1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Skala stresu a granice naszych możliwości

Skala stresu a granice naszych możliwości

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Codzienne bodźce są nam potrzebne, żeby wstać z łóżka, wyjść do pracy, ale i spełniać marzenia… chyba że przekroczą granicę naszych możliwości. Jak do tego nie dopuścić – radzi psycholog Dorota Szczygieł.

Stres ma ostatnimi laty bardzo czarny PR. Aż strach zadać pytanie, czy może być też pozytywnym doświadczeniem…

Ale stres jako taki jest naszym przyjacielem. Stres, czyli nacisk, jest niezbędny, żebyśmy mogli funkcjonować. Gdybyśmy nie mieli żadnych wyzwań zewnętrznych, toby nam się nie chciało nawet wstać z łóżka, to kwestia dopływu bodźców, stymulacji. Problem zaczyna się wtedy, kiedy obciążenie bodźcami jest zbyt duże. To, kiedy pojawia się ten moment krytyczny, zależy oczywiście od osoby, od tego, jak postrzega daną sytuację: jako wyzwanie czy obciążenie. Duże znaczenie ma także to, jakie mamy zasoby fizyczne, psychiczne oraz wartości, a w związku z tym, czy jesteśmy bardziej pesymistyczni, czy optymistyczni.

Zasadniczo stres to coś w rodzaju psychicznego nacisku, np. myśl: „o 10.00 muszę zadzwonić do klienta”. Stresem są też święta Bożego Narodzenia, nasz ślub czy narodziny dziecka. Wszystkie one są jak najbardziej pozytywnymi zdarzeniami, ale wymagają od nas mobilizacji, gotowości do działania. Są też takie zdarzenia jak choroba, nasza czy partnera, wyjazd dzieci na studia – trudno jednoznacznie powiedzieć, jak dana sytuacja wpłynie na człowieka. Jeśli siła bodźców zewnętrznych przekroczy próg jego wytrzymałości, okaże się destrukcyjna i będziemy ją postrzegali oraz doświadczali jako dystres.

Czyli stres wywołują w nas sytuacje obciążające emocjonalnie, niezależnie od tego, czy dane emocje są pozytywne, czy nie?

Tak, ale w zależności od tego, jak sobie z tymi emocjami radzimy, stres może być większy lub mniejszy. Dla jednych publiczne wystąpienie jest tylko mobilizacją, innym na wieść o tym, że mają przemówić do większego grona, miękną kolana. Różnie reagujemy na sytuację krytyki czy kłótni, jedni długo nie mogą się uspokoić, z innych napięcie schodzi od razu. Radzenia sobie ze stresem uczymy się już w dzieciństwie, obserwując bliskich nam dorosłych. Czy wpadają w histerię, czy potrafią przewidzieć pewne sytuacje i zaplanować swoje przyszłe zachowanie. Przecież skoro wiemy, że boimy się wystąpień publicznych, a właśnie takie nas czeka, możemy je sobie „na sucho” przećwiczyć. Powinno uczyć się tego już małe dzieci.

(…)

Czytaj cały artykuł „Kiedy za dużo jest naprawdę za dużo” w dodatku SESN na STRES.

Co zrobić, gdy wszystko Cię wkurza i nie radzisz sobie z trudnymi emocjami? Gdzie tkwi źródło codziennych frustracji? Czym jest skala stresu? Skąd czerpać odwagę? I jak się wreszcie w pełni zrelaksować?

W najnowszym kwartalniku mnóstwo porad i sprawdzonych sposobów na spadki nastroju, nadmierne napięcie i gonitwę myśli.

Antystresowy poradnik dostępny na rynku do 10 marca 2015.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gdy stres przekracza granicę naszych możliwości...

Jak radzić sobie z nadmiarem stresu? Czy na stresogenne sytuacje możemy przygotować się już wcześniej? (fot. iStock)
Jak radzić sobie z nadmiarem stresu? Czy na stresogenne sytuacje możemy przygotować się już wcześniej? (fot. iStock)
Codzienne bodźce są nam potrzebne, żeby wstać z łóżka, wyjść do pracy, ale i spełniać marzenia… chyba że przekroczą granicę naszych możliwości. Jak do tego nie dopuścić – radzi psycholog Dorota Szczygieł.

Stres ma ostatnimi laty bardzo czarny PR. Aż strach zadać pytanie, czy może być też pozytywnym doświadczeniem… Ale stres jako taki jest naszym przyjacielem. Stres, czyli nacisk, jest niezbędny, żebyśmy mogli funkcjonować. Gdybyśmy nie mieli żadnych wyzwań zewnętrznych, toby nam się nie chciało nawet wstać z łóżka, to kwestia dopływu bodźców, stymulacji. Problem zaczyna się wtedy, kiedy obciążenie bodźcami jest zbyt duże. To, kiedy pojawia się ten moment krytyczny, zależy oczywiście od osoby, od tego, jak postrzega daną sytuację: jako wyzwanie czy obciążenie. Duże znaczenie ma także to, jakie mamy zasoby fizyczne, psychiczne oraz wartości, a w związku z tym, czy jesteśmy bardziej pesymistyczni, czy optymistyczni.

Zasadniczo stres to coś w rodzaju psychicznego nacisku, np. myśl: „o 10.00 muszę zadzwonić do klienta”. Stresem są też święta Bożego Narodzenia, nasz ślub czy narodziny dziecka. Wszystkie one są jak najbardziej pozytywnymi zdarzeniami, ale wymagają od nas mobilizacji, gotowości do działania. Są też takie zdarzenia jak choroba, nasza czy partnera, wyjazd dzieci na studia – trudno jednoznacznie powiedzieć, jak dana sytuacja wpłynie na człowieka. Jeśli siła bodźców zewnętrznych przekroczy próg jego wytrzymałości, okaże się destrukcyjna i będziemy ją postrzegali oraz doświadczali jako dystres.

Czyli stres wywołują w nas sytuacje obciążające emocjonalnie, niezależnie od tego, czy dane emocje są pozytywne, czy nie? Tak, ale w zależności od tego, jak sobie z tymi emocjami radzimy, stres może być większy lub mniejszy. Dla jednych publiczne wystąpienie jest tylko mobilizacją, innym na wieść o tym, że mają przemówić do większego grona, miękną kolana. Różnie reagujemy na sytuację krytyki czy kłótni, jedni długo nie mogą się uspokoić, z innych napięcie schodzi od razu. Radzenia sobie ze stresem uczymy się już w dzieciństwie, obserwując bliskich nam dorosłych. Czy wpadają w histerię, czy potrafią przewidzieć pewne sytuacje i zaplanować swoje przyszłe zachowanie. Przecież skoro wiemy, że boimy się wystąpień publicznych, a właśnie takie nas czeka, możemy je sobie „na sucho” przećwiczyć. Powinno uczyć się tego już małe dzieci.

Polacy są zestresowanym narodem? Badania wskazują, że Polacy są mocno obciążeni stresem i jest to związane głównie z ich życiem zawodowym. Organizacja Eurofunds, czyli Europejska Fundacja na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy, przeprowadziła w 2012 roku w 13 krajach europejskich (dodam, że z krajów Europy Centralnej były tylko Polska i Czechy) zakrojone na szeroką skalę badania, z których wynika, że w Polsce warunki pracy są uznawana za najcięższe – chodzi tu głównie o obciążenie godzinowe. Jesteśmy w czołówce w kwestii liczby przepracowanych godzin w tygodniu. Powszechnie występuje u nas zjawisko tzw. wielopracy, czyli pracowania jednocześnie w kilku miejscach, co dla wielu jest koniecznością, ale jednocześnie – zbyt wielkim wyzwaniem. I gdzie tu znaleźć czas na życie prywatne, rodzinę, znajomych?! Do tego dochodzi niepewność pracy i zatrudnienia, którą nie do końca wynagradza nam gratyfikacja finansowa, w związku z tym jeździmy na krótkie, około tygodniowe urlopy, a to zbyt krótki czas, by w pełni odpocząć i naładować uszczuplone całoroczną pracą zasoby. W konsekwencji pojawia się wypalenie zawodowe, depresja, przewlekłe zmęczenie. Zapominamy o aktywności fizycznej i kontakcie z naturą – a one bardzo pomagają w niwelowaniu skutków oddziaływania zbyt dużego stresu. Dopiero tworzy się w Polsce kultura regularnego uprawiania sportu i spędzania czasu na świeżym powietrzu, ideałem by było, gdyby weszło nam to w krew.

Na razie działamy głównie doraźnie? Tak i bierze się to głównie z braku umiejętności przewidywania trudnych sytuacji. Zwykle nie jesteśmy przygotowani na stres i kiedy nadchodzi, spada na nas jak grom z jasnego nieba i wtedy skupiamy się na zapanowaniu nad emocjami, co zabiera całą naszą uwagę i energię. Dlatego stres tak nas wypompowuje. Winne jest tu także wychowanie. Wpaja się nam, że niepokazywanie po sobie, co czujemy, jest dla nas korzystne. I owszem, zwykle warto nie okazywać publicznie wściekłości, niezadowolenia czy dezaprobaty, tyle tylko, że tłumienie wcale nie zmienia tego, co czujemy. Co więcej, wiąże się z większą aktywnością fizjologiczną (przyspieszone bicie serca czy drżenie rąk mogą nas zdradzić, więc wkładamy jeszcze więcej energii w powstrzymanie tych odruchów) i koniecznością ciągłego monitorowania swojego zachowania. A to potworny wysiłek.

Chcemy działać doraźnie? Proszę bardzo! Ale zamiast tłumienia emocji skupmy się na takim przeformułowaniu znaczenia trudnej sytuacji, aby wywoływała w nas jak najmniej niepożądanych emocji. Warto traktować trudne sytuacje jak wyzwania, zdarzenia, dzięki którym mogę się czegoś o sobie dowiedzieć. Zamiast zaciskać zęby podczas rozmowy ze sfrustrowanym klientem, mogę pomyśleć, że jest on po prostu zagubiony, że nie chce mnie obrazić, tylko załatwić swoją sprawę. Jednak podchodzenie z dystansem do trudnych sytuacji nie jest łatwe, ponieważ wymaga dość dobrze rozwiniętych kompetencji emocjonalnych i… wysiłku. I tu czasami koło się zamyka. Skąd czerpać siłę, skoro jesteśmy zmęczeni? Nie obejdzie się bez długofalowych działań. O każdą rzecz, którą posiadamy i którą chcemy się dłużej cieszyć, powinniśmy dbać. I zwykle dbamy. Jeździmy do warsztatu z samochodem, sprzątamy dom. Dlaczego więc nie dbamy o siebie? Ktoś, kto pali papierosy, nie wysypia się, na dodatek jeszcze niewłaściwie odżywia, będzie łakomym kąskiem dla stresu.

Po czym poznać, że stres już nas „napoczął”? Pierwsze negatywne skutki długotrwałego oddziaływania stresu odzwierciedlają się w ciele. Chyba, że odpowiednio je do tego przygotujemy, na przykład aktywnością fizyczną – to doskonały sposób na to, by nauczyć nasze ciało radzić sobie ze zwiększoną presją. Bardzo dobrze działa też relaksacja, możemy wykorzystać do niej różne techniki, od masażu po ćwiczenia oddechowe czy medytację, a na słuchaniu spokojnej muzyki kończąc. Jednak najważniejsze jest rozpoznawanie siebie: co mnie denerwuje, co pobudza, co uspokaja, co relaksuje. Korzystajmy z tego: przewidujmy sytuacje, które mogą być dla nas zbyt stresujące, i stosujmy działające na nas „środki uspokajające”. I uczmy tego swoje dzieci, od najwcześniejszych lat.

Dr Dorota Szczygieł psycholog specjalizująca się w temacie inteligencji emocjonalnej, SWPS Sopot

  1. Psychologia

Chcesz działać skutecznie? Sprawdź, ile energii tracisz na sprawy z przeszłości

Stare, niezałatwione sprawy, trudne emocje z przeszłości - to wszystko daje o sobie znać. Gdy tego nie zamkniemy, tworzą się bariery w codziennym działaniu. (Fot. Getty Images)
Stare, niezałatwione sprawy, trudne emocje z przeszłości - to wszystko daje o sobie znać. Gdy tego nie zamkniemy, tworzą się bariery w codziennym działaniu. (Fot. Getty Images)
Jak może wyglądać lekcja skutecznego działania? - Czasem, aby zrobić krok do przodu, najpierw trzeba obejrzeć się w tył... Czyli raz na zawsze posprzątać i pozamykać stare sprawy.

Podstawą skutecznego działania wcale nie jest dobry plan, lecz przygotowanie startu. Jeśli od dłuższego czasu nie możesz ruszyć z miejsca, wciąż potykasz się i czujesz, że nie wykorzystujesz w pełni swojego potencjału, to znak, że najpierw powinnaś pozbyć się gruzów, wyrównać teren i dopiero wtedy przystąpić do nowej budowy. Wszystko jedno, czy chcesz znaleźć lepszą pracę, poprawić relacje z rodziną, czy wyjechać w Himalaje – zanim zaczniesz cokolwiek planować, obejrzyj się za siebie. Pominięcie etapu szeroko pojętych porządków w życiu to kotwica, która trzyma nas w miejscu. Dlatego jeśli chcesz skutecznie działać, najpierw pozamykaj stare sprawy.

Obwinianie prowadzi donikąd

„Rodzice nie nauczyli mnie pływać”, „To kolega wciągnął mnie w palenie”, „W Polsce nie ma szans na normalne życie”. Zrzucanie winy za własne problemy na innych ludzi lub okoliczności zewnętrzne to ogromna bariera w skutecznym działaniu. Bo czym tak naprawdę jest obwinianie? Lokowaniem energii życiowej w przeszłości! To gromadzenie twardych dowodów, że nie można ciebie pociągnąć do odpowiedzialności za twoje życie. Jeśli wciąż rozpamiętujesz własne upokorzenia czy traumy, to znaczy, że nie przestałaś czekać na zadośćuczynienie (najczęściej czyjeś przeprosiny), czyli uzależniasz się od zachowań innych ludzi. Czekasz na coś od ciebie niezależnego. Rzadko kiedy mamy szczęście i rzeczywiście ktoś wynagradza nam emocjonalnie wydarzenia z przeszłości. W większości przypadków jednak nic takiego się nie dzieje, a my tracimy energię – zamiast iść do przodu, oglądamy się za siebie i sprawdzamy, czy świat widzi, jak bardzo nas kiedyś skrzywdzono, jak nam podcięto skrzydła i uniemożliwiono zrobienie tylu ważnych rzeczy. Koniec z rozpamiętywaniem! Wybacz tym wszystkim, których wciąż źle wspominasz, skończ z użalaniem się nad sobą. A jeśli trzeba, skorzystaj z pomocy terapeuty, bo być może nadal nie potrafisz dokończyć budowy domu z powodu tego, co ci zrobiono w szóstej klasie podstawówki.

Kotwice przeszłości

Naprawienie półki w łazience, dokończenie pracy licencjackiej, uporządkowanie zdjęć z podróży – te sprawy tylko pozornie nie mają nic wspólnego z twoim planem na nowe życie. Sprawy niezałatwione zabierają energię i trzymają w miejscu. To kotwice przeszłości. Każdego dnia, kiedy przechodzisz koło nadal przekrzywionej półki w łazience, część twojej energii zostawiasz przy niej. Wszystko, co powinnaś skończyć, a czego nadal nie zrobiłaś (nawet rzeczy pozornie niezwiązane z tym, co teraz chcesz osiągnąć), to fatalny punkt wyjścia do skutecznego działania.

Często blokuje nas to, co zrobiliśmy w przeszłości, a zwłaszcza wstyd za dawne zachowania. Jeśli postąpiłaś w stosunku do kogoś niewłaściwie, skrzywdziłaś go, byłaś niesprawiedliwa, nie podziękowałaś, chociaż czujesz, że powinnaś, pożyczyłaś coś i nie oddałaś, a za każdym razem, gdy o tym pomyślisz, czujesz zażenowanie – rozlicz się. Warto wrócić do smutnych rozdziałów własnego życia i ostatecznie je zamknąć. Pomyśl, jakie niezałatwione sprawy z ludźmi wciąż wywołują w tobie wstyd, jakie myśli odganiasz zażenowana i o jakich epizodach z przeszłości nawet nie chcesz myśleć, bo nie możesz zrozumieć, jak mogłaś kiedyś tak kogoś skrzywdzić. Szczere przeprosimy lub podziękowania uwolnią ogromne rezerwy zablokowanej energii. Poczujesz, jak wielki ciężar spada z twoich pleców.

Symboliczne porządki

Masz w domu książki, płyty, które kiedyś pożyczyłaś i zapomniałaś oddać? Twoja komórka pełna jest numerów telefonów do osób, z którymi już od dawna nie masz kontaktu? W kuchni kilka naczyń jest wyszczerbionych, a miejsce w garderobie zabierają ubrania, których już od dwóch lat nie zakładałaś? Zrób porządki. Przeprowadzenie domowego remanentu (z naciskiem na wyrzucanie zepsutych i niepotrzebnych rzeczy) pomaga zastanowić się, w jakich okolicznościach kupiłaś buty, które dziś leżą w kącie szafy, kiedy wyszczerbił się talerz od lat przekładany z kąta w kąt, w jakim celu założyłaś te wszystkie foldery na pulpicie – przyjrzeć się przeszłości. I wreszcie ostatecznie się z nią rozprawić.

  1. Psychologia

Jak odreagować stres po pracy? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Aby odreagować stres, musimy podjąć jakieś fizyczne działanie. (Fot. iStock)
Aby odreagować stres, musimy podjąć jakieś fizyczne działanie. (Fot. iStock)
W korporacji jak na wojnie. Mamy we krwi za dużo adrenaliny, żeby po pracy spokojnie wrócić do domu. Jak odreagować stres, by zachować zdrowie, nie krzyczeć na dzieci i spać spokojnie? Fitness, aikido, kieliszek wina czy dużo czekolady? Które metody są najlepsze – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Kolega menedżer po pracy chodzi na zajęcia ze sztuki walki i tam zmaga się z innymi zestresowanymi mężczyznami. Twierdzi, że to mu pomaga odreagować. Dla mnie taki wysiłek byłby przyczyną dodatkowej irytacji.
Aby odreagować stres, musimy podjąć jakieś fizyczne działanie. I nie są to umizgi ani dobre rady pana od WF-u, instruktora aikido czy pływania, który chce nam wcisnąć karnet na halę sportową lub pływalnię. Fizyczne odreagowanie stresowej mobilizacji to warunek pozostania przy zdrowych zmysłach. Nasze ciała nie ewoluują od tysięcy lat i reakcja fizjologiczna na karteczkę, która spada na biurko: „zrób na wczoraj to, co miałeś zrobić na pojutrze”, jest mniej więcej taka sama jak reakcja myśliwego z ery kamienia łupanego, który spotkał na ścieżce tygrysa. Na skutek zagrożenia w naszym ciele i umyśle błyskawicznie uruchamia się potężny biochemiczny proces mobilizacji do walki lub ucieczki. Wydziela się wiele substancji chemicznych, m.in. adrenalina. Wyłączone zostaje trawienie i inne funkcje regeneracyjne. Mózg rezygnuje z części swojego zapotrzebowania na krew, by skierować ją wraz z cukrem i tlenem do mięśni. Myśliwy był dzięki temu gotów do ucieczki albo – jeśli był silny, odważny i dobrze uzbrojony – do walki.

Ale my po lekturze stresującej karteczki nie możemy ruszyć do walki z szefem ani uciec z krzykiem.
No właśnie. Ciało reaguje tak samo jak u pradawnego myśliwego, ale nasze zachowanie jest inne. Myśliwy, uciekając przed tygrysem lub zwyciężając go, odreagowywał i metabolizował energię stresowej mobilizacji, po czym doświadczał cudownego uczucia ulgi i odprężenia, m.in. za sprawą wydzielenia się endorfin. Organizm współczesnego człowieka musi sobie inaczej poradzić z substancjami, które wydzielił – powoli je metabolizować i wydalić. Ale niezużyta adrenalina wypłukuje się z organizmu prawie dobę. Zanim więc zdążymy sobie poradzić z dawką z poprzedniego dnia, serwujemy sobie następną, jadąc do pracy w korkach po kiepsko przespanej nocy. Dlatego tak ważne jest odreagowanie. Bo nawet jeśli kilka minut po pierwszej karteczce dostaniemy następną: „pomyliłem się, to ma być jednak na pojutrze” – jest już za późno. Fizjologiczna reakcja na stres została odpalona.

Korporacyjny myśliwy ma jednak swoją strategię – ukrytej walki. Czyli uśmiecha się do szefa-tygrysa, ale za tym uśmiechem kryje się postanowienie: „Zniszczę cię, działając za plecami, i nie będzie już twoich karteczek”.
Wroga i mściwa intencja nie pomoże nam odreagować ani stresu, ani frustracji, ani bólu. Dołożymy ich sobie. Ukryty wrogi zamysł będzie nas nieustannie mobilizował i spowoduje, że wokół zobaczymy coraz więcej wrogów. Uwierzymy w iluzję nieustannej walki, która będzie wyzwalać w naszym organizmie ciągłą mobilizację. Do pracy jedzie się wtedy jak na wojnę. Ciało jest naładowane hormonami i gotowe do walki. Jest niewyspane i napięte. Nawet jeśli pozornie jesteśmy mili i życzliwi, niszczące działanie „wojennej fizjologii” trwa i często kończy się depresją oraz zaburzeniami zdrowotnymi. Regularne odreagowywanie napięć poprzez ruch jest najlepszym sposobem zapobiegania takim kłopotom.

Czasem zaprzeczamy złości, bo nie wiemy, jak ją odreagować, by nas nie poniosło.
Tym, którzy pracują we „frontowych” warunkach, zalecam każdego wieczoru poświęcić 20–40 minut na ulubioną formę ruchu. Ważne, by podnosił tętno do podwójnej średniej wartości spoczynkowej – czyli około 120 uderzeń na minutę. (Nie wolno przekraczać tej granicy, zanim nie zdobędzie się dobrej kondycji i jeśli ma się kłopoty z układem krążenia). Wystarczy szybki spacer, trucht, taniec, pływanie. Ważne, aby tętno utrzymać na tym poziomie przez minimum 20 minut. Wtedy energia powstała w korporacyjnych bojach zostanie odreagowana i wyrzucimy adrenalinę i inne hormony stresowe z krwi. Wydzielą się też endorfiny nazywane hormonami szczęścia. To wszystko sprawi, że wrócimy do domu odtruci, odprężeni, z głową uwolnioną od gonitwy myśli, otwarci na kontakt z tymi, którzy tam na nas czekają – i gotowi na regenerujący sen.

 
Ale my nie mamy czasu na sport – bardzo często to słyszę. W jednym z warszawskich wydawnictw klub fitness znajduje się w środku budynku. Mimo to niewiele osób z niego korzysta. Tymczasem stałe utrzymywanie organizmu w stanie mobilizacji zaburza fizjologię. Żeby powściągnąć naturalną reakcję organizmu na stres, czyli działanie, musimy odpowiedzialne za nie mięśnie powstrzymać siłą, czyli mocno napiąć te, które są wobec nich przeciwstawne. W efekcie ciało nam się usztywnia i tężeje. Z czasem przyzwyczajamy się do tego i dopiero, gdy coś nas zaboli, a masażysta czy lekarz, dotykając naszych spiętych mięśni, zapyta: „Zderzył się pan z autobusem?”, zdajemy sobie sprawę, co się stało z naszym ciałem.

A nie wystarczy po pracy położyć się i poczytać przy spokojnej muzyce?
Niestety nie. Nasz organizm jest tak skonstruowany, że albo jesteśmy w stanie mobilizacji, albo regeneracji, te stany są sterowane przez odrębne podukłady autonomicznego układu nerwowego. I jeśli połknęliśmy w pracy kilka żab, to gdy wracamy do domu i chcemy się odprężyć, nie jesteśmy w stanie. Organizm nie może przejść w tryb regeneracji bez odreagowania, bo energia stresowej mobilizacji nadal w nim krąży.

Czyli musimy wylać trochę potu, żeby móc odpocząć. A jeżeli siedząc na rowerku w siłowni, rozpamiętuję wydarzenia z pracy i boję się, co mnie czeka tam jutro?
Ruch uzdrawia tylko wtedy, kiedy angażuje uwagę (zgodnie z zasadą obecności). Ważne jest zatem, byśmy koncentrowali się na tym, co robimy z ciałem. Najlepsze są formy ruchu, które automatycznie skupiają uwagę na działaniu, bo wtedy nasz umysł nie tworzy stresujących scenariuszy. Taką funkcję może spełnić np. nauka tańca albo jazdy na łyżwach. Im więcej świadomości ruchu, tym lepsze odreagowanie – nie tylko na poziomie ciała, ale i głowy. A to ważne, bo jeśli nie pozbędziemy się natłoku myśli, to nawet po intensywnym wysiłku nie zaśniemy.

Wieczorem nic mnie tak nie uspokaja jak jedzenie.
Niestety wielu z nas stosuje zabójczą metodę odprężania się poprzez wieczorne, a nawet nocne obżarstwo. Ale to lekarstwo jest gorsze od choroby. Można się wprowadzić w rodzaj transu trawiennego, bo jeśli zapełnimy żołądek, organizm musi się tym zająć i niechętnie przełącza się na tryb regeneracji. Skutkiem dużej ilości źle strawionego pokarmu jest tycie i płytki, pełen męczących snów sen. Taką samą rolę odgrywa też wieczorne picie alkoholu. Jeśli codziennie musimy po pracy strzelić drinka, w 99 procentach grozi nam uzależnienie. Aby go uniknąć, trzeba zająć się przyczynami napięcia, a one leżą w nieodreagowanym stresie.

Czy dobry sposób na stres nie grozi tym, że zamiast zmienić pracę, będziemy więcej ćwiczyć, aż niezauważalnie przekroczymy granice swoich możliwości?
W latach 60. radykalni psychiatrzy humanistyczni twierdzili, że nie należy leczyć chorych psychiatrycznie, bo psychoza jest adekwatną odpowiedzią na ten zwariowany świat. Leczenie miało też niszczyć motywację do przekształcania świata. Pogląd ten jednak zarzucono, bo okazało się, że ludzie zdrowi mają więcej motywacji i energii do zmieniania świata na lepsze. Tak więc prędzej opamięta się lub zbuntuje ten, kto jest mniej zestresowany. Bo najłatwiej manipuluje się ludźmi osłabionymi, jadącymi na resztkach paliwa. To oni przekraczają granice swoich możliwości i im właśnie grozi wypalenie. Odreagowywanie stresu nie ma pomóc w wyciśnięciu z nas jeszcze więcej, lecz zabezpieczyć przed nami samymi, przed nadmiernym staraniem się i nadużywaniem siebie. Dać nam możliwość panowania nad życiem.

  1. Psychologia

Przestrzeń potrzebna do życia - co robić, gdy jest jej za mało?

Brak przestrzeni może mieć destrukcyjny wpływ na nasze samopoczucie (Fot. Getty Images)
Brak przestrzeni może mieć destrukcyjny wpływ na nasze samopoczucie (Fot. Getty Images)
Żyjemy z zatłoczonych miastach, jeździmy przepełnionymi autobusami, siedzimy w biurach w open space’ach, wiecznie skazani na czyjeś towarzystwo. Co z nami robi brak przestrzeni dla siebie? Trenerka Renata Mazurowska pyta psychoterapeutę Pawła Droździaka.

Według kanadyjskich naukowców mieszkańcy dużych miast częściej cierpią z powodu problemów psychicznych – o 21 proc. zwiększa się ryzyko zaburzeń lękowych, a o 39 proc. zaburzeń nastroju i depresji. Jaką rolę odgrywa w tym przestrzeń?
Kiedy rozmawiamy o przestrzeni fizycznej, tak naprawdę chodzi o granice przestrzeni psychicznej, o poczucie własnej odrębności – bo psychologicznie, żeby się oddzielić, wystarczy telewizor, książka albo smartfon i już jesteśmy gdzie indziej, nie tam, gdzie naprawdę jesteśmy. Każdy człowiek potrzebuje odrębności swojego świata psychicznego. Mała przestrzeń powoduje więcej interakcji, bo ja dokądś idę, ktoś wchodzi mi w drogę, albo patrzę na coś i inni też na to patrzą – muszę brać cały czas pod uwagę inne osoby. I zaczynam tracić to poczucie psychicznej odrębności.

Z drugiej strony potrzebujemy też być w grupie.
Dlatego nie każdy może być kosmonautą czy popłynąć w długi rejs jachtem. Ale też  nie każdy może pracować w open space. Potrzebujemy być w grupie, o ile ta grupa nie jest dla nas inwazyjna. U dziewczynek wychowanych w rodzinach, gdzie niezachowana była odrębność, występują często zaburzenia odżywiania. Bo, metaforycznie rzecz ujmując, miały swoją szufladę, ale nie miały do niej kluczyka – każdy do tej szuflady zaglądał, mógł coś do niej wkładać i coś z niej wyjmować, trzymać też tam coś swojego, ale dziecko nie miało poczucia, że ta szuflada jest tylko jego. Kiedy wszystko jest wszystkich, a każdy się interesuje każdym, przez dorastającą dziewczynę jest to przeżywane jako nieustająca inwazja, opresyjność braku granic, także na poziomie ciała, pojawia się presja wyrzucenia ze swojego ciała pokarmu. Nie może, nie chce go przyjąć. Podobnie człowiek, który siedzi biurko w biurko z kimś w pracy, potrzebuje mieć taką „swoją szufladę”, własną teczkę albo cokolwiek własnego, a gdy tego nie ma, przenosi swoją uwagę i aktywność psychiczną w inne miejsce, na ekran smartfona, w słuchawki z muzyką, przeglądanie Internetu. Musi mieć psychicznie coś swojego.

Gdy się zmusi ludzi do bycia razem, na wspólnej przestrzeni, w biurze, na szkoleniu, w przedziale pociągu, wychodzą na wierzch ciekawe rzeczy, ujawniają się role, jakie przyjmujemy, to, w jaki sposób się dogadujemy lub rozwiązujemy konflikty…
I mogą się zadziać rzeczy traumatyczne, szczególnie jeśli nie ma kogoś, kto profesjonalnie nad tym procesem czuwa. Dlatego trzeba być ostrożnym w przypadku wszelkiego rodzaju zamkniętych zajęć coachingowych, grupowych, warsztatowych czy szkoleniowych dla pracowników tej samej firmy. Ich uczestnicy są często zachęcani do ujawniania swoich osobistych kawałków. O ile odsłanianie się w grupie terapeutycznej jest bezpieczne i służy terapii, bo grupa ta zwykle składa się z obcych sobie ludzi, którzy później się rozejdą – to w pracy zostajemy potem z tymi prywatnymi informacjami i ujawnionymi przeżyciami na kolejne miesiące czy lata, w tej samej grupie osób. To bywa niebezpieczne. Dlaczego w więzieniach nie dopuszcza się, by ludzie, którzy dzielą jedną celę, cały czas spędzali ze sobą? Boby się pozabijali. Rotuje się więc ich między celami, a nawet między zakładami karnymi. Dlaczego na uroczystościach rodzinnych mamy odruch włączania telewizora? Bo potrzebujemy poczuć własną odrębność psychiczną, na chwilę przenieść uwagę na coś innego niż znane twarze.

Wyłączając się psychicznie, chronimy swoje fizyczne i psychiczne granice?
Podstawowy w kontakcie z innymi jest kontakt wzrokowy. Możemy być w takim kontakcie przez kilka, kilkanaście sekund, ale nie jesteśmy w stanie zachować ciągu myśli i skojarzeń, wpatrując się nieustannie w czyjeś oczy. Telewizor czy kominek pomagają się zresetować.

Ale i słuch jest ważny – nie da się długo siedzieć z kimś, kto bez przerwy ma coś do powiedzenia.
Jeśli ktoś bez przerwy gada, to radzimy sobie w taki sposób, że przestajemy go słuchać.

Dlaczego się izolujemy, czego boimy się doświadczyć?
Boimy się wszystkiego, bo nie wiadomo, co może się wydarzyć.  Na statkach handlowych marynarze chronią się w ten sposób, że uciekają w strukturę hierarchiczną, w porządek, którego tam nikt nie kwestionuje, bo jakby zakwestionowali, to trzeba by go na nowo ustalać, a to na zamkniętej przestrzeni, w grupie rywalizujących mężczyzn, mogłoby się skończyć tragicznie.

Do izolowania się służą nam też alkohol, narkotyki czy wszechobecne dopalacze. Uciekamy w te odmienne stany, bo jesteśmy przebodźcowani?
Cały czas zalewani jesteśmy informacjami, a na dodatek wszędzie jeszcze są jacyś ludzie, którzy czegoś od nas chcą. Zwłaszcza w dużych miastach. Dla osób o strukturze psychotycznej bycie z ludźmi jest szczególnie trudne. Z zadowoleniem witają oni pojawienie się kas automatycznych w sklepach, odpraw przy automatach na lotniskach, bo nie muszą wchodzić w żadną interakcję. Zamiast jeździć komunikacją miejską, co jest przecież i szybsze, i tańsze, każdy woli mieć swój samochód, by choć przez chwilę pobyć samemu.

Wielka przestrzeń też potrafi być zagrażająca.
Z tego samego powodu – poczucia odrębności własnego istnienia, z tą różnicą, że zamiast strachu przed zalaniem ujawnia się strach przed rozpadem. Nie mamy się czego uchwycić, kręci nam się w głowie, boimy się latać – to wszystko ma związek z poczuciem braku kontroli i z konstrukcją naszej osobowości. Niezależnie, na jakiej przestrzeni znajduje się człowiek, potrafi budować wewnętrzne bariery. Są ludzie, którzy nie mają na tyle poczucia własnej integralności, by wytrzymać, że np. ktoś cały czas obok nich przechodzi. Niektórzy z tego powodu nie są w stanie chodzić do galerii handlowych, gdzie tłum się przelewa jak natrętne myśli. A ktoś inny powie: „Niezależnie, czy ludzi wokół mnie jest milion czy pięciu, wewnętrznie jestem sam”.

Teoretycznie, jeśli mamy zdrową strukturę psychiczną, poradzimy sobie w każdej przestrzeni, ale przyznasz, że mało kto wytrzyma, jak co chwila ktoś mu za plecami przechodzi, gdy pracuje w jakimś komunikacyjnym ciągu.
To jest dla każdego nie do zniesienia, uruchamia paranoiczne myśli: „On może myśleć o mnie różne rzeczy, a ja nie mam możliwości myśleć o nim nic”.

Aż strach pomyśleć, co nam robią przestrzenie typu open space.
Wymyślono je po to, by obniżyć koszty budowy, oraz po to, by kontrolować pracowników. Dyrektorzy uciekają do gabinetów, a pracownik ma być pod nieustającą kontrolą, zero prywatności. Żeby przetrwać w open space, trzeba mieć dużą zdolność budowania wewnętrznych barier. Bo jeśli tego nie mamy, praca w takich warunkach prowadzić może nawet do psychozy.

Każdy potrzebuje granic?
Jest taka znamienna scena w jednym z reportaży o obozach jenieckich z czasów II wojny, gdy wyzwalano oficerski obóz – stoły podzielone były kredą na małe kwadraty i w miejscu, gdzie rękawiczki z jednego kwadratu przekroczyły granice drugiego, miały obcięte palce.

To się zdarza także w firmach, gdy przekraczamy czyjąś przestrzeń, rozkładając swoje rzeczy na cudzych stanowiskach, „pożyczając” sobie z innych biurek przedmioty…
Niebranie pod uwagę cudzych granic może się wiązać z tym, że ktoś sam także nie czuje dobrze własnych. Jeśli moje granice psychologiczne są stale ignorowane, niemożliwe jest utrzymanie stabilnego poczucia „ja”. Dlatego każdy powinien – dla własnego zdrowia psychicznego – i w głowie, i w domu mieć jakiś swój własny kawałek podłogi.

 

  1. Styl Życia

Nowa aplikacja ułatwiająca codzienną opiekę nad roślinami 

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Dobra wiadomość dla fanów domowego ogrodnictwa. Polska marka Wokas stworzyła nową aplikację mobilną mającą pomóc w codziennej opiece nad roślinami. Osobisty asystent przypomni o ich podlewaniu, poinformuje o zalecanych warunkach hodowli oraz poleci odpowiednie produkty do pielęgnacji.  

Regularnie podlewanie i nawożenie to podstawa codziennej pielęgnacji roślin. Musimy o tym pamiętać, aby nasze zielone dzieci pięknie rosły, kwitły i rozwijały się. Często jednak nasza wiedza w tym temacie jest zerowa, a my nie wiemy nawet od czego zacząć. Innym razem wiedza jest, na przeszkodzie staje jednak brak czasu. Z pomocą przychodzi nowa aplikacja mobilna stworzona przez firmę Wokas. To digitalowe kompendium wiedzy dla każdego aspirującego (nie tylko początkującego) ogrodnika.

Aplikacja mobilna Wokas to całkiem nowe, bezpłatne narzędzie ogrodnicze, które z pewnością przyda się w codziennej opiece nad roślinami. Dzięki niemu uzyskamy dostęp do bazy wiedzy oraz funkcjonalności, które pomogą jeszcze lepiej zatroszczyć się o domową roślinność, jednocześnie ułatwiając najważniejsze czynności i obowiązki. Dbanie o domową zieleń będzie zatem nie tylko łatwiejsze, ale też przyjemniejsze. Gwarantujemy, że wasze rośliny jeszcze wam za to podziękują.

Jeśli chcesz stworzyć w swoim domu, ogrodzie czy na balkonie piękną zieloną przestrzeń, ale nie masz na to czasu lub po prostu nie masz pojęcia o należytej pielęgnacji - aplikacja Wokas jest dla ciebie. Jej twórcy przeanalizowali najczęstsze problemy pojawiające się w codziennej opiece nad roślinami i na tej podstawie zaprojektowali jej funkcjonalności.

"Taka aplikacja wydawała nam się najlepszym rozwiązaniem dla każdego zabieganego człowieka, który uwielbia rośliny, ale niestety ma tyle na głowie, że o niektórych rzeczach, np. podlewaniu, zwyczajnie zapomina" - mówią twórcy aplikacji.

Wokas to nowa aplikacja mobilna ułatwiająca codzienną opiekę nad roślinami Wokas to nowa aplikacja mobilna ułatwiająca codzienną opiekę nad roślinami

Aplikacja pełni zatem funkcję nie tylko osobistego asystenta, który przypomni o podlewaniu w odpowiednim momencie, ale też obszernej bazy wiedzy na temat najpopularniejszych gatunków roślin oraz ich pielęgnacji (m.in. zalecanego nasłonecznienia, nawodnienia i temperatury pomieszczenia). Dzięki niej lepiej poznasz ich pochodzenie, indywidualne preferencje i wymagania, ale też znajdziesz nowe gatunki, które uzupełnią Twoją zieloną kolekcję, zmieniając dom w prawdziwą “zielona dżunglę”.

Wokas umożliwia też stworzenie własnej, spersonalizowanej kolekcji, w której można nazwać poszczególne okazy oraz dodać do nich notatki, a tym, którzy mają problemy z wyborem ziemi lub nawozu, zarekomenduje odpowiednie produkty dopasowane do ich preferencji i wymagań. Aplikacja zapewnia więc wsparcie w kompleksowej opiece nad roślinami. Dzięki niej można zyskać nie tylko czas, ale też przekonanie, że zapewnimy im wszystko, czego potrzebują by rosnąć i zdrowo się rozwijać.

Aplikacja Wokas dostępna jest w sklepie Google Play oraz App Store.