1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rehabilitacja złośnicy, czyli jak wykorzystać energię gniewu w dobrym celu

Rehabilitacja złośnicy, czyli jak wykorzystać energię gniewu w dobrym celu

Codziennie otrzymujemy mnóstwo „zaproszeń do złoszczenia się”. Wielu nawet nie otwieramy, na inne chętnie odpowiadamy. (Fot. Getty Images)
Codziennie otrzymujemy mnóstwo „zaproszeń do złoszczenia się”. Wielu nawet nie otwieramy, na inne chętnie odpowiadamy. (Fot. Getty Images)
Nie znosimy jej – u innych i u siebie. Nie pozwalamy sobie na nią, w obawie przed osądem, utratą sympatii. A ona i tak przychodzi, zakrada się tylnymi drzwiami. Niektórych odwiedza nawet znacznie częściej niż innych… Pora zobaczyć w złości nie tyle niechcianego gościa, co ważnego sojusznika.

Tak naprawdę trudno przeżyć choćby jeden dzień, żeby się z nią nie spotkać. Przyjmuje różne formy: szału, furii, wściekłości. Gniewu, obrazy. Złośliwości, ironii, sarkazmu. Rozdrażnienia, irytacji. Czasem nazywamy ją stresem. I złościmy się – że w ogóle istnieje. Bo właściwie po co nam ona? Zwłaszcza że – wiadomo – jest zagrożeniem dla zdrowia. No dobrze, nie zawsze, nie każda. Nie chodzi o krótkie napady gniewu, które nawiedzają nas od czasu do czasu... Raczej o częste ataki wściekłości. Ale też o utrzymujący się przez dłuższy czas stan intensywnego rozdrażnienia – twierdzi w książce „Życie bez złości” Ron Potter-Efron. Amerykanin stawia sprawę jasno: codziennie otrzymujemy mnóstwo „zaproszeń do złoszczenia się”. Wielu nawet nie otwieramy, na inne chętnie odpowiadamy. Są też tacy, którzy przyjmują tego rodzaju zaproszeń zdecydowanie za wiele, wciąż się za nimi rozglądają. To złościoholicy. Mają lepki umysł – taki, do którego wszystko się przykleja. Który szuka wrogów, tworzy problemy – byle tylko mieć o co walczyć. Jeśli znasz jakiegoś złościoholika, wiesz, o czym mowa. Taka osoba – jeśli nie znajdzie zaproszenia do złoszczenia się – spreparuje je sama. A potem podpisze jakimkolwiek nazwiskiem i wyśle do siebie.

Skutki tłumienia złości

Zwykle jednak nie lubimy złości. Szczególnie kobiety chciałyby trzymać się od niej z daleka. Bo walący pięścią w stół mężczyzna to wojownik – na taką postawę jest przyzwolenie społeczne. A kobieta? Unosząc się gniewem, może zyskać etykietkę „zołzy”,  „jędzy”, „histeryczki” albo „sfrustrowanej starej panny”. Może się okazać, że jest mało wiarygodna (bo niezrównoważona). Mało kobieca („herod-baba”). Że straci czyjeś wsparcie (i będzie przykro). Albo że się myli (i będzie wstyd).

Czasem po prostu nie rozumiemy złości, nie umiemy jej obsługiwać. Wolimy nie dopuszczać jej do głosu, żeby nie stracić panowania nad sobą. A potem tracimy je w najmniej spodziewanym momencie... Utrata panowania to już niekoniecznie złość w czystej postaci. To wściekłość – jej „brzydka kuzynka”, dzika i destrukcyjna – twierdzi William Gray DeFoore w książce „Złość. Opanuj ją, uzdrawiaj nią, powstrzymaj ją, zanim cię zadręczy na śmierć”. Składnikami wściekłości są – poza złością – zadawniony, stłamszony ból i strach. Prawdziwa mieszanka wybuchowa... DeFoore porównuje uczucia do warzyw – są dobre (a nawet zdrowe, odżywcze), dopóki pozostają świeże. Ale jeśli przeleżą zbyt długo w zapomnieniu, psują się i stają się szkodliwe, wręcz trujące.

Tymczasem od najmłodszych lat uczymy się tłumić uczucia, ze złością na czele. Rodzice (którzy zwykle sami sobie z nią nie radzą) karzą nas za jej okazywanie. Rezultat? Napady wściekłości. Przeróżne zachowania kompulsywne i nałogowe. Dolegliwości. DeFoore nie pozostawia złudzeń: „Eksplozja może wydarzyć się wewnątrz was, a to zwykle oznacza depresję, nienawiść do samego siebie, poważną chorobę serca albo wszystko razem”. Jak walczyć ze złością? No właśnie nie walczyć! Dziś wiemy już, że to podejście się nie sprawdza. Bo na czym właściwie polega walka? Na tym, że zaprzeczasz, wypierasz. Wzmacniasz, wynaturzasz... Może więc czas spojrzeć na złość nieco życzliwiej? Zrozumieć ją i uznać?

Zrozumieć złość

Złość pełni w naszym życiu niesłychanie istotną funkcję – służy naszej ochronie. To dzięki niej poznajemy, że coś jest nie tak: nasze bezpieczeństwo zostało zachwiane, granice naruszone... Coś nam zagraża. Drugim ważnym sygnalizatorem jest strach. Nie przypadkiem często zjawiają się w duecie: strach ostrzega, złość pobudza do działania. Uwalnia w naszym ciele adrenalinę, mobilizuje do obrony lub ucieczki. Dzięki niej mamy siłę, by chronić siebie i bliskich. Również kiedy już dotknie nas coś trudnego – strata czy krzywda – złość jest zdrowa, wskazana. Potrzebna. To ważne, żeby w takich sytuacjach poczuć ją i wyrazić.

Rzecz w tym, że nierzadko dajemy się porwać złości, kiedy ryzyko zagrożenia fizycznego jest minimalne. Albo żadne. Jak zauważa Potter-Efron, czasem przypomina ona zepsuty znak ostrzegawczy na przejeździe kolejowym – dzwoni i świeci cały czas, nawet gdy nie przejeżdża żaden pociąg: „Złość jest sygnałem, nie rozwiązaniem. Zapamiętaj: złość nie pomoże ci pozbyć się problemów. Ona tylko informuje cię o tym, że problem istnieje”.

Jeśli często ją odczuwasz, do czegoś ci służy. Sprawdź, czego tak zażarcie bronisz, o co walczysz? A może chodzi tu o poczucie władzy i kontroli? O odrzucanie odpowiedzialności? Unikanie innych uczuć? Zdaniem Pottera-Efrona dla niektórych osób złość jest jedynym bezpiecznym uczuciem, ukrywającym inne. Może też przysłaniać pragnienie bliskości. Taka osoba zabezpiecza się, stwarzając dystans. Niby odpycha innych, a tak naprawdę szuka z nimi kontaktu – zastępuje intymność intensywnością. Pewnie zauważyłaś też, że złość potrafi być przyjemna... Ten nagły skok adrenaliny, fala energii, która zalewa ciało. Siła uczuć. Siła fizyczna. Czujesz, że żyjesz! Autor „Życia bez złości” mówi wręcz: „Gniew jest sprawdzonym uczuciem. Jeśli chcesz odlecieć, zawsze możesz na niego liczyć”.

Każdy ma jakąś ulubioną strategię, jeśli chodzi o zarządzanie złością – mniej lub bardziej skuteczną. Jedni są bardziej agresywni, inni pasywni. Pierwsi nie przebierają w słowach, drudzy raczej dąsają się, obrażają. Karzą innych swoim milczeniem, niedostępnością. „Złość jest najczęściej gorąca” – przyznaje Potter-Efron – „Ale nie w tym przypadku. Cisza to złość zimna, lodowata. Z łatwością może się przerodzić w urazę lub nienawiść”. Na szczęście są jeszcze inne sposoby. Możesz się złościć i być (w miarę) uprzejma. Czyż nie tak działa asertywność?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dwa ćwiczenia na opanowanie złości

Złość wynika często z nierealnych oczekiwań, na przykład, że będziemy dla innych ważni, że w przyjaźni czy miłości nie ma konfliktów, że dzieci są zawsze posłuszne i grzeczne, a rodzice i przyjaciele zawsze powinni mieć dla nas czas, gdy ich potrzebujemy. (Fot. iStock)
Złość wynika często z nierealnych oczekiwań, na przykład, że będziemy dla innych ważni, że w przyjaźni czy miłości nie ma konfliktów, że dzieci są zawsze posłuszne i grzeczne, a rodzice i przyjaciele zawsze powinni mieć dla nas czas, gdy ich potrzebujemy. (Fot. iStock)
To nieprawda, że złość jest negatywną, destrukcyjną emocją. Gniew to ważna informacja. O tym, że twoje granice (wartości, poczucie bezpieczeństwa itd.) zostały naruszone lub przekroczone. To świetnie, że odczuwasz złość, w ten sposób nabierasz większej świadomości tego, na co się nie zgadzasz, co cię boli. Sęk w tym, by nie pozwolić przerodzić się złości w agresję, także tę skierowaną przeciwko sobie.

Złość może mieć różne oblicza – od lekkiego rozdrażnienia, większej lub mniejszej irytacji, aż do rozsadzającej od środka wściekłości, nad którą trudno zapanować.

Ćwiczenie: narysuj emocje

Możesz zacząć rysować w chwili złości albo po pewnym czasie, gdy masz już wgląd w swoje emocje (np. po ćwiczeniu z obserwacją złości), z dystansem, na spokojnie. Weź jak największą kartkę papieru i kolorowe kredki lub mazaki, narysuj swoją złość z energią, kolorami i intensywnością, z jaką się ona w twoim ciele i umyśle pojawia. Gdy to już zrobisz, a emocje nieco opadną, nadaj swojej złości imię. Następnie spójrz na nią ze współczuciem i zastanów się, jakie są prawdziwe przyczyny twojego zdenerwowania.

Na przykład złościsz się, gdy ktoś spóźnia się na spotkanie. Czy irytuje cię jego niepunktualność? Coś, na co nie masz wpływu? Czy może kryje się za tym twoja interpretacja, że nie jesteś dla tej osoby ważna, bo gdyby jej na tobie zależało, przyszłaby na czas, postarałaby się. Idźmy dalej – dlaczego uważasz, że ta osoba powinna bardziej się starać? Bo sama dbasz o to, by szanować czas innych. Do zastanowienia się: czy ta sytuacja narusza twoje wartości, jak np. szacunek do czasu innych osób, czy wynika z poczucia, że nie jesteś dla kogoś ważna? Następnie zastanów się, czy masz wpływ na powód swojej złości, czy nie? Na przykład, jaki masz wpływ na to, czy ktoś się spóźnia? Jeśli masz, to co możesz zrobić? Jeśli nie masz – to po co się denerwować? Możesz się zamiast tego zastanowić, co zrobić, na wypadek gdyby ktoś miał się spóźnić na spotkanie z tobą – zadzwonić na pół godziny przed spotkaniem i upewnić się, czy druga strona jest już w drodze i zdąży na czas? Może umówić się w takim miejscu, gdzie czekanie na kogoś przez kwadrans będzie przyjemne i pożyteczne? Jak możesz sama o siebie zadbać, nie oczekując, że ktoś inny to zrobi?

Złość wynika często z nierealnych oczekiwań, na przykład, że będziemy dla innych ważni, że w przyjaźni czy miłości nie ma konfliktów, że dzieci są zawsze posłuszne i grzeczne, a rodzice i przyjaciele zawsze powinni mieć dla nas czas, gdy ich potrzebujemy. Więcej zrozumienia, łagodności i akceptacji wobec innych, ale także więcej czułości i miłości wobec samej siebie, daje większy dystans do spraw. Zwłaszcza tych, których przebieg od nas nie zależy. A jeśli zależy, pozwoli nam go zmienić.

Ćwiczenie: znikająca złość

To ćwiczenie na rozliczanie się z powodami złości poprzez odbieranie im siły i znaczenia. Idź za instrukcją i nie podglądaj wcześniej dalszego przebiegu ćwiczenia.

Weź papierowe serwetki (lub kawałki białego papieru toaletowego) i mazakami wypisz na nich powody swojej złości. Wypisz osobno na każdej serwetce 10 powodów lub osób, które szczególnie doprowadzają cię do szału. Masz? Nalej do miski lub umywalki wodę, wrzuć serwetki i sprawdź, co się z nimi stanie. Po chwili z mokrej masy, w którą przeistoczyły się markerowe powody/osoby, możesz zrobić kulkę i albo zrzucić ją z balkonu, albo spuścić w toalecie i pożegnać na zawsze.

Za każdym następnym razem w chwili złości przywołaj to wspomnienie i zobacz, jak bardzo jest niewarte twojego czasu i uwagi.

Możesz też, w innej wersji tego ćwiczenia, wypisać wszystkie powody lub osoby na tablicy, a następnie rzucać w nie mokrą gąbką, dopóki ich nie zetrzesz.

To także bardzo uwalniające doświadczenie.

  1. Psychologia

Praca - jak rozwiązywać problemy bez złości, z pozycji dorosłego?

Problemy, również te w miejscu pracy, raczej nie rozwiążą się same. Z drugiej strony - ich rozwiązanie wymaga dojrzałego podejścia. (fot. iStock)
Problemy, również te w miejscu pracy, raczej nie rozwiążą się same. Z drugiej strony - ich rozwiązanie wymaga dojrzałego podejścia. (fot. iStock)
Starasz się i pracujesz po godzinach, nawet przekładasz urlop, lecz zamiast pochwały dostajesz następną stertę papierów do zrobienia? Może już pora przestać uskarżać się na szefa i zacząć rozwiązywać problemy z pozycji dorosłego?

Tymon patrzył na kopertę, którą rano wręczyła mu sekretarka, i chociaż sytuacja nie przedstawiała się najlepiej, oprócz złości odczuwał pewien rodzaj ulgi – najgorsze, czego się spodziewał, właśnie nastąpiło, więc teraz po raz pierwszy od dawna mógł wreszcie odetchnąć. W kopercie było wypowiedzenie umowy o pracę – niezły prezent jak na pierwszy dzień po urlopie. Wszyscy już wiedzieli, poznał to po zachowaniu kolegów, którzy unikali jego wzroku i nie byli zbyt rozmowni. Oczekiwał przynajmniej odrobiny współczucia, ale natykał się na obojętność. Nie rozumiał, dlaczego tak się dzieje. „Jacy oni wszyscy są beznadziejni” – pomyślał i złość znowu dała znać o sobie.

Nikt mnie nie docenia...

Tymon pracował w firmie informatycznej od czterech lat. Prawie zawsze wychodził ostatni, ciągle przesuwał urlop na luźniejszy czas, często podejmował się obsługi tzw. nagłych wypadków, wykonywał sumiennie swoją pracę i w głębi duszy czuł, że jest dobry w tym, co robi. Nigdy jednak nie doczekał się jakiegokolwiek docenienia. Czekał cierpliwie tyle czasu, ale w te wakacje postanowił, że wreszcie zrewanżuje się pięknym za nadobne. Skoro do dyrektora nie dociera, ile Tymon robi dla firmy, to może jak przestanie to robić, to wreszcie szef pójdzie po rozum do głowy. Akurat w czerwcu był naprawdę napięty czas: trzeba było dokończyć projekt, który był obwarowany wysokimi karami umownymi za niedotrzymanie terminu. Właśnie w takim momencie Tymek złożył podanie o dwa tygodnie urlopu i pomimo prośby dyrektora, żeby zaczekał do końca projektu, był nieugięty: „Tym razem nie zmienię planów” – powiedział, wprawiając dyrektora w osłupienie, i dostał podpis zatwierdzający urlop. Tymek nie bawił się dobrze na swoim wyjeździe, bo czuł ciągnący się za całym wydarzeniem cień. Tymczasem jego koledzy w pracy wieszali na nim psy, bo przez jego niespodziewany urlop musieli siedzieć po 10 godzin w biurze. Dlatego nie było w ich oczach współczucia, kiedy zobaczyli go z wypowiedzeniem w ręce.

Efekt domina

Jak inaczej można było rozwiązać opisaną sytuację, tak aby nie pozwolić na uaktywnienie wirusa złości? Przede wszystkim należałoby zacząć od rzucenia światła świadomości na etap nieświadomy – czyli nie chować pojawiających się pierwotnych uczuć pod dywan i rozpoznać niezaspokojone potrzeby, na które one wskazują.

Kiedy w głowie Tymka pojawiły się myśli, że jest niedoceniany w pracy, był to moment na to, żeby uświadomił sobie swoją niezaspokojoną potrzebę bycia zauważonym przez innych. Nie powinien czekać, aż problem rozwiąże się sam, tylko wykazać się własną inicjatywą: porozmawiać z szefem o możliwości dodatkowej gratyfikacji, odebrania godzin nadliczbowych czy jakimś innym rozwiązaniu, które byłoby satysfakcjonujące dla obu stron. Druga sprawa to odczucia Tymka w stosunku do kolegów z pracy. Kiedy zaczął ich osądzać: „nie współczują mi, są beznadziejni” – był to moment na uchwycenie tych myśli, zatrzymanie się przy nich i powrót do schowanego uczucia samotności. Dzięki temu Tymek byłby w stanie odkryć, że potrzebuje więcej zrozumienia i wsparcia oraz że lepszym rozwiązaniem niż nakręcanie się na temat beznadziejności innych byłoby danie im szansy na lepsze zrozumienie: wytłumaczenie, że ma dość niepisanej w firmie normy pracowania ponad limit etatowych godzin. Podejmując temat, rozpocząłby dialog i dałby szansę kolegom na pokazanie, jak to wygląda z ich perspektywy – co stworzyłoby możliwość wypracowania rozwiązania akceptowalnego dla wszystkich.

Z kolei dyrektor, myśląc o Tymku: „jest nieodpowiedzialny i powoduje kłopoty”, mógłby odkryć, że tak naprawdę najważniejsze dla niego jest, by pracownicy mogli liczyć na siebie nawzajem, i tak poprowadzić rozmowę, żeby dać szansę Tymkowi na zmianę stanowiska: „Wiesz, dla mnie jest ważne, żebyśmy wspierali się w trudnej sytuacji. Twój urlop w natłoku rzeczy, jakie mamy do zrobienia, spowoduje poważne turbulencje. Czy jest coś, co mogę zrobić, żebyś zmienił zdanie?”.

Natomiast koledzy Tymka z pracy, zamiast od razu zakładać, że to z kimś innym jest coś nie tak: „Przez niego mamy teraz piekło, z nikim się nie liczy”, mogliby odkryć, że tak naprawdę najistotniejsza jest dla nich zasada współpracy, i zastanowić się, jakie rozwiązanie zapewniłoby porozumienie pomiędzy nimi i Tymkiem. Mogliby mu powiedzieć: „Słuchaj, stary, z tego, co mówisz, wynika, że potrzebujesz jakiegoś rozwiązania, bo długo tak nie pociągniesz, ale może najpierw pogadamy i coś wspólnie wymyślimy, zanim trzaśniesz drzwiami i zostawisz nas na pastwę goniących terminów i niezadowolonego klienta”.

Razem, a nie osobno

Oczywiście gdyby wszyscy zachowywali się tak, jak powinni, żylibyśmy w pracowniczym raju. A jest inaczej. Warto jednak zwrócić uwagę, że którakolwiek z proponowanych zmian w sposobie porozumiewania się byłaby w stanie zatrzymać proces osądzania i dokopywania sobie w sytuacji, która i i tak nie przedstawiała się zbyt optymistycznie. Jako że tak się nie stało – uaktywniły się mechanizmy wzajemnej wrogości, powodujące mało konstruktywne zachowania. Każdy okopał się na swojej mało otwartej na potrzeby własne i innych pozycji.

Może się wydawać, że najbardziej poszkodowany był Tymek, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się problemowi widać wyraźnie, że każdy wyszedł z tej potyczki poobijany: dyrektor stracił wydajnego pracownika, zespół – współpracownika, Tymek – pracę. A stało się tak dlatego, że pod wpływem emocji wszyscy zaczęli działać nawykowo, nie byli w stanie kierować się rozsądkiem i ulegli mechanizmowi powstawania złości. Zapomnieli, że są elementami tego samego systemu, i to, co nie służy jednemu z elementów, w konsekwencji osłabia wszystkie. Można zażartować, że gdyby członkowie zespołu (w końcu – informatycy) mieli rozpisany algorytm powstawania gniewu, byliby w stanie dotrzeć do swoich niezaspokojonych potrzeb (prawdziwych przyczyn frustracji) i przestać je mieszać z bodźcami wywołującymi złość (osądzanie siebie lub innych).

Skupianie się na bodźcach wywołujących gniew prowadzi zawsze do działań destruktywnych.
Skupienie się na potrzebach inspiruje do poszukiwania rozwiązań, zwiększa kreatywność i prowadzi do działań konstruktywnych. Żeby przyjąć ten drugi sposób postępowania, trzeba nauczyć się, że nie warto chować problemów pod dywan. Każdy może zainicjować takie podejście: „whatever the problem, be part of the solution” – jakikolwiek byłby problem, bądź częścią rozwiązania.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z furiatami? – Sposoby na irracjonalne zachowania

W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną. 
Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. (fot. iStock)
W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną. Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. (fot. iStock)
- Aby dotrzeć do irracjonalnych ludzi, trzeba wiedzieć, dlaczego tacy są. Trzeba też wiedzieć, dlaczego polemizowanie czy argumentowanie nie zdaje egzaminu, za to dobrze sprawdzi się wczucie w ich rozchwiane emocje – przekonuje Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Przepracowałem dziesięciolecia jako psychiatra i wiem, jak wygląda „wariactwo” – a widziałem parę naprawdę poważnych przypadków. Jak poważnych? Jeden z moich pacjentów był stalkerem Britney Spears. Inny wyskoczył z balkonu na piątym piętrze, bo był przekonany, że potrafi latać. Jeszcze inny zadzwonił do mnie z więzienia na Dominikanie z informacją, że pojechał tam, by wzniecić rewolucję.

Pracowałem też z ważącymi czterdzieści kilogramów anorektykami, rozchwianymi emocjonalnie ludźmi uzależnionymi od heroiny i owładniętymi halucynacjami pacjentami ze schizofrenią. Uczyłem negocjatorów specjalizujących się w porwaniach, jak nakłonić do poddania się przestępców, którzy chcą kogoś skrzywdzić. Obecnie z kolei pokazuję prezesom i menedżerom wielkich firm, jak uporać się z pozbawionymi zahamowań osobami, które zagrażają wynikom przedsiębiorstw.

Jednym słowem, znamy się z wariactwem naprawdę dobrze. Jakiś czas temu jednak doznałem olśnienia – ja oczekuję wariactwa na co dzień, bo to moja praca. Zdałem sobie jednak sprawę, jak często ty musisz stawiać czoło furiatom – przy czym nie są to stalkerzy Britney Spears czy osoby ze skłonnościami samobójczymi, tylko ludzie, którzy przejawiają coś, co nazywam „wariactwem codziennym”.

Ten moment olśnienia przydarzył się, kiedy udałem się na spotkanie dla zarządców mas spadkowych, którzy potrzebowali porady, jak pomóc rodzinom pogrążonym w kryzysie. Obawiałem się, że będzie nudno, ale ku własnemu zaskoczeniu byłem zafascynowany. Odkryłem, że – tak jak ja – ci ludzie musieli rozmawiać z furiatami każdego dnia. Niemal każdy problem, który poruszali, dotyczył klientów zachowujących się kompletnie irracjonalnie.

Ci prawnicy nie mieli żadnych kłopotów ze sporządzaniem testamentów czy tworzeniem funduszy powierniczych. Nie wiedzieli jednak, co zrobić, kiedy ich klienci zaczynają „świrować”, a bardzo potrzebowali się tego dowiedzieć.

To właśnie wtedy dotarło do mnie, że każdy – w tym ty – styka się z tym samym problemem. Założę się, że niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. Szef, który oczekuje niemożliwego? Roszczeniowy rodzic? Wrogo nastawiony nastolatek? Manipulujący współpracownik? Sąsiad, który zawsze szuka dziury w całym? A może rozchwiany emocjonalnie partner albo irracjonalny klient?

Czas na wyjaśnienie słowa „wariat”

Wiem, że brzmi ono pejoratywnie i jest zupełnie niepoprawne politycznie. Kiedy go jednak używam, nie mam na myśli osób cierpiących na choroby psychiczne. Nie używam go też do napiętnowania żadnej grupy ludzi. Po prostu każdy z nas czasami zachowuje się jak „wariat”. Tego słowa używam do opisania zachowania irracjonalnego.

Ludzie, z którymi się stykasz, potrafią zachowywać się irracjonalnie na cztery różne sposoby:

  • Mają zaburzone postrzeganie świata.
  • Myślą lub mówią rzeczy, które nie mają sensu.
  • Podejmują decyzje i działania, które nie leżą w ich najlepszym interesie.
  • Kiedy starasz się sprowadzić ich z powrotem na drogę rozsądku, stają się po prostu nie do wytrzymania.
W mojej książce dzielę się najlepszymi sposobami na dotarcie do osób, których irracjonalne zachowanie przejawia się w powyższych formach. Korzystałem z tych technik we wszelkich sytuacjach – od wyjaśniania biurowych wojen podjazdowych po ratowanie małżeństw. Możesz równie skutecznie wykorzystać je do radzenia sobie z irracjonalnymi ludźmi we własnym otoczeniu.

Przede wszystkim wczuj się w emocje

Wykorzystanie narzędzi, które prezentuję w tej książce, wymaga nieco odwagi. Nie uda ci się uporać z huśtawką emocji, jeżeli będziesz je ignorować albo polemizować z nimi lub się kłócić. Spróbuj się w nie po prostu wczuć. Lata temu usłyszałem radę, co zrobić, kiedy pies ugryzie cię w rękę – jeżeli poddasz się instynktowi i spróbujesz wyszarpnąć mu dłoń z pyska, zaciśnie tylko mocniej zęby. Jeżeli jednak na przekór odruchowi wepchniesz dłoń głębiej, pies zwolni uchwyt. Dlaczego? Bo kolejnym krokiem dla niego jest przełknięcie smacznego kęsa, a w tym celu musi rozluźnić nacisk szczęk. To właśnie moment, kiedy możesz wyciągnąć dłoń.

Tę samą zasadę stosuje się w rozmowie z irracjonalnymi osobami. Jeżeli zachowujesz się tak, jakby postradali zmysły, a ty nie, po prostu pogrążą się głębiej we własną rzeczywistość. Jeżeli jednak wczujesz się w ich irracjonalność, to radykalnie zmienisz dynamikę całej sytuacji. Oto przykład.

Po koszmarnym dniu, jednym z najbardziej frustrujących w życiu, wracałem samochodem do domu w zasadzie na autopilocie, rozmyślając o swoich problemach. W Kalifornii jest to niestety bardzo niebezpieczne.

Wjeżdżałem właśnie do Doliny San Fernando, jadąc na południe Sepulveda Boulevard, kiedy niechcący wymusiłem pierwszeństwo na półciężarówce, w której jechał ogromny facet z żoną. Zatrąbił na mnie, a ja podniosłem rękę na przeprosiny. A potem, niecały kilometr później, jak ten idiota znowu wjechałem mu przed maskę.

Gość wyprzedził mnie, zajechał mi drogę i się zatrzymał, więc ja też musiałem stanąć. Widziałem, jak jego żona gestykuluje nerwowo i próbuje go nakłonić, żeby odpuścił.

Nie posłuchał jej jednak i wysiadł z samochodu – miał prawie dwa metry wzrostu i ważył ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Podszedł do mojego wozu i walnął w szybę od strony kierowcy, przeklinając, ile sił w płucach.

Byłem tak oszołomiony, że otworzyłem okno, a potem po prostu poczekałem, aż zrobi przerwę na dalsze inwektywy.

– Czy kiedykolwiek miał pan tak upiorny dzień, że po prostu liczył pan na spotkanie kogoś, kto wyciągnie spluwę, strzeli do pana i zakończy te męczarnie? Czy to pan jest tą osobą? – zapytałem, kiedy brał wdech. Opadła mu szczęka. – Co? – wydukał.

Do tego momentu zachowywałem się jak idiota, ale tutaj zrobiłem coś genialnego. Nie wiem, jak, ale w oszołomieniu powiedziałem właśnie to, co należało powiedzieć.

Nie próbowałem się kłócić z tym olbrzymem – prawdopodobnie na próby argumentacji wyciągnąłby mnie z samochodu i mi przyłożył. Nie odpowiedziałem też agresją. Zamiast tego wczułem się w jego emocje.

Gapił się na mnie, więc kontynuowałem. – Zwykle nie wjeżdżam ludziom przed maskę, a już na pewno nigdy nie robię tego dwa razy z rzędu. To po prostu taki dzień, że nieważne, co zrobię albo kogo spotkam – w tym pana! – wszystko idzie nie tak. Czy będzie pan tak miły i mnie zastrzeli?

Zmienił się w oczach – w ułamku sekundy uspokoił się i zaczął dodawać mi otuchy.

– Hej, chłopie, będzie dobrze. Serio! – wyrzucił z siebie. – Spokojnie, będzie dobrze. Każdy ma czasem taki dzień.

– Łatwo panu powiedzieć! – perorowałem dalej. – To nie pan spieprzył dziś wszystko, a ja tak. Nie będzie dobrze, nie sądzę. Ja już chcę, żeby to się skończyło! Pomoże mi pan?

– Nie, naprawdę, będzie dobrze, po prostu spróbuj się uspokoić – wspierał mnie z zaangażowaniem.

Pogadaliśmy jeszcze parę minut, a potem wsiadł do półciężarówki, powiedział coś do żony i pomachał do mnie w lusterku wstecznym, jakby mówił: „Pamiętaj, rozluźnij się. Będzie dobrze”.

A potem odjechał.

Przyznam, że nie jestem z siebie dumny. Ten facet w półciężarówce na pewno nie był tego dnia jedynym wariatem na drodze.

Ale o to właśnie chodzi. Mógł mnie sprać na kwaśne jabłko i pewnie by to zrobił, gdybym próbował się z nim kłócić albo zaczął cokolwiek wyjaśniać. Ja jednak spotkałem się z nim w jego rzeczywistości, w której to ja byłem tym złym, a on miał pełne prawo zrobić mi krzywdę. Dzięki instynktownemu wykorzystaniu techniki, którą nazywam asertywnym poddaniem się, w niecałą minutę przestałem być agresorem i stałem się sojusznikiem.

Na szczęście ta reakcja była dla mnie instynktowna, nawet w zły dzień – to dlatego, że od lat jako psychiatra musiałem wczuwać się w emocje innych. Robiłem to tysiące razy, na różne sposoby, i wiem, że ta metoda się sprawdza.

Wiem też, że sprawdzi się w twoim przypadku. Wczucie się w emocje jest strategią, którą możesz wykorzystać wobec każdej irracjonalnej osoby. Możesz na przykład skorzystać z niej w rozmowie z:

  • partnerem, który na ciebie wrzeszczy – albo nie chce z tobą rozmawiać;
  • dzieckiem, które mówi: „Nienawidzę cię” albo „Nienawidzę siebie”;
  • starzejącym się rodzicem, który mówi: „Nie kochasz mnie już”;
  • pracownikiem, który bezustannie przeżywa załamania w pracy;
  • despotycznym zwierzchnikiem.
Nieważne, z jakim rodzajem „wariactwa codziennego” masz do czynienia – wczucie się w nie pozwoli ci się wyrwać z błędnego koła strategii komunikacyjnych, które nie działają, i dotrzeć do ludzi, z którymi musisz się porozumieć. W efekcie poradzisz sobie z niemal każdą wypełnioną emocjami sytuacją.

Zastąp reakcję „walka albo ucieczka” kołem racjonalności

Przede wszystkim musisz zrozumieć, że wczucie się w cudze wariactwo nie jest reakcją instynktowną. Twoje ciało nie chce tego robić.

W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Zwróć na to uwagę – czujesz ucisk w gardle, tętno ci przyspiesza, w brzuchu coś się kotłuje albo zaczyna cię boleć głowa. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną.

Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. Jeżeli jednak irracjonalna osoba jest stałym elementem twojego życia osobistego lub zawodowego, żadna z tych reakcji nie rozwiązuje problemu.

Zamiast tego lepiej  podejść do wariactwa od zupełnie innej strony z wykorzystaniem sześcioetapowego procesu, który nazywam kołem racjonalności.

Oto, co trzeba zrobić na poszczególnych etapach:

  1. Przyjmij do wiadomości, że osoba, z którą masz styczność, nie jest w stanie myśleć racjonalnie w bieżącej sytuacji. Dodatkowo zrozum, że jej szaleństwo jest głęboko zakorzenione w odległej lub niedawnej przeszłości, a nie w chwili obecnej, więc nie jest to coś, z czym możesz polemizować albo się kłócić.
  2. Ustal schemat działania rozmówcy – konkretny sposób, w jaki przejawia się jego szaleństwo. To strategia, którą wykorzystuje, aby wyprowadzić cię z równowagi – wpędzając cię w złość, poczcie winy, wstyd, strach, frustrację czy albo twoje własne szaleństwo. Kiedy już przejrzysz ten schemat, poczujesz większy spokój, koncentrację i kontrolę nad waszą rozmową – a także będziesz w stanie dobrać odpowiednią kontrstrategię.
  3. Zrozum, że to nie ty jesteś przyczyną tej huśtawki emocjonalnej, tylko osoba, z którą rozmawiasz. Nie bierz jej słów osobiście – w tym celu przed rozmową zidentyfikuj i zneutralizuj własne punkty zapalne. Podczas rozmowy będziesz korzystać ze skutecznych narzędzi mentalnych, aby nie dać się sprowokować. Dzięki temu unikniesz przejęcia kontroli przez ciało migdałowate (to termin zaproponowany przez psychologa Daniela Golemana) – dochodzi do niego, gdy ciało migdałowate (część mózgu odpowiedzialna za poczucie zagrożenia) blokuje racjonalne myślenie.
  4. Rozmawiaj z osobą irracjonalną, wczuwając się w jej emocje poprzez wejście w jej świat ze spokojem i jasno określonym zamiarem. Na początku załóż jej niewinność – musisz wierzyć, że to tak naprawdę dobry człowiek, a jego zachowanie ma uzasadnioną przyczynę. Nie osądzaj – zamiast tego zainteresuj się, co leży u podstaw takiego zachowania. Następnie wyobraź sobie, że sam odczuwasz to, co twój rozmówca – czujesz się atakowany, niezrozumiany i zepchnięty do defensywy.
  5. Pokaż rozmówcy, że jesteś sojusznikiem, a nie zagrożeniem. Wysłuchaj jego wybuchu spokojnie i z empatią. Zamiast próbować go opanować, zachęcaj go, by dał upust emocjom. Zamiast odpowiadać atakiem, dostosuj się do niego, a wręcz go przeproś. Jeżeli go życzliwie wysłuchasz i będziesz empatycznie naśladować jego zachowanie, on zacznie słuchać i naśladować ciebie.
  6. Kiedy już twój rozmówca się uspokoi, spróbuj sprowadzić go na drogę bardziej racjonalnego myślenia.

  1. Psychologia

Jestem swoim wrogiem, czyli o przemocy wobec siebie

Wstręt, agresja i złość wobec siebie dają poczucie siły i kontroli. Znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Niestety tylko na chwilę. (Fot. Getty Images)
Wstręt, agresja i złość wobec siebie dają poczucie siły i kontroli. Znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Niestety tylko na chwilę. (Fot. Getty Images)
Rzadko myślimy o tym, że źródłem przemocy w świecie jest przemoc wobec siebie. Kiedy się zaczyna? Jak ją zamienić w samoakceptację?

To zdarza się wiele razy dziennie. Stosuję przemoc wobec siebie za każdym razem, gdy mówię sobie: musisz to zrobić, po prostu musisz! Gdy uśmiecham się do kogoś, kto nie budzi mojej sympatii. Gdy piję trzecią kawę, żeby się ożywić, mimo że wiem, że kawa mi szkodzi. Gdy umawiam się na kolejne spotkanie, choć ciało od dawna daje mi znać, że czas na odpoczynek. Gdy jem za dużo, a potem nie mogę się ruszyć i dopiąć. Gdy pracuję w chaosie i bałaganie, bo znów nie miałam czasu posprzątać. Gdy wypijam o jeden kieliszek wina za dużo. Gdy…

Pamiętam ten wywiad. Mądra, niezwykła kobieta powiedziała mi, że każdego dnia (każdego!) odnawia dane sobie wiele lat temu przyrzeczenie: że nie będzie stosowała przemocy wobec siebie.

Szalony głos nadaje

Moje rozmówczynie to inteligentne, wykształcone kobiety między trzydziestką a czterdziestką, osoby zaufania publicznego – Agata, redaktor naczelna poczytnego tygodnika, Aneta, lekarka specjalizująca się w akupunkturze, i Wiola, aktorka. Jedna przez blisko 20 lat znosiła zdrady męża, druga dźwigała męża alkoholika, a trzecia kaleczy swoje ciało. Urszula Nowakowska, szefowa Centrum Praw Kobiet, mówiła mi, że ulegamy mitowi, jakoby przemoc wobec kobiet dotyczyła jedynie kobiet mało wykształconych, z patologicznych rodzin. Przemoc wobec siebie również nijak się ma do wykształcenia i pozycji zawodowej. Przemoc wobec kobiet i przemoc kobiet wobec siebie są jak siostry bliźniaczki.

– Jak bardzo trzeba siebie nie lubić, żeby godzić się na tyle lat krętactw i zdrad mężczyzny? – mówi Agata, od trzech lat po rozwodzie. Aneta nie może wybaczyć sobie lat zmarnowanych na dźwiganie pijanego męża. Wiola ciągle stosuje jedyny znany sobie sposób na uspokojenie: grubą igłę wbija w wewnętrzną stronę ud i kręci nią, aż z rany popłynie krew. Ale już wie: „To nie z miłości do siebie”.

Gdzieś w nas odzywa się szalony głos, któremu dajemy wiarę, i podążamy za nim. Nazywamy siebie różnie, tu inwencja nie zna granic: zimna ryba, leniwa krowa, gruba świnia, wół roboczy, którego trzeba poganiać batem. Hal i Sidra Stone’owie w książce „Wewnętrzny krytyk” dają przykłady innych częstych głosów w nas: Jesteś z natury brzydka i nic z tym nie zrobisz. Ciebie nie da się kochać. Jesteś egoistką. Jesteś podła. Jesteś z gruntu zepsuta. Jesteś spasiona. Starzejesz się. Nie masz polotu. Nikt cię nie zechce. Nie powinnaś tego mówić. Jeśli nie będziesz pracować dwa razy tyle co inni, niczego nie osiągniesz. Jednak najtrudniejsze w moim odczuciu jest ciche, z pozoru niewinne „mnie nie ma”. Jak kochać i szanować kogoś, kogo nie ma?

Czy już jestem superkobietą?

Agata czyta mi fragmenty pamiętnika. „12 czerwca. Adam wrócił z Tajlandii, zdenerwowany pobiegł na badania na HIV”. Sucha relacja, jakby sprawa mnie nie dotyczyła, dziwi się. O, tutaj już trochę emocji. „18 sierpnia. Wróciłam wcześniej od mamy, a w naszym łóżku on i trzy młode blondynki, duże, jędrne piersi, jak z okładek męskich magazynów, nawet się nie speszyły. Wyszłam do łazienki, odkręciłam kran z wodą, zdjęłam spódnicę, bluzkę, weszłam do wanny i zaczęłam szlochać, ale jakoś tak dziwnie, jak dziecko, bez łez”. „5 grudnia. Znalazłam mejl od kochanki. Grozi, że jeśli on nie przyjedzie do niej na święta do Hanoweru (do Hanoweru?!), ona zrobi sobie coś złego. Boże, jaka ja biedna, jaka nieszczęśliwa”. I najgorsze. Agata czyta fragment z 12 kwietnia: „Odkryłam, że Adam spotyka się z 17-letnią córką naszych przyjaciół. Co ja mam robić?”.
 
– Co ja mam, biedna, robić? – przedrzeźnia tamtą siebie sprzed lat. – Nie przyszło mi do głowy, że mogłabym na przykład zacząć krzyczeć, powiedzieć komuś, odejść, wystąpić o rozwód. Dlaczego nie przyszło mi to do głowy? Bo czułam się winna. Że to przeze mnie. Czy mężczyzna zdradza atrakcyjną kobietę? Im on miał więcej kobiet, tym ja czułam się gorzej, coraz bardziej martwa. Tłumaczyłam sobie, że on taki jest, takie ma potrzeby seksualne. A moje uczucia? W ogóle nie wiedziałam, co czuję. Nic nie czułam! Dopiero później odkryłam ten okropny wstyd we mnie.

– Byłam dobrą żoną i byłam chora – mówi Aneta. Mąż chirurg pił coraz więcej. Wiadomo, ma ciężką pracę, potrzebuje rozluźnienia, relaksu, tak myślała. Synom tłumaczyła, że tatuś jest chory. Tłumaczyła męża przed przyjaciółmi: „Nie przyjedziemy, bo Irek pojechał na pogrzeb kolegi”, „Musiał wyjechać do ojca”. Żeby tylko pracował, żeby nie stracił dobrego imienia. Śniadania do łóżka, piwo w lodówce. Sprawy domowe, urzędowe, bankowe, naprawy przejęli synowie.

– Ale w środku czułam coraz więcej napięcia i złości. W ataku furii wylewałam alkohol do zlewu i tłukłam butelki, aby za chwilę biec do monopolowego, żeby on tylko nie wychodził z domu.

Czuła wstręt, gdy chciał się z nią kochać. Zaczęła brać proszki na sen. Furia przerodziła się w depresję. – Oddałam mu swoje życie – mówi Aneta. – Wierzyłam, że go uratuję. Ale było coraz gorzej, nie lepiej, więc popadałam w rozpacz. Zanegowałam siebie, całkowicie.

Takich kobiet holujących partnerów alkoholików jest w naszym kraju prawie trzy miliony, jak wynika z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA). Kilka kolejnych milionów to kobiety, które same piją. Możemy dokonywać na sobie gwałtu na wiele sposobów. Uzależnić się od lekarstw, narkotyków, jedzenia, seksu. Także od kaleczenia ciała. „Autoagresja skoncentrowana na ciele nie jest zjawiskiem marginesowym, jakby mogło się zdawać na pierwszy rzut oka” – zapewnia Annegret Eckhardt w książce „Autoagresja”. Dotyczy i będzie dotyczyła coraz większej liczby kobiet. W krajach, w których dominuje kultura konsumpcyjna, mówi się o tym od lat 70. XX wieku, w Polsce samookaleczenie stało się tematem po roku 1989. Nie wyrabiamy się w standardach piękna i sukcesu. Coraz trudniej sprostać oczekiwaniom, być superkobietą. Zamiast spokoju, bezpieczeństwa i troski doświadczamy frustracji i zawodu, stresu i napięcia. Autoagresywne zachowania biorą się z lęku i osamotnienia, z braku zaufania do siebie, świata i ludzi.

Krew pulsuje i żyje

– Zaczęło się od włosów – mówi Wiola. Włos, który „nie był w porządku”, zostawał wyrwany i zjedzony. Potem padło na paznokcie i opuszki palców – tak je gryzła, że aż krwawiły, wdawały się zakażenia. A jakiś czas temu odkryła żyletkę, agrafkę i igły.

– Mam opowiedzieć, jak to robię? – pyta. Różnie. Czasem wystarczy kilka dziur agrafką na łydce, a czasem, jak ostatnio, gdy nie dostała obiecanej roli w serialu, przecina żyletką podbrzusze albo skórę na przedramieniu. – Nacinam skórę i widzę spływającą krew – opowiada – czerwoną i ciepłą, wtedy się odprężam, czuję się wreszcie bezpiecznie. Mieszka sama. W swoim środowisku uchodzi za dziwaczkę, ale raczej spokojną, wyluzowaną. – Nikogo nie obchodzi, co się ze mną dzieje – mówi Wiola. – Niech was nie zwiedzie luz artystów.

Przemoc wobec siebie jest pochodną przemocy, jakiej doświadczyłyśmy jako dzieci. Nie ma takich statystyk, ale specjaliści – pedagodzy, psycholodzy i terapeuci – mówią o ogromnej skali zjawiska. Szacuje się na przykład, że jedna trzecia kobiet doświadczyła w dzieciństwie przemocy seksualnej. Moim zdaniem jest jeszcze gorzej: od lat pytam o to kobiety – niemal wszystkie opowiadają o wujkach, ojczymach, kuzynach i księżach, którzy naruszali, w mniejszym lub w większym stopniu, granice ich ciała. Wiele z nas było zaniedbywanych emocjonalnie. Odebrałyśmy ze świata stanowczo za dużo chłodu i obojętności, a za mało troski i czułości. Wobec wielu z nas stosowano przemoc fizyczną; dorastałyśmy w atmosferze winy i wstydu. „Zachowania autoagresywne wiążą się prawie zawsze z silnym poczuciem winy i wstydu oraz z nieświadomym oczekiwaniem kary” – pisze Eckhardt w „Autoagresji”.

Dziecko, aby przeżyć to, co jest nie do zniesienia, zamraża siebie, nie może czuć, boby umarło. Samookaleczenia pozwalają czuć, czerwona, gorąca krew uspokaja, jest dowodem na to, że ciało żyje. Na chwilę znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Wstręt, agresja i złość, niewyrażone wobec prześladowców w dzieciństwie, zostają wreszcie wyrażone – w stosunku do siebie, co daje poczucie siły i kontroli. – Przez jakiś czas po tym, jak się skaleczę, czuję ulgę, no, nie czuję się już taka bezradna i zagrożona – tłumaczy Wiola.

Eckhardt pisze o wielu jawnych i niejawnych formach przemocy wobec siebie. Oto niektóre z nich: szczypanie i drapanie skóry, rozdrapywanie zabliźnionych ran, lanie na siebie wrzątku z prysznica, wywoływanie gorączki, wywoływanie wymiotów, kaleczenie waginy i szyjki macicy, upiększające operacje plastyczne. Obciążenia z dzieciństwa plus zagubienie we wzorcach kobiecości oferowanych przez kulturę, w której żyjemy, to już mieszanka wybuchowa.

  1. Psychologia

Nie musisz być zawsze miła. Pozwól sobie na bunt!

Złość, wściekłość często świadczą o tym, że chcemy bronić siebie i swoich granic, ale nie wiemy jak... (fot. iStock)
Złość, wściekłość często świadczą o tym, że chcemy bronić siebie i swoich granic, ale nie wiemy jak... (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kobiety często przełykają gorzką pigułkę i powstrzymują chęć wykrzyczenia, co naprawdę myślą, bo nie chcą robić zamieszania, kłopotu. OK, bądźmy miłe. Ale nie bójmy się też uderzyć pięścią w stół, kiedy ktoś nas lekceważy czy oszukuje. Nie rób afery? A może właśnie zrób!

Pamiętam dzień, kiedy kupowałam swój pierwszy samochód. Weszłam do salonu używanych aut i… zakochałam się w cudownym czerwonym cacku. Sprzedawca natychmiast zauważył mój babski zachwyt i zginając się w ukłonach, rozpływał się nad moim doskonałym gustem. Nie zapomniał dodać, że tapicerka jest w kolorze mojej torebki, a owal samochodu doskonale współgra z moim temperamentem (ciekawe, skąd on to wiedział). Kiedy wróciłam do domu, szybko okazało się, że cena wozu była znacznie wygórowana. Mąż namawiał mnie, żebym wróciła i próbowała ją negocjować. Podpisałam już umowę, ale nie to było najważniejsze. Zrozumiałam, że sprzedawca bez skrupułów wykorzystał mój zachwyt, moje babskie zauroczenie, które niewiele miało wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, i poczułam, że mam ochotę go zabić: zastrzelić, udusić albo przynajmniej na niego nawrzeszczeć. Oczywiście nic nie zrobiłam, po kilku dniach stałam się właścicielką czerwonego samochodu, ale ilekroć do niego wsiadałam, niewyrażona, stłumiona złość zaciskała mi przeponę, wywoływała gulę w gardle i przyprawiała o zawroty głowy, a mordercze instynkty ożywały.

Chów grzecznych dziewczynek

Ile razy czułaś podobnie: miałaś ochotę walnąć pięścią w stół albo kopnąć w kostkę kogoś, kto bez skrupułów nabił cię w butelkę, mamił, wykorzystując twoją łatwowierność, kolejny raz nie dotrzymywał danej obietnicy, naruszył twoje granice, manipulował tobą dla własnych interesów, wykorzystał, zlekceważył, kusił, wzbudził twoją litość? Chciałaś krzyknąć, zaprotestować, ale nie byłaś w stanie wydobyć głosu z zaciśniętego gardła. Miałaś ochotę tupnąć, trzasnąć drzwiami, przekląć jak szewc, ale tego nie zrobiłaś. Dlaczego? Agresywne sceny są przecież w złym guście, nie przystoją kobiecie, są ordynarne i nie na miejscu. A w każdym razie taki jest przekaz społeczny. Takie nauki pobierają dziewczynki w domu i w szkole. W konsekwencji są wychowywane do uległości. Powtarza się im, że powinny być delikatne, subtelne, ugodowe. Nie wchodzić w otwartą konfrontację, bo mężczyźni nie lubią agresywnych kobiet.

„Nikt cię nie zechce, jeśli nie przestaniesz być taką jędzą”, „Złość piękności szkodzi”, „Nie marszcz tak gniewnie czoła, bo ci zmarszczki wyjdą” – ile razy częstowano cię tego typu pogróżkami? Zgadzałaś się, by świat traktował cię pobłażliwie: „Wiadomo, baba”, drwił z twojej kobiecości: „Co ty taka wściekła, okres ci się zbliża?”. Byłaś ,,grzeczna”, choć złość zaciskała ci szczęki. Nie robiłaś awantury – dla świętego spokoju, z lęku, że ludzie przestaną cię lubić. Brałaś odpowiedzialność za uczucia innych, bo dobrze pamiętałaś słowa matki: „Mamusi jest przykro, kiedy tak się zachowujesz”. Bo w naszej kulturze kobieta ma być ugodowa, a mężczyzna ma prawo walczyć o swoje. To fakt, ale nie tylko o to chodzi…

Pewnego dnia byłam z wnukiem na placu zabaw i zaobserwowałam taką oto sytuację. Mali chłopcy biegali po całym placu z plastikowymi pistoletami, szabelkami i inną bronią. Byli głośni i rozbrykani. Na środku placu, na trawniku siedziały dwie około pięcioletnie dziewczynki i grzecznie bawiły się lalkami. Mali panowie poczuli zew natury i zaczęli zaczepiać spokojne koleżanki; a to poszturchali szabelką, a to pociągnęli za włosy, sypnęli piaskiem, rzucili kamyk na kocyk. Dziewczynki długo nie reagowały. Jednak w pewnym momencie jedna z nich wolno podniosła się z ziemi, spokojnym gestem otrzepała spódniczkę, potem stanęła na szeroko rozstawionych nóżkach, wyprostowała się, wypięła brzuszek, uniosła głowę, chwyciła się pod boczki i wrzasnęła jak dzika. Chłopcy wymiękli. I ja też, bo była w tej małej kobietce prawdziwa moc. Wtedy zrozumiałam, że kobieca agresja jest tak potężna, że przeraża nas same. Przez lata ją tłumimy z lęku, że kiedy damy jej upust, świat może tego nie wytrzymać.

Nie gódź się na rolę ofiary

Marta przychodziła do mnie na sesje już od kilku tygodni. Zawsze siadała na brzegu fotela: pochylona, z zamkniętą klatką piersiową i nieruchomym brzuchem, zaciśniętymi kolanami, włosami opadającymi na smutną twarz, prawie nie oddychała. Smętnym głosem relacjonowała, co on, czyli jej partner, znowu jej zrobił. Coraz mniej uważnie słuchałam, bo od tygodni „robił jej” to samo: lekceważył, pojawiał się i znikał, kłamał, nie dotrzymywał obietnic, raczył niewybrednymi żartami. Jednym słowem – typ bierno-agresywny. Patrzyłam na jej bezradność i sama robiłam się coraz bardziej bezradna.

Na jednej z sesji poczułam w sobie narastającą złość: gorącą kulę w środku brzucha, która wolno przemieszczała się do góry. Czułam, że moja złość jest nie do zatrzymania, postanowiłam za nią pójść. Wstałam z fotela, wyprostowałam się, zacisnęłam pięści i podniesionym głosem powiedziałam: „Albo coś z tym zrobisz, albo pogódź się z rolą ofiary”. Marta popatrzyła na mnie przerażonym wzrokiem, potem powiedziała nieśmiało:

– Masz rację, nie chcę dłużej tak żyć. – Co chcesz zrobić? Powiesz mu, żeby tak cię nie traktował, odejdziesz od niego? – zapytałam. – Mam ochotę dać mu w twarz.

Na pustym fotelu położyłam poduszkę i powiedziałam: – To twój facet. Odpłać mu pięknym za nadobne. Pokaż, na co cię stać.

Agresja to sposób chronienia naszego życia. Jeśli ją bezustannie tłumisz, to tak, jakbyś odbierała sobie prawo do życia. Doświadczasz jej każdego dnia: kiedy ktoś bezczelnie wepchnie się przed tobą do kolejki, szef pominie cię przy awansie, kolega z pracy opowie ordynarny kawał, robotnik na ulicy zagwiżdże na twój widok… Nierozładowana, a jeszcze wcześniej – nieprzeżyta agresja zamraża się w ciele w postaci napięć, które zamieniają się w symptomy: bóle kręgosłupa, dolegliwości barku czy bioder, depresję lub stany lękowe.

Masz dwa wyjścia: możesz być grzeczną dziewczynką, która wędruje od lekarza do lekarza, kiedy ból lub cierpienie stają się zbyt silne, albo… od czasu do czasu być kobietą „bez klasy”.

Irena pojawiła się u mnie, kiedy odkryła, że mąż ją zdradza. Przyznał się, a ona zachowała się „z klasą”: nie krzyczała, nie wystawiła mu walizek za drzwi, nie zagroziła rozwodem, nawet nie płakała (wiadomo, mężczyźni nie lubią płaczących kobiet). Przyszła z krwawiącym sercem. Utulałyśmy je tygodniami. Czekałam, kiedy pojawi się złość. – On mnie nawet nie przeprosił, nie okazał skruchy, nie zapewnił, że kocha – powiedziała na jednej z sesji.

Milczałam, bo po raz pierwszy poczułam w niej moc, wiedziałam, że poprowadzi ją jej złość. Miałam rację. Pewnego dnia Irena postanowiła przestać być kobietą z klasą.

– Jesteś złamanym k…em! – wykrzyczała mężowi prosto w twarz. – Kiedy ja zajmowałam się twoją chorą matką, ty zabawiałeś się z jakąś zdzirą. Chcę, żebyś mi za to zapłacił – i wręczyła zdumionemu mężowi listę żądań: złoty zegarek, sfinansowanie zabiegu wybielania zębów w najdroższej klinice, wyjazd na Bali, o którym zawsze marzyła, ale nigdy nie doszedł do skutku. Łaskawie zgodziła się, by wybrał jedno z nich. Bolesne zranienie zawsze wymaga zadośćuczynienia sprawcy. Kobiety „bez klasy” doskonale o tym wiedzą.

Poczuj złość, a potem zdecyduj co z nią zrobić

Latami przyuczana do nieujawniania agresji, w końcu przestajesz ją czuć. Można cię ranić do woli, a ty jesteś niczym zamrożona, wchodzisz w rolę ofiary („jak on mógł mi to zrobić?”) albo reagujesz z opóźnieniem. Jeśli chcesz wyjść z tego schematu, najpierw musisz nauczyć się czuć swoją złość. Oto ćwiczenie, które może ci w tym pomóc:

Usiądź i spróbuj się odprężyć. Potem przypomnij sobie sytuację, która cię zezłościła. Wyświetl sobie ją przed oczami, z najdrobniejszymi szczegółami, tak jak film na ekranie. Teraz skoncentruj się na doznaniach w ciele: co czujesz w klatce piersiowej, co dzieje się w twoim brzuchu, czy zęby masz zaciśnięte, czy rozluźnione? Wybierz najsilniejsze doznanie. To właśnie w ten sposób twoje ciało odczuwa złość. Kiedy następnym razem je poczujesz, będziesz wiedziała, że to złość.

Kolejny krok to sporządzenie listy sytuacji, słów, zachowań, które najbardziej cię złoszczą. To może być niewybredny żart, pominięcie, zlekceważenie.

Kiedy już wiesz, co cię najbardziej złości, jak i gdzie w ciele czujesz złość, decyzja, co z tym zrobić, należy do ciebie. Jeśli postanowisz nie reagować, bo uznasz, że to ci się bardziej opłaca albo chcesz mieć święty spokój – masz do tego prawo. Kiedy zaś twoje ciało poczuje smak walki: huknij, tupnij, przeklnij i… przekonaj się, że świat z tego powodu nie przestanie istnieć. No i bądź z siebie dumna!