1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Snoezelen - nowa terapia dla dzieci i dorosłych

Snoezelen - nowa terapia dla dzieci i dorosłych

FB Fundacja Rosa
FB Fundacja Rosa
Gdy zbyt dużo bodźców wprowadza chaos, jedynym ratunkiem jest odciąć się od nich, zanurzyć w niezwykłym, magicznym świecie. Umożliwia to nowa terapia dla dzieci, ale też dla dorosłych – Snoezelen. Na czym polega, Agnieszkę Smrokowską-Reichmann pyta Magdalena Rybak.

Terapia Snoezelen jest porównywana do oglądania dmuchawców na łące. Na czym polega?

Porównania do wypoczynku na łące użyli po raz pierwsi holenderscy współtwórcy i propagatorzy Snoezelen, Ad Verheul i Jan Hulsegge. Oczywiście, nie chodzi o leżenie na trawie i oglądanie dmuchawców w sensie stricte. Ten opis jest jednym ze sposobów przedstawienia procesu, który przebiega w Salach Doświadczania Świata. Równie dobrze możemy sobie wyobrazić brodzenie po brzegu rzeki ciepłym przedpołudniem albo siedzenie przed kominkiem w zimowy wieczór. Mamy wtedy do czynienia z odpowiednim ustrukturyzowaniem bodźców, które na nas wpływają. W Salach Doświadczania Świata bodźce są rozpraszane tak, żeby były możliwe do odbioru przez osoby z różnego rodzaju deficytami. Następuje wtedy jednocześnie proces aktywizacji i wyciszania, co prowadzi do harmonizacji odbioru wszystkich bodźców. To właśnie opisują podane przykłady. Jest to stan niemyślenia, niewykonywania zadań, tylko bycia i odczuwania.

Dlaczego te pomieszczenia nazwane są Salami Doświadczania Świata?

Jako środowisko oficyny „tematy” wprowadziliśmy taką nazwę, gdy przenosiliśmy tę metodę na polski grunt. Chcieliśmy w sposób przyjazny dla polskiego użytkownika przetłumaczyć holenderski neologizm „snoezelen”. Polska nazwa ma wyjaśniać, że są wśród nas osoby, które nie są w stanie doświadczyć świata i siebie. Może to być wynik niepełnosprawności fizycznej lub umysłowej, choroby, nerwicy, schorzenia geriatrycznego czy urazu. Duża ilość bodźców poza Salą dla takich osób oznacza chaos, którego nie potrafią uporządkować. Sale Doświadczania Świata pozwalają doświadczyć siebie w taki sposób, jaki poza Salą nie jest dla nich możliwy. Zmysły są tu angażowane w głębokości, a nie w szerokości. Dzięki temu uczestnik może zajmować się tylko jednym wybranym przez siebie zmysłem, bez konieczności skupiania się na pozostałych.

A co dokładnie oznacza „snoezelen”?

Musimy się trochę cofnąć w czasie i przemieścić – rok 1974, Holandia, ośrodek dla niepełnosprawnych umysłowo Haarendael. Szukano sposobu pracy z osobami głęboko niepełnosprawnymi umysłowo i w końcu stworzono pierwsze takie pomieszczenie, w którym wydzielone bodźce okazały się bardzo dobrze trafiać do podopiecznych. Zaczęto szukać nazwy, aż powstał neologizm z połączenia dwóch holenderskich czasowników „snuffelen”– węszyć, obwąchiwać, eksplorować i „doezelen” – drzemać, odpoczywać, trwać w półśnie. To jest doskonały opis tej metody – z jednej strony jest w niej element aktywizacji, bo każdy może eksplorować świat w swoim tempie i na swój sposób, a z drugiej strony – relaksacji i wyciszenia. Z tego powodu ta metoda tak dobrze sprawdza się też w pracy z pacjentami onkologicznymi, pomagając im oderwać się od rzeczywistości choroby, bólu i szpitala.

Czy jest stosowana też do pracy z dziećmi nadpobudliwymi, przeciążonymi, w kryzysie?

Jak najbardziej. Warunkiem jest tylko dobrze zorganizowane pomieszczenie. W takiej Sali dzieci zachowują się inaczej niż zwykle – te, które są zbyt pobudzone, wyciszają się, a wycofane – eksplorują. W przypadku dzieci, które przeszły jakąś traumę, albo są po prostu obciążone pracą w szkole czy problemami w domu, Sala Doświadczania Świata stanowi doskonałą odskocznię. Również dla dzieci z rodzin dysfunkcyjnych czy wieloproblemowych, w których nie ma miejsca na zabawę i relaks ani poczucia bezpieczeństwa, Sala staje się ucieczką od tej trudnej rzeczywistości. Mogą działać tu według swoich pomysłów i wszystkie są akceptowane i wspierane.

Nawet zupełnie zdrowe i szczęśliwe dzieci mogą być zapraszane do Sal Doświadczania Świata, tyle że dla nich przygotowywane są określone scenariusze. Na Zachodzie Sale funkcjonują przy wielu zwykłych placówkach przedszkolnych i szkolnych. Mają zapewnić dzieciom relaks i wspomóc ich naturalny rozwój. Okazało się, że przebywanie w Salach bardzo wspomaga rozwój kreatywności. Bo to jest magiczny świat, w pewnym sensie fantastyczny i odrealniony, a przy tym bardziej cichy i uporządkowany niż codzienna rzeczywistość. Nie ma telewizorów, ostrych świateł ani dźwięków. Wszystko jest rozproszone i łagodne. Dla dzieci to jest oczyszczenie sensoryczne z inwazyjnych dźwięków, obrazów. Zdrowe dzieci jak najbardziej mogą tam przebywać. A nawet zdrowi dorośli.

A jak możemy korzystać z nich w Polsce?

Trzeba ich szukać we własnym zakresie. Są m.in. w domach pomocy społecznej, szkołach specjalnych, przedszkolach integracyjnych, ale także w zwykłych przedszkolach, a nawet w niektórych ośrodkach wypoczynkowych, gdzie mogą być udostępniane za niewielką opłatą. Pamiętajmy tylko, że nie każda Sala Doświadczania Świata jest Salą z prawdziwego zdarzenia. Jest to dobre źródło zarobkowania, więc takich pseudo-Sal powstaje coraz więcej. Obecnie upowszechnianiem Sal Doświadczania Świata na skalę ogólnopolską zajmuje się Fundacja Rosa. Nie tylko wspiera powstawanie nowych Sal (na zdjęciu otwarcie Wzorcowej Sali Doświadczania Świata podczas II Forum Terapeutów, fot. Fundacja Rosa), ale również – co bardzo ważne – dba o ich profesjonalizację i poprawność. Fundacja Rosa jako jedyna w Polsce jest członkiem International Snoezelen Association (ISNA) – międzynarodowej organizacji założonej przez jednego z twórców metody, Ada Verheula, oraz profesor Kristę Mertens z Uniwersytetu Humboldta w Berlinie, która od lat pracuje nad naukowymi podstawami Snoezelen.

Czy sprawdzając Salę, możemy bazować po prostu na swoich odczuciach?

Jak najbardziej – jeżeli wchodzimy i po chwili nie odczuwamy ukojenia i harmonii, lecz odwrotnie: zdenerwowanie, lepiej się wycofać. Jeżeli zauważymy telewizor, też opuśćmy pomieszczenie, bo to jest niedopuszczalne w Snoezelen. Jeżeli nie potrafimy zbadać, czy światło, dźwięk i urządzenia są właściwe, wtedy odwołajmy się po prostu do naszych odczuć sensorycznych.

A jaka jest rola terapeuty w tym sposobie terapii?

Zacznę może od tego, że nadal trwają dyskusje, czy Snoezelen to terapia. W USA i Wielkiej Brytanii mówi się, że jest to spędzanie czasu wolnego (leisure activity), ale w Niemczech i Holandii coraz częściej określa się mianem Zasadnicza różnica w stosunku do wielu innych nurtów terapeutycznych polega na tym, że tu nie ma zadaniowości, a nawet jest to zakazane. Terapeuta jest w Sali razem z dzieckiem czy dorosłym, ale do niczego nie zmusza. Celem jest przebywanie w Sali. Główne hasło Snoezelen brzmi: „Nic nie muszę, wszystko mogę”. Nie pozwalamy na niszczenie sprzętu czy stwarzanie sytuacji zagrożenia. Natomiast wszędzie, gdzie może, dziecko (lub inny uczestnik) pozostaje autonomiczne. Chodzi o to, żeby na własną rękę szukało zajęcia, które jest dla niego najlepsze, co wywołuje efekty terapeutyczne i wychowawcze, choć wcale tego nie zakładamy.

W przypadku dzieci zdrowych podczas pobytu w Sali układamy scenariusz, np. szukamy skarbów albo jedziemy nad morze. Scenariusze tworzą ramy narracji, która wspierana jest odpowiednimi bodźcami wizualnymi, zapachowymi, słuchowymi, dotykowymi. Samo doświadczanie dla dzieci zdrowych szybko stałoby się nudne, scenariusze pozwalają je ukierunkować, ale nadal nie stawiają żadnego zadania ani celu. W przypadku dzieci zdrowych dodatkowym efektem przebywania w takiej Sali może być poprawa zachowań społecznych, komunikacji i zwiększenie kreatywności.

Snoezelen jest stosowane w pracy z ludźmi wypalonymi zawodowo lub w depresji?

Nie wiem, na ile jest stosowana w takich przypadkach, ale z pewnością jest dla takich osób pomocna. Zdarza się, że ludzie cierpiący na bezsenność w Sali usypiają, a cierpiącym na migrenę przechodzi ból głowy. W USA istnieją Sale Doświadczania Świata przy niektórych szpitalach, jako miejsce relaksu nie tylko dla pacjentów, ale też dla personelu. Korzystają z nich też rodzice, którzy wychowują dzieci niepełnosprawne, bo to zadanie wiąże się z wieloma obciążeniami i napięciami.

To chyba idealne miejsce dla każdego żyjącego w szybkim i stresującym świecie mieszkańca naszej planety.

Jesteśmy istotami sensorycznymi – nieustannie odbieramy bodźce, które dochodzą do nas z otoczenia. Odpowiednia strukturyzacja tych bodźców i atmosfera, która się wytwarza w Sali, działa pozytywnie na każdego.

Czy może się to stać tak popularne jak SPA?

Nie sądzę. Na pewno Snoezelen nie działa tak, że możemy spędzić w Sali tydzień czy dwa i wystarczy nam na kilka miesięcy. Snoezelen musi być regularnie powtarzane. Jest to działanie długofalowe, zwłaszcza w przypadku osób pełnosprawnych, które chcą się wyciszyć. W dzisiejszym niespokojnym i pędzącym świecie jest to jak najbardziej wskazane dla każdego. Zresztą, cała przyroda to wielka Sala Doświadczania Świata. Oczywiście, przyroda niezadeptana i niezatłoczona. Taka, jak ta przykładowa łąka, na której możemy leżeć i oglądać dmuchawce. Możemy wyjechać, pospacerować, pójść na czy do filharmonii i tam też osiągamy efekt Snoezelen.

Jakich efektów możemy się spodziewać przy korzystaniu z tej metody, powiedzmy, raz w tygodniu?

Raz w tygodniu to za rzadko. Proponowałabym dwa, trzy razy w tygodniu, a nawet codziennie. Wtedy z pewnością zmniejszy się wiele objawów stresu – migreny, napięcie mięśniowe, problemy gastryczne. Snoezelen nie uleczy jak tabletka, ale pomoże odetchnąć organizmowi. Niczego nie zażywamy, tylko pozwalamy sobie być, a naszym mechanizmom samoregulującym – działać. Na co dzień pędzimy, działamy, osiągamy. A w takiej Sali po prostu jesteśmy i czujemy.

dr Agnieszka Smrokowska-Reichmann, nauczyciel akademicki, redaktor naczelna czasopism „wspólne tematy” i „na temat”,autorka „Snoezelen – Sala Doświadczania Świata. Kompendium opiekuna i terapeuty”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zranione wewnętrzne dziecko - jak sobie pomóc?

Czasem rany z dzieciństwa są tak bolesne, że trudno je wyleczyć bez pomocy terapeuty. Jednak zapomniane i
Czasem rany z dzieciństwa są tak bolesne, że trudno je wyleczyć bez pomocy terapeuty. Jednak zapomniane i "zamiecione pod dywan" manifestują się w naszej codzienności (fot. iStock)
„Gdzie twoja godność, córko? Kim jest kobieta bez dziecka?” – pytała moja matka. Czułam, że ją zawiodłam – opowiada 42-letnia Sylwia, malarka.

Byłam szczęśliwą dziewczyną. W wieku 27 lat wyszłam za mąż. Zamieszkaliśmy w domu z pięknym ogrodem, cieszyliśmy się sobą, życiem i naturą. Dużo podróżowaliśmy, poszukując inspiracji – mąż do architektonicznych projektów, ja do swoich obrazów. Rozstawiałam sztalugi, gdzie to tylko było możliwe, i malowałam. Tak beztrosko płynęliśmy przez pierwsze lata małżeństwa.

Kiedy skończyłam trzydzieści lat, zaczęliśmy się starać o dziecko. Choć regularnie miesiączkowałam i nigdy nie stosowałam antykoncepcji, nie mogłam zajść w ciążę. Oboje poddaliśmy się szczegółowym badaniom, ale nie wykryto żadnej przyczyny – z medycznego punktu widzenia nic nie stało na przeszkodzie, byśmy mieli dziecko. Nie pomogła też terapia hormonalna. Zaczęłam próbować różnych form psychoterapeutycznych, uczęszczałam do laboratorium psychoedukacji, jeździłam na warsztaty rozwoju. A mój zegar biologiczny nieubłaganie wskazywał lat 36, 37, 38...

Ostatni dzwonek!

Rodziła się we mnie gotowość do wejścia w terapię indywidualną. Czułam potrzebę spotkań z terapeutą, który zajmie się wyłącznie mną i problemem mojej bezpłodności. Chciałam zobaczyć swój cień, nazwać wszelkie mroki w sobie, choć zdawałam sobie sprawę, że to może być droga długa i bardzo trudna.

Trafiłam na wspaniałą terapeutkę. Pomogła mojej przyjaciółce, słyszałam o niej dużo dobrego. Zastanawiałam się, czy to jest osoba, którą potrafiłabym prywatnie polubić? Nie cenić, bo nie chodziło mi tylko o profesjonalizm, ale właśnie polubić. To było dla mnie ważne, wiedziałam, że inaczej szybko wezmę nogi za pas.

Ale polubiłam tę kobietę już podczas pierwszej sesji: serdeczna, otwarta, z poczuciem humoru... nie jakaś guru, tylko taka z krwi i kości. Matka trójki dzieci.

Terapia trwała dwa lata i była bardzo intensywna: jedna lub dwie sesje w tygodniu, każda po prawie dwie godziny. Nie miałam pojęcia, jaką metodą mnie prowadzi, ale to nie było dla mnie istotne. Dziś wiem, że korzystała z bardzo wielu różnych metod terapeutycznych, m.in. technik NLP, metody ericsonowskiej i behawioralno-poznawczej. Ta ostatnia okazała się dla mnie kluczowa.

Jedna wielka ściema

Weszłam do gabinetu, usiadłam i powiedziałam, że przyszłam z problemem braku dziecka. Bardzo chciałabym je mieć i nie wiem, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Zbliżam się do 40., słyszę ostatni dzwonek...

Pierwsze zdanie terapeutki brzmiało: „Nie będziemy, Sylwio, pracować nad dzieckiem. Będziemy pracować nad tym, żebyś – bez względu na to, czy będziesz je miała, czy nie – była szczęśliwa. Czy to ci odpowiada?”. Poczułam ogromną ulgę. Boże, czy to znaczy, że wcale nie muszę mieć dziecka, by poczuć się szczęśliwa?

To był bardzo dobry trop. Terapeutka chciała się najpierw przekonać, czy moja rozpacz jest na pewno związana z tym, że nie mam dziecka. Badała, dlaczego tak strasznie chcę je mieć. Jaka energia za tym stoi. Bo mnie nie rozpierała zazdrość, że inne kobiety mają potomstwo, a ja nie. Nie ściskało w gardle na widok czyjegoś maleństwa, kompletnie nie...

Terapeutka pytała o sprawy bieżące, ale powoli wydobywała ze mnie to, co działo się w moim życiu wcześniej, sięgała coraz dalej w przeszłość. Dużo pracowałyśmy w wizualizacji. Wprowadzała mnie w stan relaksu, rozluźnienia, bym mogła łatwiej przywołać sytuacje, które działy się w przeszłości. Prosiła: „Wyobraź sobie, że w twoim sercu jest pokój, a w nim ty jako mała dziewczynka. Wchodzisz do tego pokoju i kontaktujesz się z nią. W jakim jest nastroju?”.

Moja wewnętrzna dziewczynka siedziała zawsze w ciemności, smutna, zalękniona... Wtedy obejmowałam świadomością to zrozpaczone, opuszczone dziecko, które nosiłam w sobie. Wzbudzało we mnie współczucie i zrozumienie, więc przygarniałam je do siebie – tę zaniedbaną część mnie.

Rozmowy z wewnętrzną dziewczynką mogą być sposobem na lepsze poznanie siebie. (fot.123rf) Rozmowy z wewnętrzną dziewczynką mogą być sposobem na lepsze poznanie siebie. (fot.123rf)

 

Terapeutka badała, w jakich sytuacjach czułam się mocna, wolna, otwarta, zdolna się kimś zaopiekować, kreatywna, spełniona – bo taki aspekt też przecież we mnie był. Za pomocą technik NLP kontaktowałam się ze swoim potencjałem, a odwołując się do wspomnień, wzmacniałam go – jak gdyby kotwiczyłam  życiowe zasoby, zdolności i umiejętności. Chodziło o wydobycie, a następnie połączenie dwu części mnie – tej zaniedbanej i tej silnej – po to, by wzajemnie mogły się sobą zaopiekować. Dlaczego? Bo okazało się, że tak naprawdę to ja płaczę nie nad brakiem własnego potomka, ale nad sobą – kondycją swojego wewnętrznego dziecka. Moja rozpacz wynikała z potrzeby zatroszczenia się o siebie. Reszta to była jedna wielka ściema. Wcześniej wydawało mi się, że mam potężny potencjał: troski, czułości, uwagi, którym jako matka pragnę obdarować dziecko. A już po kilku sesjach wiedziałam, że ja tych uczuć nie mam dla samej siebie. Przez dwa lata terapii uczyłam się przede wszystkim opiekować swoją wewnętrzną dziewczynką.

Zawiodłaś mnie

Było we mnie dziecko – zranione, upokorzone, które przeszło w dzieciństwie przez prawdziwe piekło: ojciec alkoholik, przemoc fizyczna w domu, rozwód rodziców. A kluczowa w terapii okazała się relacja z matką.

Kiedy byłam dziewczynką, matka zajmowała się głównie mężem alkoholikiem, a ja czułam się samotna, opuszczona, wystraszona – nie wiedziałam, co się naprawdę dzieje. Dlaczego wciąż są w domu awantury, słychać krzyki matki, ojciec bije i ją, i mnie. Siedziałam skulona w ciemnym pokoju, przerażona. Na sesjach powracałam do sytuacji, które wbiły się w moją pamięć jako tragiczne. Terapeutka inscenizowała rodzaj psychodram, podczas których wydobywałam z pamięci najważniejsze osoby w swoim życiu. To były dla mnie bardzo trudne chwile, łzy lały się strumieniami. Ale mówiła, że muszę te traumy przepracować, by się od nich uwolnić.

Moje relacje z matką nie poprawiły się, kiedy wyszłam za mąż. Zaczęła napierać na mnie i powtarzać: „Kobieta musi mieć dziecko, bez niego nie jest kobietą”. Była bardzo religijna, więc wymyślała cuda, co muszę zrobić: „Powinnaś iść na kolanach do Częstochowy i prosić Matkę Boską o dziecko. Albo przez pół roku przyjmować codziennie komunię świętą. To był swoisty mobbing. Mówiła: „Nie jesteś taka, jakbym chciała! Zawiodłaś mnie, haniebnie! Nie mogę pochwalić się wnukami, nie mam rodziny i jestem nieszczęśliwa”. Kiedy pytałam: „Mamo, dlaczego ty mi tak mówisz, przecież to mnie bardzo boli!? Nie mów tak”, odpowiadała: „Mogę ci powiedzieć wszystko, bo jestem twoją matką!”. A już kompletnie mnie ścięło, kiedy usłyszałam, że wybaczy mojemu ojcu całe zło, jeśli zajdę w ciążę.

Mój stan umysłu był taki: „Haniebnie zawiodłaś własną matkę, najbliższą osobę, tę która cię stworzyła. Przez ciebie nie może w pełni cieszyć się życiem”. To była motywacja do posiadania dziecka, dźwigałam ciężki bagaż.

To nie był mój dramat

Alice Miller – francuska psychoterapeutka, autorka książek o psychologii dziecięcej – pisze, że dziecko, które doznało w dzieciństwie przemocy, jest w gorszej sytuacji niż więzień obozu koncentracyjnego. Bo więzień miał towarzyszy, a dziecko, które doświadcza przemocy od obojga rodziców, jest kompletnie samo. Ja podczas terapii dogrzebałam się, dokopałam do tego swojego obozu koncentracyjnego, wyciągnęłam z niego tę zrozpaczoną, zranioną dziewczynkę i... mocno ją ukochałam.

Dopóki tego nie zrobiłam, nie mogłam stać się dojrzałą kobietą. Dopiero teraz patrzę na stan świadomości swojej matki jako na stan odrębny: ona taka jest, tak ją ukształtowała religia, kultura... Szanuję to, rozumiem i... potrafię współczuć, bo wiem, że ona nadal cierpi, patrząc na córkę, która nie ma dziecka, i nadal uważa mnie za kobietę ułomną. Patrzę na nią jak na osobę cierpiącą i... kocham ją. Ale ja jestem Sylwia, dojrzała kobieta, mam swoje życie i to, jakie ono będzie, zależy wyłącznie ode mnie. Dlatego zadałam sobie pytanie: „Czy ja chcę mieć dziecko na pewno dla samej siebie? Terapia uświadomiła mi, że to, iż go nie mam, nie jest moim dramatem, lecz mojej matki.

Zeszyty pełne myśli i uczuć

Kiedy ktoś w dzieciństwie przebył tak trudną drogę, to jego wyzwolenie się ze wszystkich traum wymaga czasu, uwagi i miłości. Dlatego poza sesjami zapisywałam swoje myśli, emocje i potrzeby w formie rozmów ze swoim  wewnętrznym dzieckiem. Robię to do dziś, już jako dojrzała kobieta, która potrafi się o nie zatroszczyć. To bardzo ważne narzędzie terapeutyczne. Mam grube zeszyty takich rozmów.

Kiedy moja wewnętrzna dziewczynka wpada w gorszy nastrój, gdy czuje się opuszczona, samotna, pocieszam ją: „Dziewczynko, wiem, znowu jesteś zrozpaczona, znowu coś niedobrego się stało, ale poradzimy z tym sobie, jestem przy tobie, przytulam cię, już nie jesteś sama, będzie dobrze”. Pytam: „co by ci pomogło?”. Czasami idziemy sobie do lasku brzozowego, bo ona bardzo lubi drzewa, ptaki – przyroda ją uspokaja, wycisza. Oczywiście, zdarza się, że mówię: „No jak ja mogę teraz pójść do lasu i leżeć pod brzozą, kiedy mam tyle pracy”. Wtedy dziewczynka: „Poleżymy sobie tylko pół godziny i wykonasz potem tę pracę szybciej i lepiej”. Ma rację. Kiedy damy sobie czas, żeby negatywne uczucia przepłynęły, wszystko idzie dużo sprawniej. Czasem trzeba zatrzymać i wsłuchać w swoje uczucia, emocje, potrzeby, których – jak podkreślała terapeutka – nie słyszą dzieci traktowane w dzieciństwie przemocowo.

Jestem matką

Z miesiąca na miesiąc stawałam się coraz mocniejsza, spokojniejsza, szczęśliwsza. Uświadomiłam sobie, że bycie matką to potencjał – energia troski, miłości, opieki, oddania, czułości, który we mnie jest. Tę matczyną energię mogę wnosić w życie innych ludzi – swoich bliskich, przyjaciół, znajomych. I ich dzieci – świat potrzebuje dobrych, mądrych ciotek. Mogę też być matką dla własnych pomysłów, projektów, twórczości, obrazów, które kocham malować. Dla swoich domowych zwierzaków. A przede wszystkim dla siebie i mojej wewnętrznej dziewczynki. Kiedy troszczysz się o coś, jesteś matką.

Dziś nie ma we mnie odrobiny żalu o to, że nie posiadam własnego dziecka. Akceptuję to, co mi się przydarza. Przyjmuję i cenię dary, jakie otrzymuję od życia. Jestem dojrzałą, spełnioną i szczęśliwą kobietą. To efekt indywidualnej terapii i pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Core Energetics, czyli jak dotrzeć do głebokich poziomów naszej życiowej siły

Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Metoda Core Energetics pozwala pokonać skrępowanie i odrzucić maskę. (Ilustracja: iStock)
Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Metoda Core Energetics pozwala pokonać skrępowanie i odrzucić maskę. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Konwencjonalne szkoły psychoterapeutyczne bazują na rozmowie, a nurty pracy z ciałem niekiedy skupiają uwagę wyłącznie na nim. Metoda Core Energetics postrzega człowieka jako połączenie emocji, myśli, ciała oraz ducha – i pomaga pokonać opór i blokady przed pełnym wyrażaniem siebie.

Wszyscy niekiedy zakładamy maski, czyli przyjmujemy wobec innych ludzi określone postawy – w zależności od tego, kim są. Odgrywamy wyuczoną rolę osoby grzecznej, zaradnej, elokwentnej, a nawet zakochanej czy zrozpaczonej. W wyniku przeszłych doświadczeń wielu ludzi nie czuje się wolnymi do bezpośredniego wyrażania siebie i nie zmierzyło się z otwartym, najprostszym i największym pytaniem, jakie można sobie zadać: kim jestem? Żyją z poczuciem skrępowania przed ujawnieniem bliskim, współpracownikom, światu, ale również samemu sobie prawdy o tym, kim są, jak też po co są tutaj na ziemi. Metoda Core Energetics (w skrócie CE) pozwala pokonać to skrępowanie i odrzucić maskę.

Cztery elementy

CE opiera się na dwóch założeniach. Pierwsze traktuje ciało jako nieodłączne od psychiki. Ciało niesie w sobie bowiem pamięć przeszłego życia, nie tylko doświadczonych ran, przyjętych głasków, przebytych operacji, sposobu odżywiania się, ale również tego, jak było traktowane w przestrzeni energetycznej. Czy miało swobodę sięgania po to, czego potrzebuje, czy może było powstrzymywane i musiało się kurczyć z powodu krzyków, dyscyplinujących spojrzeń i pouczeń? Czy mogło zasypiać w spokoju, a może musiało często uciekać, chować się, wylewać łzy? CE zwraca uwagę na emocje w takim samym stopniu jak na anatomię, fizjologię oraz świadomość ciała. To również ewolucyjna metoda psychoterapeutyczna – a zatem taka, która stawia sobie za cel jak najpełniejsze, zdrowe doświadczanie życia z zachowaniem świadomości, że jako ludzie cały czas ewoluujemy i mamy wpływ na kierunek tej ewolucji. Co ważne, nie tylko nasze ciało ewoluuje, świadomość również.

Drugie założenie CE dotyczy duchowości. Nie jest ona jednak związana z konkretnym systemem wierzeń, religią bądź zasadami, które mają wyznawać pacjenci czy klienci trafiający do terapeuty. Duchowość jako podstawowe założenie w tej metodzie oznacza przede wszystkim traktowanie człowieka jako złożonego z czterech elementów: umysłu, emocji, ciała oraz ducha.

Mądrość i piękno

Twórcą Core Energetics jest John C. Pierrakos, który twierdził, że terapia jest stworzona po to, żeby uwolnić wrodzoną mądrość i piękno duszy. Podobno na swoich zajęciach wykrzykiwał z ekscytacją: „Wykrzycz to!”, „Stań na nogi!”, „Porusz swoją energią i żyj!”.

Pierrakos urodził się w 1921 roku w Grecji, po wybuchu II wojny światowej wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczął studia medyczne i wykładał. Specjalizował się w psychiatrii i fascynował naukami Wilhelma Reicha, kontrowersyjnego ucznia Zygmunta Freuda. W latach 50. zaczął pracować z Alexandrem Lowenem i wspólnie opracowali szereg metod pracy z ciałem, by przywrócić mu naturalną elastyczność. Tak powstała znacznie popularniejsza Analiza Bioenergetyczna. Jednak Pierrakos szukał czegoś więcej, między innymi wsparcia duchowego. Znalazł je w naukach Evy Broch, która wraz z grupą przyjaciół skupiała się wokół filozofii rozwoju duchowego zwanej Pathwork. Eva uczyła, że energia fizyczna, psychiczna i duchowa musi być w równowadze, a seksualne, satysfakcjonujące połączenie z drugim człowiekiem to najszybsza autostrada do poznania Boga.

Eva i John pobrali się (dla niego było to już drugie małżeństwo) i zaczęli razem pracować. Tak powstał Core Energetics, a Pierrakos rozstał się z Lowenem. Gdy został wdowcem, ożenił się po raz trzeci i nawiązał relację ze swoją najstarszą córką z pierwszego małżeństwa, której nie widywał od czasu rozwodu z jej matką. W końcu otworzył Instytut Core Energetics, którego oddziały powstały na całym świecie. Podstawą działania instytutu było założenie, że ludzie cierpiący poszukują nie tylko rozwiązania problemów, ale odnalezienia sensu i powodu istnienia. Droga do ich odkrycia ma prowadzić przez swobodne i unikatowe formy wyrażania swoich wewnętrznych atrybutów: miłości, mądrości i równowagi. Zdaniem Pierrakosa wszyscy mamy do nich dostęp. (Jeśli szukasz terapeuty Core Energetics lub więcej informacji o tej metodzie, wejdź na stronę CE Polska coreenergeticspolska.com).

Podróż w nieznane

Terapia bywa w tym nurcie nazywana podróżą i nie polega na statycznym siedzeniu naprzeciwko siebie w fotelach. Pierwsze sesje służą rozpoznaniu tego, z jakimi tematami przychodzi dana osoba. To również moment na czytanie mapy ciała, tego, jak ono się porusza, gdzie kumuluje się energia i jaką zbroję to ciało musi nosić, by siebie ochronić.

Core Energetics podobnie jak inne nurty czy paradygmaty psychologiczne wykorzystywany jest w różnych formach pracy z drugą osobą – indywidualnie i grupowo. Może to być psychoterapia, coaching, trening pracy z emocjami, trening interpersonalny, warsztat ogólnorozwojowy czy tematyczne szkolenia. Podczas sesji możesz spodziewać się zarówno rozmowy, jak i zaproszenia do szeregu ćwiczeń ruchowych pomagających pozbyć się maski, by dotrzeć do uniwersalnego planu życia. O tym, jakie będą to ćwiczenia, decyduje terapeuta w porozumieniu z pacjentem, w zależności od zgłaszanego problemu oraz etapu pracy nad problemem.

Cztery fazy pracy

Niezależnie od tego, w jakiej dokładnie formie będzie przebiegać terapia, musi objąć ona cztery fazy, z których każda „jest szansą do eksplorowania głębszych poziomów naszej osobowości i do coraz głębszego kontaktu z esencją naszego istnienia” – jak pisze amerykańska psychoterapeutka holistyczna Lisa Loustaunau w poświęconym Core Energetics artykule. W trakcie terapii można przechodzić między tymi fazami zupełnie spontanicznie i nie muszą one następować po sobie. Gdy osobie pracującej nad odzyskaniem wolności uda się pozbyć energetycznych, zapisanych w ciele blokad, może doświadczyć czterech faz podczas jednej sesji. Oto one:

1) Penetracja maski

Maska jest tym, co widoczne, można ją porównać do ego. Kształtuje się w toku życia w odpowiedzi na wychowanie, rany, sukcesy, strategie zapożyczone od dorosłych. Maska może mieć różne imiona, takie jak: mądra, głupia, wierna, piękna, zaradna, wytrwała, znosząca, krzywdząca. W tym sensie jest zbiorem cech i mechanizmów obronnych, które pełniły w przeszłości określone, ważne role – pomagały chronić przed zranieniem, zapewniały przetrwanie, pozwalały zyskać znajomych i przyjaciół albo ukryć wstydliwą czy intymną prawdę. Budowanie maski kosztuje sporo energii i stoi za tym wiara, że dzięki tej określonej masce – czyli temu, jak będą mnie inni postrzegali, jak będę o sobie myśleć – zdobędę miłość, sukces lub inne korzyści. Jednak energia potrzebna do utrzymania maski przypomina wodę uwięzioną w wiadrze, a nie tę żywą, w jeziorze czy rzece. Taka energia jest zastała, można powiedzieć, że martwa; prawie nie sposób nawiązać autentycznego kontaktu z noszącą ją osobą. Porzucenie maski zazwyczaj wywołuje lęk, prawdopodobnie dlatego, że chodzenie z odkrytą twarzą musiało w przeszłości wiązać się z krzywdą w życiu danej osoby. Pokazała, kim naprawdę jest i została wyśmiana, skrzywdzona, pominięta czy upokorzona. Zadaniem terapeuty na początku jest tolerować maskę i wyjaśniać, że ta przypomina reprodukcję albo tarczę, za którą ukrywa się wyższe ja. Pacjent jest równocześnie zapraszany, by doświadczać swojego ciała, pozwalać, by przepływało przez nie więcej świeżej, żywotnej energii. Ma to przygotować go do etapu porzucenia maski, trochę tak jakby w końcu zdecydować się wodę z wiadra wylać z powrotem do rzeki.

2) Wyzwolenie i transformacja niższego „ja”

Niższe „ja” jest zamkniętym sercem, upartym wysiłkiem, by unikać bólu. W tym celu niższe „ja” namawia nas, byśmy pozostawali w separacji, czuli się odrębni, wyjątkowi albo przeklęci, niepasujący, wyobcowani. Niższe „ja” lubi złość i energię osądzania, drwienia, nienawiści. Jest przywiązane do tego, co destrukcyjne. Jest jak zaklęcie „drętwota”, którym posługiwano się w świecie Harry'ego Pottera – powodowało, że człowiek zamierał, chociaż był żywy. Tkwienie w energii niższego „ja” powoduje, że człowiek nie żyje w pełni, ale tkwi w życiu. W konsekwencji dochodzi do utraty naturalnego przepływu energii, przeżywania emocji i doznań duchowych. Praca terapeutyczna na tym etapie polega na ośmielaniu osoby do zdania sobie sprawy z tego, że niższe „ja” nie jest pełną opowieścią, oraz zachęceniu, żeby wzięła odpowiedzialność za własne życie bez poczucia winy, wstydu czy lęku. W ten sposób może zostać uwolniona ogromna energia, którą pacjenci czują na poziomie ciała jako pobudzenie, ożywienie, które zazwyczaj pomagają zrzucić swoje stare maski.

3) Dostęp i korzystanie z wyższego „ja”

Pierrakos określał wyższe „ja” jako kreatywne ego, które nie ma nic wspólnego z aroganckim, zaborczym czy wylęknionym ego. Wyższe „ja” to nie tylko świadomość siebie, ale również siebie jako części znacznie większej sieci połączeń z ludźmi, Ziemią i wszystkimi żywymi organizmami. To z poziomu wyższego „ja” można karmić się mądrością i miłością przekraczającą umysł, by osiągnąć równowagę. Terapeuta patrzy na pacjenta właśnie przez jego wyższe „ja” – z godnością, szacunkiem i uwzględnieniem faktu, że bez względu na trudności, przez które przechodzi, ma dostęp do mocy mądrości i miłości. To nic, że w danym momencie może ich nie dostrzegać. Ta pozornie niewielka różnica bywa rewolucyjna. Pacjent nie jest zapraszany do drobiazgowego analizowania nieszczęść, traum i krzywd, ale odzyskiwania mocy, sprawczości i życiowej energii. W tym celu możliwy jest dotyk, wykonanie określonych ćwiczeń fizycznych, ale również czuła rozmowa z terapeutą.

4) Uniwersalny plan życia

Ostatnia faza, której przebłysków pacjent może doświadczać na poszczególnych sesjach, to moment łączenia skrajności, godzenia się z chaosem i porządkiem, rozumienia, że wszystkiego nie da się, a nawet nie należy zrozumieć. Uniwersalny plan na życie osadza w  życiu – czasami w samym sercu, niekiedy na obrzeżach, ale nigdy ponad ani pod życiem czy nawet obok niego. To wcale nie oznacza, że życie pozbawione jest bólu czy cierpienia, ale uwalnia od konieczności ulegania słowom innych czy ranom przeszłości. Ból lub cierpienie mogą zostać przeżyte, doświadczone i nie muszą wywoływać konieczności barykadowania serca, odcinania się od ludzi lub kompulsywnego pragnienia bycia z nimi blisko. Jest uznaniem, że każde życie jest indywidualne – ale istnieje wyłącznie w zjednoczeniu z wszystkim, co żywe dookoła.

  1. Psychologia

Jakie mechanizmy obronne stosujemy, żeby „zagłuszyć” niską samoocenę?

Samoutrudnianie, projekcja, krytykanctwo – to podstawowe mechanizmy, którymi maskujemy niskie poczucie własnej wartości (fot. iStock)
Samoutrudnianie, projekcja, krytykanctwo – to podstawowe mechanizmy, którymi maskujemy niskie poczucie własnej wartości (fot. iStock)
Osoby o niskiej samoocenie stosują cały arsenał broni, która pozwala odciąć się od swoich rzeczywistych potrzeb i uczuć. Sabotują własne ewentualne sukcesy, przypisują swoje wady innym ludziom, całą energię inwestują w zaspokajanie potrzeb innych. Wszystko po to, by przypadkiem nie skonfrontować się z zaniżonym wyobrażeniem o sobie, z łatkami przypiętymi w dzieciństwie: „ty leniuchu”, „ty gamoniu”, „ty nieudaczniku”.

Jednym z modelowych mechanizmów obronnych stosowanych przez osoby niepewne swojej wartości/kompetencji jest tzw. strategia samoutrudniania. Polega ona na tym, że w pewien sposób utrudniamy sobie wykonanie zadania lub osiągnięcie celu. Tak kształtujemy daną sytuację, że minimalizujemy szansę odniesienia sukcesu. Dla przykładu, student zamiast przygotowywać się do egzaminu, nadrabia wszelkie domowe obowiązki: sprząta, idzie po zakupy, gotuje. Osoba, która ma przed sobą ważną rozmowę kwalifikacyjną, nie skupia się na swoim CV i możliwym przebiegu spotkania, tylko idzie na całonocną balangę.

Oczywiście każda z tych osób w razie niepowodzenia dysponuje starannym i wiarygodnym pakietem usprawiedliwień. No bo przecież egzamin z pewnością by zdała, gdyby jeszcze miała jeden dzień na naukę, a rozmowa kwalifikacyjna nie poszła pomyślnie jedynie ze względu na nieprzespaną noc. Przeszkód może być całe spektrum. Łączy je jedno – nigdy nie wiążą się z brakiem zdolności osoby stosującej strategię samoutrudniania. Ta strategia pozwala zrzucić odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie na czynniki zewnętrzne, daje złudne wrażenie, że jeśli tylko zechcę, mogę osiągnąć wszystko.

Balowałam, ale dałam radę

Takie sabotowanie własnych działań pozwala bronić poczucia własnej wartości. Owszem, nakazuje przyznać się do pewnych słabości (np. spóźnialstwa, bałaganiarstwa czy bagatelizowania niektórych spraw), ale tylko takich, którym przypisujemy małą wagę w stosunku do całego obrazu samego siebie. Jednocześnie pozwala zachować pozytywne mniemanie o sobie w obszarach, które mają duże znaczenie w kontekście poczucia własnej wartości jak np. kompetencje zawodowe, zdolności, talenty, inteligencja.

Co więcej, samoutrudnianie może wywindować poczucie własnej wartości w sytuacji, gdy mimo sabotowania różnych działań, uda nam się osiągnąć sukces. Myślimy wtedy: „Zobaczcie, całą noc ostro balowałam, a mimo to wypadłam na rozmowie rewelacyjnie. Zdolna ze mnie babka”. To jest chwila, kiedy błyszczymy, przekonani, że w oczach innych ludzi zaprezentowaliśmy się jako wartościowa osoba.

Strategia samoutrudniania wydaje się kuszącym sposobem radzenia sobie w sytuacjach zadaniowych, kiedy nie jesteśmy pewni, jaki rezultat osiągniemy. Na dłuższą metę nie jest jednak konstruktywna i uderza w nas samych. Zamiast bowiem koncentrować się na zadaniu/celu, całą naszą energię kumulujemy w działaniach dywersyjnych. W efekcie uszczuplamy swoje szanse na osiągnięcie sukcesu. A jeśli nawet uda nam się go osiągnąć, to tak do końca nie wiemy, czemu go zawdzięczamy.

Co złego, to nie ja

Innym mechanizmem, który roztacza zasłonę dymną nad własną niską samooceną, jest projekcja. Chodzi o przypisywanie swoich uczuć, emocji, intencji lub zachowań innym ludziom. To również rzutowanie na innych swoich wad i słabości. Przykładowo, zazdroszczę koleżance z pracy jej sukcesów, ambicji i woli walki o siebie. Moją reakcją na jej kolejne zwycięstwa jest cały wachlarz niedojrzałych i nieakceptowanych zachowań typu oczernianie, podkopywanie jej autorytetu i kompetencji etc. Jednocześnie, aby nie dopuścić do siebie myśli, że zachowuję się w niewłaściwy sposób, przypisuję własne intencje owej koleżance. Czyli w naszym mniemaniu to właśnie ona jest zazdrośnicą, która notorycznie stosuje zagrania nie fair, idzie po trupach do celu, nie zważa na innych. To taka rozpaczliwa obrona własnej, i tak już niskiej, samooceny. Reakcja na strach przed konfrontacją z własnymi słabościami, wadami, niemocą.

Bardzo często stosowanym „mechanizmem ucieczki” jest skupienie się na innych, przy jednoczesnym zaniedbywaniu siebie. Cała uwaga i energia życiowa skoncentrowana jest na potrzebach otoczenia – dzieci, krewnych, współpracowników. A wszystko po to, by zdobyć kolejne porcje „głasków”, by zasłużyć na akceptację otoczenia. To ma zapełnić pusty krater, jaki wyrył się w sercu danej osoby jeszcze w dzieciństwie. W sercu tej plączącej się, głupiej, gamoniowatej, nieudolnej... Spełnianie potrzeb innych w życiu dorosłym można przyrównać do dziecięcego rysowania obrazków po to, by otrzymać od rodziców uwagę, dobre słowo, pochwałę. Nieustanne skupianie się na innych to także próba ucieczki od samej siebie, odgrodzenie od ewentualnej konfrontacji z pytaniami: „Czego tak naprawdę mi potrzeba?”, „Kim jestem?”, „Czy naprawdę jestem bezwartościowa?”, „Dlaczego sądzę, że jestem gorsza od innych?” etc.

Osoby charakteryzujące się niskim poczuciem własnej wartości chowają się też za pesymistycznym obrazem świata i innych ludzi. Każdy jest jakoś „wybrakowany”, nieudolny, niezdolny do osiągnięcia sukcesu. Z tego rodzi się niewiara w swoich bliskich i wymierzony w nich krytycyzm. Ten brak nadziei i kasandryczne podejście do rzeczywistości działa niestety niekorzystnie na otoczenie i niejednokrotnie torpeduje działania innych.

Jak działa mechanizm obronny?

Przedstawione powyżej mechanizmy są przykładowe i nie wyczerpują całej gamy strategii obronnych. Jaki mają sens? Czy są skuteczne? Ich głównym zadaniem jest ochrona przed konfrontacją z niską samooceną. Są niczym kask dla naszej psychiki, ratują ją przed rozsypaniem się na kawałeczki. Poprawiają komfort życia i pozwalają zmierzyć się z wszelkimi sytuacjami kryzysowymi. Nie rozwiązują jednak źródła problemu i odwracają uwagę danej osoby od pracy nad sobą. Są niczym lek przeciwbólowy – łagodzą objawy, ale nie leczą choroby.

Trzeba dodać, że wszystkie opisane wyżej mechanizmy obronne są stosowane nieświadomie. Owszem, pacjenci dostrzegają w swoich zachowaniach pewną powtarzalność, jakiś utrwalony wzorzec. Mają też świadomość, że to co robią, stoi w opozycji do tego, czego tak naprawdę ich dusza łaknie. Jednakże nie są w stanie samodzielnie zrozumieć i skontrolować stosowanych mechanizmów. To właśnie podczas terapii dowiadują się jak one działają, po co psychika je stosuje, jakie skutki rodzą w konkretnych sytuacjach etc.

Urealnij samoocenę

To powolny, żmudny proces. Nie chodzi o to, by pacjenta jednym cięciem oddzielić od dotychczasowych sposób radzenia sobie ze słabością, krytyką czy wyzwaniami. To mogłoby okazać się szkodliwe dla jego psychiki. Chodzi raczej o to, by nauczyć go zarządzać mechanizmami obronnymi. Niech dostrzega je odpowiednio wcześnie, by móc zastosować inne, prorozwojowe narzędzie, jeśli w danym momencie, jest do tego zdolny. Oczywiście jednocześnie uczymy taką osobę odkrywać własne potrzeby i komunikować je wprost, a także krok po kroku urealniamy jej samoocenę. Wszak to ona stanowi źródło problemu. Przepracowujemy m.in. wszelkie przekonania na własny temat zakorzenione w dzieciństwie jak np. „Jesteś do niczego”, „Jesteś głupia”, „Jesteś nieukiem”. Staramy się uruchomić pierwiastek obronny na takie stwierdzenia w miejsce dotychczasowej uległej zgody („A właściwie dlaczego ja jestem niby taka głupia?”, „Co mogłabym odpowiedzieć matce/ojcu/babce na taki zarzut?”, „Jak bym chciała się zachować w sytuacji, gdy ktoś mnie deprecjonuje?” itd).

Kiedy już pacjent zna swoje potrzeby i swoją wartość oraz wie, jak chciałby się zachować w sytuacjach x,y,z, pora na działanie. I tu już zaczyna się codzienna praca danej osoby – trudna i niosąca coraz to inne wyzwania, ale także dająca wiele satysfakcji i poprawiająca komfort życia.

Agnieszka Paczkowska obecnie zajmuje się psychoterapią indywidualną osób dorosłych w Centrum Probalans w Warszawie. Jest absolwentką Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie na kierunku psychologia kliniczna oraz Szkoły Psychoterapii Ośrodka INTRA, posiada certyfikat Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

  1. Psychologia

Zrób to jak salamandra. Na czym polega teoria poliwagalna?

Teoria poliwagalna oferuje szereg ćwiczeń, które można wykonać samodzielnie. Jednym z nich jest tzw. ćwiczenie salamandry. (Fot. iStock)
Teoria poliwagalna oferuje szereg ćwiczeń, które można wykonać samodzielnie. Jednym z nich jest tzw. ćwiczenie salamandry. (Fot. iStock)
Chcąc zmylić drapieżnika, zwierzęta zamierają, a ich funkcje życiowe zwalniają. Tak samo może zareagować człowiek w niebezpiecznej dla niego sytuacji. To efekt działania autonomicznego układu nerwowego. Jak go wspierać, korzystając z teorii poliwagalnej – pytamy terapeutkę pracy z ciałem, Beatę Krokowską.

"Zgodnie z teorią poliwagalną, jeżeli człowiek czuje się bezpiecznie – czyli nikt mu nie grozi ani nie znajduje się w niebezpiecznej sytuacji – a jego ciało jest zdrowe i funkcjonuje właściwie, może znajdować się w stanie fizjologicznym umożliwiającym zachowania angażujące społecznie” – pisze Stanley Rosenberg w książce o terapeutycznej mocy nerwu błędnego. Teoria poliwagalna została sformułowana przez amerykańskiego psychiatrę prof. Stephena W. Porgesa. Do czego odnosi się jej nazwa?
Głównymi pojęciami w teorii poliwagalnej są autonomiczny układ nerwowy oraz nerw błędny, i właśnie od łacińskiej nazwy nerwu błędnego – nervus vagus – bierze ona swoją nazwę. Autonomiczny, niezależny od naszej woli układ nerwowy składa się z układu sympatycznego – współczulnego, kojarzonego z pobudzeniem, reakcją „walcz lub uciekaj” oraz układu parasympatycznego – przywspółczulnego, kojarzonego ze stanem uspokojenia, komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Kluczową częścią tego układu nerwowego jest nerw błędny, dziesiąty nerw czaszkowy, który biegnie od rdzenia przedłużonego do klatki piersiowej i brzucha. Reguluje on działanie wielu organów wewnętrznych, ale wpływa też na takie procesy, jak oddychanie, krążenie, trawienie, wydalanie. Jego funkcjonowanie jest bardzo ważne dla zachowania zdrowia i równowagi całego organizmu.

Na czym polega jego działanie zgodnie z teorią poliwagalną?
Nerw błędny ma dwie gałęzie: brzuszną oraz grzbietową – obie należą do przywspółczulnej części autonomicznego układu nerwowego. I właśnie to rozdzielenie jest kluczowe dla teorii poliwagalnej i całkowicie zmienia spojrzenie na to, jak organizm reaguje na sytuację stresową. Zwykle, kiedy mówimy o odczytywaniu przez organizm informacji płynących z otoczenia, mamy na myśli świadomy proces percepcji. Natomiast skanowanie otoczenia przez układ nerwowy, w celu sprawdzenia, czy jest bezpiecznie, odbywa się na poziomie nieświadomym i nazywa się neurocepcją. I w czasie tego procesu informacje są przetwarzane dużo szybciej. W teorii poliwagalnej mówimy o trzech układach neuronalnych i trzech poziomach intensywności reakcji na stres: części brzusznej nerwu błędnego, która daje nam stan odprężenia, poczucie bezpieczeństwa, zaangażowanie społeczne; układzie sympatycznym (reakcja: walcz lub uciekaj) oraz części grzbietowej nerwu błędnego, która odpowiada za reakcję zamrożenia, zamarcia, poczucie beznadziei i depresji.

Stan odprężenia i reakcja: walcz albo uciekaj są dość znane. A na czym polega zamrożenie?
Widząc, że zbliża się drapieżnik, antylopa początkowo próbuje uciekać, lecz gdy uzna, że nie jest w stanie uniknąć ataku, pada na ziemię i zamiera w nadziei, że drapieżnik uzna ją za nieżywą i nie zainteresuje się nią. Jej funkcje życiowe, takie jak oddech, rytm serca, metabolizm – zwalniają; zaczynają wydzielać się endorfiny, by zwierzę nie czuło bólu, gdy będzie zabijane przez napastnika. To właśnie takie zamarcie, połączone z poczuciem oddzielenia od ciała, dysocjacją – to ostatni poziom reakcji na traumatyczne wydarzenia, za który odpowiada część grzbietowa nerwu błędnego.

Czy doświadczenie czegoś w rodzaju znieruchomienia zawsze wiąże się z traumą?
Nie, może do niego dojść na przykład podczas medytacji czy bliskości z drugą osobą. Wtedy nie towarzyszy mu lęk i odpowiada za nie część brzuszna nerwu błędnego.

Rozumiem, że dochodzi do tego w sytuacji poczucia bezpieczeństwa, o której wspomina przywołany na początku naszej rozmowy cytat. Co wtedy dzieje się w oganizmie a dokładnie w autonomicznym układzie nerwowym?
Gdy organizm czuje się bezpiecznie, działa z poziomu części brzusznej nerwu błędnego. To właśnie stan nazywany zaangażowaniem społecznym, kiedy możemy swobodnie nawiązywać relacje z innymi ludźmi. Mimika jest naturalna, mięśnie twarzy – zwłaszcza te znajdujące się w pasie między oczami a ustami – kurczą się szybko, a co za tym idzie adekwatnie zmienia się wyraz twarzy. Osoba czuje się spokojnie, spontanicznie nawiązuje kontakt wzrokowy z drugim człowiekiem, pozwala uczuciom swobodnie pojawiać się i rozwijać. Twarz takiej osoby odzwierciedla stan emocjonalny rozmówcy, ton głosu jest swobodnie modulowany i zmienia się w zależności od tego, jakie treści i do kogo są kierowane. W tym stanie człowiek jest otwarty i empatyczny, zaciekawiony światem, percepcja nie jest zawężona do wychwytywania informacji o potencjalnym zagrożeniu, oddech płynie swobodnie.

A co jeśli zagraża nam niebezpieczna sytuacja, w której będziemy być może musieli przez jakiś czas pozostać?
Kluczowe jest zadbanie o swoje wewnętrzne zasoby oraz zapewnienie sobie sieci społecznego wsparcia. Dobre relacje nie tylko dają pewność, że w razie potrzeby możemy liczyć na pomoc. Rozmawiając z życzliwymi osobami, zyskujemy poczucie, że w niebezpiecznej sytuacji nie jesteśmy osamotnieni, że inni może mieli podobne przeżycia lub zareagowaliby również lękiem, odczuliby nieporadność i że to jest naturalne. Przez zasoby wewnętrzne rozumiem odporny, elastyczny układ nerwowy i poczucie ugruntowania oraz dawanie sobie samemu wsparcia.

Stephen W. Porges napisał, że „uzdrowiciele umożliwiają organizmowi samoleczenie” – co możemy wyleczyć, korzystając z tej metody?
Możemy wyregulować działanie naszego układu nerwowego, co przekłada się na funkcjonowanie narządów wewnętrznych, gospodarkę hormonalną organizmu oraz komfort życia, rozumiany jako rozwijanie poczucia bezpieczeństwa, osadzenie w sobie, bycie w tu i teraz oraz tworzenie satysfakcjonujących relacji z innymi ludźmi.

Jak możemy samodzielnie wspierać nasz autonomiczny układ nerwowy?
Kluczową kwestią znowu jest posiadanie sieci wsparcia społecznego, ponieważ dobre relacje aktywizują brzuszną część nerwu błędnego, odpowiedzialną za poczucie dobrostanu i harmonijne funkcjonowanie organizmu. Ważne jest też otoczenie, w którym czujemy się bezpiecznie. Wnętrze mieszkania powinno być kojące, przytulne, ciche lub wypełnione harmonijną muzyką. Moim klientom proponuję technikę zwaną ugruntowaniem, która daje poczucie uziemienia i zwiększa poczucie bezpieczeństwa. Przekierowanie uważności do stóp i ich kontaktu z podłożem, znalezienie w sobie poczucia tego, że ziemia nas podpiera, sprowadza do tu i teraz oraz uświadamia fakt bycia połączonym z czymś większym, ze światem. Bardzo korzystna będzie również praca z oddechem, na przykład Stephen Porges wspomina, że sam fakt przedłużania fazy wydechu wycisza układ nerwowy.

Beata Krokowska, absolwentka psychologii, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana Provider metody TRE, instruktorka jogi i jogi Nidry, instruktorka BODYART. Prowadzi gabinet Przepływ Art w Krakowie. 

Autoterapia

Teoria poliwagalna oferuje szereg ćwiczeń, które można wykonać samodzielnie. Oto trzy propozycje: Ćwiczenie podstawowe wykonujemy w pozycji leżenia na plecach, z dłońmi splecionymi w koszyczek i ułożonymi pod potylicą.
  • Utrzymując głowę nieruchomo, popatrz najpierw w prawą stronę, przesuwając oczy tak daleko, jak to możliwe, bez wywoływania uczucia dyskomfortu. Po kilkunastu lub kilkudziesięciu sekundach pojawi się potrzeba przełknięcia śliny, ziewnięcia czy westchnienia, co jest oznaką, że autonomiczny układ nerwowy się rozluźnia. Skieruj teraz spojrzenie na wprost, możesz chwilę odpocząć, a następnie zwróć wzrok w lewo. Po zakończeniu ćwiczenia ułóż ramiona w wygodnej dla siebie pozycji i powoli przejdź do pozycji siedzącej lub wstań. Przenieś uwagę na doznania płynące z ciała – jaki teraz jest oddech, czy zmienił się zakres ruchu szyi, czy pojawiło się coś jeszcze? Ćwiczenie salamandry stopniowo poprawia elastyczność piersiowego odcinka kręgosłupa, co wpływa na poprawę wydolności oddechowej. Dzięki temu mózg otrzymuje informację, że organy wewnętrzne funkcjonują prawidłowo i jesteśmy bezpieczni, a to z kolei aktywizuje część brzuszną nerwu błędnego.
  • Łatwiejszą wersję tego ćwiczenia wykonujemy w wygodnej pozycji stojącej lub siedzącej. Najpierw bez poruszania głową skieruj oczy w prawą stronę i z twarzą zwróconą nadal do przodu przechyl głowę w prawo, zbliżając prawe ucho do prawego barku. Utrzymaj tę pozycję 30 do 60 sekund, a następnie wróć głową do centrum, do pozycji neutralnej i skieruj wzrok przed siebie. Odpocznij chwilę i powtórz ćwiczenie na lewą stronę.
  • Pełna wersja ćwiczenia jest wykonywana w klęku podpartym z głową ustawioną dokładnie na przedłużeniu kręgosłupa. Najpierw skieruj spojrzenie w prawą stronę, a następnie zbliż prawe ucho do prawego barku i dokończ ten ruch poprzez zgięcie ciała na bok przez całą długość kręgosłupa, poza odcinkiem szyjnym. Po 30–60 sekundach zmień stronę. Technika rozluźniania nerwowo-powięziowego polega na stymulacji nerwów znajdujących się u podstawy czaszki, co przywraca równowagę w mięśniach łączących podstawę czaszki z kręgami szyjnymi.
  • Przyjmij wygodną pozycję siedzącą, niech oddech płynie swobodnie. Wyczuj u podstawy czaszki po jednej stronie kość potyliczną, delikatnie przesuń skórę nad kością w prawo, wróć do centrum, a następnie przesuń w lewo. Zauważ, przy którym kierunku ruchu odczuwasz większy opór, i teraz przesuń skórę właśnie w tę stronę. Bądź uważny na doznania, zatrzymuj się przy pierwszych oznakach oporu przynajmniej na 30 sekund. Układ nerwowy zacznie się uspokajać, może pojawić się ziewanie lub potrzeba przełknięcia śliny. Po zakończeniu rozluźniania na jedną stronę, skóra powinna swobodnie się przesuwać na obie strony. Odpocznij chwilę i powtórz to samo na drugą stronę. Zaobserwuj, czy pojawia się różnica między doznaniami z prawej i lewej strony.
Więcej w książce: „Terapeutyczna moc nerwu błędnego”, Stanley Rosenberg, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

  1. Styl Życia

Vedic Art - malowanie, które zmieni twoje życie

Vedic Art jest metodą rozwojową, ale może mieć również mocne efekty terapeutyczne. (Fot. iStock)
Vedic Art jest metodą rozwojową, ale może mieć również mocne efekty terapeutyczne. (Fot. iStock)
Vedic Art oparty jest na malowaniu intuicyjnym. Przedstawiasz nie to, co widzisz, ale to, co czujesz. Nauczycielka Anna Pruszko wyjaśnia, jaki efekt terapeutyczny ma ta metoda.

Na czym polega Vedic Art? Czy jest to metoda bardziej rozwojowa, czy arteterapeutyczna?
Vedic Art jest metodą rozwojową, ale może mieć również mocne efekty terapeutyczne. Na warsztatach odkrywamy, że cała nasza wewnętrzna mądrość, prawda i kreatywność są już w nas i wystarczy do nich dotrzeć. To są często bardzo wzruszające momenty dla ludzi.

Twórcą tej metody jest szwedzki malarz Curt Källman. Opiera się ona na 17 zasadach wedyjskich i malowaniu intuicyjnym. Pod koniec lat 70. Curt spotkał na swojej drodze indyjskiego mistrza duchowego Maharishi Mahesh Yogiego, który przekazał mu nauki zawarte w Wedach, świętych księgach hinduizmu. Maharishi Mahesh Yogi marzył o tym, aby otworzyć w Europie szkoły, w których ludzie mogliby zrozumieć, że wszystkie dane do rozwoju mają w sobie. Z kolei Curt chciał stworzyć metodę, która pozwalałaby uczyć się poprzez doświadczenie. Poświęcił na to 14 lat, każdą z Wed sprawdzał na sobie. Dzięki temu Vedic Art umożliwia przełamywanie wewnętrznych blokad i barier oraz dotarcie do ukrytego potencjału. To proces głębokiego wglądu w siebie. Wszystkie nauki przekładają się na zaradność i kreatywność w życiu.

Dlaczego zasady są przekazywane tylko podczas kursu, zamiast być powszechnie znane?
Taka jest tradycja, ale i mądrość. Wedy w Vedic Art to klucze do podświadomości, działają tylko wtedy, kiedy są praktykowane od razu. Kursanci otrzymują Wedę i przystępują do jej ćwiczenia albo malowania i dopiero to połączenie działa. I to jak!

Co o efektach metody mówią uczestnicy warsztatów, którym Vedic pomógł?
Efekty są bardzo różne w zależności od tego, z czym przychodzi dana osoba, jakie ma marzenia, pragnienia, cele, w jakim miejscu życia jest, na ile jest świadoma siebie, jakie ma doświadczenia z pracą nad własnym rozwojem, na co jest gotowa. Po warsztatach dzieją się różne rzeczy, ludzie w mądry sposób przeorganizowują swoje życie albo wręcz całkowicie je zmieniają. Opuszczają korporacje i rozpoczynają własną działalność, odkrywają swoje talenty, odważnie startują z nowymi pomysłami, piszą książki, przygotowują wystawy swoich obrazów, znajdują miłość, bo odważyli się na nią otworzyć, a kobiety zachodzą w upragnioną ciążę. Jedni wpadają na pomysły, jak sfinansować swoje marzenia, inni powracają do pasji, na które nie mieli czasu czy przestrzeni. Znam też przypadek uleczenia porannych lęków, na które kobieta cierpiała odkąd pamięta, a miała 50 lat. Inna kursantka wreszcie mogła popracować nad swoją traumą na terapii, bo pojawiła się w niej gotowość.

Rozumiem, że rezultaty są związane z głęboką, wewnętrzną pracą. Do kogo metoda jest w głównej mierze skierowana?
Przychodzą do mnie osoby, które szukają swojej drogi. Ale i ci, którzy już ją znaleźli, ale nie mają odwagi nią pójść. Jedni potrzebują inspiracji do pracy, drudzy stracili wiarę w siebie, są na rozdrożu. Zgłaszają się też osoby, które są w kryzysie, doświadczają wypalenia zawodowego albo straciły sens życia. Na warsztaty trafiają naprawdę różne osoby: dyrektorzy finansowi, menedżerowie, właściciele firm, studenci, matki na urlopach macierzyńskich, które chcą wrócić do pracy, emeryci, a także artyści.

No właśnie, a jak podchodzą do tej metody artyści?
Ci artyści, którzy pojawiają się na moich warsztatach, często są bardzo zablokowani, nie wierzą w siebie. To są na przykład ludzie po ASP, którzy nie wiedzą, jak wystartować ze swoim pomysłem. To oni na początku mają najciężej. Trudno jest im się skupić na tym, co czują, i zrozumieć, że malowanie intuicyjne jest tylko metodą dotarcia do swojego potencjału. Bardzo skupiają się na formie, na tym, aby obraz był namalowany zgodnie ze sztuką. Dobrze to znam, też przechodziłam to na I stopniu kursu. Z tyłu głowy miałam myśl, że jako architekt nie mogę namalować czegoś, co nie będzie estetyczne i poprawne. To bardzo ograniczające przekonanie. W połowie warsztatu najczęściej następuje przełom i ludzie zaczynają malować z głębi duszy, często dłońmi, jest w tym tyle emocji i pasji. W efekcie powstają niezwykłe, bardzo poruszające prace, a po pewnym czasie dostaję zaproszenia na pierwsze wystawy! Mają gotowość i odwagę zorganizować je sami albo pojawia się na ich drodze odpowiednia osoba, która im w tym pomaga. Zaczynają też sprzedawać swoje prace.

Nie możesz zdradzać zasad, zdradź chociaż jedno ćwiczenie, które można zrobić w domu.
Zaopatrz się w średniej wielkości podobrazie, farby akrylowe, pędzle i wodę. Kiedy masz już wszystko, usiądź wygodnie, skoncentruj się na swoim oddechu. Poczuj każdy wdech i wydech. A teraz zadaj sobie pytanie: Jak się dzisiaj czuję? Następnie zacznij malować to, co ci w duszy, ciele, sercu gra.

Anna Pruszko, nauczycielka Vedic Art, coach, psychoterapeutka, www.vedicart.net.pl.