fbpx

Indra Devi – pierwsza dama jogi

Indra Devi - pierwsza dama jogi
Od lewej: Indra Devi w Szanghaju, gdzie prowadziła swoje pierwsze lekcje (1938) oraz z uczniami ze szkoły w Bangalore. (Fot. dzięki uprzejmości Fundación Indra Devi)

Nauczyła Marilyn Monroe siedzieć w pozycji lotosu, radzieckich komunistów przekonała, że joga nie jest religią. Pierwsza kobieta z Zachodu, która popularyzując nauki indyjskich guru, sprawiła, że świat dosłownie stanął na głowie. Eugenia Peterson, znana bardziej jako Indra Devi.

„Żenioczka ma talent. Będzie aktorką tak jak ja” – postanowiła Aleksandra Wasiliewna, znana teatralnej publiczności Moskwy przełomu wieków jako Labunskaja. Jej mąż, Wasilij Peterson, z pochodzenia Szwed, i tym razem przyznał żonie rację. Podział ról w rodzinie Petersonów był jasny: on, dyrektor banku, przychylał nieba swoim dwóm kobietom, a Aleksandra dzięki arystokratycznemu pochodzeniu zapewniała mu miejsce na wysokim szczeblu rosyjskiej socjety. Ich córka Eugenia – Żenioczka – dorastała w dobrobycie okraszonym atmosferą artystycznej bohemy. Matka uznała, że rodzinna Ryga to dla jej córki za mało, więc wysłała ją do prywatnej szkoły do samego Petersburga. Jest rok 1917, chwilę przed rewolucją, ale Eugenia nie interesuje się polityką: ma na głowie maturę i egzaminy do szkoły aktorskiej w Moskwie. Wykładowcy są zgodni: panna Peterson ma charyzmę i prezencję.

Cały ten cyrk

Rewolucyjna zawierucha sprawiła, że zamiast podbijać sceny carskiej Rosji, musiała spakować walizki. Uciekła najpierw do Rygi, a potem z matką przez Polskę do Berlina. Ojciec zginął w zawierusze wojny domowej, nigdy nie dowiedziały się, co się z nim stało. Eugenia szybko dołączyła do działającego w stolicy Niemiec zespołu rosyjskiego teatru Jakowa Jużnego Niebieski Ptak.

„Literatura teozoficzna” – głosiło ręcznie napisane ogłoszenie przyklejone do szyby wystawowej małej berlińskiej księgarni. Peterson zaintrygowana weszła do środka. Sprzedawca wręczył jej ulotkę: wynikało z niej, że kontrowersyjne Towarzystwo Teozoficzne, któremu przewodniczyła słynna angielska działaczka Annie Besant, miało wkrótce kongres w holenderskim mieście Ommen. Teozofowie propagowali komparatywne studia nad różnymi religiami i systemami filozoficznymi, skupiając ludzi różnych wyznań. Jednym z gości kongresu miał być hinduski poeta i filozof Jiddu Krishnamurti. „Nie mam pojęcia dlaczego, ale wiedziałam, że muszę tam pojechać” – będzie wspominać po latach Eugenia. Kulturą Indii fascynowała się już jako nastolatka, od kiedy wpadła jej w ręce książka „Filozofia jogi i wschodniego okultyzmu (14 lekcji)” – jedna z pierwszych pozycji w Europie o tradycjach indyjskiego subkontynentu. W posiadłości pewnego holenderskiego teozofa w Ommenie przywitał ją niezwykły widok: cztery tysiące ludzi koczujących w namiotach zgłębiało tajniki medytacji i studiowało stare indyjskie teksty filozoficzne. Z kuchni polowych unosił się zapach nieznanych jej przypraw, którymi doprawiano wegetariańskie dania. „Jak można jeść tę trawę? Zaraz po powrocie do domu zrobię sobie porządny befsztyk” – obiecywała sobie Eugenia. Kongres uznała za ekscentryczny cyrk. Do momentu, kiedy ostatniego wieczoru usłyszała dochodzący z pobliskiego zgromadzenia przy ognisku hymn śpiewany w sanskrycie. To śpiewał Krishnamurti, którego bezskutecznie szukała w obozie przez cały tydzień. „Miałam wrażenie, że słyszę zapomniane wołanie – odległe, lecz znajome. Ten jeden moment był zwrotnym punktem w moim życiu” – napisze w jednej ze swoich książek.

Niebiańska bogini

Tymczasem jej kariera aktorska nabierała rozpędu. Grała przy wypełnionych salach, objechała z zespołem Europę, do garderoby przynoszono bukiety kwiatów od adoratorów. Jeden z nich, bankier Herman Bolm, proponuje jej małżeństwo. Praktyczna Eugenia widzi w tym szansę na spełnienie swoich marzeń. Przyjmuje oświadczyny pod jednym warunkiem: zanim wezmą ślub, Bolm musi zapłacić za jej samotną podróż do Indii. Narzeczony przystał na ten kaprys przekonany, że zmęczona biedą, brudem i upałem Żenioczka wróci stamtąd jak niepyszna prosto w jego ramiona.

W ciągu trzech miesięcy zdołała przejechać całe Indie, z południa na północ. Biała kobieta podróżująca samotnie budziła w brytyjskich Indiach niezdrową sensację, więc Peterson zaczęła ubierać się jak Hinduski. Nosiła sari, sandały, siadała na ziemi, jadła rękami. Nocowała w tanich pensjonatach dla miejscowych. Zaczęła uczyć się hindi.

Już pierwszego dnia po jej powrocie do Europy stęskniony Bolm zabiera ją do restauracji. Przy deserze Eugenia zdejmuje z palca pierścionek zaręczynowy i dławiona poczuciem winy tłumaczy, że nie może zostać jego żoną: „Mam nadzieję, że zrozumiesz. Mój dom jest tam”.

Sprzedała wszystko, co miała: futra, rodową biżuterię, klejnoty i prezenty od adoratorów. Szacowała, że pieniędzy powinno jej wystarczyć na podróż i pół roku życia w Indiach. „A co potem? Indie? Kogo ty tam znasz?” – dopytywała się jej zaniepokojona matka. „Nikogo” – odparła Eugenia. „Nauczę się tradycyjnego indyjskiego tańca. Może zagram w filmie?”.

Indra Devi - pierwsza dama jogi
Indra Devi z matką, późne lata 40. (Fot. dzięki uprzejmości Fundación Indra Devi)

Pierwszy punkt planu okazał się łatwy do wykonania. Zaraz po przyjeździe prosi o lekcje znaną tancerkę i aktorkę hinduską Enakshi Rama Rau. Już po kilku zajęciach nauczycielka stwierdziła, że edukacja Eugenii dobiegła końca: „Nie umiem tego wytłumaczyć, ale ty już wszystko umiesz!”. Towarzyskie wsparcie oferowali teozofowie, których główna siedziba mieściła się w Adyar. Eugenia była tam częstym gościem, czasem tańczyła dla zebranych. Tam poznała znanego polityka Jawaharlala Nehru, z którym połączyła ją przyjaźń. W Adyar zauważył ją też reżyser Bhagwati Mishra, który zaproponował jej rolę w filmie „Arabski rycerz”. Oczywiście, się zgodziła – jej portfel był coraz cieńszy, a gaża za rolę nie do pogardzenia. Film wszedł na ekrany w 1930 roku, w napisach końcowych nie figurowała jednak żadna Eugenia Peterson. Mishra upierał się, żeby aktorka przybrała hinduski pseudonim. „Masz tu listę imion, wybierz na chybił trafił”. Stuknęła palcem w podsuniętą kartkę. „Co to znaczy?” „W sanskrycie to niebiańska bogini. Dobry wybór”. Tak właśnie narodziła się Indra Devi.

Małżonka

„To najbardziej pożądany i zatwardziały kawaler w Bombaju” – przedstawiono jej Jana Strakatiego, 40-letniego pracownika czeskiego konsulatu. Już po kilku miesiącach wzięli ślub przed obliczem czeskiego ambasadora. Trudno było nie zauważyć, że nowa, ekscentryczna żona Jana nie pasowała do kręgów dyplomatycznych. Co prawda tak jak inne panie wydawała podwieczorki, bywała na wyścigach konnych i rautach, ale wciąż widywano ją, jak ubrana w sari sama przemierza ulice Bombaju. Bywała w domu pisarza Rabindranatha Tagore, spotykała się z członkami indyjskiego ruchu emancypacyjnego. Kategorycznie odmówiła zerwania towarzyskich kontaktów ze swoimi hinduskimi przyjaciółmi. U siebie w domu podejmowała Hindusów ze wszystkich kast, dając środowisku europejskich ekspatów tematy do ciągłych plotek. Gorset konwenansów uwierał ją coraz bardziej. „Czy po to tu przyjechałam? Żeby być panią na salonach […]? Zrozumiałam, że muszę wrócić do początku, zacząć wszystko od nowa. Ale nie wiedziałam jak” – wspominała. Sytuacji nie poprawiał fakt, że zaczęła chorować na serce. Mdlała, spędzała całe dnie w łóżku, a lekarstwa zalecane przez europejskich lekarzy nie przynosiły żadnych skutków. W nadziei na skuteczną terapię Jan zawiózł ją do Pragi. Kardiolog spojrzał na jej napuchniętą, bladą twarz i rozłożył bezradnie ręce. „Nie potrafię pani pomóc, ale przecież mieszka pani w Indiach. Proszę porozmawiać z joginami – oni potrafią zdziałać cuda”.

Tylko dla Hindusów

Do spotkania z najsłynniejszym wówczas guru jogi Sri Krishnamacharyą Indra przygotowywała się kilka godzin. Listownie poprosiła go o przyjęcie na kurs, chciała wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Ale guru nawet nie spojrzał jej w oczy. „Nie przyjmę do siebie kobiety, i to na dodatek cudzoziemki. Joga jest tylko dla mężczyzn i tylko dla Hindusów”. Był stanowczy, ale nie wiedział, z kim przyszło mu się zmierzyć. „Umiał zatrzymać bicie swojego serca, wyłączyć siłą myśli światło i zapalić je ponownie. Nie umiał tylko jednego: pozbyć się mnie” – śmiała się Devi. Wykorzystała swoją znajomość z maharadżą Mysore, który przekonał guru, aby dał jej szansę. Krishnamacharya niechętnie się zgodził, ale ostrzegł Indrę, że nie będzie miała taryfy ulgowej. Tak jak wszyscy jego uczniowie ma przejść na dietę wegańską, zrezygnować z cukru, mąki, ryżu, konserw. Cebula czy marchew też były zakazane, w ośrodku jadło się tylko te warzywa, na które „padły promienie słońca”. Nie wolno było ogrzewać się przy ogniu, pobudka była przed wschodem słońca, a o dziewiątej wieczorem wszyscy już spali. Indra była zdeterminowana, postanowiła zignorować niewygody. Schudła, nabrała energii, a guru, widząc jej wytrwałość, zaczął udzielać jej indywidualnych lekcji. Wszystkie symptomy jej choroby zniknęły. Krishnamacharya obstawał, żeby Devi zapisywała wszystko, czego ją uczył. Za zamkniętymi drzwiami instruował ją w asanach, ćwiczeniach oddechowych, wyjaśniał przesłanie starych tekstów filozoficznych.

W dniu, gdy Jan Strakati dowiedział się, że zostanie przeniesiony na placówkę w Szanghaju, guru zawołał do siebie Indrę. „Opuszczasz nas. Będziesz uczyć jogi. Jesteś gotowa”. Była przekonana, że jej mistrz się myli. Albo sobie z niej żartuje. Na statku do Szanghaju zrozumiała jednak, że nie ma już ochoty odgrywać roli konwencjonalnej żony dyplomaty.

Postanowiła oddać biednym swoje suknie i na stałe chodzić tylko w sari. Pierwsze kroki w kosmopolitycznym Szanghaju skierowała do najbardziej prestiżowego salonu politycznego miasta: do domu Song Meiling – żony Czang Kaj-szeka, przywódcy Kuomintangu. Song, entuzjastka jogi, zaproponowała Devi prowadzenie u niej zajęć dla Chińczyków i zainteresowanych Europejczyków i Amerykanów. 1939 rok zapowiadał się ekscytująco: wykłady i zajęcia Indry cieszyły się ogromną popularnością, a studenci zaczęli zwracać się do niej mataji – matko nauczycielko. Mało kto wiedział, że żona czeskiego dyplomaty prowadzi też po godzinach lekcje w sierocińcach i przytułkach dla ubogich.

Hollywood i hotel Sowiet

Koniec drugiej wojny światowej zastał Indrę, gdy znów odwiedzała Indie. Jan, odwołany czasowo do Europy, umarł na zawał kilka miesięcy wcześniej. Devi porządkuje sprawy majątkowe, ale nie wie, co robić dalej. Chiny stały się zbyt niestabilne politycznie, sytuacja w Indiach też rokuje rychłe zmiany. A może wsiąść na statek i popłynąć w nieznane? „Ameryka? A kogo pani tam zna?” – pada pytanie w konsulacie USA w Bombaju. „Nikogo. Kiedyś już zadano mi to pytanie…”.

Jej sława ją wyprzedziła. „Założenie szkoły jogi w Hollywood? Fantastyczny pomysł!” – nie kryła entuzjazmu Elizabeth Arden, która o słynnej Devi słyszała od znajomych. „Królowa kosmetyków” poprosiła Indrę o opracowanie kilku relaksacyjnych ćwiczeń. Proponowała je swoim klientkom. „W większości przypadków ludzie chcą kopiować zwyczaje i upodobania swoich idoli” – pisała Devi w bestsellerowej książce „Yoga for Americans” [Joga dla Amerykanów] – „Dlatego tak wielu zaczęło ćwiczyć jogę tylko dlatego, że robiła to Gloria Swanson, Yehudi Menuhin, Ben Gurion czy Nehru”.

Na nauki do Indry przychodziła śmietanka Fabryki Snów: oprócz Swanson na liście uczniów znaleźli się m.in. Greta Garbo, Yul Brynner i Marilyn Monroe. W wolnych chwilach Devi udzielała też darmowych lekcji zwykłym śmiertelnikom: sprzedawczyniom, gospodyniom domowym czy robotnicom z fabryk. Z czasem opracowała system asan, ćwiczeń medytacyjnych i relaksacyjnych dostosowany do potrzeb swojej amerykańskiej klienteli. Wyszła ponownie za mąż za lekarza Siegfrieda Knauera, który przyjął rolę jej asystenta. W 1953 roku otrzymała amerykańskie obywatelstwo. W nowym paszporcie w rubryce „imię i nazwisko” po raz pierwszy mogła wpisać: Indra Devi.

„Odważna kobieta postawiła Kreml do góry nogami” – krzyczały nagłówki amerykańskich gazet w 1960 roku. Devi po 40 latach od wyjazdu z Rosji wybrała się w podróż do Związku Radzieckiego. Interesowało ją tylko jedno: czy w kraju jej młodości uprawia się jogę? Sowieccy dyplomaci w Los Angeles zaproponowali, żeby przekonała się na własne oczy. W ambasadzie Indii w Moskwie natknęła się na dawnego znajomego z Bombaju. „Wspaniale, że przyjechałaś! Oni tu myślą, że joga to religia…” Ambasador Indii zaaranżował spotkanie z radziecką wierchuszką: na przyjęcie w hotelu Sowiet przyjechał sam minister spraw zagranicznych Aleksiej Gromyko. W dwugodzinnym wykładzie Devi starała się wytłumaczyć, czym jest joga. „Wielu myśli, że to religia. Innym wydaje się, że ma coś wspólnego z magią, sztuczkami na linie, siedzeniem na gwoździach, leżeniem na tłuczonym szkle, połykaniem ognia czy zaklinaniem węży. Kojarzona jest z przewidywaniem przyszłości, hipnozą czy spirytyzmem. W rzeczywistości joga to metoda. Droga do fizycznego, intelektualnego i duchowego rozwoju” – klarowała Indra. Pod koniec wykładu Gromyko wstał i wzniósł na jej cześć toast. „Za Indrę Devi, która otworzyła nasze oczy na jogę!”.

Mataji spodziewała się pewnie, że następnego dnia dziennikarze i przyszli studenci zasypią ją listami i telefonami. Nic z tego. Opuści ZSRR rozczarowana.

Od pierwszego wejrzenia

W rok po powrocie ze Związku Radzieckiego przenosi się wraz z mężem na ranczo w Meksyku, gdzie zakłada centrum treningowe dla nauczycieli jogi. Udziela lekcji, pisze kolejne książki, kilka razy w roku odwiedza Indie.

Po śmierci drugiego męża zamierzała nawet przenieść się tam na stałe, ale zobowiązania wzywały ją najpierw do Argentyny, miała tam wygłosić serię wykładów. „Wiedziałam o was tyle, że macie tango i Ziemię Ognistą” – śmiała się przed kamerami w studiu telewizyjnym w Buenos Aires. To była miłość od pierwszego wejrzenia: Argentyńczycy pokochali charyzmatyczną starszą panią, a ona straciła głowę dla ich stolicy. „Przenoszę się tam na stałe” – oświadczyła po powrocie do Meksyku. „A co z przyjaciółmi? Twoim centrum? Uczniami? Kogo ty znasz w Argentynie?”.

„Nikogo”.

Została tam już do śmierci, za to swoje 91. urodziny obchodziła w Rosji. Moskwa w 1990 roku wyglądała już jak inne miasto. Tym razem Indra nie mogła opędzić się od łowców autografów i fanów. Gospodarz popularnego telewizyjnego show, w którym miała gościć, przeraził się, gdy usłyszał, ile Devi ma lat. Czy ktoś pomoże jej wejść na drugie piętro, gdzie mieści się studio? Ku zdumieniu ekipy Indra, wciąż udzielająca dwóch lekcji jogi dziennie, wbiegła lekko po schodach i usadowiła się na kanapie w pozycji lotosu.

Przez kolejne dziewięć lat będzie podróżować po najdalszych zakątkach globu, zarażając ludzi pasją do jogi. Swoje setne urodziny obchodziła w ukochanym Buenos Aires z trzema tysiącami gości. Planowała kolejne wizyty w Indiach, w Europie Wschodniej, w Afryce. Raptownie pogarszający się stan zdrowia jej na to nie pozwolił. Umarła na kilka dni przed swoimi 103. urodzinami, 25 kwietnia 2002 roku. Jej prochy rozsypano nad Rio de la Plata.

Korzystałam z książki Indry Devi „Yoga for You” i z materiałów fundacji Indry Devi.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  • Polecane