1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. "Let It Out Iceland"- kampania o terapii krzykiem, którą musicie poznać

"Let It Out Iceland"- kampania o terapii krzykiem, którą musicie poznać

Terapia krzykiem na Islandii to nowy sposób na poradzenie sobie z kryzysem związanym z pandemią koronawirusa. (fot. iStock)
Terapia krzykiem na Islandii to nowy sposób na poradzenie sobie z kryzysem związanym z pandemią koronawirusa. (fot. iStock)
Ostatnie miesiące nie były dla nas wszystkich najłatwiejsze. Pandemia koronawirusa sparaliżowała cały świat - ludzie zamknęli się w domach, przez wiele tygodni nie spotykali się z rodziną, przyjaciółmi, przestali jeździć do biur, podróżować. Zmienił się styl naszego dotychczasowego życia, a większość znanych nam rozrywek i pomysłów na spędzanie czasu również odeszła w niepamięć.

Od stanu zupełnego zamknięcia minęło jednak trochę czasu i powoli coraz więcej miejsc, a także obiektów turystycznych otwiera się dla ludzi. Jednym z takich krajów jest Islandia, która jeszcze przed zamknięciem świata nie narzekała na brak turystów. Zainteresowanie tym nordyckim państwem rosło z roku na rok. W zeszłym tygodniu władze tego kraju postanowiły na nowo zachęcić do odwiedzenia krainy wulkanów oraz gejzerów i wystartowały z nietypową kampanię pod hasłem "#Let It Out Iceland".

Inicjatorzy kampanii stwierdzili, że odosobnienie, izolacja od świata zewnętrznego i zamknięcie w czterech ścianach, nie wpłynęło dobrze na kondycję psychiczną większości z nas. Izolacja oraz narastający stres budowały napięcie a większość z nas nie miała zbyt wielu okazji i możliwości, aby dać upust swoim emocjom. Inspired by Iceland zachęca więc ludzi z całego świata, aby wybrali się na wycieczkę do tej malowniczej "krainy lodu", gdzie ogromne przestrzenie i setki kilometrów opustoszałych miejsc będą stanowiły idealne warunki do tego, by wykrzyczeć wszystkie swoje problemy.

[embed]https://twitter.com/iceland/status/1283353828771930112?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1283353828771930112%7Ctwgr%5E&ref_url=http%3A%2F%2Fglobalnews.ca%2Fnews%2F7197184%2Ficeland-coronavirus-scream%2F[/embed]

W jednym z opublikowanych spotów, organizatorzy akcji napisali: " Wygląda na to, że dużo ostatnio przeszliście i chcecie pozbyć się tych emocji. Wygląda na to, że przydałaby się wam wycieczka na Islandię". Jak się jednak okazuje, to nie wszystko, co możemy zrobić, aby ulżyć swoim stanom psychicznym. Jedną z możliwości, zaproponowaną przez islandzkie kampanie jest także... nagranie swojego krzyku na stronie Looks Like You Need Iceland, który następnie... będzie puszczany z głośników w przeróżnych miejscach wyspy.

Inspiracją do stworzenia takiej inicjatywy jest tzw. terapia krzykiem, która zakłada terapeutyczną moc płaczu i krzyku mogącego wyzwolić wiele negatywnych i skrywanych długo uczuć. Jak twierdzą organizatorzy nietypowej kampanii, na Islandii panują idealne warunki do tego, aby w ten sposób wyeliminować ból, strach oraz niepewność związaną z dalej rozwijającą się pandemią.

"Chcemy zwrócić uwagę potencjalnych turystów na fakt, że podróż na Islandię jest stosunkowo bezpieczna i że można tu doświadczyć pięknej przyrody bez tłumów, czego, jak sądzimy, ludzie będą poszukiwać, gdy zainteresowanie podróżami ponownie wzrośnie" - powiedział Sigríður Dögg Guðmundsdóttir, dyrektor ds. turystyki w Promocji Islandii.

Jak więc widać krzyk, podobnie jak śmiech, to jednak zdrowie!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o zachwycie – karty emocji Katarzyny Miller

Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Wyrywają się z naszych ust, a nawet wprost z serc, kiedy odurza nas jakiś widok, zapach, dźwięk lub dotyk. Bo zachwyt ma wiele wspólnego ze zmysłami, z ich budzeniem, ale i traceniem. A nie każdy jest na to gotowy. Pora na kolejną kartę emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Zachwyt…

…to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Mówi się przecież o mdleniu z zachwytu, o byciu posągiem zachwytu czy cielęcym zachwycie. Zachwyt wprawia nas więc w stan odurzenia, oczarowania kimś lub czymś do tego stopnia, że tracimy przytomność, rozum czy możliwość ruchu – zastygamy oniemiali, zaskoczeni, a nawet wstrząśnięci tym, że coś może na nas tak silnie pozytywnie oddziaływać. Zachwyt jest mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły – kiedy jesteśmy w stanie zachwytu, są one wytężone do granic możliwości i w pełni zaspokojone. Zachwyt jest emanacją radości i przyjemności, ale też ma w sobie chęć podporządkowania się temu, co nas zachwyca, oddania się temu kompletnie we władanie, a nawet uznania swojej mniejszości wobec obiektu wzbudzającego w nas to uczucie.

Po co nam to uczucie?

Ukazuje nam bogactwo i piękno otaczającego świata, ale też naszego świata wewnętrznego. Pokazuje, że coś może spełniać wszystkie nasze wymagania zarówno estetyczne, jak i intelektualne, poruszać każdy z naszych zmysłów. Duża w tym rola naszej woli – zachwyt pojawia się bowiem wtedy, gdy to my uznamy coś za idealne, mamy więc moc, by samemu się wprawiać w ten stan.

Zadania

  • Przypomnij sobie, co ostatnio wprawiło cię w największy zachwyt albo co zwykle cię w niego wprawia? Sztuka? Muzyka? Przyroda? A może ktoś? Zastanów się, co sprawia, że się czymś zachwycasz. Czy zawsze jest to ten sam element?
  • Jak zwykle wyraża się twój zachwyt? Poprzez wow? Okrzyk? A może przymknięcie oczu i głębokie westchnienie? Czy to uczucie jest tak silne, że tobą włada, czy może jest intensywne, ale na tyle, by cały czas być go świadomym?
  • Czy łatwo się czymś zachwycasz? Czy jesteś w stanie wzniecić w sobie to uczucie w obliczu elementów swojego codziennego życia: zachowania bliskiej ci osoby, krajobrazu mijanego w drodze do pracy, smacznego obiadu? Jeśli nie, spróbuj…

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Są ludzie, którzy wysysają z nas całą energię…

Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości. (Fot. iStock)
Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości. (Fot. iStock)
Po spotkaniach z wampirami energetycznymi czujemy się puści, zlęknieni, niezadowoleni. Niby wszystko jest ok, ale jednak towarzyszy nam to negatywne uczucie.

Każdy ma w sobie pewien wewnętrzny spokój lub jego brak. Przebywając z jakąś osobą odczuwamy (czasem nieświadomie) jej emocje. Jeżeli ktoś sam się źle czuje ze sobą, to często bycie w jego towarzystwie też jest nieprzyjemne. Może byłaś na spotkaniu z osobą, która jest po prostu bardzo nieszczęśliwa.

  • Czasami spotykamy się z kimś, kto nam psuje nastrój lub sprawia, że czujemy się wewnętrznie ciężko, a jednak wciąż utrzymujemy kontakt z takimi osobami, bo nauczyliśmy się bagatelizować te uczucia w sobie i tym samym poświęcamy siebie.
  • Jeżeli ktoś sprawia, że czujesz wewnętrzny dyskom- fort po spotkaniach, to po prostu nie spotykaj się z tą osobą i wybierz inny sposób spędzenia wolnego czasu.
  • Jesteśmy też otoczeni ludźmi, którzy nie czują się spełnieni i są zazdrośni o innych ludzi – za ich wygląd, za sylwetkę, za życie uczuciowe i stan majątkowy, za karierę i zdrowie. Wtedy to, co zaczynamy odczuwać jest ich zazdrością.
  • Często tacy ludzie wyolbrzymiają sobie to, co mamy, snują przekonanie, że dostaliśmy to i owo za darmo, że mamy więcej, lepiej, że mamy szczęście. Często uśmiechają się do nas, ale wewnątrz nich jest złość i zawiść.
  • Zastanów się też, jak się czujesz przed spotkaniem z taką osobą. Może nie chcesz się spotkać, masz złe przeczucia lub niechęć, ale racjonalizujesz sytuację i poddajesz się.
  • Trzeba umieć powiedzieć: „Nie!”.
  • Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości.
  • Może też być tak, że z taką osobą dobrze dogadujesz się jedynie po alkoholu? Albo innych używkach? A na trzeźwo nie macie o czym rozmawiać? To też jest oznaka toksycznej relacji.
  • Są osoby nastawione tylko na branie. Spotykają się niby towarzysko, ale pod tym zawsze kryje się interes. Tacy ludzie mają w głowie: „Co ona może dla mnie zrobić?”. Wówczas całe spotkanie zmierza do tego, żeby stworzyć intymną relację i wreszcie porozmawiać o interesach. Taka osoba może cię słuchać, komplementować, śmiać się z twoich historii, ale wciąż czeka na moment, kiedy będzie mogła opowiedzieć, czego potrzebuje. Po takim spotkaniu czujesz się dziwnie, niby było dobrze, a jednak masz w sobie niesmak i zmęczenie. Trzeba słuchać swoich uczuć. Nawet jeżeli taka osoba nosi perfekcyjne maski, to ty będziesz czuć, że coś jest nie tak.
  • Są kolory, które utrudniają drugiej osobie pochłania- nie energii. Jest to złoto, srebro, czerwień i wszystko, co się świeci. Wtedy masz taką barierę ochronną i możesz czuć się mniej zjedzona po takim spotkaniu.
  • Często osoby zbyt otwarte, zbyt szczere i wrażliwe mogą po prostu zasilać osobę, która daje mniej i wykorzystuje fakt, że ktoś jest dobry i przyjacielski.
  • Zastanów się, komu opowiadać o swoich sprawach i sekretach. Nie każdy jest osobą, która ma dobre serce i będzie odwzajemniała taką inwestycję.

Fragment książki „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”. Rozmawiją: Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska.

Katarzyna: Spotkałam się ostatnio ze znajomym, którego nie znałam zbyt dobrze, ale jednak lubiłam go. Zrobił na mnie kiedyś dobre wrażenie, wręcz byłam oczarowana jego energią, pozytywnym nastawieniem, sposobem bycia, poczuciem humoru i w ogóle aurą, jaką wokół siebie roztaczał.
Nastawiłam się więc na kolejne spotkanie bardzo pozytyw- nie, dużo po nim oczekiwałam. Gdy do niego doszło, kolega rzeczywiście był miły, wesoły i przyjemny, ale jednak mnie rozczarował. Opowiadał mnóstwo niestworzonych historii, gadał wręcz totalne głupoty. Stało się tak, że po spotkaniu z nim czułam się kompletnie przemęczona, wyssał ze mnie całą energię i doszłam do wniosku, że nie chcę więcej się z nim widzieć. U mnie to jest bardzo rzadkie.

Suzan: Co się w takim razie stało?

Katarzyna: Jest takie mądre powiedzenie: „Jeżeli chcesz mieć zepsute życie, miej oczekiwania”. Tak było w tym przypadku. Nastawiłam się niepotrzebnie. Człowiek mądry wie, że nigdy nie wie, co się zdarzy.

Suzan: A jakie miałaś oczekiwania?

Katarzyna: Że będzie super. Że jest interesującym człowiekiem i zadba o to, by było fajnie i wesoło. Rzeczywiście, w jakimś stopniu o to dbał, ale stało się też coś takiego, że nie miałam ochoty więcej się z nim spotkać. Dla mnie to jest nawet trudne do wyjaśnienia, bo nie zdarza mi się często.

Muszę tutaj też zaznaczyć, że to było spotkanie bardziej biznesowe niż przyjacielskie. Kolacja była dosyć rozbudowana, za- mówiliśmy dużo rzeczy. Byliśmy we trójkę i nagle ten znajomy oznajmił, że musi pilnie wyjść, bo ma coś ważnego do załatwienia. Wybiegł z restauracji, nie płacąc nawet za siebie rachunku.

Byłam rozczarowana. Poczułam się tak, jakby przyjechał co najmniej Brad Pitt i nie mógł nawet postawić kobiecie kotleta tylko kazał za siebie płacić, a ja w dodatku powinnam się czuć zaszczycona faktem, że mogłam uregulować rachunek wielmożnego pana.

Suzan: Rzeczywiście, to niefajna sytuacja.
Jest coś w energii ludzi. Myślę, że są ludzie, którzy są księżycem, a są tacy, którzy są słońcem.

Katarzyna: To prawda, ale nie chodzi o słońce i księżyc, a o dobro i zło. Księżyc nie jest ani zły, ani dobry, tak samo jak słońce. Istnieje dobra intencja, dobre działanie, uczciwe i szczere, ale istnieje też zła intencja, pokrętne i fałszywe działanie. Nie- którzy skrzywdzeni ludzie uważają, że należy im się nie wiadomo co, a w dodatku zapominają, że skrzywdzeni są prawie wszyscy. Nie przeszkadza im to sądzić, że ich sytuacja jest najważniejsza. Zdobywca natomiast uważa, że otoczenie ma go nosić na rękach, bo coś osiągnął więc on teraz jest najważniejszy. Alkoholik, który nie pił tydzień, myśli, że rodzina powinna go wozić w złotej karocy.

Znasz takich ludzi? Ja mnóstwo. Roszczeniowość buduje się stopniowo. Od małego. Dzieci muszą mieć zdrowe granice. Albo mają za dużo, albo za mało i wtedy wyrastają na roszczeniowych ludzi.

Suzan: Zawsze wiesz, kiedy ktoś chce od ciebie ssać energię?

Katarzyna: Nie zawsze, choć często to czuję i potrafię się wtedy wycofać, ale czasami, jak w przypadku tego kolegi ze spotkania, nie umiem tego przewidzieć.

  1. Zdrowie

Szczepienia – przekonujmy nieprzekonanych

Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać. (Fot. iStock)
Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać. (Fot. iStock)
"Naukowcy i lekarze, którzy stali nad umierającymi dziećmi, pragnęli zrobić „coś”, by ten koszmar i nieszczęście się nie powtarzało. Żeby przyszłe pokolenia nie doznały cierpienia, aby żyło nam się lepiej. Zrobili to, wynaleźli szczepionki. A my to teraz kwestionujemy”. Z dr Joanną Pietroń, lekarką, specjalistką medycyny rodzinnej z Centrum Medycznego Damiana rozmawiamy o szczepieniach – także tych na COVID-19.

Poziom zaszczepienia dzieci na odrę spadł w Polsce do poziomu poniżej 93 proc. To oznacza, że straciliśmy odporność zbiorową na tę chorobę – donosi UNICEF Polska. Nie chcemy się szczepić. Dlaczego?
Od początku XXI wieku nie tylko w Polsce, ale i na świecie widać masowe zwiększanie się występowania chorób zakaźnych. W 1930 roku w USA było wiele przypadków błonicy, w roku 2000 nie było ich w ogóle, a teraz choroba zaczyna wracać. Wraca krztusiec, wraca odra. Widzę tu dwa powody. Jeden dzieje się to często w miejscach, gdzie są konflikty zbrojne. Na to nie mamy wpływu. Drugi – odmowy szczepień. Zdarza się to w ortodoksyjnych mniejszościach religijnych, ale nie tylko. Mamy coraz mocniejsze ruchy antyszczepionkowe i ludzi, którzy są podatni na różne pseudonaukowe teorie i pseudowiedzę.

No właśnie, te ruchy rosną w siłę. Dlaczego?
Bo jest Internet. Informacje okrążają kulę ziemską w sekundę. Rozprzestrzeniają się i tam, gdzie padają na podatny grunt, dają owoce. Chore owoce. Kiedy wprowadzono powszechne szczepienia ochronne, choroby zakaźne były powszechne. Każdy widział chorych po polio, na własne oczy mógł zobaczyć, jak straszne są następstwa tej choroby – o ile oczywiście pacjent ją przeżył. Słyszało się o tragediach, o zgonach, ludzie znali rodziny dotknięte tragedią. Teraz osiągnęliśmy odporność zbiorowiskową na takim poziomie, że tacy ludzie, takie dzieci zniknęły. Więc choroby zaczęły być abstrakcją, nie konkretem. Zachorowania stały się nieliczne i dotyczą albo osób niezaszczepionych albo zaszczepionych jedną dawką, np. w niepełnym schemacie szczepień przeciwko śwince, odrze lub różyczce. Rzadko zdarza się, żeby chorowała osoba zaszczepiona w pełni, a jeśli już, to choruje łagodnie.

I trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie: twierdzenie, że choroby zakaźne to łagodne choroby wieku dziecięcego, jest nieprawdziwe. One są łagodne, ale po szczepieniu. Na przykład odra. Łagodna choroba? Bzdura. Może wywołać zapalenie ucha, płuc, mózgu. Może na długo obniżyć odporność. Może nawet doprowadzić do śmierci. Nie znamy naturalnego przebiegu tych chorób, bo od lat nie mamy z nimi kontaktu. A bywają po ich przechorowaniu poważnie powikłania, szpital, czasem śmierć. Naukowcy i lekarze, którzy stali nad umierającymi dziećmi, pragnęli zrobić „coś”, by ten koszmar i nieszczęście się nie powtarzało. Żeby przyszłe pokolenia nie doznały cierpienia, aby żyło nam się lepiej. Zrobili to, wynaleźli szczepionki. A my to teraz kwestionujemy. Myślimy: mnie to nie spotka, po co narażać dziecko na kłucie, ból, może gorączkę. A ruchy antyszczepionkowe nagłaśniają każdą sytuację niepożądanych odczynów poszczepiennych – na takich właśnie emocjach bazują. Ta przesadna troska o bezpieczeństwo szczepień niestety często podważa ich istotę.

Nie chcemy wierzyć nauce?
Świat stał się skomplikowany, dużo w nim niepewności, nauka nie daje odpowiedzi na pewno i na zawsze, takie odpowiedzi za to dają ruchy pseudonaukowe, promujące, powiedzmy to sobie, mity. Nauka opiera się na specjalizacji, na zaufaniu, które jest wpisane w system instytucji kontrolnych. Szczepimy i jednocześnie zwiększamy wymagania co do samych szczepionek. Do jakości preparatu. Obecnie szczepionka powinna zapewniać niemal stuprocentową ochronę, ma stymulować mechanizmy odporności swoistej i nieswoistej, ma wywołać długotrwałą odpowiedź poszczepienną, ma być bezpieczna, bez działań niepożądanych, stabilna, łatwa w stosowaniu, najlepiej jednodawkowa, powszechnie dostępna i z przystępną ceną. Tych wymagań, jak widać, jest dużo. Producenci szczepionek reagują też na głosy opinii publicznej. Tiomersal, substancję konserwującą w szczepionkach, praktycznie wycofano (choć szkodliwości jej działania nie dowiedziono), bo ruchy antyszczepionkowe oskarżały ją o „wywoływanie” autyzmu. I co? Z jednej strony liczba autystyków w społeczeństwie wcale się nie zmniejszyła, z drugiej – rezygnacja z tiomersalu została, paradoksalnie, źle przyjęta: wycofują, aha, znaczy, że coś było nie tak. Truli nas.

Wierzymy w spiski?
Bywa, że ludzie nie odróżniają nauki od pseudonauki. Nauka dąży do poznania mechanizmów, do dania odpowiedzi na pytania, co i dlaczego. Pseudonauka głosi tezę i albo w nią wierzysz, albo nie. Poziom wiedzy dotyczącej biologii nie jest u nas wysoki, często niełatwo zrozumieć procesy zachodzące w organizmie czy mechanizmy działania pewnych substancji. Pseudonauka nie każe rozumieć, każe wierzyć. I to jest dla wielu osób prostsze. Nauka stara się zrozumieć szerokie konsekwencje głoszonych tez, pseudonauka nie uwzględnia choćby społecznych konsekwencji. Nie zaszczepię się i już. Nie zastanawiam się nad dalszymi kosztami takiej decyzji. Nie myślę o osobach z obniżoną odpornością, które szczepić się nie mogą, a które jako pierwsze poniosą konsekwencje powrotu chorób zakaźnych.

Dane mówią, że w roku 2019, kiedy w Polsce zanotowano rekordową liczbę zachorowań na odrę, bo aż 1500, najwięcej przypadków dotyczyło ludzi między 35. a 40. rokiem życia. Skąd to się bierze? Przecież oni w dzieciństwie byli szczepieni?
Ale produkcja czy raczej receptura szczepionek kiedyś wyglądała inaczej. Miały one bardzo wysoką immunogenność, zawierały dużo antygenów, które wywoływały mocną odpowiedź immunologiczną. Czyli na przykład szczepionka na krztusiec zawierała 3200 silnie immunogennych białek. Teraz we wszystkich szczepionkach podawanych dzieciom w ciągu pierwszego roku życia liczba tych białek nie przekracza 50. Im większy jest ładunek substancji, która ma wywołać odporność, tym mocniejsza jest odpowiedź. Ale żeby zmniejszyć ilość NOP, czyli niepożądanych odczynów poszczepiennych, zmniejszano ilość immunogenów.

Czyli u 35-latków odporność mogła wygasnąć, bo szczepionki przeciw odrze, które im podano, były „słabsze”?
Mogło tak być. Może ci ludzie mają własne dzieci, może ich nie szczepili albo miały one w przedszkolu kontakt z odrą – a to wyjątkowo zakaźna choroba, jedna osoba może zakazić 17 – a ich odporność wygasła czy była już słaba, stąd zachorowanie. To samo z krztuścem czy błonicą. Moi pacjenci mają dzieci w przedszkolu, a nie podaje się informacji, że błonicą, tężcem i krztuścem warto doszczepiać się co 10 lat. Odporność wygasa.

A gdyby dzieci były szczepione i mielibyśmy odporność zbiorowiskową, nie trzeba byłoby doszczepiać?
Wtedy chorują jedynie osoby podatne, te, którym wygasła odporność albo te, które nie byłyby szczepione. Ale też rzadziej, bo mniejsze byłyby szanse na kontakt z patogenem. Zresztą to nigdy nie jest tak, że szczepionka zabezpiecza w stu procentach przed zachorowaniem. Zawsze jest grupa osób, które nazywamy „non-responders”, które właśnie „nie odpowiadają” na szczepienie. Poza tym celem szczepionki jest zapobiec ciężkiemu przebiegowi choroby, który grozi poważnymi powikłaniami, z hospitalizacją i śmiercią włącznie.

No właśnie, to podkreślają też wirusolodzy i lekarze zachęcający do szczepienia się przeciw COVID-19. Ale znam osoby, które mówią: nie będę się szczepić, Iksiński się zaszczepił i zachorował.
Powiem jeszcze raz: żadna szczepionka nie zapobiega zachorowaniu w stu procentach. Chodzi o to, żeby było jak najmniej ciężkich przebiegów. I śmierci. I żeby osiągnąć odporność zbiorowiskową. Żebyśmy wszyscy mogli normalnie żyć.

Czy spotyka pani na co dzień w gabinecie ludzi, którzy nie chcą się szczepić?
Spotykam. Jest grupa, która zdecydowanie nie chce. Jest grupa niezdecydowanych. I grupa osób, które mówią: trudno powiedzieć. Ale to się zmienia. Chęć szczepienia jest większa, jeśli ktoś w rodzinie czy wśród bliskich znajomych widział tragedię związaną z COVID-19. Znał kogoś, kto zmarł albo u kogo choroba wywołała spustoszenie. Doświadczenie to najlepsza, niestety, droga do przekonania nieprzekonanych. Dotyczy to zarówno COVID, jak i chorób wieku dziecięcego – kiedy te wrócą i znajome dziecko wyląduje w szpitalu, nasze nastawienie się pewnie zmieni.

Tylko musimy znów zatoczyć to koło, z którego, wydawało się jeszcze niedawno, udało nam się wyjść…
Tak to wygląda. Kiedy zagrożenie znika nam z oczu, przestajemy się bać. To w gruncie rzeczy cena sukcesu programu szczepień.


Kto szczepi się najchętniej?
Mężczyźni z dużych miast, ci, którzy są zmęczeni pandemią, a mają odpowiedzialność za innych. Tak mówią badania i potwierdza mi się to w gabinecie. Najmniej chętni są ludzie z małych miejscowości, mniej przekonane są też kobiety.

Boimy się konsekwencji zdrowotnych szczepienia, nagłaśniane są przypadki powikłań, zatorowości – jak w przypadku Astra Zeneca i Johnson&Johnson – ale to są sprawy jednostkowe. Zwłaszcza jeśli zestawić je z zagrożeniem, jakie niesie sama choroba. Boimy się, że szczepionka jest nowa, że tak szybko powstała, że nie wiadomo, czy będzie skuteczna, czy nie trzeba jej będzie co rok powtarzać. A jednocześnie ci sami ludzie zamykają się na informacje dotyczące epidemii, nie śledzą doniesień, nie widzą realnych niebezpieczeństw. To przypomina mi sytuację, kiedy jest wojna, ogłaszają alarm, a ja wyłączam radio, które jest moim źródłem informacji o zagrożeniu. Tak bym to określiła. To chyba kwestia i zmęczenia przedłużającą się pandemią, i lęku, który wiadomości podsycają.

Jakie jest wyjście? Na razie chyba szczepienia to jedyna droga?
Nie mamy na COVID-19 póki co dostępnych skutecznych i przebadanych leków przeciwwirusowych. To zresztą dotyczy wielu chorób zakaźnych, choćby odry, świnki czy różyczki. Mam nadzieję, że jednak osoby niezdecydowane przy stałym przekazie medialnym i dostępności szczepień będą się szczepić. Naprawdę jedna rozmowa z osobą, która przeszła hospitalizację przez COVID-19, a teraz nie może wejść po schodach, może tu być argumentem decydującym.

Mówiła pani o naszych brakach w wykształceniu. Ale wszyscy znamy osoby po studiach, które deklarują, że się szczepić nie będą.
To nie jest łatwe. Myślę, że mechanizm działania szczepionek nie jest zrozumiały nawet dla części lekarzy. Szczepionki mRNA to nowy krok, choć ta technologia była już wykorzystywana w badaniach nad nowotworami, epidemia spowodowała jedynie przyspieszenie prac. Także procedur rejestracyjnych – to, co kiedyś trwało i trwało, teraz zostało załatwione w szybszym tempie. Strach przed epidemią zmobilizował rzesze urzędników i naukowców do działania dla dobra ludzkości. Motywacja była i jest silna.
Poza tym dziś, kiedy trwają szczepienia, wszystkie instytucje otwarte są na przyjmowanie każdego zgłoszenia dotyczącego NOP.
Może zadziałałoby też, gdyby rzeczywiście wprowadzono realne przywileje dla zaszczepionych. Tak jak dzieje się to w krajach, w których proces szczepień idzie szybciej niż u nas – jak Izrael czy Wielka Brytania. Sądzę, że u nas młodzi ludzie, którzy chcą wyjeżdżać na wakacje czy nie mieć już ograniczeń w życiu codziennym, zdecydują się na szczepienie, nawet jeśli jeszcze parę miesięcy temu nie byli przekonani. Niedobrze natomiast, że my, lekarze, nie mamy tu jednolitego stanowiska.

Zdarza się podobno, że w szpitalach w mniejszych miejscowościach zaszczepione są pojedyncze osoby z personelu medycznego, zarówno wśród lekarzy, jak i pielęgniarek.
Tak, znam takie sytuacje. Cały czas słyszę: ja mam dobrą odporność, na pewno nie zachoruję, a nawet jeśli, przejdę to lekko. Tylko niestety absolutnie nie ma tu gwarancji.

Co pani wtedy odpowiada?
No właśnie: że nie ma gwarancji. Że jest pandemia i warunkiem powrotu do normalności jest wyszczepienie pewnego procenta populacji. I to dotyczy każdego z nas. A szczególnie tych, którzy mają codziennie kontakt z wieloma ludźmi, pracują w handlu, prowadzą restauracje, uczą w szkole, są lekarzami. Został napompowany lęk przed powikłaniami po szczepieniu. Ja mam wśród pacjentów dużą grupę zaszczepionych i nie wiedziałam jeszcze naprawdę poważnych powikłań poza bólem ręki czy gorączką, która po dniu czy dwóch mija. I jest na dobrą sprawę efektem pożądanym, bo to znak, że szczepionka zaczyna działać. Antyszczepionkowców się nie przekona, tylko straci się dużo energii, a efekt żaden. Powinniśmy walczyć o grupę niezdecydowanych.

Czyli rozmawiać, przekonywać?
Trzeba to robić. Wczoraj rozmawiałam z kuzynką, która nie chce się szczepić. Zrobiłam coś, czego pewnie nie powinnam – zapisałam ją na szczepienie. Ona się obraziła, bo jak ja tak mogłam. Powiedziałam jej, że ma telefon, może odwołać. Ale uważam, że ryzykuje. A ja chcę się jeszcze przez wiele lat móc z nią widywać i nią cieszyć. Wykształcona dziewczyna, a jest w niej ogromny lęk przed następstwami szczepionki, nie ma za to lęku przed następstwami choroby. Cały czas to samo przekonanie: że szczepionka jest gorsza niż choroba. Niemożliwe i nieprawdziwe. Mamy dziś tak wysokie wymagania stawiane szczepionkom, także tym na COVID-19, one też przeszły absolutnie wszystkie obowiązkowe badania i etapy. I cały czas są monitorowane. A mimo to cały czas jest też strach. A strach to silna i trudna emocja, nie jest łatwo z nią walczyć.

Można mieć nadzieję, że jednak powoli będzie się to zmieniać.
Jeszcze rok temu ja sama nie znałam nikogo, kto ciężko przechodził COVID-19 czy zmarł w wyniku tej choroby. Teraz codziennie rozmawiam z pacjentami, z których większość już kogoś straciła. Sąsiadkę, przyjaciółkę, ojca. To już nie jest abstrakcja. Ale może ten przedłużający się stres sprawia, że ludzie to wypierają. I wyłączają się. Nie słuchają o nalocie bombowym. Tak im wygodniej, w ten sposób czują się bardziej komfortowo. Jak znikły czerwone paski w telewizjach informacyjnych, to jakby choroby nie było. No nie, ona jest. I sieje spustoszenie. Liczba zmarłych straszna, a ciągle nie ma w społeczeństwie głębszej refleksji. Choć też w gabinecie widzę zmiany na lepsze. Ludzie, którzy jeszcze niedawno deklarowali, że nie będą się szczepić, dziś martwią się i narzekają, że muszą czekać na termin szczepienia. I jadą do Białegostoku czy Przasnysza, bo tam może być szybciej. Co, z drugiej strony, znaczy, że w Białymstoku czy Przasnyszu zbyt wielu chętnych na szczepienie nie ma…

Ludzie mówią, że kiedyś szczepionki były lepsze, bezpieczniejsze…
Jest dokładnie odwrotnie. Nie były tak dobrze oczyszczone, nie stawiano im tak wysokich wymagań jak dziś. Ja ze szczepionkami przecież pracuję na co dzień i wiem – jeśli jakaś partia jest podejrzana, natychmiast się ją wycofuje. Jeśli w przychodni jest awaria prądu i rozmrozi się lodówka, to cała zawartość tej lodówki idzie do utylizacji. Niestety, ludzie nie wierzą, że tak się dzieje.

Ktoś powiedział mi, że na COVID-19 się nie szczepi, bo szczepionka nieprzebadana. Nie to, co ta na polio.
Pierwsza szczepionka na polio, żywa, doustna, chroniła, ale było co do niej wiele zastrzeżeń. A mimo to była podawana. I zrobiła swoje. Myślę, że dziś trudno byłoby ją zarejestrować, o ile w ogóle by się to udało.
Mogę tylko apelować. Nawet jeśli jesteśmy zdrowi, odporni i zakładamy, że kiedy zachorujemy, nic poważnego się nie stanie, ale na przykład mamy w domu, sąsiedztwie, pracy chorego na nowotwór, w immunosupresji, albo osobę starszą, z osłabioną odpornością i przywleczemy jej COVID, to konsekwencje mogą być tragiczne.

Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać.
Zadbajmy też o seniorów. Moim zdaniem wielu z nich nie zgłosiło się na szczepienia, bo nie mieli nikogo, kto im pomoże. Zapisze ich, zawiezie. Cyfryzacja idzie błyskawicznie do przodu, system szczepień jest na tym oparty, starsi ludzie często sobie z tym nie radzą, nie wiedzą, jak, nie potrafią „ogarnąć”, dzieci daleko, czasem za granicą. W ich przychodni nie ma punktu szczepień i czują się często bezradni. Warto im pomóc. Zapytać, zawieźć. Cały czas możemy to zrobić. Bardzo do tego zachęcam.