1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy jesteś przebudzona? - o pozbywaniu się przywiązań

Czy jesteś przebudzona? - o pozbywaniu się przywiązań

123rf.com
123rf.com
Wśród wielu koncepcji szczęścia jest też ta stworzona przez Anthony’ego de Mello, hinduskiego jezuitę, autora słynnego „Przebudzenia”. Zakłada ona, że szczęścia nie sposób zdobyć, bo już je mamy. Ale jeden warunek trzeba spełnić – pozbyć się przywiązań. A to będzie trudne.

Anthony de Mello mówi w swoich książkach rzeczy dość niepopularne. Rzadko „kupuje” się jego poglądy przy pierwszej lekturze. Może ci być z nimi niewygodnie, a może coś zaiskrzy, opadnie jakaś zasłona?

De Mello studiował filozofię w Hiszpanii, psychologię w Chicago, a duchowość w Rzymie. Przyjął święcenia kapłańskie, po czym założył w Indiach centrum kształcące przewodników duchowych. Jego książki są po części zapisem prowadzonych tam nauk rekolekcyjnych. Łączył w nich tradycyjną mistykę europejską z myślą Dalekiego Wschodu, sięgał też do psychologii. Chętnie korzystał z anegdot i przypowieści – przekonany, że stanowią one najkrótszą drogę pozwalającą dotrzeć do prawdy. O jaką prawdę chodzi? Nauki de Mello to przede wszystkim zachęta, by odkryć na nowo, co znaczy być szczęśliwym. Ksiądz Tony mówi bez owijania w bawełnę: „Twoje życie jest w nieładzie. Nie zgadzasz się? Czyli nigdy nie czujesz się samotna? Załamana? Zmartwiona? Przerażona? Masz udane relacje, jesteś spokojna i cieszysz się każdą chwilą życia? Nie? W takim razie twoje życie to bałagan. Co więcej, nie chcesz go posprzątać”.

Szczęśliwa czy bogata?

Przyczyną bałaganu, w jakim tkwią ludzie, są ich błędne idee. Byli nimi karmieni od najmłodszych lat, więc uważają je za własne. Uczono nas przede wszystkim przywiązania – do ludzi, rzeczy. Do różnych pomysłów i pragnień. Zaszczepiano w nas przekonanie, że jeśli ich nie spełnimy, nigdy nie będziemy szczęśliwi. Jeśli choć raz dasz się o tym przekonać – twierdzi de Mello – jeśli stanie się to częścią twojej podświadomości, przepadłaś. No, chyba że usiądziesz na dwie minuty i przyjrzysz się temu założeniu. Wtedy odkryjesz, jak bardzo jest nieprawdziwe. Tylko że nikt nie chce siadać i odkrywać. Trzymamy się kurczowo swoich przekonań, pragnień i pozostajemy nieszczęśliwi.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz dotycząca szczęścia. Zdaniem de Mello nie sposób go zdobyć. Powód? Bo już je masz. Dostałaś je niejako „na starcie”. Ono wciąż jest, tyle że zablokowane. Czym? Hm, głupotą. Jedyne, co trzeba zrobić, to zdjąć tę zasłonę. Jezuita powołuje się na mądrość Chińczyków – mówią oni, że kiedy oko jest nieprzesłonięte, rezultatem jest wzrok. Kiedy ucho jest nieprzesłonięte, rezultatem jest słuch. Kiedy usta są nieprzesłonięte, rezultatem jest smak. Kiedy umysł jest nieprzesłonięty, rezultatem jest prawda. A kiedy serce jest nieprzesłonięte, rezultatem jest miłość i prawda.

Jedna z najtrudniejszych rzeczy, które mówi Anthony de Mello, brzmi: „Nie chcemy być szczęśliwi”. To znaczy – nie chcemy być bezwarunkowo szczęśliwi. Owszem, zgadzasz się na szczęście – o ile będziesz miała to i to, o ile coś się zdarzy. Stawiasz szczęściu warunki. Zakładasz, że bez ich spełnienia nie może ci być dobrze. Tak naprawdę nie chodzi nawet o to, żeby było dobrze – ma być „po twojemu”. Nauczyłaś się wiązać szczęście z określonymi okolicznościami. To tak, jakbyś powiedziała do jakiejś osoby: „Ty jesteś moim szczęściem. Jeśli cię nie posiądę, nie będę szczęśliwa”. Czujesz, ile w tym napięcia? Jak to się ma do wolności – twojej i innych? Co więcej, często taka deklaracja – po odfiltrowaniu – oznacza mniej więcej tyle: „Nie chcę być szczęśliwa, chcę być nieszczęśliwa z tobą”. No więc? Wolisz być szczęśliwa czy dobrze wyjść za mąż? Szczęśliwa czy bogata? Szczęśliwa czy sławna?

Bez przywiązań

Anthony de Mello zauważa, że dla większości ludzi szczęście to ekscytacja, dreszcze. I ostrzega: one tylko powodują depresję! Kiedy jesteś podekscytowana, właśnie torujesz sobie do niej drogę... Pielęgnujesz ukryty lęk – zachodzisz w głowę, co zrobić, żeby szczęście trwało. To nie jest szczęście, to uzależnienie. Schemat jest wciąż ten sam: „Dopóki nie będę tego miała (pieniędzy, przyjaźni, miłości itp.), nie zamierzam być szczęśliwa. Muszę walczyć, by to osiągnąć, a kiedy już mi się uda, będę walczyć, żeby to utrzymać”. To zapewnia wysoki poziom ekscytacji, zwykle krótkotrwałej. Kiedy zdobędziesz swój wymarzony samochód, będziesz szczęśliwa co najwyżej przez parę dni, potem ci spowszednieje. Może nawet pojawi się lęk, że zniszczy się, zarysuje, że z jakichś powodów go utracisz...

Sukces? Dla Anthony’ego de Mello to iluzja. Decyzja jakiejś grupy ludzi, że coś jest dobre. A przecież inna grupa może podjąć decyzję, że ta sama rzecz jest zła. Ważne, żeby porzucić iluzje, patrzeć na rzeczywistość bez nakładek. Bo za każdym razem, gdy jesteś nieszczęśliwa, dodałaś jej coś od siebie. I właśnie to coś – nakładka, negatywna reakcja – czyni cię nieszczęśliwą. Zbadaj, co to jest, a na pewno znajdziesz tam jakąś iluzję, oczekiwanie, pragnienie... Kiedy z tego zrezygnujesz, kiedy odrzucisz swoje przywiązania, przestajesz dbać o takie rzeczy, jak sukces czy porażka. One tracą znaczenie. Możesz się wygłupić – nie szkodzi. Możesz być nikim – po co ci być kimś?

Jak uwolnić się od przywiązań? Poprzez samoobserwację. „Obserwować wszystko wewnątrz siebie i na zewnątrz, a jeśli coś ci się przydarzy – umieć patrzeć na to, jakby przydarzyło się komuś innemu. Nie komentować, nie osądzać, nie ustosunkowywać się do tego, nie wpływać, nie usiłować zmieniać, tylko rozumieć”. Rezultaty? „Nie mogę ci niczego w tym względzie obiecać. Choć nie znam osoby, która nie dostrzegłaby wyraźnej różnicy w ciągu paru tygodni. Zmienia się jakość ich życia, mniej reagują, a więcej działają. Widzą rzeczy, których przedtem nie dostrzegali”.

Poczuj szarpanie nerwów

Inne złudzenie, któremu nieustannie ulegamy, polega na tym, że ludzie mogą nas zranić. Nie mogą – chyba że im na to pozwolimy. Co więcej – utrzymuje de Mello – nic nie jest w stanie nas zmartwić. Nic nie ma takiej mocy. Całe przygnębienie, jakie odczuwasz, jest w tobie! Obserwuj je. Możesz wybrać. Czy chcesz być kukiełką rzucaną raz w jedną, raz w drugą stronę? Chcesz, by inni decydowali o tym, jak masz się czuć? By przesądzały o tym zdarzenia rozgrywające się w świecie zewnętrznym? Możesz nawet być szczęśliwa z twoim napięciem, przygnębieniem, lękiem, z nerwicą, depresją. Wystarczy przestać się z tym wszystkim identyfikować. Wykroczyć poza siebie, spojrzeć na te wszystkie dramaty z góry. Nie robić nic, by pozbyć się danego stanu – pozwolić, żeby przeszedł przez ciebie i zniknął. Nie walczysz z tą przepływającą chmurą, bo wiesz, że w ten sposób dałabyś jej siłę. Tak, możesz być szczęśliwa w swojej depresji! Jest tylko jeden powód, dla którego nie doświadczasz szczęścia już teraz – koncentrujesz się na tym, czego nie masz. Poddaj się, zbliż się do rzeczywistości: „Poczuj dzwoniący telefon, poczuj szarpanie nerwów, poczuj kierownicę w samochodzie”.

W rozwijaniu umiejętności samoobserwacji bardzo przydatne mogą się okazać „cztery kroki ku mądrości” zalecane przez Anthony’ego de Mello. Pierwszy to uświadomienie sobie negatywnych uczuć. Wchodzisz z nimi w kontakt, nazywasz po imieniu: „Aha, jestem przygnębiona”. Drugi krok to zaakceptowanie, że te emocje są w tobie, nie na zewnątrz. Nie ma więc sensu zmieniać innych, świata (zwłaszcza że – jak zostało ustalone – nikt nie jest w stanie cię zranić). Trzeci krok to przyjęcie, że dane uczucie jest czymś przejściowym. Nie jest tobą, tylko stanem. Nie jesteś przecież smutkiem czy złością. Ty tylko odczuwasz te emocje i wiesz, że przeminą. Wreszcie krok czwarty: uświadomienie sobie, że nie można zmienić niczego ani nikogo poza sobą. I że kiedy ty się zmienisz, zmieni się wszystko...

Proste, prawda? Co nie znaczy, że łatwe... Zwłaszcza że – ostrzega de Mello – kiedy zaczniesz obserwować siebie, przyjdzie ci się zapewne zmierzyć z samopotępieniem, a nawet z nienawiścią do siebie. Kluczem do wszystkiego jest, oczywiście, świadomość. To ona przynosi zmianę. Nie można jej wymóc, przyspieszyć.

Po prostu w którymś momencie zauważasz, że jest inaczej... Co więcej, starania o to, żeby być cały czas świadomym, mogą wywołać napięcie, niepokój, samokrytycyzm. Wciąż się kontrolujesz, strofujesz, oceniasz rezultaty, sprawdzasz, czy jesteś już przebudzona. Robisz z tego cel, zadanie, więc wzmacniasz ego. Obserwuj więc! „W rzeczywistości nie mamy dokąd iść, bo tam, gdzie chcielibyśmy być, już jesteśmy” – uspokaja de Mello. Jeśli utrzymasz świadomość i będziesz przebudzona – dobrze; jeśli znów zapadniesz w uśpienie – też dobrze. Nie spinaj się, to nie egzamin. Japończycy zwykli mówić: „W dniu, w którym zaniechasz podróży, dotrzesz do celu’”.

Życie jest łatwe

Nie sposób zignorować narzucającego się rozpaczliwie pytania: co w takim razie z pragnieniami, celami? Zrezygnować ze wszystkiego? Odrzucić? To jakby odebrać życiu sens... De Mello przywołuje na tę okoliczność powiedzenie chińskiego mędrca Tranxu: „Kiedy łucznik strzela nie dla wygranej, panuje nad wszystkimi swoimi władzami. Kiedy strzela, by wygrać mosiężną klamrę, staje się nerwowy. Kiedy strzela, by zdobyć nagrodę wykonaną ze złota, staje się ślepy, widzi cel podwójnie, a umysł go zawodzi. Jego umiejętności się nie zmieniły: to nagroda go rozdwaja. Zależy mu na niej! Więcej myśli o niej niż o strzelaniu, a potrzeba zwycięstwa wysysa jego moc”.

Brak przywiązań oznacza większą swobodę działania – możesz włączyć się prawdziwie twórczo w różne przedsięwzięcia. Nie, nie będziesz jak drewniany kloc. Pozbędziesz się napięcia związanego z przymusem wygrywania, lęku przed porażką. Będziesz rozluźniona, pełna energii. Nie staraj się tłumić pragnień, tylko zrozum je, prześwietl. Sprawdź, ile naprawdę są warte. Jeśli poznasz ich prawdziwą naturę, przestaniesz być ich niewolnikiem. Pragnienie stanie się po prostu preferencją.

Dla Anthony’ego de Mello życie jest łatwe, zachwycające („A jeśli jest trudne, to jedynie z  powodu waszych złudzeń, waszych ambicji, waszej chciwości i nienasycenia”). Żeby być szczęśliwym, nie trzeba niczego zdobywać czy dodawać do tego, co już jest. Trzeba jedynie coś odrzucić. Wyzbyć się przywiązań, zamienić je na preferencje. „Jeśli idziesz przez życie, mając określone preferencje, od których jednak się nie uzależniasz – wówczas jesteś osobą przebudzoną”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Porozmawiajmy o szczęściu – karty emocji Katarzyny Miller

Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. (Fot. iStock)
Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. (Fot. iStock)
Aby znać siebie, trzeba znać i akceptować swoje emocje. Ale też mieć o nich podstawową wiedzę. Umieć je nazwać, rozróżnić i rozpoznać. I umieć je przeżyć. W nowym cyklu „Porozmawiajmy o emocjach” chcemy zachęcić was do lepszego poznania swoich własnych stanów emocjonalnych, pracy nad nimi oraz rozmowy o nich w bliskim gronie. Pomogą nam w tym karty emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Szczęście to...

Dobrostan psychiczny, poczucie spełnienia, bycia na swoim miejscu, na właściwej drodze, sensu i celu życia. To całkowita akceptacja siebie i świata. Cudowny, a zarazem jeden z najbardziej tajemniczych i nieodgadnionych stanów. Jak mówią badania, można czuć się szczęśliwym, jednocześnie będąc smutnym, doświadczając straty czy tęskniąc za czymś. Poczucie szczęścia jest bowiem czysto subiektywnym doznaniem, każdy może odczuwać je na swój sposób. Jest spersonalizowane i właściwe tylko osobie, której dotyczy, niczym odcisk jej palca. Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. Można czuć się szczęśliwym dzięki czemuś, ale też pomimo czegoś.

Po co nam to uczucie?

Informuje nas o tym, że realizujemy swój potencjał, swoją życiową misję. Że jesteśmy w zgodzie ze swoimi potrzebami, celami i wartościami. Daje nam siłę, by żyć, ale też by kochać i zachwycać się światem. Pozwala nam na akceptację wszystkiego, co się nam przydarza. Uwalnia nas od trosk, frustracji i złości. Przynosi wewnętrzny spokój.

Zadania

  • Czy czujesz się szczęśliwy? Tu i teraz? W tym właśnie momencie? Z tym, co masz, kim jesteś, co osiągnąłeś? Z ludźmi, którzy cię otaczają? Jeśli nie – jak sądzisz, co ci w tym przeszkadza?
  • Dążenie do szczęścia stało się dziś trendem, wręcz przymusem. To o tyle błędne podejście, że szczęście jest niejako produktem ubocznym naszych działań i rozwoju wewnętrznego. Nie warto do szczęścia dążyć, lepiej skupiać się na tym, by wykorzystywać w pełni szanse, jakie nam daje życie i realizować swój potencjał, a kto wie – może wtedy szczęście samo do nas przyjdzie.
  • Choć szczęścia nie można przywołać pstryknięciem palców, można jednak robić rzeczy, które nas uszczęśliwiają. Podróżowanie, gotowanie, pomaganie innym, poświęcanie się swoim pasjom, spędzanie czasu z tymi, których kochasz – co to byłoby w twoim przypadku?

Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.

  1. Psychologia

Jak nie zaprzepaścić szansy na szczęście we dwoje?

Najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć coś romantycznego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego. (Fot. iStock)
Najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć coś romantycznego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego. (Fot. iStock)
Relacja, podobnie jak drzewo, rośnie długo. Przez ten czas pojawia się rodzaj powiązania, którego nie sposób osiągnąć w romansie. Jak nie zaprzepaścić szansy na szczęście we dwoje – pytamy Michała Dudę, psychoterapeutę pracującego w nurcie psychologii zorientowanej na proces.

Czy chęć bycia szczęśliwym jest dobrą motywacją do wejścia w związek?
Nie wiem, ale faktem jest, że tego ludzie szukają w relacji. Kiedy szczęście staje się założeniem, oczekiwaniem – najczęściej ma wypełnić jakiś brak, coś zastąpić, nadać sens. Czy tak się potem dzieje? Różnie bywa.

Co kryje się pod oczekiwaniem szczęścia?
Wydaje mi się, że najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć romans, coś romantycznego, wyjątkowego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego.

Nie można mieć rodziny i romansu jednocześnie?
Zwykle od romansu się zaczyna, a później – podczas tworzenia domowej rzeczywistości – on się gdzieś gubi i pojawia się tęsknota za odnowieniem uczucia z początku znajomości, zakochania. Chcemy czuć, że kochamy, a nie tylko o tym wiedzieć. Niektórzy, jeśli nie odnajdą tego w swoim związku, szukają poza nim, w innej lub innych relacjach. Dzięki temu znowu przez moment mogą się poczuć szczęśliwi. Ale później, gdy alternatywna rzeczywistość zderza się z tą zwykłą, nierzadko okazuje się, że to, co mieli wcześniej, było w sumie całkiem dobre w porównaniu z tym, do czego uciekli. Dość powszechnie wydaje nam się, że szczęścia doświadczymy dopiero, gdy zdobędziemy coś, co nam je zapewni. W dążeniu do tego przeżywamy jedynie momenty zadowolenia i ciągle nam czegoś brakuje – zarówno w sferze rodzinnej, jak i romantycznej związku. A szczęścia nie przeżywa się ze względu na coś. Jeśli ludzie się kochają, a nawet po prostu lubią, szczęśliwe chwile na pewno przyjdą. Czasem wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy.

A może romantyczna wizja związku od początku skazana jest na porażkę?
Niektórzy od początku konstruują relację z innego miejsca niż romantyczne. Związek jest wtedy bazą do mierzenia się z przeciwnościami losu, ma pomóc we wszystkim tym, co trzeba w życiu zdobyć czy osiągnąć. Ludziom, którzy dokonali tego wyboru, daje to poczucie stabilności, bezpieczeństwa, osadzenia, jakiejś prawdziwości. Mają bowiem przekonanie, że to, kim są jako para, odzwierciedla się w materialnej rzeczywistości. Są osoby, które świadomie chcą tak żyć i taka relacja może przez długi czas całkiem dobrze funkcjonować. Życie takich małżeństw czy związków ma swój rytm, obowiązki, a ich wypełnianie jest na tyle absorbujące i stresujące, że uwaga skupiona jest na rzeczach do zrobienia. Tworzy się przestrzeń, z której korzysta rodzina, ale w relacji niewiele się dzieje.

W pewnym momencie odczuwalny staje się istotny brak, który każda ze stron czymś sobie wypełnia. Na przykład mężczyzna grzęźnie w grach komputerowych, a kobieta spotyka się z koleżankami, z którymi omawia swoje bolączki – oboje potrzebują odreagować i robią to w osobnych przestrzeniach. Brakuje im spotkania z drugą bliską osobą, wzajemnego przepływu uczuć, energii skierowanej na siebie nawzajem.

W kręgach psychologiczno-rozwojowych mówi się o pracy nad związkiem. Może jest konieczna, żeby odczuwać szczęście, a nie brak w różnych aspektach bycia razem?
Kiedy słyszę o pracy nad relacją, to mi się ciężko robi. Stwierdzenie „popracujmy nad tym, żebyśmy byli szczęśliwi” – jest sprzeczne samo w sobie. Czy szczęście może zostać wypracowane w pocie czoła? Kiedy ludzie się w sobie zakochują, szczęście spada na nich i wrzuca w trochę odmienny stan świadomości, który sprawia, że wydarzenia nabierają rozpędu, mają własną energię i chcą się dziać dalej. Toczą się w innej, równoległej, własnej przestrzeni. Dwie osoby przeżywają przygody trochę poza czasem, poza prozą życia, i to jest ekscytujące, bardzo wciągające. Nie można tego wykreować intencjonalnym działaniem, bo wtedy powstaje kopia, a nie oryginał. Świadomie można tylko tego chcieć i decydować się w tym być.

Romantyzm, który daje szczęście, wydaje się czymś nieuchwytnym. Nie dość, że nie mamy na niego wpływu, to jeszcze nieoczekiwanie znika.
Nie do końca tak musi być. Na jakimś poziomie on cały czas jest obecny, ale niekoniecznie przez nas przeżywany. Romantyczne przeżycie jest trochę jak sen. Atmosferę ze snu trudno przenieść do tej rzeczywistości, w której lądujemy, gdy otwieramy oczy i mamy sprawy do załatwienia. Tracimy kontakt ze snem, ale to nie znaczy, że on zniknął. Cały czas pod spodem jest, tylko nasza uwaga przenosi się na zadania i cele. W takim nastroju bardzo ciężko jest być romantycznym. Moim zdaniem strategie coachingowe średnio sprawdzają się w przypadku związków.

Pozytywna wiadomość jest taka, że skoro romantyzm nie znika, tylko nie skupiamy na nim uwagi, to możemy znowu ją tam skierować.
Możemy, jeśli nie zapomnimy.

Może wystarczy trochę świadomości, pracy…
Praca jest zupełnie innym stanem umysłu. Czy da się coś zrobić, żeby być naprawdę w relacji? To prawda, że relacje budują się długo, ale nad romantyzmem w związku się nie pracuje, można z nim tylko utrzymywać kontakt, poddać mu się, dać się ponieść. W relacji się jest, a bycia się nie robi. Żeby być w relacji, trzeba porzucić myślenie o pracy. Wspólna praca to jeszcze nie związek. Praca często oddziela, koncentruje na osobności. A szczęśliwym w relacji można być tylko razem.

Może więc dla tego „razem” da się coś zrobić?
Można być wobec siebie otwartym, szczerym. Można rozmawiać ze sobą o tym, co nam się wzajemnie po drodze przydarza, i tworzyć więź. Jeśli pojawiają się sprawy, o których ludzie ze sobą nie rozmawiają, bo są bolesne lub trudne, to one ich rozdzielają. Każdy trochę się odsuwa i zaczyna żyć osobnym życiem. Krok po kroku para się od siebie oddala. Jeśli chcemy coś dla relacji zrobić, pilnujmy, żebyśmy na bieżąco adresowali do siebie to, co czujemy, myślimy, i to, co się z nami dzieje, i starali się wzajemnie zobaczyć i usłyszeć. Jeśli komunikujemy się tylko z miejsca wzajemnych oczekiwań i pretensji, też się rozdzielimy, i nie będzie to praca nad związkiem.

Oczekiwania do szczęścia raczej nie prowadzą.
Mam taką swoją, bardzo uproszczoną klasyfikację sposobów przeżywania relacji. Pierwszy sposób, nazwijmy go „boję się”, występuje wtedy, gdy ludzi przeraża bycie w relacjach i są w nich przez unikanie. Drugi: „potrzebuję, muszę” – jest symbiotyczny i kontrolujący. Potrzeba relacji jest tak znacząca, że człowiek chce się koniecznie do kogoś „przyssać”, mieć go pod kontrolą. Wynika to w dużym stopniu z lęku przed byciem samemu. Trzeci sposób na relację nazwałem „nie potrzebuję, nie muszę”. Życie w niej polega na tym, że ludzie żyją obok siebie, każdy robi swoje. Jeśli im się coś razem przydarzy, jest OK, ale nikt za tym specjalnie nie goni. Czwarty sposób wymaga zostawienia za sobą zarówno swojej zależności, jak i niezależności. Dopiero kiedy się już nie musi być w relacji, ale też nie ma się tego poczucia osobności, można zobaczyć, że ktoś obok jest. Jeśli czujemy, że ktoś istnieje i ja istnieję dla niego, wtedy można poczuć się razem. A dopiero, kiedy poczujemy się razem, możemy mówić o szczęściu w relacji.

Powiedzmy, że osoby, które boją się relacji, to „jedynki’, symbiotyczne i kontrolujące to „dwójki”, a niezależne, działające i obawiające się konsekwencji niedziałania to „trójki”. Łączy je to, że każdej z tych postaw można doświadczać indywidualnie. Bycie „czwórką” to jedyna postawa, której doświadcza się tylko wspólnie – nie można być „czwórką” w pojedynkę.

W poprzednich modelach nie ma szansy na przeżycie szczęścia?
Jako „dwójki” odczuwamy coś w rodzaju szczęścia, jeśli mamy kontrolę nad partnerem. Jako „trójki”, trochę narcystyczne, jesteśmy zadowoleni, jeśli uda nam się osiągnąć swoje cele, a partner nas za to podziwia i nas w tym wspiera. W przypadku związku dwóch „trójek” nawet we wspólnym działaniu jest sporo rywalizacji. Można jako para realizować wiele rzeczy, ale nie czuć, że jest się razem. „Dwójki” są szczęśliwe, kiedy na siłę trzymają kogoś w swoim świecie, „trójki” – jak ktoś z nimi jest, ale niekoniecznie one z kimś są. Dopiero „czwórki” są szczęśliwe, kiedy są razem.

Czy zanim dojdziemy do „czwórki”, mamy wcześniejsze modele do zaliczenia?
Często się taką drogę przechodzi, ale wtedy też dzieje się to naturalnie, tego się nie wypracowuje. Każda z tych pozycji ma swoje ograniczenia i limity. I chociaż kolejna wydaje się być rozwiązaniem dla poprzedniej, nie jest satysfakcjonująca na dłuższą metę, bo tak naprawdę wciąż jesteśmy sami, a druga osoba jest uprzedmiotowiona. Spełnia funkcje względem mnie i mojego osobnego poczucia szczęścia. To jest coś innego, niż czuć szczęście razem.

Jeśli tego szczęścia nie czujemy, w pewnym momencie pytamy: co jest nie tak ze mną? lub: Co jest nie tak z tą drugą osobą? Często idziemy do psychologa, żeby to naprawić.
Najważniejsze „nie tak” dotyczy tego, że nie jest się w relacji. Na przykład celem „dwójki” jest jej indywidualny pomysł, jak wspólne życie ma wyglądać. Brak szczęścia wynika z tego, że nie udaje się jej tego zrealizować. Podstawową trudnością w relacji jest otworzyć się na relację. Być z tą drugą osobą, a nie nią zarządzać. Kiedy się uda kimś zarządzić, jest po relacji. Szczęście nie jest możliwe, kiedy ja jestem zadowolony, ale kosztem drugiej osoby.

To bardziej układ, w którym dążymy do uzyskania korzyści.
Tak. Dość częsty jest układ „ dwójki” z „trójką”. Pierwsza drugą chce okiełznać, a druga chce się wyzwolić. Żyją tak przez jakiś czas, mając nadzieję, że spełni się ich indywidualny sen. „Dwójka” ma nadzieję, że „trójka” wreszcie się nawróci, czyli da się usidlić, a „trójka” czeka, aż „dwójka” ją pokocha „taką, jaka jest”: wolną, niezależną, wspaniałą. Ten rodzaj uwikłania wzajemnie się nakręca. Obie te strategie są bez sensu, choć występują powszechnie i mogą długo trwać.

Czy można powiedzieć, że szczęście w relacji nie jest tożsame z przyjemnością?
Myślę, że ludzie częściej stwierdzają, że byli szczęśliwi, niż że są. Dopiero z perspektywy czasu zauważają, jakie dobre chwile ich łączyły. To widać przy rozstaniu – łatwiej rozstać się z tym, co było trudne, niż z tym, co było fajne. Są momenty szczęścia, które przeżywa się na bieżąco, i się o tym wie, ale są też takie, które wydają się zwykłe, a one są przecież szczęśliwe. Często najszczęśliwsza jest właśnie niedoceniana codzienność. Zdarza się, że kiedy przeżywamy romans, to chcemy, żeby się przekształcił w cudowną codzienność. Potem, gdy żyjemy w codzienności, tęsknimy za romansem. Choć oba te miejsca mogą być źródłem szczęścia, nam może się wydawać, że szczęście jest tam, gdzie nas nie ma.

Każdy dzień nie może chyba być szczęśliwy.
Próba utrzymania dowolnego stanu, jakikolwiek by był, jest odchodzeniem od rzeczywistości. Codzienność składa się z wielu odmiennych momentów, a przechodzenie przez nie daje poczucie, że jest się w czymś dobrym i prawdziwym. Mam takie powiedzenie, że drzewo rośnie długo. Ono się odnosi też do relacji. W wyniku jej trwania, kiedy doświadczamy perypetii, mierzymy się z wyzwaniami – pojawia się między nami pewien rodzaj powiązania. Tego się nie da osiągnąć romansem. Jeśli relacja ma się przekształcić w coś, co ma wymiar szczęścia opartego na wspólnym życiu, to trzeba zacząć to codzienne życie żyć. Ekscytacja tego nie załatwi, to nie jest kwestia pigułki szczęścia, tylko codziennego bycia w tym, co się wytwarza każdego dnia między ludźmi. Pierwsze uczucia, pierwsze spotkania – to fundamenty, na których buduje się dalej. Wtedy tworzy się połączenie, które daje szczęście. To jest zupełnie inna jakość niż zakochanie.

Warto wspomnieć, że dla wielu samo znalezienie drugiej osoby, z którą przez lata na co dzień dobrze czujemy się w tej samej przestrzeni, może być sporym wyzwaniem. Ten ktoś nas nie drażni, nie irytuje swoją obecnością, po prostu nam nie przeszkadza. To jest duża i niedoceniana wartość, a żeby na kogoś takiego trafić, trzeba mieć szczęście.

Droga do szczęścia wiedzie przez kryzysy?
Relacja, jak każdy byt, ewoluuje, i ta ewolucja dzieje się przez coś, co się jej przydarza. Obydwu osobom albo jednej z nich. Zazwyczaj któraś ze stron bardziej czuje impuls do nowego, a wtedy druga najczęściej obstawia to stare i w końcu dochodzi do konfliktu. Jeśli osoba oporująca w końcu nie pójdzie za zmianą, ludzie przestają być razem. Po prostu. Nie da się zatrzymać czasu, życie musi się zmieniać, musi iść naprzód. Jeśli jedna osoba potrzebuje zmiany, dotyczy to też relacji. Oczekiwanie, że ktoś zatrzyma się w miejscu, powoduje, że relacja traci energię, gnuśnieje w starych wzorcach. Ludzie potrzebują się rozwijać czy choćby adaptować do ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Dlatego na przykład nie da się w nieskończoność być w fazie romansu. On mija i pojawia się nowa forma dla relacji i trzeba w nią wejść. Relacje mają naturalne fazy, ale nie przechodzi się w nie gładko. Transformacja zawsze oznacza emocjonalne komplikacje.

Jeśli udaje się nam przejść razem do następnego etapu, dotykamy szczęścia?
Kiedy ludziom uda się pogadać ze sobą, zrozumieć się, zobaczyć nawzajem w tych trudnych sytuacjach i odzyskać kontakt – to jest to szczęśliwy moment. Nie wiem, czy superradosny. Ale jest to spotkanie, które daje poczucie szczęścia. Przeżywanie tego razem jest kluczowe.

Michał Duda, psycholog, psychoterapeuta; współzałożyciel Instytutu Psychologii Procesu; pracuje w ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Obłaskawić tyrana. Jak zapanować nad nadgorliwym umysłem?

Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. W efekcie żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które jest jedynie mrzonką. (Fot. iStock)
Umysł to genialny produkt naszego mózgu. Stworzony po to, by pomagać, jednak ciągle nam bruździ i miesza szyki. Dlaczego to robi? Czy nie gramy w jednej drużynie? Owszem – i on stara się, jak może, żeby służyć nam zawsze i wszędzie. Sęk w tym, że bywa nadgorliwy i dominujący. Dlatego, aby wieść w miarę spokojne i szczęśliwe życie – trzeba nad nim zapanować.

Jego funkcja od początku była jasna: miał nam zapewnić przetrwanie, chronić przed niebezpieczeństwem. Musiał więc być bardzo czujny, wypatrywać zagrożenia. I stał się wyspecjalizowanym oceniaczem, który nieustannie sprawdza: Dobre – złe? Bezpieczne – niebezpieczne? Pomocne czy szkodliwe? Kiedyś ostrzegał przed wilkiem czy niedźwiedziem, dziś uderza na alarm w zgoła innych okolicznościach: przewiduje utratę pracy, odrzucenie, ośmieszenie, porażkę. Węszy podstęp, nawet kiedy nie ma najmniejszego zagrożenia dla naszego życia czy zdrowia. Rezultat? Marnujemy mnóstwo czasu na zamartwianie się rzeczami, które prawdopodobnie nigdy się nie zdarzą.

Ale to nie wszystko. Terapeuta ACT, dr Russ Harris, autor książki „Pułapka szczęścia”, zwraca uwagę, że w minionych epokach warunkiem przetrwania człowieka była przynależność do grupy. Wykluczenie z niej oznaczało śmierć. W naszym mózgu wciąż tkwi lęk przed takim scenariuszem – stąd potrzeba ciągłego sprawdzania swojej pozycji w grupie i porównywania się z innymi. Czy jestem przydatny? Czy dość się staram? Czy mnie akceptują? Ileż energii tracimy, zabiegając o aprobatę innych i próbując się „naprawić”, przystosować, przypodobać! Ale też tropiąc własne wady i niedociągnięcia... To nie ma końca! Zawsze znajdą się lepsi od nas – mądrzejsi, piękniejsi, silniejsi, bogatsi – zwłaszcza że poprzez powszechny dostęp do mediów liczba osób, z którymi możemy się porównywać, jest przytłaczająca. Podsumowując: żyjemy pod presją, w poczuciu gorszości i niedostatku, tworzymy czarne scenariusze i fantazjujemy o szczęściu, które w tych warunkach jest jakąś mrzonką... Ratunku!

W kole kontroli

Zanim zajmiemy się wychodzeniem z pułapki, poznajmy ją nieco lepiej, żeby mieć świadomość, gdzie utknęliśmy. Poznajmy mity dotyczące szczęścia. Pierwszy, jaki przywołuje Russ Harris, mówi:
„Szczęście jest naturalnym stanem wszystkich istot ludzkich”
Cóż, statystyki dotyczące depresji, prób samobójczych, zaburzeń psychicznych niekoniecznie to potwierdzają... Nie oszukujmy się: szczęście w czystej postaci jest rzadkością. Jeśli wierzysz, że inni są szczęśliwi, tylko tobie z jakiegoś powodu się nie udaje – jesteś w pułapce.

Drugi mit jest konsekwencją pierwszego:

„Skoro nie jestem szczęśliwy, coś musi być ze mną nie tak”
Przy takim założeniu cierpienie psychiczne wydaje się odstępstwem od normy, chorobą albo (zasługującą na potępienie) słabością. A przecież jest ono elementem ludzkiego losu!

Trzeci mit brzmi niegroźnie, ale może przysporzyć wielu frustracji:

„Żeby zmienić swoje życie na lepsze, musimy wyeliminować z niego trudne emocje”
Wyeliminować? Bardzo nierealistyczna wizja. Trudno cokolwiek zmienić, dokądkolwiek dojść bez doświadczenia po drodze niemiłych doznań – choćby niepokoju, zniecierpliwienia...

I wreszcie czwarty mit, będący kropką nad „i” oraz nakazem nad nakazami:

„Kontroluj swoje myśli i uczucia”
To żądanie niemożliwego! Po prostu nie jesteśmy w stanie tego zrobić, a na pewno nie w takim stopniu, jak byśmy sobie tego życzyli. Tym, co podlega kontroli, są nasze zachowania – myśli, uczucia rządzą się innymi prawami. Wizualizacje, afirmacje, autohipnoza? Cóż, mogą wpływać na samopoczucie, przynieść chwilową ulgę, ale nie usuną negatywnych myśli czy emocji – twierdzi Harris. One wracają, a my czujemy się nieskuteczni, przegrani, może nawet źli... Mity dotyczące szczęścia „wplątują nas w walkę z naszą własną, ludzką naturą, a z nią nie możemy wygrać” – uważa terapeuta. Pułapka rodzi się z tej walki.

Na czele całej rozgrywki stoi, oczywiście, nasz umysł z jego obsesją kontroli. Jest wielki – trudno temu zaprzeczyć. Zdolny do planowania, organizacji, skomplikowanych analiz, uczenia się. Dzięki niemu jesteśmy w stanie kształtować otaczający nas świat, rozwiązywać wiele złożonych problemów. Ale wewnętrzny świat działa inaczej. To, co miało być rozwiązaniem, często staje się tu dodatkowym problemem. Załóżmy, że sięgasz po alkohol, żeby poprawić sobie nastrój, a następnego dnia czujesz się jeszcze gorzej. Do tego uzależniasz się. Albo, w lęku przed odrzuceniem, unikasz ludzi, zaczynasz prowadzić samotnicze życie i... czujesz się odrzucony przez wszystkich. Nie da się ukryć: nasze strategie kontroli (oparte najczęściej na walce lub ucieczce) zawodzą. Wielu psychologów mówi przy tej okazji o mechanizmie unikania doświadczenia. Russ Harris nazywa go po prostu błędnym kołem. „Unikanie doświadczenia jest główną przyczyną depresji, lęków, uzależnienia od narkotyków i alkoholu, zaburzeń odżywiania i wielu innych problemów natury psychologicznej. Tak właśnie wygląda pułapka szczęścia: by doznać szczęścia, staramy się unikać niechcianych uczuć lub je eliminować – ale im mocniej się staramy, tym więcej ich wywołujemy”.

Naszła mnie myśl...

Umysł jest porywającym bajarzem. Zawsze ma jakąś historię na podorędziu. Co więcej – bardzo logiczną, wiarygodną, przekonującą. Kiedy przedstawia nam swój ogląd sytuacji, poparty rozlicznymi argumentami, trudno mu nie wierzyć. Sęk w tym, że większość audycji, które nadaje w trybie ciągłym, ma dość negatywny wydźwięk. Zwykle dowiadujesz się z nich, że nie dasz rady albo w ogóle jesteś do niczego. Być może największą pułapką, w jaką wpada ludzkość (wręcz przekrętem na skalę światową!), jest dawanie wiary myślom. Uznajemy je za ważne, prawdziwe, cenne albo i mądre. Czy takie są? Owszem, niektóre z nich mogą być użyteczne, a nawet genialne. Zwykle łatwo to zweryfikować – o ile potrafimy zachować wobec nich dystans. Takie zdystansowanie to jedna z cenniejszych życiowych umiejętności.

Jak to zrobić? Sposobów jest wiele. Zamiast „kupować” coś, co objawia ci umysł (zwłaszcza gdy rzecz dotyczy osądów pod twoim adresem), możesz stwierdzić: „Naszła mnie myśl, że...”. Albo wyśpiewać ją na wybraną melodię (najlepiej kilka). Nie wdajesz się w dyskusje, po prostu bawisz się słowami. Bo w końcu tym jest myśl – ciągiem słów. Pomocne bywa też nazwanie opowieści umysłu. Ach, to ta o fajtłapie! Ta jest o brzyduli, leniu, ta o niedawaniu rady, a ta o życiu do bani. Znam, znam... Może się pojawiać i znikać, kiedy chce, podczas gdy ty robisz swoje – to, co lubisz i cenisz. Jesteś trochę jak celebryta, o którym opowiadają niestworzone historie, a ty je ignorujesz. No, chyba że wolisz zajmować się sprostowaniami... W zdystansowaniu nie chodzi o kontrolę, tylko o akceptację. Nie znaczy to, że mamy lubić swoje myśli czy uczucia; ważne, by przestać z nimi walczyć. Nie szarpać się z własnym umysłem, uwolnić się spod jego tyranii. Przy okazji możesz poczuć się lepiej, ale potraktuj to jako skutek uboczny, nie główny cel – ostrzega Russ Harris. „Jeśli spodziewasz się, że zdystansowanie się do jakiejś myśli pomoże ci się jej pozbyć, to przygotuj się na rozczarowanie; znowu dałeś się złapać programowi kontroli i uwięzić w pułapce szczęścia. Musisz zaakceptować swoje myśli, a nie pozbywać się ich”.

Szach-mat, pas

To, że nie możemy ufać własnemu umysłowi, że tak często dajemy się mu wyprowadzić w pole – jest dość deprymujące. To jakbyśmy korzystali z oprogramowania, które nie do końca sprawdza się w dzisiejszej rzeczywistości, a nie da się go zaktualizować. Do czego się odwołać? Terapia ACT wprowadza ważne rozróżnienie: na myślące „ja” (czyli umysł) i „ja” obserwujące. To drugie jest aspektem ludzkiej świadomości, do niedawna ignorowanym przez psychologię. Tymczasem – jak zapewnia Russ Harris – uzyskanie dostępu do tej części siebie pozwala na głębsze przekształcenie relacji z niepożądanymi myślami i uczuciami. Jak już wiemy – myślące „ja” ocenia, ostrzega, dyskutuje, krytykuje, analizuje, porównuje, wyśmiewa, oskarża. Obserwujące „ja” natomiast jest ciche. Rejestruje wszystko bez wartościowania. Niczego nie odrzuca. Jest niezmienne, zawsze obecne, ale ponieważ nie raczy nas opowieściami, nie zauważamy go. Zapominamy o nim (o ile w ogóle zdajemy sobie sprawę z jego istnienia). Co za strata!

Obserwujące „ja” odpowiada za koncentrację i świadomość (bywa też utożsamiane z tą ostatnią). Dzięki niemu możemy z łatwością przenosić uwagę na to, co dla nas naprawdę ważne. Oznacza to, że nie musisz podejmować wysiłków, by wyłączyć stację, w której nadaje umysł, czy zmienić audycję na bardziej optymistyczną. Zamiast tego dokonujesz swoistego przesunięcia: coś jest na pierwszym planie, a coś w tle, niczym poszum wiatru za oknem. Nie będziesz chyba szarpać się z wiatrem?

Jak nawiązać kontakt z obserwującym „ja”? Russ Harris poleca technikę dziesięciu głębokich, wolnych oddechów. Wykonując je, obserwuj klatkę piersiową, brzuch, ramiona, ruch powietrza. Niech myśli i obrazy wędrują w tle, jak przejeżdżające samochody. Za każdym razem, gdy jakaś myśl będzie chciała zabrać cię na wycieczkę, wróć łagodnie do obserwacji. Praca z oddechem to dobry punkt wyjścia do bardziej zaawansowanych praktyk. Weźmy rozszerzenie (więcej w ramce poniżej): robimy je, by przygotować miejsce dla nieprzyjemnych uczuć, doznań i potrzeb. Nawet jeśli są ogromne, ty jesteś większy! Dając im przestrzeń, przekonasz się, że nie są takie straszne. I że – po osiągnięciu punktu szczytowego – gotowe są opaść, odejść. Jak by to było otworzyć się na nie, zamiast spinać? Obserwować je, objąć oddechem, a potem uwolnić?

Obserwujące „ja” jest też kluczowe w procesie, który autor „Pułapki szczęścia” nazywa połączeniem. Chodzi o kontakt z chwilą obecną, angażowanie się w to, co właśnie robimy. Nie trzeba chyba przekonywać, że umysł nie jest tu dobrym pośrednikiem – raczej odcina nas od rzeczywistości. Obserwujące „ja” pozwala nam utrzymać więź ze światem i bieżącym doświadczeniem (ćwiczenie na połączenie znajdziesz w ramce na poprzedniej stronie).

Na koniec jeszcze jeden mit – dotyczący samooceny. Russ Harris zwraca uwagę, że samoocena to nic innego jak zbiór myśli na własny temat. Opinii, bo na pewno nie faktów! Tak naprawdę to opinia myślącego „ja”. Chcesz mieć wysoką samoocenę? Musisz przedyskutować temat z umysłem, sprawdzić, co się da wynegocjować. A potem udowadniać, że jesteś dobry, inteligentny, kompetentny... Zdaniem terapeuty przypomina to niekończącą się partię szachów. Figurami są twoje myśli i uczucia: „dobre” (białe) i „złe” (czarne). Atakujesz białymi pionkami („dostałem podwyżkę”, „chodzę regularnie na siłownię”), a czarne przypuszczają kontratak, wysuwając swoje argumenty. A gdyby tak wyjść z tej gry? „Opowieść o tym, że nie jesteś wystarczająco dobry, będzie do ciebie nieustannie powracać, bo tak właśnie wyewoluował ludzki mózg. Chcesz do końca życia z tym walczyć?” – pyta Harris. A może mógłbyś przestać patrzeć na siebie jak na białe czy czarne figury i uznać, że jesteś czymś więcej – że bliżej ci do niezaangażowanej w walkę szachownicy? Pewnie domyślasz się, do czego prowadzi ta metafora... Tak, do obserwującego „ja”! „To akceptacja w swojej najczystszej postaci” – pisze Harris. Nie można go skrzywdzić, obrazić, umniejszyć. Chcesz się do niego dostroić? Skup się na doznaniu, które jest akurat twoim udziałem, obserwuj je z ciekawością. Umysł będzie się wtrącać, komentować, wciskać swoje opowieści. Jeśli złapiesz się na tym, że mu wierzysz, zrób krok do tyłu i obserwuj – radzi terapeuta. Teraz wystarczy, że skupisz się na postaci obserwatora, i będziesz mógł zobaczyć prawdziwego siebie.

„Piątka” - ćwiczenie na połączenie

To ćwiczenie ma pomóc ci zająć centralną pozycję w otoczeniu i połączyć się z nim. Wykonuj je po kilka razy dziennie, zwłaszcza wtedy gdy zauważysz, że błądzisz myślami albo zanadto koncentrujesz się na swoich uczuciach. Dzięki niemu szybko powrócisz do tu i teraz.
  • Przerwij to, co akurat robisz.
  • Rozejrzyj się i wybierz z otoczenia pięć przedmiotów.
  • Wytęż słuch i zarejestruj pięć odgłosów.
  • Zwróć uwagę na pięć rzeczy mających kontakt z twoim ciałem.
Źródło: Dr Russ Harris, „Pułapka szczęścia”, Studio Astropsychologii

Rozszerzenie

Pomyśl o czymś, co budzi twój niepokój albo wywołuje napięcie. Skup się na problemie, aż poczujesz się nieswojo.

Krok 1: Obserwacja. Skoncentruj się na doznaniach ciała. Przeskanuj je, określ, co czujesz i w których miejscach. Poszukaj doznania, które najbardziej ci przeszkadza, przyjrzyj mu się uważnie. Zwróć uwagę, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Jaki ma kształt? Jak głęboko sięga? W którym miejscu jest najsilniejsze, a gdzie najsłabsze? Jest lekkie czy ciężkie? Ciepłe czy chłodne? Pozostaje w bezruchu czy się porusza?

Krok 2: Nabranie tchu. Zacznij od kilku głębokich oddechów – im będą wolniejsze, tym lepiej. Zadbaj, by każdy oddech kończył się całkowitym opróżnieniem płuc (pomoże to ciału się rozluźnić). Oddychaj powoli i głęboko, wyobrażając sobie, że dmuchasz na to doznanie. Poczuj, jak twój oddech je opływa, jakbyś tworzył dodatkową przestrzeń wewnątrz ciała. Daj mu trochę miejsca.

Krok 3: Uwolnienie. „Uwolnienie” oznacza, że pozwalasz doznaniu istnieć, chociaż wcale ci nie odpowiada. Gdy twój umysł zacznie komentować to, co robisz, podziękuj mu i wróć do obserwacji. Oczywiście, może pojawić się potrzeba walki z danym doznaniem albo odepchnięcia go od siebie. Rozpoznaj ją, ale nie angażuj się. Wróć do dręczącego cię doznania. Nie próbuj go wyeliminować ani zmienić. Jeśli zmieni się samo z siebie, to dobrze. Jeśli nie – też dobrze. Celem nie jest modyfikowanie go ani wymazywanie. Masz pozwolić, żeby istniało, nawet jeśli za nim nie przepadasz.

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.

  1. Psychologia

Przebudzenie świadomości – czy daje odpowiedź na pytanie „kim jestem”?

Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. (Fot. iStock)
Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. (Fot. iStock)
Żyjemy w czasach nieznanego dotąd potencjału: powszechnego budzenia się świadomości. To, co kiedyś było zarezerwowane dla garstki nielicznych, teraz jest dostępne dla wszystkich. Możemy przebudzić się, pozostając zwykłymi ludźmi. Możemy to zrobić w tej chwili. Teraz. To jest tak proste jak oddychanie, twierdzą ci z nas, którzy już to wiedzą. Do czego się budzimy?

W samym centrum naszego istnienia kryje się jedno pytanie. Żyje w każdym wyzwaniu, z jakim kiedykolwiek będziemy się mierzyć. I w każdym wyborze, jakiego kiedykolwiek dokonamy. Stanowi fundament każdej decyzji. Pojawia się we wszystkim, co robimy. Pytanie leżące u podstaw wszystkich pytań brzmi: Kim jesteśmy? Odnalezienie odpowiedzi na nie jest absolutnie kluczowe. Niezbędne. O tym właśnie jest książka „Głęboka prawda. Ostatnia szansa ludzkości” Gregga Bradena, nazywanego pionierem łączenia nauki i duchowości. Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. Na naszych oczach wyłania się nowy, wspólny i oparty na współpracy świat, pisze Braden. Jednocześnie niestabilny świat przeszłości walczy o przetrwanie. Oba światy wciąż istnieją – na razie.

Przez chwilę się nie poruszaj

Historia Gangaji, światowej nauczycielki budzenia świadomości, może być zwierciadłem zmian, jakie czekają nas w najbliższych latach. Gangaji (wł. Toni Roberson) jest współczesną Amerykanką, która przeszła drogę „od osobistej historii cierpienia”, jak pisze w książce „Diament w twojej kieszeni”, do „życia na gruncie radości”. Według powszechnych standardów prowadziła cudowne życie, była zdrowa, głęboko zakochana w drugim mężu, rozwijała karierę. Miała dobre relacje z córką. „Mimo to chciałam więcej i bałam się stracić to, co miałam – pisze. – Nadziei na przyszłość często towarzyszył paniczny lęk przed tym, co może się wydarzyć. To bardzo wyczerpujące. Byłam sobą rozczarowana, a jednocześnie męczyły mnie codzienne próby naprawiania tego, co przeżywałam, i jaka byłam. Utknęłam w osobistym cyklu cierpienia. Kiedy taki cykl powtórzy się milion razy, staje się dobrze znany”.

Pytała siebie, jak to możliwe, że jest relatywnie szczęśliwa, nawet czasami głęboko spełniona, a mimo to odczuwa tęsknotę za czymś, czego nie potrafi nawet nazwać? Pragnęła wolności od walki, od wszystkich swoich zapętleń i fałszywych przekonań. Pragnęła wiedzieć, czy istnieje ostateczna, absolutna prawda. Chciała życia, a nie historii cierpienia. „Co mam robić?” – zapytała nauczyciela. Jego odpowiedź była prosta, a zarazem szokująca: „Nie rób niczego. Zatrzymaj wszystkie poszukiwania i wymówki, zobacz, co już jest tutaj. Nie poruszaj się w kierunku czegoś i nie uciekaj od niczego. W tej jednej chwili bądź nieruchoma”. Dotarło do niej, że nauczyciel prosi, aby zatrzymała całą mentalną aktywność. Szybko w umyśle pojawiły się wątpliwości, lęk, panika, że gdy przestanie myśleć, wtedy nie zadba odpowiednio o ciało, w ogóle nie wstanie z łóżka, nie będzie w stanie prowadzić samochodu, nie pójdzie do pracy. Czuła, że jeśli przestanie szukać, utraci wszystko, co do tej pory zdobyła. Jednak siła, jasność i pewność w oczach nauczyciela sprawiły, że strumień myśli w jej głowie zatrzymał się; zatrzymało się podążanie za myślami i wiara w kryjące się za nimi dramaty. W jednej chwili odnalazła spełnienie i pokój. Na spotkaniach z ludźmi na całym świecie opowiada o tym momencie przebudzenia: „Wszystko, cokolwiek i kiedykolwiek mogłam chcieć, było już obecne jako tło czystego odwiecznego istnienia. Całe cierpienie, które określałam i wiązałam z „ja” lub „mnie”, znalazło się w przestrzeni promiennego bycia. A co najważniejsze – rozpoznałam, że właśnie to istnienie jest prawdą o tym, kim jestem. Doszło do istotnego przesunięcia uwagi z mojej osobistej historii cierpienia na nieskończoną głębię bycia, która zawsze istniała pod powierzchnią tej historii. Co za spokój! Co za ulga! Jakie odprężenie! A więc nie jestem ograniczona żadną historią! Prostota tego, co do mnie dotarło w tamtej chwili, była trudna do ogarnięcia. Wcześniej myślałam, że to nie może być takie proste. Wpojono mi, że dopóki nie będę wolna od grzechu, chciwości, agresji, nienawiści i karmy, nie mogę dosięgnąć tego miejsca”.

Gdy ludzie pytają ją, w jaki sposób przeżywa teraz swoje życie, mówi: „Przestałam szukać spełnienia w umyśle czy zewnętrznych okolicznościach, ponieważ zdałam sobie sprawę, że są nietrwałe i zmienne, że nie można na nich polegać. Ciągle od czasu do czasu pojawiają się momenty nieszczęścia, złości, przykrości, różne nastroje, które przemijają, ale to wszystko odbywa się na podłożu radości. Wszystkie nastroje, stany umysłu, uczucia wskazują na to samo źródło – bezkresne niebo czystej i wolnej świadomości, która jest prawdą o tym, kim jesteśmy”.

Zaprasza nas, abyśmy się zatrzymali – tylko w tej chwili. To nie znaczy, że mamy zatrzymać się do końca życia, nigdy nie wyjść z domu, nigdy nie opowiadać żadnej historii czy nigdy już nie myśleć. To zaproszenie, by zatrzymać wszystko po to, aby w tej właśnie chwili zwyczajnie być. W istocie wszystko, co potrzebne, to jedna chwila prawdziwego zatrzymania. Jeśli się zatrzymasz i udzielisz wsparcia każdej bieżącej chwili, twoje życie zapłonie miłością, mówi i pisze Gangaji.

Budzi się czujna obecność na to, że jesteśmy czystą i wolną świadomością. Czujna obecność jest wyborem, aby w każdej chwili poddać się prawdzie o jedności wszystkiego, co jest. Co zawsze jest tutaj? Co pozostaje, gdy wszystko przemija i dobiega końca? To, co pozostaje, jest godne zaufania.

Jak wyglądałyby nasze intymne związki, gdyby była w nich uważność i świadomość, że wszystko jest jednością? A jak wyglądałaby z tej perspektywy praca, którą wykonujemy? I wszystkie inne związki, które tworzymy? W jaki sposób dbalibyśmy o siebie, o wspólnoty, które tworzymy, i o przyrodę?

Niektórzy nazywają ją guru, inni nauczycielką, ona mówi o sobie, że jest zwykłą kobietą i niczym się od nas nie różni. Wszyscy jesteśmy odbiciami jednej esencji świadomości. Świadomość jest wolna, dlatego i my jesteśmy wolni.

<!--jt:related class="left" src="https://zwierciadlo.pl/js/tiny_mce/plugins/jtinfobox/img/related.png" />

Przyjaciółki

Dziennikarka Rita Marie Robinson przeprowadziła fascynujące wywiady z kobietami w różnym wieku, które w świecie prowadzą grupy obecności i uważności. Zebrała je w zbiór: „Zwyczajne kobiety, niezwykła mądrość. Kobiecy wymiar przebudzenia”. Wszystkie żyją zwyczajnie – mają dzieci, mężów, psy, obiady do ugotowania, rachunki do zapłacenia. Mimo że doświadczają – jak my wszyscy – nieuchronnych zmian, rozwodów, chorób, konfliktów i śmierci, promienieją spokojem i radością. Nie mówią o sobie, że są nauczycielkami, ponieważ to sugerowałoby, że wiedzą coś, czego my nie wiemy. Nazywają siebie „przyjaciółkami”. A oto, co mówią te zwyczajne niezwykłe kobiety o swojej przebudzonej świadomości:

„Cały czas usiłowałam naprawić osobowość; byłam nie taka, chciałam być »lepsza«. Jeśli myślisz, że jesteś »kimś«, osobowość stworzy problemy na nowo. Cała moja praca nad tym zagadnieniem była daremna i upokarzająca. To tak, jakbyś chciała zacerować sweter w jednym miejscu, a on pruje się gdzie indziej. Moją prawdziwą naturą jest przestrzeń, otwartość, a nie myślący umysł”.

„Pojawiają się wszystkie uczucia, jakie można sobie wyobrazić: smutek, złość, szczęście. Jednocześnie czuję się głęboko odprężona. To dla mnie znak, że coś ulega głębokiej przemianie”.

„Spoglądam w czyjeś oczy i widzę tę iskrzącą, łagodną, przyjazną obecność bez względu na pomysły ego, jak ta osoba powinna wyglądać i jaka być”.

„Po prostu odpowiadam temu, co dzieje się z chwili na chwilę. Łatwo zauważyć, że życie oddycha przeze mnie i stale mnie ożywia. Jeśli spojrzymy wstecz, zobaczymy, że życie zawsze o nas dbało. Życie jest bardzo, bardzo mądre”.

„Życie samo troszczy się o wszystko. Czemu nie odpuścić i nie pozwolić, aby zajęło się naszymi sprawami? Dlaczego nie zaufać tej sile, która sprawia, że trawa rośnie?”

„Gdy prowadzę zajęcia lub rozmawiam z ludźmi, to życie rozmawia samo ze sobą”.

„Sprzątam dom i gotuję obiady. To jest to samo życie co wcześniej, ale zmartwienia zmniejszyły się o 90 procent, a poczucie oddzielenia o 98 procent”.

„Jest tylko istnienie, więc w rzeczy samej nie ma kobiet ani mężczyzn. Jestem zwolenniczką braku różnic, ale te przejawy niepowtarzalności są tak cudowne, że wątpię, aby ktokolwiek chciał z nich zrezygnować”.

„Każdy przejaw istnienia – smutek, radość, żal, wyrzuty sumienia – wszystko pragnie mieć we mnie swoje miejsce. Istnienie to łagodne zaproszenie, by wszystko przyjąć do serca”.

„Miłość i czułość są naturalnie obecne”.

„Mądrość to ufać temu, co jest głębiej niż myśli, temu, co jest żywe; co kocha życie i pragnie mu służyć”.

„Poczucie błogości nie pochodzi z ucieczki, ale z bycia obecną i z mówienia prawdy. Najważniejsze, by mówić prawdę i ufać sobie. Mówić prawdę coraz odważniej i ufać sobie coraz bardziej. To nie ma końca”.

„Chociaż cała mądrość i miłość wszechświata już jest wewnątrz nas, jedynie serce o tym wie. Dla racjonalnego umysłu to po prostu zbyt wiele. Serce zna drogę i można mu zaufać”.

„W sercu jesteśmy dobrocią. Nie ma przymusu, aby stawać się dobrym, ponieważ to, kim jesteśmy, to sama dobroć”.

„Znaczną część życia poświęciłam na poszukiwanie miłości – tak bardzo jej pragnęłam. W końcu uświadomiłam sobie, że sama jestem miłością i że ona jest właśnie tu, we mnie. Och, to było bardzo zwyczajne doświadczenie tej ogromnej miłości!”

„Mam całkowite zaufanie do tego, co jest. Doświadczam ciszy w samym środku wszelkich zawirowań”.

„Ta namiętna obecność jest we wszystkim; gdy gotuję, sprzątam, wychodzę z psem, prowadzę zajęcia, rozmawiam z sąsiadką”.

„Właśnie w tym momencie, dokładnie tu, gdzie jestem, jest święta ziemia i święta chwila”.

„Po prostu wszystko zaczyna dziać się samo”.

Czy to wszystko, o co chodzi w życiu?

Pierwszym impulsem do przebudzenia świadomości może być… sukces. Albo porażka. I sukces, i porażka stają się lekarstwem na naszą globalną chorobę – zniechęcenie i poczucie bezsensu. Gdy określamy siebie w oparciu o to, co na zewnątrz, możemy być zaskoczeni, że wciąż odczuwamy pustkę. Pytamy rozczarowani: „Czy to wszystko, o co chodzi w życiu?”. Głęboko w sobie wiemy już, że to nie działa. Gdy ponosimy porażkę, próbując osiągnąć cel, po wielkich trudnościach w końcu poddajemy się. Zarówno całkowita porażka, jak i pełen sukces wskazują drogę do wewnętrznego spokoju i radości, ponieważ roztrzaskują iluzję, że osiągnięcie celu da szczęście i zakończy cierpienie. Droga do celu najczęściej bywa walką. Wierzymy, że walka w końcu przyniesie nam trwały spokój. Jednak spokoju nie można odnaleźć poprzez walkę, to sprzeczność sama w sobie. Rozczarowanie wysiłkami i głęboka tęsknota w sercu budzą nas do nieruchomej ciszy czystej świadomości, którą jesteśmy.

Frank Kinslow, lekarz, twórca metody samouzdrawiania, którą nazwał synchronizacją kwantową, pisze w swojej książce „Eufouczucie!”, że jedyna rzecz, która stoi między nami a spokojem to myśl, że życie wymaga naprawy. „Zaakceptuj, że życie jest, jakie jest, i zaprzestań walki, by je zmienić. To, co zajmie miejsce walki, to spokój. To tyle. Koniec historii. Koniec cierpienia”.

Ten wybitny lekarz zwraca uwagę, że żadna proklamacja pokoju na świecie niezależnie od tego, jaka wzniosła organizacja ją głosi, nie może go zapewnić. Pokój na świecie zostanie osiągnięty tylko wtedy, gdy jednostki tego świata będą w pokoju z samymi sobą. Nie jest tak, że problem światowego pokoju jest zbyt wielki czy zbyt skomplikowany. Rozwiązanie problemu dysharmonii świata jest nie tylko osiągalne, ale proste. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, by już teraz przywrócić pokój w każdym z nas.

W połowie ubiegłego stulecia znany psycholog Abraham Maslow badał zdrowych ludzi i nazwał ich „jednostkami realizującymi się”. (Dzisiaj powiedzielibyśmy „przebudzonymi”). Realizujący się są świadomi wewnętrznej jedności. Świadomie połączyli zewnętrzny chaotyczny świat z wewnętrzną spójnością, która odzwierciedla harmonię i radość w codziennym życiu. Zachwycają się pięknem nawet zwykłych spraw, ponieważ dostrzegają w nich świętość. Są z natury motywowani przez prawdę, piękno i sprawiedliwość, a nie strach, chciwość i manipulację. Są tymi, którzy naturalnie żyją w spokoju i radości. Ich świadomość jest czysta. Realizujący się mają potężny, harmonizujący wpływ na swoje środowisko, pisze Frank Kinslow. Gdy zbierze się razem dwóch lub więcej, ich wpływ podnosi się do kwadratu. Oznacza to, że dwoje realizujących się przebudzonych ludzi posiada harmonizującą moc czterech osób. Cztery osoby mają moc 16. 16 to ekwiwalent 256 osób, a 256 osób jest równe 65 536 osobom itd. Potrzeba jedynie pierwiastka kwadratowego jednego procentu populacji, by stworzyć fazę przejściową do wyższej świadomości. Pierwiastek kwadratowy jednego procentu populacji wpłynie pozytywnie na życie ludzi w danym mieście, nawet jeśli nie są oni świadomi realizujących się. To niewiarygodnie mała liczba! Jeden procent milionowego miasta to dziesięć tysięcy osób. Pierwiastek kwadratowy z tej liczby to sto osób! Wystarczy sto osób o przebudzonej świadomości, by mogły mieć podnoszący na duchu, harmonizujący i uzdrawiający wpływ na milionowe miasto. By rozprzestrzenić po świecie pokój i dobrobyt, potrzebujemy jedynie ośmiu tysięcy przebudzonych osób.

Wygląda na to, że mamy przed sobą bardzo proste zadanie: Odnaleźć pokój w sobie, tylko tyle. Nasza odkryta na nowo świadomość ogrzeje świat.