1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Psychologiczna praca ze snem

Psychologiczna praca ze snem

fot.123rf
fot.123rf
Według psychologii zorientowanej na proces sny dzieją się wszędzie, także na jawie. Terapeuci Joe Goodbread i Kate Jobe opowiadają, jak je interpretować i z nimi pracować.

Nigdy nie uczestniczyłam w warsztatach o snach. Ciekawa jestem, jak to wygląda…

Joe Goodbread: Załóżmy, że prowadzimy seminarium ze snów. Prawdopodobnie zacząłbym od tego, kim jestem, skąd pochodzę i co robię, a potem krótki wstęp o tym, że sny są częścią naszej rzeczywistości. I podałbym przykład. Ostatnio śniło mi się, że mój szef zwolnił wszystkich w naszej firmie. Jeśli pomyślę o tym śnie jako czymś realnym, to nie ma on sensu, bo takiej sytuacji nie ma w mojej firmie. Ktoś powie, że mózg po prostu odreagowuje moją codzienną aktywność, może jakieś niepokoje czy stresy. Ale można ten sen wytłumaczyć w sposób, w jaki zrobiliby to nasi nauczyciele, Arnie i Amy Mindell, twórcy Psychologii Zorientowanej na Proces. Powiedzieliby, że sny odnoszą się do naszego doświadczenia. Na przykład w codziennym życiu nie jestem szefem. Nie identyfikuję się także z pracownikami, bo jestem tuż przed emeryturą. Jeśli spojrzę na wszystkie te aspekty mojego świata doświadczeń, to mój sen wskazuje na napięcia i problemy, jakie mam w codziennym życiu, ale niezwiązane z pracą w firmie. To tak na początek.

A co, jeśli ktoś mówi wam na zajęciach: ale ja nie mam snów?

J.G.: To się zdarza bardzo często (śmiech). Analiza jungowska, którą się inspirujemy w naszej pracy, oparta jest na snach, więc teoretycznie, jeśli ktoś nie śni, to mamy problem. Ale Arnie Mindell uważał, że sny dzieją się wszędzie, także na jawie. Kiedyś zapytał mężczyznę, który twierdził, że nie śni, o to, co przytrafiło mu się tego dnia. Ten odpowiedział: „Wydarzyła się bardzo dziwna rzecz, ptak usiadł mi na głowie, kiedy jadłem na dworze”. „Ale co w tym niezwykłego?” – pyta Arnie. Na co ten mężczyzna: „Mam problem ze zwierzętami, one mnie nie lubią”. Arnie pyta: „A jak się ten ptak zachowywał?”, na co mężczyzna mówi: „Wylądował i wczepił się w moją głowę pazurami”. Ta historia brzmi jak początek snu! Facet mówi, że nie jest zbyt miłą, ciepłą osobą, nie lubi zwierząt, a tu poprzez symbol, figurę tego ptaka, widać, że on tak naprawdę chce być blisko ludzi, chce się w nich wczepić, bardzo ich potrzebuje. Ptak reprezentuje jego podświadome zachowanie.

Czy sny zajmują kluczowe miejsce w Psychologii Zorientowanej na Proces (POP)?

Kate Jobe: Tak, nasza praca polega właśnie na tym, by podążać za snami. Arnie Mindell odkrył, że sny wiążą się z doświadczeniami, jakie przytrafiają się ludziom. I te doświadczenia, jeśli za nimi podążyć, tak jak i sny, są źródłem rozwiązania problemów.

J.G.: Arnie, który bardzo inspirował się Jungiem, twierdzi, że wiele rzeczy, które widzimy jako stany i sytuacje, to tak naprawdę procesy. Na przykład mamy przed sobą osobę chorą na depresję. Gdy patrzysz na nią, widzisz, że przez większość czasu wygląda ona na chorą, ale niekiedy zdaje się być zainteresowana światem i niemal szczęśliwa. Klasyczna diagnoza powie, że masz do czynienia z osobą chorą na depresję z momentami remisji, wyjścia ze smutku. Mindell proponuje, żebyśmy przyjęli, że depresja to nie jest coś skończonego, kompletnego, to proces.

Zajmujecie się też kwestią władzy i przywilejów, tego, jak wpływają one na relacje między ludźmi.

J.G.: Kiedyś pracowałem z człowiekiem osadzonym w więzieniu za przestępstwa seksualne. Nie był on zbyt lotny i świadomy siebie, ale wydawał się bardzo zainteresowany rozmową na swój temat. W pewnym momencie zauważyłem, że kiedy wypowiadam słowo „władza”, on zaczyna komicznie poruszać brwiami. Powiedziałem więc: „Widzę, że interesuje cię kwestia władzy”. Ale okazało się, że on tak reagował na to słowo, ponieważ go nie rozumiał, nie wiedział, co ono oznacza. Czy to nie ciekawe? Człowiek, który uczynił niemal swoją profesją uzyskiwanie władzy nad innymi ludźmi, nie wiedział, co to słowo oznacza?

K.J.: Władza jest jak powietrze, którym oddychamy. Nie uświadamiasz sobie, że to robisz, ale robisz. Są takie rodzaje władzy, które mamy wszyscy. Ta władza i przywileje pochodzą z edukacji, pochodzenia, koloru skóry, niektóre nabywamy, inne są z nami od zawsze. Od razu widać, że ktoś stoi wyżej lub niżej w hierarchii opartej na systemie społecznym. Jest jeszcze inny sposób, żeby zdobyć władzę – dzieje się to wtedy, kiedy kolejne doświadczenia i wydarzenia w życiu czynią nas silniejszymi psychicznie. Na przykład podczas badań nad rasizmem zauważyliśmy, że Afroamerykanki są w stanie powiedzieć tak mocne rzeczy, jakich nie powie żadna biała kobieta. To wynika z ich trudnych doświadczeń. Trzeci rodzaj władzy to moc duchowa, gdy czujesz, że masz silny kontakt z Bogiem, wyższą energią, ziemią. Ta moc jest w nas.

Skoro rozmawiamy o duchowej sile, chciałabym zapytać o jeden z warsztatów, jakie organizujecie. Nosi on tajemniczą nazwę Hogwarts By the Sea (Hogwart nad morzem). Czemu właśnie Hogwart z serii o czarodzieju Harrym Potterze posłużył wam tu za metaforę?

J.G.: Ważną rzeczą w „Harrym Potterze” i w ogóle w magii jest fakt, że próba bycia czarownikiem bez znajomości zaklęć nie kończy się za dobrze. Bohaterowie „Harry’ego Pottera” wpadają w kłopoty, bo starają się robić rzeczy, które nie zawsze rozumieją. I kończą, zamieniając ludzi w ropuchy, choć wcale tego nie chcą. Trzeba wiedzieć, co się robi. Tego uczą w Hogwarcie. I stąd nazwa naszego seminarium.

Jakich zaklęć uczycie podczas swoich zajęć? Jeśli to nie tajemnica.

J.G.: Najbardziej podstawowe zaklęcie to nauczenie się mówić „tak” zamiast „nie”.

To wydaje się proste.

J.G.: A jest bardzo trudne. Nieważne, co robi osoba, czego doświadcza, powiedzenie „tak” jest sposobem pokazania jej, że jej nie zniechęcasz, tylko zachęcasz do opowiedzenia detali swojego doświadczenia. Kolejne zaklęcie to pamiętać, że zachowania i uczucia są równie istotne jak to, co ludzie mówią.

K.J.: Częścią procesu, częścią magii jest to, co nazywamy świadomością. Nie wystarczy powiedzieć: „Opowiedz nam swoją historię, a ja rozwiążę twój problem”. Kluczowe jest powiedzenie: „Zainteresujmy się twoim problemem”. I to jest kolejne zaklęcie.

J.G.: Wróćmy do przykładu pracy z kimś, kto choruje na depresję. Jeśli chcesz uczynić go szczęśliwym na siłę, to się nie uda. Ale jeśli spojrzysz na depresję jako słowo modelowe, które służy do opisania bardzo bogatego świata doświadczeń, to wtedy patrzysz na tego kogoś inaczej. I proponujesz mu: „Pokaż mi swój świat, pokaż mi, jak to jest mieć depresję”. Czasem, kiedy spotykam osoby chore na depresję, one patrzą w dół. Staram się je wtedy zachęcić i mówię: „Śmiało, patrz w dół i kiedy będziesz gotowy, powiedz mi, czego doświadczasz”. I wtedy bardzo często ludzie nabierają powietrza i wydychają je całym ciałem. Jest w tym jakiś rodzaj ulgi kogoś, kto może do tej pory nie miał przyzwolenia na to, by wejść w siebie i doświadczyć tego, co czuje, poprzez swoje ciało. Często podczas takiego spotkania rozwijamy to doświadczenie i okazuje się ono nie być depresją. To właśnie ta świadomość i gotowość na to, co się stanie, jeśli powiesz „tak”.

Z jakimi umiejętnościami chcielibyście, by wasi studenci opuszczali wasze zajęcia?

J.G.: Chciałbym, żeby ludzie wychodzili z zajęć, wiedząc mniej, niż kiedy je zaczęli. Staram się uczyć ludzi, żeby byli ciekawi wszystkiego na swój temat, ciekawi siebie, otwarci na siebie.

Joe Goodbread terapeuta, trener, konsultant, współzałożyciel (razem z Kate Jobe i Amy Mindell) pisma „Journal of Process-Oriented Psychology”. Interesują go filozoficzne korzenie POP-u. Od 2006 roku Kate i Joe współpracują z z Instytutem Psychologii Procesu.

Kate Jobe terapeutka pracująca metodą Psychologii Procesu, doradca personalny, coach. Podejmuje się pracy z osobami chorującymi na depresję, przechodzącymi traumy, mającymi problemy w związkach, zmagającymi się z blokadami twórczymi czy zawodowymi, walczącymi z uzależnieniami.

Kate Jobe i Joe Goodbread przyjadą do Polski na warsztaty „Hogwarts By the Sea” w przyszłym roku, w dniach 8–12 czerwca 2016 r.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przebudzenie świadomości – czy daje odpowiedź na pytanie „kim jestem”?

Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. (Fot. iStock)
Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. (Fot. iStock)
Żyjemy w czasach nieznanego dotąd potencjału: powszechnego budzenia się świadomości. To, co kiedyś było zarezerwowane dla garstki nielicznych, teraz jest dostępne dla wszystkich. Możemy przebudzić się, pozostając zwykłymi ludźmi. Możemy to zrobić w tej chwili. Teraz. To jest tak proste jak oddychanie, twierdzą ci z nas, którzy już to wiedzą. Do czego się budzimy?

W samym centrum naszego istnienia kryje się jedno pytanie. Żyje w każdym wyzwaniu, z jakim kiedykolwiek będziemy się mierzyć. I w każdym wyborze, jakiego kiedykolwiek dokonamy. Stanowi fundament każdej decyzji. Pojawia się we wszystkim, co robimy. Pytanie leżące u podstaw wszystkich pytań brzmi: Kim jesteśmy? Odnalezienie odpowiedzi na nie jest absolutnie kluczowe. Niezbędne. O tym właśnie jest książka „Głęboka prawda. Ostatnia szansa ludzkości” Gregga Bradena, nazywanego pionierem łączenia nauki i duchowości. Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. Na naszych oczach wyłania się nowy, wspólny i oparty na współpracy świat, pisze Braden. Jednocześnie niestabilny świat przeszłości walczy o przetrwanie. Oba światy wciąż istnieją – na razie.

Przez chwilę się nie poruszaj

Historia Gangaji, światowej nauczycielki budzenia świadomości, może być zwierciadłem zmian, jakie czekają nas w najbliższych latach. Gangaji (wł. Toni Roberson) jest współczesną Amerykanką, która przeszła drogę „od osobistej historii cierpienia”, jak pisze w książce „Diament w twojej kieszeni”, do „życia na gruncie radości”. Według powszechnych standardów prowadziła cudowne życie, była zdrowa, głęboko zakochana w drugim mężu, rozwijała karierę. Miała dobre relacje z córką. „Mimo to chciałam więcej i bałam się stracić to, co miałam – pisze. – Nadziei na przyszłość często towarzyszył paniczny lęk przed tym, co może się wydarzyć. To bardzo wyczerpujące. Byłam sobą rozczarowana, a jednocześnie męczyły mnie codzienne próby naprawiania tego, co przeżywałam, i jaka byłam. Utknęłam w osobistym cyklu cierpienia. Kiedy taki cykl powtórzy się milion razy, staje się dobrze znany”.

Pytała siebie, jak to możliwe, że jest relatywnie szczęśliwa, nawet czasami głęboko spełniona, a mimo to odczuwa tęsknotę za czymś, czego nie potrafi nawet nazwać? Pragnęła wolności od walki, od wszystkich swoich zapętleń i fałszywych przekonań. Pragnęła wiedzieć, czy istnieje ostateczna, absolutna prawda. Chciała życia, a nie historii cierpienia. „Co mam robić?” – zapytała nauczyciela. Jego odpowiedź była prosta, a zarazem szokująca: „Nie rób niczego. Zatrzymaj wszystkie poszukiwania i wymówki, zobacz, co już jest tutaj. Nie poruszaj się w kierunku czegoś i nie uciekaj od niczego. W tej jednej chwili bądź nieruchoma”. Dotarło do niej, że nauczyciel prosi, aby zatrzymała całą mentalną aktywność. Szybko w umyśle pojawiły się wątpliwości, lęk, panika, że gdy przestanie myśleć, wtedy nie zadba odpowiednio o ciało, w ogóle nie wstanie z łóżka, nie będzie w stanie prowadzić samochodu, nie pójdzie do pracy. Czuła, że jeśli przestanie szukać, utraci wszystko, co do tej pory zdobyła. Jednak siła, jasność i pewność w oczach nauczyciela sprawiły, że strumień myśli w jej głowie zatrzymał się; zatrzymało się podążanie za myślami i wiara w kryjące się za nimi dramaty. W jednej chwili odnalazła spełnienie i pokój. Na spotkaniach z ludźmi na całym świecie opowiada o tym momencie przebudzenia: „Wszystko, cokolwiek i kiedykolwiek mogłam chcieć, było już obecne jako tło czystego odwiecznego istnienia. Całe cierpienie, które określałam i wiązałam z „ja” lub „mnie”, znalazło się w przestrzeni promiennego bycia. A co najważniejsze – rozpoznałam, że właśnie to istnienie jest prawdą o tym, kim jestem. Doszło do istotnego przesunięcia uwagi z mojej osobistej historii cierpienia na nieskończoną głębię bycia, która zawsze istniała pod powierzchnią tej historii. Co za spokój! Co za ulga! Jakie odprężenie! A więc nie jestem ograniczona żadną historią! Prostota tego, co do mnie dotarło w tamtej chwili, była trudna do ogarnięcia. Wcześniej myślałam, że to nie może być takie proste. Wpojono mi, że dopóki nie będę wolna od grzechu, chciwości, agresji, nienawiści i karmy, nie mogę dosięgnąć tego miejsca”.

Gdy ludzie pytają ją, w jaki sposób przeżywa teraz swoje życie, mówi: „Przestałam szukać spełnienia w umyśle czy zewnętrznych okolicznościach, ponieważ zdałam sobie sprawę, że są nietrwałe i zmienne, że nie można na nich polegać. Ciągle od czasu do czasu pojawiają się momenty nieszczęścia, złości, przykrości, różne nastroje, które przemijają, ale to wszystko odbywa się na podłożu radości. Wszystkie nastroje, stany umysłu, uczucia wskazują na to samo źródło – bezkresne niebo czystej i wolnej świadomości, która jest prawdą o tym, kim jesteśmy”.

Zaprasza nas, abyśmy się zatrzymali – tylko w tej chwili. To nie znaczy, że mamy zatrzymać się do końca życia, nigdy nie wyjść z domu, nigdy nie opowiadać żadnej historii czy nigdy już nie myśleć. To zaproszenie, by zatrzymać wszystko po to, aby w tej właśnie chwili zwyczajnie być. W istocie wszystko, co potrzebne, to jedna chwila prawdziwego zatrzymania. Jeśli się zatrzymasz i udzielisz wsparcia każdej bieżącej chwili, twoje życie zapłonie miłością, mówi i pisze Gangaji.

Budzi się czujna obecność na to, że jesteśmy czystą i wolną świadomością. Czujna obecność jest wyborem, aby w każdej chwili poddać się prawdzie o jedności wszystkiego, co jest. Co zawsze jest tutaj? Co pozostaje, gdy wszystko przemija i dobiega końca? To, co pozostaje, jest godne zaufania.

Jak wyglądałyby nasze intymne związki, gdyby była w nich uważność i świadomość, że wszystko jest jednością? A jak wyglądałaby z tej perspektywy praca, którą wykonujemy? I wszystkie inne związki, które tworzymy? W jaki sposób dbalibyśmy o siebie, o wspólnoty, które tworzymy, i o przyrodę?

Niektórzy nazywają ją guru, inni nauczycielką, ona mówi o sobie, że jest zwykłą kobietą i niczym się od nas nie różni. Wszyscy jesteśmy odbiciami jednej esencji świadomości. Świadomość jest wolna, dlatego i my jesteśmy wolni.

<!--jt:related class="left" src="https://zwierciadlo.pl/js/tiny_mce/plugins/jtinfobox/img/related.png" />

Przyjaciółki

Dziennikarka Rita Marie Robinson przeprowadziła fascynujące wywiady z kobietami w różnym wieku, które w świecie prowadzą grupy obecności i uważności. Zebrała je w zbiór: „Zwyczajne kobiety, niezwykła mądrość. Kobiecy wymiar przebudzenia”. Wszystkie żyją zwyczajnie – mają dzieci, mężów, psy, obiady do ugotowania, rachunki do zapłacenia. Mimo że doświadczają – jak my wszyscy – nieuchronnych zmian, rozwodów, chorób, konfliktów i śmierci, promienieją spokojem i radością. Nie mówią o sobie, że są nauczycielkami, ponieważ to sugerowałoby, że wiedzą coś, czego my nie wiemy. Nazywają siebie „przyjaciółkami”. A oto, co mówią te zwyczajne niezwykłe kobiety o swojej przebudzonej świadomości:

„Cały czas usiłowałam naprawić osobowość; byłam nie taka, chciałam być »lepsza«. Jeśli myślisz, że jesteś »kimś«, osobowość stworzy problemy na nowo. Cała moja praca nad tym zagadnieniem była daremna i upokarzająca. To tak, jakbyś chciała zacerować sweter w jednym miejscu, a on pruje się gdzie indziej. Moją prawdziwą naturą jest przestrzeń, otwartość, a nie myślący umysł”.

„Pojawiają się wszystkie uczucia, jakie można sobie wyobrazić: smutek, złość, szczęście. Jednocześnie czuję się głęboko odprężona. To dla mnie znak, że coś ulega głębokiej przemianie”.

„Spoglądam w czyjeś oczy i widzę tę iskrzącą, łagodną, przyjazną obecność bez względu na pomysły ego, jak ta osoba powinna wyglądać i jaka być”.

„Po prostu odpowiadam temu, co dzieje się z chwili na chwilę. Łatwo zauważyć, że życie oddycha przeze mnie i stale mnie ożywia. Jeśli spojrzymy wstecz, zobaczymy, że życie zawsze o nas dbało. Życie jest bardzo, bardzo mądre”.

„Życie samo troszczy się o wszystko. Czemu nie odpuścić i nie pozwolić, aby zajęło się naszymi sprawami? Dlaczego nie zaufać tej sile, która sprawia, że trawa rośnie?”

„Gdy prowadzę zajęcia lub rozmawiam z ludźmi, to życie rozmawia samo ze sobą”.

„Sprzątam dom i gotuję obiady. To jest to samo życie co wcześniej, ale zmartwienia zmniejszyły się o 90 procent, a poczucie oddzielenia o 98 procent”.

„Jest tylko istnienie, więc w rzeczy samej nie ma kobiet ani mężczyzn. Jestem zwolenniczką braku różnic, ale te przejawy niepowtarzalności są tak cudowne, że wątpię, aby ktokolwiek chciał z nich zrezygnować”.

„Każdy przejaw istnienia – smutek, radość, żal, wyrzuty sumienia – wszystko pragnie mieć we mnie swoje miejsce. Istnienie to łagodne zaproszenie, by wszystko przyjąć do serca”.

„Miłość i czułość są naturalnie obecne”.

„Mądrość to ufać temu, co jest głębiej niż myśli, temu, co jest żywe; co kocha życie i pragnie mu służyć”.

„Poczucie błogości nie pochodzi z ucieczki, ale z bycia obecną i z mówienia prawdy. Najważniejsze, by mówić prawdę i ufać sobie. Mówić prawdę coraz odważniej i ufać sobie coraz bardziej. To nie ma końca”.

„Chociaż cała mądrość i miłość wszechświata już jest wewnątrz nas, jedynie serce o tym wie. Dla racjonalnego umysłu to po prostu zbyt wiele. Serce zna drogę i można mu zaufać”.

„W sercu jesteśmy dobrocią. Nie ma przymusu, aby stawać się dobrym, ponieważ to, kim jesteśmy, to sama dobroć”.

„Znaczną część życia poświęciłam na poszukiwanie miłości – tak bardzo jej pragnęłam. W końcu uświadomiłam sobie, że sama jestem miłością i że ona jest właśnie tu, we mnie. Och, to było bardzo zwyczajne doświadczenie tej ogromnej miłości!”

„Mam całkowite zaufanie do tego, co jest. Doświadczam ciszy w samym środku wszelkich zawirowań”.

„Ta namiętna obecność jest we wszystkim; gdy gotuję, sprzątam, wychodzę z psem, prowadzę zajęcia, rozmawiam z sąsiadką”.

„Właśnie w tym momencie, dokładnie tu, gdzie jestem, jest święta ziemia i święta chwila”.

„Po prostu wszystko zaczyna dziać się samo”.

Czy to wszystko, o co chodzi w życiu?

Pierwszym impulsem do przebudzenia świadomości może być… sukces. Albo porażka. I sukces, i porażka stają się lekarstwem na naszą globalną chorobę – zniechęcenie i poczucie bezsensu. Gdy określamy siebie w oparciu o to, co na zewnątrz, możemy być zaskoczeni, że wciąż odczuwamy pustkę. Pytamy rozczarowani: „Czy to wszystko, o co chodzi w życiu?”. Głęboko w sobie wiemy już, że to nie działa. Gdy ponosimy porażkę, próbując osiągnąć cel, po wielkich trudnościach w końcu poddajemy się. Zarówno całkowita porażka, jak i pełen sukces wskazują drogę do wewnętrznego spokoju i radości, ponieważ roztrzaskują iluzję, że osiągnięcie celu da szczęście i zakończy cierpienie. Droga do celu najczęściej bywa walką. Wierzymy, że walka w końcu przyniesie nam trwały spokój. Jednak spokoju nie można odnaleźć poprzez walkę, to sprzeczność sama w sobie. Rozczarowanie wysiłkami i głęboka tęsknota w sercu budzą nas do nieruchomej ciszy czystej świadomości, którą jesteśmy.

Frank Kinslow, lekarz, twórca metody samouzdrawiania, którą nazwał synchronizacją kwantową, pisze w swojej książce „Eufouczucie!”, że jedyna rzecz, która stoi między nami a spokojem to myśl, że życie wymaga naprawy. „Zaakceptuj, że życie jest, jakie jest, i zaprzestań walki, by je zmienić. To, co zajmie miejsce walki, to spokój. To tyle. Koniec historii. Koniec cierpienia”.

Ten wybitny lekarz zwraca uwagę, że żadna proklamacja pokoju na świecie niezależnie od tego, jaka wzniosła organizacja ją głosi, nie może go zapewnić. Pokój na świecie zostanie osiągnięty tylko wtedy, gdy jednostki tego świata będą w pokoju z samymi sobą. Nie jest tak, że problem światowego pokoju jest zbyt wielki czy zbyt skomplikowany. Rozwiązanie problemu dysharmonii świata jest nie tylko osiągalne, ale proste. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, by już teraz przywrócić pokój w każdym z nas.

W połowie ubiegłego stulecia znany psycholog Abraham Maslow badał zdrowych ludzi i nazwał ich „jednostkami realizującymi się”. (Dzisiaj powiedzielibyśmy „przebudzonymi”). Realizujący się są świadomi wewnętrznej jedności. Świadomie połączyli zewnętrzny chaotyczny świat z wewnętrzną spójnością, która odzwierciedla harmonię i radość w codziennym życiu. Zachwycają się pięknem nawet zwykłych spraw, ponieważ dostrzegają w nich świętość. Są z natury motywowani przez prawdę, piękno i sprawiedliwość, a nie strach, chciwość i manipulację. Są tymi, którzy naturalnie żyją w spokoju i radości. Ich świadomość jest czysta. Realizujący się mają potężny, harmonizujący wpływ na swoje środowisko, pisze Frank Kinslow. Gdy zbierze się razem dwóch lub więcej, ich wpływ podnosi się do kwadratu. Oznacza to, że dwoje realizujących się przebudzonych ludzi posiada harmonizującą moc czterech osób. Cztery osoby mają moc 16. 16 to ekwiwalent 256 osób, a 256 osób jest równe 65 536 osobom itd. Potrzeba jedynie pierwiastka kwadratowego jednego procentu populacji, by stworzyć fazę przejściową do wyższej świadomości. Pierwiastek kwadratowy jednego procentu populacji wpłynie pozytywnie na życie ludzi w danym mieście, nawet jeśli nie są oni świadomi realizujących się. To niewiarygodnie mała liczba! Jeden procent milionowego miasta to dziesięć tysięcy osób. Pierwiastek kwadratowy z tej liczby to sto osób! Wystarczy sto osób o przebudzonej świadomości, by mogły mieć podnoszący na duchu, harmonizujący i uzdrawiający wpływ na milionowe miasto. By rozprzestrzenić po świecie pokój i dobrobyt, potrzebujemy jedynie ośmiu tysięcy przebudzonych osób.

Wygląda na to, że mamy przed sobą bardzo proste zadanie: Odnaleźć pokój w sobie, tylko tyle. Nasza odkryta na nowo świadomość ogrzeje świat.

  1. Zdrowie

Trzymiesięczny trening na piękne ciało i... silną psychikę

Trening, który proponujemy godzi ćwiczenia fizyczne z pracą nad poczuciem własnej wartości. (Fot. Getty Images)
Trening, który proponujemy godzi ćwiczenia fizyczne z pracą nad poczuciem własnej wartości. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Żeby mieć płaski brzuch? Wejść w sukienkę w rozmiarze S? Błąd! Twoim celem nie powinna być praca nad jednym elementem, lecz zadbanie o całą maszynę, jaką jest twój organizm. Czas rozpocząć trzymiesięczny trening, który nie tylko zbuduje piękne ciało, ale też wzmocni psychikę.

Na swojej drodze zawodowej bardzo często spotykam kobiety, które wkładają dużo energii w to, żeby pracować nad wyglądem zewnętrznym – ćwiczą kolejne partie mięśni po to, aby wymodelować sylwetkę i uzyskać idealne proporcje. Zdrowe, jędrne ciało jest oczywiście ważne. Zauważyłem jednak, że to, na co najbardziej zwracam uwagę u kobiet, to wcale nie szczupła figura, a raczej energia i siła witalna – a co się z tym wiąże, pewność siebie, opanowanie, inteligencja emocjonalna. Kobieta w moich oczach jest piękna wtedy, gdy jest świadoma siebie. Ta obserwacja stała się dla mnie inspiracją do ułożenia treningu, który będzie stanowił receptę na to, jak połączyć piękno zewnętrzne z siłą wewnętrzną, czyli pogodzi ćwiczenia fizyczne z pracą nad poczuciem własnej wartości.

Steruj swoją maszyną

Poczucie własnej wartości jest podstawową potrzebą człowieka. Czym ono jest? Tak naprawdę to przyznanie sobie prawa do tego, żeby być szczęśliwym. Zaakceptowanie siebie takim, jakim jestem tu i teraz, uświadomienie sobie mocnych i słabych stron i podjęcie pracy nad doskonaleniem siebie. Bo kluczowe w wyznaczaniu planów treningowych wcale nie jest to, żeby na końcu móc porównać efekt „przed” i „po”, ale to, żeby skupić się na samej drodze, którą przebyliśmy. Ta droga od podjęcia decyzji i wyznaczenia celu do jego osiągnięcia stanowi świetną okazję do lepszego poznania siebie, podjęcia refleksji nad tym, jaki jestem, popracowania nad własnymi słabościami, przyjrzenia się sobie w procesie zmiany. Bo nie jest istotny tylko efekt końcowy, ale też to, żeby dokonać trwałych zmian w sobie, żeby po osiągnięciu np. upragnionej sylwetki umieć ten efekt utrzymać, a nie zaraz wracać do dawnych nawyków.

Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego tak wiele osób po przejściu spektakularnej metamorfozy szybko wraca do punktu wyjścia? Przyczyną zazwyczaj jest wyznaczenie niewłaściwego celu – nie powinno nim być to, żeby schudnąć, np. przed ważnym wyjściem, ale to, żeby w ogóle zadbać o siebie, poznać swoje ciało, mechanizmy jego działania, nauczyć się zarządzać swoją maszyną, czyli umieć sterować samym sobą.

6 filarów własnej wartości

Swój program treningowy oparłem na sześciu filarach poczucia własnej wartości, które wyodrębnił kanadyjski psychoterapeuta i pisarz Nathaniel Branden. Są to:

1. samoświadomość 2. samoakceptacja 3. prawość 4. asertywność 5. dążenie do celu 6. odpowiedzialność.

W każdym miesiącu będziemy pracować nad dwoma z nich. Zaczniemy od samoświadomości i samoakceptacji. Połączenie tych dwóch rzeczy w treningu, czyli: jestem tu, gdzie jestem; taka, jaka jestem, oraz jestem własnym sprzymierzeńcem i wiem, że chcę się rozwijać – powoduje, że wchodzisz w zupełnie nowy świat – wiesz, po co ćwiczysz, i jesteś nastawiona na długoterminowe cele, a nie na osiągnięcie chwilowego efektu.

I filar – samoświadomość

Aby ją wzmocnić, podczas treningu ciała skupimy się na mięśniach brzucha, grzbietu i mięśniach korowych, które odpowiadają za naszą stabilizację (z ang. core stability), koordynację ruchową, postawę i chód. Mięśnie korowe ćwiczy się świadomie – nie wykonujemy zwykłych skłonów brzucha, tylko skupiamy się na napięciu właściwych partii. Żeby to zrobić, musisz się otworzyć, a żeby się otworzyć, musisz mieć samoświadomość, a to z kolei wymaga treningu uważności. Poczucia, że robisz to tu i teraz, umysłu, który myśli i który się koncentruje, który jest obecny. To jest otwarcie się na to, że chcesz tego dokonać. Przy tym treningu na mięśnie głębokie brzucha jednocześnie rozwijasz swoją samoświadomość.

II filar – samoakceptacja

Czyli podanie sobie ręki, przekaz: „ja jestem swoim sprzymierzeńcem, jestem też gotowa, żeby doznawać nowych emocji, nowych wyzwań”. I to można też potrenować – np. mówiąc sobie: „akceptuję na dzień dzisiejszy to, że czegoś nie umiem, nie oceniam się, że jestem słaba, ale jestem gotowa do tego, żeby sprostać zadaniu, czyli… (dajmy na to rozwinąć mięśnie brzucha, mieć wąską talię itp.), jestem gotowa na te zmiany”. Czyli zdajesz sobie sprawę ze swoich niedociągnięć, ale nie karcisz się za to i to cię nie hamuje.

Zobacz drugi odcinek serii „Trzymiesięczny trening” – o radzeniu sobie z wymówkami:

Ćwiczenia na ciało

Ćwiczenie 1. Mięśnie grzbietu 

Pozycja wyjściowa: połóż się na brzuchu, ramiona wyciągnij przed siebie. Ruch: jednoczesny wznos rąk i nóg w górę oraz powrót do pozycji wyjściowej.

Fot. Jacek Heliasz Fot. Jacek Heliasz

Ćwiczenie 2. Mięśnie brzucha

Pozycja wyjściowa: podpór bokiem na prawej ręce, ręka lewa w górę. Ruch: rotacja tułowia, tak aby lewa ręka skrzyżowała się z prawą, i powrót do pozycji wyjściowej, potem zmiana ręki.

Fot. Jacek Heliasz Fot. Jacek Heliasz

Ćwiczenie 3. Waga

Pozycja wyjściowa: lekki rozkrok. Ruch: opad tułowia z jednoczesnym wymachem lewej nogi w tył i dotknięciem lewą ręką prawej stopy – powrót do pozycji wyjściowej i na drugą stronę.

Fot. Jacek Heliasz Fot. Jacek Heliasz

OPIS: Trening AMRAP - 15, tyle powtórzeń, ile jesteś w stanie wykonać przez 15 minut.

ĆW. 1. – 5 powtórzeń na stronę ĆW. 2. – 10 powtórzeń na stronę ĆW. 3. – 15 powtórzeń na stronę. Czyli w skrócie: 5, 10, 15.

Zadanie polega na powtarzaniu tej sekwencji przez 15 minut i liczeniu, ile serii udało nam się zrobić (jedna seria to wykonanie 3 ćwiczeń). Zapisz wynik i po 2 tygodniach powtórz trening, aby zobaczyć progres.

Ćwiczenia na umysł

Ćwiczenie 1. Napisz ogłoszenie, w którym reklamujesz się jako przyjaciółkę. Możesz użyć do tego ok. 30 słów. Napisz to w taki sposób, żeby było jasne, dlaczego właśnie ty, a nie ktoś inny, będzie najlepszą przyjaciółką.

Ćwiczenie 2. Rozbierz się do bielizny i stań przed lustrem. Przypatrz się sobie uważnie. Następnie wykonaj trzy kroki:

  1. Napisz, co ci się w sobie podoba,
  2. Napisz, co ci się w sobie nie podoba,
  3. Napisz, jakie korzyści wynikają z tych cech, których w sobie nie akceptujesz.
Zobacz trzeci odcinek serii „Trzymiesięczny trening” – o tym jak sport kształtuje charakter:

  1. Seks

Dlaczego wstydzimy się tego, co nas podnieca?

Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Bardzo często kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Ten wstyd powstrzymuje je od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Nastawiają się raczej na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W Internecie i w prasie kobiecej można znaleźć mnóstwo informacji dotyczących tego, co nas podnieca lub może podniecać. Zainteresowało mnie zwłaszcza kilka artykułów skierowanych do kobiet. No i na przykład: jak pieścić piersi? Mamy kilka zdań, że kobiety lubią delikatnie. Następnie pojawiają się podpowiedzi typu: posmaruj piersi koniakiem, załóż futro na nagie ciało... A po co? Bo to obudzi w nim „lwa łóżkowego”. To kto tu ma się podniecać, dla kogo to futro?
Takie zalecenia mogą stać się inspiracją, jeśli jesteśmy świadome naszych potrzeb i granic. Ale ponieważ wiele z nas ma z tym problem, istnieje niebezpieczeństwo, że zrobimy coś dla partnera, wizerunku, wrażenia i nie będziemy mieć z tego ani przyjemności, ani bliskości. Większość tych rad nie służy otwarciu się na siebie. Podkreśla się, że od nas zależy przyjemność mężczyzny.

Rozmawiałam z kobietami po trzydziestce. Zapytałam je, czy dzielą się swoimi potrzebami z partnerami. Jedna, która otwarcie przyznaje się do tego, że uwielbia seks, odpowiedziała: „Ja nawet nie wiem, czego potrzebuję”.
Kobiety częściej nastawiają się na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji. Istnieje też inna strona medalu – to kobiety zaczynają wymagać od mężczyzn konkretów: połóż rękę tu, zrób to. A mężczyźni sprowadzeni do roli robota, który ma zapewnić orgazm, też czują się z tym źle. Myślę jednak, że kobietom szczególnie trudno odnaleźć kontakt ze sobą w seksie, gdyż większość z nas po prostu nie zna zbyt dobrze tej strony własnej natury.

A czym jest ten kontakt?
To świadomość swoich prawdziwych potrzeb, ale nie w sensie technicznym: chcę, żebyś mnie dotykał tu albo tam, chcę robić to czy tamto. Chodzi o otwarcie się na odkrywanie w intymnym tu i teraz przeżyć i potrzeb, o których mogłyśmy nawet nie wiedzieć, o poddanie się seksualnemu pobudzeniu, które nas poprowadzi. Ale tutaj mamy dylemat. Bo z jednej strony kobiety robią w łóżku różne rzeczy wbrew sobie (dla partnera, wizerunku i nie wiadomo czego jeszcze), a z drugiej – mogłyby robić to samo, gdyby rozpoznały, że naprawdę tego chcą! Ale na przeszkodzie stoi przekonanie, że jeśli sobie pozwolimy na popłynięcie, eksperymentowanie i „puszczenie” ciała bez kontroli, staniemy się dziwkami.

Nie wolno nam pokazywać, że coś nas naprawdę podnieca?
Że czegoś chcemy w seksie. To wątek, który przewija się w naszych rozmowach. Skąd mamy wiedzieć, czego chcemy, skoro większość z nas poznaje własne reakcje seksualne dopiero w kontakcie z chłopakiem, mężczyzną. Wielu dziewczynom, które rozpoczynają erotyczne kontakty, brakuje wiedzy i praktyki (tak, tak – praktyki!). I nie chodzi o kwestię, skąd się biorą dzieci, ale o to, na czym seks polega – że daje przyjemność, radość, bliskość, że jest tysiąc możliwych pieszczot... I że jest wielką siłą, którą trzeba poznać, oswoić. Dostajemy za to mnóstwo przekazów płynących z lęku i chęci ochrony: nie możesz być łatwa, bo będą źle o tobie mówić, on cię wykorzysta, a nawet – musisz zachować godność! Większość z nas ma zakodowane, że trzeba się pilnować, że seks to kruchy lód, po którym należy stąpać ostrożnie.

Lęk przed odczuwaniem podniecenia i marginalizowanie potrzeb seksualnych mogą spowodować, że będziemy wybierać niewłaściwych mężczyzn, którzy niekoniecznie nas podniecają albo którzy mają zaspokoić inne nasze potrzeby?
Nie mając obeznania z doznaniami i potrzebami fizycznymi w sferze erotycznej, możemy mylić stan zakochania ze stanem podniecenia. To podstawowy powód, dla którego kobietom się to miesza. Bo jeśli mamy kilkanaście lat, przytulamy się do chłopaka i czujemy podniecenie, a jednocześnie wiemy już dobrze, że nie powinnyśmy go czuć, no to wzdychamy i uznajemy, że jesteśmy zakochane! To usprawiedliwia nasze odczucia, a jednocześnie oddala od samych siebie. Błogość w dole brzucha, potrzeba pieszczot i rozładowania seksualnego napięcia (która z nas odważyła się tak to nazwać?!) – to są reakcje naszego ciała w intymnym kontakcie. Jeśli nie ukrywamy ich przed sobą, możemy się uczyć zdrowej kontroli. Kiedy wybuchają potrzeby seksualne, jako pierwsza może pojawić się fascynacja erotyczna. I to jest w porządku. Czasem wystarczyłoby pójść do łóżka raz, drugi, trzeci i się rozstać. Ale nie możemy, bo mamy zakodowane, że skoro pragnę seksu, muszę być zakochana i dalej to ciągnąć.

Tak zaczynają się problemy w związku? Zostajemy nienasycone, niezadowolone – i emocjonalnie, i seksualnie?
W tej kwestii Nancy Friday jest dla mnie zawsze ogromną inspiracją. W książce „Kobiety górą” pisze o klasycznych pretensjach kobiet do mężczyzn związanych ze stylem uprawiania seksu. Kobieta po seksie pragnie często kontaktu – pobyć blisko, przytulać się, rozmawiać. Kiedy rano on pełen energii wychodzi do pracy, ona wspomina, wącha jego koszulę, dzwoni, żeby usłyszeć jego głos... A on w czasie seksu doznał przez moment błogiego zespolenia, które przypomina mu bliskość z matką, wraz z niebezpieczeństwem zagarnięcia i zależności. Otworzył się na kontakt z partnerką, ale potem musi wrócić do siebie. Nie oznacza to, że jej nie kocha – po prostu wraca do siebie, żeby znów zbliżyć się do niej za jakiś czas. A kobieta zostaje z niedosytem uczuciowym – jakby nie mogła uwierzyć i przyjąć, że dobry seks jest wystarczającym powodem do radości i potwierdzeniem jakości relacji. Nie docenia tego, że jej przeżycia seksualne są ważne same w sobie – że może coś dostać, wziąć i zostać z tym zadowolona, pełna.

Jedna z kobiet na pytanie, co ją podnieca, odpowiedziała: „kontakt”. Ten kontakt zaczyna się dużo wcześniej niż tzw. gra wstępna. Kobiety powiedziały mi: „Niezwykle podniecająca jest rozmowa, to, co się dzieje w ciągu dnia, spojrzenia”.
Podniecające jest to, że jesteśmy pożądane, chciane, że mężczyzna widzi w nas istotę seksualną, w tym momencie jedyną. Czujemy się zauważone, wybrane, najważniejsze. Widzimy to w geście, wzroku, słyszymy słowa, głos, oddech, odczuwamy w dotyku. Rozgrzewa nas to nawet – a może właśnie szczególnie wtedy – kiedy nie jest to moment na seks lub do łóżka daleko. Oczywiście podniecać nas może też to, co same robimy, nasza inicjatywa. Ale tu znowu dotykamy problemu: czy możemy sobie na to pozwolić?

I tu mam przykład znajomych, które przyznały się, że zawsze unikały bardzo przystojnych mężczyzn. Włączały się obawy typu: mógłby mnie sobie owinąć wokół palca, do kogo ja tu startuję, to pewnie playboy. Albo spuszczały wzrok, gdy napotykały pełne zainteresowania spojrzenie. Czy to mężczyzna jako potencjalny kochanek budzi takie obawy?
Wielu kobietom trudno wytrzymać naładowanie energią seksualną. I dodam coś, co zabrzmi jak truizm: sądzę, że kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Kiedy coś nas naprawdę zaczyna porywać, robi się niebezpiecznie. Wstydzimy się pokazać, że pożądamy mężczyzny. Wstyd związany z tym wszystkim, czym nasiąkamy, powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Energia seksualna to potężna siła, a zdarza się, że idziemy za nią jak ćmy. I mamy powody, żeby się jej bać – kiedy jej nie znamy, rzeczywiście nie jesteśmy bezpieczne. Czasem kobiety wchodzą w związek małżeński i naprawdę nie są obudzone seksualnie. Mają kontakt ze swoją seksualnością w tym sensie, że pełnią wszystkie role: zakochują się, przeżywają pierwszy raz, wychodzą za mąż, rodzą dzieci. Zdarza się, że gdy stają się bardziej świadome siebie i niezależne, przeżywają romans i w nim dopiero doznają wrażeń, których nigdy wcześniej nie miały. Taki romans może być i fascynującym, i trudnym przeżyciem. Energia seksualna bardzo długo trzymana na uwięzi w pewnym momencie może wybuchnąć. Jeśli nie umiemy się z nią obchodzić, możemy boleśnie pobłądzić. Np. uznać, że nasze szczęście zależy od niego, i pójść za kochankiem na koniec świata niezależnie od tego, czy nam to służy, czy nie.

Może, by oswoić energię seksualną, warto przyjrzeć się, jak doświadczamy zmysłowego pobudzenia w ciele w nieseksualnych sytuacjach? Pewna kobieta opowiadała mi, że doświadczyła seksualnego pobudzenia po fitnessie, inna – gdy chodziła nago po leśnej polance. Ale takie doświadczenia łatwo zmarginalizować albo uznać za nienormalne.
My, kobiety, jesteśmy seksualne same w sobie, tak jak mężczyźni! Zmysłowości i podniecenia możemy doświadczać przy okazji różnych sytuacji. Pulsujące fale ciepła, mrowienia i rozluźnienia rozchodzące się z dołu brzucha po całym ciele. Intensywne odczuwanie ciała, skóry, genitaliów w kontakcie z trawą, wiatrem. Po fitnessie, podczas relaksu, kiedy spocone i gorące odpoczywamy. Kiedy zrzucamy ubranie podczas samotnego spaceru po łące albo pływamy nago. Czujemy, że nasze ciało żyje, że zmysłowo kontaktujemy się ze światem. Te doznania nas uwrażliwiają.

A co z fantazjami? Jak one przekładają się na rzeczywistość i na seks? Zebrałam kilka. Kobieta fantazjuje o seksie oralnym. Ona jest boginią, a mężczyzna klęczy u jej stóp i spija nektar spomiędzy jej nóg. Fantazja bardzo ją podnieca, ale w łóżku ma opory, wstydzi się. Inne fantazje: kocham się z obcym mężczyzną albo nawet kilkoma; na co dzień spokojna i uległa mężatka w fantazji uprawia dziki seks z innym na dyrektorskim fotelu męża.
Fantazja służy ominięciu tego, co nam przeszkadza w życiu mieć przyjemność z seksu. Czasami trzeba podrążyć, żeby znaleźć jej głębsze znaczenie. Ale fantazja z boginią wydaje mi się dość oczywista. Jako bogini przyznaję sobie prawo do przyjemności, zasługuję na nią, bo jestem wspaniała, mam władzę, pozwalam na tę pieszczotę i sobie, i mężczyźnie, moja wagina jest boginią. Czy łatwo nam przyznać takie prawa sobie, swojemu ciału, swojej waginie? Żeby móc mieć przyjemność z seksu oralnego, ta kobieta potrzebuje fantazji o bogini. Dzięki temu pokonuje przeszkody obecne w rzeczywistości. Fantazjowanie o innym mężczyźnie może służyć przełamaniu stereotypów. Czasem wydaje się, że coś jest do osiągnięcia tylko na zewnątrz, a nie w związku. Uległa mężatka dzięki swojej fantazji może pozwolić sobie na bycie dominującą, silną i wymagającą. No i zakwestionować swoją zależność, na co ma wewnętrzny zakaz w związku. Dzięki fantazjom możemy poznawać siebie. Są naturalnym przejawem naszej seksualności.

Jaki płynie wniosek z naszej rozmowy? Jak rozpoznać, co nas naprawdę podnieca?
Wszystko nas może podniecać, smarowanie piersi koniakiem, zakładanie futra na nagie ciało czy cokolwiek innego, jeśli odkryjemy, że to naprawdę nasze pragnienia. Nawet jeśli nie jesteśmy zakochane, a chcemy seksu! Czyli co? Potrzebujemy zaufać sobie, swojemu ciału, żeby pozwolić sobie bezpiecznie płynąć na fali seksualnych odczuć. Ale żeby tak się stało, większość z nas musi na nowo uwierzyć, że ma do tego prawo: bez czekania, aż mama, tata, partner czy społeczeństwo wyrażą aprobatę. Możemy zapytać siebie: czy mam fantazje seksualne i jakie one są? Co czuję, kiedy patrzę na siebie w lustrze? Czy znam swoje ciało, swoją waginę, czy kiedykolwiek na nią patrzyłam, dotykałam jej, a jeśli tak, to z jakim uczuciem? Co się ze mną dzieje, kiedy jestem w łóżku z mężczyzną? Może czegoś chcę lub nie chcę, a nie mówię o tym? Jakie mam przekonania na temat seksu? Żaden poradnik, żadna gazeta z instrukcjami nie uchronią nas od refleksji. Wszystko już mamy, tylko musimy objąć to uwagą. To nas może wyzwolić.

  1. Psychologia

Co mówią o nas sny?

W snach poznajemy naturę działania umysłu. (Fot. iStock)
W snach poznajemy naturę działania umysłu. (Fot. iStock)
Jak czytać sny? Czy można nad nimi zapanować? - Wiedza płynąca ze snów jest podobna do poznania, jakie wynosimy z obserwacji zachowania na jawie, a jednocześnie jest bardziej prawdziwa, niezafałszowana, głębsza, tajemnicza, obrazowa i symboliczna, dlatego przyciąga i „czaruje” - mówi badacz psychologicznego znaczenia marzeń sennych, doktor Zenon Waldemar Dudek.

Przesypiamy przeciętnie jedną trzecią życia. W tym czasie nasz umysł wytwarza niezliczone obrazy senne. Właściwie po co? Sny to wewnętrzne i nieświadome regulacje systemu psychicznego. To nocne sprzątanie zapracowanego w dzień mózgu. Wyrównują dysproporcje między stroną logiczną, lewopółkulową psychiki, a stroną wyobrażeniową i emocjonalną, kreatywną, prawopółkulową. Śnią się głównie w fazie REM, czyli wtedy, kiedy mózg jest w stanie głębokiej relaksacji. Sny są niezbędne dla zachowania zdrowia psychicznego. Badania nad mózgiem i odkrycia psychoanalizy dowodzą, że sny są nośnikiem ważnych informacji o naszym życiu psychicznym. Oczywiście, tak jak w codziennej komunikacji na jawie, również w snach mamy do czynienia z informacjami ważnymi i banalnymi, a nawet niepotrzebnymi, takim spamem. Ludzki mózg każdej nocy produkuje wizje senne, z których nie jest łatwo korzystać na jawie, mimo to warto próbować. Na ten cenny przekaz snów składa się ich treść oraz niepowtarzalny nastrój, czyli to, czy są miłe w odbiorze, czy też nieprzyjemne albo wręcz straszne.

Gdzie szukać klucza do zrozumienia snów? Jeden klucz to pamięć i wiedza o sobie oraz zdolność logicznego kojarzenia faktów. Kiedy śnią się nam egzaminy ze szkoły czy studiów, to przypominają stres egzaminacyjny zapisany w pamięci, który wciąż jest aktualny, bo w dorosłym życiu reagujemy jak uczniowie oceniani przez dorosłych. Kiedy śnią nam się dawne romantyczne spotkania i zakończone – jak się nam wydaje – związki uczuciowe, to znaczy, że zawierają one jeszcze niewyczerpany potencjał. Coś, co pozornie minęło, jest nam wciąż potrzebne albo nadal niewykorzystane.

Drugi klucz to symboliczne interpretacje, oparte na wielowiekowej wiedzy, filozofii, psychologii, mitach i literaturze. Wiele dzieł zapisanych w tradycji, jak też wiele odkryć, w tym objawień religijnych, natchnień artystycznych czy odkryć naukowych miało swoje źródło w snach. Jesteśmy w nich mniej lub bardziej nieudolnymi naśladowcami wielkich bohaterów ludzkości, tych prawdziwych, jak też opisanych w mitach, religii i sztuce. Wyjątkowe sny, nazywane przez Junga archetypowymi, zawierają właśnie odwołania do prawd uniwersalnych.

Nieustanną popularnością cieszą się senniki. Na ile są w stanie pomóc nam zrozumieć sny, a przez to samych siebie? Tylko człowiek naiwny wierzy, że senniki mówią o konkretach. One mówią symbolami, a konkrety trzeba odnaleźć, ryzykując błędne rozumienie. Z zasady to, co symboliczne, jest wieloznaczne. Człowiek jednak próbuje wyrywać tajemnicę z symboli, hermeneutyka to próba racjonalnej interpretacji symboli kultury. W połączeniu z psychologią może wprowadzić pewien porządek w interpretację marzeń sennych, ale będzie to jednak po części sztuka, a nie tylko nauka. Senniki działają podobnie jak wróżby, wykorzystując myślenie magiczne.

W snach poznajemy naturę działania umysłu, jak też wspomnienia i projekty zdarzeń, które chcą się w ten sposób zamanifestować, bo mają z tym problem na jawie. Sny obrazują skrajności, więc kompensują nasze braki. Są w nich pragnienia, a z drugiej strony lęki, deficyty i urazy.

Wiedza płynąca ze snów jest podobna do poznania, jakie wynosimy z obserwacji zachowania na jawie, ale różni się od niej na ogół pod dwoma względami – jest bardziej prawdziwa, niezafałszowana, a przez to bardziej pierwotna i naturalna, oraz na ogół głębsza, tajemnicza, obrazowa i symboliczna, dlatego przyciąga i „czaruje”. Obok prawdy ogólnej jest w snach też prawda indywidualna. Dlatego nie jest łatwo je interpretować – trzeba odróżnić warstwę ogólną, którą Jung nazywa archetypową, od warstwy osobistej, która ilustruje blaski i cienie naszego „ja”.

Spróbujmy przyjrzeć się bliżej jakiemuś typowemu motywowi snu. Co może oznaczać, jeśli ktoś często śni, że jest nagi? Dla jednego nagość może oznaczać wstyd, poczucie braku osłony, niepewności w sytuacjach społecznych, pozbawienie możliwości obrony przed krytyką, brakiem życzliwości. Nagość to także symbol dziecięcej niewinności, nieskrępowanej radości, wolność od schematów i naturalność. Taki sen może też oznaczać, że dana osoba ma problem z określeniem granic swojego ciała i psychiki. W dzisiejszych czasach ciało jest odkrywane wbrew rozsądkowi i wbrew woli, masowo nadużywane i przedmiotowo traktowane. Ekshibicjonizm psychiczny i fizyczna nagość są towarem, ale kłóci się to z potrzebą intymności. Dlatego zaburzenia osobowości typu borderline są powszechnym problemem.

Jak widać, możliwości interpretacji snu jest wiele. Ważne, jakie emocje mu towarzyszą i kto to śni. A więc nie tylko co śnimy, ale też w jaki sposób. A to wszystko z kolei jest zakorzenione w jednostkowym życiu i w otaczającej kulturze.

O czym to świadczy, gdy ktoś ma sny, że fruwa nad miastem? To obraz mówiący o sile fantazji, która zaprzecza prawom fizyki. Sny o lataniu ilustrują oderwanie od rzeczywistości, bujanie w obłokach, duchowe uniesienia i kreatywne „bycie ponad”, młodzieńczy idealizm. Jeśli przywołamy mit o Ikarze czy postać Małego Księcia, możemy odkryć podobny motyw czy cechę, która w nas tkwi – neurotyczną potrzebę wolności i wrażliwość, której towarzyszą smutki, upadki i rozczarowania. Na takim idealizmie wyrastają w trudnych sytuacjach myśli o tym, aby wyrwać się z ograniczeń świata.

Powracające w snach osoby i sytuacje, np. dzikie konie, las, ciemności, pływanie w wodzie, rodzenie dziecka, pakowanie bagaży, nagość w miejscu publicznym czy właśnie latanie, ukazują ukryty kompleks danej osoby, a więc jej urazy i sytuacje wywołujące stres. Kiedy zbiera się w kimś napięcie, bo musi podjąć ważną decyzję, ten kompleks powraca w snach.

Czy analiza snów może być pomocna w psychoterapii? W pierwszej kolejności w psychoterapii stosujemy sprawdzone naukowo metody i posługujemy się informacjami bezpośrednio dostępnymi, jawnymi. Analizujemy to, co pacjent o sobie opowiada. Jednak w wielu przypadkach dostęp do przeżyć pacjenta jest utrudniony. Pacjent nie wie, skąd się wzięły jego problemy. Aby dotrzeć do ukrytych przeżyć i wypartych pragnień, Freud wpadł na pomysł, aby analizować sny i swobodne skojarzenia pacjenta. Psychologia naukowa jest sceptyczna wobec jego koncepcji, ale wiele idei psychoanalizy znalazło zastosowanie w psychoterapii.

Aby zrozumieć sen, warto zapisać go w dzienniku, opowiedzieć bliskiej osobie, namalować na jego temat obraz lub zapisać jako pomysł na opowiadanie. Ważne jest nadanie tytułu, który spina jego główny przekaz, np. „walka”, „mistyczna wędrówka”, „lot nad miastem”, „potop”, „spotkanie z czarną postacią”, „niezwykły seks” itp. Ważne sny układają się czasem w historie i ciągi znaczeniowe, obrazując styl życia na jawie lub jakiś wewnętrzny problem. W analizie snów przydatna jest intuicja, która podpowiada klucz do zrozumienia ich znaczenia. Mimo że terapeuta uczestniczy w interpretacji snu, decydującą rolę w odgadnięciu i przyswojeniu jego sensu odgrywa osoba śniąca.

W praktyce psychoterapeutycznej ważne są te sny, które pomagają zrozumieć przeszłość i teraźniejszość pacjenta oraz dają wskazówki kreatywnego rozwiązania problemu. Najbardziej znaczące pod względem psychologicznym są sny z dzieciństwa, sny powtarzające się, sny w postaci serii, rozgrywające się jakby w odcinkach, oraz sny śniące się w momentach przełomowych: przed poważną operacją, przed lub po spotkaniu z ważną osobą czy podczas emocjonującej podróży. Te sny robią na nas wrażenie, intrygują i nie zapominamy ich. One nam towarzyszą.

Czy możemy wpływać na treść własnych snów? Kiedy dużo myślimy o ważnej sprawie, we śnie może pojawić się jakiś komentarz. Nie można jednak dowolnie manipulować nieświadomością, tak jak nie jesteśmy w stanie w pełni kontrolować świadomego umysłu. Faktem jest, że można rozwijać świadomość w stanie snu. Jednym z kierunków pracy ze snami jest tzw. świadome śnienie. Polega to na nastawieniu się na aktywne działanie we śnie – taką zdolność można rozwijać. Po prostu przed pójściem spać człowiek się programuje na to, że jeżeli coś mu się przyśni, to będzie w tym aktywnie uczestniczył. We śnie mamy czasem spontanicznie świadomość, że to sen. Ten stan można wypracować. Jest to wyraz naturalnej skłonności do medytacji. Rozwijanie tej umiejętności może być elementem treningu duchowego.

Kolejnym etapem tego doświadczenia jest świadome działanie we śnie. W kulturze Senojów (lud Polinezji) już małe dzieci były tego uczone. Mówiono im, że kiedy przyśni się dzikie zwierzę, mają pamiętać, że to tylko sen, a także szukać rozwiązania tej sytuacji, np. uciec na drzewo lub rzucić kamieniem. Taki trening we śnie rozwija intuicję, poszerza umysł, wzmacnia postawę kreatywną, buduje otwartość na aktywne konfrontowanie się z problemami.

A jak już zrozumiemy swój sen, co możemy z nim zrobić? On staje się częścią nas. Sny, tak jak sztuka, spotkania z drugim człowiekiem czy podróże, wzbogacają w nowe wewnętrzne doświadczenie. Poprzez dialog ze snem poznajemy siebie od ukrytej strony, asymilujemy, jak mówi Jung, nasz Cień. To trudne do pojęcia rozumem, ale w sferze snów mieści się wielkie archiwum ludzkości. Ludzie wrażliwi i utalentowani znajdują tam wskazówki i inspiracje do twórczości i rozwoju. Zrozumienie snu pacjenta mnie osobiście bardzo pomaga w prowadzeniu terapii.

Zenon Waldemar Dudek psychiatra i psychoterapeuta, badacz psychologicznego znaczenia symboliki marzeń sennych, mitów, literatury i zjawisk kulturowych. 

  1. Psychologia

Znaczenie snów - dopowiadają to, czego nie zauważamy

„Dzięki temu, że we śnie bywamy wariatami, w dzień możemy zachowywać się normalnie” – uważa dr Rosalind Cartwright z Rush University w Chicago.(Fot. iStock)
„Dzięki temu, że we śnie bywamy wariatami, w dzień możemy zachowywać się normalnie” – uważa dr Rosalind Cartwright z Rush University w Chicago.(Fot. iStock)
- Nasze sny nie mają nic wspólnego z intelektem. I w przeciwieństwie do niego nigdy nas nie okłamują – twierdził Carl Gustav Jung. Dopowiadają to, czego nie zauważamy albo co jest dla nas niewygodne, choć prawdziwe. To nocny zmysł, równie cenny jak pięć pozostałych, których używamy za dnia.

Rosyjskiemu naukowcowi Dmitrijowi Mendelejewowi okresowy układ pierwiastków chemicznych ukazał się we śnie. Mendelejew badał wówczas właściwości metali i niemetali, biedząc się nad odkryciem logicznych powiązań między nimi. Po godzinach bezowocnego ślęczenia poszedł spać. W nocy miał sen, w którym zobaczył pierwiastki sklasyfikowane w grupy według masy atomowej. Wizja senna była tak szokująca, że Mendelejew z wrażenia się obudził i zapisał ją na papierze. Niezwykłe było to, że jego sen przewidział także istnienie ośmiu innych nieznanych pierwiastków, z których trzy odkryto jeszcze za jego życia.

Wiele wynalazków i odkryć zostało zainspirowanych snami, a czasem wręcz dokonało się we śnie. Niels Bohr opracował model atomu na podstawie snu, w którym widział słońce i krążące wokół niego planety, a Elias Howe w nocy wynalazł maszynę do szycia.

Sny bywają także „twórcami” słynnych dzieł. Robert Louis Stevenson często „pisał” we śnie, a po obudzeniu szybko notował na papierze literackie wizje. Salvador Dali większość swoich obrazów wyśnił, a Wagner „Pierścień Nibelungów” „usłyszał” po raz pierwszy w nocy. Do wyśnionych utworów należą też podobno „Ulisses” Joyce’a, „Boska komedia” Dantego, „Kandyd” Woltera. Proroctwo, intuicja pozaintelektualna czy też przetworzenie posiadanej wiedzy i informacji, które sen wyłowił z chaosu i nadał im ostateczną formę?

Marzenia senne

Afrykańskie plemiona wierzą, że istnieją dwa rodzaje marzeń sennych: ota (z języka suahili), czyli wielkie wizje mające znaczenie nie tylko dla śniącego, ale też dla całej społeczności, a nawet dla ludzkości, oraz ndoto, czyli powszednie „małe” sny, w których śnimy o naszych problemach. Ota zdarzają się bardzo rzadko i tylko naprawdę wielcy ludzie, tacy jak wodzowie, szamani i inne osobowości charyzmatyczne, mogą je mieć – mówił na swoich seminariach Carl Gustav Jung, twórca psychologii głębi. Jung zakładał istnienie nieświadomości zbiorowej całej ludzkości i wierzył, że wiedza z niej pochodząca bywa dostępna ludziom za pośrednictwem potężnych snów.

Wielki sen wodza albo szamana zawsze miał kluczowe znaczenie dla całego plemienia. Jedna z eskimoskich legend opowiada o starym szamanie, który pod wpływem wizji sennej o dalekiej krainie obfitości poprowadził głodujące plemię z Grenlandii przez Zatokę Baffina do Ameryki Północnej. W połowie podróży niektórych opanowały wątpliwości, czy wizja jest prawdziwa. Część plemienia zawróciła i zginęła, podczas gdy pozostali dotarli do wybrzeża północnoamerykańskiego, gdzie wody obfitowały w foki, wieloryby i morsy.

Wśród północnoamerykańskich Indian panuje przekonanie, że sny ważne dla całej społeczności, decydujące np. o tym, czy plemię będzie miało wystarczający zapas jedzenia, by przetrwać zimę, mogą mieć tylko ludzie o czystym sercu, gdyż tylko oni nawiązują we śnie duchową łączność z przyrodą. O wyprawie na polowanie zawsze decydował sen szamana, któremu potrafiło się przyśnić, w jakim miejscu i dokładnie o jakiej porze przejdzie stado zwierząt.

Norbu Rinpocze i Lopon Tenzin Namdak w książce „Tybetańska joga snu i praktyka naturalnego światła” piszą, że takie zdolności senne mają osoby dojrzałe, o wysoko rozwiniętej świadomości. Pracując nad sobą, zaczynają doświadczać tzw. siddhi, czyli zdolności parapsychologicznych. Do klasycznych siddhi należą właśnie prorocze sny (a także czytanie myśli, leczenie przez dotyk, przebywanie w dwóch miejscach w tym samym czasie i widzenie przyszłości).

Choć „małe” sny są dużo mniej fascynujące niż te wizjonerskie, trudniej nam je zrozumieć, gdyż często bywają dla nas niejasne. Mają jednak ogromną wartość. Próbują nam pomóc w rozwiązaniu problemów i – jeśli traktujemy je poważnie – stanowią małe kroczki do wzbogacania własnej osobowości i coraz lepszego funkcjonowania w świecie. Fritz Perls, założyciel szkoły psychologicznej Gestalt, nazwał sny królewską drogą do integracji i rozwoju osobowości.

Śpiący umysł

Neurolodzy starają się wyjaśnić funkcję marzeń sennych, badając pracę mózgu podczas snu. Okazuje się, że kiedy śpimy, wyłączają się najwyżej zorganizowane i racjonalne struktury umysłu, a do głosu dochodzi układ limbiczny, bardziej pierwotna część mózgu, którą można nazwać umysłem emocjonalnym. Doktor Rosalind Cartwright z Rush University w Chicago sądzi, że sen jest symbolicznym odbiciem naszego stanu psychicznego, a mózg pracuje wtedy nad rozwiązaniem trudnych problemów emocjonalnych.

Podczas pierwszej fazy REM (Rapid Eyes Movement) zanurzamy się w najgłębszych emocjach, następnie odreagowujemy je w postaci marzeń sennych podczas kolejnych REM, które powtarzają się czterech do pięciu razy w nocy. Dlatego pierwszy sen zwykle ma bardzo niepokojącą treść. Ten zły sen to jednak dopiero początek całej akcji nocnej! Podczas kolejnych faz REM śpiący umysł przenika wszystkie zasoby pamięci i sięga do naszych podobnych doświadczeń, aby znaleźć sposoby na poradzenie sobie z dziennymi emocjami, i przedstawia je nam w postaci kolejnych snów. W związku z tym mimo złego wieczornego nastroju rano możemy zbudzić się już w o wiele lepszym humorze.

 
Marzenia senne zapewniają nam więc zdrowie psychiczne! „Dzięki temu, że we śnie bywamy wariatami, w dzień możemy zachowywać się normalnie” – uważa dr Cartwright. Gdy jednak nasze problemy są zbyt trudne i śpiący umysł nie umie sobie z nimi poradzić, sen zaczyna powtarzać się w postaci koszmaru, nie wychodząc poza pierwszą fazę REM. Taki nawracający koszmar (który może dręczyć nas nawet latami) to znak, że nie dajemy sobie rady z jakimś urazem i potrzebna jest już pomoc psychoterapeuty.

Istnieje wiele dowodów na to, że sny mogą nas poinformować o rozwijającej się chorobie, zanim pojawią się jej pierwsze symptomy. Podczas fazy REM umysł wychwytuje zmiany zachodzące w ciele, zanim dostrzeże je świadomość – tłumaczy prof. Robert van de Castle z Health Sciences Center Virginia University. Taki sen przeżył w dramatycznych okolicznościach Jeffrey Lim, dziennikarz brytyjskiego tygodnika „The Observer”. W programie „Tajemnice snu” Discovery Science opowiadał, że w wyniku powikłań, do jakich doszło, gdy był operowany w szpitalu, nie obudził się po narkozie i zapadł na kilka tygodni w śpiączkę. Nieprzytomny i podłączony do sztucznego płucoserca śnił. We śnie czuł, że jest sparaliżowany i nie może mówić, a żona i lekarz zapewniają go, że wróci do zdrowia. Lim obudził się po czterech tygodniach. Sen się sprawdził: nie miał władzy ani w rękach, ani w nogach, z powodu wykonanej tracheotomii nie mówił. Był jednak całkowicie spokojny. Sen przygotował go na stan, w jakim się znalazł po przebudzeniu. Wiedział też, że dojdzie do siebie. Z czasem Lim odzyskał pełną sprawność fizyczną i umysłową, obecnie czuje się dobrze i pracuje.

Znaczenie snów. Czego chcą od nas sny?

Choć sen może nas poinformować o stanie psychicznym i fizycznym czy pomóc odreagować stresy, to wskazówki, jakie niesie, warto sobie uświadomić – pisał psycholog Eugene Gendlin w swojej książce „Let Your Body Interpret Your Dreams”. Dlatego lepiej przypominać sobie sny. Co zrobić, żeby sen nie uległ zapomnieniu? Przede wszystkim od razu po obudzeniu można powtórzyć go sobie w myśli. Niektórzy terapeuci, idąc za radą Junga, zalecają swoim pacjentom zapisywanie snów, a także skojarzeń i uczuć, jakie wywołują, w dzienniku. Bo sny odsłaniają te uczucia, których nie dopuściliśmy do świadomości za dnia. Dzięki zapiskom możemy dokładnie poznać pełne własne nastawienie do jakiegoś problemu czy osoby. Praca ze snem pozwala lepiej rozumieć własne opory i pragnienia, a radzenie sobie z nimi napotyka wtedy na mniejsze przeszkody, uważał Jung. Możemy też śledzić, jak zmieniają się nasze sny w miarę upływu czasu i pracy nad sobą.

Dobrym sposobem na odkrycie sennego przekazu jest wchodzenie w role postaci ze snu i odgrywanie ich jak w teatrze. Wiele nurtów psychologicznych zakłada bowiem, że każdy element snu (wszystkie jego osoby, nawet fragmenty otoczenia i przedmioty) reprezentuje jakąś część nas samych. W „Gestalt Theraphy Verbatim” Perls pisał: „Nie interpretujemy snów. Robimy z nimi coś bardziej interesującego. Zamiast analizować i jeszcze bardziej dzielić sen, chcemy go ponownie ożywić”. Pacjent opowiada więc swój sen, używając czasu teraźniejszego zgodnie z gestaltowską zasadą „tu i teraz”, następnie – jeśli sen jest długi i skomplikowany – wybiera fragment, który wydaje mu się najważniejszy. Odtwarzając gesty i ruchy ciała postaci ze snu, doświadcza uczuć, których sobie wcześniej nie uświadamiał.

Amerykańskiego psychologa Lane’a Aryego przez wiele lat dręczył sen, w którym uciekał przed dwoma potężnymi mężczyznami. Gdy rozpoczął pracę nad lękiem, który czuł we śnie, jego treść diametralnie się zmieniła. Podczas kolejnej nocy, zamiast uciekać, zatrzymał się i zapytał mężczyzn, czego od niego właściwie chcą. „Jesteśmy tutaj po to, aby nauczyć cię prawdziwej męskości”, odpowiedzieli. I przez dalszą część snu wyjaśniali mu, na czym polega bycie mężczyzną. Gdy Arye pozwolił mężczyznom ze snu przemówić, koszmar już się nie powtórzył. W ten sposób postacie ze snów konsekwentnie dążą do wzbogacania naszej osobowości w nowe postawy życiowe. W jednym ze swoich dzieł „Archetypy i symbole” Jung napisał, że najgorszy wróg z naszego snu może okazać się w efekcie najlepszym sprzymierzeńcem i przyjacielem.

Przypadek Almaszara

Wspominając swoje sny, warto pamiętać, że tak jak mity i baśnie przemawiają do nas nie dosłownym, lecz symbolicznym językiem i symbolicznymi obrazami. Choć stworzono wiele senników tłumaczących znaczenie poszczególnych symboli, to dla każdego z nas mogą one mieć zupełnie inny, indywidualny sens, związany z osobistymi doświadczeniami, wyobrażeniami i uczuciami. Przed dosłownym odczytywaniem „małych” snów przestrzega opowiadanie balwierza o piątym bracie w „Baśniach z tysiąca i jednej nocy”. Almaszar zainwestował wszystkie pieniądze w kosz wyrobów szklanych, ponieważ śnił, że się na nich wzbogaci. Niestety, któregoś dnia przypadkowym kopnięciem stłukł całe szkło. Gdyby uznał senne bogactwo za symbol jakiejś części własnej osobowości, być może baśń skończyłaby się happy endem...