1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sztuka niedobywania miecza

Sztuka niedobywania miecza

Iaidō to japońska odmiana szermierki, w której używa się miecza. Termin iai pochodzi od japońskiego wyrażenia, które oznacza: „Gdziekolwiek jesteśmy i cokolwiek robimy, musimy być zawsze przygotowani na każdą ewentualność”

Zajęcia zawsze zaczynają się i kończą tradycyjnym ceremoniałem. W sali ćwiczeń wyznaczone jest tzw. wyższe miejsce, gdzie zawiesza się religijną kaligrafię lub stawia ołtarzyk buddyjski albo szintoistyczny. Wchodząc do sali, każdy składa ukłon w tym kierunku i siada zgodnie z ustaloną hierarchią (w Polsce zajmuje się miejsca, poczynając od prawej strony, a więc najmłodszy klęka na końcu, czyli w lewym tylnym rogu sali). Potem wszyscy razem składają kolejne dwa ukłony w stronę wyższego miejsca.Pierwszy jest wyrazem szacunku wobec wszystkich poprzedników, którzy uprawiali iaidō, a także tych, którzy będą ćwiczyć w przyszłości. Drugi pokłon jest intencjonalny – niektórzy się modlą, inni się koncentrują. Na koniec uczniowie kłaniają się nauczycielowi, a on ukłonem odpowiada uczniom.

Po przywitaniu rozgrzewka (różna – od zwykłego rozciągania po ćwiczenia przypominające jogę) i trening z mieczem. Przebieg treningu zależy od poziomu grupy. W grupie średnio zaawansowanej pracuje się nad elementami technicznymi i fizycznymi (tj. elastyczność, równowaga). Na wyższych poziomach ćwiczy się sposób operowania wzrokiem, oddychanie i wizualizację. To także ważna praca nad sobą. W czasie treningu możemy pracować nad pojedynczymi elementami, jedną pozycją, czyli w iaidō tzw. formą, lub sekwencją form. Podstawowych form jest 12, ale każda ze szkół (obecnie jest ich w Japonii ok. 40) ma własny system i styl ruchów.

 

Zaczęłam obserwować siebie. I zrozumiałam, że jeżeli nie jestem w stanie wykonać dobrze jakiegoś ruchu, wynika to z mojej psychiki, lęków.

 
 

 

– W naszej szkole (Muso Shinden) uczymy się 54 form rozłożonych na trzech poziomach – opowiada Radosław Januszkiewicz, nauczyciel iaidō. Nauka jest bardzo długa. Na początku uczysz się stać, chodzić, trzymać miecz… To może trwać kilka lat. Ale w tym czasie następuje ważna przemiana.
Aby prawidłowo wykonać najprostszą formę, trzeba utrzymać taki stopień koncentracji, który nie pozwala umysłowi zatrzymać się na żadnej innej myśli. Najprostsza forma jest zarazem najtrudniejsza. Składa się z pięciu podstawowych ruchów: wydobycie miecza, uniesienie go nad głowę, cięcie, strzepnięcie krwi z klingi i schowanie miecza. Można ją ćwiczyć całe życie.

Znaleźć w sobie siłę

– Od dziecka byłam otwarta na kulturę Japonii: rodzice są buddystami, ojciec trenował karate i aikido, ale bezpośrednim impulsem do ćwiczenia iaidō była gra komputerowa – opowiada Matylda. – Toczyła się ona w świecie stylizowanym na średniowieczną Japonię, a ja chciałam zobaczyć „w realu”, jak walczą jej bohaterowie. Gdy przyszłam obejrzeć pierwszy trening, zafascynował mnie ruch: płynność, gracja, siła. Postanowiłam spróbować. Na początku była to chęć zmierzenia się z możliwościami własnego ciała. Jak zgiąć rękę, jak wystawić nogę, jak wykonać odpowiedni ruch mieczem.

Uczyłam się, jak funkcjonuje moje ciało i jak mogę nad nim panować – kontynuuje Matylda. – Potem przyszło wewnętrzne uspokojenie. Zaczęłam obserwować siebie. I zrozumiałam, że jeżeli nie jestem w stanie wykonać dobrze jakiegoś ruchu, wynika to z mojej psychiki, lęków.

Ćwiczę odpowiednie cięcia. Facetom świszczą miecze, a moje cięcia są nieśmiałe lub bylejakie. Odczuwam tę bylejakość i bardzo mnie to irytuje. Nawet jeśli robię to technicznie, tak jak trzeba, coś jest nie tak. Brak mi siły. Nie tej fizycznej, lecz wewnętrznej mocy. Zrozumiałam, że muszę ją odnaleźć w sobie. Że tak naprawdę nie stoję w dojo (w sali do ćwiczeń) i nie wykonuję kata (ćwiczenia), lecz walczę ze sobą, ze swoimi słabościami.

Obserwacje, które czynię, trenując, zaczęłam przenosić na swoje życie. I zobaczyłam, że wszystko, co robiłam do tej pory, robiłam nie tak dobrze, jak mogłam. Brakowało mi energii i świadomości, czego naprawdę chcę od życia. Chwytałam się różnych rzeczy, zainteresowań, po czym porzucałam je, gdy napotykałam przeszkody, gdy musiałam włożyć w nie więcej pracy. Lub nie szukałam lepszej drogi, gdy trzeba było się na to zdobyć.

Teraz zbliżam się do kolejnego zakrętu. Wiem, że powinnam więcej trenować, postawić kolejny krok na drodze do lepszego iaidō, a jednocześnie boję się tego. Boję się zmian i trudności, które mogą się pojawić.

Panować nad oddechem

– Od dziecka interesowałem się Dalekim Wschodem i rozmaitymi sztukami walki – opowiada Bartek. – W podstawówce zacząłem chodzić na karate. Później pod wpływem pewnej książki o aikido czesałem się w samurajski kucyk, kupiłem bokken (drewniany miecz) i hakamę (spódnico-spodnie), przebierałem się i biegałem po ogrodzie. Na początku studiów wymyśliłem, że chcę władać japońskim mieczem. Wybrałem się do tego samego sklepu, w którym kiedyś kupiłem bokken, i natrafiłem tam na ogłoszenie o lekcjach iaidō. Po dziewięciu latach wyjąłem z szafy hakamę i poszedłem na pierwsze zajęcia jako obserwator.

Pierwsze treningi to poznawanie 12 form.

– Ćwiczyłem i cieszyłem się, że jestem coraz lepszy – opowiada Bartek. – A potem przyszedł dzień, kiedy uświadomiłem sobie, że nic nie umiem, że coraz mniej umiem, że nigdy się tego nie nauczę. Każdy trening może być przełomem. Bo zdarza się tak, że przez kilka dni, tygodni czy miesięcy nic się nie dzieje, nie ma postępu. A potem nagle coś się w tobie odblokowuje i zaczynasz nowy etap w praktyce iaidō. Czasem może to być nawet nowy etap w życiu.

 

W iaidō bardzo ważne jest oddychanie. Aby np. prawidłowo wykonywać cięcia, adept iaidō musi nauczyć się panować nad oddechem. W praktyce oznacza to, że każdy ćwiczący dąży do tego, żeby zawsze mieć zapas powietrza w płucach, a także by podczas bliskiego kontaktu z wrogiem nie zdradzić się oddechem. Stare przysłowie mówi, że samuraj, który w momencie starcia nie miał odpowiedniej ilości powietrza w płucach, przegrał pojedynek już na wstępie.

– I nagle w poniedziałkowy poranek zostajesz wezwany na dywanik przez szefa. A ty... zaczynasz prawidłowo oddychać i uświadamiasz sobie szybko, że praca, pieniądze nie mają większego znaczenia. Ważny jest spokój, czyste serce i to, żeby umieć spojrzeć ludziom w oczy. Więc nie dyskutuję ze sobą, czy iść na trening. Aby się czegoś nauczyć, trzeba to robić. Wszystko jest praktyką. Tego uczy iaidō.

Pracuję jako account w agencji reklamowej – kontynuuje Bartek. – Zdarza się, że po 15 godzin dziennie. Iaidō daje mi wytchnienie, radość, a przede wszystkim uczy chrześcijańskiego spojrzenia na świat. Pozwala zauważyć ten pączek, ten listek, przelatującą pszczołę. Pozwala zatrzymać się i wyrwać z wszechogarniającego pędu. To jest droga, na której stopniowo pojawia się coraz więcej elementów. Na początku nie ogarniasz wszystkiego, ale próbujesz i poznajesz. Najpierw uczysz się ruchów, kierunków, cięć, potem pracy zgodnie z oddechem, potem okazuje się, że nie są to tylko puste ruchy, że ważna jest energia, serce, które w to wkładasz. Stajesz się coraz silniejszy, a to pomaga mi być lepszym człowiekiem.

Nie odkładam już miecza

– Wiem, że to są moje pierwsze kroki – opowiada Iza. – Jestem w drodze i daleko mam do celu. Im dłużej ćwiczę, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak niewiele umiem i jak wiele jeszcze muszę się nauczyć, nie tylko w iaidō. Łatwiej mi teraz walczyć o moje prawa. I bronić innych, gdy widzę, że dzieje się coś, na co nie wyrażam zgody. Walczę do końca. Jeżeli padam, podnoszę się i próbuję dalej. Żebym nie miała do siebie pretensji, że nie wykorzystałam wszystkich możliwości.

Są etapy, kiedy praca wydaje się bezowocna, a potem przychodzi moment, w którym nagle coś się udaje. Zarówno w technicznym wykonaniu danej formy, jak i w pracy nad sobą. Bo iaidō to nie tylko technika, to rozwój duchowy. W dosłownym tłumaczeniu iaidō to sztuka dobywania miecza. Ale tak naprawdę to sztuka niedobywania go. Największym zwycięstwem jest poczucie wewnętrznej siły.

– Wszystko opiera się na szacunku i koncentracji – kontynuuje Iza. – Być tu i teraz. Nie wybiegać myślą do przodu, nie wałkować tego, co było. Wszystko zostawiam „za drzwiami”. Skupiam się na ćwiczeniach, poznaję własne ograniczenia i pracuję nad ich pokonaniem. Na początku miałam problem z zapamiętaniem sekwencji ruchów. Ale wiedziałam, że muszę ćwiczyć. Nawet jeżeli nie widzę natychmiastowych efektów.

Teraz mam problem ze zrelaksowaniem ciała. Zrozumiałam, że kiedy jestem spięta i zamknięta, nie jestem gotowa do walki. Moje ciało dalej napina się poza moją świadomością, ale staram się o tym rozluźnianiu pamiętać.

Po dwóch latach treningów Iza została namówiona przez jednego z nauczycieli do przystąpienia do egzaminu uczniowskiego. Powiedział jej, że potrzeba wielkiej odwagi, by pokazać swoje ograniczenia i niedoskonałości.

– To był dla mnie najtrudniejszy egzamin w życiu – opowiada Iza. – Nie zdałam go wtedy, tylko rok później. Ale pokonałam swój lęk. Potem zdecydowałam się na udział w turnieju i pierwszą w życiu walkę wygrałam, ostatecznie plasując się na trzeciej pozycji. To było ważne zwycięstwo, które zmotywowało mnie do dalszego działania. Nie składam już broni, nie poddaję się. Choć miałam takie momenty, że chciałam zrezygnować z życia. Ale zaangażowanie w iaidō i wsparcie, które dostawałam od innych, pomogły mi to przezwyciężyć. Iaidō uratowało mnie kilkakrotnie. W sytuacjach kryzysowych myślałam tylko o tym, że nie chcę zawieść nauczyciela i innych osób. To był silny bodziec do działania. Iaidō to trening serca. Po pięciu latach zyskałam wiarę w ludzi i w siebie. To mój wielki sukces – mój i ludzi, z którymi ćwiczę. I pewnie jeszcze wiele rzeczy zrozumiem na dalszej drodze. Dlatego z iaidō nie zrezygnuję. Chcę dalej ćwiczyć, nawet kiedy miecz nie chce się mnie słuchać. To tylko pokazuje, ile mam jeszcze do zrobienia.  

Praktyka iaidō uczy:

  • koncentracji na jednej czynności
  • bycia tu i teraz
  • świadomego działania
  • zaangażowania
  • szacunku i pokory
  • przekraczania własnych ograniczeń
  • pracy nad sobą
  • pomocy i służenia innym
  • przyjmowania i akceptacji

Warszawskie Stowarzyszenie Iaidō i Jodo Tenshinkan

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Problem bezczynnych nóg. Czy skłonność do powstawania żylaków jest dziedziczna?

Żylaki zwiększają prawdopodobieństwo powstawania owrzodzeń podudzi i groźnych dla życia zakrzepów. (Fot. iStock)
Żylaki zwiększają prawdopodobieństwo powstawania owrzodzeń podudzi i groźnych dla życia zakrzepów. (Fot. iStock)
Po naszych przodkach najchętniej dziedziczylibyśmy fortunę, tymczasem dostaje się nam np. słaba wydolność żył… Ale nie załamujmy się. Dlaczego warto siedzieć z nogami na stole i jak używać encyklopedii do spania – mówi Dariusz Kuś, specjalista chirurgii ogólnej.

Czy żylaki siedzą w naszych genach?
Niestety tak. Skłonność do powstawania żylaków kończyn dolnych jest dziedziczona. Ale, na szczęście, możemy do pewnego stopnia ten determinizm genetyczny kontrolować – przez odpowiednie nawyki czy dietę.

Jak wygląda mechanizm powstawania żylaków?
Żylak to po prostu utrwalone nadmierne rozszerzenie żyły. Ale żeby zrozumieć, jak dochodzi do jego powstania, trzeba wiedzieć, jaką funkcję żyły pełnią…

Odprowadzają „zużytą” krew do serca.
Właśnie. To proszę sobie wyobrazić, jaką pracę muszą wykonać, aby przepchnąć krew od kostek do klatki piersiowej. To jest ponad metr wysokości bardzo rozbudowanego systemu naczyń mającego pokonać siłę grawitacji. Pomaga im w tym oczywiście praca serca i skurcze mięśni. Do tego w żyłach co kilka centymetrów znajdują się zastawki, które nie pozwalają cofać się przepchniętej krwi. Czasem jednak to nie wystarcza. Dzieje się tak szczególnie, kiedy za rzadko używamy pracy nóg – bo mięśnie to pompa. Kiedy nie chodzimy, nie biegamy, pozostawiamy nogi w bezruchu podczas pracy czy podróży, zwalnia to przepływ krwi i żyły w nogach zaczynają się za bardzo wypełniać krwią.

Rozciągają się?
Właśnie. Zastawki robią się niewydolne, pękają i krew spływa ściągana w dół siłą grawitacji – to tak zwany refluks żylny. Pod skórą zaś widzimy poszerzone naczynia krwionośne. Pierwszym objawem, że z krążeniem w nogach coś się dzieje, są zwykle niegroźne, choć brzydkie pajączki naczyniowe. Na szczęście, zanim z tego zrobi się żylak, a z żylaka problem medyczny grożący komplikacjami, potrzeba lat.

Czym grożą żylaki?
Zwiększają prawdopodobieństwo powstawania owrzodzeń podudzi i groźnych dla życia zakrzepów. Dlatego gdy żylak już powstanie, należy zgłosić się do chirurga...

…który go wytnie? A to nie zostawi blizny tak szpetnej jak sam żylak?
Po pierwsze, może wcale nie wytnie. Małe żylaki i pajączki naczyniowe można zamknąć na przykład laserem. Inne rzeczywiście usuwamy, ale dbając o efekt kosmetyczny.

Jak długo trwa rekonwalescencja?
Czasem tylko kilka dni, czasem tydzień, dwa. Zawsze po takim zabiegu trzeba nosić uciskowe rajstopy albo pończochy.

Po co?
Bo jak usuniemy żyłę, to krew, która przez nią płynęła, musi sobie znaleźć inne miejsce przepływu. Uciskiem kierujemy ją do żył położonych głęboko w mięśniach.

A głębokie żyły wytrzymają nową porcję krwi?
Wytrzymają. Zresztą tamtędy płynie aż 90 proc. krwi żylnej. Żyły są trochę jak system rzek. Małe strumyki, potoki łączą się w coraz większe i w końcu powstają duże rozlewiska. W nodze od kostki do pachwiny jest prawdziwa Wisła – to położona podskórnie żyła odpiszczelowa. Jest też oczywiście i Odra – żyła odstrzałkowa, która biegnie podskórnie po tylnej powierzchni łydki, kończąc się na wysokości kolana. Przed każdym zabiegiem robimy specjalne USG dopplerowskie, które ocenia stan i morfologię żył oraz przepływ krwi i wydolność zastawek.

Siedzenie z nogami do góry chroni nas przed żylakami?
Zakładanie nóg na stół z pewnością jest zdrowe. Gdy podniesiemy nogi do góry, to krew spływa z żył jak na zjeżdżalni, jest jej łatwiej pokonać grawitację. Dlatego polecam podkładanie encyklopedii pod nogi łóżka, a w każdym razie stosowanie specjalnych trójkątów pod materac lub ruchomego stelaża łóżkowego. Dla właściwego odpoczynku żył wystarczy, by stopa była 5–10 cm wyżej niż kolano.

  1. Moda i uroda

Technomodelowanie – nowe zabiegi i kosmetyki do ciała

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Dla osób, które chcą zrzucić zbędne kilogramy, trzymają dietę i trwają w treningu, mamy dobrą wiadomość - nowe technologie przychodzą im z pomocą. W tym sezonie pojawiło się kilka zabiegów, które zaskakują możliwościami - bezpiecznie, szybko i skutecznie pomagają ujędrnić ciało, wymodelować sylwetkę, pozbyć się celullitu.

Target Body, Klinika Strzałkowski, autorska metoda usuwania opornej tkanki tłuszczowej

Target Body to zabieg na ciało opracowany przez ekspertów z Kliniki Strzałkowski. W metodzie tej połączono trzy technologie służące modelowaniu sylwetki, a całość wymaga jedynie dwóch wizyt w gabinecie.

Podczas pierwszego spotkania wykonywana jest karboksyterapia, podczas której „zmiękcza się” tkankę tłuszczową. Zbieg ten polega na ostrzykiwaniu skóry medycznym CO2 - poprawia to ukrwienie, przyspiesza lipolizę i usprawnia drenaż. Dzięki temu tłuszczyk staje się bardziej podatny na działanie zimna wykorzystywanego w dalszym etapie zabiegu.

Po tygodniu robiona jest kriolipoliza Cooltech. Technologia ta w bezpieczny i bezbolesny sposób schładza tkankę tłuszczową na wybranym obszarze do minus 8 stopni C (przez 70 minut), co powoduje zniszczenie komórek tłuszczowych, które są następnie usuwane z organizmu w naturalnych procesach metabolicznych. W czasie tej samej wizyty stosuje się również falę uderzeniową Liposhock – technologia ta pomaga organizmowi szybszej metabolizować rozbite komórki tłuszczowe i dodatkowo niszczy je mechanicznie poprawiając efektywność kriolipolizy nawet o 20 proc!

Zabieg pozwala pozbyć się tzw. opornej tkanki tłuszczowej, która nie poddaje się diecie czy ćwiczeniom.

Przed każdym zabiegiem lekarz lub kosmetolog przeprowadza szczegółowy wywiad zdrowotny w celu wykluczenia ewentualnych przeciwwskazań do zabiegu. Cena za jeden obszar 990 zł.

HI-EMT, Barberian Esthetic, elektromagnetyczna stymulacja mięśni z jednoczesną redukcją tkanki tłuszczowej

Technologia HI-EMT polega na elektromagnetycznej stymulacji mięśni. Skoncentrowane pole elektromagnetyczne przenika przez tkanki skórne i tłuszczowe aż do poziomu mięśni zapewniając ich intensywne i ciągłe skurcze. W wyniku zabiegu, w zależności od dobranego programu, następuje wzmocnienie mięśni i redukcja tkanki tłuszczowej (brzuch, uda, ramiona), a w wybranych przypadkach również intensywny wzrost mięśni (pośladki). Wskazaniem do zabiegu jest nie tylko chęć pozbycia się nadmiaru tkanki tłuszczowej z poszczególnych partii, ale też wzmocnienie i odbudowa osłabionych mięśni brzucha, pośladków, ramion, ud, talii, czy ujędrnienie brzucha po ciąży albo potrzeba przyrostu masy mięśniowej np. w przypadku deficytów czy zaników mięśniowych w przypadku kontuzji czy powikłań pochorobowych (niedowłady). Przed każdym zabiegiem lekarz lub kosmetolog przeprowadza szczegółowy wywiad zdrowotny w celu wykluczenia ewentualnych przeciwwskazań do zabiegu. Cena: pojedynczy zabieg 899 zł Cena pakietu 4 zabiegów 1797 zł.

HIFU, Klinika Miracki

HIFU (ang. High Intensity Focused Ultrasounds) to technologia z wykorzystaniem wysokoenergetycznych fal ultradźwiękowych, która zrewolucjonizowała branżę medycyny estetycznej - pozwala na intensywny lifting i ujędrnienie skóry, z jednoczesnym efektem wyszczuplenia.

Dużą zaletą technologii HIFU jest jej nieinwazyjność. Podczas zabiegu do skóry przykładane są specjalnie dobrane głowice, które emitując energię ultradźwiękową, rozgrzewają w kontrolowany sposób tkankę do temperatury 65-75 stopni C. Ciągłość naskórka nie zostaje naruszona, a zabieg nie wymaga rekonwalescencji – po wyjściu z gabinetu można od razu wrócić do codziennych czynności, choć skóra będzie lekko zaczerwieniona i nieznacznie obrzęknięta.

Oddziaływanie fali ultradźwiękowej na skórę właściwą, komórki tłuszczowe oraz powięź mięśniową powoduje proces mikro termokoagulacjiw skórze zaczynają zachodzić głębokie procesy regeneracyjne. Przegrzana tkanka rozpoczyna intensywne namnażanie kolagenu i elastyny, włókna obkurczają się, nadając przy tym skórze jędrności, zaś komórki tłuszczowe, jeśli deponujemy energię na odpowiedniej głębokości, zostają rozbite – wyjaśnia doktor Krzysztof Miracki z Kliniki Miracki.

Po zabiegu liftingu ultradźwiękowego dany obszar twarzy lub ciała staje się bardziej napięty, ujędrniony lub wyszczuplony, a co najważniejsze efekt tej rewitalizacji jest długotrwały. Zregenerowana skóra zazwyczaj długo nie wraca do poprzedniego stanu, a proces starzenia na obszarze poddanym zabiegowi ma wolniejszy przebieg. Dzięki terapii HIFU skóra ulega intensywnej przebudowie termicznej, a finalne efekty zabiegu można zaobserwować po 2-3 miesiącach – czas ten wynika z naturalnego cyklu regeneracji skóry i produkcji włókien kolagenowych. Do uzyskania oczekiwanych rezultatów zazwyczaj wystarczy jeden zabieg, jednak często pacjenci decydują się na powtórzenie terapii, aby zintensyfikować efekty. Cena uzależniona jest od obaszaru, na którym wykonywany jest zabieg.

Kosmetyki ujędrniające do stosowania w domu

Eisenberg, Body Refining - Serum wyszczuplające do ciała

Eisenberg, Body Refining Serum wyszczuplające do ciała, 419 zł/150 mlEisenberg, Body Refining Serum wyszczuplające do ciała, 419 zł/150 ml

Produkt opracowany na bazie najnowszych badań klinicznych idealny zwłaszcza do walki z miejscową kumulacją tłuszczu i opornym cellulitem. Formuła zawiera wyciągi roślinne z Bupleurum Chinese, kofeiny i kakaowca właściwego, które stymulują lipolizę oraz koenzym A przyspieszający proces spalania kwasów tłuszczowych i ich eliminację. Kombinacja składników naturalnych, w wyjątkowej formule, jest sposobem uzyskania silnego efektu lipolitycznego (symultaniczna aktywacja w kilku kierunkach) i zwiększonej eliminacji kwasów tłuszczowych. Pozbycie się kumulacji tłuszczu i cellulitu w obrębie stref problematycznych, czyli ramion, brzucha, bioder, pośladków, ud i kolan. Efekt* eliminacji nadmiaru wody i tkanki tłuszczowej widoczny już po 2 tygodniach! Serum powinno być aplikowane dwa razy dziennie na ramiona, brzuch, biodra, pośladki, uda, kolana; ruchami kolistymi aż do całkowitego wchłonięcia przez minimum 56 dni, przed zastosowaniem ulubionej pielęgnacji do ciała. *badania kliniczne prowadzone pod kontrolą dermatologiczną.

Nuxe Body, ujędrniający krem do ciała

Nuxe, Body Reve de The, tonizujący krem ujędrniający 129 zł/200 mlNuxe, Body Reve de The, tonizujący krem ujędrniający 129 zł/200 ml

Preparat o bogatej konsystencji, ma formułę zapewniającą podwójne działanie – ujędrniające i przeciwstarzeniowe. Tonizujący krem zawiera ujędrniający duet łączący zieloną herbatę i ekstrakt z żyta. Skóra odzyskuje elastyczność i jędrność.

Elancyl, My Coach dermokosmetyk antycellulitowy

Elancyl, My Coach! 128 zł/200 ml (w aptece i sklepie internetowym dermo-cosmeshop.pl)Elancyl, My Coach! 128 zł/200 ml (w aptece i sklepie internetowym dermo-cosmeshop.pl)

Skutecznie wygładza nierówności, działa ujędrniająco i antycellulitowo, co zostało potwierdzone w badaniach klinicznych. Zawiera 89 proc. składników naturalnego pochodzenia. Mikroalga Tisochrysis Lutea, kofeina i ekstrakt z bluszczu intensywnie stymulują proces spalania kwasów tłuszczowych, blokują ich syntezę oraz przyspieszają drenaż - odpływ limfy z tkanki tłuszczowej. Pochodząca w wulkanicznych Wysp Kanaryjskich Mikroalga Tisochrysis Lutea aktywuje aktywne u sportowców beżowe adipocyty, dzięki czemu nawet tak zwyczajne czynności jak taniec, wchodzenie po schodach czy spacer są aż 4 razy bardziej skuteczne w wyszczuplaniu sylwetki.
Lekka konsystencja żelu-kremu o odświeżającej nucie zapachowej szybko się wchłania nie pozostawiając filmu na powierzchni skóry. Wystarczy aplikacja raz dziennie, najlepiej w trakcie zalecanego minutowego masażu.

  1. Zdrowie

Nootropiki – pożywka dla głowy

Owoce jagodowe wspomagają rozwiązywanie problemów, uczenie się i pamięć. Przeciwdziałają starzeniu się i poprawiają płynność myślenia. (Fot. iStock)
Owoce jagodowe wspomagają rozwiązywanie problemów, uczenie się i pamięć. Przeciwdziałają starzeniu się i poprawiają płynność myślenia. (Fot. iStock)
Konsultantka kulinarna i promotorka kuchni roślinnej Julie Morris przekonuje, że nawet niewielkie zmiany w diecie mogą znacząco podnieść sprawność umysłu. O tym, co smakuje naszemu mózgowi, pisze w książce „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć”.

Zacznijmy od nazwy. Wywodzi się ona z greckiego, słowo nous oznacza „umysł”, a tropos – „obrócenie„ lub „zmianę”. Innymi słowy – nootropik to substancja zmieniająca umysł, pobudzająca procesy poznawcze, która ma moc poprawiania sposobu myślenia, odczuwania i funkcjonowania. Nootropiki są w użyciu od tysiącleci we wszystkich zakątkach świata, czy to by wzmóc wytrzymałość i wyostrzoną uwagę podczas polowania bądź bitwy, czy by podnieść poziom świadomości i mieć lepszą więź ze światem na poziomie duchowym. Współczesne postrzeganie nootropików jako substancji wspomagających procesy poznawcze jest jednak stosunkowo nowe.

Początki badań nad środkami wspomagającymi układ nerwowy sięgają lat sześćdziesiątych XX wieku. Rumuński psycholog i chemik Corneliu Giurgea użył terminu „nootropik” w 1972 roku – kilka lat po tym, jak opracował Piracetam, czyli związek wspomagający pamięć. Urodzony w 1923 roku w Bukareszcie dr Giurgea poświęcił zawodowe życie na badanie ewolucji człowieka i opracowywanie metod wspomagania jego rozwoju. Udało mu się nie tylko przyciągnąć uwagę do idei optymalizacji funkcji mózgu, lecz także wprowadził koncepcję wspierania procesów poznawczych do świata chemii. Opracował listę cech charakterystycznych odkrytych przez siebei substancji, które nazwał „pięcioma zasadami nootropików”:

  1. wzmacniają pamięć i zdolność uczenia się
  2. wzmacniają trwałość wyuczonych zachowań i wspomnień
  3. chronią mózg przed uszkodzeniami
  4. zwiększają skuteczność korowych/podkorowych mechanizmów kontroli
  5. nie powinny wywoływać żadnych skutków ubocznych

Współczesna medycyna od XVIII wieku czyni niesłychane postępy, również na polu wspierania funkcji mózgu, jednak naturalne nootropiki są w użyciu znacznie dłużej. Medycyna ajurwedyjska oraz medycyna chińska z powodzeniem wykorzystują ich właściwości od tysięcy lat. Dziś, choć nie istnieje ujednolicona definicja słowa „nootropik”, większość świata medycznego jest zgodna, że to po prostu substancja wzmacniająca procesy poznawcze bez efektów ubocznych. Naturalne nootropiki również taką zdolnością się charakteryzują, jest jednak pewna różnica między nimi a syntetycznymi: są to produkty żywnościowe (lub przynajmniej suplementy pochodzenia naturalnego), a nie chemiczne substancje wytwarzane przez człowieka.

Najpoważniejszym argumentem za stosowaniem diety opartej na żywności pełnowartościowej, zamiast produktów przetworzonych i suplementów, jest występujące w niej bogactwo naturalnych wieloskładnikowych substancji odżywczych, czyli takich, które składają się z przynajmniej dwóch współdziałających elementów oddziałujących pozytywnie na wielu płaszczyznach – zarówno jeśli chodzi o zdrowie mózgu, jak i całego organizmu. Chemiczne nootropiki tylko maskują niedobory i niekoniecznie pomagają generować trwałe zmiany. Naturalne nootropiki mogą poprawić całościową kondycję mózgu, a to przełoży się pozytywnie na sposób myślenia i odczuwania.

Julie Morris, konsultantka kulinarna, założycielka szkoły gotowania online „Luminberry”. Jest autorką pięciu książek kucharskich.

10 najlepszych naturalnych nootropików

  • Kakao – „ziarno szczęścia”. Poprawia nastrój (oraz łagodzi depresję i stany lękowe). Wzmacnia pamięć i zdolność uczenia się, wspomaga koncentrację. Jest bardzo silnym neuroprotektorem.
  • Matcha – „herbata, która pozwala zachować spokój i robić swoje”. Jest źródłem wyciszonej energii. Łagodzi niepokój i stany lękowe, dobrze wpływa na ogólne samopoczucie. Wzmacnia motywację i koncentrację. Poprawia pamięć i inne funkcje poznawcze, wspiera twórcze i płynne myślenie. Jest silnym neuroprotektorem.
  • Soplówka jeżowata – „grzyb inteligencji”. Może być pomocna w leczeniu chorób neurodegeneracyjnych. Ma bardzo silne działanie neuroprotekcyjne. Działa wspomagająco w zaburzeniach snu. Wspomaga regenerację nerwów, łagodzi depresję i stany lękowe. Poprawia pamięć, uwagę i zdolność uczenia się. Wspiera funkcje poznawcze. Zwiększa neuroplastyczność i neurogenezę.
  • Reishi (lakownica żółtawa) – „polisa na zdrowie”. Wycisza, łagodzi napięcia i stany lękowe. Wspomaga redukcję stresu i zdrowszy sen. Wzmacnia pamięć i zdolność uczenia się. Ma silne działanie neuroprotekcyjne i oczyszczające.
  • Jagody goji – „jagody dobrostanu”. Wzmacniają pamięć i zdolność uczenia się, wpływają korzystnie na ogólny dobrostan. Chronią barierę krew-mózg przed ekscytotoksycznością i szkodliwym działaniem innych neurotoksyn. Wspomagają neurogenezę.
  • Fioletowe owoce jagodowe – „owoce pamięci”. Wspomagają rozwiązywanie problemów, uczenie się i pamięć. Mają silne właściwości neuroprotekcyjne i przeciwdziałają starzeniu się. Wspomagają płynność myślenia. Poprawiają koordynację ruchową i równowagę. Wzmacniają koncentrację i uwagę. Zwiększają potencjał neurogenezy.
  • Różeniec górski – „moc”. Redukuje zmęczenie i zwiększa zasoby energii. Wspomaga zrównoważony nastrój i poczucie dobrostanu, poprawia kondycję. Poprawia koncentrację i motywację.
  • Ashwagandha (witania ospała) – „zioło zadowolenia i wyluzowania”. Zmniejsza napięcia. Jest naturalnym antydepresantem oraz redukuje stres poprzez wyrównywanie poziomu hormonów (głównie kortyzolu i insuliny). Łagodzi poczucie wyczerpania i chroniczne zmęczenie psychofizyczne. Pomaga zwalczyć bezsenność wywołaną stresem. Wzmacnia kondycję i odporność. Wspomaga powrót do formy po przebytym stresie i wyjście ze stanu wypalenia. Wspiera pamięć, uwagę i koncentrację.
  • Kurkuma (ostryż długi) – „złoty korzeń ochrony”. Ma mocne działanie przeciwzapalne. Jest silnym przeciwutleniaczem. Zwalcza stres, poprawia nastrój, redukuje depresję. Może poprawiać pamięć.
  • Cytryniec chiński – „jagoda koncentracji”. Wycisza, redukuje stres, łagodzi stany lękowe. Wspomaga długi i zdrowy sen. Wzmacnia aktywność psychiczną. Poprawia pamięć, uwagę, pozwala osiągać lepsze wyniki w pracy, przyspiesza reakcje. Działa neuroprotekcyjnie.
  1. Zdrowie

Dzienniczek zdrowia na nadgarstku. Na czym polega idea life-trackingu?

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Zamiłowanie do nowoczesnych gadżetów (np. zegarków lub telefonów z funkcją pomiaru aktywności) okazuje się przydatne w diagnozowaniu chorób i motywowaniu się do regularnego dbania o siebie. Na czym polega idea life-trackingu i jakie parametry organizmu warto monitorować, sprawdza dziennikarka Ewa Pągowska.

Trudno dziś znaleźć kogoś, kto przynajmniej nie sprawdził, jak działa aplikacja do analizy snu, zapisywania przyjmowanych kalorii, śledzenia aktywności fizycznej czy cyklu miesiączkowego. Miłośnicy gadżetów sięgają po wagi, które poza masą ciała pokazują jego skład, a nawet prędkość fali tętna (pozwala ocenić stan naczyń krwionośnych) czy elektryczne szczoteczki do zębów monitorujące czas i sposób szczotkowania. Specjalne aplikacje odbierają informacje od urządzeń pomiarowych, przedstawiają je w atrakcyjny sposób i przechowują dane. Coraz więcej osób kupuje też urządzenia, które można nosić na sobie, jak specjalne opaski na rękę czy smartwatche, mierzące tętno i liczące kroki.

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. W rzeczywistości jednak rzadko wykorzystujemy te możliwości. Pora to zmienić i wycisnąć z nowych gadżetów jak najwięcej korzyści.

Eksperci od własnego ciała

Kiedy amerykańska matematyczka i statystyczka dr Talithia Williams była w ciąży z trzecim dzieckiem, nie zgodziła się na wywołanie porodu, mimo że jego termin już minął. Chciała urodzić naturalnie i na własną prośbę opuściła szpital. Była przekonana, że data narodzin dziecka została źle wyznaczona. „Terminy porodu są obliczane na podstawie standardowego 28-dniowego cyklu, a moje cykle są różnej długości – czasem trwają 27, a czasem nawet 38 dni i mam dane, które to potwierdzają” – tłumaczyła lekarzowi. Wiedziała, że ma rację, bo wcześniej przez 6 lat obserwowała swoje cykle i mierzyła temperaturę, a wyniki pomiarów skrupulatnie zapisywała.

Williams przytacza tę historię podczas wykładu na konferencji TED, by przekonać słuchaczy, że dzięki codziennym pomiarom parametrów mogą stać się ekspertami od swojego ciała. Zaznacza jednak, że nie chodzi jej o lekceważenie lekarzy, tylko o współpracę z nimi – połączenie wiedzy na swój temat z wiedzą na temat całej populacji, którą dysponuje lekarz, bo taki mariaż pozwala podjąć najlepszą dla zdrowia decyzję.

Zgadza się z tym kardiolog dr n. med. Łukasz Kołtowski, który jest zafascynowany zastosowaniem nowych technologii w medycynie i prowadzi na ten temat bloga. – Podczas rozmowy i badania lekarz może jedynie uzyskać coś w rodzaju fotografii naszego obecnego życia. Wprawdzie zadaje pytania o to, co było wcześniej, ale ze względu na ograniczony czas wizyty nie jest w stanie zbudować sobie pełnego obrazu – mówi. Wyjaśnia, że kiedy np. 30-letnia pacjentka ze smartwatchem na ręce skarży się na zawroty głowy i niepokój, prosi ją o pokazanie zapisów tętna z zegarka. – Oczywiście nie traktuję ich jak twardych danych medycznych, ale dzięki nim mogę zbliżyć się do diagnozy, np. nabrać podejrzenia, że kobieta ma tachykardię (przyspieszenie akcji serca), bo badania kliniczne pokazały, że smartwatche są dość dobre w jej wykrywaniu.

Co warto sprawdzać?

Co konkretnie warto mierzyć i zapisywać, żeby nie popaść w przesadę i hipochondrię? Kobiety z pewnością powinny monitorować swój cykl. Większość wizyt u ginekologa zaczyna się przecież od pytań o datę pierwszego dnia ostatniej miesiączki, jej intensywność, długość i regularność cykli. Rzetelne informacje na ten temat pozwalają lekarzowi wyciągnąć pierwsze wnioski.

Według kardiologa dobrze jest też sprawdzać, ile kroków stawiamy w ciągu dnia. Dla naszego zdrowia o wiele lepsze jest bycie cały dzień w ruchu niż wykonywanie intensywnych ćwiczeń przez pół godziny i spędzanie reszty doby w pozycji siedzącej czy leżącej. Lekarze m.in. namawiają do przechodzenia 10 tysięcy kroków dziennie – żeby wyrobić tę normę, zwykle trzeba być w ruchu przez dużą część dnia. Badania pokazały, że taka aktywność pozwala obniżyć ryzyko wystąpienia chorób sercowo-naczyniowych. – Zalecam też monitorowanie snu – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski. – Chodzi o to, by dowiedzieć się, ile dokładnie śpimy, bo chociaż różne aplikacje wiele nam obiecują – np. wykrycie fazy REM czy NREM – to jednak ciągle jeszcze są mniej wiarygodne niż badania snu przeprowadzane w warunkach szpitalnych. Może kontrolowanie liczby przespanych godzin wydaje się mało atrakcyjną funkcją aplikacji, ale namawiam do jej przetestowania.

Dodaje, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak często zarywa noce i jaki to ma wpływ na ich funkcjonowanie. Jeśli zestawią sen z innymi parametrami, np. poziomem nastroju czy aktywności fizycznej, mogą być naprawdę zaskoczone.

Śledzenie snu i liczby kroków można polecić każdemu, ale już kontrola innych parametrów powinna być dopasowana do konkretnej osoby, jej stanu zdrowia i celów.

Monitoring organizmu

Z monitorowania większej liczby parametrów najbardziej skorzystają ci, którzy chcą „wziąć się za siebie” i wyrobić zdrowe nawyki, oraz ci, którzy mają różne niepokojące objawy, ale nie znają ich przyczyny. Przyda się też pacjentom, którzy cierpią na choroby przewlekłe lub są nimi zagrożeni. W przypadku dwóch ostatnich grup odpowiedź na pytanie „co mierzyć?” jest stosunkowo prosta – często wystarczy śledzić to, o co pyta lekarz, np. tętno, ciśnienie, temperaturę czy masę ciała. Do tego celu dobrze jest wybrać specjalistyczne produkty, np. aplikacje przygotowane z myślą o konkretnej grupie pacjentów.

– Jest na przykład aplikacja dla cukrzyków, w której można wpisać, ile planujemy zjeść, ile insuliny przyjęliśmy i jakie potem było stężenie glukozy we krwi. Co ciekawe, ta aplikacja uczy się organizmu pacjenta i zaczyna mu podpowiadać, ile insuliny powinien sobie podać. Badania kliniczne pokazały, że potrafi dobrać dawkę lepiej niż chory – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski.

Osoby, które często czują się przygnębione, mogą skorzystać z tzw. trackerów nastroju. Co wieczór opisywać swoje samopoczucie i to, co robiły w ciągu dnia. Po pewnym czasie są w stanie zobaczyć, że np. w te dni, kiedy spacerowały, miały o wiele lepszy nastrój niż wtedy, gdy były na imprezie, że najgorszy humor miały zawsze w sobotę, a prawdziwy dół po poniedziałkowym zebraniu. Wypełnianie dzienniczka nastroju jest jedną z metod, które wspierają leczenie osób z depresją. Zapiski pozwalają zobaczyć chorym, co wpływa na ich samopoczucie, ale także to, że ich stan się poprawia – a to działa terapeutycznie.

Ci, którzy nie wiedzą, co jest przyczyną ich różnych dolegliwości, np. bólu głowy, stanów podgorączkowych czy osłabienia, mogą zacząć monitorować niepokojące ich objawy, by móc później podzielić się informacjami z lekarzem.

– Takie zapisy często dostarczają bardziej obiektywnych informacji niż słowa i opinie pacjenta, bo przecież my wszyscy bardzo często podświadomie wypieramy różne informacje o sobie. To, co nam się wydaje na nasz temat, i to, co naprawdę się z nami dzieje, często bardzo się od siebie różni – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski i podpowiada, że dobrym pomysłem może być nie tylko monitorowanie częstotliwości występowania objawu, np. bólu głowy, ale także tego, co bywa jego przyczyną. Czasem dzięki temu udaje się wyeliminować problem, jeszcze zanim dotrzemy z nim do lekarza.

– Jeśli wiemy, że powodem bólu głowy jest zbyt mała ilość wypijanych płynów – możemy zacząć notować, ile w ciągu dnia pijemy. Miałem nawet pacjenta, który kupił specjalną butelkę, która pokazywała, ile już wypił – mówi ekspert.

Jeśli nie uda ci się znaleźć konkretnej aplikacji, bo masz dość oryginalne potrzeby i chcesz np. zobaczyć zależność między czasem spędzanym na rozmowach z szefem a liczbą przespanych godzin albo między kłótniami z córką i napadowym objadaniem się – możesz skorzystać z aplikacji-szablonów jak np. Nomie, które wypełnia się dowolnymi parametrami.

Motywacja i świadomość

Jak widać, life-tracking może ułatwić diagnozę i być jak system wczesnego ostrzegania dla osób chorych, ale najciekawszy i chyba najmniej oczywisty jest jego motywacyjny charakter. Odpowiedni program czy urządzenie śledzące pomaga bowiem osiągnąć różne, także zdrowotne, cele. I robi to na kilka sposobów.

Po pierwsze może być impulsem do działania, np. rzucenia palenia. Niby wszyscy wiemy, że papierosy źle wpływają na zdrowie, a jednak niektórzy łudzą się, że negatywne konsekwencje nie dotyczą ich tak bardzo jak reszty palaczy. Jeśli jednak zestawią liczbę wypalanych papierosów z aktywnością w ciągu dnia czy poziomem ciśnienia tętniczego – mają szansę zobaczyć czarno na białym, że nałóg ich także nie oszczędza. Dla niektórych bywa to wystraczająco silny impuls do zmiany.

Jeśli jesteśmy już zmotywowani, by wprowadzić w życie program naprawczy – sięgnijmy po trackery, by dowiedzieć się, skąd właściwie startujemy. Jak pisze Robert E. Franken w „Psychologii motywacji”: „zanim zmienimy jakiś sposób postępowania, musimy go sobie uświadomić. Wymaga to monitorowania własnego zachowania. (…) Jeśli analizujemy nasze działania, to łatwiej nam wyznaczać cele, które prowadzą do stopniowej poprawy”.

Świadomość tego, gdzie była nasza linia startu, pomaga też dostrzec postęp. Osoby, które zaczynają ćwiczyć i dołączają do jakiejś grupy treningowej, często po krótkim czasie zaczynają się porównywać z innymi i frustrować tym, że są gorsze. Tymczasem powinny raczej porównywać swoje obecne wyniki z wcześniejszymi. Dzięki temu ich samoocena będzie wzrastać. Zamiast myśleć: „Jestem leniwy i bez kondycji”, zaczną widzieć siebie jako wytrwałych i aktywnych, bo będą mieć na to dowody. Psycholodzy nie mają wątpliwości, że wzrost wiary w siebie znacznie zwiększa szanse wytrwania w postanowieniach. Motywująca może być nawet sama świadomość, że informacje o tym, co robimy, za chwilę będziemy musieli gdzieś zapisać. Badacze z University of Pittsburgh dowiedli, że notowanie w aplikacji tego, co się zjadło, jest skuteczną strategią odchudzania, a po zaprzestaniu diety pomaga utrzymać prawidłową wagę.

Warto więc poświęcić trochę czasu, by znaleźć aplikację, która pozwala na śledzenie dokładnie tego, co chcesz, i osiąganie tego, na czym najbardziej ci zależy.

  1. Seks

Kochasz tak, jak oddychasz

Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. (Fot. iStock)
Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. (Fot. iStock)
Kiedy podczas seksu oddychamy głęboko, w naturalnym rytmie, doświadczamy znacznie więcej. Nie tylko erotycznie. Nasze ciała przekazują sobie uczucia, skóra staje się bardziej wrażliwa – mówi Grzegorz Pawłowski, autor książki „Oddech. Oddychaj świadomie, żyj pełniej”.

Ciało. Są na nim miejsca, których pieszczenie daje nam szczególnie wiele przyjemności. Ale bywa, że przyjemności towarzyszą zaskakujące uczucia zażenowania lub nawet dreszcze niechęci czy bólu. Pupa na przykład jest szczególnie wrażliwa na dotyk. Jednak też w pupę dostawaliśmy jako dzieci zawstydzające klapsy, bolesne uderzenia paskiem czy zastrzyki. Kiedy mężczyzna głaszcze, pieści, całuje pośladki kobiety – jest jej cudownie. Bywa jednak, że zmysłowej przyjemności towarzyszy cień zawstydzenia, niechęci, a nawet bólu. Skąd? Łatwo pomyśleć, że ona po prostu nie chce, by ją dotykał, że go nie kocha. Wcale nie. Jej odczucia mogą wypływać z przeszłości, z tego, co przeżyła jako dziecko, o czym wydawało się, że nie pamięta. Nie pamięta, ale jej ciało te bolesne odczucia jakby zapisało. A teraz dzięki poruszeniu, jakie wzbudził seks, to, co wtedy czuła, „wyszło z ciała na powierzchnię świadomości”. Jeśli zabraknie jej ciekawości, skąd ta niechęć, może uznać, że nie lubi pieszczot albo nawet w ogóle seksu. Może urazić bliskiego sobie człowieka, odrzucając go.

– Szkoda by było, bo ciało można oczyścić z bolesnych przeżyć i otworzyć na naturalne odczuwanie przyjemności – mówi Grzegorz Pawłowski, trener i life coach pracy z oddechem. – Transformujący oddech nam w tym pomoże.

To technika polegająca na uwolnieniu się od bolesnych przeżyć poprzez pracę właśnie z oddechem. Psychiatra Wilhelm Reich i psycholog Alexander Lowen to prekursorzy psychoterapii poprzez ciało i oddech. Ich drogę kontynuuje Grzegorz Pawłowski, twórca praktyki transformującego oddechu.

– Zastosowanie transformującego oddechu nie wymaga stu lat praktyki ani szczególnych umiejętności – wyjaśnia life coach. – Na początek wystarczy skupić się na oddechu, wyobrażając sobie, że dociera on właśnie w to miejsce, które odczuwa zawstydzenie czy ból. Zwizualizować sobie, że tym miejscem w ciele oddychamy. Wówczas razem z każdym wydechem ciało się oczyszcza, a my odzyskujemy naturalny sposób odczuwania.

Oczywiście, nie dzieje się to od razu, czasem koniecznych jest kilka sesji, ale zawsze, niezależnie od tego, jaka była przyczyna „zaburzenia”, oddech pomaga.

– Seks jest przestrzenią okołoterapeutyczną, bo może obudzić zaskakujące doznania. Uruchamia uczucia, od których dawno się odcięliśmy – mówi Grzegorz Pawłowski. – Dlatego czasem w łóżku kobieta płacze, a mężczyzna czuje złość lub odwrotnie – mężczyzna czuje się małym chłopcem, a kobieta jest rozczarowana. Nieważne, jakie uczucie się pojawiło, razem z nim pojawia się ten, kto go doświadczył, czyli zazwyczaj my z czasu, kiedy byliśmy dziećmi.

Oddech transformujący może pomóc płaczącej dziewczynce i złoszczącemu się chłopcu. Energia skrzywdzonej dziewczynki blokowała w dorosłej kobiecie seksualność. Tak jak energia skrzywdzonego chłopca blokowała w mężczyźnie kontakt z męskością.

Teraz ich życie seksualne może zostać uzdrowione. Ważne więc, by gdy pojawiają się np. łzy czy frustracja, nie uciekać. A jeśli już, to wrócić i podzielić się tym, co się przemyślało: „Chcę, żebyś wiedział, że poczułam w seksie coś, czego się przestraszyłam”. Warto nie uciekać od takich doświadczeń, bo dzięki oddechowi możemy odnaleźć przyczynę swojego lęku i oczyścić z niej ciało, uczucia i umysł. Kochać, przeżywać więcej dobrych uczuć i móc doświadczać pełniej pieszczot.

Blokujące przekonania

– Są kobiety i mężczyźni, którzy twierdzą, że seksu nie lubią. Są też tacy, którzy mówią, że palą, bo lubią – śmieje się trener. – Niechęć do seksu bywa rezultatem nieświadomego zakazu, bo seks jest czymś naturalnym i żeby go nie chcieć lub nie lubić, trzeba mieć jakieś przykre, blokujące doświadczenia. Na ich podstawie podejmujemy wówczas decyzję, że seks jest nie dla mnie. I ta decyzja małego dziecka, które przeżyło szok zawstydzenia czy lęku, zakłóca dorosłą miłość.

Przekonania, które kontrolują nas i naszą seksualność, powstają z myśli, którym towarzyszyły silne emocje. Patrząc np. na zawstydzoną, upokorzoną nagością mamę, córka uczy się, że ciało i seksualność są złe. Silne emocje powodują reakcje ciała: skulenie, rumieńce itp., ciało je zapamiętuje jako reakcję na nagość czy bliskość fizyczną. W życiu zawstydzonej dziewczynki nagie ciało nie będzie przyjmowane naturalnie. Przekonania zakłócają i zubożają nasze reakcje i odczucia także dlatego, że zakłócają oddech: spłycając go i wydłużając przerwy między wdechem a wydechem. Kiedy się rodzimy, kiedy śpimy głębokim snem, nasz oddech jest płynny: wdech przechodzi w wydech. Nie ma między nimi przerw. Kiedy przeżywamy silne emocje – a do nich należy lęk przed bólem czy poniżeniem – odruchowo wstrzymujemy powietrze. Robimy to automatycznie tak jak wtedy, gdy kulimy się, kiedy chcemy ochronić się przed ciosem. Wstrzymanie oddechu pomaga nam odciąć się od ciała, od tego, co ono czuje, i od tego, co czuje nasze serce.

Jeśli mocno i długo doświadczaliśmy lęku czy wstydu, zapewne został zakłócony na stałe nasz naturalny rytm oddechu – interwały między wdechem a wydechem są znaczne. Trudniej nam też powiedzieć, co czujemy. Wstrzymując oddech, odcinamy się nie tylko od bólu czy trwogi, ale też od rozkoszy.

Kobiecość jako zagrożenie

Oddech wody – tak nazywa się jedna z technik oddechowych, która oczyszcza energię kobiecości. Polega m.in. na delikatnym wysuwaniu miednicy do przodu, a następnie cofaniu, przy czym ruch do przodu wykonujemy na wydechu, a do tyłu na wdechu. Elementem oddechu wody jest także ruch kolisty bioder przy właściwej sekwencji wdechu i wydechu. Jeśli tym, wydawać by się mogło, prostym ćwiczeniom towarzyszy świadomy oddech, w ciele mogą się pojawić zaskakujące odczucia i myśli, np. niechęć do własnej kobiecości: „Tak tyłkiem ruszają tylko puszczalskie!”.

– Podczas sesji transformującego oddechu kobiety podobnie jak mężczyźni często odkrywają w sobie nieuświadomione, wyniesione z kultury, blokujące oddech przekonania. Radość życia i miłości zakłócają im często nieświadome przekonania dotyczące kobiecości (np. że jest „brudna i grzeszna”) albo męskości („On chce tylko jednego, wykorzysta i odejdzie”). Wówczas praca z transformującym oddechem może pomóc, by ciało stało się w umyśle kobiety „piękne i niosące rozkosz”, a mężczyzna „opiekuńczy i silny”.

– Zazwyczaj u kobiet te przekonania wyrażają się w formie oporu przed odczuwaniem przyjemności zmysłowej – tłumaczy Grzegorz Pawłowski. – W ich ciele zapisana bywa pamięć babć czy matek, a nawet całych pokoleń kobiet, które cierpiały z powodu przyjemności seksualnej. Bo przecież kobieta otwarta na zmysły, atrakcyjna nazywana bywa łatwą. Ten motyw obecny jest choćby w filmie „Malèna”. Z tego lęku stanowiącego dziedzictwo kulturowe kobiet można się oczyścić, a dzięki transformującemu oddechowi odzyskać kontakt ze swoją kobiecością.

Po co terapia oddechem?

– Kobiety często przychodzą na sesje oddechowe, by pomóc sobie w depresji czy w poczuciu życiowego zagubienia. Powodem może być kryzys w związku, rozstanie czy problemy w pracy, nie bywa nim natomiast brak ochoty na seks, kłopoty z orgazmem czy wstyd – mówi Grzegorz Pawłowski.

Ale podczas sesji transformującego oddechu razem z energią życiową można – nawet nie myśląc o seksualności – odzyskać libido. Przykład uzdrawiającego działania oddechu to np. doświadczenie 35-letniej kobiety, od której odszedł mąż, zostawiając ją samą z trojgiem małych dzieci. Nie chciała żyć, a co dopiero się kochać. Po kilku sesjach oddechowych odzyskała radość życia mimo odczuwanej ciągle straty. Zaczęła też promieniować erotyzmem, który każdy w niej wyczuwał. Szybko pojawił się zainteresowany nią mężczyzna i mogła dokonać wyboru, czy chce nowego związku.

– Kiedy ktoś mówi: „Czuję się zablokowany seksualnie”, to zaczynamy pracę nad tym zablokowaniem – tłumaczy trener. – Jeśli stwierdzi: „Chcę sobie pozwolić czuć więcej przyjemności”, to mamy punkt wyjścia. Może się okazać, że podczas pracy nad oddechem pojawi się w ciele jakieś odczucie, a wraz z nim myśl, np. że dotyk jest „brudny”. Wtedy zaczynamy nad tym pracować i uwalniamy potencjał erotyczny.

Dwa rodzaje seksu

Warto zainteresować się tym, jak oddychamy, kochając się, bo ze względu na oddech możemy mówić o dwóch rodzajach seksu i o tym, czy on buduje emocjonalną więź między kochankami.

Pierwszy rodzaj: kiedy wstrzymujemy oddech. Wtedy zazwyczaj nasza seksualność nastawiona jest na szybkie rozładowanie napięcia, czyli na sam orgazm. To stereotypowo męska postawa. Taki seks nie buduje bliskości.

Drugi rodzaj seksu i oddychania oparty jest na naturalnym rytmie wdechu i wydechu: głębokim, z małymi interwałami. Dwoje tak oddychających ludzi nastawionych jest na czułość, delikatność – na współodczuwanie. Na bliskość. Tradycyjnie taki rodzaj seksu jest bardziej kobiecy.

Kiedy więc podczas miłości oddychamy świadomie – czego można się nauczyć – doświadczamy znacznie więcej. Nie tylko erotycznie. Nasze ciała komunikują się, przekazują sobie uczucia.

– Gdy wyobrazimy sobie, że „oddychamy” miejscem, które dotykamy u partnera, jego i nasza skóra stają się bardziej wrażliwe. Bardziej też jesteśmy obecni, bardziej tu i teraz. Intymniej ze sobą – mówi Pawłowski.

– Ludzie nie przychodzą do mnie po to, aby mieć lepszy seks. Ale dzięki zmianie, jaka dokonuje się w ich życiu za sprawą siły transformującego oddechu, ich życie seksualne staje się dużo bardziej żywe. Esencją mojej pracy z oddechem nie jest sam oddech, ale to, żeby czuć radość bycia sobą w każdej chwili, i kiedy jesteś sama, i kiedy jesteś z bliską osobą, i kiedy jesteś w grupie. To nie stan wieczny i ekstatyczny, ale może się pojawiać coraz częściej. To podstawa udanego życia i udanego związku. Odrzucam mit dwóch połówek, które muszą się ze sobą skleić, by tak się poczuć.

Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. Oddech pomaga jej odkryć pełnię doznań ciała. Poczuć, jak przepływa energia seksualna. Energia ta nie musi być od razu rozładowana w sypialni. Po prostu można się nią cieszyć, czuć, jak płynie przez ciało. Kobieta cała emanuje taką seksualnością, co sprawia, że staje się wyjątkowo atrakcyjna. Kiedy poznaje mężczyznę świadomego swojej seksualności, otwartego, to jej życie diametralnie się zmienia. Seks? Nie on jest najważniejszy, najważniejsze jest spotkanie z samą sobą poprzez spotkanie z drugim człowiekiem. Oddanie siebie i bycie zaakceptowaną.

– Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma wszystkie narzędzia, by być szczęśliwymi. – mówi Grzegorz Pawłowski. – Warto znaleźć te, które okażą się pomocne nam samym. Może będzie to właśnie transformujący oddech?

Dzięki praktycznym poradom i ćwiczeniom nauczysz się w prosty sposób wykorzystywać oddech do poprawienia jakości swojego życia. Poznasz wartościowe narzędzia i przyswoisz cenne umiejętności. I co najważniejsze – szybko zaczniesz widzieć i czuć efekty w codziennym życiu.