1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak znaleźć dobrego terapeutę?

Jak znaleźć dobrego terapeutę?

fot.123rf
fot.123rf
Kim jest Ewa? Kobietą, która pod wpływem różnych życiowych zdarzeń zdecydowała, że chce iść na psychoterapię. Jej wiek nie gra roli. Może być nią każda z nas. Jak Ewa ma znaleźć dobrego terapeutę, na co się przygotować? I czy naprawdę może być pewna, że psychoterapia jej pomoże?

Na początku Ewa zwykle o pomoc prosi przyjaciół, którzy mają doświadczenie w chodzeniu na psychoterapię. Zbiera nazwiska terapeutów, porównuje swoje problemy z problemami koleżanek i dochodzi do pierwszego wniosku: „Skoro terapeutka Anny pomogła jej poradzić sobie z napadami lęku, to mi na pewno też pomoże”. Czasem zaczyna testować osoby, do których dostała kontakt, umawia się do kilku psychologów, bo chce sprawdzić, który najbardziej jej pasuje. W efekcie ma mętlik w głowie, pieniędzy w portfelu mniej i wciąż nie wie, na kogo się zdecydować. Często jest wtedy zniechęcona.

Bywa, że wybiera inną drogę – informacji szuka w Internecie, czyta teksty, publikacje, poznaje różne nurty psychoterapii. I intuicyjnie dobiera dla siebie najlepszą. Wybiera terapię małżeńską albo systemową, gdy nie radzi sobie w związku. Dzwoni do psychoterapeuty pracującego w nurcie psychodynamicznym albo psychoanalitycznym, bo uważa, że jej problemy biorą się z dzieciństwa. Albo próbuje dowiedzieć się, który rodzaj psychoterapii jest uznawany za najbardziej skuteczny.

Co na ten temat powiedziałby jej specjalista? – Wszystkie porady w stylu: „Ta terapia jest najlepsza dla osób z takim zaburzeniem” to duże uproszczenie. Oczywiście, można powiedzieć, że w zaburzeniach lękowych metody pracy w nurcie poznawczo-behawioralnym są bardziej efektywne, ale to nie znaczy, że inne nie są. Nie można też stwierdzić, że na problemy małżeńskie najlepsze są terapie małżeńskie czy systemowe, bo wiele zależy od tego, na jakim podłożu są konflikty w związku, jakie są okoliczności życia pary, ich stan zdrowia, co się w ogóle dzieje w ich życiu poza relacją. Nie można też określić, który rodzaj terapii jest skuteczniejszy. Z badań wynika, że psychoterapia pomaga (czyli prowadzi do pożądanych zmian) w 80 proc. przypadków. I że możemy ograniczać ryzyko braku poprawy, dopasowując interwencję do osoby – uważa Maja Filipiak, psycholożka i psychoterapeuta, dyrektor ds. klinicznych w Akademickim Centrum Psychoterapii i Rozwoju przy SWPS.

Co z szukaniem terapeuty przez znajomych? – Z jednej strony, owszem, obdarzenie terapeuty zaufaniem (bo wiemy, że pomógł komuś, kogo znamy) może być pomocne. Lepiej pracuje się nam z osobą, której ufamy, ale to nie gwarantuje sukcesu. Terapeuta znajomej mógł pomóc jej, nam niekoniecznie, nawet jeśli problem jest pozornie podobny. Bo być może nam potrzebny jest inny system pracy. Jest naprawdę wiele zmiennych, które decydują o tym, czy terapia jest skuteczna.

Co w takim razie zrobić?

Zdaniem Mai Filipiak, zanim zaczniemy sami tropić najlepszego terapeutę, warto dowiedzieć się, jaka i jak prowadzona terapia będzie dla nas najlepsza. Ale nie szukając informacji w Internecie, tylko umawiając się ze specjalistą. Tego typu usługa nazywa się diagnozą wstępną. – Przeprowadza ją psycholog, niekoniecznie psychoterapeuta, choć ten ostatni może to zrobić, jeśli z wykształcenia jest psychologiem. Ważne, żeby to była osoba, która dysponuje współczesnym warsztatem diagnosty, ponieważ w ciągu ostatnich dziesięciu lat nastąpił ogromny postęp w dziedzinie diagnozy psychologicznej. Współczesna diagnoza nie polega na tym, że psychoterapeuta, do którego idziemy, rozmawia z nami przez jedno, dwa spotkania, a potem mówi nam, że jeśli taka rozmowa jest dla nas pomocna, to może zaproponować kolejną. On za pomocą współczesnych narzędzi psychologicznych określa nie tylko rodzaj problemu, ale też jaki typ psychoterapii, jak długo trwający będzie najlepszy dla tej konkretnej osoby. Bierze pod uwagę nie tylko rodzaj zaburzenia, ale też charakter, styl życia, emocjonalność. I tak załóżmy, że jeśli Ewa ma problemy w małżeństwie, ale ich przyczyną są problemy lękowe, to nie kieruje jej na krótkoterminową indywidualną terapię poznawczo - behawioralną, dedykowaną pracy nad danym zaburzeniem, ale na długoterminową psychoterapię u terapeuty, który specjalizuje się w pomaganiu osobom z zaburzeniami osobowości.

Diagnosta nie decyduje o tym jednak podczas pierwszego spotkania. Potrzebne są co najmniej dwa albo trzy. Sam wywiad nie wystarczy. Ewa wypełnia kwestionariusze, które mierzą m.in. poziom różnych dolegliwości towarzyszących problemowi. Zaburzenia snu, jedzenia, trudności w pracy. Im więcej danych ma diagnosta, tym mniejsze ryzyko błędu. 

Niestety, profesjonalna diagnoza jest jeszcze w Polce usługą stosunkowo mało dostępną. Warto jednak pytać o nią w dużych ośrodkach terapeutycznych. Czasem wystarczy, że Ewa spyta, jak wygląda proces przyjmowania na terapię. Czy jak się zapisuje do pani X, to tam zostaje? Maja Filipiak: – Duże znaczenie ma też stosunek psychoterapeuty do klienta. On też powinien odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy ta osoba budzi we mnie sympatię, czy dobrze sobie radzę z problemem, z którym do mnie przyszła? Jestem skuteczny?”. Warto pamiętać też, że większość terapeutów ma swoje preferencje, jeśli chodzi o rodzaj pracy. Nie każdy jest w stanie spełnić nasze oczekiwania. Z tego względu też warto szukać ośrodków, gdzie pracuje cały zespół psychologów – konsultują ze sobą każdy przypadek, analizują, weryfikują. Jeśli ktoś ma prywatny gabinet, jednoosobową działalność gospodarczą czy pracuje z grupą terapeutów, ale wspólnota polega tylko na wynajmowaniu mieszkania, to bardzo często następuje konflikt interesów. Bo przecież jeśli wypuszczę klienta, to wpłynie to na moje zarobki. Trudniej wtedy o obiektywizm.

Jeśli wybieramy psychologa działającego samotnie, koniecznie trzeba spytać, czy należy do jakiegoś stowarzyszenia, podlega superwizji. Jednym słowem, czy działa w ramach jakichś struktur, które sprawują nad nim kontrolę.

Ewa podczas pierwszych spotkań powinna wspólnie z diagnostą odpowiedzieć sobie na pytanie: Co chcę uzyskać dzięki psychoterapii? Jaki jest jej cel: naprawić relacje z mężem, stać się pewniejszą w decyzjach? Chcieć nie odczuwać tak często lęku? Psycholog z kolei powinien powiedzieć jej, jak to wygląda z punktu widzenia wiedzy. W jakim czasie zmiany, o których rozmawiają, wydają się realistyczne, czy to kwestia kilkunastu, czy kilkudziesięciu spotkań, interwencji łączonej z lekami, czy niekoniecznie.

Sojusz terapeutyczny

Załóżmy, że Ewa trafia w końcu do właściwiej psychoterapeutki. Po pierwszym spotkaniu zwykle czuje się fantastycznie. Niewiele ma to jednak wspólnego z rzeczywistą pomocą. Czuje się lepiej, bo ktoś jej wysłuchał, poza tym nastąpiło zjawisko, które można by nazwać „efektem nadziei”. – Wchodzisz na terapię, traktując terapeutę jak ratownika. Wydaje ci się, że oto spotkałaś człowieka, który przeprowadzi cię na lepszą stronę życia. To jest jeszcze moment, kiedy nie wiesz, ile to wszystko będzie wymagało od ciebie pracy – mówi Joanna Hayder, psycholożka i terapeutka.

Takie uniesienie, lepsze samopoczucie może trwać – jeśli to terapia długoterminowa – przez mniej więcej siedem spotkań. Tyle statystycznie potrzeba czasu, żeby Ewa zrozumiała, że terapia nie podziała na nią jak magiczna tabletka. Co więcej, zaczyna się praca, która – zdarza się – pogarsza samopoczucie.

– Kiedy pracujemy nad doświadczeniami trudnymi, traumatycznymi, skupiamy na nich uwagę. Efektem jest lepszy dostęp do doznań, które się z tym doświadczeniem wiążą, co może być dla nas dyskomfortem – uważa Maja Filipiak. – Pomóc nam może świadomość, że ten stan jest przejściowy, a skupianie się na przeszłości nie jest zabiegiem samym w sobie, tylko służy zrozumieniu, jakie mechanizmy nami kierują, z czego wynikają i „przepracowanie tego” – wyjaśnia Maja Filipiak. Dlatego jej zdaniem ważne jest, żeby terapeuta przygotował nas na to, co się może z nami dziać. Mamy wtedy większe poczucie kontroli. Możemy też podjąć decyzję, czy chcemy nad czymś pracować, czy nie. – Miałam klientów, którzy świadomie decydowali, że nie chcą w coś wchodzić. Ale to oni podejmowali decyzję. – Procesy, jakie zachodzą w psychoterapii, moim zdaniem najlepiej tłumaczy psychoanaliza. Część z tych procesów jest po stronie klienta, część po stronie terapeuty, część wynika z samej relacji – mówi Joanna Hayder.

Jednym z nich jest tzw. przeniesienie. W skrócie to są uczucia, które Ewa przenosi na terapeutę, a tak naprawdę odczuwa je wobec matki lub ojca. Przeniesienie może być pozytywne lub negatywne. Załóżmy, że Ewa miała dobre relacje z matką, a bardzo złe z ojcem – z tego względu łatwiej będzie jej pracować z kobietą, bo już na samym początku obdarzy ją zaufaniem. Mniejsze jest też ryzyko, że porzuci terapię już na samym początku. Gdyby pracowała z mężczyzną – szybko uruchomiłoby się negatywne przeniesienie, czyli na przykład złość na ojca. Ponieważ w procesie terapeutycznym i tak dochodzi do przeniesienia emocji i wobec ojca, i matki, Ewa w końcu poczuje złość do terapeutki. Jednak jest nadzieja, że stanie się to na tyle późno, że między nią a terapeutką nawiąże się już relacja, która pomoże poradzić sobie z kryzysem.

Czy terapeuta powinien o tym rozmawiać z klientem? – To zależy od indywidualnego podejścia. Część z nich w ogóle nie wnosi takiej wiedzy na terapię, uznając, że pacjent musi przeżyć wszystko sam i dopiero to ma wartość psychoterapeutyczną. Są też tacy, którzy uważają, że wiedza o tym pozwala lepiej rozumieć emocje pojawiające się podczas pracy. Nagłą złość na terapeutę, testowanie jego granic, nieadekwatne pretensje.

Kolejną sprawą jest tzw. opór. Joanna Hayder: – Przychodzimy na terapię, kiedy cierpimy, chcemy coś w swoim życiu zmienić. To jest nasza motywacja. Byłoby cudownie, gdyby człowiek był spójny w swoich dążeniach. Ale zwykle – szczególnie na początku – tak się nie dzieje. Bardzo silną emocją jest też lęk przed zmianą. Kiedy to on wygrywa, znajdujemy tysiące wymówek, żeby porzucić pracę nad sobą.

Załóżmy, że Ewa po kilkunastu spotkaniach zaczyna szukać wymówek, żeby odwołać terapię. Co powinna zrobić? Maja Filipiak: – Dobrze, jeśli rozmawiamy z terapeutą o swoim kryzysie. Ważne też, jak on się zachowa, czy pomoże nam zrozumieć, co się dzieje. Często trafiają do mnie pacjenci po nieudanych kontaktach terapeutycznych. Dochodzą do wniosku, że jest miło, ale do niczego to nie prowadzi albo nie potrafią sobie poradzić z negatywnymi emocjami wobec terapeuty. On czasem wtedy sugeruje, że to byłoby zerwanie relacji, mechanizm ucieczkowy. Pacjent jest w stresie, bo przecież chce sobie pomóc, a jednocześnie ma poczucie, że się męczy, frustruje. Czasem warto wtedy się skonsultować z innym psychoterapeutą, który pomoże zrozumieć, czy to rzeczywiście dzieje się w ramach problemu psychicznego tego pacjenta, czy jego osąd, że ta terapia nie jest dla niego, jest naprawdę zasadny.

Kolejną ważną rzeczą są tzw. procesy przeciwprzeniesieniowe, czyli to, co się dzieje z terapeutą podczas spotkań z pacjentem. To wciąż temat tabu, bo według obiegowej opinii psycholog jest przezroczysty. Pacjent nie budzi w nim emocji, nie uruchamia żadnych jego mechanizmów. To mit. Idealnie pokazał to serial „Bez tajemnic”. Terapeuta nie stanowi naszego lustra, nawet jeśli pracuje w nurcie psychoanalitycznym i właściwie niewiele mówi. – Energia i tak płynie – uważa Joanna Hayder. Co terapeuta może czuć? Pociąg fizyczny do pacjenta, zazdrość wobec młodszej ładniejszej kobiety. Zazdrość o jej powodzenie, ambicję. Cokolwiek. Problem nie w tym, czy dane emocje i odczucia się pojawiają, ale na ile specjalista sobie z nimi radzi. Czy umie je syntetyzować, analizować i opanować.

Ważne jest też to, co pojawia się w relacji, a ma duży wpływ na przebieg terapii. Czy terapeutą jest mężczyzna, kobieta, osoba starsza, czy młodsza, dyrektywna (dająca wskazówki), czy niedyrektywna – i jakie emocje to w nas budzi. Jeśli na przykład Ewa miała dyrektywnego ojca i dyrektywna jest jej terapeutka – z dużym prawdopodobieństwem Ewa wejdzie w rolę dziecka, które boi się zdenerwować terapeutkę. To też będzie miało wartość terapeutyczną – pod warunkiem że będą o tych mechanizmach szczerze rozmawiały.

Jak sprawdzić, czy działa, i kiedy skończyć?

– Z ogólnych badań wynika, że terapia działa w 80 proc. przypadków – mówi Maja Filipiak. – Psychologowie wciąż sprawdzają, co można zrobić, żeby podwyższyć jej efektywność. I wychodzi wyraźnie, że można poprawić m.in. dopasowanie interwencji do osoby, monitorowanie stanu klienta podczas trwania pracy, sprawdzanie, jak działa psychoterapia. Czy po czasie, o którym mówił terapeuta, naprawdę zauważamy zmiany w naszym zachowaniu, podejmowaniu decyzji, stosunku do samego siebie. Czy cel zostaje osiągnięty albo czy zbliżamy się do niego. Dlatego tak ważne podczas pierwszych spotkań jest nie tylko ustalenie celu terapii, ale też tzw. narzędzi pomiaru. Czyli w skrócie – odpowiedzi na pytanie: Skąd będę wiedziała, że psychoterapia mi pomaga? I kolejne pytanie: Jak wyczuję moment, że już mi nie jest potrzebna? Joanna Hayder: – Nadchodzi taka chwila, kiedy wydaje ci się, że możesz żyć bez terapii – to zwykle czas intensywnej pracy nad sobą. Gdy w pewnym momencie życie staje się ważniejsze niż psychoterapia – to, czy masz iść na randkę, wyjechać z mężem, wyjść na spacer z dzieckiem. Kiedy w środku całą sobą czujesz, że już nie potrzebujesz terapeuty, bo radzisz sobie z tym, co wcześniej sprawiało ci problem, to jest właśnie ten moment.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

„Terapia to NIE WSTYD” – nowa kampania społeczna

Lęk przed odrzuceniem, lęk przed oceną, nieumiejętność budowania relacji - większość ludzi boryka się z jakimś emocjonalnym problemem. Decyzja o terapii może wiele zmienić. Psychoterapia pomoże zmierzyć się z własnymi lękami, zmienić nastawienie do świata i sposób patrzenia na wiele spraw, wybaczyć sobie i innym... (fot. iStock)
Lęk przed odrzuceniem, lęk przed oceną, nieumiejętność budowania relacji - większość ludzi boryka się z jakimś emocjonalnym problemem. Decyzja o terapii może wiele zmienić. Psychoterapia pomoże zmierzyć się z własnymi lękami, zmienić nastawienie do świata i sposób patrzenia na wiele spraw, wybaczyć sobie i innym... (fot. iStock)
Jakie myśli i uczucia towarzyszą nam, gdy myślimy o psychoterapii? Czy nie kryje się za tym cały szereg błędnych przekonań i archetypów? Tymczasem rola takiej terapii może być w naszym życiu nieoceniona. – Celem kampanii Terapia to NIE WSTYD jest pokazanie pozytywnych stron psychoterapii. Odejście od stereotypów, uświadomienie wartości psychoterapii – podkreśla Anna Węgrzyn, inicjatorka Kampanii.

Zdrowie jest nam niezbędne do realizacji życiowych celów. Żyjemy coraz intensywniej, pod presją coraz większych oczekiwań. Towarzyszy nam więc nieustannie stres, z którym coraz trudniej się uporać, i który odbija się na naszym zdrowiu fizycznym.

Od lat mówi się wiele o profilaktyce zdrowia, o konieczności dbania o swój organizm poprzez zrównoważoną dietę, ćwiczenia fizyczne, zredukowanie stresu i pozytywne myślenie. Jednak pozytywne myślenie nie jest czymś, do czego można się zmusić. Zanim w ogóle zdefiniujemy, co dla nas oznacza „myśleć pozytywnie” najpierw powinniśmy poznać siebie od strony mentalnej i emocjonalnej, tak jak poznajemy swój organizm – jaką mamy wytrzymałość, po jakim jedzeniu czujemy się dobrze, które zioła czy suplementy działają na nas najlepiej, ile snu potrzebujemy, aby dobrze funkcjonować.

Jak czytamy na stronie poświęconej Kampanii: Każdy z nas ma swój sztab wsparcia zdrowia: internistę, ginekologa, dentystę i innych specjalistów – w zależności od potrzeb. Rzadko w tym gronie jest psychoterapeuta. Mimo wykształcenia i uważania się za osoby mądre, światłe i zdolne, rzadko kto traktuje kontakt z psychoterapeutą jako coś tak naturalnego jak kontakt z internistą. Tymczasem zaopiekowanie się emocjami to klucz do pełnej satysfakcji z życia.

Decydujemy się na prywatną opiekę medyczną, tymczasem na psychoterapię szkoda nam czasu i pieniędzy. Zapominamy, że zdrowie psychiczne i jego profilaktyka przekłada się na nasze samopoczucie. Niestety, często za podejściem do tematu psychoterapii kryje się wstyd i przekonanie, że musimy radzić sobie sami z naszymi problemami. Zamiast szczęśliwego i świadomego życia, wybieramy życie w lęku, stresie, pod ciężarem problemów i negatywnych myśli.

Dlatego podstawowym celem Kampanii jest zmiana skojarzeń, które wiążą się z psychoterapią.

Zamiast myśleć:

  • muszę wziąć się w garść, dać radę, muszę poradzić sobie sam/a
  • terapia to wstyd, jak korzystam z terapii to jestem słabszy/a, gorszy/a, chory/a, nie radzę sobie
  • co inni powiedzą,
  • szkoda kasy na gadanie, pewnie i tak nie pomoże
Warto zmienić myślenie na:
  • nie muszę zawsze dawać rady,
  • mam prawo do słabszego okresu,
  • mam prawo i obowiązek zadbać o siebie i swoje zdrowie, także psychiczne,
  • mam prawo do skorzystania z pomocy w tym zakresie – i jest to tak naturalne jak przy złamaniu nogi czy bólu zęba,
  • psychoterapia to jedna z najlepszych inwestycji w siebie

Kampania Terapia to NIE WSTYD wystartowała 10 września w Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Jeśli popatrzymy na dane – Polska jest w czołówce europejskiej, jeśli chodzi o liczbę skutecznych prób samobójczych u dzieci i młodzieży; 15 osób dziennie popełnia w Polsce samobójstwo, 12 z nich to mężczyźni – warto, żeby z przesłania Kampanii skorzystało u nas jak najwięcej osób.

Kampania odbywa się również na Facebook’u zachęcając ludzi do dzielenia się swoimi doświadczeniami po przebytej psychoterapii.

  1. Psychologia

Semantyka – słowa mają moc. Czy wypowiadasz je z uważnością?

Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Słowa dają i odbierają życie. Są błogosławieństwem i przekleństwem. Niszczą i leczą. Bywają jak uderzenie kamieniem i jak miód na serce. Napastliwe są przyczyną depresji i chorób, zachwytu – uskrzydlają. Jakich słów używamy? Jakich chcielibyśmy słuchać? Dlaczego tak łatwo wypowiadamy te, które ranią, a tak rzadko słowa uznania?

Używamy raniących słów, a nawet dopuszczamy się słownej agresji. Chyba nie ma nikogo, kto byłby od tego wolny. Kierowani lękiem i bezsilnością staramy się uzyskać władzę i kontrolę nad ludźmi, aby poczuć się lepiej. Często nie jesteśmy ani trochę świadomi, co kryje się za słowami, które wypowiadamy, ponieważ zjawisko słownej agresji jest w pewnym sensie częścią naszej kultury, jak pisze w książce „Toksyczne słowa” [Jacek Santorski & Co 2002] Patricia Evans.

„Dominacja, wymuszanie uległości, umniejszanie cudzych osiągnięć i zawyżanie własnych, dławienie oporu, manipulacja, krytyka, stosowanie nacisku i zastraszanie to akceptowane przez wielu reguły gry”.

Możemy poddać się dyktaturze kultury, jednak dobrze wiedzieć, że agresja słowna jest źródłem niezliczonych cierpień, ponieważ odcina od życia, od stanu współczucia. Wyklucza bliskość. Napastliwe słowa są przyczyną depresji i chorób. Głębokiego bólu. Smutku. Ciężaru w żołądku. Dławienia w gardle. Ściśniętego serca.

Gdy doktor Marshall B. Rosenberg, psycholog, założyciel Ośrodka Porozumienie bez Przemocy, zastanawiał się, jakie czynniki decydują o tym, że wzmacniamy w sobie życiodajny stan współczucia, uderzyła go kluczowa rola języka i sposobu, w jaki posługujemy się słowami. Posłuchajmy siebie: jakich słów używamy i w jaki sposób to robimy? Jakie słowa kierują do nas ludzie?

Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem

Komunikaty odcinające od życia to – wśród ogromnego bogactwa form, które mamy do dyspozycji – osądy, czyli stwierdzenia sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym systemem wartości, nie mają racji lub są źli. „Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem”, „Ona jest leniwa”, „Oni mają mnóstwo uprzedzeń”.

Zaprząta nas, kto jest dobry, zły, normalny, nienormalny, odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, bystry, ograniczony, leniwy, głupi. Jeśli bliska osoba prosi mnie o więcej czułości, niż od niej dostaję, jest „zachłanna i niesamodzielna”.

Ale jeśli ja zapragnę więcej czułości, niż od niej dostanę, uznam, że jest „wyniosła i niewrażliwa”. Jeśli koleżanka z pracy bardziej niż ja przejmuje się detalami, jest „małostkową pedantką”, lecz jeśli to mnie detale bardziej leżą na sercu niż jej, będzie „niechlujną bałaganiarą”.

Patricia Evans w „Toksycznych słowach” wyróżnia rodzaje słownej agresji. To nie tylko wyzwiska („idioto”, „głupku”), wybuchy gniewu („zamknij się!”), zastraszanie, rozkazywanie, ale także nasze całkiem zwyczajne, niewinne powiedzonka. Wycofywanie się: „co mam ci powiedzieć?”, „o co ci chodzi, przecież rozmawiamy?”, „nigdy nie dopuszczasz mnie do głosu”. Sprzeciwianie się: „ależ skąd, wcale tak nie jest”, „mylisz się”. Lekceważenie: „jesteś przewrażliwiona”, „wyciągasz pochopnie wnioski”, „przesadzasz”, „masz zbyt bujną wyobraźnię”, „nie wiesz, o czym mówisz”, „wydaje ci się, że zjadłaś wszystkie rozumy”, „kiedy nie narzekasz, jesteś nieszczęśliwa”, „opacznie wszystko pojmujesz”. Słowna agresja ukryta w żartach („niedługo zapomnisz własnej głowy”, „czego można się spodziewać po kobiecie?”) rani do żywego, trafiając w najczulsze punkty.

Gdy mówimy, że jest nam przykro, możemy usłyszeć, że nie znamy się na żartach, bierzemy wszystko zbyt poważnie, robimy z igły widły. Wszystkie te stwierdzenia mają charakter napastliwy. Przerywanie i odwracanie uwagi: „zawsze musisz mieć ostatnie słowo!”, „nie rozumiem, do czego zmierzasz! Koniec dyskusji!”, „to stek bzdur!”, „odczep się ode mnie!”, „daj spokój!”, „przestań gadać!”, „skąd ci przyszedł do głowy tak szalony, głupi (dziwaczny, kretyński) pomysł?”, „przestań zrzędzić!”. Krytykowanie: „nie potrafisz wygrywać”, „zwariowałaś”, „nie wiesz, kiedy przestać”, „następnym razem powinnaś...”, „zobacz, co przegapiłaś”. Stwierdzenia zaczynające się od słów: „kłopot z tobą polega na tym, że...”, „twój problem polega na tym, że...”, są formą krytycznego, agresywnego osądu.

Podważanie opinii: „kto cię pytał?”, „zawsze musisz dorzucić swoje pięć groszy!”, „to cię przerasta”, „nigdy ci się to nie uda”, „myślisz, że jesteś taka mądra!”, „kogo chcesz zadziwić?!”.

Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba?

Co z tym robić? Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” [Jacek Santorski & Co 2003] proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. Teoretycznie to proste: zamiast osądzać i stawiać diagnozy, skupiamy się na jasnym wyrażaniu swoich spostrzeżeń, odczuć i potrzeb. Zamiast obrażać się na ludzi za ich nieprzemyślane słowa, wsłuchujemy się w nie i wydobywamy z nich uczucia, którymi są podszyte, ponieważ za każdym komunikatem kryją się uczucia i potrzeby. Nie mamy w tym wprawy, ponieważ raczej nie uczono nas ufać uczuciom, więc odcinamy się od tego, co się w nas dzieje. Nasza uwaga zwrócona jest na zło i niedostatki „nieprawidłowej” natury, nad którą musimy zapanować.

Tymczasem nasza natura jest jak najbardziej w porządku– w sposób naturalny jesteśmy zdolni czerpać radość ze współczującego dawania i brania. Gdy osądzamy i interpretujemy cudze zachowanie, tym samym ujawniamy własne pragnienia i oczekiwania. Reagujemy zgodnie z nawykiem: skoro moje potrzeby nie zostały zaspokojone, poszukam winy w tobie. Jeśli ktoś mówi: „Nigdy mnie nie rozumiesz”, tak naprawdę informuje tylko o tym, że pragnie być rozumiany.

Słuchaj, czego ludzie potrzebują, a nie co o tobie myślą – to jedna z głównych tez porozumienia bez przemocy. Każdy napastliwy komunikat może być dla nas jedynie informacją o drugim człowieku, o jego niezaspokojonych potrzebach.

Zadajemy sobie wówczas pytania: Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba? Jakie budzi we mnie uczucia i jakie potrzeby kryją się za tymi uczuciami?

Rosenberg przywołuje historię, która mu się przydarzyła. Prowadził zajęcia o języku serca w meczecie na terenie obozu dla uchodźców w Betlejem. Słuchało go 170 palestyńskich muzułmanów. Nagle jeden z nich nazwał go „amerykańskim mordercą”. „Na szczęście zdołałem skupić się na jego uczuciach i potrzebach”, pisze Rosenberg. Zaczęli rozmawiać i usłyszał o jego bólu, rozpaczy, pragnieniu lepszego życia i złości na Amerykanów. „Kiedy ten człowiek nabrał pewności, że go rozumiem, zdołał wysłuchać moich wyjaśnień, dlaczego przyjechałem do obozu uchodźców. Gdy minęła kolejna godzina, ten sam człowiek, który nazwał mnie mordercą, zaprosił mnie do siebie do domu na świąteczną kolację, bo działo się to akurat w czasie Ramadanu”.

Polecamy: Theodore Zeldin „Jak rozmowa zmienia twojeżycie”, W.A.B. 2001; Samuel Shem, Janet Surrey „Musimy porozmawiać”, Jacek Santorski & Co 2002; Arthur H. Bell „Nie musisz tego słuchać”, Rebis

  1. Psychologia

Zdrada – szukanie bliskości poza związkiem to alarm

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.

Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.

Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta „schizofrenia” bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie – ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.

Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: „Co ty mi zrobiłeś?!”. No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.

Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.

Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.

Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.

Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: „O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!”. Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.

Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki „nieoficjalne”. Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa – można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.

  1. Psychologia

Dobrze być ze sobą

Dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia. (Fot. iStock)
Dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia. (Fot. iStock)
Są chwile, w których samotność jest błogosławieństwem, bonusem podarowanym przez życie. Nieraz już napisano, że dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia.

Jednak można rozsmakować się w byciu tylko ze sobą wieczorami. Spojrzeć na gorzką czekoladę i kisiel z jabłkami jak na okazjonalne wiktuały. Przygotowanie kanapki z pachnącym ogórkiem traktować jak wyczarowanie uroczystej kolacji. I nie bać się tego, że dwa pomidory w lodówce pokryła warstwa pleśni, że kupiona koszula może okazać się o rozmiar za mała, że pozostawiony na wierzchu wiersz utonie w powodzi kpin. Jak to dobrze móc zrobić sobie herbatę i pić ją bez obaw, że ktoś zastawi kolejną emocjonalną pułapkę i przyciśnie świeżutkim sarkazmem tak, że pozbawi tchu.

Herbatą sączoną w strachu można się łatwo udławić. Ale poniżające słowa i władcze gesty nie porysują zmarszczkami twarzy mądrej kobiety, nie poranią pewnego siebie ducha. Każda mądra kobieta wie doskonale, jak obronić się przed domowym piekiełkiem do momentu, aż… sama nie wpadnie w pułapki zastawiane co krok przez zniechęconego (rozczarowanego? znudzonego? zestresowanego? zakompleksionego?) towarzysza życia. I wtedy zaczyna się wyścig o zachowanie twarzy. Twarzy dla świata spoza czterech ścian. Wszystko sprowadza się do tego, aby słyszeć jak najmniej, a jak już się słyszy, to pewnie dlatego, że się zasłużyło. Do końca nie wiadomo czemu, ale to już nieważne, powód na pewno się znajdzie: nieistotna praca, nieudolne gotowanie, nudne zainteresowania, przygnębiająco lichy seks, brak wyobraźni, za mało uśmiechów, nie ta sukienka itd. Miny wybuchają na każdym kroku.

Czasem, gdy świat zewnętrzny zajrzy do środka, chwila wytchnienia, wówczas scenariusz dla obcych: piękne kwiaty, jakaś urocza błyskotka, a nawet całus dla publiczności. Uff… Podobno można się nie otrząsnąć. Przyzwyczaić. Jeszcze trudniej, gdy w czterech ścianach błyszczą oczka dziecka i żal ściska serce, bo może burząc „strukturę rodziny”, nie uda się posprzątać tak, aby maluch czuł się bezpieczny? A może coś się zmieni, wrócą wspomnienia dawnej miłości, czułość zaskoczy wszystkich, na przykład na urodziny? A jeśli to wcale nie prywatna gehenna, przed którą należy się bronić, tylko zwyczajne życie i wynik kaprysu, marudzenia? I można tak bez końca.

Wiem coś o tym. Wiem, że nawet mądra kobieta potrafi zgubić sierść wilczycy i pewnego dnia obudzić się w skórze niechcianego kundelka, który ma wciąż swój kąt, bo kochają go dzieci. Trudno się otrząsnąć. Bo do spokoju i równowagi niełatwa droga. Przeszkody lubią się mnożyć, bywa, że straszy widmo spraw o wymeldowanie, o opiekę nad dzieckiem, o alimenty. A małe miasteczko pyta i pyta. W takich momentach trzeba szczerzyć kły w uśmiechu, a w środku warczeć. Oby tylko nie uwierzyć, że jest się jedynie komicznym utykaniem: bez ciała, seksu, domowych umiejętności i marzeń.

Wiem, że można obudzić się z tego letargu. Rozedrzeć umęczony światek i pozbyć się raz na zawsze życiowej zgagi. Spojrzeć w lustro i zapragnąć wrócić do siebie.

Pamiętam, jak znajoma „od psychologii” mówiła mi, że gładko poddałam się przemocy psychicznej. Na pewno na domowe miny trafiają nie tylko mądre kobiety. Niejeden mądry mężczyzna utknął pewnie pośród fantomów udających gniazdo domowe. Każdy z nas może próbować żyć złudzeniami. Oby nie za długo.

Wiem, że mój samotny sen jest skromniejszy od śnienia we dwoje. Często żywi się tęsknotami i żalem za namiętnością, której nie ma. Ale mam na stole coraz więcej wierszy. Na półce czekają ulubione płyty. Wieczory rozgrzewam herbatą z miodem i cytryną. Spokojnie otwieram drzwi bez lęku przed plutonem lichych epitetów. Nie zasypiam z armią niespełnionych oczekiwań pod łóżkiem. Mam udomowioną samotność. Czasem smutną, czasem kojącą. Zawsze bezpieczną.

  1. Psychologia

Egoizm a egotyzm. Czy dobrze być w związku egoistką? – wyjaśnia Katarzyna Miller

Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Po pierwsze: nie dbaj o niego. Zamiast tego doceń to, co on już ma i co potrafi. A dbaj o siebie i wasz związek – mówi psycholożka Katarzyna Miller. W rozmowie z Joanną Olekszyk wyjaśnia różnicę między kochaniem a matkowaniem, egoizmem a egotyzmem, poświęcaniem się a kompromisem oraz pomiędzy altruizmem a obłudą.

Egoizm i miłość – czy to może w ogóle iść w parze? Jak przestać być egoistą?
Bardziej wierzę w egoizm niż w miłość. I równie mocno wierzę w altruizm. Ludzie mają przecudowne, czysto altruistyczne odruchy, ale wtedy, kiedy się ze sobą dobrze czują. Kiedy są zdrowi i zaspokojeni, kiedy mają ten naddatek, który mogą ofiarować. Czasem słyszę od czytelników pytanie, zadawane z taką boleściwą troską: „Ale dlaczego pani tak popiera egoizm – to przecież taka niemoralna postawa?”. Nosz obudźcie się, kurde! Przestańcie być zakłamani, przestańcie być nieprawdziwi, przestańcie się bezsensownie poświęcać! Poza tym niektórzy tylko mówią, że tak nie podoba im się postawa egoistyczna, a sami są szalenie egoistyczni. Dlatego jestem oburzona oburzeniem innych, tym koszmarnym stereotypem, który nie pozwala ludziom się zatrzymać i zastanowić nad tym, co oni w ogóle mówią. Moim zdaniem to takie popłuczyny po XIX w., kiedy się opowiadało kocobuły o tym, że człowiek żyje dla wszystkich innych tylko nie dla siebie. A przecież każdy z nas dostał tylko swoje własne życie do dyspozycji.

Postawami, które powinniśmy piętnować są nie egoizm a egotyzm i egocentryzm, dlatego, że są skierowane przeciwko innym ludziom. Egotyzm i egocentryzm, w odróżnieniu od egoizmu, zakładają, że inni są dla mnie. Że mają się starać, by mnie było jak najlepiej. A jak nie jest, to mam prawo mieć pretensje. Podobnie jak mam prawo mieć żądania czy roszczenia. Nie muszę prosić, nie muszę dziękować, nie muszę się starać...

Czym w takim razie jest egoizm?
To zwyczajnie dbanie o siebie. Czyli PODSTAWA. Nikt nie może tego zrobić za nas i nikt nie ma tego w obowiązku. Poza rodzicami, i to tylko w naszym dzieciństwie. Potem – nikt. Oczywiście ktoś może chcieć ci coś dawać czy opiekować się tobą, bo cię lubi, kocha i się z tobą przyjaźni – ale tylko w ramach tego, czym dysponuje. A jeżeli człowiek jest spokojny, łagodny, zadowolony z siebie i wie, czym dysponuje, to wie też, co ma w naddatku. Ta tzw. wartość dodatkowa, mówiąc po marksowsku, jest właśnie do rozdania, dla ludzi. Zasada jest taka: „im więcej mam swojego, tym więcej mam wartości dodatkowej”.

Kiedy dajesz z tego naddatku, to nie interesuje cię, czy ktoś ci kiedykolwiek to odda albo choć podziękuje.
Podziękować powinien. Mamy umieć czuć wdzięczność i ją wyrażać! Ale nie czekasz, aż oddadzą, bo dajesz na zasadzie: „poślij dalej, innym ludziom”. Natomiast co innego, kiedy się poświęcasz, kiedy sobie czegoś ujmujesz.

Wtedy dajesz, ale jakby w zastaw.
I tylko patrzysz, kiedy ci zaczną zwracać, kiedy ci zaczną za to robić coś ekstra, kiedy się okaże, że jesteś osobą niebywale wyjątkową i niezbędną. Ja to nazywam „pułapką poświęcenia”. Jeśli tak dajesz, to lepiej przestań, bo jest ryzyko, że nigdy nie dostaniesz z powrotem i tylko cię to sfrustruje.

Altruiści dają i jakby od razu zapominali, że dali.
Bo to ich nic nie kosztuje. Jeżeli ktoś wyrywa sobie spod brzucha, spod serca, spod głodnego gardła coś, co by chciał zjeść, to patrzy na tego drugiego i myśli: „Jezu, on spożywa moje, on mi tu szamie mój obiadek. To ja powinienem wcinać to jedzonko, ale oddałem je, by...” No właśnie, by poczuć się lepszym, zaimponować komuś, wkupić się w czyjeś łaski albo coś ukryć, na przykład to, że wcale go nie lubisz. Ludzie robią takie rzeczy. I gdzie tu altruizm?! To zwykły fałsz.

A ten, kto dostał, ma problem. Zarówno jak obiadek nie będzie mu smakował, jak i kiedy będzie wcinał go ze smakiem.
Niektórzy rodzice mówią do dzieci: „Wy macie dziś wszystko, myśmy nie mieli nic”. To się cieszcie, że wasze dzieci mają tak dobrze. Ale też nie dawajcie im wszystkiego, bo kto kazał? Dajcie im tyle, by miały swobodne życie, resztę niech sobie same zdobędą. Możecie im opowiedzieć, jak wam kiedyś było źle, bo to jest bardzo ciekawe, jak żyli rodzice, ale nie na zasadzie „Smarkacze, wam mlekiem i miodem płynie”, bo to boli i nie jest prawdą, nawet jeśli dzieci mają łatwiej i więcej.

Tacy rodzice sami sobie nie dali tego, czego nie dostali?
Oni zwyczajnie nie potrafili sobie tego dać POTEM. Dają za to swoim dzieciom, ale po to, by dzieci im oddały. A dzieci po to mają dostawać, by przekazywać dalej.

Czyli egoizm jest ukróceniem tej pokrętnej drogi „Ja daję tobie, żebyś ty dał mi”.
Tak jest, to najlepszy na świecie przykład bycia wprost. Wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi: „Pożycz mi pieniądze”. „Ile?”, „500 zł”. „500 nie mam, pożyczę ci 100. Możesz sobie pożyczyć od każdego po 100 zł i ci się uzbiera”. Możesz też powiedzieć: „Nie pożyczę, bo nie mam” albo „Nie pożyczę, bo nie chcę”.

Mamy chyba problem z odmawianiem.
Mamy też problem z tym, ile możemy zrobić dla swoich rodziców, kiedy zaczną potrzebować opieki. Ja wiedziałam od początku, ile jestem w stanie zrobić dla taty, a ile dla mamy. Dla taty gotowa byłam siedzieć przy łóżku i sama się nim zajmować, mamie za to zapewniłam dobrą, specjalistyczną opiekę. Dzieci to wiedzą i czują. Są rodzice, dla których zrobią bardzo dużo, a dla innych nie będą w stanie. Niestety, niektóre dzieci są nauczone zaprzeczać swoim odczuciom. I potem, w dorosłym życiu, taka najmniej kochana córeczka nadal stara się o uznanie mamy i znosi ją z jej humorami. Druga, ta ukochana córeczka, wyjechała za granicę, bo była na tyle sprytna, by oddalić się od kłopotów, i jest nadal przez mamę uwielbiana i stawiana wszystkim za wzór: „Moja córka jest w Anglii, świetnie się urządziła”. A ta, co została, by opiekować się mamą? Słucha tego wszystkiego i jeszcze przynosi mamie basen do łóżka, poganiana: „A co się tak guzdrasz, jak zwykle?”. Mama nadal nie dostrzega niekochanego dziecka, nadużywa go, poniewiera nim i nie dziękuje.

A dziecko poświęca się na próżno.
Ono poświęca się dla iluzji, że w końcu zostanie uznane.

Nie sądzisz, że to kobiety mają większą tendencję do poświęcania się? Może to krzywdzące dla mężczyzn...
To wcale nie jest krzywdzące dla mężczyzn. To stwierdzenie faktu. Mężczyźni są bardziej egoistyczni, bo matki ich tak wychowują, że mogą na to sobie pozwolić. Czasem idzie to u nich nawet w egocentryzm. Nie na darmo mamy przecież wiek Narcyza! Neurotyzm jako norma przeszedł już do historii – prawdziwy neurotyk to dziś perełka zdrowia psychicznego (śmiech).

Dużo się mówi o Narcyzach, rzadko o Narcyzkach.
Ponieważ kobiety, z jakiegoś niewiarygodnego rozpędu ciągle robią te same rzeczy, czyli ciągle oddają siebie. Nasz problem to nie narcyzm, tylko bycie ofiarą.

I skąd to w nas się bierze? Z wychowania? Historii?
Z jednego i drugiego. Z toksycznego przykładu i wzorca, który przechodzi z pokolenia na pokolenie. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. Stąd się biorą te słynne: „A to go pani samego puściła?” albo: „Trzeba było go krótko trzymać”, co oznacza w praktyce zero zaufania, głównie w kwestii tego, czy przy tobie zostanie.

Straszy się nas, że jeśli nie będziemy mężowi nadskakiwały i go kontrolowały, to on pójdzie sobie do innej. I pytamy potem psychologów: a skąd brać pewność, że on zostanie?
A psycholodzy, a ja to już na pewno, odpowiadają: znikąd. Natomiast wiem, skąd czerpać spokój w kwestii tego, że jeżeli on będzie chciał być z inną, no to trudno. Ten spokój można wziąć tylko z siebie. Bazowa myśl jest taka: "Po co mu inne, skoro ja jestem taka fajna?". To jest ta pewność, o którą pytasz.

I za taką pewność siebie kobiety cię kochają, tylko nie wiem, ile z nich jest w stanie powiedzieć to o sobie...
Ja wiem, że one jeszcze nie wszystkie potrafią, bo nie popracowały nad sobą tak jak ja to zrobiłam. Ja miałam te same obawy, co one. Naprawdę. Często i wszędzie o tym mówię. Pamiętam, jak szłam na randkę i bałam się, że się mu nie spodobam. Dopiero po latach doszłam do tego, że gdybym mu się nie podobała, toby się ze mną nie umawiał. Powtarzam to wszystkim dziewczynom: jeżeli twój chłop jest z tobą, macie wspólne sprawy, wraca do domu - to o co ci chodzi, kobieto? Jest z tobą. Dlaczego wątpisz w to, że on chce z tobą być?

Niedawno byłam w radiu, gdzie rozmawiałam na temat książki "Instrukcja obsługi faceta". Był tam bardzo fajny młody dziennikarz i czytelnicy pisali do nas maile. Napisała też pewna dziewczyna: "Mam zabójczo przystojnego faceta, do tego cudownie się ubiera. Dlaczego on jest ze mną? Co prawda odrażająca nie jestem, ale przecież on mnie może zostawić. Podoba się wszystkim moim koleżankom". Płakać i krzyczeć mi się chce, jak ona się traktuje. Przecież to zgroza! Taki negatywizm. No i co ja mam jej odpowiedzieć? "Przecież wybrał cię, widział, nie miał chustki zawiązane na oczach". Kochane, zrozumcie jedno: faceci się nie poświęcają! To jest pierwsza podstawowa rzecz na temat ich egoizmu. Tylko my jako te, co się zwykle poświęcamy, im nie wierzymy. Jeżeli kobieta jest uczona, że musi oddać pół siebie, żeby on ją chciał, to jeśli potem on ją chce, to ona czuje, że coś tu jest nie tak, bo to znaczy, że albo ma mu oddać pół siebie, albo że to jakiś podstęp.

Jak postępować z afcetem egoistą? Możemy się tego egoizmu nauczyć od mężczyzn?
Możemy, jeśli będziemy myśleć i wyciągać wniosku. Na przykład z tego, jak faceci radzą sobie z dziećmi. Strasznie mi się podobało, jak Miłosz Brzeziński odpowiedział kiedyś swojej córce. Zośka przychodzi do niego i mówi: "Tatusiu, tak mi się nie chce lekcji odrabiać, och, jak mi się nie chce. Co ja mam zrobić?". A on na to: "To odrabiaj z niechęcią". Jakie to jest mądre. I proste. Boisz się coś zrobić? To rób to z lękiem. Bój się i rób. Ojcowie często też mówią: "A co z tego, że nie ma obiadu, zamówimy pizzę", "Co z tego, że ma nieposprzątane w pokoju, posprząta jutro".

Takie "olewcze" podejście niektóre mamy wkurza. Zamiast się wkurzać mają pomyśleć: "Jakie to genialne"?
Ale najpierw zobaczyć, co je naprawdę wkurza, bo wkurza nas coś w sobie, coś, na co sobie nie pozwalamy. Czyjeś tolerancyjne słowa czy zachowania dotykają naszych nieprzerobionych rzeczy, tzw. cienia, czegoś, co głęboko schowaliśmy i nie chcemy tego tykać. A to niekoniecznie muszą być złe rzeczy, to mogą być pochowane skarby. Nam rodzice zabraniali być "jakimiś", czyli tak naprawdę zabraniali być sobą. Dlatego, kiedy schodzisz gdzieś głęboko w swoje zakamarki, to tak naprawdę odnajdujesz samą siebie. Wkurza cię, że on olewa? Też poolewaj.

Ja na przykład mam problem z tym, żeby odwołać spotkanie, mimo że jestem bardzo zmęczona.
A mężczyźni mówią: "Nie dam rady, jestem zmęczony". Oni, w większości, dają sobie prawo do tego, żeby im się nie chciało. Ale choć mnie samej bardzo się podoba takie podejście, by nie zmuszać się do czegoś, na co nie mamy ochoty czy sił, to uważam, że pomiędzy asertywnością a lekceważeniem umów przebiega cienka granica, trzeba być przytomnym i uważnym. Jeśli spotkanie jest ważne - warto się jednak zwlec.

Są sytuacje, w których trzeba siebie trochę odłożyć na bok i tę drugą osobę postawić na pierwszym miejscu. Jak wtedy przestać być egoistą?
Są takie sytuacje i bardzo ważne, że o nich tu wspominamy. Druga osoba może być chora albo coś w jej życiu się rozjechało - oczywiście są też takie osoby, które zawsze są chore i zawsze chcą, by się nimi zajmowano - ale nie o takich sytuacjach mówimy. Tylko na przykład o takich, kiedy kobieta rodzi dziecko i jest jej potrzebne większe wsparcie albo młoda para przechodzi kryzys i potrzebuje o tym porozmawiać, a nie słuchać rad innych.

A taka sytuacja: ona i on w tym samym momencie dostają propozycję wymarzonej pracy, przy czym jedna z nich wiąże się z wyjazdem za granicę.
No, to są bardzo trudne dylematy. Nie można nikomu doradzić, co ma zrobić w takiej sytuacji. Każdy musi sam zdecydować, co dla niego w tym momencie jest ważniejsze. Zwłaszcza jeśli dla jednego i drugiego taka praca to spełnienie marzeń. I co będzie straszniejsze: odrzucenie takiej oferty czy jednak mieszkanie osobno, kilkaset kilometrów od siebie.

Doszłyśmy chyba do tematu kompromisów.
Kompromisy są niezbędne w związku. Rzadko się przecież zdarza, że ludzie się tak dobiorą, że będą bardzo dużo lubić tego samego. Ja znam jedną taką parę. Są zgodni prawie we wszystkim. Poznali się jeszcze w szkole, złapali za rączki i już nie puścili.

Szczęściarze! U zwykłych zjadaczy chleba nawet banalne wyjście do kina może spowodować konflikt interesów.
Mój Edek czasem mnie woła: "Chodź, chodź, taki fajny film oglądam". Sensacyjny? - pytam. Thriller? A to nie idę. Chyba że się skuszę. "Tożsamość Bourne'a", którą Edek oglądał z siedem razy, też chętnie obejrzałam ze trzy. Sama czasem namawiam go na tzw. babski film - ostatnio poszliśmy na "Paryż może poczekać". Bardzo nam się obojgu podobał i mieliśmy fajny, ciepły wieczór.

Przywykło się myśleć o kompromisach, że w ich ramach każdy musi coś poświęcić, ale z tego, co mówisz, wynika, że tu chodzi o to, by każdy coś dostał...
Zawsze musi być wymiana, nie może być samego dawania albo samego brania - wtedy robi się krzywa sytuacja. Ja jadę z tobą do twojej mamusi na Boże Narodzenie, a ty ze mną na Wielkanoc do mojej, a za rok sami sobie jedziemy na święta do Chamonix. I to jest kompromis. Zdrowy człowiek, jeśli jest egoistą, to się cudnie z innymi ludźmi dogaduje, żeby im było fajnie z nim, a im z nim. Na zasadzie "Ja jestem OK, ty jesteś OK".

Jeśli nie umiesz zadbać o siebie, jak zadbasz o innych?
O to, o to! Bo na czym polega empatia? Na tym, że rozumiesz czyjeś uczucia, nie, że ogromnie przejmujesz się nimi, ale że wiesz, co to jest za rodzaj przeżycia, bo sam go doświadczyłeś. Dlatego masz poszanowanie dla swoich uczuć i uczuć innych.

Postawa "Ja jestem nie OK, a ty jesteś OK" to postawa ofiary, "Ja jestem OK, a ty nie OK" to postawa Narcyza, psychopaty, a "Ty jesteś nie OK i ja jestem nie OK" to postawa ludzi, którzy już w nic nie wierzą, straceńców.

Sądzę, że kiedy słyszymy "Bądźmy bardziej egoistyczni", to myślimy, że teraz się nie będziemy musieli starać.
Ale przecież jeśli kogoś kocham, to się postaram, dla niego. Na spotkaniach autorskich w takich momentach odzywa się głos z sali, oczywiście męski: "Ale co to znaczy? Że żona nie będzie dbać o męża?", "To wy będziecie takie egoistki, zajęte tylko sobą?". Ja pytam: "A chcesz mieć taką żonę, co wisi na tobie i od ciebie wszystkiego oczekuje?". "No nie chcę". "W takim razie jesteś egoistą. Każdy jest. Nie ma co wmawiać sobie, że jest inaczej".

Jak się zdziwił dziennikarz z radia, o którym wspominałam, gdy w "Instrukcji" przeczytał radę: "nie dbaj o niego". Jak to "nie dbaj"? Spytałam: "Czy woli pan mieć dziewczynę czy mamusię?". A on: "No jasne, że dziewczynę!" "No właśnie drogie panie... Trzeba rozpoznać, co nasz mężczyzna potrafi, docenić to, ucieszyć się z tego, używać, szanować go za to i być wdzięczną. A resztę, która nam jest potrzebna, dać sobie samej, z satysfakcją!

Zwykle kiedy chcemy, żeby ktoś inny, bliski o nas zadbał, to i tak potem nie jesteśmy zadowoleni. Bo on może i zadba, tylko że na swój sposób - da nam to, co mu się wydaje, że będzie dla nas dobre, albo to, czego on sam potrzebuje, nie my. Jak postępować z facetem egoistą?
Wszystko, co robimy, robimy z myślą o sobie. Nawet w takiej sytuacji jak zdrada. Ja zawsze powtarzam kobietom: "On nie poszedł do łóżka z tamtą panią, by cię skrzywdzić, on to zrobił dla siebie. Nie jesteś dla niego pępkiem świata, to on jest dla siebie pępkiem świata". One czasem dopiero wtedy się wkurzają: "Aha, czyli ja jestem nieważna". "No na pewno jesteś dla niego mniej ważna niż on jest dla siebie". I tak powinno być. Ty też powinnaś być dla siebie ważniejsza niż on. On ma być dopiero na drugim miejscu.

Czyli: nie dbaj o niego, ale...
Zauważaj go, zrozum go, bądź otwarta na niego, uzgadniaj z nim różne rzeczy, poznaj jego punkt widzenia. A dbaj o siebie i wasz związek.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.