1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Psychologiczne skutki ostracyzmu w pracy

Psychologiczne skutki ostracyzmu w pracy

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Pracownicy, którzy są wykluczani z grupy, doświadczają szkodliwych napięć psychicznych, skutkujących emocjonalnym wyczerpaniem i obniżoną wydajnością pracy.

Wyniki badań, opublikowanych w Journal of Studies Management, dowodzą że ostracyzm w miejscu pracy, jest wyjątkowo okrutną formą znęcenia się. Polega ona na ignorowaniu jednostki, dawaniu sygnałów, że nie jest częścią grupy czy zespołu w miejscu pracy. Prowadzi to do odczuwania dużego stresu psychicznego, którego efektem może być nawet depresja. Zbadano, że tam gdzie stosowano ostracyzm, większa była rotacja pracowników oraz nastąpiło pogorszenie ich zdrowia.

Okazuje się, że człowiek ma w sobie dużą potrzebę przynależności i współpracy. Wykluczenie powoduje załamanie poczucia własnej wartości. Niewiele jednostek jest w stanie wyjść z ostracyzmu bez szkody dla psychiki. Badania wskazały, że najczęstszą i najskuteczniejszą obroną jest ucieczka, czyli zmiana pracy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozwiązywać konflikty w pracy w duchu wzajemnego zrozumienia?

Odmienności pomiędzy pracownikami prowadzą nieraz do napięć i nieporozumień. (Fot. iStock)
Odmienności pomiędzy pracownikami prowadzą nieraz do napięć i nieporozumień. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zespoły są zwykle silne i motywujące, ale w pracy różnie bywa. Choć łączy nas wspólny cel, to każdy inaczej wyobraża sobie do niego drogę. Te odmienności prowadzą nieraz do napięć i nieporozumień między współpracownikami. Trenerka komunikacji empatycznej Ewa Orłowska radzi, jak je rozwiązywać w duchu wzajemnego zrozumienia.

Granice empatii

Nasz zespół to same kobiety. Mamy dużo pracy, ale jesteśmy doskonale zorganizowane, więc w zasadzie wszystko układa się dobrze. Problemem jest to, że jedna z koleżanek od dłuższego czasu ma poważne kłopoty w domu. Ze szczegółami i dużo opowiada o kłótniach z mężem, który ją zdradza, nieporozumieniach z dziećmi, spłatach kredytu itp. Zabiera nam to sporo czasu i energii. Sytuacja życiowa koleżanki jest trudna, naprawdę jej współczuję, zresztą wszystkie czujemy podobnie, ale to trwa już tak długo, że, szczerze mówiąc, jestem tym zmęczona. Jak jej powiedzieć, by mniej angażowała nas w swoje życie prywatne, a jednocześnie nie urazić? Emilia, 42 lata

Ewa Orłowska: Rozumiem, że koleżanki czują empatię i chęć pomocy wobec tej z nich, która właśnie się rozwodzi. W takich sytuacjach na początku słuchamy, dopytujemy, pocieszamy. Ale z czasem, jeśli nie możemy realnie pomóc, zaczynamy się wypalać, bo takie rozmowy zabierają energię i mnóstwo czasu. Zaczynamy unikać takiej osoby, a czasem z nadmiaru negatywnych emocji coś nieprzyjemnego jej powiemy albo nawet obgadamy ją na boku. To rodzi konflikt wewnętrzny, a stąd tylko krok do kryzysu w grupie. W tej sytuacji warto się zastanowić, co można zrobić, żeby jednocześnie nie ucierpiała ani relacja z koleżanką, ani praca.

Radziłabym pani najpierw rozeznać się w tym wewnętrznym konflikcie. Zapytać samą siebie: co mnie skłania do tego, żeby słuchać koleżanki, a co mnie już w jej zachowaniu złości? Po uświadomieniu sobie tych dwóch faktów dobrze jest zainicjować rozmowę z koleżanką, w której najpierw pokaże jej pani, że poruszają ją jej opowieści i odzwierciedli jej uczucia. To da koleżance poczucie, że nie jest sama ze swoim problemem, bo ktoś widzi i słyszy, co się u niej dzieje, a to przynosi zwykle ogromną ulgę. Potem może pani zapytać, czy można jej w jakiś sposób pomóc, lub samej złożyć jakąś propozycję – wspólnego wyjścia do kawiarni czy na wystawę albo nawet (jeśli to będzie możliwe dla was obu) wyjazdu na weekend do SPA. Istotne jest, żeby ukazać, że pani intencją jest zadbanie zarówno o koleżankę, jak i o siebie, bo przecież nadal razem pracujecie, a w pracy chodzi w dużej mierze o efektywność całego zespołu. Teraz może pani przedstawić propozycję realizacji w praktyce tego, o czym pani powiedziała. Na przykład umawiamy się, że rano przez kwadrans pijemy herbatę i rozmawiamy o swoich problemach, a potem do lunchu pracujemy. Przy czym co drugi dzień przy herbacie opowiadamy sobie, co dobrego nam się przydarzyło. Bo ważne jest, na co kierujemy uwagę. Nie chodzi o to, żeby zaprzeczać, że komuś jest trudno, tylko zauważyć, że równocześnie istnieją pozytywne aspekty życia.

Dialog z koleżanką może pani zacząć w następujący sposób: „Kasiu, chciałabym z tobą przez chwilę porozmawiać. Zauważyłam, że rozmowy o twoich problemach z mężem mocno mnie angażują. W związku z twoimi sprawami przeżywam wiele emocji – od rozczulenia do złości. Czasem trudno mi potem wrócić do pracy i skupić się na tym, co mamy do zrobienia, a to dla mnie szalenie ważne. Mam taki pomysł – chciałabym, abyśmy miały czas na dzielenie się tym, co dla nas istotne (szczególnie gdy któraś ma trudny moment w życiu), ale też zależy mi na zadabaniu o spokój i energię do pracy. Powiedz mi, jak ci się podoba taka propozycja: robimy sobie przerwę na rozmowę np. przy kawie rano, a później skupiamy się na pracy? Jak myślisz? Równocześnie chcę ci powiedzieć, że chętnie spotkam się z tobą po południu czy w weekend, gdybyś miała na to ochotę. Kontakt z tobą jest dla mnie ważny i chciałabym go pielęgnować. Co ty na to? Masz ochotę?”.

Pozytywny przekaz

Pracuję w agencji mediowej. Nasz zespół często realizuje dwa lub trzy projekty równocześnie. Ważna jest dla nas organizacja pracy, terminowość i elastyczność. Na szczęście jesteśmy zgranym i zdyscyplinowanym zespołem... Poza jednym z grafików, który jest doskonałym specjalistą, ale odkłada wszystko na ostatnią chwilę. Zaczyna pracować dopiero, kiedy zbliżają się terminy zamknięcia projektów, i dziwi się, dlaczego panikujemy, skoro jest jeszcze tyle czasu. Mówiliśmy mu, że tak nie może być, bo jest ważnym ogniwem w łańcuchu i przez niego inni muszą potem siedzieć wieczorami, ale to nic nie zmienia. Już kilka razy tuż przed oddaniem projektu było bardzo stresująco. Zależy nam, żeby go mieć w zespole, bo generalnie dobrze nam się pracuje. W jaki sposób możemy go przekonać, żeby zmienił swoje postępowanie? Zuzanna, 34 lata.

E.O.: Rozmowę z grafikiem najlepiej przeprowadzić po zakończeniu zadania, kiedy wszyscy mają w pamięci fakty, na które mogą się łatwo powołać. Zaczynamy od tego, co daje nam radość i satysfakcję – może każdy z zespołu będzie chciał powiedzieć o tym, z czego szczególnie jest zadowolony. Możemy też zwrócić się tylko do kolegi grafika w rozmowie jeden na jeden, zaczynając od tego, co mnie jako menedżerowi czy koleżance spodobało się w jego projekcie. „Hej, Jacek, ale dałeś czadu z tym projektem – podobał mi się ten twój plakat, kolory piękne, no i oryginalność! Nie wiedziałam, że tak szybko coś tak fajnego może powstać. Gratuluję! A ty z czego jesteś zadowolony?”. Po takim początku możemy się wspólnie ucieszyć się z tego, uśmiechnąć i odprężyć.

Teraz przechodzimy do drugiej części. Ważne jest, żeby nie podważać pierwszej, dlatego nie wypowiadajmy od razu słowa „ale”, tylko zaakcentujmy współistnienie perspektyw, mówiąc „i” czy „w tym samym czasie”. Zgodnie z podejściem Porozumienia bez Przemocy można to zrobić w następujący sposób: „Skoro o tym rozmawiamy, to chcę ci powiedzieć jeszcze coś ważnego o mnie. W tym projekcie i w poprzednim oddałeś swoją część na 24 godziny przed terminem, a umawialiśmy się, że będzie to dwa dni wcześniej. To mnie stresuje, bo nie mam pewności, że dotrzymamy terminu i oddamy projekt najlepszej jakości, a w stresie gorzej pracuję. Nie umiem i nie chcę pracować do późna w nocy, potrzebuję wszystko spokojnie przemyśleć i poanalizować. Ponieważ nie jestem pewna, czy udało mi się jasno ująć w słowa, co dla mnie najważniejsze, proszę cię, powiedz mi, co usłyszałeś? Twój odbiór jest dla mnie ważny”.

Po tej części rozmowy lepiej nie spieszyć się z ustaleniami na przyszłość. Na nie przychodzi czas, gdy już wiemy, że wzajemnie się zrozumieliśmy i że druga osoba bierze nas pod uwagę. To ważne, ponieważ – jak dowodzą badania nad mózgiem – dopiero wzajemne dostrzeganie się rodzi gotowość do współpracy. Warto koledze dać przestrzeń, żeby powiedział, co mu się wydaje ważne. Potem można zaproponować dalsze ustalenia. „Proszę cię, pomyślmy wspólnie, co możemy zrobić, żeby każdy czuł się dobrze i na luzie, nawet ci, którzy nie pracują tak szybko jak ty i nie są odporni na stres. Czy możemy to zrobić jutro po lunchu?”. Warto też zaznaczyć: „Cenię sobie nasze dobre relacje w zespole, flow i uśmiech. Dlatego powiedz mi, czy, słysząc to, co powiedziałam, możesz  starać się trzymać zasady dwóch dni. Ważna jest dla mnie wymiana opinii i jakość finalnego produktu, a wtedy mamy na to czas”.

Na koniec możecie porozmawiać, jak wdrożyć wspólne rozwiązania, i umówić się na rozmowę o tym, czy udało się to zrobić.

Podstawy dobrych relacji

Najlepiej budować zespół na tym, co cieszy i krzepi, a nie na tym, co dzieli. Dlatego:
  • Zacznij od uznania dla siebie. Gdy coś ci się uda, zauważ to i powiedz sobie: „Dobra robota!”. Jeśli będziesz tak robić regularnie, twoje zadowolenie z pracy będzie mniej zależało od uznania innych ludzi, szefów czy nagród. Poczujesz się wewnętrznie silny i bardziej wolny. To zredukuje twoją reaktywność, czyli wrażliwość na opinie innych, będziesz bardziej chętny do kontaktów z ludźmi. Relacje w zespole staną się bardziej świadome, ponieważ wszyscy będą czerpali z tej części mózgu, w której mamy dostęp do świadomego decydowania, do swoich wartości i do wiedzy, jakie konsekwencje mogą przynieść nasze słowa.
  • Dziel się z ludźmi tym, co w nich lubisz i doceniasz, równocześnie wskazując na to, jakie twoje potrzeby to zaspokaja, zamiast komunikować, co ci w innych nie pasuje – to podstawa Porozumienia bez Przemocy. Przecież każdy z nas chce być zauważony, chce, żeby było jasne, że jest wartościowy w zespole.
  • Zawsze otwarcie mów o swoich potrzebach – potrzeby są uniwersalne, dlatego słysząc o twoich, rozmówca może uświadomić sobie także własne, a to stanie się waszym wspólnym polem do porozumienia.
  • Pamiętaj, że wszyscy jesteśmy wrażliwi na innych, dużo odczytujemy z mowy ciała, a intencje przekazywane są poza słowami. Chodzi o to, żeby otworzyć się na całość sytuacji.
Ewa Orłowska, trenerka Porozumienia bez Przemocy, nauczycielka mindfulness dla dorosłych, młodzieży i dzieci.

  1. Zdrowie

Menu dla mózgu. Co jeść w pracy, by być zdrowym i efektywnym?

To, co jemy, wpływa na kondycję fizyczną i psychiczną. Jeśli nie dostarczamy swojemu mózgowi dobrego paliwa, pozbawiamy go energii, potrzebnej nie tylko do myślenia, ale i kontroli emocji. (Fot. iStock)
To, co jemy, wpływa na kondycję fizyczną i psychiczną. Jeśli nie dostarczamy swojemu mózgowi dobrego paliwa, pozbawiamy go energii, potrzebnej nie tylko do myślenia, ale i kontroli emocji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nikogo nie dziwi, że urządzenia nie pracują bez zasilania, ale od umysłu wymagamy, żeby „na głodnego” był ostry jak brzytwa. Tymczasem bez jedzenia nie jesteśmy w stanie logicznie myśleć ani rozwiązywać problemów. Dietetyczka Aneta Łańcuchowska-Jeziorowska przekonuje, że przygotowywanie zdrowych posiłków do pracy zwyczajnie się nam opłaca!

Co najczęściej jadasz w pracy? To, co wcześniej przygotuję. Nie liczę na to, że gdy już dopadnie mnie głód, szybko wyskoczę do sklepiku. To, co mogę znaleźć w sklepie w pobliżu, nie spełnia moich oczekiwań. Dlatego zawsze zabieram ze sobą jogurt, owoce, nasiona i otręby.

Znowu te otręby. Byłam ostatnio w sklepie ekologicznym. Paczka otrębów kosztuje tyle co dobre kolorowe rajstopy. Można zbankrutować! To błędne myślenie. Właśnie wtedy, gdy jesteś nieprzygotowana, kupisz byle gdzie, byle co, przepłacisz i na dodatek wcale się nie najesz. Zdrowo wcale nie znaczy drogo. Nie musisz kupować otrębów ekologicznych, a poza tym worek otrębów starczy ci na wiele tygodni. Przecież nie zjesz ich od razu.

A już myślałam, że mój ekonomiczny argument będzie trafiony. W takim razie nie rozmawiajmy o pieniądzach, tylko o emocjach i nawykach. Podczas wakacji jadałam regularnie i zdrowo, ale po powrocie z urlopu wszystkie złe nawyki wróciły. Co robić, żeby nie wejść w niezdrowe żywieniowe kapcie? Jeść regularnie, nie ma innego wyjścia.

Masa roboty. W domu trzeba myśleć, co jesz, w pracy też... A może wykorzystać osiem godzin w biurze na naturalną głodówkę, czyli oczyszczenie organizmu? Co sądzisz o takim rozwiązaniu? Fatalne! Ośmiogodzinna głodówka, i to w pracy, podczas wysiłku intelektualnego, gdy zapotrzebowanie energetyczne jest bardzo duże, to najgorsze, co możesz sobie zrobić. Nie będziesz mogła normalnie funkcjonować, a co dopiero myśleć.

A mogę wyjść do pracy bez śniadania? Możesz, ale tylko jeśli masz do niej bardzo blisko i zjesz coś od razu po przyjściu. Śniadanie należy zjeść w ciągu godziny po obudzeniu się. Jeśli wypijesz kawę i przez trzy czy cztery godziny nic nie zjesz, to będziesz tak głodna, że w końcu rzucisz się na jakiekolwiek jedzenie. Zjesz znacznie więcej niż potrzebujesz i pięknie zasilisz swoją tkankę tłuszczową.

Wszystko opiera się na regularnym odżywianiu, ale w pracy czasem nie mam dosłownie chwili, by odejść od komputera. Mogę jeść przy biurku? Posiłki powinno się jeść w spokoju. Bez telewizji, nawet bez radia, bez czytania, powoli i w dobrej atmosferze. Wtedy szybciej się najadamy i jedzenie daje nam satysfakcję. Gdy czytasz coś i jednocześnie jesz, to jakbyś wrzucała jedzenie do worka bez dna. Mózg tego nie rejestruje. Na pewno słyszałaś, że najadamy się dopiero po 20 minutach konsumowania, bo wtedy mózgu odbiera sygnał „było jedzone”. Jeśli mózg nie dostanie takiej informacji, upomni się o pokarm. Gdy więc jemy w pośpiechu lub robimy jednocześnie coś innego, w praktyce zjadamy dużo więcej niż potrzebujemy.

Skoro mamy jeść w spokoju, czy to znaczy, że w pracy powinnam siadać przy stoliku sama? Jeśli będzie nas więcej, na pewno będziemy rozmawiać o pracy i od razu się zdenerwuję. Jeśli wiesz z góry, że się zdenerwujesz, to unikaj drażliwych tematów. Powtarzam: posiłki powinno spożywać się w spokojnej atmosferze, oczywiście miłe towarzystwo jest jak najbardziej wskazane.

Kiedy mam do załatwienia stresującą mnie sprawę, jakiś problem albo chcę tupnąć nogą o podwyżkę, to powinnam to zrobić przed jedzeniem czy po nim? Zdecydowanie po jedzeniu. Takie sprawy załatwiaj po przerwie obiadowej. Mózg jest wtedy odpowiednio odżywiony, reaguje stosownie do sytuacji, poziom stresu również jest na odpowiednio niskim poziomie.

Skoro nie głodówka i nie zjadanie czegoś, co się kupiło w sklepiku blisko pracy, to może najlepszym pomysłem byłoby wykorzystanie czasu w pracy na jedzenie owoców? Ludzie jedzą przecież ich zdecydowanie za mało… To też nie jest dobry pomysł. Owoce nie służą do tego, żeby się nimi zapychać, bo wprawdzie zawierają witaminy, ale też duże ilości cukrów prostych. Ktoś, kto uważa, że zdrowo się odżywia, bo kupuje kilogram gruszek i podjada je przez cały dzień, tak naprawdę źle się odżywia. Nadmiar cukrów prostych doprowadzi do tego, że rozhuśtamy gospodarkę cukrową w organizmie i przez to będziemy nieustannie głodni. Owoce są wskazane na początku dnia, nigdy na kolację. Po pracy koniecznie zjedzmy ciepły posiłek.

Czyli nie ma wyjścia – trzeba po prostu zawczasu pomyśleć o tym, co jutro zabierzemy do pracy… …dodam jeszcze, że najważniejsza jest konstrukcja naszego posiłku. Kto nauczy się prawidłowej konstrukcji, będzie mógł raz na zawsze pożegnać swoje problemy żywieniowe.

Masz na myśli wyznaczanie stałych godzin posiłków? Nie. Mam na myśli prawidłowe komponowanie każdego zjadanego dania. Powinnaś nauczyć się myśleć o swoim posiłku jak dajmy na to – o konstrukcji solidnego budynku, która uniesie wszystkich jego mieszkańców. Każdy twój posiłek powinien składać się z węglowodanów, białka, warzyw i owoców. Węglowodany to na przykład razowe, ciemne, pełnoziarniste pieczywo, nieoczyszczony ryż, makaron z mąki razowej czy wafle z niełuskanego ryżu. Białka dostarczysz do swojej diety z produktów zwierzęcych lub roślinnych, takich jak mięso, ryby, jaja, sery, produkty mleczne czy warzywa strączkowe. Warzywa i owoce są z kolei nie tylko bogate w błonnik, ale też zawierają mnóstwo witamin i składników mineralnych, bez których dieta nie byłaby odpowiednio zbilansowana. W okresie jesienno-zimowym spokojnie możesz wzbogacić menu o kiszonki i mrożone warzywa.

Podasz przepis na szybkie, tanie i dobrze skonstruowane danie do pracy? Wstajesz, nastawiasz wodę i gotujesz kaszę. Na garnku kładziesz sitko, a na nim brokuły. Szykujesz się spokojnie do pracy, a w tym czasie robi się danie. Gotową kaszę i brokuły przekładasz do pudełka, dokładasz tuńczyka, łososia lub mięso drobiowe. Do tego zabierasz dodatkową porcję warzyw. Tanio, szybko i zdrowo.

I stało się jasne, dlaczego nie dałaś się zdenerwować moimi pytaniami… Ty też nie będziesz się niczym denerwować, jeżeli twoja dieta będzie odpowiednio zbilansowana. To, co jemy, wpływa na kondycję fizyczną i psychiczną. Jeśli nie dostarczamy swojemu mózgowi dobrego paliwa, pozbawiamy go energii, potrzebnej nie tylko do myślenia, ale i kontroli emocji.

Aneta Łańcuchowska-Jeziorowska specjalistka ds. żywienia, dyplomowana dietetyczka. Właścicielka Poradni Dietetycznej „hälsa”, blogerka kulinarna, propagatorka zdrowego, smacznego jedzenia. Autorka książki „Zdrowe wody, czyli pyszne wody smakowe i izotoniki” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Materiał partnera

Top Employers Polska 2021: 12. edycja Programu w Polsce – 67 laureatów

(Fot. materiały pratnera)
(Fot. materiały pratnera)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dwunasta edycja programu wyłoniła 67 laureatów – liderów w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi.

Top Employers Institute od 30 lat bada pracodawców na całym świecie pod kątem prowadzonej przez nich polityki personalnej. Tytuł Top Employer otrzymują tylko firmy, które pozytywnie przejdą szczegółowe badanie i proces weryfikacji. W 2021 roku Top Employers Institute przyznał ten tytuł prawie 1700 organizacjom w 120 krajach.

Wśród laureatów są 2 organizacje, które są w programie od 12 lat, 25 firm nieprzerwanie od minimum 5 lat przystępuje corocznie do weryfikacji swoich strategii i polityk HR, zaś 10 organizacji to nowi uczestnicy. 47 organizacji spośród certyfikowanych 67 uzyskało prawo do posługiwania się nie tylko certyfikatem Top Employer Polska, lecz również Top Employer Europe. Top Employers 2021 pozytywnie wpływa na życie ponad dwustu tysięcy pracowników w Polsce.

Jak wynika z badania w tym roku głównym priorytetem dla polskich pracodawców są zmiany organizacyjne i kulturowe, na drugim miejscu - zaangażowanie pracowników, zaś na trzecim – rozwijanie umiejętności przywódczych.

Top Employers Polska 2021 (w kolejności alfabetycznej):

Accenture Polska, Alcon Polska, Alstom w Polsce, Amadeus Polska Sp. z o.o., Angelini Pharma Polska Sp. z o.o., ANWIL S.A., AstraZeneca Pharma Poland Sp. z o.o., Bank Gospodarstwa Krajowego, Bank Pekao S.A., bioMérieux Polska Sp. z o.o., BNP Paribas Bank Polska S.A., Boehringer Ingelheim, British American Tobacco Trading Polska, C.H. Robinson Polska S.A., Capgemini Polska Sp. z o.o., CHEP Polska, Chiesi Poland, Coca-Cola Poland Services Sp. z o.o. , DHL Express (Poland) Sp. z o. o., DHL Global Forwarding Poland, DHL Parcel Polska, EDP Renewables Polska, Electrolux Poland Sp. z o.o., Elica Group Polska, Emitel S.A., Faurecia Automotive Polska S.A., Grupa Kapitałowa PKP Energetyka, Grupa Saint-Gobain w Polsce, GroupM Poland, HCL Poland sp. z o.o., Huawei Polska Sp. z o.o., ifm ecolink Sp. z o.o., Imperial Brands w Polsce, ING Bank Śląski S.A., ING Tech Poland, ista Shared Services Polska, JTI Poland, KARMAR S.A., Kaufland Polska Markety Sp. z o.o. Sp. k., Lafarge, Lek S.A. Grupa Novartis, Lidl Polska, Makro Polska, Marelli (Polska), Medtronic Poland Sp. z o.o., Mercer, Mleczarnia Turek, MSD Polska, NatWest Polska, Nationale-Nederlanden, Novartis Poland, Orange, PageGroup, PepsiCo Consulting Polska Sp. z o.o., Perfetti Van Melle Polska Sp. z o.o., Polski Koncern Naftowy ORLEN S.A., PKO Bank Polski, Provident Polska S.A., PwC Polska, Sandoz Polska, SANOFI, Santander Bank Polska S.A., Santander Consumer Bank S.A., SAP Polska, Takeda Pharma; Takeda SCE, Worldline, Whirlpool Poland.

O Top Employers Institute: Top Employers Institute jest organizacją globalną, której celem jest wskazywanie pracodawców, dbających w możliwie najlepszy sposób o swoich pracowników. Siedziba główna TEI znajduje się w Amsterdamie, zaś 11 biur zlokalizowanych jest na całym świecie.

  1. Styl Życia

Jak wygląda świat zza kierownicy ciężarówki? Rozmowa z "trucking girl" Iwoną Blecharczyk

Gdy Iwona Blecharczyk trafiła za kierownicę tira, była pionierką w męskim świecie, a kobiecość ukrywała pod workowatymi ubraniami i wygoloną fryzurą. Dziś jej wideorelacje z tras oglądają miliony osób. (Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk)
Gdy Iwona Blecharczyk trafiła za kierownicę tira, była pionierką w męskim świecie, a kobiecość ukrywała pod workowatymi ubraniami i wygoloną fryzurą. Dziś jej wideorelacje z tras oglądają miliony osób. (Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Po roku pracy jako nauczycielka angielskiego trafiła za kierownicę tira. Dziesięć lat temu Iwona Blecharczyk była pionierką w męskim świecie, kobiecość ukrywała pod workowatymi ubraniami i wygoloną fryzurą. Dziś jej wideorelacje z tras oglądają miliony osób. A przede wszystkim czuje się spełniona. Skąd to poczucie i co jeszcze daje jej bycie „trucking girl”?

W dzieciństwie bawiła się pani samochodzikami czy lalkami? I jednym, i drugim. Wychowywałam się na wsi. Moi rodzice byli nauczycielami, ale oprócz tego pracowali w gospodarstwie. Gdy były żniwa, tata jechał kombajnem, a mama ciągnikiem z dwoma przyczepami. Zawsze była kobieca i o siebie dbała, a jednocześnie nie bała się zajęć, które można uznać za typowo męskie. Wymykała się stereotypom i mam to po niej.

Kobieta za kierownicą tira na pewno przełamuje stereotypy! Jak trafiła pani do takiej pracy? Z wykształcenia jestem anglistką i przez rok pracowałam jako nauczycielka. Ale to nie było to. Już na studiach razem z moim chłopakiem prowadziłam dwuosobową firmę transportową – jeździliśmy busem przez całą Europę aż do Anglii. Zawsze fascynowały mnie duże pojazdy, zwłaszcza amerykańskie ciężarówki. Moim zdaniem są piękne. Chciałam pracować jako kierowca, bo uwielbiam być w ruchu. Zrobiłam prawo jazdy na tira i zaczęłam szukać pracy. Nie było to łatwe, ale w końcu znalazłam firmę, która zaryzykowała i mnie zatrudniła.

Nie bała się pani ruszyć w trasę? Bałam się, i to jak! Może trudno w to uwierzyć, ale z natury jestem bardzo strachliwa. Całe życie się za kimś chowałam: za rodzicami, siostrą, chłopakiem. W pewnym momencie poczułam jednak, że tak dalej nie mogę. To była kwestia wyboru, czy zostanę ozdobą przy czyimś boku, czy będę żyć własnym życiem.

I co okazało się najtrudniejsze? Na początku wszystko było trudne i przerażające. Pierwszego dnia zjechałam z dwiema wielkimi walizkami do bazy i uświadomiłam sobie, że przez najbliższy miesiąc będę podróżować w niewielkiej naczepie z innym kierowcą… mężczyzną, którego nie znałam. Przeraziłam się, ale nie zrezygnowałam. Zresztą, jak to zwykle bywa, wszystko potoczyło się dobrze. Kolega okazał się cierpliwym nauczycielem, dał mi dużo wsparcia, nie było w nim ani grama szowinizmu. Dzięki niemu sporo się dowiedziałam nie tylko o prowadzeniu ciężarówki, ale też jak sobie poradzić w trasie choćby z jedzeniem.

Iwona Blecharczyk jako pierwsza Polka jeździła po tzw. wodowych szlakach, czyli zamarzniętych jeziorach w Kanadzie (na zdjęciu z sezonu Ice Road 2017/2018). (Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk) Iwona Blecharczyk jako pierwsza Polka jeździła po tzw. wodowych szlakach, czyli zamarzniętych jeziorach w Kanadzie (na zdjęciu z sezonu Ice Road 2017/2018). (Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk)

No właśnie, świat kierowców to typowo męskie towarzystwo. Jak się pani w nim odnalazła? Faktycznie to męski świat, a przy tym niezwykle zróżnicowany. Ciężarówkami jeżdżą mężczyźni po zawodówkach, emerytowani wojskowi, menedżerowie, którzy postanowili rzucić pracę w korporacji, czy księża, którzy zrzucili sutannę. Spotkałam się więc z rozmaitymi reakcjami. Jeszcze kilka lat temu kierowcy – nieprzyzwyczajeni do kobiet jeżdżących ciężarówkami – zwykle byli zszokowani na mój widok. Na początku trzymałam ich  na dystans: nosiłam za duże męskie ubrania, miałam wygolone pół głowy. Za wszelką cenę chciałam pokazać, że przyjechałam do pracy i nie oczekuję, że ktoś będzie coś za mnie robił. Jednocześnie, gdy jakiś kierowca proponował mi pomoc, nie odmawiałam, pamiętając, że być może pierwszy raz spotyka kobietę za kierownicą tira, i w zależności od tego, jak się zachowam, w przyszłości pomoże lub nie innej kobiecie. Widzę, że moje koleżanki, a jest ich coraz więcej, różnie radzą sobie z przewagą mężczyzn w transporcie. Niektóre próbują być męskie i bezpośrednie, dużo przeklinają i nie ma dla nich tematów tabu. Inne trzymają kolegów na dystans i lubią ich za wszystko strofować. Ja dziś pewnie jestem gdzieś pośrodku.

Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk

Ale nie ma już pani wygolonej głowy…

Po kilku latach przyszedł taki moment, że poczułam się swobodniej. Wiele się nauczyłam, nie musiałam już nikomu nic udowadniać i zaczęłam wracać do siebie. Dziś w trasie chętnie noszę odzież roboczą – to najwygodniejsze ubrania pod słońcem! Najczęściej się nie maluję, chyba że planuję nakręcić materiał do mediów społecznościowych albo mam ochotę poczuć się piękna. Za to w prywatnym samochodzie wożę sukienkę i szpilki na wypadek, gdyby miała mnie spotkać niespodziewana sesja zdjęciowa.

Przyznam, że bardzo mnie ciekawi, jak w trasie wyglądają kwestie higieny. Piszę o tym dużo w książce, która właśnie się ukazała. Kierowcy korzystają z łazienek na stacjach benzynowych, które w Europie są naprawdę w strasznym stanie. Zawsze są brudne, pytanie tylko, jak bardzo. Wiem, że Polacy mają tendencję do marudzenia i mówienia, że u nas wszystko jest fatalne, ale to nieprawda. Im bardziej na zachód i południe Europy, tym warunki dla kierowców są gorsze. Gdy wyjechałam na rok pracować w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, przeżyłam szok. Kierowcy mają tam zapewnione wręcz luksusowe warunki, na stacjach dostają ręczniki, łazienki są myte po każdej osobie. Kiedyś byłam przekonana, że niedogodności związane z kwestiami higieny są wpisane w ten zawód i tak po prostu musi być. Jednak od jakiegoś czasu przestałam się na to godzić i wiem, że nie jestem jedyna. Planowałam nawet zorganizować większą akcję nagłaśniającą problem, ale na razie wszystko pokrzyżowała pandemia.

Czy czuje się pani samotna w trasie? Na samym początku samotność była męcząca i trudna. Przede wszystkim dlatego, że nagle musiałam sobie sama ze wszystkim poradzić. Później nauczyłam się być sama ze sobą i pokochałam to. Jestem introwertyczką i bardzo mi odpowiadało, że mogę samotnie zwiedzać świat. Dziś jednak pracuję jako kierowca przewożący duże ładunki ponadgabarytowe, a to już praca zespołowa, wymaga nieustannego kontaktu z pilotem czy innymi kierowcami w konwoju.

Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk

Mam wrażenie, że za kierownicą łatwiej ułożyć myśli… Faktycznie, zwłaszcza podczas jazdy nocą nagle przychodzą rozwiązania wszystkich problemów i wpada się na genialne pomysły, które potem wystarczy realizować.

Czy tak wpadła pani na pomysł własnego kanału na YouTubie? Pomysł na media społecznościowe był efektem ogromnej potrzeby dzielenia się z innymi szczegółami mojej pracy. Przez pierwszy rok zadręczałam opowieściami z trasy rodzinę i znajomych. Widziałam, że zaczęli patrzeć na mnie jak na nudziarę, która wciąż opowiada o tym samym. Chciałam założyć bloga, ale w końcu stanęło na fanpage’u na Facebooku. Pierwszy film, który opublikowałam na YouTubie, stał się wiralem. Okazało się, że ludzie są ciekawi mojej pracy i mnie samej.

Kiedy znajduje pani na to czas? Obecnie pracuję jako kierowca w transporcie specjalistycznym i prowadzę tylko w nocy. W ciągu dnia mam więc trochę czasu dla siebie. Część spędzam oczywiście na załadunku czy rozładunku. Popołudniami trenuję albo przygotowuję materiały do mediów społecznościowych.

Jak długo więc pani śpi? Od czterech do sześciu godzin. Może się wydawać, że to mało, ale w trasie funkcjonuję w zupełnie innym trybie. Jestem skoncentrowana i skupiona na działaniu. Gdy wracam do domu, odsypiam. Ostatnio zdarzyło mi się spać nawet 12 godzin. Wcale nie czułam się potem lepiej.

Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk

Co ta praca w pani zmieniła? Przekonałam się, że jestem odważna, że daję radę zrobić dużo rzeczy, o które bym siebie nawet nie podejrzewała. Mam większą pewność siebie. Przede wszystkim jednak czuję się spełniona. Od samego początku wiedziałam, że to jest to! Musiałam tylko się tego nauczyć i pokonać problemy codzienności. Martwiłam się, jaki będzie następny punkt podróży, jakie pojawią się tam przeszkody i czy uda mi się przeżyć (śmiech). Gdy poczułam się za kierownicą swobodniej  i zaczęłam jeździć na południe Europy, byłam najszczęśliwsza na świecie. Wiedziałam, że jestem w miejscu, w którym chcę być.

Skąd to poczucie spełniania? Każdego dnia jestem gdzie indziej i spotykam innych ludzi. Zwiedzam, a jednocześnie pracuję, nie tracę ani godziny ze swojej kariery. Przez ostatnie dziewięć lat zobaczyłam miejsca, o których nawet nie śniłam. Do tego z dala od typowo turystycznych szlaków. Moje podróżowanie jest też ekologiczne – nie zostawiam śladu węglowego wyłącznie dla własnej fanaberii, tylko przy okazji rozwożę towary, robię coś dobrego dla innych. Teraz marzę o tym, by pojechać ciężarówką na Syberię. Nie wiem jeszcze, jak to zrobię, ale powoli drążę temat. W przyszłości chciałabym też założyć własną firmę transportową.

A co poradziłaby pani osobom, które chciałyby spełniać swoje zawodowe marzenia? Zaczęłabym od zadania sobie pytania: co jest dla mnie naprawdę najważniejsze w życiu? Jednak współczesny świat nie ułatwia odpowiedzi, więc musimy odrzucić wszystkie filtry, które narzuca. Dla mnie na przykład sporą przeszkodą w podjęciu pracy jako kierowcy była degradacja społeczna. Kierowca jest postrzegany gorzej niż nauczycielka, którą wcześniej byłam. Musiałam to sobie ułożyć w głowie. Dziś myślę, że każdy człowiek ma swoje powołanie. Każdy mniej więcej je zna, problemem jest tylko to, że nie zawsze odpowiada ono naszym oczekiwaniom, bo nie wiąże się z odpowiednim statusem. To z tego powodu decydujemy się potem na rzeczy, które nas unieszczęśliwiają.

Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk

Polecamy książkę: 'Trucking girl', Iwona Blecharczyk, wyd. Muza Polecamy książkę: \"Trucking girl\", Iwona Blecharczyk, wyd. Muza

  1. Styl Życia

Samotna gwiazda to za mało. Rozmowa z prof. Ireną Sarosiek

Prof. Irena Sarosiek (Fot. Tommie Morelos/Texas Tech University Health Sciences Center El Paso)
Prof. Irena Sarosiek (Fot. Tommie Morelos/Texas Tech University Health Sciences Center El Paso)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
– To nie brak wiedzy przeszkadza młodym badaczkom konkurować z kolegami, a ich przekonania – twierdzi prof. Irena Sarosiek, naukowczyni z uniwersytetu medycznego w El Paso w Teksasie.

Trzy lata temu odebrała pani nagrodę „Inspirational Women of the Year”. Co to za nagroda? To była zabawna historia. Mieszkam w El Paso w Teksasie i odkąd przyjechałam, działam dla Polonii, którą zresztą aktywizują tutaj głównie kobiety. Amerykanki nie obchodzą Dnia Kobiet, my – Polki na emigracji – doszłyśmy więc do wniosku, że same sobie go zorganizujemy: poszłyśmy do restauracji i podarowałyśmy sobie goździki i prezenty. Rozmawiałyśmy o tym, które kobiety wywarły największy wpływ na nasze życie. To było piękne, bo wszystkie znalazłyśmy w swoim życiorysie taką silną, pomocną, wspaniałą postać. Uznałyśmy, że trzeba powiedzieć innym kobietom, jakie są ważne. W następnym roku zorganizowałyśmy święto dla całego El Paso. Przyszło ze 130 osób, mężczyźni również. I podczas tych obchodów zostałam wybrana „Inspirational Women of the Year”. Na uroczystość przyszła też moja córka Ola, która była wtedy w ciąży. Wiedziałyśmy już, że to będzie dziewczynka, i kiedy dostałam nagrodę, zadedykowałam ją swojej wnuczce, która dopiero miała przyjść na świat. Natalka urodziła się dwa dni po moich urodzinach, jest tak jak ja zodiakalnym Lwem, i jest do mnie podobna, przynajmniej z charakteru. Jeśli sobie z czymś nie radzi, to szuka innej drogi, aby osiągnąć, co chce, i ją znajduje.

Może w Stanach Zjednoczonych będzie jej łatwiej osiągać cele niż w Polsce? Wcale nie. Kobiety tam nie mają łatwo – wciąż zarabiają mniej niż mężczyźni, na przykład w branży medycznej różnica wynosi ok. 30 proc. Ostatnio jest nieco lepiej, bo zwracamy uwagę władz na to, jakie kobiety są wspaniałe, na wielu płaszczyznach: w nauce, medycynie. Działamy też w środowisku Polonii. Jestem z tych, co zawsze zadają pytania, więc na zebraniach wstaję i drążę temat. Potem nieraz słyszę od młodych kobiet z uczelni: „Jak ja chciałabym być taka jak ty, masz tyle zapału, żeby zmieniać świat”. To bardzo miłe, ale dla mnie zaskakujące, bo myślałam, że ze mnie to taka myszka imigrantka…

…która zrobiła za granicą karierę w nauce i medycynie po dziesięcioletniej przerwie zawodowej! Jak to możliwe? Sama czasem się szczypię, czy to aby nie sen. Kiedy mój mąż wyjechał na kolejne stypendium naukowe do Stanów, na początku zostałam z trójką dzieci w Białymstoku, pracowałam jako ginekolog dziecięcy. Mimo stanu wojennego nie chciałam wyjeżdżać, ale po wybuchu w Czarnobylu mąż mnie przekonał. Przyjechałam do Stanów w 1986 roku, miałam 32 lata. Było ciężko, nie znałam języka, uczyły mnie moje dzieci, bo one złapały angielski w mig. Mieszkaliśmy w akademiku, nie mieliśmy pieniędzy, bo młodzi pracownicy naukowi w Stanach Zjednoczonych zarabiają bardzo mało. Szyłam firany z białej gazy ze szpitala, gotowałam posiłki w domu, bo tak było dużo taniej, ale nie pracowałam zawodowo prawie 10 lat, bo nie miałam pozwolenia na pracę.

Kiedy dostaliśmy zieloną kartę, szef męża zaproponował mi pracę na internie. I tak karierę naukowca zaczęłam po czterdziestce. Musiałam podwoić siły, żeby nadgonić stracony czas. Wpadłam w wir nieznanych mi wyzwań, klinicznych badań naukowych. Pracując nad rozrusznikami i stymulatorami do żołądka i mózgu, szukaliśmy rozwiązań dla cukrzyków z gastroparezą, podjęliśmy walkę z globalnym problemem otyłości. Nowoczesne urządzenia, bezprzewodowe kapsułki diagnostyczne, akupunktura, bezigłowa farmakologia – otworzyły mi drogę do prowadzenia federalnych i międzynarodowych projektów. I teraz właśnie przyjechałam do Polski z misją połączenia sił: uczelnie w Białymstoku i El Paso będą ze sobą współpracować. Rektor Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku poprosił mnie o wykład inaugurujący rok akademicki.

Podczas tego wykładu zachęcała pani polskie studentki, by bez obaw szły w świat nauki i medycyny. Przekonuję je, że absolutnie nie mają czego się bać. Pokazuję im na slajdach zdjęcie, na którym przed dużym lustrem siedzi pomarańczowy kot, ale w lustrze widać lwa. Dlaczego to jest dla nas, kobiet, ważne? Bo musimy zobaczyć w sobie spokojną, ale zdecydowaną lwicę, a nie płochliwą kotkę. Zapytać: czy ja jestem gorsza niż inni? Przecież jeśli o czymś nie wiem dzisiaj, jutro będę wiedzieć więcej. Kobiety nie muszą walczyć z mężczyznami czy być agresywne. Muszą uwierzyć w siebie, co bywa trudne. Trzeba nauczyć się całować samą siebie w ramię i mówić: „I love myself”. Po wykładzie studentki podchodziły do mnie, żeby porozmawiać – wiele powiedziało, że od tego wykładu mają odwagę myśleć inaczej.

Wciąż musimy udowadniać, że jesteśmy lepsze? To tkwi w naszej podświadomości. Na uczelni w El Paso kobiet jest bardzo mało, mniej niż jedna czwarta całego personelu, a ja jestem jedynym profesorem zwyczajnym w Internal Medicine Department, chociaż pracują ze mną rodowite Amerykanki. Dlaczego one nie przeszły tej drogi, a ja tak? Bo pomyślałam sobie: „Skoro mężczyźni mogą, to dlaczego ja nie?”. Tytuł tenure (prestiżowy status stałego pracownika uczelni – przyp. red.) ma pięć procent kobiet na uniwersytecie, wśród nich ja. Kolega zapytał, po co mi to, a ja odpowiedziałam: „A po co tobie ten tytuł?”. „Bo ja do końca życia będę pracował” – powiedział. „Ja też!”. Mam własny test: dopóki mogę umalować sobie rzęsy i założyć szpilki, dopóty będę pracować.

I swoją misję? Lubię pracować, jeżdżę na uczelnię nawet w weekendy, chociaż nie muszę. Wracając z pracy do domu, często późno w nocy, robię sobie w samochodzie taki rachunek: co zrobiłam w tym dniu ważnego – coś, czego nie robiłam wcześniej i czego nie zrobię jutro? Ilu ludziom dałam nadzieję, ilu pomogłam? Każdy dzień przynosi coś nowego do zbadania, wyleczenia, do pomocy chorym.

I pani za tym stoi? Tak, ale nie sama. Mam zespół fantastycznych współpracowników, w tym kobiety. Człowiek, który chce być samotną gwiazdą, będzie naprawdę bardzo słabo widoczny. Dopiero wiele gwiazd może razem stworzyć piękne niebo! Podam przykład: przyjechała do nas z Harvardu młoda lekarka. Opowiadała, jaką ma aparaturę i co może robić w swoim laboratorium. Po spotkaniu podeszłam do niej i zaproponowałam, że skoro ma świetny sprzęt, a ja mam bardzo dobre materiały, bo zajmuję się klinicznymi badaniami na pacjentach – to możemy połączyć siły! I tak się stało: wystąpiłyśmy o grant, dostałyśmy pieniądze i zrobiłyśmy bardzo potrzebne badania. Dlatego namawiam młode kobiety do pracy zespołowej, dzielenia się talentami i doświadczeniem. Kiedy potem dzwonią i mówią: „Zobacz, jak owocuje to, czego się nauczyłam pod twoimi skrzydłami”, to są piękne momenty!

Co jest najtrudniejsze dla młodych kobiet, gdy wchodzą w świat nauki? Na pewno nie wiedza, bo są równie kompetentne co mężczyźni. Najtrudniejsze jest połączenie macierzyństwa z pracą, ponieważ Ameryka ma surowe zasady. W wielu stanach kobiety nie mają klasycznych urlopów macierzyńskich, dostają dwa tygodnie, a jeśli chcą więcej, muszą wypracować urlopy wcześniej, a i tak oczekuje się, że bardzo szybko wrócą do pracy. Nie ma mowy o wolnym roku. Kiedy kobiety mają dzieci, zwalniają kroku, zmieniają plany, aby utrzymać zdrowy balans między życiem rodzinnym a wymaganiami pracy, więc pozostają z tyłu za mężczyznami, którzy nie mają takich obciążeń. Poza tym w środowisku amerykańskim również bywa tak, że kobiety depczą sobie po obcasach, panuje wśród nich cicha zazdrość.

I tu przydaje się mentoring. Tak, mentoring jest bardzo potrzebny. Byłam jedną z założycielek grupy WIMS (Women in Medicine and Science) na naszym uniwersytecie, potem zorganizowałam rezydentkom interny małą grupę tylko dla kobiet. Zaczęłyśmy spotykać się po pracy, rozmawiać. Okazało się, że każda ma jakieś problemy, więc dzieliłyśmy się doświadczeniem, organizowałyśmy warsztaty. Na jednych z nich poproszono, żebym opowiedziała o sobie. Wstaję i mówię: „Dzień dobry, jestem Irena Sarosiek, matka trójki dzieci i babcia – wtedy – pięciorga wnuków”. Oczywiście prowadzące od razu to podchwyciły i zapytały, czemu przedstawiam się jako matka i babcia, a nie profesor i dyrektor. Każda z nas tak robi. Bo czy wypada chwalić się tytułami? W Stanach Zjednoczonych nazywamy to zespołem niedowartościowania, niepewności, który bardzo ogranicza możliwości rozwoju i awansu. A ja chcę, żeby kobiety uwierzyły w siebie i współpracowały nie tylko ze sobą, ale również z mężczyznami, bo takie zespoły są zdrowe i mądre.

Czego jeszcze je pani uczy? Młode kobiety z interny, pediatrii, chirurgii, psychiatrii nie potrafią chwalić się swoimi dokonaniami. Na przykład chcą otrzymać jakiś grant czy pracę i przynoszą mi do przeczytania 100 stron aplikacji. Czytam to i pytam: „Co ty tu napisałaś? Jakieś skróty bez wyjaśnień, nic nie rozumiem”. A okazuje się, że ta kobieta była w Waszyngtonie i prezentowała wyniki z chirurgii przed samym prezydentem! Radzę jej, żeby napisała to wprost, bo kto będzie szukał, kto będzie to sprawdzał, jeśli sama nie przedstawi się z najlepszej strony? Na naszej uczelni jest zasada, że w każdej komisji jedną trzecią muszą stanowić kobiety, i to jest bardzo fajne. Pomijając wiedzę i doświadczenie, kobiety mają zdrowy rozsądek. Patrzą trzeźwo i naprowadzają na praktyczne rozwiązania.

I zbierają sukcesy w pudełka od butów? Tego akurat nauczyłam się od córki, która jest prawnikiem. Pewnego dnia doszła do wniosku, że już dosyć długo pracuje i poprosiła o podwyżkę. Szefowa powiedziała, żeby Ola spisała, co zrobiła w tym czasie. Ona usiadła przy komputerze i wydrukowała listę przeprowadzonych spraw, spotkań oraz wszystkie listy z podziękowaniami, jakie dostała. Zaniosła całą teczkę szefowej i dostała podwyżkę. Stąd wniosek, że trzeba na bieżąco gromadzić swoje sukcesy. Ja zrobiłam prostą rzecz: wykorzystałam pudełka po butach. Stoją na półce w moim biurze, każde na inny rok, gromadzę w nich informacje o nagrodach, roczne ewaluacje, kartki od pacjentów, podziękowania i miłe słowa. I jako mentorka pokazuję zdjęcia swoich pudełek młodym kobietom na uniwersytecie. Myślę, że wiele z nich już ma takie albo podobne pudełka sukcesów, pełne istotnych informacji, które zwykle umykają pamięci.

A kto był pani najważniejszą mentorką? Mama. Zawsze pozwalała mi iść własną drogą. Kiedy chciałam studiować, tata miał wątpliwości: „Po co ci medycyna? Idź do szkoły pielęgniarskiej, szybciej skończysz i pójdziesz do pracy”. Mama inaczej do tego podeszła: „Chcesz studiować medycynę? To będziesz”. Bardzo mi pomogła, gdy została babcią. A teraz ja nią jestem i mam nadzieję, że swoim wnuczkom przekażę tę naszą siłę. Pewnego razu moja najstarsza wnuczka Ania czytała książkę „Sam and Sara”, zapytałam ją, czemu wszędzie Sam jest wymieniany jako pierwszy. Czy jest starszy, czy jest jej opiekunem, co zrobił takiego, że nie może być „Sara and Sam”? Ania odpowiedziała: „Nie wiem, babciu, ale będę nad tym myślała”.

Prof. Irena Sarosiek, absolwentka Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, obecnie na Texas Tech University Health Sciences Center w El Paso, dyrektor badań klinicznych dotyczących neurogastroenterologii. Laureatka wielu prestiżowych nagród, wykładowczyni i mentorka młodych lekarek. Gościła w Polsce z okazji nawiązania współpracy między uczelniami medycznymi w El Paso i w Białymstoku.