, impulsywność, lęk, agresywna wrogość i depresja. Mający rodziców bardzo skoncentrowanych na wyglądzie swoim lub innych. Posiadający zaburzony styl przywiązania: lękowy lub unikająco-lękowy.

Jakie pierwsze objawy u siebie lub bliskiej osoby powinny wzbudzić nasz niepokój? U siebie wystarczy zaobserwować chęć sprowokowania wymiotów czy wyrzuty sumienia po zjedzeniu posiłku. Sygnałem jest oczywiście prowokowanie wymiotów i próba spalenia całego posiłku za pomocą ćwiczeń, ale też wahania nastroju, bóle w klatce piersiowej, prowadzenie głodówek lub restrykcyjnych diet, po których pojawiają się napady jedzenia. U bliskiej osoby będzie to: znikanie po posiłku w łazience, pojawiający się zapach wymiocin w toalecie, znikająca duża ilość jedzenia bez wyraźnej zmiany masy ciała, rany na kostkach na nadgarstkach, unikanie wspólnych posiłków słowami: „już jadłam”, „jadłam na mieście”, „brzuch mnie boli” i „niedobrze mi, nie zjem teraz”. Nie mówię, że zawsze takie wypowiedzi mają nas martwić, ale w połączeniu z pozostałymi zachowaniami stają się dosyć wyraźnym sygnałem. Poza tym obsesyjne myśli o ćwiczeniach, liczenie każdej kalorii w jedzeniu.

Co przyspiesza powrót do zdrowia oraz pomaga odzyskać zrównoważone postrzeganie rzeczywistości? Wsparcie ze strony bliskich – bycie; nie radzenie, ale słuchanie; akceptowanie; oddanie kontroli choremu; komunikowanie swoich uczuć i obaw; okazywanie uczuć; rozmawianie na inne tematy (nie tylko o jedzeniu); komplementowanie umiejętności, a nie wyglądu lub też tego, czy chory je.

A jakie zna pani najskuteczniejsze sposoby radzenia sobie z krytyką innych? Uświadomienie sobie, że nie jestem rosołem, by smakować każdemu. Dostrzeżenie, kto mnie krytykuje. Na ogół osoby z wysoką samooceną nie krytykują innych. Robią to ci, którzy to, co w sobie mają, przerzucają na innych. Mnie osobiście pomógł bardzo pewien happening, który sama zorganizowałam. Stanęłam na Monciaku w Sopocie w krótkich spodenkach, topie i z opaską na oczach. Po tej akcji pojawiło się dużo komentarzy w Internecie – część obraźliwych. Wybrałam jeden z nich, który był najbardziej abstrakcyjny: „ale musi być słabą dietetyczką, skoro jest taka blada, widocznie ma mało witaminy D”. Ten komentarz tak bardzo mnie rozbawił, że reszta przestała mieć już znaczenie. No i crème de la crème – zapytałam siebie, co ja uważam na swój temat. Poświęciłam czas, by poznać siebie – w końcu łatwiej przyjmujemy zdanie drugiej osoby, gdy nie mamy wyrobionego własnego. Zobaczyłam, ile moich przekonań nie było de facto moimi. Tak długo powtarzałam kłamstwa na swój temat, aż w końcu stały się prawdą. Ale skoro nauczyłam się źle myśleć o sobie, to uznałam, że mogę się też tego oduczyć.

Sporo pisze pani o samoocenie. Bycie niezadowolonym lub zadowolonym ze swojego wyglądu jest wciąż pozostawaniem na skali oceny. Jak porzucić potrzebę uwzględniania ocen innych w swoim życiu? Czasem temat wyglądu staje się odskocznią od innych problemów. Pomaga zadanie sobie pytania, czy wygląd faktycznie ma wpływ na wszystkie sfery życia, takie jak relacje z bliskimi, rodzina czy praca. To, że Beata ma ładne nogi, nie oznacza, że moje są gorsze. Jej są długie, moje – krótsze i to też jest OK. Warto spojrzeć na swoje ciało oczami bliskiej osoby – co ona takiego we mnie widzi, co wie na mój temat? Ciekawe jest to, że przy zaburzeniach odżywiania często zarzuca się komplementującemu nieszczere intencje, ale krytykującemu – już nie.

Wiele terapeutek wybrało zawód związany z pomaganiem ze względu na osobistą, trudną historię, ale niewiele osób dzieli się tą historią z innymi. Czy to nie przeszkadza w pracy terapeutycznej? Z jednej strony ją ułatwia – mogę bez problemu przyjąć perspektywę osoby w gabinecie przez to, że przeżyłam coś mniej lub bardziej podobnego. Często słyszę: „pani będzie wiedziała, jak ze mną pracować, bo pani to przeżyła”. Albo: „czytając pani książkę, czułam się, jakbym czytała swoje myśli”. Z drugiej strony zawsze mam na uwadze, że dana osoba nie jest mną i nie mogę patrzeć na jej historię przez pryzmat własnego doświadczenia, nie wsadzam jej w swoje schematy.

Największą trudnością jest jednak oczekiwanie drugiej osoby, że pokażę jej prosty i sprawdzony sposób na wyjście z choroby, bo sama już z niego skorzystałam. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Nauczyłam się korzystać z plusów, mając na uwadze minusy i nieustannie pracując nad nimi. Dlatego też regularnie poddaję się superwizji.

Aleksandra Dejewska dietetyczka, terapeutka zaburzeń odżywiania, w trakcie certyfikacji na terapeutkę TSR. Prezes fundacji Aż Sobie Zazdroszczę, autorka książek „Bulimia. Historia mojej choroby” oraz „Uwolnij się! Poradnik eks bulimiczki”, organizatorka charytatywnych pokazów mody

  1. Zdrowie

Zajadanie emocji - reakcja na stres

fot. iStock
fot. iStock
Jak rozpoznać, kiedy poprzez jedzenie zagłuszamy negatywne emocje? Czy wewnętrzny głos może sabotować dietetyczne postanowienia? Właśnie na tego typu pytania stara się odpowiedzieć psychodietetyka. Jak ją zastosować w praktyce, mówi psycholog Karolina Zarychta.

Jak rozpoznać, że poprzez jedzenie zagłuszamy negatywne emocje? Czy wewnętrzny głos może sabotować dietetyczne postanowienia? Na tego typu pytania odpowiada psychodietetyka. Jak ją zastosować w praktyce, mówi psycholog Karolina Zarychta.

Podobno są dwa rodzaje głodu – jeden bierze się z ciała, a drugi z głowy.
Tak, i dlatego idealnie by było, gdybyśmy jedli w momencie, kiedy czujemy głód fizjologiczny, czyli ten płynący z ciała. Jednak głód związany z emocjami często jest równie silny, o ile nie silniejszy. Te dwa rodzaje głodu bardzo łatwo pomylić. W przypadku głodu płynącego z głowy, czyli tzw. głodu emocjonalnego, który w odróżnieniu od fizjologicznego jest nagły, mamy do czynienia z poczuciem, że trzeba go zaspokoić natychmiast. Tymczasem głód fizjologiczny narasta stopniowo, nie odczuwamy przymusu, że musimy coś zjeść teraz, natychmiast, możemy trochę poczekać. Kolejną ważną różnicą jest to, że zazwyczaj głód emocjonalny łączy się z łaknieniem na konkretne pożywienie, konkretny produkt, czyli mamy ochotę np. na czekoladę, na coś słodkiego albo słonego, a głód fizjologiczny możemy zaspokoić różnym typem pożywienia.

Jak stwierdzić, co nas popycha do sięgania po jedzeniowe „pocieszacze”?
Przede wszystkim warto sobie zadać pytanie, czy zauważamy jakiś schemat w tym, kiedy sięgamy po niezdrowe przekąski, czy to słodkie, czy słone. Może dzieje się tak wtedy, gdy jesteśmy zestresowani albo gdy jest nam smutno? Może też być tak, że głód emocjonalny pojawia się w sytuacji, kiedy wydaje nam się, że nie czujemy nieprzyjemnych emocji, ale np. mamy tendencję do zajadania nudy. Dobrze też zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście nasz żołądek jest pusty, ile czasu minęło od momentu, kiedy ostatnio jedliśmy: jeśli mniej niż 2–3 godziny, to najprawdopodobniej nie jest to jeszcze głód fizjologiczny.

Nasze podejście do jedzenia jest związane też z wychowaniem, z tym, co obserwowaliśmy w naszej rodzinie, jak zachowywali się dorośli, kiedy byliśmy mali, czy traktowali np. desery, co jest bardzo częste, jako nagrodę za zjedzony obiad – i wtedy obiad staje się czymś nieprzyjemnym, a deser nagrodą za to, że zjedliśmy niezbyt smaczny posiłek. Dzieci bardzo szybko uczą się takiego utożsamiania słodkich przekąsek z nagrodą i później w dorosłym życiu, kiedy odczuwają frustrację albo stres, też sięgają po tego typu przekąski. Jedzenie wydaje się takim osobom najbardziej dostępną metodą radzenia sobie z nieprzyjemnymi emocjami.

Często też bywa, że mamy lub babcie z miłości przekarmiają dzieci.
Zmuszanie dzieci do jedzenia – bo tutaj trzeba już chyba użyć takiego słowa – to w wielu domach standard. Dorośli często odczuwają niepokój, kiedy dziecko nie je albo kiedy nie zjada wszystkiego z talerza. Ja w swoim gabinecie niejednokrotnie spotykam się z osobami, które wspominają dzieciństwo jako okres, kiedy cały czas towarzyszyło im poczucie przejedzenia. Zostawienie nawet resztek na talerzu kojarzyło im się z czymś złym, wiązało się np. ze złością rodziców albo ze smutkiem babci. I to poczucie jest w nich tak silne, że nawet w dorosłym życiu się przejadają. Później mamy już do czynienia z tym, że żołądek jest rozciągnięty i rzeczywiście tego pokarmu potrzeba coraz więcej.

Karmienie zazwyczaj jednak kojarzy nam się z czymś pozytywnym, z poczuciem bezpieczeństwa.
Tak, bo przecież pierwsza relacja, jaką nawiązujemy, to więź z matką, i jest ona związana właśnie z aktem karmienia. Na początku utożsamiamy matkę z piersią i mlekiem. Nasze pierwsze wspomnienia dotyczące jedzenia, odżywiania się, są zazwyczaj związane z domem rodzinnym, który najczęściej kojarzy się z ostoją, opoką. Jedzenie właściwie powinno nam dostarczać jakiegoś poczucia bezpieczeństwa, bo przecież daje nam zdrowie, siłę do pracy, do życia w ogóle. Natomiast kiedy głód emocjonalny wygrywa z głodem fizjologicznym, to pogoń za poczuciem bezpieczeństwa, źle rozumiana, bo jednak związana z emocjami, będzie prowadziła albo do zaburzonego wzorca odżywiania, albo do nadwagi i otyłości. Wtedy właśnie zajadamy problemy i emocje po to, żeby jeszcze raz poczuć się tak bezpiecznie, jak to było kiedyś.

Czy zajadanie emocji to głównie domena kobiet?
Źródła zajadania u kobiet i u mężczyzn są nieco inne, ale proporcje, gdybym miała określać, raczej byłyby podobne. Co prawda pokutuje taka opinia, że kobiety częściej radzą sobie z problemami przez podjadanie, bo są bardziej emocjonalne, ale z drugiej strony kobietom łatwiej jest okazywać emocje, łatwiej o nich mówić, jest na to większe przyzwolenie społeczne. Tymczasem mężczyźni częściej hamują uczucia, zostawiają je w środku, i być może to jest jednym z powodów, dlaczego coraz częściej sięgają po niezdrowe „zajadacze”. Obecnie coraz więcej chłopców diagnozuje się z powodu zaburzeń odżywiania, co jest już zauważalną tendencją.

Psychologowie twierdzą, że odchudzanie powinniśmy zacząć od zmiany relacji łączącej nas ze światem i z samym sobą. Jak to zrobić?
Przede wszystkim warto przyjrzeć się swojemu życiu w ogóle – od najmłodszych lat. Co z domu rodzinnego wynieśliśmy w dorosłość? Fakt, że rodzice nie dawali nam niezdrowych przekąsek, również może wpływać na to, że odżywiamy się nieprawidłowo – bo np. w końcu chcemy sobie pofolgować, nadrobić to, czego nie mieliśmy w dzieciństwie. Dobrze też zadać sobie w trakcie jedzenia pytanie: „Dlaczego teraz jem?”, by uchwycić ten moment, kiedy powoduje nami już nie głód fizjologiczny, a emocjonalny. Tego typu pytania w ogóle są bardzo przydatne, bo uwidaczniają te myśli, których być może nie jesteśmy na co dzień świadomi.

Czy to, że zaczynamy tyć albo nadmiernie chudnąć, może być sygnałem, że została zaburzona harmonia w naszym życiu, że np. robimy coś wbrew sobie?
Jeżeli tyjemy bądź chudniemy, to przyczyn tego może być naprawdę mnóstwo i podstawą powinno być zgłoszenie się do lekarza, zrobienie badań. Ale oczywiście źródłem problemu może też być psychika. I wtedy warto się zastanowić, z czego to wynika, czy to kwestia stresu i życia w pośpiechu, bo często i tak bywa, czy też jest to np. konsekwencja obniżonego nastroju, który może mieć związek z nadmiernym jedzeniem bądź utratą apetytu.

A co robić, gdy już jesteśmy świadomi tego, co nam szkodzi, a co jest zdrowe, ale nie chcemy swoją odmową zrobić drugiej osobie przykrości?
Jeżeli spotyka nas sytuacja, w której np. babcia częstuje ciastem i mówi: „Zjedz chociaż kawałek, bo będzie mi przykro, przecież tyle się napracowałam”, to warto się zastanowić nad tym, jak dużą przykrość zrobimy sobie, jedząc to ciasto. Bo jeżeli ulegniemy takim namowom, to owszem, babcia będzie zadowolona, ale najprawdopodobniej później dopadnie nas poczucie winy, że odeszliśmy od planu zdrowego odżywiania się, pojawią się myśli typu: „Znowu mi nie wyszło”, „Jestem beznadziejna”. Będziemy też bardziej narażeni na to, że jeżeli przytrafi nam się podobna sytuacja w przyszłości, to znowu ulegniemy. Czasami łatwiej jest dostrzec niezadowoloną minę babci, a trudniej w całej sytuacji zauważyć siebie. Tymczasem jeżeli odmówimy, babci może przez chwilę będzie przykro, ale dla nas to kolejny krok przybliżający do celu, jakim jest nie tylko uzyskanie upragnionej sylwetki albo wprowadzenie do życia zdrowych nawyków, ale też zwiększenie poczucia własnej wartości.

A czy może być tak, że psychika nie pozwala nam schudnąć albo wręcz prowadzi do tego, że tyjemy?
Tak, bywa, że na poziomie świadomym wydaje nam się, że chcemy schudnąć, ale na poziomie podświadomym robimy wszystko, żeby sabotować te działania, np. z lęku przed wejściem w nowy związek, bo bycie szczupłym kojarzy nam się z byciem atrakcyjnym. Najczęściej do wniosków na temat źródła danej sytuacji dochodzi się poprzez analizę tego, co się działo wcześniej, czyli kiedy zaczęły się problemy. Czy są one związane właśnie np. z szukaniem nowego partnera, jakie przekonania nam towarzyszą. Z pomocą może tutaj przyjść psychoterapeuta. Ten mechanizm, ale w krzywym zwierciadle, leży też u podłoża anoreksji. Jedną z jej przyczyn może być podświadoma niechęć młodej dziewczyny do stania się kobietą, czyli do nabrania pełniejszych kształtów. Stąd bierze się dążenie do skrajnie szczupłej, wychudzonej sylwetki – bo daje ona złudne poczucie bezpieczeństwa, ułudę bycia ciągle dziewczynką.

Karolina Zarychta
psycholog SWPS, zajmuje się psychologią zdrowia i determinantami zdrowych lub zaburzonych wzorców odżywiania, prowadzi psychoterapię w nurcie poznawczo-behawioralnym osób cierpiących m.in. z powodu zaburzeń odżywiania, lękowych i afektywnych

  1. Styl Życia

Miła i szczupła - anoreksja od kuchni

Katie Green, autorka komiksu dokumentującego jej zmagania z anoreksją (Fot. materiały prasowe)
Katie Green, autorka komiksu dokumentującego jej zmagania z anoreksją (Fot. materiały prasowe)
Jak narysować anoreksję? W komiksie Katie Green to niepokojąca ciemna chmura bazgrołów, która się rozrasta… Green sama przeszła najpierw anoreksję, potem zaburzenia odżywiania, kiedy to na przemian kompulsywnie się objadała i głodziła, katując ćwiczeniami. Dziś jest zdeterminowana, żeby dzielić się swoimi doświadczeniami.

Skąd wiem, że jestem głodna? Skąd wiedzą to inni? To pytania, które cię kiedyś prześladowały. Z pozoru odpowiedź wydaje się oczywista. Dostajemy zewsząd mnóstwo komunikatów na temat jedzenia. Mówi się nam, co powinniśmy jeść, a czego nie, o jakich porach i jak często. Wszystkie te informacje przepracowujemy w głowie. Efekt jest taki, że wolimy słuchać, co podpowiada nam umysł, a nie ciało. I dotyczy to nie tylko ludzi z problemami odżywiania, ale każdego z nas. Dla mnie jedną z najważniejszych lekcji, jakie musiałam odrobić, było nauczenie się, jak słuchać ciała, a nie tego, co podpowiada mi umysł.

Z twojego komiksu pamiętam scenę, w której terapeutka mówi ci, że problemy z jedzeniem to kwestia nie tyle braku kontroli, ile silnych emocji, które w tobie są. Zaburzenia odżywiania to rodzaj języka, komunikowania się z samym sobą i z otoczeniem. Sposób, w jaki radzisz sobie z jedzeniem, jest metaforą tego, jak radzisz sobie z emocjami. Anoreksja to próba przejęcia kontroli nad swoim życiem, bo czujesz, że wszystko cię przytłacza. Z kolei nieopanowane kompulsywne jedzenie oznacza poddanie się, złożenie broni. Nie zależy ci już na przejęciu kontroli, na jej odzyskaniu.

Narysowałaś swoją rodzinę, która je obiad, i tylko ty grzebiesz w talerzu. Rodzice namawiają cię do skończenia posiłku i nie pozwalają wstać od stołu. Zastanawiałam się, czy takie metody mogą pchnąć człowieka w stronę zaburzeń odżywiania. Gdybym nie zachorowała, ta scena nie byłaby niczym niezwykłym. W ilu domach odbywają się takie obiady, podczas których rodzice walczą, żeby ich dzieci coś zjadły? To normalne. Poza tym, jeśli mówimy o zaburzeniach odżywiania, nigdy nie ma jednej przyczyny. W moim przypadku były też inne rzeczy, choćby nękanie w szkole, czy to, że moje ciało nagle zaczęło się zmieniać, dojrzewać, co mnie przerażało. A wraz z tą zmianą przyszła presja, jak mam wyglądać, co jeść, co na siebie włożyć.

W „Lżejszej od swojego cienia” nie czujesz się rozumiana przez rodziców, mimo że o ciebie walczyli. Uwiera cię, że cię nieustannie kontrolują. Niezwykle mi zależało, żeby pokazać, że mama i tata bardzo mnie kochali i zrobili wszystko, żeby mnie ratować. Ludzie często starają się zrzucić winę za zaburzenia odżywiania na rodziców właśnie, a ja naprawdę nie mam za co winić moich. Wiem, że nie mogli zrobić więcej. Ale kiedy jesteś nastolatkiem, robisz wszystko, żeby się jakoś spod tej kontroli wyrwać. W tamtym okresie życia z jednej strony wiedziałam, że potrzebuję pomocy, z drugiej – byłam zwyczajną nastolatką, której koleżanki miały chłopaków i chodziły na imprezy na długo, zanim ja zdążyłam tego doświadczyć. Nie chciałam siedzieć z rodzicami w domu.

A jak z tym, co działo się z tobą, czuła się twoja siostra? W komiksie pozostaje w cieniu, prawie jej nie ma. Jest młodsza ode mnie o cztery lata, rodzice starali się ją chronić, więc nie rozumiała za bardzo, co się tak właściwie dzieje, dlatego faktycznie była nieobecna. Chcę przez to powiedzieć, że nie miała takiego udziału w procesie mojego leczenia jak mama i tata.

Wróćmy do przyczyn choroby. Wspominałaś o nękaniu – w „Lżejszej…” pokazujesz, jak koledzy i koleżanki w ramach podłych żartów obrzydzają ci drugie śniadanie, śmiejąc się, że jest zepsute, przez co później nie masz w ogóle ochoty nic jeść. Ważne są tu także wyśrubowane, nierealne wzorce kobiecej urody, do których dążą nastolatki. Katowanie się dietami, porównywanie się z innymi – to było w moim życiu wszechobecne, cały czas przewijało się we wszystkich rozmowach, nie tylko z rówieśnikami. To znaczy moi najbliżsi akurat nigdy nie byli na diecie, ale pamiętam spotkania z dalszą rodziną, podczas których zawsze mi mówiono: „Jesteś taka miła i szczupła! Ładna i szczupła!”. Powtarzali to w kółko. I nagle stajesz się nastolatką, twoje ciało się zmienia i pierwsza rzecz, jaką o sobie myślisz, to to, że nie jesteś już miła i szczupła.

Trudno być w kontakcie z własnym ciałem, kiedy słyszy się takie słowa. No właśnie. Pilnowanie wagi i bycie na diecie odchudzającej kojarzą się automatycznie z dbaniem o siebie. Tak to przedstawiają reklamy, telewizja i kolorowe magazyny, a ludzie im wierzą. 

Co było najtrudniejsze, kiedy walczyłaś z chorobą? Nie wiem, czy jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć, ale walka o zdrowie nierozerwalnie wiąże się z tym, co zrobił mi pewien terapeuta, który, jak sam mówił, stosował alternatywne metody leczenia.

W komiksie pokazujesz, że na początku waszej pracy jego metody zdawały się pomagać. Dopiero po jakimś czasie dotarło do ciebie, jak bardzo ten człowiek nadużył twojego zaufania, jak nieszczere miał intencje. Pokazujesz czytelnikom, jak w pewnych momentach uciekałaś mentalnie, nie dopuszczałaś do siebie myśli, co tak naprawdę się dzieje. Moment, gdy dotarło do mnie, że ten człowiek mnie molestował, był ekstremalnie trudny. Podobnie jak wyrwanie się z tej relacji. Świadomość, że osoba, o której myślałam, że mi pomaga, tak naprawdę cały czas mnie krzywdziła i mną manipulowała, była bardzo bolesna. I zamiast wychodzić z choroby, pogrążałam się w niej coraz bardziej właśnie przez niego... Tak, to było chyba najtrudniejsze – stanąć na nogi po tej historii.

Jest też inna scena, kiedy w gabinecie specjalisty słyszysz, że wszystko jest z tobą w porządku. Opowiadasz, że masz ataki obżarstwa – zresztą na zmianę z katorżniczą dietą i ćwiczeniami, które kończą się m.in. omdleniem – a specjalista odpowiada z uśmiechem, że każdy czasem zajada smutki jedzeniem. Ten brak kompetencji brzmi znajomo. W Polsce brakuje specjalistów w publicznej służbie zdrowia, którzy potrafiliby się zająć dzieciakami z zaburzeniami odżywiania. Jak jest w Wielkiej Brytanii? Z tego, co wiem, brytyjska służba zdrowia nie ma funduszy, żeby dbać o ludzi wymagających długoterminowego wsparcia. Łatwiej jest pomóc tym, którzy wymagają natychmiastowego działania ratującego życie. Pacjenci z zaburzeniami odżywiania są trochę pośrodku, bo choć nie mają się dobrze, to nie są też przypadkami wymagającymi szybkiej interwencji. Dzieci i młodzież do 18. roku życia są i tak w lepszej sytuacji, ale kiedy stajesz się dorosła, możliwości wsparcia w państwowej służbie zdrowia są bardzo ograniczone. No i nikt ci nie pomoże, jeśli sama się nie zgłosisz. A zaburzenia odżywiania są zdradliwe, bo dopóki nie jest z tobą tragicznie, nie przychodzi ci do głowy, że potrzebujesz pomocy.

Tobie w powrocie do zdrowia pomogło rysowanie. Rysowałam już jako dziewczynka i w tym trudnym dla mnie okresie życia rysowanie mnie uratowało. Przyszedł taki moment, kiedy uznałam, że nie mam siły walczyć z moją chorobą, ze wspomnieniami tego, co zrobił mi terapeuta, że to już za dużo. Wtedy postanowiłam popełnić samobójstwo. Ale zanim do tego doszło, miałam refleksję, że kiedyś rysowałam, żeby poczuć się lepiej. I postanowiłam do tego wrócić, dać temu szansę, zacząć to robić na poważnie. Uznałam, że dopiero jak ta próba się nie powiedzie, wrócę do pomysłu odebrania sobie życia.

Wiele osób spodziewałoby się pewnie tradycyjnego podejścia do tematu: zapisania wspomnień w formie dziennika czy nawet fabularyzowanej powieści. Sama zawsze wyobrażałam sobie, że będę opisywać historie, a nie opowiadać je poprzez obrazki. Ale też czytałam komiksy. „Blankets. Pod śnieżną kołderką” Craiga Thompsona był jednym z pierwszych, po które sięgnęłam. Odkryłam, że to doskonały środek przekazu, bo w obrazku możesz zastosować metafory, które nie są możliwe w przypadku tekstu. Mogłam na przykład uczynić widzialną chorobę, której przecież nie widać.

Przelać na papier własne traumatyczne doświadczenia – to była niełatwa decyzja, skoro wiązała się z rozpamiętywaniem zdarzeń i osób, do których pewnie wolałabyś nie wracać. Wiedziałam, że muszę to zrobić, jeśli chcę pójść do przodu. Z drugiej strony – grzebanie we własnej przeszłości trwało latami i prawdopodobnie skomplikowało mój powrót do zdrowia. Z dzisiejszej perspektywy nie wiem, czy to było najzdrowsze posunięcie, ale po prostu musiałam to zrobić.

Pomogło? Nie, w ogóle. Pomijając cały wysiłek emocjonalny, jaki włożyłam w tworzenie „Lżejszej…”, już po publikacji ludzie chcieli wciąż ze mną rozmawiać o mojej chorobie. Mieli mnóstwo pytań.

Coś się od tamtego czasu zmieniło? Od wydania komiksu w Wielkiej Brytanii minęło już sześć lat, a ty jeździsz na spotkania z czytelnikami po całym świecie. Dziś jest mi zdecydowanie łatwiej, miałam czas już do tego przywyknąć. No i dokonałam innego wyboru, który był o wiele poważniejszy niż napisanie książki.

Co masz na myśli? Zdecydowałam się, że dla dobra innych nadal będę się utożsamiać ze sobą z tamtych czasów, czyli z osobą, która przeszła chorobę. Że będę publicznie o tym rozmawiać. Ten komiks nie jest już dla mnie, jest dla dzieci w potrzebie, dla ich rodziców. Jeśli ktoś ma mówić o swoich doświadczeniach, o tym, jak było mu ciężko i jak stanął na nogi, to mogę to być ja. Niech to usłyszą ode mnie, niech mnie zobaczą. To inni mają się poczuć lepiej, nie ja.

W jednym z wywiadów podkreśliłaś, że choroba dotyka nie tylko jedną osobę, ale wszystkich domowników. Jak twoja rodzina pamięta dzisiaj tamte ciężkie lata? Jesteśmy blisko, ale nie rozmawiamy już o tym, co się wydarzyło. Moja rodzina radzi sobie z przeszłością inaczej niż ja. Oni chcą żyć dalej i zapomnieć o tym okresie życia.

Jak się z tym czujesz? Muszę to uszanować, bo oni uszanowali moją decyzję o wydaniu komiksu. W końcu publicznie opowiedziałam historię, która jest opowieścią nie tylko o mnie, ale o naszej rodzinie, naszym życiu prywatnym. Teraz ja robię coś dla nich. Mam terapeutkę, partnera i przyjaciół, z którymi mogę rozmawiać o przeszłości, więc z rodzicami już nie muszę. Jednocześnie bardzo wspierali mnie w mojej pracy, przyszli na spotkanie autorskie, byli ze mnie dumni, gdy komiks się ukazał. Chociaż do dziś nie wiem, czy go czytali.

W pewnym sensie to choroba zadecydowała o twoim zawodzie. Dziś jesteś rysowniczką. Ponieważ sama czynność rysowania okazała się w moim przypadku terapeutyczna, długo uważałam, że nie mogę brać za nią pieniędzy. Jak mogłabym zarabiać na czymś, co lubię i co robię, żeby pomóc samej sobie!

Co się zmieniło? Dziś już rozumiem, że należy mi się wynagrodzenie za pracę, nieważne, jak dobrze mi ona robi. Przystałam więc na ten model biznesowy. Narysowałam m.in. książkę dla dzieci i nadal rysuję komiksy. Niewielkie w porównaniu z obszerną i osobistą „Lżejszą od swojego cienia”.

Powiedziałaś kiedyś, że zrobiłaś ten komiks dla siebie 14-letniej. To chyba dobre medium dla nastolatków, którzy chętniej sięgają po kulturę obrazkową. Mnie też się wydaje, że historia opowiedziana w taki sposób jest dla nich bardziej dostępna. Nawet jeśli waży ponad dwa kilogramy!

Katie Green, studiowała nauki przyrodnicze oraz ilustrację sekwencyjną. Tworzenie graficznego pamiętnika „Lżejsza od swojego cienia” rozpoczęła w ramach pracy dyplomowej.