1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szczęśliwe życie - nauka odpuszczania

Szczęśliwe życie - nauka odpuszczania

Kiedy łapiemy kontakt z rzeczywistością, a nie skupiamy się na tym, czego nie ma – zauważamy zwykle, że jest wystarczająco dobrze. (Fot. iStock)
Kiedy łapiemy kontakt z rzeczywistością, a nie skupiamy się na tym, czego nie ma – zauważamy zwykle, że jest wystarczająco dobrze. (Fot. iStock)
Nie masz określonych postanowień ani marzeń do spełnienia? Też dobrze! Zamiast dążyć do czegoś, czego nie ma, lepiej zatrzymać się i pobyć w tym, co jest – twierdzi psycholożka Hanna Samson. Radzi, by spróbować docenić życie, które zwykle jest wystarczająco dobre, by się nim cieszyć.

Pewnie znacie opowieść o rybaku i biznesmenie, bo obiegła już świat kilka razy i niewiele z tego wynikło. Nie będę jej więc przytaczać, a jedynie przypomnę, że rybak leżał sobie na plaży, bo wypływał w morze na krótko, łowił tyle, ile było mu trzeba, żeby nakarmić rodzinę, a resztę dnia spędzał, jak chciał. Zaniepokoiło to biznesmena, bo przecież rybak mógłby łowić więcej. A gdyby łowił więcej, miałby pieniądze i mógłby kupić drugą łódź, zatrudniać ludzi i kupić trzecią – dobrze wiemy, jak to wszystko działa. – I kiedy byłbyś już bardzo bogaty, mógłbyś sprzedać swoją firmę za miliony! – ekscytował się biznesmen. – I co wtedy? – zapytał rybak. – Wtedy mógłbyś leżeć na plaży i robić to, co chcesz. – Ale ja właśnie to robię – odpowiedział rybak.

Nie, nie widzę nic złego w dążeniu do rozwoju. Jestem wręcz entuzjastką zmian, jeśli coś nam nie pasuje w naszym życiu. Ale czy cały czas musimy się ścigać, konkurować i aspirować do wzorców, które być może wcale nie są nasze? Czy musimy odnosić coraz większe sukcesy, żeby czuć zadowolenie z siebie? A nawet jeśli sukcesy są nam potrzebne do szczęścia, to czy jedyną ich miarą są pieniądze, awans i pozycja społeczna?

Stać w miejscu czy piąć się w górę?

Widziałam niedawno w Internecie filmik, w którym kilka starszych kobiet dzieli się swoim doświadczeniem. Mówią, że gdyby znowu były młode, skupiłyby się na tym, żeby być, a nie na tym, żeby od rana do nocy wypełniać kolejne zadania z długiej listy rzeczy do zrobienia. Opowiadają o nacisku na to, żeby być perfekcyjną mamą, żoną, szefową – dziś potrafiłyby mu się oprzeć, bo wiedzą, co jest ważne. Całowanie dzieci przed snem, taniec, długa kąpiel z miłości do siebie. Wiedzą, że zamiast starać się mieć więcej i być bardziej jakąś, lepiej doceniać chwile. I chyba coś w tym jest. Presja na to, żeby się rozwijać i osiągać, dopada nas z każdej strony. Szkolenia zawodowe, nauka języków, warsztaty kulinarne – świat ma dla nas tysiące ofert. Wystarczy się zapisać, zapłacić, poświęcić czas i mamy pewność, że nie zostaniemy w tym samym miejscu. A jakie jest to miejsce? Jak wygląda, jak smakuje, jak się w nim żyje? Nie mamy czasu, żeby to poczuć, bo biegniemy dalej. Dalej, szybciej, więcej, bardziej – te słowa opisują nasze życie, w którym to, co jest, często jest mniej ważne od tego, co będzie, jeśli się postaramy, żeby było.

Znam osoby, które od lat się szkolą, wszystkie weekendy spędzają na takich czy innych kursach. Niektóre z nich szkolą się w jednym kierunku, podnoszą swoje kwalifikacje zawodowe, ich CV jest naprawdę imponujące. Inne uczą się różnych rzeczy i rozwijają rozmaite, mniej lub bardziej przydatne umiejętności. Jedne i drugie łączy zwykle wiara, że kiedy już ukończą te wszystkie kursy, to będą wreszcie zadowolone z siebie i szczęśliwe, co oczywiście wcale nie musi się spełnić, bo pojawią się nowe kursy i poprzeczka jak zwykle pójdzie w górę, bowiem pies jest pogrzebany gdzie indziej. – Skończyłam trzecie studia podyplomowe! – oświadczyła z dumą Marysia na jednym z warsztatów. – To teraz wreszcie będziesz miała więcej czasu – stwierdza któraś z uczestniczek. – O nie! Nie zamierzam stać w miejscu. – Ci, którzy stoją w miejscu, zostają w tyle? – włączam się do rozmowy. – Właśnie! – To co teraz chcesz robić? – pytam. – Jeszcze nie wiem, ale coś wymyślę. Jest tyle możliwości! Zaraz na pewno będę miała nowy projekt!

Warsztaty, treningi, coaching! Wszystko istnieje po to, żebyśmy mogli piąć się w górę i mieć coraz lepsze życie. A może nasze życie jest już wystarczająco dobre i warto by w końcu nim pożyć? Poczuć przyjemność z tego, co robimy, a nie z marzenia o tym, dokąd nas to zaprowadzi.

Pora na wystarczająco dobre życie

Skoro mowa o przyjemności, warto wspomnieć duńskie hygge – kariera tego słowa kilka lat temu obrazowała naszą tęsknotę za przytulnością, bliskością, spokojem. Podobnie jest ze szwedzkim lagom, czyli w sam raz. Lagom to filozofia umiaru i równowagi. Minimalizm bez wyrzeczeń, bo dostosowany do własnych potrzeb. Dbałość o siebie i świat. Sztuka zadowolenia z tego, co mam, kim jestem, co robię. Teraz, a nie kiedyś – w przyszłości. Podobno idea lagom jest głęboko zakorzeniona w szwedzkiej psychice, ale my też możemy je wprowadzać do swojego życia. Trzeba tylko uświadomić sobie, że mamy już wystarczająco dużo, żeby cieszyć się życiem. Wystarczająco dużo ciuchów, pieniędzy, sukcesów, no po prostu wszystkiego. Często nawet za dużo, co nas przytłacza. Czy to możliwe? Przecież zawsze można mieć więcej.

No właśnie! Jeśli porównujemy się z tymi, którzy mają więcej, którzy odnieśli spektakularny sukces, którzy mają wyższą pozycję społeczną, wtedy trudno uznać, że mamy już tyle, ile wystarcza do szczęścia. Ale czy na pewno potrzeba nam więcej? Czy te spektakularne sukcesy to są nasze własne marzenia, czy narzuca je świat, w którym żyjemy? Czy te wszystkie przedmioty są nam potrzebne? Kapitalizm chce nam sprzedać jak najwięcej i ma na to swoje sposoby. Ale czy my musimy to wszystko kupować? Czy nie możemy się obronić przed cudzymi wzorcami? Możemy – odpowiadają zgodnie propagatorzy lagom. Jak to zrobić? Co jakiś czas trzeba zadać sobie pytanie: A może jest wystarczająco dobrze? – Jakie wystarczająco dobrze?! – złości się Agata. – Nie masz pojęcia, jak ja cierpię! Agata ma 31 lat i jedno marzenie. Chce mieć dziecko. Bez dziecka jej życie nie ma żadnego sensu, choć ma dobrą pracę, mieszkanie, maluje obrazy, ale co z tego?! Nic z tego nie ma znaczenia, bo zegar tyka, a ona nie ma dziecka ani nawet chłopaka, z którym mogłaby stworzyć rodzinę. Szuka go desperacko na wszystkich możliwych portalach i wciąż od nowa przeżywa rozczarowanie, bo okazuje się, że żaden chłopak nie chce zostać ojcem jej dziecka od pierwszego wejrzenia, a na drugie wejrzenie już zwykle nie mają ochoty.

– Pewnie dlatego, że jestem brzydka – stwierdza Agata, która z wyglądu jest bardzo atrakcyjną dziewczyną. – Muszę zrobić operację nosa. – A co z twoim nosem jest nie tak? – Nie udawaj, że tego nie widzisz. – Nie udaję. Nie wiem, co jest z nim źle – przyglądam się uważnie nosowi Agaty i nic złego w nim nie ma, naprawdę. Powiedziałabym nawet, że jest wyjątkowo zgrabny, ale w to już mi Agata na pewno nie uwierzy, więc nic więcej nie mówię. – Jest za duży! Gdybym miała mały nosek, pewnie już dawno miałabym dziecko i ciepły, przytulny dom. – A jak jest teraz w twoim mieszkaniu? Ciepło i przytulnie? – Chyba żartujesz? Jest pusto i beznadziejnie! – Rozumiem, że dziecko ma spełnić rolę rycerza i odmienić całe twoje życie? – Dzieci zawsze odmieniają życie. – A gdybyś tak zadbała o to, żeby w tym życiu, które masz w tej chwili, było ci lepiej? Zaczęła od mieszkania? Urządziła je tak, żebyś lubiła w nim być? – To bez sensu, skoro nie mam dziecka.

Skup się na tym, co już masz

Skupianie się na tym, czego nam brakuje, utrudnia docenienie tego, co mamy, i zadbanie o to. A gdyby tak w nowym roku zmienić perspektywę? Pomyśleć o tym wszystkim, za co możesz być wdzięczny – sobie, losowi, innym ludziom. Niektóre rzeczy wydają się tak oczywiste, że o nich zapominamy. Warto o nich pomyśleć. O tym, że mamy gdzie mieszkać i co jeść. Nawet jeśli w naszym kraju ostatnio nie dzieje się dobrze, to przecież nie padają tu bomby. Miliony ludzi na świecie nie mają tyle szczęścia, dla nich nasze życie jest luksusem. Mamy wystarczająco dużo, żeby cieszyć się życiem już dzisiaj, a nie dopiero wtedy, gdy zostaną spełnione jakieś warunki.

A co z Agatą? Ostatnio pokazała mi zdjęcia swojego mieszkania. Jest ciepłe i przytulne, jest fotel i sofa, są kolorowe poduszki i koce. – I jak ci się żyje? – zapytałam. – Trochę zaczęłam doceniać to, co mam. I w sumie nie jest źle. Już nie szukam tak desperacko faceta, ale oczywiście nadal chcę mieć dziecko. – Powodzenia, Agata! Trochę zwiększyłaś swoje szanse na to, żeby je mieć.

Kiedy łapiemy kontakt z rzeczywistością, a nie skupiamy się na tym, czego nie ma – zauważamy zwykle, że jest wystarczająco dobrze. To nie znaczy, że na tym musimy poprzestać, ale mamy większy luz. Możemy stawiać sobie cele bez napięcia i poczucia presji, możemy nawet zadbać o umiar i równowagę w kontaktach ze sobą i światem. Wystarczy pytać siebie, czy to jest lagom. Co? Wszystko. Mój stosunek do pracy. Liczba butów. Kolejny kieliszek wina. Dokładka pierogów. Moje życie.

Pamiętajmy o lagom, a łatwiej znajdziemy drogę. Swoją własną, a nie pod dyktando świata.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Najlepsze rada to... autorada

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy ekspertami! Jeśli chodzi o wychowanie cudzych dzieci, postępowanie z mężem i kłopoty z teściową – doradzamy jak z nut. A czy sami radzi rad słuchamy?

Dobra rada zawsze w cenie? Bynajmniej. Któż z nas nie udzielił choć raz światłej wskazówki, która – jak najbardziej racjonalna – trafiła kulą w płot? Albo sam nie otrzymał porady, która zamiast pomóc jedynie zirytowała? Dlaczego tak się dzieje?

Bo rada to skomplikowane zjawisko. Jest pięknym darem – ale dla siebie. Nie od każdego chcemy ją przyjąć. Nie zawsze umiemy się przed nią bronić. Porad chętnie słuchamy, jeszcze chętniej ich udzielamy, a ciąg dalszy następuje... tak jak miał nastąpić.

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. Jaka szkoda! To jedna z większych przyjemności! Dlatego... poniżej kilka bardzo dobrych rad o poradnictwie dnia codziennego.

Rad udzielamy, bo...

Zwykle jesteśmy samozwańczymi specjalistami w trzech kwestiach: wychowania dzieci, prowadzenia domu i postępowania z ludźmi. Na tym zna się prawie każdy, niemal wszystkich bardzo to interesuje i większość chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Nie jest to złe, bo nawet jedna z bardzo prostych metod terapeutycznych dotyczących rozwiązywania problemów polega właśnie na wyjściu ze swojej roli. Pacjent zamienia się w doradcę – prosi się go, żeby powiedział, co doradziłby obcej osobie w takiej samej sytuacji, w jakiej on się znajduje. Bo w teorii, wszyscy wiemy, co robić. Tyle że rady w kwestii dzieci, partnera, rodziny czy miłości rzadko skutkują, bo nikt nie skorzysta z racjonalnych argumentów tam, gdzie rządzą uczucia.

Po co więc radzimy ludziom? Chciałoby się odpowiedzieć, że chcemy im pomóc, ale to nieprawda. Jak większość rzeczy w życiu, robimy to dla siebie:

  • Uważamy, że skoro przeżyliśmy coś na własnej skórze, wiemy o problemie wszystko.
  • Lubimy się popisywać zdrowym rozsądkiem, pragmatyzmem i racjonalnym myśleniem.
  • Poprawiamy sobie samopoczucie. Postrzegamy siebie jako empatyczne i życzliwe osoby. Udzielanie rad jest znacznie łatwiejsze niż udzielanie pomocy. A jaką daje przyjemność!
  • Próbujemy pokazać, jak wspaniale radzimy sobie z życiem: „Ja bym sobie nie pozwolił na takie traktowanie”. „Od razu bym jej powiedziała, że…”. I tak pod pozorem udzielania rady, kreujemy własny mit.
To podświadomy lub czasem świadomy wstęp do naruszenia dobrych relacji, bo kiedy udzielamy komuś rady, wydaje się nam, że mamy prawo zapytać, czy z niej skorzystał, a jeśli nie – poczuć się tym urażeni. „Jak to? To ja ci poświęciłem tyle mojego czasu i uwagi, a ty zrobiłeś po swojemu? Już nigdy nic ci nie będę radzić, skoro wcale mnie nie słuchasz”.

Kompensuje własne porażki: „Ja bym takiemu głupiemu szefowi od razu powiedział… Szybko zrobiłbym z tym porządek”. To typowe rady osób, które słabo radzą sobie z rozwiązywaniem problemów i chcą pofantazjować, jak by to było, gdyby…

Kogo (ewentualnie) słuchamy?

Specjalisty. Rada terapeuty, chociaż merytorycznie identyczna jak rada sąsiadki czy koleżanki z portalu internetowego, ma zdecydowanie większą moc oddziaływania. Z jednej strony działa tu magia autorytetu – potwierdzonego dyplomem! Z drugiej – fakt, że profesjonalista nigdy nie ocenia. Jego rady nie mają zabarwienia emocjonalnego („Jak to? To ty nie umiesz zrobić takiej prostej rzeczy?!”). On niczemu się nie dziwi i na tym również polega jego wielka siła oddziaływania. Ponadto zamiast wypowiadać mentorskie opinie, zadaje pytania, za pomocą których zmusza pacjenta do autorefleksji: „Jak zamierza pani sobie z tym poradzić? Jakie działania chce pan podjąć?”. Terapeuta wie, że człowiek nie skorzysta z żadnej rady, nawet najrozsądniejszej, jeśli będzie niezgodna z tym, co pacjent sam chce zrobić, na co ma gotowość i rezerwy psychiczne. Wreszcie – terapeuta nie ma pretensji, że jego rady nie zostały wdrożone w życie. Zapyta tylko „dlaczego”, ale nie obrazi się na pacjenta. To sprawia, że tak naprawdę potrzebujemy rad od osób, które uznajemy za kompetentne.

A co oprócz dyplomu terapeuty czy psychologa czyni ludzi bardziej kompetentnymi? Odniesiony sukces! Znani twórcy, artyści, biznesmeni są wciąż proszeni o to, żeby zdradzili, jakimi czarodziejskimi metodami udało im się zrobić tak wielką karierę. Człowiek sukcesu, gdy udziela rady, ma podobną pozycję do licencjonowanego terapeuty. Jego wskazówek słuchamy z nabożnym zainteresowaniem i zdajemy się nie zauważać, że są one zawsze takie same i koncentrują się wokół słów „pracowitość” i „upór”. Ludzie sukcesu udzielają czasem także rad w dziedzinach bardzo odległych od obszaru ich działania. Porady gwiazd dotyczące tego, jak gotować, jak się ubierać... są traktowane bardzo serio. Bo z radami jest jak ze wszystkim w życiu: ważniejsze od tego, co się mówi, jest to, kto to mówi.

Rad nie chcemy?

Osobny temat to rady, których ktoś ci udziela, choć wcale go o to nie prosisz. Tych nigdy się nie uniknie. I nieważne, czy zrobi to osoba ci bliska czy zupełnie obca. Zawsze znajdzie się taka, która znienacka cię nimi draśnie i wytrąci z równowagi. Lecz to jest tak, że im bardziej czyjaś rada cię ubodła, tym bardziej warto jej się przyjrzeć.

Jeśli poczułeś się czymś urażony, dotknięty lub obrażony, to znaczy, że bardzo niepewnie czujesz się w poruszonym temacie. Coś jest na rzeczy. Twoje poczucie wartości zostało nadszarpnięte? Można to wykorzystać jako bodziec do wzmocnienia swojej pozycji ojca, matki, pracownika… Bo jeśli będziesz pewny siebie, to żadna rada, nawet najbardziej złośliwa, np. „masz takie krótkie nogi, że odradzałabym ci ten fason spodni” – cię nie urazi.

Jak postępować z cudzymi radami?

  • Traktuj nawet te nachalne jako swoistą ciekawostkę: „Nigdy o tym nie pomyślałem. To interesujące”.
  • Postaraj się nie odbierać ich jako ataku na siebie. Często ktoś mówi coś w dobrej wierze, po prostu po to, żeby nawiązać z tobą kontakt.
  • Zadawaj pytania, jakbyś był tym co słyszysz bardzo zainteresowany. „Naprawdę? I pani tak to robi?”.
  • Pochwal „doradzacza”. Zrobisz dobry uczynek. Powiedz: „Dziękuję, że mi to poradziłeś”, i nie dodawaj, że z rady nie skorzystasz.
  • Podziękuj – na przykład obcej osobie na ulicy, która mówi ci, jak uciszyć dziecko. „Dziękuję bardzo, przemyślę to”. Poprawisz sobie humor, bo nie wytrąciła cię z równowagi.
  • Nie reaguj agresją, bo to bardzo wyczerpuje emocjonalnie. Nie mów: „Jak jesteś taki mądry, to sam to zrób”, Niech pani się nie wtrąca, to nie pani sprawa.
  • Nie generalizuj, nie wyciągaj pochopnych wniosków: „Mówisz mi, jak mam się zwracać do własnego dziecka?! Uważasz, że jestem złą mamą?”.
  • Nie daj się sprowokować i wciągnąć w konflikt. Nie komentuj: „To idiotyczne, co mówisz”.

Dobrze mówisz, ale ja...

Ktoś otwarcie prosi o radę. Co robić? Nastawić się na odbiór. Zwykle rzadko chodzi rzeczywiście o podanie konkretnej wskazówki. To raczej prośba o wysłuchanie, o zainteresowanie problemem. Samej rady najlepiej nie udzielać, bo często bywa narzędziem... manipulacji.

Amerykański psychiatra Eric Berne, autor kultowej książki „W co grają ludzie”, wiele miejsca poświęca w niej radom. W grze o nazwie „Dlaczego ty nie – tak, ale...” gracz opowiada ci o swoim problemie, który może dotyczyć np. uciążliwego sąsiada. Ty słuchasz i jako osoba empatyczna, wrażliwa rozumiesz, na jakie przykrości jest narażony. Zwyczajnie, po ludzku chcesz mu pomóc. W dobrej wierze udzielasz więc rady: „Może zgłoś to na policję?”. Wtedy słyszysz argument, że twoja rada jest nietrafiona, np. „To wykluczone, jego brat pracuje na posterunku”. Jak większość ludzi nie poddajesz się jednak od razu i szukasz innego sposobu: „W takim razie…”.

Wytrawnymi graczami w „Dlaczego ty nie – tak, ale...” są osoby, które chciałyby zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Pytają szczupłych, jak oni to robią i… zbijają wszystkie ich wskazówki.

Cokolwiek zaproponujesz takiej osobie, twojej radzie zostanie przeciwstawiony argument nie do odparcia. Jeśli w porę się nie zorientujesz, będziesz z uporem szukać rozwiązania problemu, którego ten ktoś wcale nie chce rozwiązać. On tylko pragnie ci udowodnić, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Na tym właśnie polega wypłata gracza (nagroda emocjonalna).

Rada idealna…

…to taka, z której ktoś konstruktywnie skorzysta. Musi być dostosowana do wieku, aktualnych emocji, możliwości psychicznych i trafiać w głęboko ukryte motywy osoby, której jej się udziela. Bo tylko ona ma pełen ogląd sytuacji i to ona sama musi sobie w większości przypadków (zwłaszcza w kwestii relacji) odpowiedzieć na pytanie: „co robić?”.

Ogranicz więc swoją rolę do aktywnego słuchania i zadawania pytań typu: „I co zamierzasz zrobić? Jak się do tego zabierzesz?”. W ten sposób naprowadzasz „potrzebującego” na właściwy trop, na rozwiązanie, jakie najbardziej mu pasuje i jest możliwe do realizacji.

Bo tajemnica rady idealnej tkwi w tym, że może nią być tylko autorada.

  1. Psychologia

Stres a płeć. Czy kobiety gorzej radzą sobie ze stresem niż mężczyźni?

Kobiety mają większą skłonność do zamartwiania się, bardziej przejmują się drobiazgami i przemijaniem. (Fot. iStock)
Kobiety mają większą skłonność do zamartwiania się, bardziej przejmują się drobiazgami i przemijaniem. (Fot. iStock)
Ciało nie lubi stresu – podobnie zresztą jak umysł i duch... Poddawane różnym naciskom będzie prosić, błagać, wreszcie krzyczeć! Dlatego tak ważne jest, by właściwie odczytać pierwsze symptomy. I od razu działać!

Nie ma się co oszukiwać – organizm kobiecy radzi sobie ze stresem gorzej niż męski. Mamy delikatną konstrukcję, jesteśmy bardziej wrażliwe, drażliwe. I bardzo obciążone. Weźmy choćby fizjologię i trzy złożone procesy, które mogą być tylko naszym udziałem: menstruacja, ciąża, menopauza. Weźmy presję, jakiej doświadczamy w związku z łączeniem różnych ról. Presję czasu, który – podobnie jak dwa wieki temu, kiedy tych ról było mniej – uparł się, żeby pozostać przy 24-godzinnej dobie. Jak podkreśla Georgia Witkin, autorka książki „Stres kobiecy”, kobiety muszą się tłumaczyć pracodawcy ze swojego stanu cywilnego. Wciąż są na cenzurowanym, jeśli chodzi o zachowania seksualne. Muszą radzić sobie ze sprzecznymi przekazami społecznymi: mają być seksowne, ale nie prowokujące; asertywne, ale nie agresywne; ambitne i rodzinne... Od najmłodszych lat wychowywane są tak, by umiały kontrolować swoje uczucia, zwłaszcza gniew.

Kobiety mają większą skłonność do zamartwiania się, bardziej przejmują się drobiazgami i przemijaniem. Co na to nasz organizm? Podwyższone ciśnienie krwi, szybkie tętno, nieregularny oddech, zimne (albo spocone) dłonie i stopy, bóle barków, zaschnięte usta, utrata apetytu, zaburzenia trawienia, bezsenność, niepokój, roztargnienie, wycofanie – to tylko niektóre z objawów, jakie dzielimy z mężczyznami. A przecież są jeszcze takie dolegliwości jak napięcie przedmiesiączkowe i zatrzymanie miesiączki, zarezerwowane dla kobiet. Do tego – znacznie częściej przez nas doświadczane – lęki napadowe, napięciowe bóle głowy, wreszcie anoreksja, bulimia i depresja.

Dzwonek na alarm

Źródła stresu są niezliczone. Każdy ma swoje „ulubione”. Są też tzw. dobre stresy, potrafiące spowodować niemałe zamieszanie w organizmie. Może je wywołać ślub, wyjazd wakacyjny, wysoka wygrana, spektakularny sukces, nawet pojednanie małżeńskie. W ostatnich latach bardzo wysokie notowania na tej liście mają święta Bożego Narodzenia... Stres może się pojawiać sporadycznie i być krótkotrwały – wówczas jest stosunkowo niegroźny, bo organizm ma dość czasu na regenerację. Najbardziej niebezpieczny jest stres długotrwały – sprzyjają mu takie okoliczności, jak mobbing w pracy, utknięcie w niezdrowej relacji, nieprzetrawione traumy. Ale też dużo mniejsze rzeczy, które z jakichś powodów permanentnie „działają nam na nerwy”.

Rozpoznaj sygnały, wprowadź zmiany

Georgia Witkin pisze o czterech podstawowych stadiach rozwoju stresu. I podaje strategie zaradcze.

Pierwsze stadium: Dezorganizacja Wiesz, że przed chwilą miałaś w ręku kluczyki do samochodu. A teraz zniknęły, zapadły się pod ziemię. Kiedy je w końcu dostrzegasz, okazuje się, że cały czas miałaś je pod nosem. Twoje zdrowie nie jest jeszcze zagrożone, ale zdolność rozwiązywania problemów może być ograniczona.

Drugie stadium: Trudności z podejmowaniem decyzji Te naprawdę poważne paradoksalnie nie stanowią problemu, za to rozważania na temat tego, co przygotować na obiad, mogą nawet przyjąć rozmiary obsesji. Jeśli przez pół dnia łamiesz sobie głowę nad tą kwestią albo na przykład zmieniasz piąty raz bluzkę przed wyjściem z domu, zastanów się, czy nie jesteś przeciążona stresem.

Trzecie stadium: Fantazje o zależności Pojawiają się, jeśli stres ma charakter długotrwały. Zaczynasz wyobrażać sobie sytuacje, które uzasadniałyby oddanie się pod opiekę innych osób. Na przykład taką, że skręcasz kostkę albo lądujesz w szpitalu z jakimś niegroźnym schorzeniem – wszystko po to, żeby wreszcie odpocząć, pooglądać filmy, dostać trochę troski i uwagi...

Czwarte stadium: Depresja, niekoniecznie kliniczna Być może jedzenie i spanie nie straciły jeszcze dla ciebie sensu, ale w sumie niewiele poza tym cię obchodzi. Optymizm i energia są w zaniku, wzmaga się odczuwanie bólu, a zdolność sprawowania kontroli nad własnym życiem słabnie. Jeśli nie zredukujesz stresu, depresja stanie się trwałym stanem twojego umysłu i przejdzie w bardziej zaawansowaną fazę.

Co się dzieje z twoim ciałem?

Pierwsze oznaki stresu można także łatwo zaobserwować po pogarszającym się wyglądzie. Pod wpływem stresu nasza skóra staje się przesuszona, szorstka i ziemista. Oczy puchną albo się zapadają. Włosy reagują przesuszeniem albo nadmiernym przetłuszczaniem, siwieją i wypadają. Aha, stres ma też wpływ na masę ciała. Na płodność. Wreszcie – na naszą odporność. Dość powiedzieć, że w warunkach stresu zmniejsza się liczba pewnych ciałek krwi, zabezpieczających nas przed infekcjami i nowotworami.

Jak widać, stres stresowi nierówny i warto go najpierw zidentyfikować, żeby wiedzieć, jak się z nim obchodzić. Zwykle zaczyna się od tego, co na powierzchni, by potem sięgać głębiej i głębiej... Pewnie – możesz odpowiednio zadbać o skórę (oczyszczenie, delikatny peeling), włosy (maski nawilżające, kuracje wzmacniające) i oczy (kompresy z rumianku, świetlika czy choćby herbaty), ale to raczej eliminowanie szkód... Jeśli przypadkiem nie jadasz śniadań, palisz tytoń, pijesz alkohol, nie stronisz od kofeiny, słodyczy i produktów mącznych – wiesz, co robić... Zmienić nawyki na zdrowe.

Co innego, kiedy znajdziesz się w sytuacji krótkotrwałego i nagłego stresu – takiego, który sprawia, że poziom adrenaliny gwałtownie wzrasta, oddech przyspiesza, serce wali... W zależności od okoliczności (i od tego, co wydaje ci się bardziej adekwatne w danym momencie) masz dwie drogi: spożytkować od razu nadmiar adrenaliny dzięki aktywności fizycznej albo powstrzymać jej przepływ poprzez techniki relaksacyjne. Lista takich działań może być długa i bardzo indywidualna. Najlepiej przygotować ją samodzielnie, uzupełniać i zawsze mieć pod ręką. Spacer, aerobik, pływanie, bieganie, taniec... Niektóre kobiety wysoko cenią sobie sporty oparte na współzawodnictwie – tenis, squash. Inne rzucają się do sprzątania albo przesadzają kwiaty. Szydełkują albo majsterkują. Ważne, by rozładować napięcie, obniżyć presję, zwiększyć poczucie kontroli. Jeśli wybrałaś relaks, możesz też wziąć ciepłą kąpiel z olejkami zapachowymi, sięgnąć po ulubioną lekturę, włączyć wyciszającą muzykę, zrobić automasaż – stóp, twarzy, głowy.

Bądź w centrum

Georgia Witkin przyznaje, że skuteczne radzenie sobie ze stresem nie sprowadza się do chwilowego uczucia ulgi. Wtóruje jej autorka dzieła „Ciało kobiety, mądrość kobiety”, dr Christiane Northrup: „Przestrzeganie specjalnej diety i przebiegnięcie pięciu kilometrów dziennie nie przywróci kobiecie dobrego samopoczucia, jeśli wciąż żyje ona z alkoholikiem czy pracoholikiem lub jeśli doświadczyła kazirodztwa i nie pozwoliła sobie na uwolnienie związanych z tym emocji”. Praca z objawami stresu na dłuższą metę nie wystarczy. Trzeba sięgnąć głębiej. Podjąć pracę z przyczynami. Być może niezbędna okaże się terapia... Zmiana myślenia, przekonań. Relacji z samą sobą.

Zadbaj o samoocenę, nie żałuj sobie komplementów, wyrazów uznania i zachęty, a nawet czułości (kiedy ostatni raz się głaskałaś?). Zaakceptuj swoje cechy, również te, które uważasz za wady. Spójrz na nie życzliwszym okiem. Nie musisz być chodzącą doskonałością! Zdaniem Georgii Witkin realistyczne postrzeganie siebie i własnych możliwości to główny warunek, by zacząć radzić sobie z zespołem stresu kobiecego. Nie traktuj niepowodzeń w kategoriach porażki. Nie pozwól, by Wewnętrzny Krytyk beształ cię, wpędzał w poczucie winy. Zamień samooskarżanie na obserwację. Zapytaj na przykład: „Ciekawe, dlaczego to zrobiłam?”. Albo uznaj: „Następnym razem wolałabym...”.

Ważne, byś przyjrzała się swoim priorytetom. Wyznaczyła granice, nauczyła się mówić „nie”. Wykreśliła część zadań z harmonogramu. Angażuj się w mniej spraw, pozwól sobie na relaks i rozrywkę. Odrzuć część oczekiwań, nie wchodź w kilka ról jednocześnie... Być może zdarza ci się czuć odpowiedzialną za nastrój otaczających cię osób, a kiedy są skwaszone, zadawać sobie pytania „co zrobiłam?” albo „co mogę zrobić?”. A może wciąż przepraszasz, mówisz, że ci przykro? Obserwuj ten impuls – a nuż uznasz, że w niektórych sytuacjach warto go powstrzymać... Albo po prostu zapytasz drugą osobę, czy ma ochotę porozmawiać o tym, co ją trapi. Jeśli będziesz szanowała cudze granice, twoje też będą rzadziej naruszane.

Pamiętaj, że we wszystkich kwestiach dotyczących twojego życia czy gustów nikt nie ma większych kompetencji od ciebie. Nie pozwól więc innym decydować o sobie. – Przestań mówić: „obojętnie”, gdy pytają cię, jaki film chciałabyś obejrzeć albo do jakiej pójść restauracji - podpowiada Georgia Witkin. – Przekonasz się wówczas, że wybór złego filmu lub kiepskiej restauracji nie oznacza jeszcze końca świata – tłumaczy. Pozwól, by zarówno twoje błędy, jak i sukcesy zapisywane były na twój rachunek. Wiąże się to z czymś, co autorka „Kobiecego stresu” nazywa „byciem w centrum swojego życia”. Jak często spoglądasz na siebie oczami innych, stajesz się widzem własnych zachowań? Nic dziwnego, że pojawiają się wątpliwości i skrępowanie, obawy „jak wypadnę?”, „co o mnie myślą?”. Przy takim podejściu możesz zmieniać nieustannie opinię na własny temat, rozpaczliwie szukać aprobaty. Kiedy nie jesteś sobą, prawdopodobnie jesteś zestresowana!

Przenieś uwagę z innych na siebie. Ale też z przyszłości do teraźniejszości. Nadmierne rozmyślanie o tej pierwszej to jedno ze źródeł długotrwałego stresu. Pewnie – planuj i spodziewaj się, co najlepsze – ale pamiętaj, że wszystko jest w ruchu, podlega zmianom i wymyka się przewidywaniom...

20 oddechów – sposób na szybkie uspokojenie

Weź 20 głębokich, wolnych oddechów, starając się przy co piątym nabrać więcej powietrza. Bardzo pomocne bywa też powolne rozluźnianie poszczególnych części ciała, poczynając od palców stóp aż do mięśni twarzy. By uzyskać głębsze rozluźnienie, możesz poprzedzić je napinaniem ciała: najpierw wolno, później (przy kolejnej rundzie) szybciej. Koncentruj się przy tym na różnicy między stanem napięcia a relaksu.

Ćwiczenie koncentracji na sercu obniżające poziom hormonów stresu

Krok 1. Zatrzymaj się i obserwuj swój stan emocjonalny.

Krok 2. Określ, co cię trapi – możesz to nawet zapisać albo wypowiedzieć na głos w obecności przyjaciółki lub przyjaciela.

Krok 3. Skoncentruj uwagę na okolicy serca; jeśli pomoże ci to w koncentracji, połóż tam dłoń.

Krok 4. Skieruj uwagę na szczęśliwe, zabawne lub krzepiące wydarzenie, osobę albo miejsce i spędź jakiś czas, wyobrażając je sobie dokładnie raz jeszcze.

Krok 5. Przypomnij sobie coś, co wzbudza w tobie poczucie bezwarunkowej miłości lub wdzięczności – na przykład małe dziecko lub ukochany zwierzak – utrzymuj to uczucie przez co najmniej 15 sekund (tutaj także pomaga trzymanie dłoni na sercu).

Krok 6. Zauważ, jak zmiana myśli i percepcji zmieniła twoje samopoczucie. Zauważ także, że masz siłę, by wyjść z negatywnych emocji, w które mogłaś się uwikłać.

Monitoruj, płacz i kochaj się

Czy wiesz, że kobieta przegląda się w lustrze średnio 17 razy dziennie? Każdy z tych razów to dobra okazja, by sprawdzić, czy czoło nie jest zmarszczone, szczęki zaciśnięte, ramiona zwieszone. Jeśli wyglądasz, jakby ktoś cię nastraszył, zatrzymaj się i zrelaksuj.

Inny sposób monitoringu to prowadzenie dzienniczka objawów. Notowanie, czym zajmowałaś się albo zamierzałaś się zająć, kiedy pojawił się jakiś niepokojący symptom: zimne poty, zawroty głowy, atak astmy, szybkie bicie serca... Co to było? Która była godzina? Czy rozpoznajesz jakiś wzorzec? Czy zmieniłoby się coś, gdybyś podejmowała daną czynność o innej porze? Czy nie poświęcasz jej zbyt dużo czasu i energii? Czy nie wywierasz na sobie presji?

Podczas tych badań i obserwacji wcześniej czy później przyjdzie ci się spotkać z twoimi myślami. Christiane Northrup nie ma wątpliwości: „Chcąc poprawić swoje życie i zdrowie, musimy uznać niezaprzeczalną jedność pomiędzy naszymi przekonaniami, sposobem postępowania i ciałem fizycznym. Musimy następnie wnikliwie się przyjrzeć wszelkim, niszczącym zdrowie, nieświadomie odziedziczonym po rodzicach i kulturze, przekonaniom i założeniom, które przyjęłyśmy jako własne, i zmienić je”.

Myśli generują emocje, emocje odciskają się na ciele... Ale Northrup przypomina, że pomagają nam one w pełni uczestniczyć w życiu. Że warto im zaufać. Poddać się im, zamiast mówić: „nie teraz, teraz nie wolno mi się smucić, muszę najpierw skończyć ten artykuł”. A przecież nie doświadczysz prawdziwej radości, jeśli nie będziesz gotowa poczuć głębi smutku. Niewyrażone emocje kumulują się w nas, tworzą blokady energetyczne. To jeszcze jedno źródło przewlekłego stresu. Co można z tym zrobić? Płakać. Usuniesz w ten sposób toksyny z ciała, uruchomisz przepływ energii. Uwolnisz ciało, umysł i ducha. „Wiele chorób to wynik emocji, które przez lata były tłumione, niezauważane i niewyrażane” – twierdzi dr Northrup. Ona sama zauważyła, że ból głowy nawiedza ją, kiedy przestaje o siebie dbać...

I jeszcze dwa słowa o seksie. Czy wiesz, że kobiety są bardziej wrażliwe na dotyk niż mężczyźni? Prawdopodobnie odnajdują więcej przyjemności w pieszczocie. Ponoć seks ma równie korzystny wpływ na układ krążenia jak lekki jogging. Pobudza wydzielanie oksytocyny (naturalnego środka uspokajającego), a także neuroprzekaźników o działaniu przeciwdepresyjnym i przeciwbólowym. Nie masz partnera? Masturbuj się – radzi Georgia Witkin. I pamiętaj, że nad najbardziej stresującymi wydarzeniami (śmierć, kataklizmy, utrata pracy) i tak nie masz kontroli. A skoro tak, próby wymuszenia czegokolwiek do niczego nie prowadzą, tylko pogłębiają frustrację... Może więc rzeczywiście mogłabyś się w końcu rozluźnić?

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Jak pozbyć się blokad z naszego ciała? Rozmowa z terapeutką Marią Rozwadowską

W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w naszym ciele odpuszczają – mówi terapeutka Maria Rozwadowska.

Alexander Lowen, twórca bioenergetyki, w książce „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” pisze, że pacjenci często wychodzą od niego radośni, ale nie trwa to długo, bo ten stan osiągnęli dzięki niemu, nie dzięki sobie. Jego zdaniem jako dorosłym jest nam trudniej odczuwać radość, niż wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Dlaczego tak się dzieje? Nawet dzisiaj rano miałam sytuację, która jest idealną ilustracją tych słów. W trakcie porannej śpiewanej modlitwy nasza 6-letnia córka zaczęła tańczyć, robić dziwne miny, śmiać się i wariować. A jak najczęściej reaguje rodzic w podobnej sytuacji, gdy chce opanować dziecko albo spieszy się do kolejnych zadań? Zwykle mówi: przestań się wygłupiać! Dziecko zapamiętuje to raz i drugi, po czym przestaje wyrażać siebie w naturalny sposób, z ciała. Bo w naszej kulturze naturalne, pierwotne, cielesne odruchy są ograniczane.

Gdy dorastamy, ogranicza nas także ego. Ego to jest nasz umysł i wewnętrzny kontroler odruchów ciała. Wyróżniamy jeszcze superego, czyli ten społeczno-kulturowy wymiar świata, w którym żyjemy. Tata, mama, nauczyciel, dla niektórych także ksiądz, to osoby mające największy wpływ na nasze zachowanie. Od najwcześniejszych lat dzieciństwa kształtują w nas przekonanie na temat tego, co wypada, a co nie. To symbole świata zewnętrznego, który często kastruje naszą pierwotną radość. Oczywiście, pewne ograniczenia są potrzebne do tego, żebyśmy mogli odnaleźć się w społeczeństwie. Jednak w wielu rodzinach przekonanie, że dzieci mają być grzeczne, ciche i nie przeszkadzać, potrafi bardzo skutecznie przykryć, niczym czarną płachtą, ich umiejętność wyrażania siebie. Sztuką jest dostrzeganie w pracy ze sobą i swoją świadomością tego, co w moim myśleniu czy zachowaniu nie jest moje, a płynie z zewnątrz. A co jest naturalne i dobre dla mnie.

Dlaczego rodzicom trudno jest wytrzymać to „wygłupianie się” dziecka? Prawdopodobnie gdy byliśmy dziećmi, kogoś drażniło takie zachowanie. Podświadomie myślimy więc: „jeśli ja nie mogłam, ty też nie możesz”. Oczywiście nie jest tak, że chcemy zrobić krzywdę swojemu dziecku, to działa w nas automatycznie, nie zdajemy sobie z tego nawet sprawy. Straciliśmy kontakt z własną spontaniczną radością, jesteśmy zmęczeni i chcemy mieć po prostu święty spokój. W ten sposób bronimy swoich granic. To, co możemy zrobić, to popracować nad swoim wewnętrznym dzieckiem, czyli ukochać siebie, dać sobie czas, uwagę i spokój, których potrzebujemy. Nad tym właśnie pracuję z kobietami na warsztatach „Świadoma mama”, by mieć więcej cierpliwości i otwartości na wolność i wyrażanie emocji swojego dziecka.

A jaki związek ma ta przyblokowana radość z naszym ciałem? Jeśli dziecko krzyczy ze złości albo radośnie wygina się we wszystkie strony, a świat mówi mu „przestań”, to z lęku lub pod presją uspokaja się i wewnętrznie zamraża. Energia życia przestaje płynąć przez jego ręce, nogi, ciało. Pytanie: jaka emocja zostaje wtedy zamrożona? Złość, smutek, tęsknota? Wszystkie emocje, których nie mogliśmy swobodnie wyrazić w dzieciństwie, wpływają na nas najmocniej i jeśli to „przyblokowanie” trwa latami, jako dorośli zaczynamy żyć w twardej zbroi. Nasze ciało sztywnieje.

Czy praca z ciałem może pomóc w większym odczuwaniu radości? W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie – na przykład, jak radzi Lowen, poprzez wydobywanie z siebie długiego i głośnego dźwięku, który prowadzi nas do głębszego oddechu – to nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. Ta ochota nie przychodzi z głowy, ona obudziła się w ciele. Jeśli uda się za tym pójść, możemy odczuwać, jak ciało drga czy trzęsie się, bo chce wyrazić jakąś wcześniej zamrożoną emocję. Komunikuje nam, że jest gotowe, by się z nią spotkać, bo ma już dość życia w pancerzu.

Lowen twierdzi, że zarówno płacz, jak i śmiech idą z brzucha. Człowiek, który jest w stanie oddychać głęboko i potrafi tak samo głęboko płakać, czuje się dobrze sam ze sobą. To prawda. Energia może wtedy swobodnie przepływać, a my czujemy się zdrowi, radośni i pełni sił. Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w ciele odpuszczają. To wolność wyrażania siebie. Ciało zaczyna się poruszać, energia przepływa z jednej nogi do drugiej i czujesz przyjemne mrowienie. Ja najczęściej osiągam ten stan w tańcu Pięciu Rytmów.

Czym jest taniec Pięciu Rytmów? Jest rodzajem tańca intuicyjnego, w którym muzyka pomaga nam puścić nasze ego i zrzucić skorupę. Czuję wtedy niemalże orgazmiczną radość, do której dochodzę po dwóch – trzech godzinach wirowania bez odpoczynku. Następuje moment, kiedy wyłączam umysł i nie myślę już o niczym. Czuję flow i całkowite odpuszczenie ciała.

Jakie jeszcze ćwiczenia mogą pomóc nam uwolnić radość z ciała? Lowen pisze o tym, że warto okładać pięściami swoje łóżko. Albo krzyczeć w aucie: „nienawidzę cię, mogłabym cię zabić!”. Podstawą ćwiczeń bioenergetycznych jest również kopanie. Nigdy nie sugeruję pacjentom konkretnego ruchu. Raczej podążam za nimi. Chcę, by sposób ich wyrażania siebie był swobodny i bardziej zgodny z ich naturą. Czyli zaczynamy od oddechu, podobnie jak Lowen, ale później skupiamy się na ciele i intuicyjnie sprawdzamy, dokąd nas ten oddech prowadzi. Ciało ma mądrość i samo powie: „teraz oddychaj i zobaczymy, co będzie dalej”. Czasem może zaprowadzić do stłumionej agresji w barkach i rękach oraz wywołać chęć uderzenia w coś, ale wtedy jestem pewna, że to nie ja kieruję tą energią, tylko idzie ona z ciała pacjenta.

Czy można wykonywać te ćwiczenia samemu, czy jednak warto, żeby ktoś przyjął naszą wyrażoną emocję? Ważne, żeby terapeuta był wtedy obok nas. Nawet bardzo emocjonalne doświadczenie nie daje nam bowiem umiejętności eksplorowania swojego ciała i energii w samotności. Jeżeli będziemy próbowali zrobić to w pojedynkę, umysł będzie nas od tego odrywał, trudno nam będzie się skupić. Druga osoba wspiera w tym procesie, pilnuje, żeby nie zapominać o głębokim oddechu, no i towarzyszy w trudniejszych momentach. Ludzie mają w sobie mnóstwo mechanizmów obronnych, które utrudniają ten proces, na zasadzie: „dobra, dalej to już nie wejdę” – one blokują nas przed ponownym poczuciem trudnych emocji.

Lowen uważał, że sztywność, inaczej przewlekłe napięcia mięśniowe, ma na celu tłumienie bolesnych uczuć. Kiedy podczas terapii bioenergetycznej uwalnia się owe napięcie, można oczekiwać, że do świadomości pacjenta przedostaną się trudne wspomnienia. I od umiejętności ich zaakceptowania i tolerowania zależy to, czy pacjent będzie umiał doznawać też uczuć przyjemnych. Nie lubię stwierdzenia: „zaakceptować to, co trudne” i myślę, że niewielu z nas lubi. A już na pewno nie cierpi tego nasze ego. Myślę, że wystarczy spotkanie z tym, co trudne, wyparte; sam fakt, że dostrzegamy daną emocję czy problem. Już to jest uzdrawiające. W ten sposób rozumiem proces akceptacji, wspólny dla każdego rodzaju terapii: Lowenowskiej, psychoanalitycznej czy ustawień Hellingera. Dostrzeganie zamrożonej emocji.

Czy koniecznie trzeba wracać do traum z dzieciństwa? Może wystarczy poczuć je w ciele? To wszystko zależy od tego, czego potrzebuje dana osoba – czy chce wiedzieć dokładnie, o co chodzi, czy wystarczy jej, że poczuje to, co zamrożone w ciele. Osoby związane z psychoanalizą stwierdzą, że trzeba jednak uświadomić sobie problemy z przeszłości. Natomiast ci, którzy zajmują się pracą z ciałem i oddechem, nie wchodzą tak głęboko. Ważna jest emocja, którą poczułam i nazwałam, pracuję z nią i uwalniam ją z ciała. Zresztą często jest tak, że gdy jesteśmy skupieni na procesie oddychania i wykonywania jakiegoś ruchu, nagle wizja z przeszłości pojawia się sama. I nie trzeba o to nawet pytać, jak robili to Jung czy Freud.

Postęp w analizie bioenergetycznej Lowena wynikał ze zmiany pozycji pacjenta w trakcie terapii z leżącej lub siedzącej, jak u Freuda, na stojącą. Taka pozycja pozwala ocenić, w jaki sposób ktoś jest ugruntowany – fizycznie i psychologicznie w relacji z ciałem. Ja wykorzystuje terapię oddechem biodynamicznym, tak że pacjent nie tylko stoi, ale też nieustannie się rusza i oddycha w ruchu. Jeśli się nie boisz i jesteś świadoma tego, że nic złego ci się nie stanie, bo masz u boku doświadczonego terapeutę – oddychasz mocniej i głębiej, a ciało zaczyna pozbywać się wszelkich blokad. Można wymiotować, pluć, intensywnie kasłać, trząść, uderzać o coś, krzyczeć.

To wszystko jest terapią bioenergetyczną? Tak. Cały czas jesteśmy pod wpływem jakiejś energii, tylko nikt nas tego nie uczy, dlatego trudno jest nam to zrozumieć. Medycyna chińska i tybetańska mówią o siedmiu czakrach, czyli kanałach energetycznych w ciele. Zajmuje się nimi akupunktura, polegająca na nakłuwaniu i pobudzaniu miejsc supełków energii, żeby je rozplątać.

Jakie części ciała i emocje mamy przyblokowane najczęściej? Pracuję z kobietami, które zwykle zgłaszają się z problemem zamrożenia w okolicy miednicy lub z miednicą mocno cofniętą, tak, że pojawia się lordoza. A za cofniętą miednicą stoi zwykle jakaś historia nadużyć seksualnych. Kobiety przychodzą też z zimnymi stopami, jak również z pochylonymi plecami czy garbami, które pokazują, że coś ciężkiego na tych ramionach niesiemy lub przed czymś się zasłaniamy. Za każdą zmienioną sylwetką stoi jakaś bolesna historia.

Przygarbiona sylwetka może oznaczać też brak ruchu albo to, że ktoś długo i często pracuje w tej pozycji na komputerze... Ale czemu ktoś zaczął siedzieć w ten sposób? Bo w przygarbionej pozycji było mu wygodnie i bezpiecznie. Za chowaniem klatki piersiowej mogą stać różne sytuacje, jak próba ukrycia się przed krzykiem rodziców. To rodzaj ochrony swojego ciała, jak ślimak wchodzimy do skorupki. To, co widzę u pacjentów najczęściej, to sztywność ciała. Ludzie chodzą jak roboty. Bo ktoś musiał być grzeczny, cichy, posłuszny, i taki już został. Przestał wyrażać to, co chciał – smutek, złość, radość, lęk. No i zesztywniał. A życie w zbroi oznacza, że zakładamy potencjalny atak lub zagrożenie dla naszego życia. Jest to psychiczny i fizyczny stan gotowości do walki o przetrwanie. Ilość energii, którą pochłania ten stan, nie pozwala nam cieszyć się życiem.

Jakie ćwiczenia fizyczne na uwolnienie energii z ciała stosujesz najczęściej? Co pomaga ci odczuwać radość? Podoba mi się to, że Lowen kładł swoich pacjentów wygiętych mocno do tyłu na krześle bioenergetycznym. W ten sposób otwiera się klatkę piersiową i łatwiej jest wejść w głębszy oddech. Codziennie stosuję też oklepywanie ciała: pukasz delikatnie palcami w różne miejsca na ciele, zwane meridianami: ręce, nogi z przodu, z tyłu, nadnercza, nerki – co powoduje, że mówisz: „rusz się” do swoich miejsc energetycznych. Inspiruję się też metodą ćwiczeń tai-chi, dzięki którym energia w ciele zaczyna się budzić i płynąć.

Jednak najbardziej lubię pracować z tańcem intuicyjnym. Muzyka świetnie oddaje emocje, a tupanie przy bębnach i pierwotnej, rytmicznej muzyce kontaktuje nas z męską energią agresji. Nawet jeśli w trakcie takiego tańca nasza głowa mówi nam: „nie rozumiem, co tu się dzieje”, to jest to niezwykle życiodajna energia. Kończysz taki seans i masz energię do życia.

A co to znaczy poddać się swojemu ciału? Jak to zrobić? Poddawanie się to podążanie za ciałem, słuchanie go, bo ciało codziennie coś ci mówi. Tylko najpierw musisz wyjść ze swojego ego, z kontroli umysłu, choćby poprzez taniec. Ważna jest też świadomość ciała. Kiedy jej nie mamy, przestajemy rozumieć, że jesteśmy zmęczeni albo że ktoś nam przed chwilą zrobił przykrość, tylko bierzemy kieliszek wina, tabletkę albo kawę. Zagłuszamy nasze ciało, aż pojawia się ból lub schorzenie.

Jak sprawdzić, czy jesteśmy w kontakcie z naszym ciałem? Zdarza się, że kiedy proszę kogoś, aby się zrelaksował, często w ogóle nie wie, o co mi chodzi. Nie widzi różnicy w ciele między relaksem a napięciem. Ma permanentny stan kontroli ciała. Wtedy zalecam masaż i odczucie tego, co to znaczy relaks. Dopiero później można próbować pracy ze świadomym oddechem i ruchem.

Jak już skontaktujemy się z tym, co trudne, i dojdziemy do radości, to co nam to da? Ja na przykład przestałam czuć większość dolegliwości: bóle głowy, pleców, karku, nawet bóle menstruacyjne. Dzięki temu pojawia się u mnie nadwyżka energii, która zamienia się w siłę życiową i kreację.

Maria Rozwadowska, doktor psychologii społecznej na Uniwersytecie SWPS, certyfikowana terapeutka ustawień systemowych, terapeutka Reiki oraz Theta Healing (poziom podstawowy). Pracuje takimi metodami jak koherencja serca, tai chi czy taniec intuicyjny. Prywatnie mama trójki dzieci.

Ćwiczenie SKŁON

Poprawia przepływ energii w nogach, a dodatkowo wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Jest to dość znana pozycja stanowiąca część chińskiego systemu tai chi. W oryginalnej wersji stoi się ze stopami szeroko rozstawionymi, kolana są ugięte, a ciało delikatnie wygięte w łuk do tyłu. Aby utrzymać się w takiej pozycji, należy umieścić pięści w dolnej części pleców. Ułatwia to głębsze oddychanie. Lowen, prowadzony intuicją, odwrócił tę pozycję, pochylając ciało do przodu, tak aby palce dotykały podłogi. Stopy powinny być lekko rozstawione i skierowane do wewnątrz. W tej pozycji można poczuć bliskość ziemi, a opierając ciężar ciała na stopach i powoli prostując kolana – doświadczyć wibracji w nogach.

Więcej w książce: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. 

Polecamy książkę: 'Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć', Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. Polecamy książkę: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca.

  1. Psychologia

Psychosomatyka a stres. Jakie sygnały z ciała świadczą o tym, że należy się zatrzymać?

Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię. (Fot. iStock)
Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach nadaktywność to warunek konieczny sukcesu. Drobna dolegliwość czy choroba, która wyłącza nas na chwilę z codziennego pędu, może być okazją do zatrzymania i ogarnięcia rozdźwięku, jaki powstał pomiędzy tym, co w twoim sercu, głowie i ciele.

Dla wielu życie bez kalendarza wypełnionego po brzegi, odwoływanie ważnych spotkań, przerwa na chorobę czy choćby kilka dni wolnego, ot tak po prostu, bez wyraźnego powodu – jest nie do pomyślenia. Jeśli i ty należysz do tej grupy, pewnie podświadomie uważasz, że musisz działać, pracować po 12 godzin na dobę, by być widoczna. Boisz się, że kiedy twoja aktywność spadnie poniżej pewnego poziomu, po prostu… znikniesz, przestaniesz istnieć, świat o tobie zapomni. A tu nagle totalna klapa, wstajesz z łóżka i nic ci się nie chce. Albo dopada cię przeziębienie, ból głowy nie pozwala odpowiedzieć na e-maile, zaplanować dzisiejszego dnia i jak zwykle wcisnąć w grafik jeszcze kilku bardzo ważnych spraw do załatwienia.

Życie na dopalaczu

Kiedy trafia do mnie pacjent pogodzony ze swoją niemocą, jestem pełna optymizmu. Nie liczy na to, że dam mu czarodziejski bacik, którym uda mu się pogonić samego siebie do aktywności, ale odważnie mówi: „Mam wszystkiego dość. Dłużej już nie dam rady. Poddaję się”. To dobry znak, że przestał walczyć z samym sobą, zmuszać się do czegoś, co nie jest „jego”, jest gotowy do zatrzymania i refleksji. Do tego, żeby wreszcie zacząć czuć. Bo czuć możesz jedynie w bezruchu, zatrzymaniu, chwilowym odcięciu się od wszystkiego, co na zewnątrz. Tylko w takim stanie masz szansę ogarnąć panujący w tobie chaos. Niestety, taka optymistyczna wizja nie zdarza się często. Tym, którym wysiadły wewnętrzne baterie, świat oferuje „cudowne” dopalacze, do wyboru, do koloru. Kawa, napoje energetyczne, preparaty na „dotlenienie” mózgu, magiczne witaminy, zestaw ćwiczeń na pobudzenie energii, a w najgorszym wypadku – łagodny antydepresant. Kiedy te cudowne specyfiki nie przynoszą pożądanych rezultatów, znajomi, lekarze, instruktorzy fitness bezradnie rozkładają ręce, a poganiane ciało zaczyna demonstrować coraz to nowe, nieprzyjemne symptomy – pacjent trafia do terapeuty i ostatkiem sił domaga się błyskawicznego doładowania baterii, z której, niestety, nic się nie da wykrzesać, dopóki chwilowa lub długotrwała niemoc nie zostanie zaakceptowana i do końca przeżyta.

Kiedy nie chce ci się chcieć

Robert E. Thayer, profesor psychologii, autor książki „Źródło codziennych nastrojów. Kontrola energii, napięcia i stresu”, wyróżnił cztery stany nastroju, zestawione na dwóch ciągach pobudzenia: spokój–energia, spokój–zmęczenie, napięcie–energia i napięcie–zmęczenie.

W stanie spokoju–energii znajdujesz się wtedy, gdy jesteś wypoczęta, masz energię do działania, dobry nastrój. Stan spokój–zmęczenie wskazuje na funkcjonowanie na obniżonym poziomie, trudno jest ci się skoncentrować na pracy, ale jeśli akceptujesz to i bez poczucia winy odpoczywasz albo zajmujesz się czymś, co sprawia ci przyjemność, ten stan szybko mija. W stanie napięcie–energia działasz, ale twoje ciało jest napięte do granic możliwości (zwłaszcza szczęki, barki, szyja i plecy). Z perspektywy ewolucyjnej ten stan przypomina gotowość do walki bądź ucieczki, które uaktywniają się w sytuacji stresu. Napięcie–zmęczenie to stan, w którym poczucie „nic mi się nie chce” uaktywnia się w całej okazałości. Opadasz z sił, czujesz się wykończona, nie możesz spać, być może próbujesz ratować humor kolejną kawą albo czymś słodkim. Oprócz przygnębiających uczuć pojawiają się również negatywne myśli, brak wiary we własne możliwości, czarne wizje przyszłości, przekonanie o poważnej chorobie.

Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię.

Posłuchaj swojego silnika

Kilka tygodni temu jechałam na ważne spotkanie. W pewnym momencie silnik samochodu zaczął dziwnie pracować, jakby zwolnił, samochód stracił moc. Wyłączyłam go i spróbowałam zapalić jeszcze raz. Ruszył do przodu, a potem znowu zwolnił. Kiedy odholowałam samochód do warsztatu, mój mechanik przez kilkanaście minut uważnie przysłuchiwał się pracy silnika: „Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia”. Właśnie tak. Jeśli twoja niemoc trwa dłużej niż dwa tygodnie, poddaj się jej, przestań walczyć, nie popędzaj się dopalaczami. Nie słuchaj natrętnych myśli w stylu: „No dalej, do roboty, przestań się lenić”. Połóż się i posłuchaj, co ciało ma ci do powiedzenia. Co czujesz? Napięcie czy osłabiające rozluźnienie? Co z twoją energią do działania? Pierwszy, ważny krok to rozpoznanie, czy twoje „nic mi się nie chce” to stan: spokoju–zmęczenia, napięcia–energii czy raczej napięcia–zmęczenia.

Jeśli jesteś zmęczona, ale spokojna, być może wystarczy kilka dni odpoczynku. Napięcie–energia domaga się zwolnienia tempa pracy i znalezienia najlepszej dla ciebie metody na rozładowanie stresu. Świetnie sprawdzi się tu umiarkowana aktywność fizyczna, np. półgodzinny spacer. W stanie napięcia nie pomogą ćwiczenia relaksacyjne, jeśli wcześniej ich nie stosowałaś. Nie wytrzymasz leżenia w bezruchu. Jeśli brakuje ci energii, ale nie czujesz napięcia w ciele, dobrą metodą na jej podniesienie będzie medytacja albo jakikolwiek sposób na zaspokojenie potrzeby przyjemności. Pomyśl, co zwykle ci pomaga, kiedy czujesz zmęczenie psychiczne, choć ciało jest wypoczęte. Może rozmowa z przyjaciółką, lektura ciekawej książki czy karmiący seks?

Jeśli twój stan to napięcie–zmęczenie, a na dodatek pojawiają się nieprzyjemne symptomy w ciele, np. migrena, bóle żołądka czy bezsenność, skorzystaj z pomocy terapeuty – psychologa albo zaufanego terapeuty manualnego. Najważniejsze, byś uciszyła negatywne myśli, lęki, że do niczego się nie nadajesz, strach, że to na pewno jakaś poważna choroba albo co najmniej wypalenie zawodowe. Zaufaj swojemu organizmowi; zatrzymaj się, wejdź w stan „nic mi się nie chce”, nawet wzmocnij go tak, by dobrze go poczuć. Przeżyj do końca swoją niemoc, nie bój się rozpadnięcia, zniknięcia – to tylko twoje przerażające fantazje, nic złego ci się nie stanie. Czasami akceptacja stanu rzeczy wystarczy. Nie potrzeba głębokich analiz, szukania ukrytych powodów, sięgania do traum z dzieciństwa. Wewnętrzne akumulatory każdego z nas mają prawo od czasu do czasu się rozładować, tak po prostu. Kiedy w pełni przeżyjesz stan ,,nicniechcenia”, energia wróci ze zdwojoną siłą.

Ból to najsilniejszy komunikat

- Pod wpływem długotrwałego bólu zmienia się sylwetka, chód, mimika twarzy, ciało traci naturalną spontaniczność. Ciało, przez lata lekceważone, zaczyna krzyczeć coraz głośniej, symptomy się przemieszczają, ból rozprzestrzenia się na pozostałe organy. Następuje rozdzielenie pomiędzy głową, ciałem i sercem. Kiedy dominują głowa i serce – pacjent racjonalizuje swoje symptomy, szuka rozwiązania ,,z umysłu”: cudownej tabletki, rehabilitanta czarodzieja. Połączenie ciała i serca powoduje, że pacjent podchodzi zbyt emocjonalnie, boi się reakcji własnego ciała, oddaje odpowiedzialność za swój stan zdrowia i życia w ręce specjalistów. Połączenia głowy i ciała to reagowanie na objawy, bez odkrywania ich przyczyny. Dlatego głównym celem mojej terapii jest pomoc w zintegrowaniu głowy, ciała i serca. Uświadamiam pacjentowi, jaki jest związek pomiędzy jego zachowaniem (np. sposobem pracy przy komputerze) a symptomem z ciała (np. bólem barku). Kolejnym krokiem jest nauczenie pacjenta szukania powiązań pomiędzy sytuacją życiową a dyskomfortem w ciele, czyli połączenie głowy z ciałem. Dalej sprawdzamy, jakie emocje wywołuje konkretna sytuacja, czyli związek pomiędzy ciałem i sercem. Połączenie głowy z sercem i z ciałem pozwala na świadome życie i podejmowanie dorosłych decyzji, co dalej chcemy z nim zrobić - mówi Jacek Sobol, rehabilitant, osteopata.

Czujesz zmęczenie? Może warto udać się do lekarza

  • Jeśli od dawna nie wykonywałaś podstawowych badań krwi, zrób je. Ogólne osłabienie i zniechęcenie może być oznaką anemii.
  • Jeśli oprócz osłabienia dokucza ci senność i przez ostatnie 2–3 miesiące przybrałaś na wadze 3–4 kg, dodatkowo masz suchą skórę, wypadają ci włosy – może to świadczyć o problemach z tarczycą.
  • Jeśli zmęczeniu towarzyszą zaburzenia miesiączkowania, odwiedź ginekologa i zrób badania poziomu hormonów płciowych.

Praca z symptomami w 11 krokach

Jeśli bardziej niż zmęczenie dokucza ci wiecznie powracająca dolegliwość, jak ból głowy, przeziębienie czy rozstrój żołądka, albo nawykowo reagujesz nimi na różne ważne wydarzenia w swoim życiu, spróbuj regularnej pracy z symptomami. Jest wiele metod, z których możesz skorzystać. Najważniejsze, by nie próbować kontrolować dolegliwości (np. poprzez tłumienie objawów lekami) i nie traktować swojego ciała jak wroga, którego ktoś lub coś ma ujarzmić. Nie walcz ze swoim ciałem – to, z czym walczysz, staje się coraz silniejsze.
  1. Znajdź chwilę dla siebie, połóż się albo usiądź wygodnie, zrób kilka głębokich oddechów, zamknij oczy.
  2. Postaraj się połączyć symptom ciała z tym, co aktualnie dzieje się w twoim życiu, np. w związku z jakim wydarzeniem zaczęłaś cierpieć z powodu bolesnych miesiączek
  3. Przypomnij sobie inne sytuacje, momenty ze swojego życia, kiedy czułaś się podobnie, np. na co najczęściej chorowałaś w dzieciństwie?
  4. W wyobraźni zapakuj do jednego worka wszystko, co wiąże się z twoim problemem (myśli, sytuacje) i poczuj, co teraz dzieje się w twoim ciele (głównie w obszarze brzucha i klatki piersiowej). Pamiętaj, że prawdziwe uczucia pojawiają się w twoim tułowiu, począwszy od klatki piersiowej, na okolicach miednicy skończywszy. Dolegliwości dotyczące głowy i szyi to przede wszystkim komunikaty płynące z głowy, a nie z serca. Symptomy zlokalizowane w nogach, stopach, rękach, dłoniach wskazują na problemy z przynależnością (korzeniami), ugruntowaniem (związkiem z bliskimi), a także dawaniem i przyjmowaniem (relacjami).
  5. Kiedy w brzuchu czy klatce piersiowej pojawi się jakieś doznanie, nawet najbardziej subtelne, nie analizuj go, nie nazywaj, a jedynie oddychaj do tego miejsca, możesz też położyć tam lewą rękę.
  6. Kiedy już zaakceptujesz pojawiające się doznanie, pozwól, by z tego niejasnego odczucia wypłynęło jakieś słowo, obraz, dźwięk lub gest. Jeśli czujesz potrzebę wyrażenia go, zrób to, powiedz: ,,Czuję ogień w brzuchu”, krzyknij, kopnij, zaciśnij pięść itp.
  7. Kiedy poczujesz, że nadałaś już swojemu doznaniu jakąś formę (słowa, dźwięku, gestu, obrazu), kilkakrotnie wzmocnij ją i poczuj, czy w doznaniu coś się zmieniło. Jeśli np. pojawi się potrzeba głębokiego oddechu, rozluźnienie czy płacz, to znak, że trafiłaś – połączyłaś niejasne doznanie w ciele ze sposobem wyrażenia go.
  8. Na moment wróć do głowy i zastanów się, w jakich sytuacjach w codziennym życiu czujesz się podobnie. Kiedy, w jakich momentach wzdychasz z ulgą, czy pojawia się w tobie potrzeba oczyszczającego płaczu? Przez cały czas wykonywania ćwiczenia postaraj się nie nadawać swojemu doznaniu medycznej etykietki, np. „ogień w brzuchu to objaw mojej choroby wrzodowej”.
  9. Jeśli pojawi się w twojej głowie wspomnienie traumatycznych przeżyć, zatrzymaj się przy nich na chwilę, ale nie stapiaj się z nimi w jedno. Nie szukaj przyczyn swojej choroby w przeszłości, bo w ten sposób jedynie znajdziesz zajęcie dla swojego umysłu i odetniesz się od przeżywania. Najważniejsze jest to, co teraz odczuwasz w swoim ciele.
  10. Kiedy w trakcie pracy z symptomem pojawią się silne uczucia, obserwuj je z właściwego dystansu; bez oceniania, nadmiernego wchodzenia w nie, bez lęku, poczucia winy, z akceptacją i ciekawością. Bądź blisko swoich przeżyć, ale nie identyfikuj się z nimi.
  11. Wróć do swoich doznań w brzuchu i klatce piersiowej. Gdyby te doznania umiały mówić, co by powiedziały? Czujesz ucisk? Może chcą powiedzieć: „Potrzebuję więcej przestrzeni”. Idź za tym i wyobraź sobie, że stajesz się bardziej niezależna, bronisz swojej intymności. Może potrzebujesz teraz jakiegoś zdania, potwierdzenia, np.: ,,Jestem po twojej stronie”. Jeśli po jego wypowiedzeniu rozluźnienie w ciele zwiększy się, to znak, że trafiłaś w dziesiątkę. Przez kilka najbliższych dni powtarzaj sobie to zdanie jak mantrę, do momentu, aż poczujesz, że umocniłaś się w swojej nowej postawie życiowej.

  1. Styl Życia

Radość to nasze wewnętrzne paliwo. Rozmowa z Piotrem Bielskim -  instruktorem jogi śmiechu

Piotr Bielski: „Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, przestawić na bardziej pozytywne.”
Piotr Bielski: „Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, przestawić na bardziej pozytywne.”

Książka ma tytuł „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą!”. To właściwie zbiór przypowieści. Obrazków z codzienności, ukazujących sprawy wielkie, poważne, głębokie – i te zwykłe, prozaiczne. A z każdej wynika… radość. Piotr Bielski, który wprowadzał do Polski jogę śmiechu, pokazuje nam, jak z każdej sytuacji wyłuskać ziarenko pogody ducha. Jak znaleźć w sobie optymizm.

Czy dla pana szklanka była zawsze do połowy pełna? Nie wiem, czy znaleźlibyśmy takiego człowieka na Ziemi, dla którego szklanka zawsze jest tylko pełna, nigdy pusta. Ja na pewno nim nie jestem. Urodziłem się w Polsce, tu odebrałem normalną edukację ze wszystkimi jej „mądrościami”: że z motyką na słońce nie ma co, nie wychylaj się, siedź w kącie, a znajdą cię itd. Dostałem cały pakiet polskiego DNA, w którym szklanka jest raczej pusta. Ale coś we mnie mówiło, że to nie do końca tak, że dużo zależy ode mnie, że mamy moc decydowania, jak to nasze życie będzie wyglądać, czy będzie szczęśliwe czy nie – i że da się rozpocząć z nim radosny taniec, cieszyć się tym, co się pojawia, robić jak najlepszy użytek z tego, co nas spotka. A jak się trafi bezsenna noc, a mnie się takie trafiają, bo czasem jestem tak nakręcony pisaniem i moimi projektami, że nie idzie zasnąć, to robię coś fajnego, na przykład piszę tekst do nowej książki. Miałem w życiu taki okres, że robiłem z tego dramat. Nie mogę zasnąć, jej, co to będzie, jutro będę nieprzytomny. Ale nauczyłem się nie wchodzić w to koło natrętnych myśli, które tylko pogłębiają negatywny stan emocjonalny. Dziś mam świadomość, że jedyne, nad czym mamy kontrolę, to nasz stosunek emocjonalny do różnych spraw – i to jest bardzo dużo. Naprawdę się tym bawię. Staram się robić najlepszy użytek z tego, co przychodzi. Nawet jak się pojawi jakiś duży rachunek do zapłacenia, to znaczy, że zaraz na pewno pojawi się jakiś duży przelew, który to wyrówna. W mojej książce jest na przykład opowieść o tym, jak zepsuł mi się samochód. To nigdy nie jest specjalnie przyjemne. Ale zepsuł mi się w najlepszym możliwym miejscu, bo blisko warsztatu – o, i to już jest super!

Mówi pan, że miał pan zawsze poczucie, że można patrzeć na świat inaczej. A czy zdarzyło się coś, co zdecydowanie pchnęło pana na drogę jogi śmiechu? Myślę, że, paradoksalnie, przełomowe było odejście mojego ojca. Choroba nowotworowa, operacje przerzuty – nie było to łatwe. Ale kiedy tata odszedł, pojawił się we mnie spokój, poczucie, że jest ze mną, że mnie wspiera, że pojawia się jakaś nowa przestrzeń, nowy rodzaj myślenia i bycia. Niedługo potem spotkałem moją żonę Anetę – wtedy przyszła do mnie ogromna porcja optymizmu. I zaraz, na początku 2013 roku, była podróż do Indii – tam się oświadczyłem i zrobiłem kurs instruktorski jogi śmiechu, która jest dla mnie bardzo ważna w tym myśleniu pozytywnym, w śmianiu się z wyzwań, z którymi się na co dzień spotykamy, typu rachunki czy uliczne korki. A jednocześnie same Indie i joga śmiechu dały mi wielką przestrzeń spokoju i zaufania. Czasem wydaje się, że nie widać nadziei, że będzie ciężko, ale ja teraz wiem, że to tylko moja myśl, nie coś, co nieuchronnie mnie spotka. To, że w ciągu tych ośmiu lat spędziłem tysiące godzin śmiejąc się z ludźmi z całej Polski – od top menedżerów z korporacji, przez dzieciaki, seniorów, pacjentów onkologicznych, sprawiło, że zmieniła się nie tylko moja psychologia, ale i chemia mojego organizmu, więcej jest teraz tych pozytywnych hormonów, hormonów radości.

Samo to, że wybrał pan jogę śmiechu oznacza, że gdzieś głęboko był pan na to gotowy. Bo to chyba nie dla każdego… Myślę, że mój wybór był efektem umiejętności słuchania siebie, swoich wewnętrznych mikroradości. Przed wyprawą do Indii szukałem ciekawych inspiracji, co tam można zobaczyć, o czym zrobić reportaż (wtedy byłem jeszcze dziennikarzem). I znajomy powiedział mi o jodze śmiechu. Pamiętam, jaka radość się we mnie wtedy pojawiła, chciałem wstać od biurka, biegać, skakać, cieszyć się jak dziecko. I tego posłuchałem. Potem oczywiście pojawił się we mnie głosik dorosłego: kurczę, to jednak daleko, drogo, sama podróż kosztuje, a jeszcze koszt kursu, nie stać cię, zrobiłeś już sto kursów i zobacz, w jakim miejscu życia jesteś… Bo akurat musiałem pożegnać się z pracą. Ale szybko okazało się, że to wszystko było potrzebne, bo ta praca była niby w porządku, ale nie do końca, nie zachwycała, pojawiło się więc więcej czasu, mogłem zostać dłużej w Indiach, odwiedzić twórcę jogi śmiechu, dr Madana Katarię, zrobić z nim wywiad, kurs, odwiedzić liczne kluby jogi śmiechu.

Warto słuchać siebie. Warto. Dziś na przykład ogłosiłem na Facebooku start mojego i mojego przyjaciela projektu „Męska przestrzeń braterska”. To też coś, co do mnie przyszło: że chciałbym wspierać mężczyzn, bo im jest trudniej mówić o emocjach, widzę to na moich warsztatach, tam 80 procent uczestników to kobiety. A dziś w nocy przyśnił mi się mój przyjaciel Robert Ruszkiewicz, również autor pięknych książek, uznałem to za znak, że nie ma co dłużej czekać, napisałem więc, że zaczynamy. Są ludzie, którzy pukają się w głowę, jak tak można, wszystko musi być dopięte, wpisane w kalendarz i Excel. A ja kiedy czuję, że jest energia, że uwaga mojej świadomej i nieświadomej części jest na coś skierowana, to za tym idę. I nigdy decyzji podjętych z zaufania sobie samemu nie żałowałem.

Medycyna dziś nie ma wątpliwości, że śmiech jest nam potrzebny. Że człowiek smutny czuje się gorzej, gorzej walczy z chorobami, z kolei ludzie nastawieni optymistycznie do życia są zdrowsi i odporniejsi. Ale czy wesołość wywołana „na rozkaz”, sztucznie, niepochodząca z naszego wnętrza, jest, mówiąc kolokwialnie, „tyle samo warta” jak ta, którą w sobie nosimy? Fajnie, że pani zapytała, bo mam szansę rozwiać pani i może czytelników wątpliwości. Żaden człowiek nie lubi sztuczności. Ja też nie – może z wyjątkiem sztucznych futer, bo oszczędzają cierpienia zwierzętom, choć sam ich nie noszę, jako mors nie muszę. W mojej książce pewnie też to widać – nie można mi zarzucić sztuczności, raczej może nadmierne obnażanie się, pokazywanie mojego intymnego świata. Faktycznie dr Madan Kataria rzuca hasło: fake it until you make it!, czyli wydobywaj z siebie śmiech, może nawet sztuczny, w pewnym momencie to zatrybi i zacznie działać. Ja osiem lat się zajmuję tą metodą i dużo rzeczy pozmieniałem. Dążę na moich zajęciach do tego, żeby ludzie poczuli się dobrze, bezpiecznie, robię, co mogę, żeby iść w stronę spontaniczności, naturalnej radości.  Sztuczności i wszelkiego rodzaju „fejków” mamy dość chyba wszyscy. Czasami myślimy, że nie widać w naszym życiu powodów do radości, ale spróbujmy, dajmy sobie szansę. Może nawet śmiech wywołany na zasadzie ćwiczenia będzie znakiem, że chcę walczyć o swoje życie. Korzystam z tego, co może dać terapia śmiechem, joga śmiechu, choć w tej chwili mam poczucie, że jestem w trakcie tworzenia nowej metody, która z tradycyjnej jogi śmiechu korzysta, ale jest w niej więcej spontaniczności i radości naturalnej.

Śmiech działa na mózg – ale kiedy zrobiono badania, okazało się, że obraz mózgu podczas śmiechu spontanicznego wygląda inaczej niż w trakcie tego wymuszonego, inne obszary są aktywne. Czy to ma znaczenie? Odpowiem porównaniem motoryzacyjnym. Teraz popularne są u nas samochody na gaz. Ale żeby samochód ruszył, potrzebny jest zapłon benzynowy, dopiero wtedy auto przechodzi na gaz. I ja dążę do tego, żeby ten śmiech sztuczny, wywoływany, był tylko zapłonem, żebyśmy zaraz przeskakiwali na ten naturalny, płynący ze środka. Radość, lekkość, naturalny śmiech to nasze wewnętrzne paliwo, ale faktycznie trzeba najpierw iskry, żeby wejść na te obroty. Tu pomaga praktyka, grupa, doświadczony instruktor, jest już nas trochę.

Czyli kiedy pracuje pan z ludźmi, dąży pan do tego, żeby czuli radość naprawdę, a nie jedynie wykonywali gesty, które o radości świadczą? Oczywiście! Chcę, żebyśmy byli sobą, byli naturalni. Niedawno prowadziłem warsztaty online dla dużej firmy. Ponad sto osób, ale ja ich nie widzę. Kamerki wyłączone. Pewnie, to z jednej strony fajne, możemy być w piżamach, bez makijażu, nie musimy się pokazywać kolegom i koleżankom z pracy, szefowie nas nie oglądają, online – wielka zdobycz ludzkości. Tak do tego podchodzę. Ale z drugiej strony –  jakby tak się wczuć w rolę prowadzącego, który chce nawiązać kontakt z grupą, to nie ma on lekko. Powiedziałem im: macie taki komfort, żeby się schować, ja jestem przygotowany, mogę robić teraz one man show, będę pokazywał ćwiczenia, gadał, rozbawiał was, ale będzie mi raźniej, jeśli choć część z was się otworzy, pokaże. I może innych to ośmieli – że nie tylko taki jeden pozytywny wariat się produkuje, ale że ludzie, których znają, też to robią. I faktycznie – najpierw kilka osób włączyło kamerki, potem dołączali inni, poczuli, że to bezpieczna przestrzeń, zaczęli zapraszać swoje dzieci, sadzać je sobie na kolanach. Ja też zawołałem moją córkę przedszkolaczkę, Rozalka pokazała parę ćwiczeń, atmosfera zrobiła się super, ludzie mówili, że po raz pierwszy od dawna mogą odetchnąć. Powiedziałem, że może to czas, żebyśmy docenili to, co mamy – jest poniedziałek, 11 rano, a tylu ojców i matek może trzymać swoje dzieciaki na kolanach i razem z nimi coś fajnego robić, będąc jednocześnie w pracy. Wcześniej nie było to możliwe. Oczywiście wszyscy wiemy, jakie są uciążliwości tych obostrzeń, ale to taki mój dar: pokazywanie pełnej szklanki.

Kiedyś pod hasłem „joga śmiechu” wyobrażałam sobie ludzi siedzących w kręgu i na rozkaz prowadzącego wybuchających śmiechem… No nie, to byłaby tortura!

Czyli nie o sam śmiech chodzi, ale i o odnajdywanie w codzienności powodów do zadowolenia, wewnętrznej akceptacji? Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, zaktualizować je, przestawić na bardziej pozytywne. Ale to metoda wielopoziomowa, chodzi o szeroko rozumiany rozwój osobisty, o lepsze samopoczucie i przez to większą skuteczność w życiu, kreatywność, radość. Mamy też ćwiczenia oddechowe, trochę ruchu, tańca, przyjaznego nawet dla tych, którzy nie mają wielkiego doświadczenia na parkiecie. To też przestrzeń na szukanie różnych dróg do śmiechu, radości, eksploracji siebie.

Praca z nawykami jest trudna. A sposób myślenia o życiu jest też przecież pewnego rodzaju nawykiem. Kiedy patrzę rano przez okno i widzę, że pada deszcz, myślę: o nie, to będzie okropny dzień. A pan pewnie raczej: dobrze, że pada, bo ziemia potrzebuje deszczu, a poza tym może po południu wyjrzy słońce? Zdecydowanie! Nawet idę dalej. Teraz mieszkam sobie w pięknej miejscowości w lesie sosnowym – i kiedy pada deszcz, a nawet leje, zdarza mi się wyjść z dzieciakami, chłonąć go, cieszyć się nim, dać się całemu zmoczyć, mieć radość z mokrych włosów, mokrych ubrań, potem w domu wrzucić te ubrania do pralki i czuć cudowne odświeżenie.

Takie nawykowe myślenie o życiu można zmienić, wypracować? Tak, a najlepsze jest doświadczenie. Nie tylko książki i nawet nie tylko warsztaty. Bo jest duża różnica między myśleniem o deszczu a odczuciem tego deszczu na własnej, dosłownie, skórze. I doświadczeniem płynącej z tego radości.

Kiedy zaczęłam czytać pana książkę, przyznam, że po paru rozdziałach byłam zirytowana tym optymizmem. Ale czytałam dalej i w końcu zaczęłam żałować, że się skończyło. Bo jest w tym coś, co się udziela. Fajnie, że dała mi pani szansę. Wiele osób by się zniechęciło, bo pierwsze wrażenie często decyduje. Ja jestem daleki od bycia kaznodzieją, który mówi ludziom, jak mają żyć. Opowiadam tylko o swoich doświadczeniach, o tym, co mi pomogło, czasem tylko na końcu stawiam pytanie: a jak u ciebie? Mam głęboki szacunek do świata, do drugiego człowieka, wiadomo, że pewne rzeczy nie są dla wszystkich, każdy musi znaleźć swoją drogę. Ale mam poczucie, że jeśli pokażę, co mi pomogło, to będzie wspierające, pokaże innym, jak sięgać po radość.

Prowadzi pan warsztaty, spotykacie się, na żywo albo online, potem kolejna grupa, i następna. Czy dostaje pan informację zwrotną? Odzywają się ludzie: wtedy mi pan pomógł, coś się zmieniło, jest inaczej, lepiej? Oczywiście. Nawet dziś rano rozmawiałem online z dziewczynami, które skończyły mój kurs, są ze sobą w kontakcie, ze mną też. Widzę, że u nich to „pracuje”, rozwijają się, idą dalej.

Chciałbym też rozbić mit, że joga śmiechu jest tylko dla „smutasów”, dla ludzi w ekstremalnym stresie itd. Mój typowy klient, a właściwie klientka, to kobieta około czterdziestki lub trochę starsza, która uśmiecha się częściej niż średnia krajowa, próbowała już różnych rzeczy, często pracy w korporacji, wie, czego nie chce, szuka nowego pomysłu na siebie. Joga śmiechu to często doskonałe uzupełnienie, można w ten sposób pracować z ludźmi, prowadzić kursy i warsztaty i na tym zarabiać. Ale można też po prostu ładować swoje akumulatory, mieć ciekawość dziecka w odkrywaniu świata. Teraz, kiedy z panią rozmawiam, siedzę sobie nad rzeką i zastanawiam się, co jest za zakrętem. Kiedy skończymy, pójdę sprawdzić. Oczywiście nie chodzi o to, żeby się bezrefleksyjnie ze wszystkiego cieszyć, nie zawsze też jest idealnie, zdarzają się kryzysy, mnie raz na jakiś czas też, ale te kryzysy już mnie nie przewracają, szybko z nich wychodzę – wzmocniony.

W rodzinie też praktykujecie jogę śmiechu? Jasne. Moja żona tak jak ja zapaliła się do tego pomysłu. Ma też dar naturalnego śmiechu i wielką charyzmę. Pojechała ze mną do Indii, ma międzynarodowe instruktorskie uprawnienia. I dzieciaki to łapią, widzą, że rodzice się tym zajmują, więc automatycznie uznały, że to ciekawe i fajne. Rozalka, moja pięcioletnia córeczka, po raz pierwszy była na warsztatach jeszcze w brzuchu mamy, potem znowu, kiedy miała ledwie parę miesięcy, w nosidełku, aż zaczęła bywać na własnych nogach. Dla niej słowo „praca” znaczyło „śmiech”. Jak tata idzie do pracy, to znaczy, że będzie się śmiał. Mówiła: „czas na pracę” i pokazywała ćwiczenia jogi śmiechu. Tak w naturalny sposób buduje się w dziecku pozytywne skojarzenia.

Piotr Bielski www.joginsmiechu.pl, Facebook: Jogin Śmiechu,

Książka „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą”, Wyd. Sensus Książka „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą”, Wyd. Sensus