1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Moje ciało - moja sprawa. Jak ruch body positive pozwala się wyzwolić?

Moje ciało - moja sprawa. Jak ruch body positive pozwala się wyzwolić?

 Można się wystrzegać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale proces oceniania dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to stały i naturalny element życia. (Fot. iStock)
Można się wystrzegać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale proces oceniania dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to stały i naturalny element życia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Po długich latach życia w rygorze i podporządkowaniu, wysłuchując wciąż, jak powinnyśmy wyglądać, by się podobać, kobiety mówią: „dość!”. Chodzi o to, by nikt nie dyktował nam więcej żadnych warunków! Ruch body positive to ruch wyzwoleńczy, to manifest: możemy być takie, jakie chcemy! Ale… czy na pewno będziemy wtedy w pełni szczęśliwe? Okazuje się, że są jednak pewne pułapki.

 

Najbardziej prestiżowy sklep Nike w centrum Londynu właśnie zmienił swój wystrój. Królują w nim teraz przede wszystkim manekiny plus size, a na wieszakach łatwo znaleźć już ubrania nie tylko w rozmiarze XS czy S, lecz także te XL czy nawet 3XL! Rzeczniczka firmy w oficjalnym komunikacie napisała, że wyposażenie londyńskiego sklepu to „kolejny wyraz zaangażowania w zaspokajanie potrzeb sports-menek”. Bo sportsmenki to dziś już nie tylko te kobiety, które ważą 45 kilogramów! Oczywiście, można powiedzieć, że taki ruch światowej marki to żaden manifest, ale wyłącznie dbanie o własne słupki sprzedażowe, bowiem, jak wynika z badań, blisko 45 proc. osób plus size, które robią zakupy online, coraz donośniej żąda zadbania o wszystkich, bez dyskryminowania tych, którzy nie wyglądają jak modelki. Modelki, w świecie których rozmiar 38 to już plus size. Nike odpowiedział więc po prostu na ten apel. Podobnie postąpiły kolejne firmy: bieliźniarskie marki Lonely, Chantelle czy firma Target, tworząc kampanię kostiumów kąpielowych dla kobiet plus size. Wszystko wskazuje na to, że takie działania staną się już wkrótce powszechne, bo światem zawładnął ruch nazywany body positive.

Body positive - bez filtra proszę

Od dłuższego czasu możemy zaobserwować, także w mediach, trend mówiący o akceptacji ciała, niezależnie od tego, jak to ciało wygląda. Amy Schumer, amerykańska aktorka komediowa, napotkana niedawno przez dziennikarzy na nowojorskiej ulicy, z uśmiechem i radością z tego, co za moment zrobi, podniosła koszulkę i pokazała wymownie swój całkiem spory brzuch, ozdobiony dodatkowo widoczną blizną po cesarskim cięciu. Ewidentnie czekała, aż dziennikarze włączą kamery, wyjmą aparaty i dokładnie zdokumentują to, co chce pokazać, a raczej po raz kolejny przekazać światu. Bo Amy Schumer to jedna z najbardziej zagorzałych orędowniczek ruchu body positive. Od lat namawia kobiety, by wyglądały tak, jak chcą, i nie pozwalały nikomu, by ich wygląd komentował. By je oceniał. Jak mówią wszystkie aktywistki ruchu, chodzi o życie w zgodzie ze sobą, a nie z tym, co próbują narzucać nam oderwani od rzeczywistości kreatorzy mody, firmy kosmetyczne czy agencje reklamowe. Odpowiedzią na świat pełen nakładanych na zdjęcia filtrów, nierealistycznych kanonów piękna, rygoru i sztuczności jest właśnie trend body positive.

Body postive - co to?

Ruch, którego głównym przesłaniem są akceptacja samej siebie oraz położenie kresu szkodliwemu wpływowi negatywnego obrazu ciała na zdrowie psychiczne, pojawił się już w 1996 roku, ale nie od razu zyskał rozgłos na taką skalę. Stworzyły go Connie Sobczak i Elizabeth Scott. Pierwsza z nich to pisarka, naznaczona długotrwałą chorobą – zaburzeniami odżywiania, druga to psychoterapeutka z blisko 30-letnim doświadczeniem zawodowym, specjalizująca się w leczeniu wspomnianych zaburzeń. Ich przypadkowe spotkanie zaowocowało powstaniem ruchu. – Podejście do ciała na przestrzeni lat zmieniało się wielokrotnie – mówi dr hab. Zuzanna Grębecka, antropolożka kultury, etnolożka. – Nie zawsze żyliśmy przecież w świecie, w którym adresatem poklasku były bardzo chude kobiety. Wszyscy pamiętamy choćby Rubensa. Powiedziałabym, że podejście do ciała, szczególnie kobiecego – bo jednak to, niestety, kobiety (i temu też zaczęłyśmy się sprzeciwiać ) pełnią w kulturze funkcję tych „do oglądania, podziwiania” – było czymś w rodzaju sinusoidy, wahnięć, w obie strony. Jednak mam wrażenie, że to, co obserwujemy dziś, to coś zdecydowanie więcej niż po prostu kolejne wahnięcie, to raczej rodzaj szerokiego ruchu wyzwoleńczego kobiet – tłumaczy antropolożka. Naomi Wolf, amerykańska pisarka, intelektualistka i, a może przede wszystkim, feministka, autorka książki „Mit urody”, przestrzega: „Obsesja dotycząca kobiecej wagi jest czymś zdecydowanie więcej niż obsesją związaną z wyglądem, to obsesja dotycząca kobiecego podporządkowania”.

Bo w body positive nie chodzi wyłącznie o wagę, o kilogramy. Chodzi o to, że mamy prawo być takie, jakie chcemy! Chodzi o to, by nam, kobietom, nie dyktowano więcej żadnych warunków! Mamy więc także prawo pokazywać wszystko, co związane jest z kobiecością, a nie zawsze jest glamour: rozstępy, cellulit, blizny itd. Jameela Jamil, prezenterka i aktorka, ale przede wszystkim aktywistka, przy każdej możliwej okazji opowiada swoją historię: „Moja młodość to były lata 90., czas supermodelek. Gigantyczny wpływ miały na mnie wszystkie informacje, którymi karmiły mnie telewizja, filmy, a nawet bajki Disneya! Cały świat krzyczał, że kobieta powinna być atrakcyjna. A ja nie pasowałam do tego wzoru: nosiłam okulary, miałam trądzik, otoczenie dawało mi odczuć, że jestem za gruba. Skończyło się anoreksją. Między 14. a 17. rokiem życia nie zjadłam żadnego normalnego posiłku! Bardzo schudłam, przestałam miesiączkować, byłam słaba fizycznie, a moja psychika kompletnie się rozsypała. Ratunkiem okazał się… wypadek samochodowy! Dwa lata byłam rehabilitowana. Kiedy nie możesz się ruszać, zyskujesz nowy szacunek dla swojego ciała. Ten wypadek mnie ocalił”. I Jamil postanowiła ocalić kolejne kobiety. Jej kampania „I Weigh” („Ja ważę”) zawładnęła Instagramem. To profil, który publikuje zdjęcia kobiet i mężczyzn, otoczonych słowami podkreślającymi to, co w ich życiu ważne, a nie tylko wygląd. Artystka, optymistka, kociara, córka imigrantów… Bo to, kim jesteśmy, co kochamy i robimy, jest naszym prawdziwym obrazem, niezależnie od trądziku, cellulitu czy wagi. – Media społecznościowe coraz częściej, pod presją tysięcy ludzi, zmuszone są pokazywać coraz mniej wyidealizowany świat – mówi dr hab. Zuzanna Grębecka. – Pamiętam nacisk internautów na Facebook, kiedy to jego administratorzy, ze względów estetycznych, zablokowali zdjęcia pokazujące kobietę i jej pooperacyjne blizny. Protestujących było tak wielu, że zdjęcie przywrócono. Pamiętam także dość szeroki protest dotyczący reklam środków higienicznych dla kobiet. Kobiety pytały, dlaczego krew menstruacyjną w reklamach zastępuje niebieska, w domyśle czysta i pięknie pachnąca, ciecz. Przecież okres nie jest czymś, czego kobiety powinny się wstydzić. Podobnie głośno zrobiło się wokół publicznego karmienia piersią. Przez lata nabrzmiałe, opuchnięte, często poranione kobiece piersi uznawane były za nieestetyczne. Temu też kobiety powiedziały wreszcie: „dość!” – opowiada antropolożka. Wszystkie te działania są jak manifest, wezwanie: „Pokażcie się takimi, jakimi jesteście, bo właśnie takie jesteście piękne”. Dołączyło do niego wiele gwiazd, np. aktorki znane z serialu „Dziewczyny” – Lena Dunham i Jemima Kirke czy modelka Emily Bador.

I coraz więcej „zwykłych” kobiet na taki apel odpowiada.

Co to jest wstyd?

– Po wielu latach sięgania w sklepach jedynie po namioty, którymi będę mogła zasłonić swoje nadkilogramy, w tym roku kupiłam sobie kostium kąpielowy – mówi Dominika. – O dziwo, znalazłam taki w swoim rozmiarze, a jeszcze kilka lat temu nie było o tym mowy. Ten zakup wymagał ode mnie dużo odwagi. Przełamać się musiałam już w sklepie, kiedy mierzyłam się ze wzrokiem pani, która przynosiła mi coraz większe miseczki! Zagryzłam jednak zęby i przełknęłam wstyd. Wyszłam ze sklepu z kostiumem, trochę pokiereszowana, ale z tarczą – dumna, że się odważyłam – mówi. – No właśnie: wstyd. Taki rodzaj jego odczuwania to stosunkowo nowe zjawisko – tłumaczy dr hab. Zuzanna Grębecka. – To znaczy sam wstyd jako emocja jest wrodzony, ale to, czego się wstydzimy, zdecydowanie narzuca nam już kultura. I ta współczesna zaczyna być odbierana jako bardzo opresyjna. Więc po dziesiątkach lat życia w rygorze, przymusie posiadania wymiarów uznawanych w naszej kulturze za idealne czy wyprasowanej twarzy kobiety zaczynają mówić coraz donośniej: „nie!”.

Jak Ty wyglądasz?!

– Kiedy miałam już swój pierwszy od 30 lat kostium kąpielowy, czekały mnie kolejne wyzwania – opowiada Dominika. – Podzieliłam się tą ekstrawagancją z mamą i przyjaciółkami. Mama nie chciała nawet zobaczyć, jak w nim wyglądam, powiedziała zdawkowe: „OK, fajnie, że znalazłaś”. A mi w głowie od razu zadudniła przeszłość – wielokrotnie słyszałam od niej, że powinnam coś ze swoją nadwagą zrobić. Jedna z przyjaciółek delikatnie zasugerowała, że lepiej byłoby, gdybym wybrała taki jednoczęściowy. A ja i tak uważam, że weszłam na wysoką górę, już nie chcę się chować! Choć przyznam, że z pewnym niepokojem myślę o wakacjach. No cóż, trzeba będzie dokończyć dzieło, wyjść na plażę w tym kostiumie, ale nie poddam się – dodaje Dominika.

Zwolenniczki ruchu body positive mówią jednym głosem, że nie chcą już nigdy więcej słyszeć: „Jak ty wyglądasz?!”. Odpowiadają dobitnie: „Wiemy, jak wyglądamy, mamy w domach lustra!”. 40 Polek z otyłością i niedowagą, ale też tych łysiejących i z bliznami, w ramach swojego manifestu wyszło niedawno na warszawską Starówkę. Większość z nich miała na sobie jedynie bieliznę. Zdjęcia natychmiast pojawiły się w sieci. Co na to internauci? Część biła brawo i pisała: „Jesteście wielkie!”, inni wspominali o niechlujstwie i lenistwie…

Akceptacja jest bardzo ważna, ale…  jak mówi się coraz częściej, wspaniała idea ruchu body positive zawiera w sobie też pewne pułapki. I należy tu wspomnieć choćby o zdrowiu  – popadanie w skrajność po tej drugiej stronie jest realnym zagrożeniem. Ale nie tylko o udary i zawały tu chodzi. Body positive może wywoływać także rozmaite emocjonalne trudności. Otóż ocena innych ludzi nie może być dla nas zupełnie obojętna i raczej nigdy nie będzie – bo tak skonstruowana jest psychika, więc kompletne wyrzekanie się jej jest prostą drogą do izolacji. Ruch body positive staje się także wymówką, wytłumaczeniem dla naszej niechęci do podjęcia w życiu jakiegoś wysiłku. A bez wysiłku nie ma życia. Jest tylko smutna stagnacja. A nie o nią przecież chodzi, tylko o to, żeby życie było w każdym sensie „positive”…

O tym jak pozbyć się pogardy i obrzydzenia wobec tego, co wygląda inaczej oraz jak nie idealizować skrajności, np. niezdrowej wręcz otyłości, w rozmowie z psychoterapeutka Izą Falkowską-Tyliszczak.

Znalazłam w Internecie takie zdjęcie: mocno otyła kobieta ubrana jedynie w bieliznę zajada się ciastkiem. Pod zdjęciem gorąca dyskusja – ponad 1700 osób komentuje to, co widzi. Zdania są podzielone, niektórzy mówią: „Super, wreszcie wolność związana z cielesnością”, inni dziwią się takiej pochwale życia, bo to – według tych drugich – nieestetyczne i wręcz chorobliwe. To zdjęcie zamieszczone zostało w ramach propagowania nowego trendu – body positive, czyli: moje ciało – moja sprawa. Mam wrażenie, że to kolejny obszar – bo mamy taką skłonność – w którym bezradnie miotamy się pomiędzy skrajnościami. Przypomina mi się pewna zasłyszana przed laty historia. Rozmowa dwóch nastolatków jadących autobusem. Jeden mówi:  „Wiesz, ta Pamela Anderson jest taka cudowna, piękna, seksowna”. Drugi odpowiada: „Stary, ale to wszystko to jest plastik, to nienaturalne”. Na co ten pierwszy ripostuje: „Naturalna to jest nasza pani woźna!”. Odwołując się do zdjęcia, o którym mówisz, myślę, że między plastikową Pamelą Anderson a woźną, która w tej opowieści wydaje się synonimem kobiety zaniedbanej, niechlujnej, jest dość duża przestrzeń. I to w niej warto poszukać…  zdrowego rozsądku. 

Bo, bez wątpienia, trend body positive na czymś wyrósł… Z pewnością. Wyrósł na niezgodzie kobiet na to, że mamy być „jakieś”, że powinnyśmy być „idealne”, jak kiedyś np. Pamela Anderson czy dziś np. Anja Rubik. Ale myślę, że wyrósł nie tylko na buncie wobec tego, co narzuca się nam z zewnątrz, ale również na szalenie cennym przebudzeniu z nawyku przyjmowania wszystkiego, co nam się podaje. 

Rzeczywiście, istnieją liczne badania, które dowodzą, że kobiety o symetrycznych twarzach, proporcjonalnej budowie ciała, czytaj: te „ładne”, dostają wyższe stanowiska, lepiej zarabiają, przypisuje się im więcej pozytywnych cech charakteru, mężczyźni chcą się z nimi wiązać itd. Choć ta pochwała symetrii, konkretnych proporcji, jest silnie osadzona w biologii, to jest zwyczajnie krzywdząca wobec kobiet. A przecież oprócz tego, że jesteśmy zwierzętami, jesteśmy współcześnie bardzo mocno osadzeni w kulturowych wzorcach. A te w kwestii kanonu piękna, przez lata w żaden sposób niestopowane, poszybowały w jakimś chorym kierunku. I znowu, po raz kolejny, boleśnie naznaczyły kobiety. 

Aż w końcu, po latach, coś w nas pękło… Bo zaniżona samoocena bardzo nam w życiu przeszkadza. Stawia nas na dzień dobry na przegranej pozycji. Jest jak łańcuch, który nie pozwala zrobić więcej niż dwa kroki, więc nie podejmujemy większości wyzwań. A bez wątpienia miliony kobiet na całym świecie przez ostatnie dekady na takim łańcuchy właśnie żyły. Więc go w końcu odważnie zerwałyśmy. I to wspaniale, jednak istnieje kilka „ale”. Bo w pakiecie z bardzo słusznym przekonaniem: „Nie muszę być idealna”, przyszła pokusa życia w zgodzie z powiedzeniem: „Jestem, jaka jestem”. A to jest pułapka. Życie wymaga od nas jednak w każdym obszarze wysiłku, pracy. Bo bez tego dość łatwo i szybko można przenieść się ze zbioru „pożytek” do zbioru „szkoda”. Wydawałoby się jednak, że ta otyła pani z ciastkiem sobie zwyczajnie szkodzi. Chcę powiedzieć, że to słuszne body positive wymaga elementarnej uczciwości wobec samej siebie. Do mądrego korzystania z takiej wolności w jakimś sensie musimy dojrzeć. Znam kobietę, obiektywnie zdecydowanie otyłą, która mówi, że jest jej cudownie z jej ciałem, że gdyby chciała, toby schudła, ale nie chce, bo nie widzi takiej potrzeby. Jednocześnie wiem, że ona kocha muzykę, kocha śpiewać i tańczyć. Kiedy słyszy dźwięki, z uśmiechem podrywa się z krzesła, robi pięć kroków i po jej czole zaczyna spływać rzeka potu, a ona, dysząc, siada, bo… musi. Bo to „cudowne” w jej opisie ciało ją tak dalece ogranicza. Czy ktoś, kto kocha tańczyć, a nie może tego robić, bo nie pozwala mu na to jego ciało, aby na pewno z tym ciałem czuje się cudownie?

Można mieć wątpliwości… To, co wydaje mi się bardzo cenne w trendzie body positive, to życzliwość wobec samej siebie, wobec swojego ciała. A tego z pewnością po latach jesteśmy bardzo głodne. Głodne i nienauczone! Chodzi o to, żebyś, kiedy wchodzisz do sklepu z bielizną, widzisz zdjęcie modelki w konkretnym biustonoszu, zachwycasz się, idziesz do przymierzalni i widzisz w nim siebie, nie wybiegała z płaczem ze sklepu. Myślę, że wiele z nas ma za sobą takie doświadczenie. I właśnie temu powiedziały „stop!” kobiety, które trend body positive powołały do życia. 

Jak mam się tej życzliwości nauczyć? Masz kilka fałdek na brzuchu? Nie reaguj z automatu, jak zwykle – obrzydzeniem. A może te fałdki są wynikiem tego, że jesteś matką i ciąża zmieniła twoje ciało? Masz jakieś blizny na brzuchu czy ramionach? Zamiast planować wizytę u chirurga plastycznego, może pomyśl o nich i spójrz na nie z czułością, bo przecież one są zapisem jakiejś historii, czasem historii naszego cierpienia w przeszłości. Mam teraz, w tej przymierzalni, naznaczyć się po raz kolejny, patrząc na siebie z pogardą? 

Zresztą komercyjny świat wydaje się też hamować w tym szaleństwie. We wspomnianych sklepach coraz częściej pojawiają się zdjęcia nie modelek, ale „normalnych” kobiet. Warto też, poza czułością i życzliwością wobec samej siebie, uruchomić zdrowy rozsądek, który często, na czas pobytu w takiej przymierzalni, gdzieś nam ulatuje. Rygor, w którym żyje kobieta z tego zdjęcia, naprawdę nie sprzyja poczuciu szczęścia, spełnienia.

Przychodzi mi też do głowy inny przykład masowej próby oswajania ludzi z tym, że nieidealny wygląd jest w porządku. Chodzi o bohatera kultowego serialu „Gra o tron”. Tyrion Lannister jest karłem. Jeśli spojrzymy na historię przedstawiania karłów w kinie i literaturze, widzimy, że dotychczas było to coś między potworem, clownem a pluszakiem. Tymczasem przedstawienie tej postaci we wspomnianym serialu jest już zupełnie inne. Owszem, bywa on jak dawniej adresatem pogardy i odrzucenia, ale jest również adresatem miłości oraz szacunku, jest też bez wątpienia mężczyzną. To też w jakimś sensie propagowanie trendu body positive. Im większa grupa ludzi może przejrzeć się w tym, co proponuje kulturowy wzorzec, to znaczy im bliższy jest on normalności, tym mniej w nas frustracji, to oczywiste. 

Wróćmy do tych „ale”. No właśnie, dobrym kierunkiem jest pozbycie się pogardy i obrzydzenia wobec tego, co wygląda inaczej niż to, co powszechnie uznane za „właściwe”, ale złym kierunkiem jest idealizowanie tego, co jest skrajnością po tej drugiej stronie. Odwołując się do przykładu karła – nie jest dobre wystawianie go na margines społeczny, ale idiotyczne wydaje się stawianie go w roli ideału piękna. Nazywanie rzeczy i spraw po imieniu nadaje światu jednak jakiś porządek i często chroni nas przed niebezpieczeństwem. Fajnie więc, jeśli pani, która waży 160 kilogramów, ma obok siebie kogoś, kto życzliwie, bez potępiania, szepnie jej, że sobie jednak szkodzi. Jeśli masz otyłą przyjaciółkę, to nie atakuj jej, nie rań, ale nie przechodź nad jej wyglądem do porządku dziennego. 

Można się wystrzegać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale proces oceniania dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to stały i naturalny element życia. (Fot. iStock) Można się wystrzegać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale proces oceniania dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to stały i naturalny element życia. (Fot. iStock)

No właśnie, chciałam zapytać o tych, którzy nam coś szepczą. Zewsząd słyszymy: „Dbasz o siebie wyłącznie dla siebie, chudniesz dla siebie, ubierasz się dla siebie”. Czy my rzeczywiście możemy żyć w zupełnym oderwaniu od oceny innych ludzi? Czy to nie jest naiwne myślenie? Ale to nie chodzi tylko o naiwność. Nie sądzę, żeby idealnym obrazem świata był ten, w którym kompletnie nie obchodzi cię, co inni o tobie myślą. Bo konsekwencją takiego założenia byłoby to, że nikogo w ogóle nic by nie obchodziło, byłabyś dla ludzi kompletnie przezroczysta. Jasne, często wkurza nas to, że ktoś ocenia to, jak wyglądamy, ale, nie ukrywajmy, wkurza nas to, że ocenia nas negatywnie. A wkurza nas tak samo, kiedy ktoś mówi: „Świetnie dziś wyglądasz!”? Możesz do tego przywiązywać większą lub mniejszą wagę, ale to jest przyjemne, po prostu. Może więc warto zadać sobie pytanie, czy naprawdę byłabym szczęśliwa, gdybym nikogo w ogóle nie obchodziła, bo do tego to się sprowadza. Każda ocena, może poza bezinteresownym hejtem, jest jednak sygnałem: „dostrzegam cię”. A człowiek potrzebuje być dostrzeżony. Tak jesteśmy skonstruowani. Gdybyśmy nie potrzebowali dostrzeżenia, doprowadziłoby nas to do kompletnej izolacji. Można się wystrzegać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale jakiś rodzaj ewaluacji dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to jest przynależne do życia. 

Czy można czuć się naprawdę dobrze, mając w nosie wszystko to, co mówią inni? Oczywiście, pewne rzeczy są pochodną wewnętrznych impulsów człowieka, ale jednak wiele pozostaje w gestii socjalizacji. Jeśli ktoś, kto nie mył się kilka dni, wsiada do tramwaju, to akceptacja współpodróżujących nie jest możliwa. I jego ewentualne oczekiwanie, że to zostanie przyjęte, nie przylega do rzeczywistości. Oczywiście, człowiek się poci. Ale co? Body positive mamy wszyscy w tym tramwaju zastosować? Przykład jest może nie najszczęśliwszy, ale chyba obrazuje to, co chcę powiedzieć – to, że nie obchodzi mnie opinia otoczenia, nie jest tożsame z tym, że to otoczenie nie zareaguje, czytaj: nie odsunie się ode mnie. Takie założenie, że jakikolwiek jestem, to OK, bo do wszystkiego mam prawo, jest pragnieniem z poziomu niemowlęcia, czyli to przejaw prymitywnego i chorego narcyzmu. Bycie wspólne wymaga jednak jakiegoś starania. 

W trendzie body positive dostrzegam jeszcze jedną pułapkę. Bo on wydaje się wtórować staremu powiedzeniu, że o gustach się nie dyskutuje. Myślę, że taka postawa narobiła już bardzo wiele szkód. O gustach się dyskutuje, więcej – o gustach powinno się dyskutować. Fałszem jest założenie, że możemy pozostawać w relacjach, które w jakimś sensie są neutralne. Dlatego wpływamy na siebie, uczymy siebie nawzajem. I uczymy siebie nawzajem także tego, co nam się podoba, a co nie. Na tym polega proces kształtowania szeroko rozumianego poczucia estetyki. 

Skąd właściwie, tak z psychologicznego punktu widzenia, wzięło się powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje? Chyba ze źle, niewłaściwie pojętej tolerancji. Z niewłaściwie pojętej otwartości. Ale tu, oczywiście, jest jeszcze pytanie, w jaki sposób o tych gustach się dyskutuje. Czy dyskusja sprowadza się do tego, że ktoś mówi: „Ja wiem, jak powinno być”; „Ja wiem, co jest ładne” i dalej: „Gardzę tobą i tym, co ty sądzisz”. Bo trzeba pamiętać, że wiedza, wykształcenie mogą być źródłem przemocy wobec innych. Więc, oczywiście, nie o takiej dyskusji o gustach tu mówimy. Ale dyskutować trzeba. Otwartość i tolerancja są arcyważnymi wartościami, ale mogą być źle rozumiane. 

Trend body positive jest czymś bardzo positive! Bo jeśli oswajasz ludzi z tym, że kobieta, która waży 80 kilogramów, może założyć kostium kąpielowy i wyjść w nim podczas pokazu mody, to z czasem zadziała mechanizm psychologiczny nazywany efektem familiarności – coś, co jest ci znane, podoba ci się. I to, co niedoskonałe, zacznie wreszcie być w porządku. Ale to nie znaczy, że mamy postawić na tym wybiegu panią, która waży 160 kg i bić jej brawo, bo wszystko jest positive! Nie, nie wszystko jest positive. Najbardziej positive jest zdrowy rozsądek! 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mamo, jestem brzydka

Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. (Fot. iStock)
Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Jak w głowie dziewczynki powstaje obraz własnego ciała? Czemu tak często jest negatywny? O tym, jaki wpływ na to mają matki – z dr hab. Katarzyną Schier rozmawia Ewa Pągowska. 

"Jestem brzydka”. Jak takie przekonanie powstaje w głowie kilkuletniej dziewczynki? Jednym z głównych powodów może być zaburzony proces kształtowania się obrazu ciała. Obraz ciała jest częścią „ja cielesnego”, czyli pierwszego „ja”, jakie buduje człowiek. Przyjmuje się, że powstaje około 6. roku życia. Przez pierwsze lata zyskujemy wiedzę m.in. o tym, jak jesteśmy zbudowani, świadomość, że np. mamy twarz, chociaż możemy ją zobaczyć tylko w lustrze. Budujemy stosunek emocjonalny do ciała i jego poszczególnych części. Co ważne – to wszystko tworzy się relacyjnie, a więc w bliskości z drugą osobą.

Jak to się dokładnie odbywa? Ogromną rolę w kształtowaniu obrazu ciała odgrywa dotyk. Dowiedziono, że jeśli jest częsty i czuły, małe dziecko otrzymuje informację, że jego ciało, a więc ono samo, jest piękne i warte miłości. Pomiędzy niemowlęciem a jego głównym opiekunem, czyli najczęściej matką, dochodzi do bardzo dużej liczby epizodów interakcyjnych – małych, codziennych sytuacji, w których dziecko uczy się, jak jego ciało jest odbierane. Dotyk pomaga też nauczyć się granic, czyli tego, gdzie kończy się ono samo, a gdzie zaczyna druga osoba. Ma to bezpośredni związek z późniejszą umiejętnością określania granic na poziomie emocjonalnym. Dlatego zabiegi pielęgnacyjne, takie jak przewijanie i kąpiel, nie powinny być tylko mechanicznym wykonywaniem koniecznych czynności. Ani, co gorsze, wykonywane z dezaprobatą, jak to zdarzyło się w przypadku pewnej dziewczynki. Kiedy była niemowlęciem, rodzice nie radzili sobie z zapachem jej kupy i przewijając dziecko prychali z obrzydzeniem. Dziewczynka później, w wieku kilku lat, myślała, że jest wstrętna, bo śmierdzi, chociaż nie miało to nic wspólnego z prawdą.

Czyli dziewczynce, która czuje się brzydka, we wczesnym dzieciństwie zabrakło dotyku matki? Możliwe, ale dotyk to jeden z wielu elementów. Jak twierdził brytyjski pediatra i psychoanalityk Donald Woods Winnicott, szalenie ważne jest to, co dziecko widzi w oczach matki. Czy siebie jako wcielenie Wenus lub Apolla – czy przerażenie, chęć rywalizacji, depresję, wycofanie lub nawet echa konfliktu z partnerem. Jeśli nie ma tam miejsca na miłość i akceptację, to emocjonalny ból, jaki odczuje dziecko, można porównać do sytuacji porzucenia.

A kiedy dziewczynka ma już kilka lat, znaczenia nabierają słowa, zwłaszcza mamy… Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. Łatwo sobie wyobrazić, jak będzie myśleć o sobie córka matki, która wiecznie się odchudza. Takiej, która wciąż narzeka na swój wygląd, nigdy nie ma się w co ubrać i za każdym razem, kiedy staje przed szafą, dochodzi niemal do katastrofy.

Przekazami, które mogą utrudniać dziewczynce akceptację jej ciała, są też te negujące kobiecość np.: „kobiety mają ciężko”, „zobaczysz, urodzisz dziecko, to też przytyjesz”. Często wypowiadają je mamy, które podświadomie są niezadowolone z tego, że urodziły córkę. Mogą postrzegać ją jako rywalkę. Zachowują się więc jak macocha z bajki, która chce usunąć Królewnę Śnieżkę, żeby pozostać najpiękniejszą. To wcale nie taka rzadka sytuacja, kiedy matka nie radzi sobie z tym, że córka dorasta, i próbuje nieświadomie zniszczyć w niej kobiecość. Z zazdrości o jej młodość i szanse, jakie ma przed sobą. Oczywiście na kształtowanie się prawidłowego obrazu ciała źle wpływają też negatywne uwagi na temat wyglądu, jak np.: „z takim kołtunem na głowie nie wyjdziesz”, „fatalnie wyglądasz w tych spodniach”, „jesteś za gruba – mówię to dla twojego dobra”.

Na forach internetowych znalazłam sporo wypowiedzi mam, które pisały, że ich córki są „grubasami” i „nie mogą przestać się obżerać”. Jeśli nie stwierdzono, że przyczyną otyłości czy nadwagi dziecka (te dwa stany należy różnicować) jest jakaś choroba, a tylko, jak określa to mama, fakt, że jej dziecko „się obżera”, to ja pytam: dlaczego to dziecko musi się obżerać? Dlaczego poprzez jedzenie musi regulować swoje napięcie? W psychologii klinicznej otyłość prosta jest często wiązana nie tylko ze złymi nawykami żywieniowymi i brakiem ruchu, ale także z zaburzeniami więzi. Zamiast koncentrować się na technikach odchudzania, zajęłabym się poszukiwaniem rzeczywistych przyczyn takiej otyłości. Zwłaszcza gdy mama używa określeń, jakie pani zacytowała. Jeśli ona jest wściekła, że ma „grubego, brzydkiego bachora”, to nawet gdy nie powie tego dziecku, ono to wyczuje i tak właśnie będzie o sobie myśleć.

Skąd u matki biorą się takie odczucia? Prawdopodobnie z jej osobistych doświadczeń. Być może w dzieciństwie wstydziła się otyłej mamy albo sama cierpi z powodu nadwagi – szczególnie gdy słyszy krzywdzące komentarze od partnera. Z moich doświadczeń terapeutycznych wynika, że zatrważająco często mężczyźni mówią do swoich kobiet „gruba babo” lub „znów się nażarłaś”. Nic dziwnego, że później widok córki z nadwagą budzi w tych kobietach lęk, niechęć i wstyd, że są złymi mamami, skoro do tego dopuściły.

Na kształtowanie się obrazu ciała ogromny wpływ mają też rówieśnicy. Ostatnio słyszałam o czterolatce, która chciała się odchudzać, bo usłyszała w przedszkolu, że ma duży brzuszek. Podobała mi się reakcja jej taty. Nazwał to wszystko grandą, a potem pokazał córce w gazetach i książkach jej rówieśniczki. Wytłumaczył, że w tym wieku wszystkie dzieci mają podobne brzuszki. To wystarczyło. Tata zadziałał jak tarcza.

Rodzice muszą pełnić funkcję korektywną wobec informacji z zewnątrz. Także tych płynących z mediów. Przecież już małe dziewczynki starają się dopasować do lansowanego wzorca piękna. Chcą wyglądać jak Barbie, a to przecież niemożliwe. Ta lalka ma proporcje, które w naturze nie występują! Proszę zobaczyć, jak trudno w takiej sytuacji być zadowoloną ze swego wyglądu. Czasem zdarza się wręcz, że mała dziewczynka obejrzy konkurs piękności dla małych dzieci, oceni, że nie miałaby w nim szans i stwierdzi: „jestem brzydka”. Przy okazji chciałabym stanowczo odradzić wysyłanie małych dziewczynek na konkursy piękności. One nie rozumieją tego, co się dzieje i bardzo przeżywają porażkę. Czują, że sprawiły zawód mamie i tacie, i cierpią.

A jeśli dziewczynka mówi: „jestem brzydka” i to nie ma nic wspólnego z konkursem piękności?! Trzeba dowiedzieć się, dlaczego uważa się za brzydką. Można poprosić, żeby siebie narysowała. Potem razem obejrzeć rysunek i porozmawiać o poszczególnych częściach jej ciała. Zapytać, co konkretnie i dlaczego jej się nie podoba. Odpowiedzi mogą być naprawdę zaskakujące. Może na przykład nie podoba jej się fakt, że rosną jej piersi. To z kolei jest spowodowane lękiem przed dorosłością, którego dziecko sobie po prostu nie uświadamia.

My jednak możemy się domyśleć, że ta postawa wynika np. z matczynej dezaprobaty dla własnej kobiecości i swojego życia. Bez względu na przyczyny, warto częściej powtarzać córce, że dla nas jest najpiękniejsza. Ale takie słowa muszą wypływać z potrzeby chwili i być wypowiadane z miłością.

A starsze dziewczynki? Mam wrażenie, że „zadowolona ze swego wyglądu nastolatka” to oksymoron. Trochę tak. Ale pamiętajmy, że z okresem dojrzewania wiąże się też wiele dobrego, jest uważany za drugą rozwojową szansę. W tym czasie wszystko się przebudowuje, kształtuje się osobowość, zmienia sposób widzenia świata. Mama może wtedy stanowić ważne wsparcie w rozwoju „ja” seksualnego. Jeśli we wcześniejszym okresie były jakieś problemy w relacji mama – córka, to teraz można je naprawić.

Dorastające córki ze swoimi matkami najczęściej się kłócą. Może lepiej powstrzymać się od wszelkich uwag dotyczących wyglądu nastolatki? To zależy, czego dotyczą i w jaki sposób będą wypowiedziane. Warto zachować delikatność, ale nie milczenie. Wczesną wiosną widziałam w metrze dziewczynkę w okresie dorastania, która była bardzo lekko ubrana. Dekolt jej bluzki był tak duży, że niemal wychodził z niego biust. Jej strój nie pasował ani do miejsca, ani do temperatury. W moim odczuciu ta dziewczynka była całkowicie niezaopiekowana. Zabrakło kogoś, kto by z nią porozmawiał, zanim wyszła z domu. Mama w trosce o bezpieczeństwo i zdrowie córki musi czasem pozwolić sobie na pewne uwagi. Nie tyle krytykować i zabraniać, ile mówić o ewentualnych konsekwencjach.

Czasem wydaje nam się, że córka ubrała się po prostu brzydko. Zasada jest prosta: małe dzieci się ubiera, starszym daje ubrania do wyboru, a strój nastolatka się toleruje. Styl ubierania tego ostatniego jest częścią poszukiwań własnej tożsamości, sposobu wyrażania siebie. Warto powstrzymać się od komentarzy: „znów na czarno, nałóż wreszcie coś kolorowego”. Nie ma nic gorszego niż matka, która ma w głowie idealny obraz nastolatki. Tego, jak powinna wyglądać, ubierać się i zachowywać. I która do takiego wyimaginowanego obrazu stara się dopasować swoją córkę.

A jeśli rodzice od zawsze powtarzają, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie. To źle? Skąd. Dziewczynka powinna żyć w przekonaniu, że dla swoich rodziców jest najpiękniejsza na świecie, że jest ich królewną. Trzeba więc prawić jej komplementy, prawdziwe. Koncentrować się na tym, co ma dobrego, ładnego... Ona nie może żyć w iluzji, bo kiedyś ktoś powie jej prawdę i zupełnie nie będzie umiała sobie z tym poradzić. Trzeba pokazać jej, że ma np. piękną buzię i trochę mniej zgrabne nogi. Powiedzieć prawdę.

Jeśli uwagi matki wynikają z jakichś nie do końca uświadomionych uczuć – lęku, zazdrości czy złości – to wtedy bolą. Ale jeśli kieruje się dobrymi intencjami i troską o córkę i jej wygląd, to zwykle bez problemu potrafi sformułować zdania, które nie ranią. Niedobrze mówić np.: „masz brzydką cerę”. Lepiej powiedzieć: „coś ci się zrobiło na buzi, chodź pójdziemy z tym do kosmetyczki”. I iść!

Dr hab. Katarzyna Schier psycholożka, psychoterapeutka. Podstawowe obszary jej zainteresowań naukowych: relacja psychika – ciało, czyli problematyka rozwoju i zaburzeń Ja cielesnego oraz geneza i leczenie zaburzeń psychosomatycznych; ukryte formy przemocy w rodzinie (odwracanie ról czyli parentyfikacja); mechanizmy rządzące psychoterapią. 

  1. Psychologia

„Nie muszę być pierwsza, by czuć się ważna” – skąd czerpać zdrowe poczucie wartości?

Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Do poczucia własnej wartości pomaga dotrzeć głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jeden jedyny we wszechświecie – mówi trenerka i doradczyni rozwoju osobistego Barbara Wójcik.

Jaka jest pani definicja zdrowego poczucia własnej wartości? To szczególny stosunek do siebie samego o podłożu emocjonalnym, na który składają się dwie jakości: poczucie godności i wysoka samoocena. Doświadczam szacunku do siebie jako osoby i uznaję swoje prawo do istnienia, a na tym fundamencie buduję drugi składnik – wysoką samoocenę. Pierwotne jest jednak poczucie, że jako istota ludzka jestem ważna tak jak każdy inny człowiek. Bo jeśli wiem, że mieszka we mnie cząstka, nazwę ją duchową, taka jak w każdym człowieku, to mogę dobrze się czuć, choćbym niczego nie dokonała. Mogę z szacunkiem patrzeć na innych niezależnie od tego, co robią, czy ich zachowanie jest godne uznania. Nowoczesne społeczeństwa wyrażają ten szacunek w swoim prawodawstwie – każdy z nas ma te same prawa!

Na tym poziomie wszyscy jesteśmy równi. Otóż to. I jeżeli mieliśmy szczęście wychowywać się w środowisku, w którym szanuje się życie, to nie mamy kłopotu z poczuciem własnej wartości: fundamentalna godność jest tożsama z darem życia.

Ale mamy kłopot. Czy nie dlatego, że wychowanie i edukacja oparte są na porównywaniu?   Porównywanie osób sugeruje, że ktoś jest mniej, a ktoś więcej wart. Oczywiście różniąc się pod każdym względem, zajmujemy różne pozycje w hierarchiach zawodowych i społecznych. Jeśli mam poczucie godności, niskie miejsce w rankingu nie robi mi żadnej szkody, bo nie muszę być pierwsza, żeby wiedzieć, że jestem coś warta. Fundament mam taki sam jak wszyscy, ale to, co na nim buduję, zależy od moich zasobów. Właściwa edukacja to umacnianie w dzieciach poczucia godności i pomoc w rozpoznawaniu ich indywidualnych zasobów.

Nasze poczucie wartości nadszarpuje także wieczne ocenianie. Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek. Cały rozwój osobisty opiera się na tym, co mam, a nie na tym, czego nie mam. Dlatego tak niesłychanie ważne jest rozpoznawanie swoich mocnych stron. Jeśli na rynku wymiany umiejętności zdecyduję się wystawić swoje, to one zawsze będą podlegać ocenie. Każdy może ocenić mnie jako trenerkę, lecz nie jako człowieka!

Jak odkryć głębokie poczucie własnej wartości? Jeżeli staramy się siebie samych zrozumieć, to prędzej czy później mamy szansę zobaczyć, że poczucie naszej wartości nie jest zależne od innych ani od tego, w jakich warunkach dorastaliśmy. Na trudne przeżycia można spojrzeć w nowy sposób. Dotarciu do samego siebie służy poszerzanie samoświadomości, a także praca terapeutyczna. Jako dzieci byliśmy bezradni, teraz możemy sobie poradzić, korzystając z zasobów, które mamy jako dorośli.

Co nam jednak w tym przeszkadza? Przyjmowanie roli ofiary? Nie można zaprzeczać, że krzywdy istnieją. Natomiast warto się z nimi zmierzyć. Można wtedy odkryć, że nie musimy żyć w poczuciu krzywdy. Bez zaakceptowania siebie taką, jaka jestem, się nie obejdzie. Nie zmienię tego, że pewnych cech nie mam. Natomiast może mi się wydawać, że brakuje mi czegoś, co tak naprawdę mam. Urealnione patrzenie na siebie naprawdę jest uzdrawiające. Dotrzeć do poczucia własnej wartości pomaga głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jedyny we wszechświecie.

Ale na samoocenę trzeba pracować? Owszem, pracować w tym sensie, żeby rozwijać to, co się ma. Moja samoocena wzrasta, bo widzę, że sobie radzę, że potrafię robić coś coraz lepiej. Jeżeli mam oparcie w sobie, to żadna strata czy porażka nie wyrządzą mi szkody.

My szukamy potwierdzenia własnej wartości raczej na zewnątrz. Zawsze będziemy chętnie słuchać o sobie dobrych rzeczy i smakować sukcesy, bo potwierdzają wysoką samoocenę. Czemu mielibyśmy się z tego nie cieszyć? Jednak jeżeli swoje poczucie wartości budujemy wyłącznie na tym – jest ono chwiejne. Umacnia je jedynie fundament własnej godności. Samoocena, owszem, ewoluuje, bo jedne zadania idą nam świetnie, a z innymi nie dajemy sobie rady. Coś mi nie wyszło, ale nie robię z tego powodu tragedii. Wycofuję się na jakiś czas, by potem wrócić lepiej przygotowana, lub szukam innej drogi.

Co zrobić, żeby nasze dzieci miały poczucie własnej wartości? Po pierwsze, zbadać, czy sami je mamy, bo tylko dorosły, który czuje się ważny jako człowiek, może to przekazać swojemu dziecku. Po drugie, cenić dziecko za to, że jest, a nie za to, jakie jest. Ważne jest przy tym poszanowanie jego uczuć i myśli.

Akcentuje pani mocno poczucie godności. Dlaczego? Poczucie godności to jest taki rdzeń, który stanowi o naszym człowieczeństwie. Jeżeli uznamy go w sobie, to uznamy także w kimś i już tego rdzenia nie naruszymy. Jeżeli natomiast zabraknie nam tego fundamentu, zabraknie też zdrowej bazy do budowania wysokiej samooceny. Wtedy nasze poczucie własnej wartości będzie zależeć np. od tego, co osiągniemy. Tymczasem nie da się go zbudować poprzez zmianę zawodów, mężów, domów, gromadzenie dóbr. Bert Hellinger, niemiecki terapeuta i twórca słynnych już rodzinnych ustawień, odkrył, co musimy zrobić, abyśmy poczuli się ze sobą pogodzeni. Otóż jest to możliwe wtedy, gdy przestaniemy mieć pretensje do rodziców, a więc przyjmiemy ich takimi, jacy są. A co to tak naprawdę znaczy? Że przyjmiemy dar życia bez zastrzeżeń.

A jeśli rodzice wyrządzili nam krzywdę? Może pomóc myślenie: życie kosztowało mnie więcej, miało wyższą cenę. Ale któż by się targował o życie. Przyjmuję je więc ze wszystkimi warunkami. To podstawa. Trzeba przyjąć do serca także członków naszego systemu rodzinnego: dziadków, rodziców i ich rodzeństwo, własnych braci i siostry, także przyrodnie i zmarłe. Jeżeli uporządkujemy system rodzinny, to możemy z niego czerpać siłę. Rzeka życia wyrzuciła nas na brzeg przy pomocy rodziców i przodków i jeśli czujemy, że stoją za nami, to dopiero wtedy niczego nam nie brakuje, czujemy się pełni i znamy własną wartość.

  1. Psychologia

Wewnętrzna presja, odrzucenie, samokrytyka. Jak pokochać siebie?

Często ćwicząc nasz krytyczny zmysł, osiągamy prawdziwe mistrzostwo i możemy prawie stracić kontakt z naszym wewnętrznym głosem, który dba, docenia i ochrania. Tym, dzięki któremu mamy prawo być sobą. (Fot. iStock)
Często ćwicząc nasz krytyczny zmysł, osiągamy prawdziwe mistrzostwo i możemy prawie stracić kontakt z naszym wewnętrznym głosem, który dba, docenia i ochrania. Tym, dzięki któremu mamy prawo być sobą. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Często stajemy się mistrzami samokrytyki, zapominając, że podobnie możemy ćwiczyć się w miłości i akceptacji. Jak to wygląda u ciebie? Czy twoja szklanka jest zazwyczaj do połowy pusta czy do połowy pełna?

Certyfikaty niepokoju

Ludzie są dobrzy z natury, ale większość dorosłych w to nie wierzy. Często czujemy się mniej lub bardziej niewłaściwi i niepewni siebie. Nauczyliśmy się, że jesteśmy w jakiś sposób niewystarczający. Trudno nam prawdziwie i bezwarunkowo pokochać oraz zaakceptować siebie. Samo sformułowanie „pokochać siebie” kojarzy się z popularnymi poradnikami, które dobrze się czyta, ale które na dłuższą metę niczego nie zmieniają w uczuciach do siebie samych. Przyzwyczailiśmy się, że na szacunek, uwagę, miłość musimy zasłużyć. W wielu przypadkach naprawdę ciężko na nie pracujemy. Wspinamy się na kolejne szczyty, nabywamy nowe umiejętności, zaczynamy kolejne studia, zdobywamy certyfikaty. Staramy stać się doskonalsi, lepsi, bogatsi, bardziej certyfikowani, bardziej godni podziwu, szacunku, uwagi. Inni niż jesteśmy teraz. Działamy pod wpływem jakiejś wewnętrznej presji i niepokoju. Często wydaje nam się, że gdy tylko osiągniemy to, co sobie zaplanowaliśmy, to w końcu osiągniemy spokój, będziemy mogli rozluźnić się, uznać, że w końcu zasłużyliśmy na…. no właśnie: na co? Finał starań zdaje się wcale nie nadchodzić. Po pierwszym certyfikacie przychodzi następny, a na kolejnych szczytach wcale nie znajdujemy tego, czego w głębi serca szukamy. Dlaczego wpadamy w błędne koło?

Historie „zawstydzeń”

Prawie każdy z nas ma swoją własną historię „zawstydzeń” i krytyki. Składają się na nią wszystkie sytuacje, w których czuliśmy się bezwartościowi, nieadekwatni, niekochani. Kiedy czuliśmy wstyd lub poczucie winy. Historię tę tworzą zdarzenia, w których coś, co robiliśmy, lub to, jacy byliśmy, spotykało się z czyimś (np. rodziców, nauczycieli, rówieśników) niezadowoleniem, krytyką, reakcją, przed którą nie potrafiliśmy obronić się w danym momencie i która wywoływała w nas uczucie wstydu, winy i tego, że jesteśmy niechciani tacy, jacy jesteśmy. Szkodliwe komunikaty to takie, które w uproszczeniu mówią nam: „Nie kocham cię takim, jakim jesteś”. Najczęściej nie dzieje się to wprost. Przykładowo mogliśmy słyszeć „taki duży chłopak, a płacze jak baba” lub „nasza Krysia jest dzieckiem zbyt wrażliwym”. Zdania te przekazują komunikat o tym, że nasza wrażliwość i uczucia to wada, coś złego. W konsekwencji możemy czuć wstyd i poczucie winy, kiedy płaczemy lub jesteśmy wrażliwi. Słyszymy też na przykład: „Dzieci i ryby głosu nie mają”, zdanie, które mówi nam, że nie mamy prawa do bycia wysłuchanym, że nasz głos się nie liczy. Albo „Co z tobą jest nie tak? Popatrz, jak Krzysiu sobie świetnie radzi!”, komunikat, który mówi, że nie jesteśmy tacy, jak trzeba, choć nie wiadomo dlaczego, oraz zachęca nas do rywalizacji z Krzysiem w poszukiwaniu akceptacji i pochwały. Powtarzające się przez długi czas doświadczenia tego rodzaju mogą prowadzić do poczucia, że to, jacy jesteśmy, nie wystarcza do tego, aby być kochanym. Z czasem, kiedy dorośniemy, może zdarzyć się, że sami siebie zaczynamy traktować w podobny sposób, kwestionując swoje uczucia czy prawa i dopingując się do spełniania kolejnych standardów doskonałości. Często ciężko jest nam nawet dostrzec, że sami sobie to robimy.

Szklanka do połowy pełna

Dzieci i zwierzęta są, jakie są. Ich zwyczajność sprawia, że obserwuje się je przyjemnie i że są po prostu piękne w swojej naturalnej postaci. Dla nich szklanka zazwyczaj jest do połowy pełna. Wydaje się, że są to świetni nauczyciele tego, jak po prostu być i kochać bezwarunkowo. Z biegiem naszego życia szklanka robi się coraz bardziej „do połowy pusta”. Często ćwicząc nasz krytyczny zmysł, osiągamy prawdziwe mistrzostwo i możemy prawie stracić kontakt z naszym wewnętrznym głosem, który dba, docenia i ochrania. Tym, dzięki któremu mamy prawo być sobą, czuć, odmawiać, ponosić porażki, nie osiągać kolejnych sukcesów na pokaz.

Wszystkich, którzy zmagają się z problemem wewnętrznej presji i odrzucenia, samokrytyki, przymusu zasługiwania zachęcam do „siłowni dbania i doceniania” oraz do obserwacji, że szklanka tak naprawdę jest zarówno do połowy pusta, jak i do połowy pełna. W codziennym wirze zajęć łatwo jest o tym zapomnieć.

„Siłownia” dbania i doceniania

  • Pozwalaj sobie na to, aby doceniać siebie i innych (np. za każdym razem doceń choć jedną rzecz w tym, co krytykujesz lub czego nie lubisz − zrób to choćby w myślach).
  • Codziennie zadbaj o coś lub o kogoś (np. zrób komuś kawę, pozwól sobie na długą kąpiel, dbaj choćby o kwiatek i zauważaj, że to robisz).
  • Wybaczaj sobie to, o co się obwiniasz.
  • Zauważaj, jakie dobre intencje stoją za tym, co robisz. Obserwuj, jak to robią dzieci i zwierzęta.
Autorka jest psychoterapeutką, prowadzi praktykę psychoterapeutyczną w Gdańsku. 

  1. Psychologia

Zdrowa pewność siebie - na czym polega?

Osoba pewna siebie jest ciekawa zmian, a nie tylko się ich obawia. Dostrzegalna jest harmonia między tym, co mówi, a tym, co robi, jak się porusza i jakim głosem się wypowiada. (Fot. iStock)
Osoba pewna siebie jest ciekawa zmian, a nie tylko się ich obawia. Dostrzegalna jest harmonia między tym, co mówi, a tym, co robi, jak się porusza i jakim głosem się wypowiada. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Aby stać się świadomym siebie, dojrzałym człowiekiem, warto przestać słuchać innych, a zacząć słuchać siebie. Brakuje ci wiary we własne siły? Pora na młodzieńczy bunt!

Wszyscy znamy te historie… Brawurowy kierowca przejeżdża przez tory tuż przed rozpędzonym pociągiem, zarozumiały kapitan pasażerskiego statku wykonuje ryzykowny manewr ogromnym kolosem, by popisać się swoimi umiejętnościami, i doprowadza do tragedii. Zbyt pewni siebie chcą zrobić wrażenie na innych, ale i na sobie. Po co, skoro są tacy wspaniali? Bo żeby uwierzyć w swoją moc, potrzebują poprzeć ją zachwytem w oczach innych.

Na drugim biegunie są osoby skrajnie nieśmiałe, które boją się powiedzieć zdanie w towarzystwie w obawie, że się zbłaźnią. Nie potrafią upomnieć się o wyższą ocenę, choć wiedzą, że im się należy, a potem latami czekają na awans w pracy. Niepewni siebie nie wierzą, że mogą się komuś spodobać, od swoich partnerów oczekują nieustannych potwierdzeń. Kosztem niskiej samooceny są też życiowe wybory prowadzące donikąd – praca, która nie cieszy, małżeństwo, które frustruje, chroniczne lęki, depresje, rezygnacja z marzeń.

Co jest pośrodku? Zdrowa pewność siebie. Na czym polega? W skrócie: na adekwatnym i stabilnym poczuciu własnej wartości. Na łatwości mówienia o sobie dobrze, ale też świadomości swoich wad i otwartości na krytykę. Na umiejętności rozdawania, ale i przyjmowania komplementów. Osoba pewna siebie jest ciekawa zmian, a nie tylko się ich obawia. Dostrzegalna jest harmonia między tym, co mówi, a tym, co robi, jak się porusza i jakim głosem się wypowiada. I o to chodzi!

Walizka na życie

Pewność siebie jest cechą bardzo pożądaną – pozwala żyć w psychicznym i fizycznym dobrostanie. Problem w tym, że na pewność większości z nas wpływ ma to, co powiedzą lub pomyślą o nas inni. Szukamy potwierdzeń w świecie zewnętrznym – niby to nic złego, bo miło być docenionym, pochwalonym. Ale dopóki pewność siebie nie będzie płynąć ze zdrowych przekonań na własny temat i wynikających z nich działań, dopóty samopoczucie, ścieżkę kariery czy dobór znajomych, a nawet partnerów, będziemy uzależniać od tego, czy inni są z nas zadowoleni, a nie my sami.

Skąd się to bierze? Jak większość naszych przekonań – z dzieciństwa. To, co mówi o nas i do nas najbliższe otoczenie: rodzice, wychowawcy, rówieśnicy – kształtuje myślenie o sobie i życiowe postawy. – Poznajemy świat poprzez to, jak nam zostaje przedstawiony – mówi psycholog i coach rodzicielski Ingrid Dahl-Głodowska. – A nawet więcej, poprzez to, jakie uczucia w nas wywołuje. Im silniejsza emocja – pozytywna lub negatywna – tym głębiej się utrwala komunikat. Dlatego bardzo ważne jest, czy dziecko jest wspierane, karane, czy nagradzane, czy ktoś się w ogóle nim interesuje. Ale też dobrze jest, gdy pozwala się mu w pewnych granicach eksperymentować, polegać na sobie, ponieważ nadmierna opiekuńczość i wyręczanie w najprostszych czynnościach może budzić brak pewności siebie („nie wiem, czy sobie poradzę, bo nigdy tego nie próbowałem”). Dobrze by było, by każde dziecko wchodziło w życie z przekonaniem, że jest wartościowe takie, jakie jest. Niestety, nie jest to norma. Drugim ważnym okresem, w którym kształtują się przekonania i pewność siebie, jest czas dojrzewania i związana z tym burza hormonalna. Dorastając, musimy zaprzeczyć wszelkim autorytetom, przestać słuchać innych, a zacząć słuchać siebie, zbudować się jako samodzielnie myślącą i biorącą odpowiedzialność za swoje czyny osobę.

Dobra wiadomość jest taka, że nawet jeśli nie udało ci się wypracować zdrowego poczucia pewności siebie w dzieciństwie czy okresie dojrzewania, to masz jeszcze na to całe życie!

6 filarów pewności siebie

Nathaniel Branden, kanadyjski psychoterapeuta i pisarz, autor „Sześciu filarów poczucia własnej wartości”, twierdzi, że samoocena powinna być oparta na sześciu aspektach:

1. Świadome życie – dokonujesz wyborów ze świadomością ich konsekwencji, nie unikasz odpowiedzialności.

2. Samoakceptacja – jesteś swoim sprzymierzeńcem, dbasz o siebie, o to, co o sobie myślisz (samoakceptacja nie oznacza aprobaty dla wszystkich działań, jest wezwaniem do pracy nad sobą), troszczysz się o swoje odczucia i pragnienia, jesteś świadoma własnych przeoczeń, ale nie obwiniasz się zanadto.

3. Odpowiedzialność za siebie – to od ciebie zależy twoje życie, ty nim kierujesz, a nie ślepy los, twoi rodzice czy mąż. Ponosisz odpowiedzialność za realizację swoich marzeń, za swoje postępowanie, decyzje, jakość relacji z innymi, wartości, zgodnie z którymi żyjesz, a nawet za swoje szczęście.

4. Asertywność – wyrażasz emocje, nie naruszając psychicznego terytorium innych osób, dbasz też o nienaruszanie twoich granic i szacunek dla siebie.

5. Życie celowe – wykorzystujesz wszystkie swoje zdolności do osiągania zaplanowanych celów i realizowania marzeń, obserwujesz wyniki swoich działań i sprawdzasz, czy prowadzą cię tam, dokąd postanowiłaś iść.

6. Spójność – integrujesz wartości, standardy i przekonania ze swoimi zachowaniami (codzienne wybory).

Stabilna, silna samoocena jest najlepszą drogą do zdrowej pewności siebie. Pozwala podejmować wyzwania, bronić swoich wartości, stawiać ambitne cele, wierzyć, że dasz sobie radę, nawet jeśli sukces czy realizacja planów nie przyjdą od razu. Nie poddajesz się i masz przeświadczenie, że nikt inny, tylko ty, najlepiej wiesz, co jest ci w życiu potrzebne i jaka jesteś.

Coś większego niż ty

– Całkowite poczucie pewności wymaga wiary w siebie, w ludzi obecnych w twoim życiu oraz w coś większego niż ty – twierdzi Tim Sanders, popularny mówca, szef firmy doradczej, autor książki „Moc pewności siebie. Osiągaj zamierzone cele i poczuj siłę spełnienia”. – Kiedy zdobędziesz te wszystkie trzy rodzaje wiary, będziesz się cieszyć zrównoważoną pewnością siebie, która przeprowadzi cię przez wszelkie kłopoty i okresy zawirowań. Zawsze, kiedy to możliwe, miej świadomość poziomu swojej pewności siebie w każdej z tych trzech kategorii, uzupełniając te z nich, które ciągną resztkami sił.

Poprawiając obraz samej siebie (przekonania na swój temat), zaczynasz wierzyć, że jesteś wystarczająco dobra, by kochać, odnosić sukcesy i przewodzić innym.

Wiara w siebie to twój fundament, decyduje o jakości twojego życia. Twój obraz siebie wyznacza granice, w ramach których jesteś zdolna kierować swoim losem.

Wiara w innych jest potrzebna, bo zdrowa pewność siebie to także świadomość własnych ograniczeń. Nie musisz za każdym razem udowadniać (sobie i innym), że sama ze wszystkim sobie poradzisz. Poproś czasem o pomoc.

Wiara w coś wyższego – dla każdego może być czymś innym. Chcemy czy nie, wierzymy czy nie, jesteśmy częścią większej całości – systemu społecznego, politycznego, ekonomicznego, odwiecznego rytmu przyrody, moralnego porządku, systemu duchowego, religijnego itd. Reguły rządzące światem są nam potrzebne, wnoszą stały element, do którego można się odnieść lub na który można się powołać. Ci, co grają nie fair, nie szanują tych reguł, prędzej czy później tracą – tak jak np. firmy liczące na szybki zysk, oferując marny produkt czy usługę. Ci, którzy ignorują to, że mogą się nauczyć czegoś od innych, zostają w tyle lub prędzej czy później są ignorowani.

– Liderzy, którzy nie poddają się komuś lub czemuś większemu niż oni sami, upijają się w końcu fałszywym poczuciem własnej mocy – mówi Tim Sanders. – W rezultacie ludzie ci stają się własnymi bóstwami. Kiedy wierzysz, że stoi za tobą ktoś lub coś większego niż ty sama, to ta wiara daje ci energię i entuzjazm, których potrzebujesz, by iść naprzód.

Wszystko, czego potrzebujesz, by być pewną siebie, już masz. Tylko sobie to uświadom. Kiedy osiągniesz zdrową pewność siebie, potrzeba bycia najlepszą albo lubianą zejdzie na dalszy plan, ustępując miejsca celom, jakie chcesz w życiu osiągnąć. Twoim celom.

  1. Psychologia

Jak budujemy, od dziecka, poczucie własnej wartości?

Nasze pragnienie zmiany i wiara w to, że jest to możliwe, dają nam napęd do działania, ale czasami ludzie mają tak ogromne zniszczenia w obrazie siebie, że to nie wystarczy (fot. iStock)
Nasze pragnienie zmiany i wiara w to, że jest to możliwe, dają nam napęd do działania, ale czasami ludzie mają tak ogromne zniszczenia w obrazie siebie, że to nie wystarczy (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Czym jest poczucie własnej wartości? Jak kształtuje się w życiu? Od czego zależy? I wreszcie - w jakim stopniu możemy na nie wpływać lub zmieniać je?

Na poczucie własnej wartości składają się dwie ważne kwestie: jakieś poczucie, czyli emocjonalny stosunek do siebie samych i wartość – a więc pewne oceny czy przekonania o sobie.

Uczucie do samego siebie człowiek zaczyna kształtować, tak naprawdę, zanim pojawi się na świecie. Już w chwili poczęcia matka ma jakiś emocjonalny stosunek do tego faktu, że za dziewięć miesięcy urodzi dziecko. I niekoniecznie oznacza to radość i „błogosławiony stan". Czasami, a może nawet często - pełna jest obaw, lęku, złości czy rozczarowania.

Dziecko początkowo odbiera komunikaty ze świata poprzez swoje zmysły (miłość, czułość wręcz „przenikają przez skórę”) i zaczyna już w pierwszych chwilach życia „kształtować” o sobie jakiś pogląd. Wiele zależy tu od tego, jak matka dotyka dziecka, jakie uczucia jej towarzyszą, czy jest spokojna, pogodna, czy też zdenerwowana, pełna pośpiechu i napięcia. Wszystko to są przekazy, które dziecko chłonie jak gąbka i odczytuje jako komunikat o sobie. Mimo, że nie zna słów, które mogą to wyrazić, to już czuje jakie jest.

Kolejny, istotny dla przyszłego poczucia własnej wartości etap życia dziecka to czas, w którym ono zaczyna zdobywać świat – po raz pierwszy staje na własnych nogach, robi pierwsze kroki - jeszcze bardzo niepewne, ale już samodzielne. Reakcja otoczenia ponownie staje się zwierciadłem dla kształtujących się przekonań o możliwościach tej maleńkiej jeszcze istoty. Czy będzie w niej uśmiech, radość, zachęta do kolejnych prób, czy raczej lęk, niepokój, zniechęcanie – wszystko to wpłynie w przyszłości na to, jak zabrzmi odpowiedź na pytanie: „ile mogę, ile potrafię?”

Można powiedzieć, że poczucie własnej wartości kształtuje się nieustająco od życia prenatalnego i trwa tak długo, jak długo trwa rozwój młodego człowieka. Oczywiście bardzo istotne są też pierwsze kontakty z rówieśnikami – na podwórku, w przedszkolu, potem w szkole. Tu również budują się przekonania o naszych umiejętnościach, możliwościach, sprawczości. W okresie dorastania to właśnie grupa rówieśnicza staje się kolejną „odzwierciedlającą matką”, która wpisuje się na wiele lat w obraz nas samych.

Jeśli czas dojrzewania przebiega w niezakłócony sposób, to zwykle wraz z jego końcem mamy już gotowe odpowiedzi na pytania: „kim jestem? ile potrafię? ile jestem wart?”.
„Czym skorupka za młodu nasiąknie...” – no właśnie – czy poczucie własnej wartości, ukształtowane w drodze rozwoju, jest nam dane raz na zawsze? Czy można wpłynąć na przekonanie: „jestem do niczego, nie lubię siebie?” Myślę, że tak. Oczywiście nie jest to takie proste jak nas próbują przekonać niektóre przewodniki pod uwodzącymi tytułami o „budzeniu olbrzyma”, o asertywności zbudowanej w weekend, czy wreszcie przekonanie, że „wystarczy tylko bardzo chcieć”. Tak, nasze pragnienie zmiany i wiara w to, że jest to możliwe, dają nam napęd do działania, ale czasami ludzie mają tak ogromne zniszczenia w obrazie siebie, że to nie wystarczy.

W swojej praktyce psychoterapeutycznej nie raz słyszę o zmaganiach klientów na różnych kursach asertywności, o powtarzanych codziennie afirmacjach, które mimo konsekwencji nie przynoszą rezultatu... i myśl, że „coś z nimi jest nie tak” wraca jak bumerang. I dopiero powrót do dramatycznych historii, przepracowanie traum, odreagowanie przykrych przeżyć i uświadomienie sobie uczuć, którym do tej pory nie pozwalało się dojść do głosu, pozwala uwolnić się od tych przekazów i zacząć budować nowe przekonania o sobie. To bardzo trudna droga, ale znam wiele osób, którym się udało. Sama jestem jedną z nich i chociaż nie czuję się olbrzymem, chociaż w słabszych chwilach nie raz wracają demony przeszłości, to dzisiaj z całą pewnością wiem, jaka jest moja wartość i jak mogę dbać o to, żeby tej wartości nie zniszczyć.

Grażyna Korlacka: certyfikowana psychoterapeutka Gestalt, specjalistka terapii uzależnień.