1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy jesteś przebudzona? - o pozbywaniu się przywiązań

Czy jesteś przebudzona? - o pozbywaniu się przywiązań

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Wśród wielu koncepcji szczęścia jest też ta stworzona przez Anthony’ego de Mello, hinduskiego jezuitę, autora słynnego „Przebudzenia”. Zakłada ona, że szczęścia nie sposób zdobyć, bo już je mamy. Ale jeden warunek trzeba spełnić – pozbyć się przywiązań. A to będzie trudne.

Anthony de Mello mówi w swoich książkach rzeczy dość niepopularne. Rzadko „kupuje” się jego poglądy przy pierwszej lekturze. Może ci być z nimi niewygodnie, a może coś zaiskrzy, opadnie jakaś zasłona?

De Mello studiował filozofię w Hiszpanii, psychologię w Chicago, a duchowość w Rzymie. Przyjął święcenia kapłańskie, po czym założył w Indiach centrum kształcące przewodników duchowych. Jego książki są po części zapisem prowadzonych tam nauk rekolekcyjnych. Łączył w nich tradycyjną mistykę europejską z myślą Dalekiego Wschodu, sięgał też do psychologii. Chętnie korzystał z anegdot i przypowieści – przekonany, że stanowią one najkrótszą drogę pozwalającą dotrzeć do prawdy. O jaką prawdę chodzi? Nauki de Mello to przede wszystkim zachęta, by odkryć na nowo, co znaczy być szczęśliwym. Ksiądz Tony mówi bez owijania w bawełnę: „Twoje życie jest w nieładzie. Nie zgadzasz się? Czyli nigdy nie czujesz się samotna? Załamana? Zmartwiona? Przerażona? Masz udane relacje, jesteś spokojna i cieszysz się każdą chwilą życia? Nie? W takim razie twoje życie to bałagan. Co więcej, nie chcesz go posprzątać”.

Szczęśliwa czy bogata?

Przyczyną bałaganu, w jakim tkwią ludzie, są ich błędne idee. Byli nimi karmieni od najmłodszych lat, więc uważają je za własne. Uczono nas przede wszystkim przywiązania – do ludzi, rzeczy. Do różnych pomysłów i pragnień. Zaszczepiano w nas przekonanie, że jeśli ich nie spełnimy, nigdy nie będziemy szczęśliwi. Jeśli choć raz dasz się o tym przekonać – twierdzi de Mello – jeśli stanie się to częścią twojej podświadomości, przepadłaś. No, chyba że usiądziesz na dwie minuty i przyjrzysz się temu założeniu. Wtedy odkryjesz, jak bardzo jest nieprawdziwe. Tylko że nikt nie chce siadać i odkrywać. Trzymamy się kurczowo swoich przekonań, pragnień i pozostajemy nieszczęśliwi.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz dotycząca szczęścia. Zdaniem de Mello nie sposób go zdobyć. Powód? Bo już je masz. Dostałaś je niejako „na starcie”. Ono wciąż jest, tyle że zablokowane. Czym? Hm, głupotą. Jedyne, co trzeba zrobić, to zdjąć tę zasłonę. Jezuita powołuje się na mądrość Chińczyków – mówią oni, że kiedy oko jest nieprzesłonięte, rezultatem jest wzrok. Kiedy ucho jest nieprzesłonięte, rezultatem jest słuch. Kiedy usta są nieprzesłonięte, rezultatem jest smak. Kiedy umysł jest nieprzesłonięty, rezultatem jest prawda. A kiedy serce jest nieprzesłonięte, rezultatem jest miłość i prawda.

Jedna z najtrudniejszych rzeczy, które mówi Anthony de Mello, brzmi: „Nie chcemy być szczęśliwi”. To znaczy – nie chcemy być bezwarunkowo szczęśliwi. Owszem, zgadzasz się na szczęście – o ile będziesz miała to i to, o ile coś się zdarzy. Stawiasz szczęściu warunki. Zakładasz, że bez ich spełnienia nie może ci być dobrze. Tak naprawdę nie chodzi nawet o to, żeby było dobrze – ma być „po twojemu”. Nauczyłaś się wiązać szczęście z określonymi okolicznościami. To tak, jakbyś powiedziała do jakiejś osoby: „Ty jesteś moim szczęściem. Jeśli cię nie posiądę, nie będę szczęśliwa”. Czujesz, ile w tym napięcia? Jak to się ma do wolności – twojej i innych? Co więcej, często taka deklaracja – po odfiltrowaniu – oznacza mniej więcej tyle: „Nie chcę być szczęśliwa, chcę być nieszczęśliwa z tobą”. No więc? Wolisz być szczęśliwa czy dobrze wyjść za mąż? Szczęśliwa czy bogata? Szczęśliwa czy sławna?

Bez przywiązań

Anthony de Mello zauważa, że dla większości ludzi szczęście to ekscytacja, dreszcze. I ostrzega: one tylko powodują depresję! Kiedy jesteś podekscytowana, właśnie torujesz sobie do niej drogę... Pielęgnujesz ukryty lęk – zachodzisz w głowę, co zrobić, żeby szczęście trwało. To nie jest szczęście, to uzależnienie. Schemat jest wciąż ten sam: „Dopóki nie będę tego miała (pieniędzy, przyjaźni, miłości itp.), nie zamierzam być szczęśliwa. Muszę walczyć, by to osiągnąć, a kiedy już mi się uda, będę walczyć, żeby to utrzymać”. To zapewnia wysoki poziom ekscytacji, zwykle krótkotrwałej. Kiedy zdobędziesz swój wymarzony samochód, będziesz szczęśliwa co najwyżej przez parę dni, potem ci spowszednieje. Może nawet pojawi się lęk, że zniszczy się, zarysuje, że z jakichś powodów go utracisz...

Sukces? Dla Anthony’ego de Mello to iluzja. Decyzja jakiejś grupy ludzi, że coś jest dobre. A przecież inna grupa może podjąć decyzję, że ta sama rzecz jest zła. Ważne, żeby porzucić iluzje, patrzeć na rzeczywistość bez nakładek. Bo za każdym razem, gdy jesteś nieszczęśliwa, dodałaś jej coś od siebie. I właśnie to coś – nakładka, negatywna reakcja – czyni cię nieszczęśliwą. Zbadaj, co to jest, a na pewno znajdziesz tam jakąś iluzję, oczekiwanie, pragnienie... Kiedy z tego zrezygnujesz, kiedy odrzucisz swoje przywiązania, przestajesz dbać o takie rzeczy, jak sukces czy porażka. One tracą znaczenie. Możesz się wygłupić – nie szkodzi. Możesz być nikim – po co ci być kimś?

Jak uwolnić się od przywiązań? Poprzez samoobserwację. „Obserwować wszystko wewnątrz siebie i na zewnątrz, a jeśli coś ci się przydarzy – umieć patrzeć na to, jakby przydarzyło się komuś innemu. Nie komentować, nie osądzać, nie ustosunkowywać się do tego, nie wpływać, nie usiłować zmieniać, tylko rozumieć”. Rezultaty? „Nie mogę ci niczego w tym względzie obiecać. Choć nie znam osoby, która nie dostrzegłaby wyraźnej różnicy w ciągu paru tygodni. Zmienia się jakość ich życia, mniej reagują, a więcej działają. Widzą rzeczy, których przedtem nie dostrzegali”.

Poczuj szarpanie nerwów

Inne złudzenie, któremu nieustannie ulegamy, polega na tym, że ludzie mogą nas zranić. Nie mogą – chyba że im na to pozwolimy. Co więcej – utrzymuje de Mello – nic nie jest w stanie nas zmartwić. Nic nie ma takiej mocy. Całe przygnębienie, jakie odczuwasz, jest w tobie! Obserwuj je. Możesz wybrać. Czy chcesz być kukiełką rzucaną raz w jedną, raz w drugą stronę? Chcesz, by inni decydowali o tym, jak masz się czuć? By przesądzały o tym zdarzenia rozgrywające się w świecie zewnętrznym? Możesz nawet być szczęśliwa z twoim napięciem, przygnębieniem, lękiem, z nerwicą, depresją. Wystarczy przestać się z tym wszystkim identyfikować. Wykroczyć poza siebie, spojrzeć na te wszystkie dramaty z góry. Nie robić nic, by pozbyć się danego stanu – pozwolić, żeby przeszedł przez ciebie i zniknął. Nie walczysz z tą przepływającą chmurą, bo wiesz, że w ten sposób dałabyś jej siłę. Tak, możesz być szczęśliwa w swojej depresji! Jest tylko jeden powód, dla którego nie doświadczasz szczęścia już teraz – koncentrujesz się na tym, czego nie masz. Poddaj się, zbliż się do rzeczywistości: „Poczuj dzwoniący telefon, poczuj szarpanie nerwów, poczuj kierownicę w samochodzie”.

W rozwijaniu umiejętności samoobserwacji bardzo przydatne mogą się okazać „cztery kroki ku mądrości” zalecane przez Anthony’ego de Mello. Pierwszy to uświadomienie sobie negatywnych uczuć. Wchodzisz z nimi w kontakt, nazywasz po imieniu: „Aha, jestem przygnębiona”. Drugi krok to zaakceptowanie, że te emocje są w tobie, nie na zewnątrz. Nie ma więc sensu zmieniać innych, świata (zwłaszcza że – jak zostało ustalone – nikt nie jest w stanie cię zranić). Trzeci krok to przyjęcie, że dane uczucie jest czymś przejściowym. Nie jest tobą, tylko stanem. Nie jesteś przecież smutkiem czy złością. Ty tylko odczuwasz te emocje i wiesz, że przeminą. Wreszcie krok czwarty: uświadomienie sobie, że nie można zmienić niczego ani nikogo poza sobą. I że kiedy ty się zmienisz, zmieni się wszystko...

Proste, prawda? Co nie znaczy, że łatwe... Zwłaszcza że – ostrzega de Mello – kiedy zaczniesz obserwować siebie, przyjdzie ci się zapewne zmierzyć z samopotępieniem, a nawet z nienawiścią do siebie. Kluczem do wszystkiego jest, oczywiście, świadomość. To ona przynosi zmianę. Nie można jej wymóc, przyspieszyć.

Po prostu w którymś momencie zauważasz, że jest inaczej... Co więcej, starania o to, żeby być cały czas świadomym, mogą wywołać napięcie, niepokój, samokrytycyzm. Wciąż się kontrolujesz, strofujesz, oceniasz rezultaty, sprawdzasz, czy jesteś już przebudzona. Robisz z tego cel, zadanie, więc wzmacniasz ego. Obserwuj więc! „W rzeczywistości nie mamy dokąd iść, bo tam, gdzie chcielibyśmy być, już jesteśmy” – uspokaja de Mello. Jeśli utrzymasz świadomość i będziesz przebudzona – dobrze; jeśli znów zapadniesz w uśpienie – też dobrze. Nie spinaj się, to nie egzamin. Japończycy zwykli mówić: „W dniu, w którym zaniechasz podróży, dotrzesz do celu’”.

Życie jest łatwe

Nie sposób zignorować narzucającego się rozpaczliwie pytania: co w takim razie z pragnieniami, celami? Zrezygnować ze wszystkiego? Odrzucić? To jakby odebrać życiu sens... De Mello przywołuje na tę okoliczność powiedzenie chińskiego mędrca Tranxu: „Kiedy łucznik strzela nie dla wygranej, panuje nad wszystkimi swoimi władzami. Kiedy strzela, by wygrać mosiężną klamrę, staje się nerwowy. Kiedy strzela, by zdobyć nagrodę wykonaną ze złota, staje się ślepy, widzi cel podwójnie, a umysł go zawodzi. Jego umiejętności się nie zmieniły: to nagroda go rozdwaja. Zależy mu na niej! Więcej myśli o niej niż o strzelaniu, a potrzeba zwycięstwa wysysa jego moc”.

Brak przywiązań oznacza większą swobodę działania – możesz włączyć się prawdziwie twórczo w różne przedsięwzięcia. Nie, nie będziesz jak drewniany kloc. Pozbędziesz się napięcia związanego z przymusem wygrywania, lęku przed porażką. Będziesz rozluźniona, pełna energii. Nie staraj się tłumić pragnień, tylko zrozum je, prześwietl. Sprawdź, ile naprawdę są warte. Jeśli poznasz ich prawdziwą naturę, przestaniesz być ich niewolnikiem. Pragnienie stanie się po prostu preferencją.

Dla Anthony’ego de Mello życie jest łatwe, zachwycające („A jeśli jest trudne, to jedynie z  powodu waszych złudzeń, waszych ambicji, waszej chciwości i nienasycenia”). Żeby być szczęśliwym, nie trzeba niczego zdobywać czy dodawać do tego, co już jest. Trzeba jedynie coś odrzucić. Wyzbyć się przywiązań, zamienić je na preferencje. „Jeśli idziesz przez życie, mając określone preferencje, od których jednak się nie uzależniasz – wówczas jesteś osobą przebudzoną”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Aby być szczęśliwym, trzeba się nieźle napracować

Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Szczęście – podobnie jak mądrość – jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często przecież towarzyszy zniechęcenie. Zatem nie należy go mylić z przyjemnością – mówi prof. Wiesław Łukaszewski i dodaje, że trzeba się ciężko napracować, żeby być szczęśliwym. Na czym polega taka praca?

Z czym najczęściej myli się nam szczęście? Najczęściej – z przyjemnością. Nierzadko z przyjemnością mylą szczęście także psychologowie. Jakiś czas temu jeden z wielkich polskich psychologów zapytany o to, kiedy człowiek jest szczęśliwy, odpowiedział bez namysłu: „kiedy jest ciemno, ciepło i blisko”. A gdy zapytywaliśmy sporą grupę wrocławian, co sprawia, że czują się szczęśliwi, 92 proc. osób wskazało na jedną z trzech spraw: lenistwo rozumiane jako relaks, szeroko potraktowaną erotykę oraz jedzenie. Czysty hedonizm.

Czy pana zdaniem szczęście jest bardziej tym, co się nam przydarza czy raczej stanem wypracowanym? To nie jest dobra alternatywa. Bo jeśli ktoś powiada, że miał szczęście, bo cudem uniknął uderzenia przez rozpędzony samochód – to mowa tu o zdarzeniu. A jeśli ktoś powiada, że jest szczęśliwy, bo zakończył budowę domu, pisanie powieści albo posadził kawał lasu – to mowa tu o robocie. W tym drugim wypadku szczęście prawie nigdy nie jest celem. Dom nie jest środkiem do szczęścia, nie pisze się powieści, aby być szczęśliwym. We wszystkich wymienionych tu wypadkach osiągnięcie celu wymagało ciężkiej pracy, zmęczenia. Nierzadko towarzyszyło temu zniechęcenie, a nieraz i poczucie bezsensowności swojego działania. A potem przychodzi czas na wynik, i człowiek jest szczęśliwy. Szczęście, podobnie jak mądrość, jest zazwyczaj ubocznym efektem naszych działań. Nie potrafimy być mądrzy na zamówienie, nie potrafimy tak samo na zamówienie być szczęśliwi. Choćbyśmy się natężali nie wiadomo jak. Trzeba się jednak napracować.

W jaki sposób? Przecież nie mamy wpływu na śmierć, a niekiedy również na ból, choroby, spotkania i rozstania. Wydaje się, że jedyne, co możemy zrobić, to przygotować grunt dla szczęścia, niejako wysłać zaproszenie... Wielu z nas ma do szczęścia taki stosunek, jaki mają dzieci do prezentów urodzinowych czy gwiazdkowych: marzymy, fantazjujemy, tworzymy rozkoszne scenariusze. To dość niebezpieczna droga, bo rzeczywistość rzadko dorasta do naszych marzeń, a wtedy – zamiast radości – doświadczamy rozczarowania. Szczęście rzadko dostaje się w prezencie. Co więcej, taki dziecięcy stosunek do szczęścia ma za podstawę Ja, czyli interes osobisty. I tu pojawia się pewna pułapka: ten interes może okazać się niezaspokojony, co znów grozi rozczarowaniem. Pewniejszą drogą do szczęścia jest działanie na rzecz różnych My. Niestety, to ukierunkowanie staje się u nas coraz rzadsze, co – być może – sprawia, że jest coraz więcej nieszczęśliwych ludzi wokół.

Gdyby musiał pan wybrać pomiędzy mądrością, dobrocią i pięknem, na którą jakość by się pan zdecydował ze świadomością, że bezpowrotnie traci dwie pozostałe? Wybrałbym mądrość, bo to rzecz pojemna. Co więcej, wybierając ją, nie straciłbym ani większości piękna, ani większości dobra. Mądrość bowiem to poszukiwanie i odkrywanie harmonii, równowagi i sensu, a do tego w dużej mierze sprowadza się piękno tego świata i każdej rzeczy, która do niego należy. Mądrość to harmonijne współbrzmienie interesów osobistych, czyli egoistycznych, i interesów pozaosobistych, a na tym między innymi polega bycie dobrym. Tu znajdziemy dawanie dobra i jego otrzymywanie. Mądrość to także z jednej strony zdolność do radzenia sobie, a nieraz godzenia się, z niepewnością, z drugiej zaś – do tolerowania różnorodności, także wszelakich odmienności. To oznacza, że granice piękna i granice dobra znacznie się w ten sposób poszerzają. Że piękne i dobre jest nie tylko to, co nasze. Piękne i dobre może być także to, z czym się nie zgadzamy, ale cenią to inni ludzie.

W swojej najnowszej książce „Niewielka suma szczęścia” napisał pan, że nasze oczekiwania, pragnienia, wierzenia – mają znaczący wpływ na to, jak funkcjonuje organizm, czyli materialne ciało. Jak świadomość własnego ciała łączy się z doświadczaniem szczęścia? Tu dotykamy spraw niezwykle skomplikowanych, a zarazem dotyczących samego sedna naszej egzystencji. Jest mnóstwo danych pokazujących, że odwołując się do – nazwijmy to – sił mentalnych, można zmieniać stan ciała. Można wyleczyć się z poważnej choroby za pomocą placebo, można samym myśleniem wywołać orgazm, można odwlekać moment umierania, ale można też umrzeć z beznadziejności, z poczucia braku wyjścia. Wiedza na temat tych i podobnych faktów jest znaczna. Problem zaczyna się w momencie, kiedy zapytamy o naturę tych procesów. Jak dotąd niewiele potrafimy na ten temat powiedzieć. Co ciekawsze, potrafimy wpływać na stany ciała, ale samo ciało znamy nader kiepsko. I nie mówię tu o znajomości fizjologii, ale o zwyczajnej anatomii. Sprawa druga wiąże się z użytym w pańskim pytaniu sformułowaniem „świadomość ciała”. To bardzo pokrętna fraza, dlatego sam wolę mówić o znajomości czy rozumieniu własnego ciała, a z tym – jak wspominałem – nie jest dobrze. Rozumienie zjawisk i stanów rzeczy jest ważną przesłanką szczęścia, ale bynajmniej niewystarczającą.

Wiesław Łukaszewski, 'Niewielka suma szczęścia', wyd. Smak Słowa Wiesław Łukaszewski, "Niewielka suma szczęścia", wyd. Smak Słowa

Pisze pan, że wartością jest wychodzenie poza to, co się już wie. Na czym to polega w praktyce? Trzeba się zwyczajnie uczyć. Pewien wielki psycholog, zaciągając z lwowska, powiadał, że „człowiek umiii, bo się uczy” i półgłosem dodawał zaraz: „no, chyba że jest idiotą”. No dobrze, powie ktoś, trzeba się uczyć, ale czego? Moja odpowiedź brzmi: wszystkiego, co tylko wpadnie nam w ręce. Wprawdzie co rusz słyszymy, najczęściej w szkołach i na uniwersytetach, o wiedzy zbędnej, jałowej, bezużytecznej, ale w obliczu zmian, w obliczu przyszłości przewidywalnej w ograniczonym stopniu i nowych zadań, które ona niesie – uznanie jakiejś wiedzy za bezużyteczną wydaje się ryzykowne. Jedynym dobrym sposobem na to, co nieprzewidywalne, jest duża nadwyżka wiedzy pragmatycznej.

Druga sprawa to uczenie się od innych. Czasem bezwiedne, czasem intencjonalne. Ale nie tylko od tych innych z naszej wioski, ale także od tych z dalekiego świata. To jednak wymaga rezygnacji z postawy wyższościowej, nakazuje unikać wszelkiego deprecjonowania innych i dehumanizowania ich w imię narcystycznego przekonania, że „naprawdę dobrzy to jesteśmy my i nikt więcej”. Chodzi też o dopuszczenie myśli, że ten drugi może mieć rację, o sceptycyzm wobec własnej wiedzy i własnych przekonań. Chodzi więc o relatywizm, tak potępiany dzisiaj w prawicowych kręgach. Trudno wyjść poza to, co się wie, nie ruszając się ze swojej niszy. Nie można wyjść poza status quo, jeśli przyjmuje się postawę „to nie moja sprawa” albo – co gorsza – „nie chcę o tym wiedzieć”. Umysł zamknięty sam się nie otworzy – musi doznać wstrząsu pochodzącego z zewnątrz. To dlatego tak ważne są różnego rodzaju przełomy społeczne. Bezcenne są też kontrowersje, konflikty poznawcze czy światopoglądowe zderzenia.

Kiedy dążenie do szczęścia jest rozwojowe i wspierające, a kiedy staje się wyparciem, hedonistyczną ucieczką przed uznaniem, że mamy takie samo prawo do życia jak inne istoty zamieszkujące Ziemię? Tak, tak, biblijne opowieści o panu wszelkiego stworzenia i o czynieniu sobie Ziemi poddanej nieco namieszały nam w głowach. Tymczasem mamy prawo do życia nie większe niż inne żywe istoty. Tu namawiałbym do studiowania szlachetnych prawd Buddy, bo są znacznie mądrzejsze. A co się tyczy dążenia do szczęścia, to jak wspomniałem na początku, dążenie do niego jest rozwojowe wtedy, gdy się nie bierze szczęścia za cel. Przestaje być rozwojowe wtedy, kiedy myślimy o tym, co by tu zrobić, aby być szczęśliwym. Bo wtedy chętnie idziemy na skróty i zaczynamy poszukiwać przyjemności. Chciałbym być dobrze zrozumiany. To nie jest zachęta do ascezy i wyrzekania się wszelkich przyjemności, ale raczej sugestia, że przyjemności to jedno, a szczęście to drugie. Warto doznawać przyjemności i warto powiększać sumę szczęścia.

A jakie jest największe szczęście, które pana spotkało? Cztery są takie moje największe szczęścia. Trzy dotyczą ludzi, a jedno głowy. Pierwsze szczęście to moja mądra i dobra matka, która nauczyła mnie czytać i pisać, kiedy miałem niewiele ponad trzy lata. Drugie szczęście to moje dzieci. Trzecie szczęście to gromada przyjaciół. Szczęście czwarte bierze się z faktu, że mimo lat, które mam za sobą, nadal zachowałem w miarę sprawny umysł. Czego chcieć jeszcze?

Prof. Wiesław Łukaszewski, profesor psychologii, wykładowca, specjalizuje się w psychologii osobowości, psychologii społecznej i psychologii motywacji, autor książek.

  1. Styl Życia

Sisu, hygge, niksen, ikigai - sposoby na szczęście i odporność psychiczną z różnych stron świata

Pragniemy, aby nasza psychika była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. (Fot. iStock)
Pragniemy, aby nasza psychika była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
W czasach pandemii szukamy różnych sposobów na to, jak wzmocnić naszą psychikę. Pragniemy, aby była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. Poszczególne nacje mają na to swoje recepty. Poznajcie je! 

Sisu - fiński sposób na odporność psychiczną

Fot. iStock Fot. iStock

Sisu podsumowuje fiński charakter i opisuje postawę życiową, którą charakteryzuje hart ducha, niezłomność i umiejętność dostrzeżenia wyzwań w przeszkodach. Jedna z badaczek sisu, Emilia Lahti, definiuje to pojęcie jako zespół cech zapewniających psychiczną twardość i zdolność radzenia sobie z silnym stresem, a jednocześnie umiejętność stawiania czoła przeciwnościom losu, które wydają się niemożliwe do pokonania. Katja Pantzar, dziennikarka, która przeprowadziła się z Kanady do Finlandii, określa sisu jako siłę woli, determinację, żeby się nie poddawać i nie iść na łatwiznę.

Hygge - duński sposób na spokojne życie

Fot. iStock Fot. iStock

Co sprawia, że Duńczycy są uważani za jeden z najbardziej zadowolonych narodów w Europie? Umiejętność cieszenia się prostymi przyjemnościami i spędzanie czasu w gronie najbliższych. Mają nawet na to własne słowo – hygge. Choć próżno szukać jego odpowiednika w słowniku języka polskiego, zdaniem aktorki Marie Tourell Soderberg można uchwycić jego sens w codziennym życiu. W skrócie: hygge to taka przerwa, podczas której zapominasz o tym, co musisz i co powinnaś i po prostu jesteś sobą, tu i teraz.

Lagom - szwedzki sposób na szczęście

Fot. iStock Fot. iStock

Lagom to skandynawski sposób na znalezienie złotego środka, umiejętność określenia, ile wystarczy nam do szczęścia i kiedy powiedzieć „dość”. Słownik szwedzko-polski określa sprawę jasno: lagom to „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. Może się to odnosić do liczby pochłoniętych mięsnych pulpetów, temperatury kaloryfera, a także do wysokości zarobków. Lagom to po prostu szwedzki sposób na życie – zamiłowanie do tego, co funkcjonalne, lecz dyskretne, i organiczna wręcz niechęć do przesady. W każdej dziedzinie życia.

Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Fot. iStock Fot. iStock

Holenderskie słowo niksen to określenie na chodzenie z głową w chmurach, rozkoszne zbijanie bąków, myślenie o niebieskich migdałach, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją – mówi Olga Mecking, autorka książki na temat tego zjawiska. To przede wszystkim nicnierobienie bez powodu. „Bo tak” – jak mówią dzieci. Zgodnie z tą definicją np. oglądanie wiadomości w telewizji nie jest niksen, ale jeśli telewizor jest włączony, a my myślami jesteśmy gdzie indziej – to już jak najbardziej.

Skogluft - norweski sposób na zdrowie i przyjazne wnętrze

Fot. iStock Fot. iStock

Jeśli chcesz niewielkim kosztem sprawić, by twoje mieszanie stało się oazą spokoju, zdrowia i dobrej atmosfery – spodoba ci się koncepcja skogluft (norw. leśne powietrze). To termin stworzony przez JØrna Viumdala, norweskiego inżyniera, który pracuje z roślinami od ponad 30 lat. Kryje się pod nim koncepcja mądra i prosta: chodzi o wprowadzenie do pomieszczeń, w których najczęściej przebywasz, roślin i światła. Konkretnych roślin i konkretnego światła.

Gioia di vivere - włoski sposób na radość życia

Fot. iStock Fot. iStock

W pierwszej połowie 2020 roku nasze serca były z Włochami. Podziwialiśmy ich hart ducha i umiejętność cieszenia się życiem, mimo przeciwieństw. Italianistka Julia Wollner przekonuje, że kilka ich narodowych cech moglibyśmy przyswoić sobie na stałe. Włoski styl życia opiera się na celebrowaniu drobnych gestów, codziennych rytuałach oraz zmysłowym odczuwaniu świata, któremu tak blisko do filozofii mindfulness. To zmysły dostarczają paliwa słynnej włoskiej gioia di vivere, czyli radości życia.

Ikigai - japoński sposób na szczęście

Fot. iStock Fot. iStock

Rób rzeczy dla siebie, a nie dla poklasku. Graj, gdy nikt nie słucha, pisz opowiadania, których nikt nie przeczyta, a satysfakcja wewnętrzna pozwoli ci z radością iść przez życie. Na tym właśnie polega ikigai – mówi Ken Mogi, autor książki „Ikigai, japońska sztuka szczęścia”. Ikigai to słowo określające przyjemności i istotę życia. W dosłownym tłumaczeniu iki znaczy „żyć”, a gai to „powód”. Mówi się, że ikigai to system motywacyjny, dzięki któremu rano wstajemy z łóżka.

Shinrin-yoku – japoński sposób na bliskość z przyrodą

Fot. iStock Fot. iStock

Odkąd pamiętasz, czujesz się w lesie dobrze? Naukowcy na całym świecie od lat udowadniają, że odseparowanie się od dzikiej przyrody nas osłabia. Nie dziwi więc coraz większa popularność warsztatów i terapii opartych na kontakcie z naturą. Jedną z nich jest shinrin-yoku (shinrin to po japońsku „las”, a yoku – „kąpiel”), czyli japońska sztuka kąpieli leśnych, polegająca na zanurzeniu się w lesie wszystkimi zmysłami.

Kintsugi - japoński sposób na życiowe trudności

Fot. iStock Fot. iStock

Kintsugi jest dawną japońską sztuką odbudowy tego, co zostało zniszczone. Gdy uszkodzi się ceramika, mistrzowie kintsugi naprawiają ją, używając złota oraz pozostawiając ślady swoich działań, ponieważ ich zdaniem taki przedmiot jest jednocześnie symbolem kruchości, siły i piękna. Ceramika, tak jak i ludzie, jest krucha, a zarazem mocna i piękna. Tak samo jak nasze życie, może się zniszczyć, jednak można zreperować uszkodzenie, jeśli zna się na to sposób.

  1. Psychologia

Uzdrawianie Theta - skuteczne usuwanie blokad

Tetha Healing pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Dzięki tej metodzie możemy odnajdywać stare, niesłużące nam wzorce i zastępować je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. (Fot. Getty Images)
Tetha Healing pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Dzięki tej metodzie możemy odnajdywać stare, niesłużące nam wzorce i zastępować je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czasem, zapisany w podświadomości, stary i już nieaktualny program przeszkadza w osiągnięciu szczęścia. Trzeba go znaleźć i zastąpić nowym – takim, który pozwoli wreszcie iść dalej.

Czasem zapisany w podświadomości, stary i już nieaktualny program przeszkadza w osiągnięciu szczęścia. Trzeba go znaleźć i zastąpić nowym – takim, który pozwoli wreszcie iść dalej.

Mam dość błąkania się po zawiłych ścieżkach miłości. Jestem zmęczona tym, że każda prowadzi w ślepy zaułek. Pora to zmienić! Ale jak? Zaczęłam szukać narzędzi. I znalazłam: Theta Healing, czyli alchemia duszy. Eksploracja podświadomości i uzdrawianie zapisanych w niej programów. Dzięki wprowadzeniu umysłu w odpowiedni stan można zajrzeć tam, gdzie nie sięga myśl. Zajrzeć i poszukać barier, które stoją na drodze do szczęścia. Bo coś musi się kryć w mroku mojej podświadomości. Coś, co wiąże mi ręce i nie pozwala dojść tam, gdzie bardzo bym chciała.

Jak komputer

– To prawda, w podświadomości mamy pozapisywane różnego rodzaju programy, które blokują nasze działanie – mówi Anita Putkiewicz, coach i certyfikowana terapeutka Theta Healing. – Działają one jak programy w komputerze: raz zapisane, same nie znikną. Większość z nich została wgrana w dzieciństwie, wskutek absorbowania informacji z otoczenia. Czasami te programy są proste: dyktują, że nie jesteśmy warci miłości, i tak też się czujemy. Innym razem są dualne: człowiek sądzi, że jest mądry, ale podświadomie się obawia, że jest inaczej.

To, co zostało wgrane w dzieciństwie, bywa wynikiem stosunków panujących w rodzinie, ale też wielopokoleniowego przekazu przodków. Miewa realne podstawy, ale bywa też irracjonalne. Możemy mieć wgrany program „nikt mnie nie pokocha”, ponieważ któreś z rodziców naprawdę nas opuściło. Ale czasami dziecko ze swojej perspektywy przeinacza to, co się wydarzyło.

– Pracowałam z klientką, która nie umiała wejść w bliskie relacje. Kiedy zajrzałyśmy do jej podświadomości, znalazłam program bycia odrzuconą. Ale wchodząc jeszcze głębiej, odkryłyśmy, że ten program zaczął się od tego, że ojciec nie wziął jej na ręce, gdy jako dziewczynka płakała i bardzo chciała być przytulona. Być może był wtedy czymś zajęty. Może nie zrozumiał sygnału ze strony maleńkiej córeczki. Dla niego to nie było nic wielkiego, a dla niej skaza na całe życie. A że rzeczywistość odzwierciedla nasze głębokie przekonania, jej kolejne związki niosły zawsze element odrzucenia, bo albo wybierała partnerów niegotowych na relację, albo takich, którzy mieli taki sam program bycia odrzuconym. A wtedy dwie osoby wzajemnie potwierdzają sobie swoją prawdę o świecie, czyli że nie zasługują na miłość – opowiada terapeutka. Ta opowieść sprawia, że podnoszę czujnie głowę. W końcu przychodzę z podobnym problemem. – Udało się tej dziewczynie? – pytam. – Udało – uśmiecha się Anita Putkiewicz. A więc jest dla mnie nadzieja…

Powiedz mi, ciało

Zanim zaczniemy terapię, pani Anita chce dowiedzieć się o mnie czegoś więcej. Nie, nie za pomocą zwykłych pytań i odpowiedzi. Takie odpytywanie skończyłoby się tylko tym, że powiedziałabym to, w co wierzę, co sądzę i co mi się wydaje – a nie to, co naprawdę noszę głęboko w sercu. Bo do tej wiedzy często ze świadomego poziomu nie mamy dojścia. Pierwszy dialog terapeutki i mojego serca odbył się za pomocą ciała. Ciało nie kłamie. Rozmowę z nim umożliwia tzw. test mięśniowy. – Gdy odpowiedź na zadawane pytanie brzmi „tak”, ciało samoistnie wychyla się do przodu. Przy odpowiedzi „nie” wychyli się do tyłu, lekko, choć wyraźnie – wyjaśnia Anita Putkiewicz.

Poinstruowana staję więc twarzą w kierunku północnym, przyjmuję rozluźnioną pozycję, oddycham głęboko, opuszczam luźno ramiona, zamykam oczy. Sprawdzimy, czy ciało jest gotowe do dialogu – pod dyktando pani Anity poprosiłam: „moje ciało, pokaż mi »tak«”. Przez ułamek sekundy nic się nie działo, a potem… poczułam, jak całe ciało, niezależnie od mojej woli, wychyla się w przód! Kolej więc na pytania. Moje ciało było pytane o to, czy siebie kocham i akceptuję, czy uważam się za kogoś mądrego, czy zasługuję na miłość i czy się jej nie boję. Wiele ważnych pytań – i wiele zaskakujących odpowiedzi. Okazało się, że na niektóre pytania moje ciało odpowiadało inaczej, niż zrobiłaby to moja głowa. Świadomość dyktowała mi, że jestem mądra, godna miłości i że jej pragnę. Ciało zaprzeczało: nie akceptuję siebie, mam wiele zastrzeżeń i boję się uczucia. Już widzę, że będzie nad czym pracować…

Umysł na czubku wszechświata

Po teście mięśniowym jeszcze przez kilka minut rozmawiamy – o moich problemach emocjonalnych, relacji z ojcem i matką, wspomnieniach z dzieciństwa. I Anita Putkiewicz już wie, gdzie szukać przyczyn mojego rozchwiania. – Zwykle ludzie mają cały wachlarz tematów, z którymi chcą pracować, na jednej sesji zwykle skupiamy się na jednej rzeczy. Ale nigdy nic nie wiadomo: czasem się okazuje, że kilka problemów ma wspólne podłoże i usunięcie przyczyn jednego automatycznie powoduje rozwiązanie pozostałych – mówi. – Nad czym pani chce dziś pracować?

Zastanawiam się. – Może nad tym, żebym przestała wybierać partnerów, którzy są z jakiegoś powodu niedostępni, czy to fizycznie, czy emocjonalnie – mówię. Pani Anita kiwa głową. Teraz mam wygodnie usiąść, zamknąć oczy, znów zrelaksować ciało i umysł. Trwa to chwilę, bo myśli biegną jak szalone, coś się przecież dzieje… Ale w końcu jestem gotowa. Pora na wejście w stan theta – w którym umysł łączy się z głębokimi emocjami, odsłania stare wzorce i swe tajemnice. Anita Putkiewicz już jest w stanie theta, dlatego łatwiej jej wprowadzić w niego klienta. Warto się tego nauczyć – nie tylko dla powodzenia obecnej sesji. Kiedy posiądę umiejętność wchodzenia w stan theta, będę to mogła robić również w domu, i przyglądać się sobie. Zaczynamy! Terapeutka mówi: – Proszę zamknąć oczy i przenieść świadomość w okolicę serca. Teraz proszę sobie wyobrazić, że z samego środka ziemi podpływa pod pani stopy energia, która łagodną strugą wlewa się w pani ciało, napełniając wszystkie komórki spokojem, poczuciem bezpieczeństwa i pewności siebie.

Wizualizuję to sobie. Trochę z wysiłkiem, bo moja wyobraźnia potrzebuje treningu, ale w końcu się udaje. Potem mam sobie wyobrazić, jak energia, której jest już bardzo dużo, wypływa przez czubek mojej głowy, tworząc wielką świetlistą kulę. Mieszczę się w niej! Wznosimy się coraz wyżej. Terapeutka opisuje kolejne poziomy świadomości, które mijam, zamknięta w swej kuli energii. Jest ich siedem. W końcu docieram do ostatniego – jest tu dobrze i bezpiecznie, a ja staję się jednością z energią. Spokój, relaks, błogość… Czuję się doskonale. Podczas gdy napawam się tym relaksem, terapeutka zaczyna ćwiczenie: wysyła do mojego Wewnętrznego Dziecka miłość i zaczyna leczenie złamanej duszy. Prosi o moją zgodę. Wyrażam ją. Czy muszę coś robić? Nie, na razie mam się tylko relaksować. Na długą chwilę zapada cisza. Niby nic się nie dzieje – ale mój stan relaksu się pogłębia, czuję się… jak w domu. Pani Anita wyjaśnia, że potrzebuję uzdrawiania z perspektywy źródła, uwolnienia od błędnych przekonań i wyobrażeń. Dodaje też, że nie może wprowadzić żadnego programu bez mojej aprobaty. Każde kolejne ćwiczenie czy wizualizację zaczyna od pytania, czy się na to zgadzam.

Emocjonalna huśtawka

Pierwsze zadanie: mam sobie wyobrazić, że znajduję idealnego partnera, takiego, jakiego bym chciała, i pytanie – co by się wtedy stało najgorszego? Dzięki temu, że umysł jest w stanie theta, mam szansę zobaczyć swój prawdziwy strach. Wizualizuję więc mężczyznę swoich marzeń. Zakochuję się w nim, on we mnie. A wtedy… Widzę oczyma duszy, że on się do mnie wprowadza, zajmuje kanapę, przejmuje pilota, oczekuje, że będę gotować i robić herbatkę. Zaczyna zagarniać moją przestrzeń i oczekiwać, że będę się krzątać wokół niego! Nie czuję wsparcia, jakie on mi daje – widzę tylko oczekiwania, żądania, roszczenia. Zaczyna mi się błąkać po głowie myśl: „życie jest ciężkie, a tu trzeba jeszcze faceta za sobą ciągnąć”. Mówię o tym. – To jeden z pani programów – wyjaśnia Anita Putkiewicz. – Czy wie pani, skąd się wziął? Domyślam się. Moja mama powtarzała, że cały ciężar życia spoczywa na barkach kobiety. A mężczyzna to nie pomoc, tylko dodatkowe obciążenie. Czy ja tak uważam? Nie. A przynajmniej nie chcę tak uważać. Okazuje się jednak, że mam w tle program, który prezentuje właśnie taką wersję rzeczywistości. Terapeutka za moją zgodą wprowadza nowy program: już wiem i czuję, jak to jest mieć partnera, który jest pomocny, jest moim wsparciem, a nie obciążeniem. Drążymy dalej. – Dlaczego wybiera pani partnerów, którzy są niedostępni? – pada pytanie. Odpowiedź, jaka mi się nasuwa: „bo sobie z tym poradzę”. Terapeutka więc pyta: – A dlaczego chce sobie pani z tym radzić? Odpowiedzi mam szukać we wnętrzu. Szukam więc. I… widzę! Gdybym znalazła partnera bez wad, dojrzałego, gotowego na związek, a wraz z nim dojrzałą miłość, byłoby… za mało emocji. Bez tej huśtawki emocjonalnej byłoby nudno i rutynowo. Szukam więc ekscytacji, adrenaliny, przeżyć. Ale już mnie to męczy. Już tego nie chcę. Terapeutka jednak drąży dalej: – Gdyby znalazła pani mądrego faceta, gotowego na dojrzały związek, co by się najgorszego mogło stać z panią i pani życiem?

Ale zanim poszukam, terapeutka wprowadza mi nowy program, pozwalający znajdować ekscytację także w dojrzałym związku, w którym oboje partnerzy realizują się tak, jak pragną, i umieją wyrażać potrzeby i uczucia z zachowaniem wolnej woli i swoich praw. Czy w nowe rejony prowadzi mnie jej głos? Nie, on tylko pomaga. Prowadzi mnie moja własna, wewnętrzna wizja.

Sama na to pozwalam

Rozmawiamy dalej. W pewnym momencie Anita Putkiewicz mówi: – Czuję, że powinnyśmy popracować nad granicami i umiejętnością ich stawiania. A ja… doznaję olśnienia. To właśnie to! Korzeń i źródło mojego lęku. Potrafię zauważać i respektować granice innych, ale nie umiem szanować własnych. Widzę to bardzo wyraźnie, jak na dłoni. Związki, w które wchodziłam, kończyły się dla mnie uczuciem wykorzystania. Tak jakbym była gotowa dać dużo, ale druga strona i tak wzięła więcej, niżbym chciała. Widzę moje stare założenie: wchodząc w relację, trzeba mieć otwartość i gotowość na zmiany; gotowość, by się w życiu przesunąć i zrobić miejsce drugiej osobie. A druga osoba weźmie tyle, ile trzeba – i spotkamy się pośrodku. Zawsze ufałam, że kiedy powiem „masz i bierz” – on weźmie dokładnie tyle, ile trzeba. Mężczyźni tego jednak nie czuli. Brali więc i brali – a ja nie mówiłam „stop”. Wierzyłam wciąż, że nie wezmą więcej, niż jestem w stanie dać. Tylko skąd mieli wiedzieć, kiedy przekraczają moje granice, skoro ja tego nie sygnalizowałam? Byłam za bardzo elastyczna. Kiedy powiedziałam o tym terapeutce, wprowadziła nowy program: jak być w bliskiej i ciepłej relacji bez bycia pochłoniętą przez drugą stronę, mieć intymność, ale zachować też swoją przestrzeń i wolność – i dać to samo drugiej stronie. I znów mam wyobrazić sobie związek. Co widzę?

Fajnego faceta, który jest otwarty na nową mnie. Jest silny i ciepły. Istotny jest dla niego kontakt fizyczny, dużo i często dotykamy się na co dzień. Jestem dla niego ważna, pokazuje mi to, układając własne życie. Jest między nami to, co trzeba, nie za mało, nie za dużo. Harmonia aktywności i bierności. Potrafimy komunikować się jasno i z wdziękiem. Czuję się bezpieczna. Wyobrażam sobie nas za tydzień, po dwóch tygodniach, po miesiącu, roku, po kilku latach. – Co pani czuje? Czy pojawiają się jakieś lęki? – pyta Anita Putkiewicz. Lęki? Nie. Jestem zachwycona! Czy obawiam się, że utracę niezależność? Już nie. Czuję, że umiem kochać, ale też obronić siebie.

Niech nowe pracuje

Kończymy sesję radosną, jasną i barwną wizualizacją mojego przyszłego szczęścia. Odniosłam mały sukces: nazwałam mój problem. Być może jeden z wielu, ale od czegoś trzeba zacząć. Ania Putkiewicz mówi: – Proszę teraz obserwować swoje życie, uczucia, myśli i nastawienie do mężczyzn. Powinna pani zauważyć pierwsze zmiany. Nowe już będzie pracowało.

I rzeczywiście, pracuje: może nie znalazłam w cudowny sposób miłości w ciągu dwóch tygodni, jednak jest różnica. Inaczej myślę o relacjach – czuję i wiem, że mogę i potrafię stworzyć związek pełen bezpieczeństwa, pasji, przywiązania i ciepła. Związek dobry też dla mnie, w którym dbamy o siebie nawzajem i w którym będę się codziennie na nowo zakochiwać w moim partnerze. Wiem też, że znajdę mężczyznę, jakiego szukam. Tym bardziej że zaczęłam inaczej patrzeć na mężczyzn: znów ich lubię. Ostatnio widziałam w nich głównie najeźdźców, którzy zagarniają mnie i moją przestrzeń. Teraz znów widzę przyjaciół, którzy potrzebują miłości i partnerstwa. Tak samo jak ja.

Theta Healing, czyli „uzdrawianie theta”

Pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Kiedy umysł jest w stanie theta, odbieramy więcej informacji. Możemy kontaktować się z podświadomością, odnajdując stare, niesłużące nam wzorce i zastępując je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. Terapeuta jest tylko moderatorem procesu, pacjent pracuje sam, a wspiera go wyższa inteligencja, energia i esencja, która przepływa przez cały świat i wszystkie istnienia. Metodę tę stworzyła Vianna Stibal, amerykańska naturoterapeutka i uzdrowicielka. Kilkanaście lat temu zdiagnozowano u niej raka, wobec którego medycyna była bezsilna. Pamiętając, że jesteśmy tym, co myślimy, dzięki pracy z podświadomością pokonała chorobę, wprawiając w osłupienie lekarzy. Theta Healing pozwala doświadczyć pozytywnych zmian na wszystkich poziomach: fizycznym, emocjonalnym i duchowym.

Anita Putkiewicz, dyplomowany nauczyciel i terapeutka pracująca metodą Theta Healing.

  1. Psychologia

Dostrojenie - sposób na rozluźnienie, osiągnięcie spokoju i poszerzenie świadomości

Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. (Fot. Getty Images)
Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Rozluźnić się. Osiągnąć spokój. Poszerzyć świadomość. Jak? Amerykanin Stanley H. Block zaleca powrót do zmysłów. Jego metoda rozwoju osobistego, Mind-Body Bridging w Polsce znana jest jako Dostrojenie.

Rozluźnić się, osiągnąć spokój, poszerzyć świadomość. Jak? Amerykanin Stanley H. Block zaleca powrót do zmysłów. Jego metoda rozwoju osobistego, Mind-Body Bridging w Polsce znana jest jako Dostrojenie.

Wielu z nas zwykło myśleć o rzeczywistości dość niepochlebne rzeczy, utrwalone zresztą w języku. Że szara, twarda, ponura, brutalna. Stanley H. Block stawia tezę, że rzeczywistość może być kojąca, trzeba ją tylko oddzielić od stresujących wyobrażeń stworzonych przez umysł. Już we wstępie do swojej książki „Powrót do zmysłów” prosi czytelnika: „Pomyśl o setkach przedmiotów i powierzchni, których dzisiaj dotknąłeś, które stały się dzisiaj częścią twojego życia. Czy poczułeś, jak dotykałeś ubrania, kluczy, filiżanki, butów, wody, sztućców? Czy dostrzegłeś krajobraz, który mijałeś w czasie jazdy samochodem? Kiedy ostatnio przegapiłeś zjazd z autostrady albo ulicę, w którą powinieneś skręcić, gdyż twój umysł był czymś bardzo zajęty?”.

Praca zmysłów

Block pracował już od ponad 40 lat jako psychiatra i psychoanalityk, kiedy zaczął zastanawiać się, w jaki sposób człowiek hamuje naturalne procesy uzdrawiania (bo co do tego nie miał wątpliwości). I tak pewnego wieczoru, odpoczywając w salonie, zwrócił uwagę, że dobiegający z kuchni szmer lodówki to pojawiał się, to znikał. Zastanowiło go to. Lodówka pracowała cały czas, co zatem sprawiało, że jej szum na przemian docierał do uszu i nikł? „Zauważyłem, że gdy tylko w mojej głowie pojawiały się jakieś myśli, szmer lodówki znikał. Nagle dotarło do mnie, że to skupione na mnie samym myśli zatkały moje uszy! Uświadomiłem też sobie, że gdy tylko kierowałem uwagę z powrotem na szmer lodówki, ogarniał mnie spokój. Gdy gubiłem ten dźwięk, umysł napełniał się myślami, a ciało się napinało. Poza tym traciłem wówczas zdolność widzenia peryferyjnego. Moje własne myśli powodowały stan ograniczenia świadomości!” – pisze.

Zaczął badać pracę zmysłów, a dokładniej sposób, w jaki ich używamy: jak to jest, że patrzymy – nie widząc, słuchamy – nie słysząc, dotykamy – nie czując? Nazwał ten stan zapadnięciem świadomości. Co jest powodem tego odcięcia od świata tego owinięcia życia watą, pozbawienia go barw, smaków, zapachów? Nie może to być sam proces myślenia – w końcu jest dla człowieka czymś naturalnym! Uznał, że zjawisko to dotyczy wybranych myśli, odcinających od naszej istoty, i że za ich powstawanie odpowiedzialny jest jakiś podstępny układ. Nazwał go układem tożsamości, bo pełen jest egocentrycznych myśli i osądów. To za jego sprawą czujemy się czasem całkiem odrębną jednostką, tracimy poczucie spójności ze wszechświatem, lądujemy gdzieś poza „tu i teraz” – oddzieleni od doznań zmysłowych, bogactwa i pełni życia. Kiedy układ tożsamości jest aktywny, umysł zapychają nakręcające się myśli i fałszywe wyobrażenia, ciało napina się, zmysły drętwieją. Jesteśmy jak w pułapce, z dala od siebie, od wewnętrznej mądrości.

Myśli, będące podstawą istnienia układu tożsamości, Stanley Block nazywa wymogami. Jak łatwo się domyślić, próbują nam one narzucić, jacy powinniśmy być i jaki powinien być świat. Znajdziemy więc wśród nich wszelkie frustracje – że szef nas nie chwali (przecież wszyscy szefowie powinni to robić!), pies nie merda na nasz widok ogonem (może jest chory?) i że akurat na czas naszego urlopu psuje się pogoda (to niesprawiedliwe!). Inna sztuczka układu tożsamości to tzw. wewnętrzne opowieści, w które nas wciąga – dotyczące zwykle tego, co było lub będzie, co zawaliliśmy i czym możemy się wykazać w przyszłości. Stanley Block twierdzi, że nadaktywny układ tożsamości zawęża naszą świadomość i wywołuje strach, a wprowadzenie go w stan spoczynku całkowicie odmienia życie.

Jak działa Dostrojenie?

Układ tożsamości oddziela nas od ciała, a bez kontaktu z ciałem – wiadomo – tracimy ugruntowanie, poczucie bezpieczeństwa. – Dlatego, kiedy jesteś niespokojna czy nie możesz zasnąć, potrzyj palcami powierzchnię jakiejś tkaniny – zaleca Stanley Block. – Bądź świadoma faktury materiału, po którym przesuwają się koniuszki palców... Chodzi o to, żeby być świadomym doznań w ciele i myśli, tego, na co patrzymy i czego słuchamy. Dostrojenie można praktykować wszędzie, choćby stojąc w kolejce do kasy. – Wsłuchaj się w zgrzyt wózków sklepowych, w „bipy” kasy, szczebiot dziecka – sugeruje Stanley Block. – Poczuj swoje ciało – obolałe nogi, burczący brzuch. Sprawdź, czego dotykają twoje palce, skóra... Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. A przecież to umysł z jego natarczywymi myślami podkręca nasze emocje. Jesteś wściekła? Zanim zareagujesz, posłuchaj, czym żyje świat: wsłuchaj się w szczekanie psa, szum z ulicy, śpiew ptaków.

Jeszcze dwa terminy: depresor i fikser. To one tworzą układ tożsamości. Pierwszy przechwytuje neutralną myśl (np. „nie zdążyłam”), by stworzyć wokół niej własną opowieść („jestem nieudacznikiem”, „nie nadaję się”, „nie potrafię”, „mam pecha”, „wszystko na nic”) i udowodnić, że coś z nami jest „nie tak”. Drugi jest dużo bardziej podstępny – próbuje zaradzić sytuacji, a tak naprawdę wykorzystuje ją, by zbudować motywację i presję („muszę się bardziej postarać, wcześniej wstawać, mniej rozmawiać przez telefon”). Nie chodzi tu o to – tłumaczy Stanley Block – by rozstrzygać, które myśli są negatywne, a które pozytywne. Nie chodzi o to, by – jak zaleca wiele szkół – eliminować pierwsze, a wzmacniać drugie, ale żeby się do nich zdystansować, nie być ich niewolnikiem. Nie dopuścić do snucia wewnętrznych opowieści, wywołujących napięcia w całym ciele. Żeby mieć świadomość, że jesteś czymś znacznie większym niż twoje myśli.

Stąd pomysł, żeby je nazywać. Jak to zrobić? Po prostu. Pomyślałaś sobie, że jesteś głupia? Przyznaj: „Miałam myśl, że jestem głupia”. Pomyślałaś: „Zabiję gnoja!”. W porządku, powiedz sobie: „Miałam myśl, że zabiję gnoja!”. A może twoja myśl to: „Muszę schudnąć kolejne trzy kilo, inaczej nikt mnie nie pokocha”. To tylko myśl! Ty decydujesz, co z nią zrobić, ona o niczym nie przesądza.

Inne, stosunkowo proste narzędzie, pomagające zneutralizować układ tożsamości, to kreślenie map umysłu-ciała. Pracuje się z pytaniem, np. „Co się dzieje w moim umyśle?” albo „Co mam zrobić?”. Na wykonanie takiej mapy wystarczy pięć minut. Na środku kartki, w kółku, zapisujesz temat-pytanie, a wokół niego wszystko, co się w związku z nim pojawia: myśli, skojarzenia, odczucia w ciele. W ten sposób masz przejrzysty obraz tego, jak działa twój układ tożsamości. To wystarczy – twierdzi Stanley Block – by uwolnić się spod jego wpływu, znaleźć nową perspektywę. Zaleca, by za każdym razem, gdy przeżywamy jakieś trudności, sporządzić mapę przedstawiającą aktualny stan umysłu. Propozycji map jest zresztą w książce całe mnóstwo: mapa depresora, mapa fiksera, mapa „kim chciałbym być?”, mapa snu, decyzji, śmierci... Mało? Książka „Powrót do zmysłów” zawiera też 10-dniowy plan optymalizacji życia. Autor zapewnia, że używając wszystkich narzędzi z tego planu, możesz przekształcić układ tożsamości w „maszynę do uzdrawiania”. Można by uznać, że dostrojenie to nic nowego, a jednak... Intryguje. Jak wiele innych metod, promuje uważność, zachęca do tego, żeby obserwować umysł i wyłapywać, kiedy wpada w wir nakręcających się myśli. Podsuwa też – jak przystało na metodę zrodzoną w Ameryce – gotowe narzędzia.

Warto przeczytać: Stanley H. Block, Carolyn Bryant Block, „Powrót do zmysłów”, Czarna Owca 2011

  1. Psychologia

Urok chwili to ciastko zanurzone w herbacie. Rozmowa z prof. Tadeuszem Gadaczem

Nic nie jest takie samo. Każdy promień słońca jest inny i każdy ptak, który siada na gałęzi, i każdy dzień. (Fot. Getty Images)
Nic nie jest takie samo. Każdy promień słońca jest inny i każdy ptak, który siada na gałęzi, i każdy dzień. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Życie zostało nam dane po to, żeby je przeżywać, żeby czerpać  z niego radość – mówi filozof prof. Tadeusz Gadacz. 

Dobry moment na rozmowy o radości życia? Dla mnie nie do końca, jestem mocno przygnębiony.

Co pana tak przygnębia? To, co się dzieje dookoła nas. Przyglądam się ludzkim postawom i one nie napawają mnie optymizmem. Oczywiście, trudne sytuacje, a z taką mamy do czynienia, są wyzwalaczami zarówno pozytywnych, jak i negatywnych postaw, trochę jak na wojnie. Z jednej strony nagle budzą się solidarność społeczna, chęć pomocy, otwarcia na innych, a z drugiej strony – chciwość, chęć szybkiego dorobienia się, oszukiwanie, manipulowanie, hipokryzja.

No to z czego tu się dzisiaj cieszyć, panie profesorze? Każdy musi znaleźć swoją własną miarę, bo każdy jest inny. Od wielu lat zastanawiam się nad tematem umiejętnego życia. Sformułowałem kiedyś taką tezę, że każdy powinien realizować siebie w swojej jednorazowości, bo każdy człowiek jest „jednorazowy”, czyli niepowtarzalny, każdy ma inne pasje, które powinien rozwijać nawet w takich sytuacjach jak ta.

Niektórych pasji rozwijać się nie da, bo wprowadzono różne ograniczenia. To prawda, ludzie, którzy uwielbiają podróże, a są zamknięci, prawdopodobnie cierpią z tego powodu. Ale już ci, którzy lubią czytać, a nie są obciążeni domowymi obowiązkami, mogą oddać się czytaniu. Problem jednak polega na tym, że potrzebujemy równowagi we wszystkich sferach życia. Bo według mnie człowiek jest splotem przeciwieństw. Nieustannie się miota między potrzebą miłości i sprawiedliwości, wolności i odpowiedzialności, samotności i relacji społecznych, między duchowym i materialnym wymiarem życia, kontemplacją i działaniem.

Jak tę równowagę odnaleźć? Każdy musi szukać w innym miejscu, bo równowaga nie jest jednoznacznie zdefiniowana. Czasami bardziej potrzebujemy wycofania, czasami bardziej relacji, innym razem potrzebujemy kontemplacji, namysłu, a jeszcze innym – zaangażowania. Prowadzę kilku doktorantów i po paru miesiącach doskonale wiem, komu dać wolność, bo będzie sam pilnował pracy, od kogo muszę więcej wymagać, a komu wyznaczyć dokładny harmonogram pracy. U moich doktorantów, tak jak i u każdego z nas, granica między odpowiedzialnością a wolnością przebiega w innym punkcie. Nie da się tu powielać żadnych schematów – że inni tak robią, to ja też tak muszę.

Rozmawiałam ostatnio z młodą lekarką, która do tej pory pracowała na kilku etatach, a gdy wybuchła epidemia, postanowiła zająć się dziećmi. I odkryła, że jej powołaniem jest bycie matką, że to daje jej niewyobrażalną radość. Trudne okoliczności rzeczywiście zmuszają nas do przemyślenia zarówno celów życia, jak i hierarchii wartości, obecnie widać to bardzo wyraźnie. Nagle jesteśmy w stanie zrezygnować z samorealizacji dla ratowania życia i dla poczucia bezpieczeństwa, uświadamiamy sobie na przykład, że nie musimy jeździć tyle razy do centrów handlowych! Tutaj należy przypomnieć zasadę, którą sformułował wielki polski filozof Władysław Tatarkiewicz w traktacie „O szczęściu”, mianowicie że każdy człowiek powinien mieć wiele źródeł szczęścia, nie tylko jedno.

Czyli że powinno się je zdywersyfikować. Tak, bo gdy ma się jedno, to w sytuacji kryzysu nagle wszystko się wali. A gdy jest ich więcej, to można pomóc sobie, otwierając się na inną perspektywę.

Pana nauczyciel, ks. prof. Józef Tischner, powiedział, że szukamy ziemi obiecanej daleko, a ona znajduje się pod nogami. Czy tak nie jest też z radością życia? W odpowiedzi na pani pytanie przytoczę ładną metaforę niemieckiego socjologa i filozofa Georga Simmela, do którego często się odwołuję. Otóż Simmel powiedział, że każdy człowiek, rodząc się, ma swoje własne drzwi, przez które powinien wejść w świat. I jeżeli przez te drzwi nie przejdzie, to one zostaną zamknięte, a wtedy będzie musiał przechodzić przez cudze. Wtedy taki ktoś nie żyje autentycznie, nie odkrywa siebie, tylko gra role, które wdrożyli mu inni: rodzice, tradycja, nauczyciele.

Źródłem radości, na szczęście ostatnio rehabilitowanym, jest natura. Wszyscy na potęgę kupują teraz działki! Coś zmienia się na dobre? Miejmy nadzieję. Olga Tokarczuk w swoim genialnym wykładzie noblowskim powiedziała, że humanizm pojmowany jako panowanie człowieka nad światem przeszedł radykalny kryzys. Człowiek to wcale nie brzmi dumnie w kontekście obozów koncentracyjnych i gułagów, a potem niszczenia klimatu. Musimy zacząć myśleć o człowieku z zupełnie innej perspektywy.

Co pan proponuje? Niektórzy wprowadzają perspektywę posthumanizmu. Nie chodzi o to, żeby ogłosić śmierć człowieka, tylko żeby szukać równowagi między światem zwierzęcym, roślinnym a nami samymi. Musimy zacząć inaczej myśleć o swoich potrzebach. Czy kapitalizm musi rozwijać się tak jak do tej pory, mnożąc nasze potrzeby? Czy idąc do supermarketu, musimy wybierać mikrofalówkę spośród stu rodzajów, wystarczą przecież cztery. Po co produkować tyle metalu, plastiku, niszczyć środowisko, a wszystko dla wyimaginowanych potrzeb? Albo mnożyć przedmioty, których nie będziemy w stanie nawet skonsumować? Potrzebna jest nam równowaga nie tylko między światem przyrody a nami, ale także między intelektem a rozumem.

To znaczy? Intelekt to władza myślenia, pozwala nam rozwijać nowoczesną technikę, a rozum to władza, która pozwala nam żyć we wspólnocie, rozumieć innych. Intelekt jest sposobem myślenia poza dobrem i złem, tak samo komputery i nowe technologie nie są ani dobre ani złe. Natomiast rozum kieruje się wartościami. Jeżeli stworzymy sztuczną inteligencję, to nie możemy dbać tylko o to, by była sprawna, ale i o to, by poprawiała dobrostan ludzi.

Dla wielu Bóg, duchowość to ważne filary człowieczej kondycji, źródło sensu i radości życia. A dla pana? Różnie można rozumieć wymiar religijny, sama pani użyła słowa „duchowość”, które ma odmienny sens niż religia rozumiana w tradycji obrzędowej, ludowej, gdzie bywa traktowana czasem w sposób magiczny. Słyszałem głosy, że koronawirus to boża kara. Zazdroszczę tym, którzy umieją przejrzeć boże wyroki. Dla mnie, oczywiście, niezmiernie ważny jest duchowy wymiar życia, tylko że ja odnajduję go w pięknie sztuki, natury, w wartościach, relacjach. To jest mój dobrostan.

Boga widzi pan w tym, co nas otacza? Także w tym, co ludzie robią ludziom. Bardzo bliskie jest mi sformułowanie Nietzschego, zupełnie niezrozumianego myśliciela, który powiada, że królestwo Boże to nie jest „Tam”, tylko stan serca. Bo to ludzie ludziom stwarzają niebo i ludzie ludziom stwarzają piekło.

Psychiatra Viktor Frankl, więzień obozu koncentracyjnego, w swojej genialnej książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu” pokazuje, że dobro może objawić się w najbardziej dramatycznych warunkach. Nie wiem, jak zachowałbym się w tak ekstremalnych sytuacjach, w jakich znalazł się Frankl. Ale zgadzam się z nim, że nawet w tych najgorszych momentach można dostrzec dobro. Ja raczej staram się myśleć kategoriami nie tylko dobra, ale i nadziei. W tym roku nie mogę pojechać nad Morze Śródziemne, co jest dla mnie dotkliwe, bo lubię ciepło, pogodę, słońce.

I jak pan sobie z tym brakiem radzi? Na przykład tak, że pijąc sok pomarańczowy, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że siedzę nad morzem. Mam nadzieję, że jeżeli nie za rok, to za dwa lata tam pojadę. A gdy siedzę przy komputerze i piszę książki, to mam nadzieję, że one w czymś komuś pomogą.

Nadzieja to życiodajna siła? Zdecydowanie tak. Przypuszczam, że obozy koncentracyjne udało się przeżyć ludziom, którzy mieli nadzieję, natomiast ci tej nadziei pozbawieni nie mieli motywacji, by walczyć.

Przeżył pan śmierć dwojga dzieci tuż po ich narodzinach. Co pana z tej traumy uratowało? Dla mnie zawsze perspektywą ocalającą z bezpośredniej traumy były książki, myślenie, nauka. Tamtego dnia, gdy miał urodzić się mój pierwszy syn, tłumaczyłem książkę żydowskiego filozofa Franza Rosenzweiga „Gwiazda zbawienia”. Przetłumaczyłem zdanie wypowiedziane przez żonę Hioba: „Przeklnij go i umieraj”, postawiłem kropkę i pojechałem do szpitala, gdzie dowiedziałem się o śmierci syna. Wróciłem i tłumaczyłem dalej. Zawsze żyję życiem takim, jakie ono jest, i szukam równowagi między nim a różnego rodzaju samorealizacją. Zawsze ratuje mnie też nadzieja. Bo czym różni się człowiek, który ma nadzieję, od marzyciela? Załóżmy że obydwaj chcą zbudować dom. Marzyciel przegląda kolejne „Muratory” i wyobraża sobie, jak ten dom będzie wyglądał, ale nie wykonuje żadnego działania, żeby to się ziściło. Natomiast ten drugi zaczyna od tego, że dzwoni do architekta, zamawia projekt i działa.

Przywołał pan Hioba, więc zapytam, dlaczego jedni mają taką siłę, żeby się podźwignąć jak Hiob, a inni nie mają jej wcale? Hiobowi pomogła wiara, Bóg mu wszystko wynagrodził. Nie wiem, dlaczego w jednych ludziach są siły życia, a inni ich nie mają. A co do mojej religijności – powiedziałem to już kiedyś: „Do tej pory to ja mówiłem do Boga, natomiast po doświadczeniu śmierci dzieci zwróciłem się do Boga: »Teraz ty mów do mnie«”. Stwierdziłem, że wierzyć to znaczy trwać w milczeniu Boga. Niedługo po tym, jak to powiedziałem, zmarły niedawno Jerzy Pilch napisał do mnie mejl, że całe życie szukał tego zdania. Po śmierci dzieci zmieniłem perspektywę, przestałem wchodzić w relację z Bogiem, a jednocześnie nie zamknąłem drzwi. Uważam, że to jest to minimum, które człowiek może zrobić, żeby móc dobrze spać. No i minęło parę lat i narodził się mój trzeci, zdrowy, syn Samuel. Podarował mi kolejne życie. Ma siedem lat, uczy mnie radości z zabawy klockami, jazdy na hulajnodze.

Wszyscy szukamy radości życia w drugim człowieku. Człowiek musi mieć punkt odniesienia, życie nie ma sensu, jeśli nie jest życiem dla kogoś. Nie twierdzę, że to nie może być życie dla Boga. Może, tylko to życie musi być absolutnie autentyczne, bo jeśli nie jest, to wtedy ludzie szukają innych sposobów samorealizacji, często w hipokryzji, udawaniu. Ja nigdy nie udawałem, zawsze starałem się być uczciwy wobec siebie. Zapragnąłem żyć dla kogoś i to pragnienie zrealizowałem. Nie wykluczam jednak takiej możliwości, że ktoś może tego kogoś, dla kogo żyje, znaleźć w sobie.

Ilustracja Arobal Ilustracja Arobal

To nie będzie egoizm czy narcyzm? Nie, to jest miłość siebie. Zakłada ona budowanie równowagi nie na relacji z innymi, tylko ze sobą samym. Ludzie, którzy są sami, nie zawsze są samotni. A to, że ktoś przebywa nieustannie w towarzystwie, nie oznacza, że nie jest samotny, może być dokładnie odwrotnie. To trochę tak jak z Sokratesem, który szedł ulicami Aten i mówił do siebie, a nie było wtedy jeszcze zestawów głośnomówiących. Zapytany, co robi, odpowiedział, że rozmawia sam ze sobą, bo od czasu do czasu chce porozmawiać z kimś inteligentnym. Jeśli ktoś ma takie bogactwo życia w sobie, takie zainteresowanie nauką, samorozwojem i jeśli to mu wystarcza, to wcale nie przeczę, że może być szczęśliwy. Radość może wynikać nie tylko z życia dla Boga, dla dzieci, ale także z życia dla siebie. I nie traktuję tego jako egoizmu i narcyzmu, ale jako pełnowartościowe życie.

Może to pytanie zbyt błahe dla profesora filozofii, ale jestem bardzo ciekawa, co panu sprawia taką niekłamaną radość. Jakie rytuały, zajęcia? A może małe radości to nieistotne zastępowacze, bo prawdziwe życie toczy się gdzie indziej? Mam swoje ulubione zajęcia i nie są to zastępowacze. Narzucono nam narrację, w myśl której jesteśmy tu za karę, w zasadzie po to, żeby odpokutować winy, że kołyska to właściwie trumna, a trumna to kołyska. Ta narracja powoduje, że żyjemy jakimiś wyimaginowanymi ideałami, odwracamy się od ludzi, świata. A życie zostało nam dane po to, żeby je przeżywać, żeby czerpać radość z tych chwil, które się zdarzają. Możemy traktować życie jak turyści, którzy jeżdżą z miejsca do miejsca, szukając nowych wrażeń. A można usiąść na Piazza Navona z kieliszkiem wina i przyglądać się kotom leniwie przeciągającym się na słońcu. I to też jest życie.

A jakie są te pana ulubione zajęcia? W czasie pandemii posadziłem, zresztą po raz pierwszy w życiu, truskawki i pomidory. Teraz chodzę sobie do ogrodu i się przyglądam: które rośliny zakwitły, które mają owoce, a które trzeba podlać. Mieszkam w takim miejscu, że mogę w każdej wolnej chwili pójść w góry, do lasu. Dookoła zieleń, cisza, tylko ptaki śpiewają i owady brzęczą. Ta sama okolica, a za każdym razem odkrywam w niej coś innego.

Ktoś by powiedział: „nuda”. To ja odwołałbym się do wykładu noblowskiego, tym razem Wisławy Szymborskiej, w którym polemizowała z Koheletem, z jego słynnym: „Nic nowego pod słońcem, jest tak samo”. Szymborska powiedziała: Nie, nie jest tak samo, każdy promień słońca jest inny i każdy ptak, który siada na gałęzi, i każdy dzień. Na to samo drzewo można patrzeć codziennie z innej perspektywy. Francuski filozof i teoretyk muzyki Vladimir Jankélévitch nazwał to zjawisko urokiem chwili. I dał takie przykłady: urok chwili to zapach glicynii o północy i ciastko zanurzone w herbacie.

Żeby doświadczyć uroku chwili, trzeba się zatrzymać? Trzeba zmienić oczy. Duński filozof Kierkegaard zapytał: „Dokąd biegną ci szybkobiegacze? Przypominają oni pewną kobietę, która z pożaru wyniosła tylko pogrzebacz”. Czyli zrobiła coś absurdalnego, bo pogrzebacz przydałby się tam, w spalonym domu. Niektórzy nic więcej nie wynoszą z pożaru życia. Nie bądźmy jak ona.

Tadeusz Gadacz, prof. dr hab., filozof i religioznawca, pracuje na Wydziale Nauk Humanistycznych AGH i Collegium Civitas.