1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Gdy tęsknimy za bliskimi – pomocne rytuały

Gdy tęsknimy za bliskimi – pomocne rytuały

fot.123rf
fot.123rf
Czasami tęsknimy za bliskimi, bo mieszkamy daleko albo dlatego, że odeszli, umarli. W przeżywaniu ich braku, by nie był dominujący, mogą nam pomóc poniższe rytuały:

  1. Budowanie drzewa genealogicznego – są w Internecie strony i programy (ja korzystam z myheritage.pl), dzięki którym można wzbogacać opis o rodzinne fotografie, dodawać wydarzenia, anegdoty, znajdować dalszych krewnych, zapraszać innych krewnych do współtworzenia drzewa itd. Siłę tego drzewa daje świadomość jego korzeni, to że możemy się osadzić, utożsamić, co wpływa na poczucie więzi. I bliską obecność członków rodziny, choć ich przy nas nie ma.
  2. Stworzenie „rodzinnej ściany” wspomnień – ja wybrałam ścianę w kuchni, nad ekspresem do kawy, rozwiesiłam tam zdjęcia moich bliskich, z różnych czasów. Od tego momentu co najmniej trzy razy dziennie moi bliscy są ze mną, gdy parzę kawę – patrzę na nich, wspominam miłe chwile.
  3. Stworzenie kalendarza z rodzinnych zdjęć – ja robię taki od dwóch lat, dla siebie i najbliższych. Dzięki temu przez cały rok, na dwunastu kartach, moi bliscy są ze mną. Gdy kalendarz wygasa – zostają zdjęcia, które można oprawić i dołączyć do „rodzinnej ściany”.
  4. Spisywanie lub nagrywanie rodzinnych historii – rozmawiaj z najstarszymi członkami rodu, spisuj lub nagrywaj opowiadane dzieje. Teraz ci się wydaje, że znasz je na pamięć, ale szczegóły zacierają się z czasem, warto je utrwalić, a potem wydać w kilku egzemplarzach dla siebie i dla członków swojej rodziny (wspaniały prezent na święta) albo stworzyć rodzinną, dostępną tylko na hasło, stronę w Internecie.
Renata Mazurowska psychoterapeutka i trenerka, prowadzi terapię, warsztaty i grupy wsparcia, https://renatamazurowska.wordpress.com

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczni rodzice. Co zrobić, gdy nie chcą odciąć pępowiny?

Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Mama wciąż dzwoni, dopytuje się, skarży, że już nie pamięta, jak córka wygląda, choć widziały się tydzień wcześniej. Jak się przed tym obronić?
Jeśli takie zachowanie matki wzbudza w córce złość, poczucie zagrożenia czy winy, to powinna pamiętać, że w te wszystkie uczucia wpędza się sama. Oczywiście, u podstaw tych emocji leży więź z rodzicami i pierwotne przekonania na temat świata i roli dziecka przez nich przekazane. Jedno z tych przekonań brzmi: „trzeba dbać o emocje mamy”. Cały problem tkwi w tym, że ona nadal daje tym przekonaniom „moc poruszania”, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Dlatego, jeśli córka w złości na rodziców, którzy z powrotem „wciągają ją” do dziecinnego pokoju, rzuci: „Mamo, odczep się!” i odłoży słuchawkę, zaraz potem poczuje wyrzuty sumienia. W konsekwencji od razu zadzwoni do nich i albo przeprosi, albo będzie udawać, że nic się nie stało. Ewentualnie ich odwiedzi, bo nurt poczucia odpowiedzialności za rodziców będzie tak silny, że poniesie ją dalej.

A co się dzieje w sercu kogoś, kto robi coś wbrew własnym chęciom?
Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, ale łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może wtedy czuć złość, że jedzie do matki, choć nie chciał. Może mu też być smutno, że matka tak naprawdę go nie zauważa, nie szanuje jego potrzeb, uczuć. Że dostrzega tylko swoją potrzebę wypełnienia pustego gniazda. Różne emocje mogą się tutaj pojawić…

Skąd się bierze ta odpowiedzialność za rodzica? Przecież powinno być odwrotnie, przynajmniej do czasu, gdy dorośniemy?
Odpowiedzialność bierze się z niedobrego, toksycznego wychowania, które obwinia dziecko o różne rzeczy. Matka mówiąca z uśmiechem: „Gdy się urodziłaś, musiałam zrezygnować z kariery. Trzy lata siedziałam w domu. A tata się w ogóle nami nie zajmował. To był bardzo ciężki dla mnie czas”. Albo: „Byłaś bardzo trudnym dzieckiem, ciężko było cię wychować, dlatego nie zdecydowaliśmy się na drugie”. Uśmiech ma sugerować, że to jest mówione z miłości, ale jak dziecko, które to słyszy, ma nie poczuć się winne, że w ogóle istnieje? Jedna z moich pacjentek, która była pierwszym dzieckiem po wielu poronieniach, całe życie słyszała, jakie to ma szczęście, że się urodziła. W ten sposób matka – nieświadomie – wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, że to tamte dzieci powinny żyć, a nie ona.

Jest też inna przyczyna poczucia odpowiedzialności za rodziców: chowanie dzieci, by „na starość miał mi kto podać szklankę wody”. Rodzice postępują wtedy tak, jakby chcieli, by dzieci nie nauczyły się samodzielności. Pozornie mogą okazywać radość, że córka wyszła za mąż, ale gdy ona już nie przyjeżdża co tydzień na niedzielne obiady, wyrażają swój lęk w formie agresji, czyli na przykład matka dzwoni i mówi: „Dlaczego nie przyszłaś? Nie dbasz o mnie!”. To jest typowy toksyczny komunikat: „Zaopiekuj się mną”, ale jednocześnie zarzut: „Skrzywdziłaś mnie!”. W tym, co mówi wówczas matka, jest dużo smutku i złości. A więc podobne emocje czuje dziecko.

I bardzo je to boli.
Oczywiście. Na tej emocjonalnej bazie tworzy się właśnie to coś, co nazywamy poczuciem odrzucenia. Dziecko widzi, że rodzice realizują tylko swoje własne potrzeby, i to jego kosztem. Dzieje się tak często nie z powodu złej woli rodziców, ale dlatego, że choć są dorosłymi, finansowo samodzielnymi ludźmi, to nie stanowią w pełni autonomicznych jednostek, więc podklejają się pod życie swojego dziecka.

Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock) Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock)

Co z takim podklejonym rodzicem zrobić?
Zacząć od zadania sobie pytania: „Dlaczego na te telefony, wyrzuty i żądania reaguję złością i dlaczego są one dla mnie źródłem dyskomfortu?”. Czy nie dlatego, że czujesz się wykorzystywana, nieważna, niesłuchana? Że nie ma znaczenia, gdy mówisz: „Mamo, mam inne plany, dużo roboty na jutro, ślub kolegi w weekend”, bo matka i tak chce, żebyś do niej przyjechała? I jeszcze jedno: to tylko pozory, że robisz to dla niej! Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czemu jadę do matki, skoro nie chcę?”. Ano po to, żeby zniwelować poczucie winy, bo czujesz się za matkę odpowiedzialna. Jedziesz, bo jak tego nie zrobisz, to ją skrzywdzisz. Jedziesz, żeby pokazać, że jesteś dobrą córką czy synem. Jedziesz, bo tak trzeba.

Czyli tak naprawdę robimy to dla siebie?
No tak. I cały kłopot polega na tym, że jedyna racjonalna i słuszna emocja, jaką w takiej sytuacji można odczuć, to smutek. Chodzi mi o taki smutek, który wywołuje w nas zachowanie innych, zwłaszcza bliskich, gdy zrozumiemy, czemu to robią. A więc pomyślmy: „Moja matka tak się zachowuje, bo:…”. I tutaj wyliczmy sobie przyczyny: nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami, dramatycznie boi się zostać sama, nigdy nie czuła się pewnie w roli matki, ma poczucie winy, że mi czegoś nie dała i stara się jakoś mi odpłacić swoją miłością, dobrocią…

Tak czy siak, ona robi to z egoistycznych pobudek.
Ona ma swoją motywację, a naszej nie zauważa. I to jest właśnie najczęstszy powód naszej złości, a potem poczucia winy. Kluczowe pytanie brzmi: „Co zamierzam z tym zrobić?”. Bo to, że matka ma swoją motywację i najprawdopodobniej nie będzie zainteresowana tym, by ją zmienić, jest raczej oczywiste. My też raczej jej do tego nie nakłonimy. To, co możemy zmienić, to nasz sposób reagowania na jej słowa i czyny, nawet te najbardziej toksyczne czy raniące. A więc zamiast czuć złość, gdy słyszymy w słuchawce: „bo ty mnie nie kochasz!”, wzbudźmy w sobie empatię. A więc matka dzwoni i robi mi wyrzuty, a ja mówię: „Nie mam ochoty rozmawiać” i odkładam słuchawkę. Czuję wprawdzie smutek, ale nie z tego powodu, że ona jest skupiona na sobie czy że mam poczucie winy, ale dlatego, że miała trudne życie, skoro tak się teraz zachowuje.

To, że rozumiem jej zachowanie, nie znaczy, że je akceptuję i że do niej jadę. I nie znaczy, że nie jadę. Po prostu jest mi smutno. Trzeba odróżnić empatię od działania w poczuciu winy. Ten smutek może doprowadzić do tego, że uznam: „Nie chcę się dziś widzieć z rodzicami”, ale nie dlatego, że czuję złość. Po prostu nie mam ochoty. Jeśli do nich pojadę, to dlatego, że będę tego chciał. A wtedy emocje, które będą takiej wizycie towarzyszyły, będą zupełnie inne niż te, które odczuwam, gdy kieruje mną poczucie winy, złość czy obowiązek.

Jak dojść do tego wyzwalającego smutku?
Uda się to wtedy, gdy spróbujemy pogodzić się z tym, że nie otrzymamy od matki czy ojca tego, co byśmy chcieli. Że ich motywacje są ich motywacjami i zapewne dlatego nie dadzą nam tego, czego byśmy chcieli – prawdziwej uwagi, miłości, która wspiera rozwój i samodzielność. Ale jakkolwiek by to nie było smutne – to jest nasz problem, że my tego nie otrzymamy. Jeśli jednak zamiast się z tym pogodzić, opłakać, powiemy: „Nie ma miłości i uwagi, i nie będzie? To ja takich rodziców nie chcę!” – to znaczy, że nie poradziliśmy sobie ze złością i nie pogodziliśmy się ze smutkiem. I też nic dziwnego, bo trzeba się napracować, żeby zaakceptować to, że nasza potrzeba miłości może nigdy nie zostać zaspokojona. Jak powiedzieliby psychoanalitycy, trzeba zabić w głowie idealną matkę, która może nas nasycić miłością. Nie ma jej. To oczywiście wyzwala olbrzymi smutek. On może trwać nawet bardzo długo, ale jest uzdrawiający. Dzięki smutkowi wycofujemy się z wielu rzeczy – a więc nie jedziemy do matki, bo wiemy, że to nam nic nie da. Przestajemy się szarpać. A wtedy możemy dostrzec, że nie musimy wiele robić, by ktoś zaspokoił nasze potrzeby.

No dobrze, ale co zrobić, gdy matka prosi córkę, z którą nie mieszka od kilku lat: „Jak dojedziesz do pracy, to zadzwoń”? Co odpowiadać?
Co zrobić z matką? Nic. Córka ma coś zrobić ze sobą, ze swoim zdenerwowaniem. Matka traktuje ją jak dziecko i to się pewnie nie zmieni. Pomyślmy też racjonalnie – czy jeśli matka dzwoni i pyta: „Już dojechałaś?”, to znaczy, że córka jest niedojrzała? Nie! Jeśli matka dzwoni i mówi: „Już nie pamiętam, jak wyglądasz, tydzień cię nie widziałam”, to czy to jest prawda? Nie! Jeśli myślisz, że to prawda – czas na pracę nad sobą. Jak długo będziemy tkwili w roli skrzywdzonego dziecka, tak długo nim będziemy. No, chyba że matka chce się zmienić, mówi: „Córcia, dzwonię, wiem, że to cię denerwuje, ale musiałam cię usłyszeć”. Wtedy córka może powiedzieć: „OK, ale teraz nie mam czasu, zadzwonię za trzy dni”. Bo pierwszy krok, jaki matka kieruje w stronę dziecka, to zwrócenie uwagi na jego potrzeby. Ale i tak nie zwalnia to córki z konieczności pracy nad sobą, dojrzewania i usamodzielniania się.

  1. Psychologia

Pojednanie. Dlaczego tak trudno jest wybaczyć?

Wybaczenie to często długi proces, szczególnie, gdy chcemy wybaczyć bliskim osobom. (fot. iStock)
Wybaczenie to często długi proces, szczególnie, gdy chcemy wybaczyć bliskim osobom. (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Jak usiąść do wigilijnego stołu z kimś, kto nas skrzywdził? Tak, to trudne. Ale nie niemożliwe. Trzeba zrobić kilka kroków. Pierwszy to wybaczenie. A żeby wybaczyć, trzeba powiedzieć „przepraszam”. Szczerze.

Najbardziej wstrząsające pojednanie, jakiego byłam świadkiem: 2010 rok, Medytacje Oświęcimskie, organizowane przez Zen Peacemakers i Polską Wspólnotę Pokoju. Biorą w nich udział ludzie z całego świata: żydzi, katolicy, buddyści, muzułmanie. Potomkowie ofiar i katów. Między innymi John, około sześćdziesiątki, amerykański żyd, inżynier, w Auschwitz zginęła cała jego rodzina. I jego rówieśnik Franz, lekarz z Hamburga, którego ojciec służył w wojsku i w obozie. Ostatniego dnia medytacji idziemy wzdłuż torów, którymi transportowano ludzi do gazu. Nagle widzę, jak Franz podbiega do Johna, kładzie mu rękę na ramieniu. Po chwili ręka Johna wędruje na plecy Franza. I tak idą w milczeniu.

Przywołuję ten przykład, bo pokazuje, że pojednanie jest możliwe zawsze, nawet po latach, w obliczu winy przodków.

Joanna Heidtman, psycholożka i socjolożka, zauważa, że pojednanie wywodzi się ze słów „jedność”, „jednia”. Czyli już samo pojęcie sugeruje, że kiedyś była zgoda i harmonia, jakieś „my”, wspólnota, czy to rodzinna, przyjacielska, czy narodowa. Ale potem wydarzyło się coś, co tę jedność rozbiło.

– Fakt, że coś przecięło więzi i teraz mamy je naprawiać czy na nowo budować, oznacza, że musimy zrobić jakiś wysiłek – mówi psycholożka. – To samo w sobie może być trudne. Zarówno wtedy, gdy pojednanie następuje tuż po doznanej krzywdzie, jak i po wydarzeniach bardzo odległych w czasie, na przykład wojennych, kiedy jednają się osoby niemające nic wspólnego z tamtym konfliktem i muszą sięgać do ran niesionych przez pokolenia.

Jak wybaczyć? W bliskiej relacji jest dużo trudniej…

Joanna Heidtman zwraca uwagę na pewien paradoks – że pojednanie jest tym trudniejsze, im silniejsza więź łączy ludzi, choć wydawałoby się, że łatwiej pojednać się z  bliskimi. Skąd ta trudność? Po pierwsze dlatego, że zerwanie mocnych więzi jest bardziej bolesne niż słabych, a po drugie, bo w bliskich związkach kierujemy się zaufaniem, otwieramy się, odkrywamy. Kiedy więc ktoś taki nas zrani, trudno nam się potem na nowo przed nim otworzyć, podejść bliżej, zaufać mu, uwierzyć w jego dobrą intencję. A bez tego przywrócenie więzi i jedności nie jest możliwe.

– Różne komplikacje psychologiczne utrudniają pojednanie – dodaje psycholożka. – Na przykład silna potrzeba wyrównania krzywd. Okazuje się, że mamy w sobie bardzo pierwotne poczucie prosto rozumianej sprawiedliwości, oczekiwanie, że jeżeli ktoś zawinił, to powinien swoje winy odkupić. To proste, jeżeli ktoś zniszczył komuś samochód, wtedy wystarczy zapłacić odszkodowanie i rachunki zostaną wyrównane. Ale bywają winy, których odkupić nie sposób, bo są dziełem przodków albo mają charakter głęboko raniący od strony emocjonalnej.

Samo poczucie krzywdy też jest psychologicznie złożone. Bo zdarza się, że każda ze stron czuje się pokrzywdzona. Albo strona, która zawiniła, zrobiła to nieświadomie, niecelowo. Bywa też tak, że krzywda jest czymś bardzo subiektywnym, czyli jedna strona czuje się poszkodowana, choć druga obiektywnie nic złego nie zrobiła. Jak zauważa Joanna Heidtman, są ludzie, którzy zawsze czują się skrzywdzeni przez innych, którzy ustawiają się w roli ofiary, postrzegają świat jako coś wrogiego, działającego na ich niekorzyść. Takie nastawienie do życia prezentują całe społeczeństwa i narody.

– Jedna z teorii ludzkiego „ja” mówi, że jestem subiektywną opowieścią o sobie samym, pewną narracją na swój temat – wyjaśnia psycholożka. – W tej opowieści możemy być zdobywcami, bohaterami, wyzwolicielami niosącymi pomoc albo ofiarami. I nie chodzi tu o obiektywne wydarzenia, tylko o to, jak są one opowiadane.

Dla takich ludzi pojednanie jawi się jako coś nie do przejścia. Powtarzają: „My jesteśmy w porządku, to inni zawinili”. Tymczasem pojednanie jest aktem dwustronnym, muszą być na to gotowe obie strony. Psychoterapeuci zgodnie podkreślają, że pierwszym krokiem do pojednania jest wybaczenie. Można to zrobić jednostronnie, niezależnie od okoliczności, nawet gdy krzywdziciel nie żyje. A pierwszym krokiem do wybaczenia jest powiedzenie „przepraszam”. Szczerze, prosto z serca. Harriet Lerner, znana amerykańska terapeutka małżeństw, podkreśla, że szczere przeprosiny to najlepsza inwestycja w relacje.

Jaki jest warunek wybaczania?

– Wyjście z sytuacji krzywdzenia, uwolnienie się od tego, kto rani, nieważne, czy przy pomocy innych ludzi, okoliczności, czy samodzielnie – tłumaczy Joanna Heidtman. – Póki tkwimy w środku, trauma jest ciągle żywa, bywa odtwarzana jak katastroficzny film. Mało tego, wtedy dalej jesteśmy w relacji z osobami, które nas skrzywdziły. Natomiast jeśli uda nam się z niej wyjść, na przykład rozwieść się z partnerem stosującym przemoc, wtedy nabieramy do naszej relacji dystansu. A wybaczanie jest możliwe właśnie z dystansu.

To nie krzywda, ale różnica

Czasem ludzie wypierają z pamięci trudne przeżycia. Psycholodzy uważają, że to niedobra strategia. Nasza pamięć nie przypomina taśmy wideo, która nagrywa wydarzenia tak, jak się zdarzają. Wszystko, co wiąże się z interakcjami społecznymi, jest pamiętane poprzez emocje. Już Freud pisał, że wyparte przeżycia mogą wrócić w postaci ciężkiej nerwicy. Dopóki więc nie wybaczymy, nie „puścimy” ich, dopóty będą w nas tkwiły.

– Czasem robię z klientami takie ćwiczenie, że oznaczamy w gabinecie miejsce związane z traumatycznymi wydarzeniami i krok po kroku się od niego oddalamy – mówi psycholożka. – To symboliczny akt dystansowania się od traumy. Żeby jednak wybaczyć, najpierw trzeba zrobić porządek z własnym życiem, zejść do „piwnicy”, do której zepchnęliśmy niezałatwione sprawy, i oświetlić ją latarką.

Psychoterapeuta z Instytutu Psychologii Zdrowia Jerzy Mellibruda pisze w książce „Pułapka nie wybaczonej krzywdy”, że wybaczanie „jest darem od siebie dla siebie”. Pojednanie to coś więcej – to dar dla siebie i dla innych, zamyka trudny etap w życiu, uwalnia od traumatycznych przeżyć, otwiera na nowe relacje, pozwala żyć bez destrukcyjnych emocji. Amerykański psychiatra Theodore Isaac Rubin podkreśla, że pojednanie wpływa na zdrowie psychiczne i zdrowe relacje. „Niezdolność do wybaczania jest źródłem nieustającego cierpienia” – pisze w „Księdze gniewu”. Psycholodzy kliniczni z kolei zwracają uwagę, że życie w nienawiści wpływa niekorzystnie na procesy fizjologiczne zachodzące w naszym organizmie – może być przyczyną wysokiego ciśnienia krwi i poziomu kortyzolu, czyli hormonu stresu, co z kolei wiąże się z ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych, obniżoną odpornością, zaburzeniami pamięci.

Absolutnie nie opłaca się więc zianie nienawiścią. Także przy wigilijnym stole, gdy rozmowa zejdzie na polityczne tory. – Pamiętajmy o jednym: wyrażanie innych poglądów to nie jest krzywdzenie kogoś, to różnienie się – mówi Joanna Heidtman. – Inne poglądy oznaczają, oczywiście, inne decyzje, czasem inne zachowania, ale to – jak mawia moja przyjaciółka – nie zagraża życiu. Nawoływanie do pojednania w sprawie poglądów jest nieprawdziwe, nierozsądne i bezowocne. Bo nie będzie tak, że ja się zgodzę z twoim poglądem, ty z moim i pójdziemy dalej jednym krokiem. Nie pójdziemy. Ale nawet człowiek o skrajnie odmiennych poglądach może być dobry, pomocny. Zdecydujmy zatem, co jest dla nas ważniejsze: czy to, że ktoś jest przyzwoitym człowiekiem, czy nasze poglądy. Relacje czy racje? Jeżeli już mamy o coś apelować, to o wzajemny szacunek.

Złe relacje między rodzeństwem powodują psychiczny dyskomfort u każdej ze stron. Jak wybaczyć, gdy skrzywdził nas ktoś bliski? (Fot. iStock) Złe relacje między rodzeństwem powodują psychiczny dyskomfort u każdej ze stron. Jak wybaczyć, gdy skrzywdził nas ktoś bliski? (Fot. iStock)

Historia siostrzanej relacji:

Tekst archiwalny

Basia ma 19 lat, burzę kruczoczarnych włosów i wyzywający look: mini, dekolt, ostry makijaż. Kasia, o dwa lata młodsza, to typ przebojowej chłopczycy: włosy na zapałkę, bojówki, glany. W tle słynne schody hiszpańskie w Rzymie. Jest czerwiec 1997 roku, tuż po maturze Basi i kilka dni przed jej wyznaniem, które jak granat rozerwało na strzępy ich siostrzaną miłość. 

To ostatnie nasze wspólne zdjęcie. Zrobił je Bartek, wtedy mój chłopak, a teraz jej mąż – mówi Kasia 20 lat później.

Mamy mówić o pojednaniu, ale ona chciałaby zacząć od początku. Czyli od Basi, kim dla niej była przez pierwsze 17 lat jej życia. Starszą siostrą – opoką. Najlepszą przyjaciółką, taką, co to zna najskrytsze tajemnice. A nawet matką i ojcem. Rodzice, od kiedy Kasia pamięta, byli zajęci od świtu do nocy. Najpierw pracą we własnym sklepie, potem także piciem i licznym gronem znajomych. Kasia i Basia od małego trzymały się razem. Razem w domu, na podwórku, na przerwach w szkole. Razem nasłuchiwały, w jakim stanie wracają rodzice.

Taki obrazek: Kasia ma ósme urodziny, obie z Basią wypatrują mamy i taty przez okno. Obiecali, że wrócą wcześniej, z tortem. Robi się ciemno, a ich nie ma. Kasia wisi w oknie i ryczy. Basia włącza więc jej ukochanego Michaela Jacksona, podkręca dźwięk na ful, zakłada mamine buty na obcasach, owija się jej sukienką, maluje usta szminką i tańczy. Kasia wyciera zasmarkany nos, obserwuje siostrę, po chwili do niej dołącza. Szaleją, aż padną ze zmęczenia.

Kasia opowiada jeszcze, jak siostra wkraczała do akcji, gdy działa się jej krzywda, jak usprawiedliwiała ją z nieobecności, nieodrobionych lekcji. Bo Basia to był w ich małej wiejskiej szkole ktoś. Najlepsza w nauce i w sporcie, najładniejsza, podziwiana, lubiana. W liceum kochali się w niej wszyscy chłopcy, ale ona trzymała ich na dystans.

– U mnie było odwrotnie: to ja się bez przerwy zakochiwałam, a oni mnie olewali. A nawet jak któryś mnie podrywał, to Basia tak go podsumowywała, że z miejsca wydawał mi się głupim dupkiem. Tylko Bartka od razu zaakceptowała.

Z Bartkiem zaczęło się w drugiej klasie liceum na wycieczce do Pragi. Banalnie. Był wieczorek pożegnalny, poprosił ją do tańca, potem  przegadali całą noc, na koniec on pocałował ją, a może ona jego. I Kasia odpłynęła. Na całe dwa miesiące. Potem był ich wyjazd we trójkę do Rzymu. Kasia wypłakiwała się siostrze w mankiet, że Bartek chyba ma kogoś, a ona słuchała i milczała. Następnego dnia po powrocie rzuciła krótko: „Sorry, Kaśka, że tak wyszło, zakochałam się w Bartku”. Jeszcze tego samego dnia wyprowadziła się do jego rodziców, po pół roku wyjechali razem do Chicago, do jego rodziny. Mieszkają tam do dziś, mają firmę produkującą okna, dom, dwie córki.

Tamtego dnia Kasi zawalił się świat. – Zostałam zdradzona podwójnie, przez dwoje ukochanych ludzi, przede wszystkim przez siostrę. Czułam się sama jak palec, nie miałam żadnej przyjaciółki, bo do tej pory wszystkich ludzi na świecie zastępowała mi Basia. Nagle pustka. Rodzice już wtedy żyli od jednego alkoholowego ciągu do następnego.

Z tamtego okresu ma dwie pamiątki: blizny na lewej i prawej ręce. Chyba nie chciała jednak umrzeć, bo ją odratowano. Ale nie chciała też żyć. Coraz częściej sięgała po alkohol. Jakimś cudem zdała maturę, wyprowadziła się do Warszawy. Zmieniała prace, mieszkania, mężczyzn. Wierna tylko alkoholowi. I tak przez prawie pięć lat. Rodzice zmarli jedno po drugim trzy lata potem. Z siostrą zero kontaktu. Nie interesowało ją, czy żyje, gdzie mieszka, co robi, czy jest nadal z Bartkiem.

– Żyłam z dnia na dzień, bez celu i sensu. Któregoś dnia obudziłam się na ławce w parku z całym moim dobytkiem, czyli małym plecaczkiem, pod głową. To było to moje dno, na które, jak mawiają spece od uzależnień, trzeba spaść, żeby się zacząć podnosić. Pamiętam, że ptaki śpiewały w tym parku jak szalone, bo to był maj. I tam, na strasznym kacu, przyznałam się przed sobą: „Jestem alkoholiczką”. Tak jak rodzice, których za to nienawidziłam. To był punkt zwrotny – opowiada Kasia. – Wstałam i po raz pierwszy od lat nie poszłam po małpkę, tylko do dawnego kolegi, który rzucił mnie wcześniej z powodu picia, a wtedy przygarnął. Nigdy mu tego nie zapomnę.

No i zaczęła się walka z uzależnieniem. Na spotkaniach Dorosłych Dzieci Alkoholików. Z ciałem, żeby nie odmawiało posłuszeństwa, gdy trzeba wstać do pracy. Z umysłem, żeby znalazł i nazwał sens życia. Udało się. Skończyć studia (resocjalizację), znaleźć pracę w ośrodku dla uzależnionej młodzieży, kupić na kredyt kawalerkę. Nie udało się – choć próbowała wiele razy – zbudować trwałego związku. – Po rozstaniu z kolejnym mężczyzną postanowiłam iść na psychoterapię. W końcu po miesiącach ciężkiej pracy dotarło do mnie, że jeżeli chcę wrócić do normalności, muszę przebaczyć siostrze, Bartkowi, rodzicom. No i sobie. Najłatwiej poszło z wybaczeniem rodzicom. Zrozumiałam, że też mieli ciężkie życie. Obydwoje wcześnie zostali sierotami, taty tata był alkoholikiem. Z Bartkiem też jakoś się udało. Zobaczyłam, że tak naprawdę kochał Basię, a ja miałam tylko ułatwić mu do niej dostęp. Najtrudniejsza do przepracowania jest moja z nią relacja. Już jej wybaczyłam. Ale pojednanie to wciąż niezakończony proces. Na razie regularnie opisujemy sobie to, co wydarzyło się u nas przez te 20 lat. Jeszcze nie miałam odwagi włączyć Skype’a. Ale muszę to zrobić jak najszybciej przed przyjazdem Basi na święta. Bo że przyjedzie, to już postanowione. Boję się i cieszę. Chyba jednak bardziej cieszę.

  1. Psychologia

Tęsknota mnie zżera. Dlaczego tęsknimy?

Tęsknota jest jednocześnie protestem przeciwko oddaleniu się obiektu miłości i uznaniem łączącego nas uczucia. (Fot. iStock)
Tęsknota jest jednocześnie protestem przeciwko oddaleniu się obiektu miłości i uznaniem łączącego nas uczucia. (Fot. iStock)
Zdrowe przeżywanie tęsknoty za ukochaną czy ukochanym wymaga sporej dojrzałości. Tęskniąc, lawirujemy pomiędzy dwiema „niekompatybilnymi” emocjami: doświadczaniem braku i poczuciem więzi. Sztuką jest odnalezienie równowagi. Czy tęsknota oznacza miłość? Czy zawsze tęsknimy za tymi, których kochamy?

Czym jest tęsknota? Trudno jednoznacznie określić. Tęsknić wcale nie jest łatwo. To wręcz ambitne zadanie. By przeżywać tęsknotę za ukochanym czy ukochaną, trzeba umieć tolerować w sobie całą gamę emocji: poczucie opuszczenia, ubytku, osamotnienia, frustracji, braku, a jednocześnie więzi, przywiązania, wspólnoty i miłości. Trzeba umieć być blisko, ale też dopuszczać świadomość, że ukochana osoba jest odrębnym, wolnym człowiekiem, i pozwalać jej na oddalanie się.

A czy tęsknota oznacza miłość? Tęsknota jest jednocześnie protestem przeciwko oddaleniu się obiektu miłości i uznaniem łączącego nas uczucia. Dla niektórych to tak trudne połączenie, że w ogóle nie są w stanie przeżywać tęsknoty.

Pierwsze rozstanie

Dlaczego różnie przeżywamy tęsknotę za ukochanym? Ponieważ każdy z nas inaczej przeszedł we wczesnym dzieciństwie separację od matki. Czym jest tęsknota w tak młodym wieku? Otóż małe dziecko nie odróżnia siebie od matki, czuje, że „mama i ja to jedno”. Kiedy ma mniej więcej sześć miesięcy, zaczyna spostrzegać: „to, co zapewnia mi komfort i przetrwanie, to nie jestem ja”. Zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że matka jest odrębną istotą, niemożliwą do skontrolowania. To, że do szczęścia, bezpieczeństwa i przetrwania potrzebuje czegoś zewnętrznego, budzi jego frustrację.

Umiejętność przyszłego tolerowania rozdzielenia, braku i tęsknoty za ukochaną osobą zależy w dużej mierze od tego, jak rozegrała się ta pierwsza, kluczowa separacja: czy moment ten przebiegł łagodnie, był dla dziecka do zniesienia, czy zerwanie symbiozy było gwałtowne i budzące poczucie zagrożenia. Jeśli mama oddalała się od dziecka, by zająć się innymi sprawami, ale wciąż była w zasięgu wzroku czy słuchu i reagowała na wołanie, a znikając na jakiś czas, dbała, by maluch pozostawał pod troskliwą opieką, wówczas dziecko powoli uczyło się tolerować świadomość oddzielenia. Jeśli jednak mama znikała i wołana nie przychodziła (zdarzają się rodziny, w których się uważa, że płacz dziecka należy „przetrzymać”) lub zostawiała je zbyt długo same, pod opieką rożnych opiekunek, dziecko przeżywało wstrząs. Gdy proces separacji nie przebiega łagodnie, maleństwo doświadcza rozstania z matką jak utratę kawałka siebie, wręcz fizyczne uszkodzenie.

Kolejny ważny etap to powrót mamy. Opuszczone dziecko jest wściekłe na nią i jej chwilową niedostępność, ponieważ rozstanie budzi w nim bardzo gwałtowne uczucia – przecież oddalił się od niego komfort! I kiedy mama wraca, maluch nie umie poukładać sobie w głowie: „to jest dobra mama, ta, która wróciła”; wciąż czuje: „to jest zła mama, ta, która odeszła”. I reaguje na matkę agresją, np. odpychając ją od siebie albo gryząc pierś. W takim momencie rolą mamy jest zrozumienie złości dziecka i mądre jej tolerowanie. Jeśli jednak mama sama zaczyna odpowiadać złością, wyrabia w dziecku negatywne mechanizmy. Maluch czuje wtedy, że jego wściekłość i frustracja nie są przyjmowane, że niszczą relację. Tymczasem tylko harmonijne „spotkanie” tych trzech etapów: spostrzeżenia odrębności, łagodnej separacji i poczucia bezpieczeństwa także w wyrażaniu negatywnych emocji, pozwala w duszy maleńkiego człowieka zbudować umiejętność przeżywania tęsknoty za ukochaną osobą i oddzielania się od obiektu miłości.

Druga lekcja

Kiedy dziecko ma około roku, przeżywa jeszcze jeden moment oddalania się od mamy: zaczyna chodzić, szybko rośnie i jeszcze szybciej się uczy. Odkrywa mnóstwo nowych rzeczy. Odkrycie własnej sprawności powoduje, że dziecko czuje się wszechmogące i balansuje na granicy czegoś, co w psychologii nazywamy manią – bardzo podniesionym nastrojem. Maluch nabiera poczucia niezależności od mamy, chwilami wręcz mama jest mu w ogóle niepotrzebna.

Bardzo ważne jest to, jak matka znosi tę swoją chwilową „bezużyteczność” i jak przyjmuje dziecko z powrotem, kiedy maluch demonstruje, że nie radzi sobie sam. Niedojrzała emocjonalnie mama będzie obrażona i odepchnie dziecko: „teraz to ja ciebie nie chcę, radź sobie sam”, albo będzie triumfowała: „a widzisz, nie trzeba było od mamusi odchodzić”. Dojrzała natomiast cieszy się z rosnącej samodzielności dziecka i pozwala mu czuć się doskonale, także kiedy się oddala. Rozumie, w jak drażliwym położeniu jest dziecko, które do niej wraca; zdaje sobie sprawę z tego, że może się czuć przerażone czy bezradne. Powinna je przytulić, pocałować i powiedzieć: „chodź, skarbie, mamusia cię kocha”. Tym bardziej że ten moment jest kolejnym etapem w rozwoju, determinującym, jak w dorosłym życiu będziemy przyjmować tęsknotę.

Trzy ataki

Osoba, której rozwój na opisanych wyżej etapach nie przebiegł harmonijnie, będzie miała w dorosłym życiu problem, by w zdrowy sposób oddzielać się od partnera i radzić sobie z tęsknotą za ukochanym. Ktoś, kto nie rozumie, czym jest tęsknoty nie toleruje, musi jakoś ją stłumić, wyprzeć lub uciec przed nią. Może mieć poczucie, że to uczucie jest nie do zniesienia, bo jest kojarzone z katastrofą, utratą części siebie, miłości, a nawet kompletnym zawaleniem się świata. A skoro uczucie to nie jest oswojone, trzeba je jakoś zaatakować. Wyróżniamy trzy reakcje: zaatakowanie więzi, zaatakowanie znikającej osoby albo zaatakowanie siebie jako kogoś, kto tęsknotę za ukochaną osobą czuje.

Atak na więź może z zewnątrz wyglądać jak świetna zabawa, ponieważ mamy do dyspozycji tzw. obronę maniakalną – ucieczkę w dobry nastrój. Nie chcąc doświadczać uczucia straty, uznajemy, że więź nie jest dla nas niczym wartościowym, a czasowa utrata ukochanej osoby nie jest żadnym brakiem. To nawet dobrze, że ktoś się oddala, wyjeżdża, wreszcie poczujemy się znów wolni i niezależni. Bliscy dziwią się, że choć zostaliśmy opuszczeni, mamy nawet lepszy humor, oddajemy się wielu aktywnościom i świetnie się bawimy. Dochodzimy do wniosku, że więź jest w sumie czymś negatywnym, czymś, co nas nie wzbogacało, ale ograniczało. Takie osoby z reguły twierdzą, że tęsknota za ukochanym czy ukochaną jest oznaką słabości albo emocjonalnego uzależnienia.

Atak na partnera wbrew pozorom nie polega na zrobieniu mu awantury, że znowu wyjeżdża, nieodbieraniu jego telefonów czy nieodpisywaniu na SMS-y. Wyrażenie negatywnych emocji to dobry znak: wskazuje, że wiemy, co nas wścieka, że nam go brakuje i że to właśnie budzi nasz gniew. Problem rodzi się, gdy kierujemy tę niezgodę na tęsknotę do środka: atakujemy partnera w swoim sercu. Każdy z nas buduje sobie własny obraz ukochanej osoby. I żeby nie tęsknić, trzeba go zniszczyć. Na czym to polega? Gdy żona planuje wyjazd, już sama zapowiedź takiej separacji sprawia, że zaczyna się mężowi wydawać brzydsza, głupsza, mniej interesująca. I o to chodzi: jeżeli umniejszy wartość żony, to nie będzie tęsknić, bo jak tu tęsknić za kimś, kogo nisko się ceni? Niestety, istnieje ryzyko, że ta dewaluacja przestanie być chwilowa. Żona za jakiś czas wróci, ale jej wartość już niekoniecznie wzrośnie.

Trzecia strategia walki z tęsknotą za ukochaną osobą – atak na siebie – to odtworzenie wczesnodziecięcych uczuć, echo dziecięcych przeżyć. Separacja wywołuje w nas uczucie utraty kawałka siebie. Ogarnia nas wewnętrzna pustka, stan rozbicia – ale nie rozumiemy dlaczego, nie umiemy tego uczucia powiązać z brakiem, czyimś zniknięciem. Zaczynamy napadać na siebie: skoro jestem opuszczany, to jestem nic niewart, nie spełniam oczekiwań. W najskrajniejszym przypadku tracimy motywację, by wstać rano z łóżka. W wersji łagodniejszej myślimy: znowu nawaliłem, nie sprawdzam się w związkach. Rozłąka powoduje, że nie radzimy sobie w pracy, jesteśmy słabsi w rywalizacji i nawalamy z wypełnianiem obowiązków. Bardzo ważnym krokiem ku zdrowieniu będzie odkrycie, uświadomienie sobie, że to właśnie tęsknota z ukochaną osobą i jej czasowy brak sprawiają, że gorzej radzimy sobie z codziennością.

Siła napędowa

Czy tęsknota oznacza miłość do drugiej połówki? Nie, nie tylko do niej. Nie tylko nieobecny partner może być źródłem tęsknoty. Tęsknimy za rodzicami, którzy odeszli lub mieszkają daleko, rodzinnymi stronami, spokojem, pewnymi wartościami, dzieciństwem, miłością, jakąś ideą, stanem jedności z ukochaną osobą, roztopieniem się w niej, czasem czujemy tęsknotę niesprecyzowaną, której źródło trudno wskazać. Dla dorosłego człowieka tęsknota może być motorem wielu działań. Jednych ta tęsknota wyprawia na duchową ścieżkę, innych wysyła w podróż dookoła świata, jeszcze innych na drogę niesienia pomocy potrzebującym; niektórych pcha w coraz to nowe ramiona. Bez względu na rodzaj tęsknoty warto poszukać jej początku. Bez obaw – kiedy go znajdziemy i zrealizujemy naszą tęsknotę, nie stracimy siły napędowej. Doświadczymy raczej uspokojenia, poczujemy się pewniej, kompletniej, bardziej adekwatnie.

Przykład? Ktoś z powodu przeszłych traum odrzucił swoich rodziców, zerwał z nimi kontakty. Jednak tęsknota za wpojonymi wartościami i bezwarunkową miłością może powodować, że mimo separacji osoba ta realizuje jakieś plany rodziców lub przejęła cechy odrzuconego rodzica. I kiedy to zrozumie, przepracuje, poczuje się pewniej. Zrozumienie i akceptacja tęsknoty da jej dużą dawkę energii, uwolni ze starych więzów, pomoże wejść na nową ścieżkę, da poczucie, że coś odzyskała. Im bardziej jesteśmy świadomi, tym łagodniej i spokojniej przeżywamy tęsknotę.

Jak wytropić, za czym tęsknimy? Jak odkryć, czym jest tęsknota, którą odczuwamy? Czasem trzeba poszukać pomocy terapeuty, ale często, choć my tego nie widzimy, potrafią to zauważyć bliskie nam osoby.

To, że za czymś tęsknimy, nie znaczy, że nasze życie jest nieudane. Czasem pojawia się tęsknota za poprzednimi partnerami, za przeszłymi przeżyciami albo sytuacjami i wtedy zaczynamy się zastanawiać: „skoro tęsknię, to znaczy, że nie jestem szczęśliwy?”. Owszem, momenty tęsknoty mogą oznaczać, że czegoś nam brakuje. Ale ten brak nie wyklucza szczęścia. Jeśli nie będziemy dewaluować tego, co mamy, i negatywnie myśleć, np. „mój partner jest nie taki” czy „znowu nie uda mi się wyjechać na wymarzone wakacje”, tęsknota nam nie zaszkodzi. Trzeba tylko zrozumieć, że możemy szczęśliwie żyć, nie mając wszystkiego.

Tomasz Tuszewski psycholog, psychoterapeuta. Zajmuje się głównie klasyczną, długoterminową psychoterapią indywidualną, choć prowadzi także terapie grupowe.

  1. Psychologia

Rezyliencja - nasza wewnętrzna siła. Dlaczego warto nad nią pracować?

Wszystkim zdarzają się trudne sytuacje, ale to od nas zależy co z nimi zrobimy. czy powiemy: „Miałam beznadziejny dzień”, czy po prostu: „za dużo dziś się działo. Jutro będzie spokojniej”. (Fot. iStock)
Wszystkim zdarzają się trudne sytuacje, ale to od nas zależy co z nimi zrobimy. czy powiemy: „Miałam beznadziejny dzień”, czy po prostu: „za dużo dziś się działo. Jutro będzie spokojniej”. (Fot. iStock)
Rezyliencja to w skrócie elastyczność. Jeśli mamy ją silnie rozbudowaną, świetnie radzimy sobie z przeciwnościami, umiemy podnosić się z upadków i przekuwać porażki w sukcesy. No i lepiej realizujemy swój potencjał. Jeśli nie… Cóż, od dziś możemy zacząć ją budować. Jak? Rozwijając swoje tzw. zasoby mentalne

Jeśli mamy silnie rozbudowaną rezyliencję, świetnie radzimy sobie z przeciwnościami, umiemy podnosić się z upadków i przekuwać porażki w sukcesy. No i lepiej realizujemy swój potencjał. Jeśli nie… Cóż, od dziś możemy zacząć ją budować. Jak? Rozwijając swoje tzw. zasoby mentalne

Rezyliencja - co to jest? 

Czy to kolejny anglicyzm sprzedający nam pod nową nazwą coś dobrze znanego, czyli siłę ducha, inaczej: odporność psychiczną? Nie, to coś znacznie więcej. Rezyliencja oznacza nie tylko umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami i stawiania czoła wyzwaniom na naszej drodze życiowej, ale też wykorzystywanie pojawiających się możliwości i szybkie odzyskiwanie sił po trudnych doświadczeniach. To gwarancja życia w poczuciu dobrostanu, wewnętrznego spokoju i harmonii z samym sobą i innymi. Rezyliencja jest naszą wewnętrzną siłą, którą możemy stale wzmacniać. Pokazują to w książce „Rezyliencja. Jak ukształtować fundament spokoju, siły i szczęścia”  neuropsycholog dr Rick Hanson i Forrest Hanson (wyd. GWP). 

Trzy potrzeby: spokój, radość, bliskość

Zacznijmy od tego, że każdy z nas ma wdrukowane w struktury mózgu trzy podstawowe potrzeby. Pierwsza to potrzeba bezpieczeństwa, którą zawiaduje najstarsza, gadzia część mózgu, i której celem jest nasze przetrwanie. Ta potrzeba sprawia, że mózg jest wyczulony na to, co może być groźne, a pomija to, co miłe, dobre i radosne. Kolejna jest potrzeba satysfakcji, w której znajdziemy pragnienia i głód, ale także poczucie, że wystarczy nam to, co mamy. To także system dążenia do przyjemności i osiągania celów. Trzecia to potrzeba więzi – związana z poczuciem przynależności, własnej wartości, ale też serdeczności, empatii, troski. 

Jednak to, czy te potrzeby są zaspokojone, wcale nie zależy od tego, co przydarza się nam w rzeczywistości. Mózg nastawiony jest bowiem na dostrzeganie zagrożeń i zapamiętywanie negatywnych doświadczeń. Wciąż trzyma nas w pogotowiu, budząc głębokie, mentalne poczucie niepokoju, niespełnienia i izolacji. Jeśli do tej biologicznej predyspozycji dołożymy wychowanie, przekaz medialny oraz ludzi wokoło, to niezależnie od tego, jak żyjemy, nasze poczucie dobrostanu może być zachwiane. 

Dlatego Anna Andrzejewska, nauczycielka Treningu Pozytywnej Neuroplastyczności wg Ricka Hansona, swoich klientów pyta najpierw, jak oceniają własne życie. Po to, aby określić, jakiego zasobu mentalnego potrzebują. – Jeśli przyznają, że często odczuwają niepokój, czują się przytłoczeni problemami i są drażliwi – to istnieją podstawy, aby założyć, że ich deficyty związane są z potrzebą bezpieczeństwa – tłumaczy. Gdy zaś przyznają, że bywają niezadowoleni, mają wrażenie ciągłego niedostatku, poczucie, że brak im pieniędzy, rzeczy, sukcesów; jeśli ciągle dokucza im poczucie straty; jeśli są przekonani, że gdy inni odnoszą sukces lub wzbogacają się, to jakby zostali przez nich okradzeni, bo wtedy dla nich mniej tych dóbr zostaje – możemy założyć, że niezaspokojona jest ich potrzeba satysfakcji. Kiedy zaś często czują zazdrość i wyobcowanie,  brakuje im poczucia, że kochają i są kochani, gdy nie umieją być serdeczni, ale także przyjmować serdeczności od innych, a zamiast tego odczuwają niechęć i podejrzliwość – to zapewne nie jest zaspokojona potrzeba więzi. Także więzi z samym sobą.

Co wtedy? Antidotum na te deficyty jest częste skupianie uwagi na małych, codziennych doświadczeniach związanych z zaspokajaniem tych właśnie potrzeb. A więc spokoju, radości i bliskości. – Ale samo doświadczanie nie wystarczy. Cały figiel polega na tym, aby te dobre dla nas doświadczenia zainstalować w strukturach mózgu – mówi ekspertka. – Metoda Hansona pozwala przekroczyć negatywną tendencję i sprawić, by to, co chwilowe, zostawiło fizyczny ślad w obwodach naszego mózgu. 

Na przykład jeśli brak nam poczucia bezpieczeństwa, to gdy w ciągu dnia poczujemy się uspokojeni (np. owinięci kocem z kubkiem gorącej herbaty i książką w swoim pokoju), zatrzymajmy się na tym doświadczeniu. Zauważmy, co dzieje się w nas, kiedy czujemy się bezpieczni. Poczujmy to w ciele. Może rozluźniły się mięśnie ramion, może szczęki nie są już tak zaciśnięte, a może łatwiej się nam oddycha? Żołądek przestał uciskać? – Neurony, które aktywują się w każdym naszym doświadczaniu, łączą się ze sobą. A jeśli damy im czas, a więc gdy zatrzymamy się na tym, co odczuwamy w ciele, na 20 sekund, czyli na około sześć oddechów, to zaczną łączyć się na trwałe, wpisując w naszą świadomość to pozytywne doświadczenie – wyjaśnia Anna Andrzejewska. 

Aby tak się stało, potrzebne są jeszcze dwa warunki. Pierwszy: trzeba się z tego, co czujemy, ucieszyć, bo wówczas dopamina spowoduje, że ten stan zostanie zapisany jako pożądany, i pojawi się chęć, by go doświadczać więcej. Drugi: trzeba to powtórzyć. Mózg uczy się na powtórzeniach. Jeśli sześć razy dziennie damy sobie małe pozytywne przeżycia, po trzech tygodniach poczujemy wyraźną ulgę…

Mózg oszust!

Ćwiczenia, których celem jest zwiększenia poczucia bezpieczeństwa, mogą budzić obawy. Bo gdy odczuwamy wysoki poziom lęku, boimy się spokoju. Mózg, skupiony na tym, by trzymać nas w napięciu, włącza wtedy alarm: „Możesz nie dostrzec zagrożeń!”. Tymczasem spokojni, wcale nie przestajemy zwracać uwagi na rzeczywistość. Odwrotnie, jesteśmy wtedy bardziej świadomi tego, co dzieje się dokoła. 

Rick Hanson na opisanie stanu ciągłego napięcia wprowadził zwrot „strefa czerwona”. Stan, kiedy odczuwamy, że generalnie jest wszystko w porządku z nami i światem – określa jako „strefę zieloną”. Kiedy jesteś w niej, masz wewnętrzne poczucie spokoju, a wówczas możesz być jednocześnie spokojny i czujny. Widzieć rzeczywistość taką, jaka jest, a nie taką, jaką wyświetla negatywna skłonność mózgu. – Poza tym w momencie prawdziwego zagrożenia automatyczne mechanizmy uruchomią się. Nie ma innej możliwości – mówi ekspertka. – Ale oczekiwanie na katastrofę tylko zakłóca radość i obniża jakość życia.  

Wielu osobom skupienie na drobnych doświadczeniach może wydać się trywialne. – Ja także myślałam, że człowieczeństwo wykuwa się jedynie w cierpieniu – opowiada Anna Andrzejewska.  – A tu dowiaduję się, że mój dobrostan może ukształtować ta chwila, kiedy jest mi miło, kiedy rozmawiam z przyjaciółką w letni wieczór na tarasie. 

O jakość życia musimy zadbać sami, bo nasz mózg myśli przede wszystkim o bezpieczeństwie. Trzeba więc, krok po kroku, zbudować takie zasoby, które przyniosą nam dobrostan. Nawet nie zmieniając stylu życia, a jedynie wzmacniając to, co Hanson nazywa 12 wewnętrznymi zasobami mentalnymi. Są wśród nich m.in. odwaga, szczodrość czy siła charakteru. – Trening neuroplastyczności mózgu jest jak kurs kroju i szycia – dodaje Anna Andrzejewska – bo w zależności od tego, co jest nam potrzebne na tym etapie życia, związku czy z powodu wyzwań, z którymi się mierzymy, możemy dobrać praktykę. Bez względu na obecny stan, jesteśmy w stanie zrobić coś, co pomoże go polepszyć.

Jeśli na przykład wiemy, że nasza potrzeba satysfakcji świeci na czerwono, skupmy się na czterech z 12 zasobów mentalnych, które wspierają tę potrzebę, i zacznijmy je rozwijać zgodnie z metodami Hansona. Te zasoby to: uważność (jej wzmocnienie pomaga zapewnić sobie to, czego potrzebujemy, dzięki oddzieleniu rzeczywistości od iluzji), wdzięczność (wspiera poczucie wewnętrznego dostatku, co ułatwia osiąganie tego, na czym nam zależy), motywacja (pomaga kierować myśli i działania tak, aby dodawały nam sił), aspiracja (dzięki niej to, jak odnosimy się do innych i do świata, zacznie być dla nas źródłem siły).  

Weźmy taką wdzięczność. Jeśli chcemy ją praktykować i zbudować obwody odpowiedzialne za ten zasób, nie wystarczy, że wymienimy to, co mamy. Nawet jeśli mamy wiele: mieszkanie, partnera, dzieci, auto, oszczędności… Nie wystarczy myślenie, potrzebne jest uczucie wdzięczności. Powiedzmy, że mamy kolekcję zegarków. To jest fakt. Ale ten fakt trzeba zamienić na doświadczenie, zastanowić się: co dzieje się w moim ciele, kiedy o tej kolekcji myślę? Jakie emocje czuję? I zostać z tym na sześć oddechów. Jeśli będziemy powtarzać to przeżycie, wzbogaci ono nasz wewnętrzny zasób. – W naszym wnętrzu pojawi się zadowolenie, poczucie satysfakcji na głębokim poziomie. Dlatego im silniejszy jest w nas ten zasób, tym mniej potrzebujemy dostawać go z zewnątrz – mówi Andrzejewska. – Mniej jedzenia, używek, wyrazów uznania, pieniędzy... Paradoksalnie mamy wówczas więcej chęci do osiągania ważnych dla nas celów. Bo uczucie satysfakcji jest motywujące. 

Czasem deszcz

– Nie wszystkie doświadczenia muszą być miłe – zaznacza trenerka. – Kiedy pracujemy nad zasobem takim jak odwaga – musimy wyjść poza sferę komfortu. I zrobić coś, co nie musi być przyjemne, ale jest korzystne. Na przykład zabrać głos na zebraniu, mimo że boimy się publicznych wystąpień. Ujawnić swoje uczucia, choć to dla nas bardzo trudne. 

Pamiętajmy też o tym, że im większe wyzwania na zewnątrz, tym więcej zasobów potrzebujemy. Masz chorego w domu, trudną sytuację finansową i jeszcze dziecko zdające maturę? Mówisz: „Nie mam teraz czasu na praktykę!”. Właśnie teraz powinieneś go znaleźć. – Możesz iść do apteki, zaniepokojony stanem bliskiej osoby, ale ucieszyć się na widok kwiatów na kwietniku czy wystawić twarz do słońca na pół minuty. W trudnym czasie szczególnie ważne jest, by zasilać swoje zasoby, by się regenerować, choć na chwilę, każdego dnia – podkreśla Anna Andrzejewska. 

Rick Hanson zaczyna swoją książkę od siły mentalnej, którą jest współczucie. Widzi w niej nie tylko przestrzeń do dostrzeżenia innych, ale także siebie. – Jedyny warunek wymagany w wypadku pracy nad sobą, to stanąć po swojej stronie – mówi ekspertka. – To wcale nie znaczy, by być przeciw innym. Po prostu życzyć sobie samemu dobrze. Stanąć za sobą, zostać swoim przyjacielem. 

Zdaniem trenerki Rick Hanson uczy tego, co sam urzeczywistnia. – Jest człowiekiem emanującym spokojem, ale też zadowoleniem i poczuciem humoru – mówi. – Jest również niezwykle szczodry, zależy mu na propagowaniu wiedzy. Kiedy napisałyśmy do niego z prośbą o przygotowanie kilkuzdaniowego przekazu dla uczestników Treningu w Polsce, przysłał trzyminutowe nagranie, które można obejrzeć na naszej stronie. 

Wszystkim nam zdarzają się trudne sytuacje, ale to od nas zależy, co z nimi zrobimy. Czy powiemy: „miałam beznadziejny dzień”, czy po prostu: „za dużo dziś się działo, jutro będzie spokojniej”. – Dzięki Rickowi Hansonowi zrozumiałam, że największy wpływ mam na siebie w przyszłości. Na przeszłość już nie – puentuje Anna Andrzejewska.  

Anna Andrzejewska certyfikowana nauczycielka Treningu Pozytywnej Neuroplastyczności wg Ricka Hansona, www.neuro-integracja.com.pl

Jak wzmacniać swoją rezyliencję
  • Przyłapuj się na pozytywnych doświadczeniach, jakie uda ci się przeżyć każdego dnia, i staraj się w nich pobyć, poczuć je w ciele. 
  • Jest 12  zasobów mentalnych: współczucie, uważność, uczenie się,  siła charakteru, wdzięczność, wiara w siebie, spokój, motywacja, intymność, odwaga dążenia (cele i marzenia), szczodrość. Wybierz jeden, który chcesz najbardziej wzmacniać. Przynajmniej trzy razy dziennie doświadczaj go i uciesz się tym.
  • Każdego dnia, np. rano i wieczorem, postaraj się poczuć, że: zasadniczo jesteś bezpieczny, zasadniczo jesteś zadowolony, zasadniczo jesteś w więzi z innymi osobami, że przynależysz. Może nie jest idealnie, ale zasadniczo jest w porządku.

  1. Psychologia

Jak losy kobiet w rodzinie wpływają na twoje życie?

Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Czy wracając do losów swoich przodkiń, wzmacniam się? Czy życie prababek wpłynęło na mój portret? - z psychoterapeutką Małgorzatą Lipko rozmawia Katarzyna Droga.

Czy losy przodkiń wpływają na nasz charakter lub problemy?
Często wydaje nam się, że to, jak wygląda nasze życie, zależy w zupełności od nas. Tymczasem, gdy przyjrzymy się losom rodzin w kontekście systemowym, można zauważyć wiele podobieństw, wręcz powtarzających się faktów w kolejnych pokoleniach. Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać.

Nie wyobrażam sobie, aby w procesie terapeutycznym pominąć z pacjentem kontekst systemowy – otoczenie, w którym dorastamy, przekazy transgeneracyjne „wyssane z mlekiem matki” mają na nas ogromny wpływ. Kształtują system wartości, sposób przeżywania, patrzenia i komunikowania się ze światem, a wreszcie – obraz samego siebie (to najpierw od najbliższych dowiadujemy się, jacy jesteśmy).

Jakie znaczenie dla kobiety może mieć fakt, że jej matka, babka i prababka nie realizowały swoich ambicji zawodowych, a poświęciły się wychowaniu dzieci?
Jeśli ta kobieta pragnie zrealizować ambicje zawodowe, może przeżywać nieświadomy wewnętrzny konflikt pomiędzy lojalnością wobec własnego systemu (do którego przynależy i jest jego potomkinią) a własnymi pragnieniami, które nie są w zgodzie z wzorcami rodzinnymi – choć ma do nich prawo. Wybór, przed jakim stoi, jest dramatyczny – jakkolwiek bowiem by zdecydowała, wyklucza w sobie część siebie, co rodzi w efekcie frustrację, złość, smutek, a te często prowadzą do depresji, poczucia niespełnienia w życiu.

Jeśli spróbuje pogodzić te obszary, może przeżywać poczucie winy, że robi coś dla siebie, a w tym czasie powinna być przy dzieciach, dbać o dom itp.Realizując model Matki Polki, niechęcią obdarza kobiety, które pracują i dbają o swój obszar rozwoju zawodowego. Często, żeby poczuć się lepiej, rywalizuje, wyższościowo ocenia i użala się nad biednymi, „niezaopiekowanymi” mężami i dziećmi tychże żon… Tak naprawdę im zazdrości, ale nie ma odwagi wyjść ze schematu, w którym tkwi – staje się jego uciemiężoną niewolnicą, palącą na stosie powinności swoje potrzeby, pragnienia, marzenia i fantazje.

Decydując się na kontrę do wzorca systemowego, czyli: „będę singielką i w pełni poświęcę się karierze zawodowej” – odcina się od kobiet w swoim systemie, patrzy na nie z pogardą. Zdecydowanie bliżej jej do mężczyzn, którzy są dla niej autorytetami, wzorcami. Jednak nie szanując kobiet, nie może od nich czerpać, być z nimi blisko, cieszyć się z bycia kobietą. Z impetem wchodzi w świat męski – chętnie zakłada „męskie buty”. Odżegnuje się od kobiecości, bo ta kojarzy jej się ze słabością, poświęceniem, zbytnią emocjonalnością, brakiem ambicji, tanimi serialami… Nie chce, żeby ktoś ją tak postrzegał – staje się zimna, skoncentrowana na sobie, i w efekcie – samotna.

Czy fakt, że narzeczony babki zaginął albo że druga babka była żoną zdradzaną – może jakoś ukształtować losy wnuczki czy córki? Jak?
Jeśli tak było, córka i wnuczka wychowały się z przekazem systemowym: „Mężczyznom nie można ufać”. Konsekwencje takiego przekazu mogą być przeróżne. Począwszy od powtórzenia losów babki czy matki, po różnego rodzaju wariacje na ten temat, typu: „stanę się narzędziem sprawiedliwości i zemszczę się na mężczyznach za krzywdę babki, matki…”, „nie zaufam żadnemu mężczyźnie, nie dam się skrzywdzić – nie zwiążę się z nikim”, „będę czujna – będę go sprawdzać, kontrolować”, „będę się o niego bać, skupiać się na nim, żeby nic mu się nie stało”, „mężczyzna jest słaby – nie ma co traktować go poważnie, jak zawiedzie, nie będę rozpaczać”.

Niejednokrotnie w swojej pracy terapeutycznej widziałam skutki takich wariacji. Jeśli kobieta jest związana w sposób szczególny ze swoją babką, która utraciła narzeczonego, istnieje prawdopodobieństwo, że powtórzy jej los, czyli że dobierze sobie partnera, który też w pewien sposób ją opuści. Forma może być nieco inna, ale sam fakt utraty będzie obecny. Przykłady: babka straciła pierwszego męża, UB zamordowało go podczas przesłuchiwań. Jej wnuczka traci narzeczonego miesiąc przed ślubem – zabijają go bandyci okradający dom. Innej kobiecie rozpadają się związki partnerskie po dwóch latach, traci mężczyzn podobnie jak ojca, którego ledwie pamięta, bo umarł nagle na zawał serca, gdy miała dwa lata. Kobieta przychodzi z problemem braku akceptacji przez rodzinę jej narzeczonego, który jest wyznawcą innej wiary, okazuje się, że babka popełniła mezalians, wiążąc się z mężczyzną z klasy niższej. Podobnie z sytuacją doświadczania zdrady. Z lojalności do zdradzonej babci, systemu – wnuczka wybiera mężczyznę, który nie będzie jej wierny, a nawet jeśliby chciał, to ona go do tego nieświadomie sprowokuje – żeby się „wypełniło”…

Małgorzata Lipko: psychoterapeutka, trenerka, współzałożycielka Ośrodka Psychoterapii i Rozwoju Osobistego FENIKS.