1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Z dziećmi trzeba rozmawiać… prawie o wszystkim

Z dziećmi trzeba rozmawiać… prawie o wszystkim

Stajemy nierzadko przed ciężkim zadaniem wytłumaczenia małemu człowiekowi rzeczy, które trudno pojąć nawet dorosłym. Śmierć bliskiej osoby jest właśnie takim tematem - najłatwiej byłoby go przemilczeć. W takich chwilach często z pomocą przychodzi nam literatura.

Nowa książka Jarosława Mikołajewskiego Kiedy kiedyś czyli Kasia, Panjan i Pangór pomaga znaleźć odpowiedź na najtrudniejsze pytania w życiu dziecka.

Od kiedy Kasia sięgała pamięcią, czyli od zawsze, pan Jan był stary, ale nigdy niczego mu nie brakowało. Miał nos, uszy, nogi, ręce. Miał nawet włosy, choć mniej niż tata, Sebastian czy Bartek. A teraz włosów nie miał.

Skąd pomysł na napisanie książki dla małych dzieci o umieraniu? - Chyba z fascynacji tym niezwykłym zderzeniem, jakim jest spotkanie starego człowieka i dziecka. Mówiąc banalnie, dla starca dziecko jest radością, a dziecko zaciekawione jego opowieścią, jest dla niego okazją do tego, by budzić ciekawość w czasie, kiedy nikogo już nie ciekawi. Dla dziecka starzec jest tajemnicą, stworzeniem z innej planety, o którym się jednak mówi, że kiedyś był dzieckiem takim jak ono. Dziecku nie mieści się w głowie, że ciało starca mogło być kiedyś dziecięce, a jego własne ciało będzie mogło być starcze. A śmierć jest największą tajemnicą starego człowieka w oczach dziecka, miejscem spotkania w świecie, którego nie ma, lecz w którym dziecko jakoś się jednak odnajduje. – wyjaśnia autor w rozmowie z Literackim Egmontem.

Kiedy kiedyś jest opowieścią, która w prosty i bardzo przystępny sposób oswaja młodego czytelnika z tematem śmierci i odchodzenia. W sobie tylko znany sposób - poetycko, choć realistycznie - Jarosław Mikołajewski opowiada o śmierci jako o czymś naturalnym, jako o części naszego życia. Sugeruje bardziej niż pokazuje ból straty, wydobywa wartość i piękno prawdziwej  przyjaźni.

Spotkanie z Jarosławem Mikołajewskim, autorem książki „Kiedy, kiedyś czyli Kasia, Panjan i Pangór” odbędzie się w niedzielę 30. października, o godzinie 11.00 (Dobra 31 Warszawa). Fragmenty książki przeczyta Katarzyna Herman. Wydawnictwo Egmont i Czuły Barbarzyńca zapraszają wszystkie dzieci i ich rodziców.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak nawiązać porozumienie z dzieckiem i zrozumieć jego emocje?

Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Ryczący niemowlak? Zbuntowany dwulatek? Obrażony nastolatek? W tej metodzie rada dla wszystkich jest jedna. Zaakceptować jego uczucia i znaleźć nić porozumienia.

„Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, i jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły” – dla rodziców to pytanie na całe życie. Nic dziwnego, że książka o tym tytule w wielu domach stoi na półce wymięta, pozakreślana, z pozaginanymi rogami, mnóstwem dopisków i ze śladami wielokrotnego czytania. Biblia? Raczej wysłużony przewodnik. Na polskim rynku od ponad 30 lat, wcześniej podbiła Amerykę (ponad trzy miliony sprzedanych egzemplarzy od 1980 roku) i rozeszła się po całym świecie (tłumaczenie na ponad 30 języków). Klasyka, a jednocześnie ciągle nowość i gwiazdka z nieba dla pokoleń młodych rodziców. „Byłam wspaniałą matką, zanim jeszcze miałam własne dzieci – tymi słowami zaczyna się ta kultowa pozycja. – Doskonale wówczas wiedziałam, dlaczego inni mają z nimi problemy. Później zostałam matką trojga urwisów”.

Który rodzic nie pokiwa głową ze zrozumieniem na to wyznanie? A jednak autorki, psycholożki Adele Faber i Elaine Mazlish, obiecują, że znalazły sposób na dotarcie do największego nawet urwisa. W dodatku metoda „szukania porozumienia” działa nie tylko w odniesieniu do starszych (bo już mówiących) dzieci. Są psycholożki, które na założeniu podobnym do tego z książki Faber i Mazlish opierają wzorce postępowania nawet z niemowlakami.

O co chodzi? O podejście do emocji dziecka. Założenie jest pozornie proste: trzeba te emocje zrozumieć i spróbować zaakceptować. Utrudnienie: to dotyczy wszystkich emocji. Nawet tych najgorszych.

Jak odczytać płacz dziecka?

Pierwsza myśl rodzica, którego niemowlę ryczy wniebogłosy? Jak najszybciej, jak najskuteczniej je uspokoić. Odwrócić uwagę, ukołysać, szeptać czule: „Nie płacz, nic się nie stało...”.

„Błąd” – powiedziałyby nestorki metody „szukania porozumienia”. Jeżeli dziecko płacze, to z jego punktu widzenia nieprawda, że nic się nie stało. I rodzic powinien uszanować jego uczucia.

Życzliwe, empatyczne wysłuchanie niemowlęcych żalów zaleca szkoła rodzicielstwa uwagi. Stworzyła je szwajcarsko-amerykańska doktor psychologii rozwojowej Aletha Solter. Jednak myliłby się ten, kto utożsamia jej metodę z „pozwoleniem na wypłakanie się”. To strategia rodem z XIX wieku, spopularyzował ją jako pierwszy doktor Luther Emmett Holt w bestsellerowej książce z 1894 roku. Przekonywał, że dziecku nie można pobłażać; jeśli płacze, należy je zostawić, aż samo się uspokoi. Za pierwszym razem może mu to zająć nawet dwie, trzy godziny, za drugim będzie to godzina, potem kilkanaście minut, aż w końcu dziecko przestanie urządzać awantury. Ta strategia, potem opisywana jeszcze przez wielu pediatrów (między innymi popularnego w Polsce od lat 70. doktora Benjamina Spocka), ma swoich zwolenników do dziś – zwłaszcza wśród przedstawicieli starszego pokolenia. Doczekała się też twórczej modyfikacji w postaci metody „kontrolowanego wypłakiwania się” autorstwa profesora Richarda Ferbera. Radzi on, aby nie zostawiać płaczącego dziecka zupełnie samego, tylko co jakiś czas przychodzić do niego i starać się je uspokoić. Najpierw co trzy minuty, potem co pięć, siedem, dziewięć... Tak, aby wiedziało, że rodzic jest gdzieś w pobliżu – a jednocześnie ze swoim żalem poradziło sobie samo. I zrozumiało, że płaczem nic nie wskóra.

Ta praktyka spotkała się z druzgocącą krytyką ze strony obozu rodzicielstwa bliskości. Już pisaliśmy – w tej koncepcji dziecko w zasadzie nie ma powodów do płaczu. Rodzice budują z nim tak mocną, bezpieczną więź – poprzez wspólne spanie, karmienie piersią, noszenie w chuście, przytulanie, bycie blisko – że na wielogodzinne histerie po prostu nie ma miejsca.

Jednak Solter uważa, że przy takim podejściu też traci się coś cennego.

– Rodzicielstwo bliskości to zdrowy trend i ruch w dobrym kierunku – twierdzi psycholożka w swoich tekstach. – Jednak możliwe, że w tym wysiłku, aby przeciwdziałać szkodom wyrządzonym przez taktykę „wypłakiwania”, rodzice przegapią ważną funkcję płaczu. W naszych staraniach, aby uspokoić dziecko, tracimy okazję do umożliwienia mu uporania się ze stresem czy przezwyciężenia jakiejś traumy – przekonuje.

Rodzicielstwo uwagi to zatem trzecia droga, dystansująca się zarówno od pomysłu rodem z metody zimnego wychowu, jak i od strategii rodzicielstwa bliskości. Instrukcja Solter: przede wszystkim upewnij się, że wszystkie potrzeby płaczącego niemowlęcia są zaspokojone. Nie jest ono głodne ani śpiące? Nie ma może brudnej pieluszki? Jeśli wszystko wydaje się w porządku, a dziecko nadal płacze, nie ma sensu wypróbowywać w panice kolejnych metod uciszania. Najlepiej pomożemy niemowlęciu, trzymając je po prostu w ramionach i empatycznie słuchając. Bo czy my sami nie potrzebujemy czasem ramienia, na którym można się bezpiecznie wypłakać? Czy nie miewamy czasem nastroju, w którym ulgę przyniesie tylko danie upustu swojemu żalowi, smutkowi, frustracji i zalanie się łzami? I czy próby uciszania nas, zdania typu: „Nie płacz, nic się nie stało”, nie powiększają tylko naszego poczucia osamotnienia? No bo jeśli zebrał się tak wielki żal, że trzeba go z siebie wypłakać – potrzebujemy wsparcia, a nie zaprzeczenia naszych uczuć. Kochająca osoba może nas wspierać, będąc blisko. Tuląc, pokazuje, że rozumie. Według Solter tego właśnie oczekuje od nas dziecko. Po takim wypłakaniu się w bliskości będzie odprężone, spokojne i pełne ulgi. Tak jak my, gdy wreszcie z siebie wyrzucimy coś, co nas dręczyło.

To o niemowlęciu, jednak towarzyszenie w płaczu ma też zbawienny wpływ na starsze dziecko. O tym pisze kolejna nestorka metody „szukania porozumienia”, amerykańska psycholożka Patty Wipfler. Przekonuje, że empatyczne słuchanie to najwłaściwsza metoda działania zarówno w płaczu pełnym żalu czy bólu, jak i we wściekłym ataku buntu czy histerii. Ba, według Wipfler to naturalne, że dziecko urządza scenę wobec mamy, mimo że przedtem pół dnia było anielsko grzeczne w przedszkolu. Albo że atak histerii może nastąpić po udanym, harmonijnym dniu. Dziecko pozwala sobie na oczyszczający płacz wówczas, gdy czuje się bezpieczne. – Płacz to część procesu uzdrowienia. Można w nim pozbyć się zranionych uczuć – twierdzi Wipfler w tekście „Bunty i histerie”. I podaje przykład: po całym popołudniu, gdy mama była zajęta, synek prosi ją o tosty na kolację. Dostaje je – i urządza scenę. Wybucha rykiem, rzuca się na ziemię. Tosty są pocięte w trójkąty, a on chciał prostokąty! – Jeśli w odpowiedzi po prostu uklękniesz, obejmiesz go i zaczniesz słuchać, płacz może potrwać długo – zapowiada psycholożka. – Trójkątne tosty to dla chłopca tragedia, bo to kropla, która przelała czarę goryczy po godzinach odbierania sygnału „nie chcę cię tu, odejdź!”. Jednak potem chłopiec poczuje się lepiej.

Innymi słowy: jeśli latorośl zaczyna marudzić, że nie chce tego soku, chce inny; jeśli awanturuje się, że ta piżamka uwiera, zakładasz inną, i znowu źle; gdy dziecko zaczyna przechodzić samo siebie w wymyślaniu, co by tu jeszcze spsocić w supermarkecie – to niechybna oznaka, że zbiera się żal, frustracja lub bunt. I że tak naprawdę nie chodzi ani o tę piżamkę, ani o smak soku, tylko o coś głębszego, co trzeba z siebie wyrzucić. Zupełnie jak u dorosłych: gdy coś nas gnębi, nawet stłuczenie szklanki może wywołać falę rozpaczy. I wiadomo, że prawdziwym powodem nie będzie stłuczona szklanka.

Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com) Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com)

Co jest przyczyną tak wielkich żalów u dzieci? No cóż, czasami nie mamy zielonego pojęcia. – My, rodzice, bardzo chcemy wiedzieć, co wywołało tak wielką rozpacz, ale często dzieci nie mają słów, aby opisać uczucia. Na szczęście wystarczy, że będziemy słuchać – przekonuje Patty Wipfler. Wystarczy, że zaakceptujemy emocje.

Tu dochodzimy do momentu, w którym to samo założenie sprawdza się w odniesieniu do starszych dzieci. Dobrze mówiących kilkulatków, a nawet nastolatków. Wracamy do kultowej książki autorek Faber i Mazlish – i do przekonania, że metoda „szukania porozumienia” potrafi uzdrowić relacje w rodzinie.

Zdobądź się na empatię

„Mamo, nie chcę iść do przedszkola”. „Chcesz, przecież dobrze się tam bawisz”. „Nie cierpię mojego małego brata”. „Bzdura, na pewno go kochasz”. „Nie będę już jeść tej zupy, jest niesmaczna”. „No co ty, przecież zawsze ci smakowała”.

Ile podobnych dialogów prowadzą ze swoimi dziećmi rodzice? Wspólny mianownik jest jeden: tata lub mama uważają, że wiedzą lepiej, co czuje ich potomek.

Adele Faber i Elaine Mazlish przekonują, że to droga donikąd. Zazwyczaj tak stanowcze zaprzeczenie dorosłego zamyka rozmowę, może nawet prowadzić do awantury. Zamiast więc odruchowo się sprzeciwiać – nawet w sprawach tak drażliwych, jak uczucia względem rodzeństwa – autorki radzą zdobyć się na empatię. A więc: najpierw wysłuchać uważnie, co dziecko ma do powiedzenia. Potem dać wyraz akceptacji jego uczuć, choćby przez nieoceniające „yhy”, „mmm”, „rozumiem”. Wreszcie spróbować nazwać te uczucia. Na deklarację: „mam ochotę dać Michałowi w nos”, proponują konstatację: „Wygląda na to, że jesteś na niego zły”. Faber i Mazlish przekonują, że dziecko w tak poprowadzonej rozmowie chętnie opowie cały incydent, który doprowadził do chęci rozbicia nosa. Dużo chętniej niż zasypane pytaniami w stylu: „dlaczego?”, „co się stało” i innymi, które sprawią, że poczuje się jak na przesłuchaniu. No i oczywiście nieporównywalnie chętniej niż w sytuacji, w której rodzic skwitowałby: „Zapomnij o tym, nie wolno bić nikogo w nos”.

A więc rozmowa. To już dużo. Jednak zalet tego stylu komunikacji jest więcej. Autorki twierdzą, że dzięki empatycznemu wysłuchaniu dziecko samo wymyśli rozwiązanie swojego problemu. Nie trzeba więc zaraz wyrywać się z dobrą radą. Nie doceniamy inwencji dzieci i ich gotowości do współpracy. Trzeba tylko potraktować ich pomysły poważnie – przekonują.

Książka „Jak mówić...” obfituje w scenki i przykłady dialogów, które prowadzą do skutecznego porozumienia. Są też relacje rodziców, którzy uczestniczyli w warsztatach prowadzonych przez autorki i wcielali ich instrukcje w życie. Niektóre świadectwa cudownych przemian dzieci wyglądają wręcz niewiarygodnie. Zmiana stylu komunikowania się ma pomóc nie tylko uniknąć histerii, ale wręcz w ogóle przezwyciężyć problemy wychowawcze z najtrudniejszym nawet egzemplarzem i wprowadzić do rodziny szczęście. Utopia? Raczej trudna sztuka. To prawda, wszystkie wymienione psycholożki obiecują spektakularny sukces: dobre relacje z dzieckiem. Żadna z nich jednak nie pisze, że będzie łatwo. No cóż, może w wychowaniu po prostu nie może być łatwo. Ważne jednak, żeby było dobrze.

  1. Psychologia

Strach przed własnym dzieckiem? Co radzi psycholog?

Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. (fot. Getty Images)
Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. (fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Powodów opryskliwego zachowania dziecka wobec rodzica może być sporo: popisywanie się przed kolegami, naśladowanie bohaterów filmowych czy wyrażanie niezależności. Czasem jednak przyczyna jest głębsza – dziecko rani, bo chce nas za coś ukarać. Jak wyplątać się z tego emocjonalnego potrzasku? Radzi terapeutka Ewa Nowak.

Jak pisze jedna z matek:

Moja 12-letnia córka rani mnie i czasami mam wrażenie, że robi to celowo. W domu punktuje mnie za wszystko: nic nie rozumiem, gotuję same ohydne rzeczy. Na swoim biurku zostawia mi kartki: „Nie ruszaj tego!” albo na drzwiach do pokoju: „Nie wchodź! To mój pokój!”. Ostatnio sąsiadka powiedziała do niej: „Ale ci się fajna mama trafiła” – na co ona parsknęła śmiechem, a ja z trudem powstrzymałam płacz. Jestem rozwódką, córce poświęcam cały swój czas i życie. Próbowałam jej tłumaczyć, że wszystko robię dla niej, że jest dla mnie najważniejsza, bo mam tylko ją, ale ona jest na to głucha i zaczyna krzyczeć na mnie. Pod koniec roku szkolnego miała za zadanie napisać pracę na temat „W jakim stopniu rodzice są dla ciebie autorytetem?”. Dopisała do pytania: „Ale tata czy mama? Bo mama zero!!!”. I ta praca leżała bardzo długo na podłodze w jej pokoju, tak, żebym to zobaczyła. To niby drobiazgi, ale z ich powodu coraz częściej unikam kontaktu z córką, a rozmowy skracam do minimum, żeby znowu czegoś niemiłego nie usłyszeć. Może jestem złą matką, ale nie wiem, co robię źle. Nie chcę bać się swojej córki. Co mam zrobić, żeby to zmienić?      

Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. Musi, bo hormony je do tego zmuszają, buntować się przeciwko autorytetowi rodziców i walczyć z nim – w ten sposób wykuwa się jego przyszła niezależność (emocjonalna, społeczna i ekonomiczna). Te formy wyrażania niezależności często ranią rodzica. Dlatego należy robić dwie rzeczy: rozumieć, że to naturalny proces, i reagować, żeby ranienie ludzi nie weszło dziecku w krew. Dzieci lubią się popisywać nonszalanckim stosunkiem do rodziców, ale to tylko poza. Filmy, które oglądają, pokazują, że wyrażanie siebie i niezależność to wartości najwyższe. Warto pamiętać, że dokładnie tak samo jak dorośli, dzieci czasami robią coś lub mówią bez zastanowienia i nie ma w tym żadnej głębi, po prostu chcą błysnąć w towarzystwie, a fakt, że kogoś przy okazji zraniły, po prostu im umyka. Córce z pewnością do głowy nie przyszło, jak się Pani poczuje, czytając pracę, którą zostawiła na podłodze.

Dlaczego córka Panią rani? Może być tak, że w ten sposób wymierza Pani karę. A powody mogą być różne, oto kilka najbardziej prawdopodobnych: „Nie jesteś silna i nie czuję się przy tobie bezpiecznie”; „Ranię cię, bo nie mogę znieść tego, że jesteś słaba, nie masz swoich spraw i za dużo czasu mi poświęcasz”; „Wypominasz mi swoją opiekę, to mnie tak boli, że muszę cię ukarać za to, że zajmowanie się mną to nie była dla ciebie przyjemność”; „Czuję, że się mnie boisz (unikasz, wyręczasz, podlizujesz się, analizujesz każde moje zachowanie), a tego nie mogę ci darować”.

Z pewnością strach przed własnym dzieckiem, przed tym, że nas dotknie czy obrazi, nakręca sprężynę ranienia i ma Pani rację – dla dobra córki, trzeba to zatrzymać.

Bycie jedynym celem w życiu rodzica to dla dziecka ogromnie niewdzięczna rola. Ono nie chce słuchać, że mama czy tata poświęcili mu życie, bo odbiera to jako wymawianie, że jest dla nich ciężarem.
Jeśli wciąż pojawiają się u Pani myśli typu „poświeciłam dla niej życie”, „robię wszystko dla córki”, proszę przemyśleć rozpoczęcie terapii – może to być dla Pani niezbędne, żeby uwolnić się od pragnienia wdzięczności ze strony córki.

Ewa Nowak pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży

  1. Psychologia

Co zrobić, gdy dziecko „zajada” emocje?

Nie zawsze potrafimy wyłapać moment kiedy apetyt dziecka staje się sposobem na zajadanie emocji. (fot. iStock)
Nie zawsze potrafimy wyłapać moment kiedy apetyt dziecka staje się sposobem na zajadanie emocji. (fot. iStock)
Stres, złość, poczucie pustki czy zazdrość bywają zwykle źle identyfikowane, zwłaszcza przez dzieci, których nie uczymy nazywania swoich emocji. A stąd już prosta droga do ich rozładowywania poprzez zajadanie.

Jak wspierać dziecko w rzuceniu nawyku?

Przywróć mu wiarę w siebie. Zadbaj, żeby się uczyło nowych rzeczy i doświadczało sukcesów. Skoki do wody, trafianie lotkami do celu, wykonanie modelu helikoptera – to wszystko daje poczucie mocy i zapobiega potrzebie pocieszania się po porażce. To jak budowanie emocjonalnego zaplecza młodego człowieka.

Otocz je pozytywnymi przypominaczami.
Powieś zdjęcie syna lub córki, gdy robi coś fajnego. Zdjęcia dzieci, jakie wybierają rodzice, to dla nich ważna informacja, jakie zachowania pochwalają. Czy lubią, jak sztywno stoją na balu przebierańców? Czy gdy jedzą? A może strzelają gola? Najlepsze będą zdjęcia podczas różnych rodzajów aktywności. W trudnych chwilach spełnią rolę przypominaczy. Dziecko w stresie zwyczajnie zapomina, że życie bywa też często wspaniałe.

Pokaż, jak wygląda zdrowe odreagowywanie stresu.
Jeśli twoje dziecko ma słuch muzyczny, warto podsunąć mu jakiś instrument. Jeżeli nauka gry nie będzie powiązana z wyścigiem do sukcesu – spełni rolę odreagowywacza stresu. Nie na darmo tak wielu nastolatków sięga po gitarę jako skuteczny sposób rozładowania napięcia poprzez silne skupienie się na skomplikowanej artystycznie i technicznie czynności.

Nie mów mu, że ma problem.
Nie sugeruj, że jest uzależnione i że jego reakcje są nieprawidłowe. Małego człowieka bardzo obciąży informacja, że teraz cała rodzina będzie skupiona na tym, żeby walczyć z jego złymi nawykami.

Nie nagradzaj jedzeniem.
Niech łakocie nie kojarzą się z nagrodą, za to dawaj swój czas, wspólne czytanie książek, granie w piłkę.

Nie popadaj w fanatyzm.
Dzieci wychowywane w ortodoksyjnym rygorze niejadania zakazanych pokarmów są posłuszne, ale tylko do momentu, gdy nie rozejrzą się po świecie i nie zobaczą, że inni jedzą zakazane w domu produkty i nic złego im się nie dzieje. Rodzice zostaną wtedy zaklasyfikowani jako kłamcy i oszuści. Dlatego warto nie kupować, nie trzymać i samemu nigdy nie jeść tego, czego nie chcemy, żeby jadło nasze dziecko, ale gdy to się zdarzy, nie robić z tego problemu.

Ewa Nowak: pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży

  1. Psychologia

10 cech, których możemy się nauczyć od naszych dzieci

Nie da się podważyć faktu, że to rodzice są dla dzieci przewodnikami po życiu. Rzadziej myślimy o tym, że i my moglibyśmy brać z nich przykład. (Fot. iStock)
Nie da się podważyć faktu, że to rodzice są dla dzieci przewodnikami po życiu. Rzadziej myślimy o tym, że i my moglibyśmy brać z nich przykład. (Fot. iStock)
Jako rodzice skupiamy się na tym, by przekazać dzieciom jak najwięcej swojej życiowej mądrości. Tymczasem w wielu sprawach to one radzą sobie lepiej niż my. Pora odwrócić role i dowiedzieć się, w jakim zakresie mogłyby nam (tak, tak!) udzielać korepetycji.

Wychowywanie dziecka, jak każdy kontakt z drugim człowiekiem, jest relacją, w której obie strony wpływają na siebie. Rodzice, którzy aktywnie uczestniczą w rozwoju maluchów, obserwują także zmiany w sobie. Ewoluuje system wartości, styl reagowania na bodźce, priorytety i metody rozwiązywania problemów. Posiadanie dzieci zmienia człowieka – to oczywiste. Wiele matek inaczej nie opanowałoby sztuki prasowania, umawiania wizyty u ortopedy, pilnowania potrawki z kurczaka i jednoczesnego zerkania, czy ich dziecko jest bezpieczne. Spanie na żądanie w każdej pozycji to dla wielu chleb powszedni, a całkowita modernizacja systemu wartości, w którym bezpieczeństwo i dobro dziecka zajmuje kluczowe miejsce, to norma. Nie da się podważyć faktu, że to rodzice są dla dzieci przewodnikami po życiu. Rzadziej myślimy o tym, że i my moglibyśmy brać z nich przykład.

Ot, choćby w kilku sprawach:

1. Angażowanie się w swoje życie

Wiele rzeczy traktujemy jako czas stracony, wiele czynności wykonujemy byle jak, „po łebkach”, żeby tylko mieć to z głowy. Dziecku takie podejście do życia jest obce. Ono albo czegoś zrobić nie chce, albo robi to tak, jakby od tego zależały losy świata. Dzieci żyją bardzo intensywnie – właśnie dlatego, że cokolwiek robią, robią to całym sobą.

2. Brak snobizmu

Dzieci nie obchodzi, jak ocenią je inni. Pięciolatka, która upiera się, że pójdzie na pływalnię w stroju Królewny Śnieżki, nie jest zainteresowana opinią innych ludzi. My żyjemy w pętach własnego wizerunku, dziecko zaś jest wolne wewnętrznie. Dokładnie tak samo jak wielcy filozofowie, którzy oparcia szukali w sobie, a nie w świecie zewnętrznym.

3. Umiejętność zabawy

Dziecko lgnie do innych dzieci, szuka towarzystwa, co jest przejawem jego naturalnego instynktu społecznego. Inni ludzie są dla nas pożywką do samorozwoju, mają na nas ogromny wpływ. Małemu człowiekowi nigdy dość nowych znajomych; on wciąż potrzebuje kolejnych bodźców społecznych. W dorosłym życiu bywa różnie. Czy potrafisz cieszyć się z poznawania ludzi? A może zamykasz się w wąskim gronie tych samych znajomych od lat? Jeśli tak, to weź przykład ze swojego dziecka i otwórz się na nowe znajomości.

4. Elastyczność emocjonalna

My, dorośli, lubimy tę cechę dziecięcej osobowości nazywać brakiem stabilności emocjonalnej. W rzeczywistości dziecko, które w ciągu dwóch minut najpierw zanosi się płaczem, a potem parska śmiechem, nie jest wcale niestabilne, tylko elastyczne emocjonalnie. Ono nie rozpamiętuje swoich nieszczęść, nie skupia się na wielkich sukcesach ani na porażkach. Żyje tu i teraz.

5. Kontakt z własnym ciałem

Naszpikowani ideologią cywilizacji europejskiej, nade wszystko cenimy intelekt i wartości umysłowe. Musimy przechodzić długoterminowe terapie, żeby przypomnieć sobie, że mamy ciało. Dziecko natomiast nigdy o swoim ciele nie zapomina. Funduje sobie ćwiczenia kinezjologiczne, raczkując lub wchodząc bez opamiętania na wszystkie możliwe murki i krawężniki. My za to zakładamy buty na obcasie, żeby to cudowne dla mózgu ćwiczenie skutecznie sobie uniemożliwić. Gdy dziecku dzieje się coś przykrego, biegnie do mamy, żeby je przytuliła, wygłaskała i tym samym „usunęła” przykrość z jego ciała. My odchodzimy na bok i przeżywamy smutek samotnie, kumulując go na stałe w ciele. Dziecko wie, kiedy i ile chce jeść, my wiemy, kiedy się powinno jeść, a na dodatek dojadamy po swoich dzieciach. Szkodzimy swojemu ciału tylko dlatego, żeby jedzenie się nie zmarnowało.

6. Miłość na śmierć i życie

Gdy pięciolatek się z kimś przyjaźni, zawsze jest to przyjaźń na całe życie. Dziecko patrzy na nas ze zdziwieniem, jeśli sugerujemy coś innego. Jak to – ma się kiedyś skończyć? Jak to – minie? Jedną z ważnych cech dziecka jest umiejętność angażowania się bez opamiętania. Ta cecha przeraża dorosłych, a przecież gdybyśmy w to, co robimy albo przeżywamy, angażowali się bez reszty, życie przynosiłoby nam równie wielką satysfakcję, jaką przynosi dzieciom. Gdyby dzieci pracowały w korporacjach, syndrom wypalenia zawodowego w ogóle by nie istniał. Gdyby tylko zauważyły, że już nie są na sto procent zainteresowane, po prostu zmieniałyby pracę.

7. Poczucie mocy

Dopóki nie odrzemy dziecka ze złudzeń, ono uważa się za najpotężniejszego człowieka na świecie. Małe dziecko, a często także nastolatek, ma poczucie, że może wszystko. Da radę przepłynąć ocean stateczkiem ze styropianu, uda mu się przedostać na drugi koniec świata, kopiąc łopatką w piaskownicy, a z dachu śmietnika zobaczy całą Ziemię. Nic mu nie jest straszne. To kolejna cecha, która wielu dorosłych przeraża. A przecież odkrywcy, wynalazcy i twórcy kultury odnieśli sukces właśnie dlatego, że ta cecha w nich pozostała. Poczucie mocy to brak strachu przed porażką, a to jest przecież sekretny klucz do sukcesu. Żeby być wybitnym człowiekiem, trzeba być trochę dzieckiem, więc może nie warto odzierać dzieci ze złudzeń?

8. Urok drobnych przyjemności

Dorośli muszą chodzić na warsztaty uczące delektowania się chwilą, tymczasem wystarczy pobyć z małym dzieckiem przez jeden dzień, żeby zobaczyć, jak bardzo naturalna jest to cecha. Ile radości czerpie maluch z tarzania się w trawie, rzucania kamykami do wody, przeskakiwania przez fale lub rozmazywania kisielu po stole! Może czasem warto spędzić dzień na podążaniu za swoim dzieckiem – na próbach robienia tego, co ono – żeby przypomnieć sobie, że sens wszystkim czynnościom nadajemy my.

9. Bycie egocentrykiem

Dziecięcy egocentryzm, nieustanne skupianie uwagi na samym sobie, postrzeganie świata poprzez pryzmat własnej sytuacji, czyli pamiętanie o swoich potrzebach – oto cecha wszystkich dzieci. My, dorośli, musimy przechodzić kursy reedukacji w zakresie pamiętania o własnych potrzebach, proces socjalizacji zabił bowiem w nas tę naturalną cechę. Wiele rzeczy świadomie robimy wbrew sobie, a nawet ze szkodą dla siebie – tylko po to, żeby nie psuć relacji. Nauczyliśmy się takie zachowanie nazywać kompromisem. Dzieci tymczasem nie widzą żadnego sensu w ustępowaniu dla zasady, dla podtrzymania relacji czy dla dbałości o własny wizerunek. I bardzo dobrze! Dzięki temu zawsze pozostają sobą.

10. Nauka przez przykład

Dzieci to nasi wielcy nauczyciele. Nie organizują nam pogadanek i zajęć. One nam siebie udostępniają, żebyśmy, obserwując je, mogli zrozumieć, jak wielkiego spustoszenia dokonaliśmy w naszym życiu, pozbywając się cudownych cech charakteru dziecka.

Gdy następnym razem poczujesz pierwszy przypływ irytacji spowodowany zachowaniem swojego dziecka, gdy zaciśniesz zęby, bo ono po raz setny chce wejść na drabinkę lub znów rękoma i nogami broni się przed zjedzeniem gotowanej marchewki – zadaj sobie pytanie: „Czego mnie uczy teraz jego zachowanie?”. Postaraj się nazwać tę cechę dziecięcej osobowości, która tak cię zirytowała: słuchanie sygnałów swojego ciała, walka o realizację swoich potrzeb, brak barier, brak snobizmu, poczucie mocy czy może angażowanie się bez reszty? Najprawdopodobniej najbardziej irytuje cię ta cecha, której ci brak, i z jakiegoś powodu boisz się znów w nią wyposażyć. To sygnał, że czas zacząć naśladować w czymś swojego małego mistrza!

  1. Psychologia

Dlaczego dziecko nie chce się uczyć?

Gdy dziecko nie chce się uczyć, przyczyna często leży po stronie rodzica, w jego nastawieniu, zachowaniu, w przekazywanych wzorcach. (fot. iStock)
Gdy dziecko nie chce się uczyć, przyczyna często leży po stronie rodzica, w jego nastawieniu, zachowaniu, w przekazywanych wzorcach. (fot. iStock)
Są rodziny, w których wszystkie dzieci mają wysokie osiągnięcia w nauce. Czy to dlatego, że dorośli skrupulatnie rozliczają je ze szkolnych obowiązków? A może to kwestia genów? Co zrobić, gdy dziecko nie chce się uczyć? Jak twierdzi ekspertka magazynu Sens - Ewa Nowak, najważniejsze jest to, czy rodzice zaszczepią w domu kult nauki i wysiłku.

Jestem mamą trójki nastolatków. Syn ma 15 lat, córki bliźniaczki po 12. W tym roku dziewczynki kończą podstawówkę i zdają egzamin szóstoklasisty, syn jest w gimnazjum i również ma egzaminy. Niestety, nie widzę, żeby dzieci przykładały się jakoś szczególnie do nauki, a ja jestem już zmęczona dbaniem o ich szkołę. Wyczytałam gdzieś, że wewnętrzna potrzeba nauki wytwarza się po 15. roku życia. Czy to prawda? Kiedy tej kontroli jest za dużo? A może powinnam w ogóle odpuścić i dać im wolną rękę w dbaniu o szkolne sprawy? Proszę o pomoc.

Wszelkie zmiany w wychowywaniu dzieci, podobnie jak w innych obszarach życia, warto zaczynać nie od rewolucji, lecz od małych, prawie niezauważalnych kroków. Ale na początek zachęcam do tego, żeby zaczęła Pani od siebie, a dokładniej – od sprawdzenia, czy do tej pory robiła Pani którąkolwiek z poniższych sześciu rzeczy:

1. Utyskiwanie na nauczycieli, że źle uczą, są niekompetentni, rekrutują się spośród nieudaczników (dyskredytowanie autorytetu nauczycieli to prosta droga do odcięcia się od ich wsparcia).

2. Opowiadanie, jak to sama nigdy nie lubiła Pani matematyki i wdrukowywanie dzieciom, że brak zdolności do przedmiotów ścisłych, języków lub pisania mają po rodzicach (wiele mam z dumą obnosi się z tym, że miały kłopoty w szkole, tym samym dając przyzwolenie, żeby dziecko również „odpuściło sobie” te przedmioty, bo jest to genetycznie usprawiedliwione).

3. Branie na siebie odpowiedzialności za naukę dziecka; przejmowanie jego obowiązków – wypożyczanie mu książek, pilnowanie, żeby się spakowało, siedzenie razem z nim przy stole, gdy ma odrabiać lekcje.

4. Obrażanie się, krzyki, pozbawienie przywilejów, gdy dzieci nie spełniają naukowych ambicji (to zachowania wyjątkowo krzywdzące emocjonalnie, bo sygnalizują, że dziecko będzie kochane tylko pod warunkiem bycia najlepszym w klasie).

5. Porównywanie własnego dziecka z innymi uczniami.

6. Dyskredytowanie pozaszkolnych zainteresowań dzieci, np. „Wziąłbyś się do chemii, zamiast słuchać tego jazgotu” (nastolatki potrzebują dokonywać spontanicznych wyborów rodzaju aktywności).

7. Mówienie: „Weź się wreszcie do roboty”, bo ma Pani już dość wiecznego przypominania (dzieci będą myśleć, że celem nauki jest to, żeby Pani miała święty spokój).

Jeśli chociaż jedno z powyższych zachowań jest Pani udziałem, proszę nie dziwić się, że dzieci nie garną się do nauki. Można to jednak zmienić i nie warto czekać do 15. roku życia. Wtedy może być już za późno. Jeśli zdarza się Pani mówić: „Twoi nauczyciele to nieuki, lenie, nieudacznicy” – proszę zmienić front. Niech się Pani nie obawia, że zostanie to odebrane jako przejaw braku konsekwencji. Po prostu od dziś proszę głośno komunikować szacunek do osób wykształconych, specjalistów, naukowców, a z czasem Pani poglądami przesiąkną również dzieci. Proszę jednak nie sygnalizować dzieciom w żaden sposób, że właśnie zaczęła Pani pracę nad motywowaniem ich do nauki.

Wracając do Pani pytania, dlaczego dzieci nie czują potrzeby uczenia się? Często powód jest prosty: nie mają z tego żadnych osobistych korzyści. Proszę nie mylić ich z Pani korzyściami – pochwalenie się w pracy i przed babciami, jak dzieci wspaniale się uczą, to nagroda dla rodziców, nie dla dzieci. Drugą przyczyną może być to, że po prostu nie widzą sensu nauki. Dzieci w Polsce wyrastają w poczuciu, że liczą się znajomości albo szczęście, zaś wykształcenie nie decyduje o niczym. Może też być tak, że przejęły od otoczenia pogardę dla pracowitości. Wszechobecny kult wrodzonych zdolności pozbawia dzieci chęci wysiłku. Bywa też tak, że młodzi ludzie nie umieją się uczyć, bo nie mają sprawdzonych technik przyswajania wiedzy. Czasem jest to wina braku dobrego przykładu. Dorośli w ich otoczeniu, nawet wykształceni, sami niczego się nie uczą. To sygnalizuje, że nauka to ciężki obowiązek młodości, który na szczęście mija. Spore znaczenie ma również środowisko rówieśnicze – bywają klasy, w których dokucza się uczniom odrabiającym lekcje i przygotowującym się do zajęć. Poniżej znajdzie Pani kilka cennych wskazówek do wykorzystania od zaraz.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru  magazynu SENS.