1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dobrze mieć własne zdanie

Dobrze mieć własne zdanie

fot.123rf
fot.123rf
Co jest potrzebne kobiecie w pewnym wieku, żeby mogła być zadowolona z życia? Widziałam w telewizji program z udziałem Marii Czubaszek, która wskazała na kilka kobiecych potrzeb. Niestety, o niektóre z nich ciągle nie umiemy zadbać.

Virginia Woolf mówiła, że kobiecie jest potrzebny własny pokój. Do tego warto dodać czas dla siebie – w odróżnieniu od tego poświęcanego pracy i rodzinie. Równie ważne są własne pieniądze, które pozwalają na niezależność. Ale bez względu na to, czy się ma pieniądze, czy nie, trzeba jeszcze mieć własne zdanie. Zgadzam się z Marią Czubaszek, że dobrze je mieć nawet wtedy, gdy same nie jesteśmy pewne, czy się z nim zgadzamy. Bo inaczej decydują za nas inni, a my musimy się tylko dostosować – czasem do naprawdę absurdalnych oczekiwań.

Barbara, lat 42, cierpi na depresję. Niby wszystko w porządku: mąż, dzieci, dobra praca, wysoki standard życia, a jednak Basi żyć się nie chce. Z wysiłkiem zwleka się z łóżka. W pracy jest trochę lepiej, ale po powrocie do domu nie ma już na nic siły. Mąż znosi to z trudem. Basia boi się, że w końcu ją zostawi. Dotąd byli dobrym małżeństwem. Od słowa do słowa udaje się odtworzyć ich życie przed depresją...

Basia pracuje i zajmuje się domem i dziećmi. Mąż późno wraca z pracy. Zanim jednak przychodzi, ona zawsze nerwowo sprawdza, czy wszystko w domu leży na swoim miejscu. Kiedy podrosły dzieci, robiły to razem z nią – patrzyły, czy gdzieś nie stoi brudny kubek, czy but nie wychylił się z półki, czy długopisy są poukładane w pudełeczkach... Ale jak bardzo by się nie starała, mąż zawsze znajdzie coś nie w porządku.

– Naprawdę nie potrafisz upiąć tych zasłon? – woła zaraz po wejściu do domu. – Spójrz, jak wiszą!

Basia patrzy. Rzeczywiście, u góry zrobiła się szpara. Staje na krześle i szybko poprawia. Ale wie, że wieczór już jest zepsuty. Na domiar złego jeszcze synek zostawił kredkę pod stołem.

– Co za chlew! – zaczyna krzyczeć mąż i krzyczy dalej, choć Basia już kredkę podniosła i włożyła do pudełka. Dzieci siedzą cicho w swoim pokoju. Basia wie, że się boją. Nie może do nich pójść, bo się okaże, że nie szanuje męża i wychodzi, gdy on do niej mówi.

Przesadzam? Ani trochę. W tym domu panuje żelazna reguła: ma być porządek. Basia nie może rano zrobić sobie kawy i od razu ją wypić. Najpierw musi umyć ekspres, choć wolałaby to zrobić za pięć minut. No bo, gdyby zobaczył… Gołym okiem widać, że ów mąż wymaga terapii. On o tym ani myśli, woli dręczyć rodzinę. A najciekawsze, że rodzina daje się dręczyć. Dlaczego?

– Tak było od zawsze. Chciałam, żeby był zadowolony. Wydawało mi się dziwne, że ekspres trzeba najpierw umyć, ale może tak powinno się robić? – odpowiada niepewnie Basia.

Ostatnio wiele się pisze i mówi o przemocy domowej. Zamiast jednak przedstawiać dramat tysięcy kobiet, wyłuskuje się jednego mężczyznę, który opowiada o tym, jak był dręczony przez żonę. Wierzę, że był, tyle że wśród ofiar przemocy małżeńskiej mężczyźni stanowią jedynie 4 procent, a kobiety 96! Również w przypadkach przemocy psychicznej ofiarami są najczęściej kobiety.

Gdyby Basia miała własne zdanie i była gotowa go bronić, zamiast zajmować się tym, żeby mąż był zadowolony, to prawdopodobnie dziś nie miałaby depresji. A mąż pewnie poszedłby na terapię.

Jedna z bohaterek mojej książki pt. „Flesz” również nie miała własnego zdania. Oto fragment rozmowy kobiet:

– Każdy chce sam o sobie decydować.

– Ja wcale nie chcę. Nie potrafię. Najpierw o wszystkim decydowała mama, a teraz mąż.

– A pani co? Nie umie się zbuntować?

– A może on podejmuje lepsze decyzje? Ja nigdy w niczym nie mam pewności, więc go pytam, jak ma być i on mówi.A potem już nie wiem, jak mu powiedzieć, że chcę inaczej.

– Dlaczego nie? Kobieta zmienną jest.

– Ale ja nie wiem, czego chcę. Naprawdę. Nie wiem, jakie mam zdanie. W żadnej sprawie. (…) Niedawno była taka sytuacja: syn chciał jechać z kolegami na biwak, a do nas przyjeżdżała moja mama. Nie wiedziałam, czy się zgodzić na jego wyjazd, czy nie, więc zapytałam męża. On na to, żebym zapytała mamę. Mama chciała, żeby Piotruś był w domu, kiedy ona u nas będzie. A Piotruś chciał jechać.

– No i co pani zdecydowała?

– Powiedziałam mężowi, że Piotruś chce jechać, a mama chce, żeby został. No i była afera, bo mąż się zgodził, by syn pojechał, a mama była obrażona.

– A pani chciała, żeby jechał czy został?

Mam poczucie, że to problem wielu kobiet. Pozwalamy, by ktoś inny określał reguły gry, bo nie mamy pewności, czujemy się słabsze, chcemy, żeby był spokój. Za ten spokój płacimy czasem wysoką cenę.

Wróćmy do rozmowy kobiet z „Flesza”:

– Niech pani na początek ma jakiekolwiek zdanie i go broni. Zawsze można je zmienić.

– Dokładnie. Własne zdanie trzeba poćwiczyć. Nie pytać od razu innych, stanąć na swoim.

– Ja też kiedyś nie miałam własnego zdania. Zaczęłam więc mówić byle co i tego bronić. A jak broniłam, to w końcu naprawdę uwierzyłam w to, że tak uważam. I nie było to wcale takie głupie…

– Ja to bym chciała, żeby wszyscy byli zadowoleni.

– I tu jest pies pogrzebany! – zauważa jedna z bohaterek. – Wsłuchujemy się w oczekiwania innych, zamiast słuchać siebie. A potem nie widzimy już wyjścia.

Mąż 38-letniej Beaty dobrze wie, jak należy żyć: Wstawać o piątej, nawet jeśli są wakacje. Nie oglądać telewizji ani nie korzystać z internetu, chyba że na to pozwoli. Komputer i telewizor stoją w jego pokoju, a ten zamyka na klucz. Jeśli wyjeżdża na tydzień, klucz zabiera ze sobą. I tak dalej... Beata nie pracuje zawodowo, bo on sobie tego nie życzy. Co miesiąc daje żonie pieniądze na prowadzenie domu, choć czasem robi to z opóźnieniem. Beata przygotowuje tabele z wydatkami: osobno żywność, rachunki, artykuły chemiczne – na wszystko musi mieć paragon. Potem mąż sprawdza, czy wszystko się zgadza. Czasem nie znajduje na to czasu i cała rodzina chodzi głodna, bo pieniędzy nie da, zanim nie sprawdzi. Za nieuzasadnione wydatki potrąca w następnym miesiącu... Dlaczego Beata się na to godzi? Takie reguły mąż wprowadził na początku małżeństwa. Twierdził, że skoro zarabia, to ma prawo decydować o wszystkim. Jej się to co prawda nie podobało, ale nie protestowała, przyjęła reguły męża.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Upewnij się, że wasz związek funkcjonuje w równowadze

Wiele osób, dla rzekomego
Wiele osób, dla rzekomego "wspólnego dobra", rezygnuje w związku z dbania o własną przestrzeń i własne granice. (fot. iStock)
Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Jeśli masz nieodparte wrażenie, że na każde z tych pytań odpowiedź brzmi twierdząco, to istnieje duże ryzyko, że znajdujesz się w "matni" usprawiedliwiania swojego partnera kosztem realizacji własnych pomysłów i planów.

On na pewno tego nie chciał, miał gorszy dzień... Na pewno nie chciał mnie zranić… Z pewnością miał dobre intencje…

Spójrz uczciwie na swoją relację i zrób bilans zysków i strat. Brzmi dość przedmiotowo? Związek to nie firma? Nikt nie wymaga żadnych bilansów, wzajemnych rozrachunków?

Z pewnością związek to relacja z założenia oparta na równości, miłości, wzajemnym szacunku i zaufaniu, w której partnerzy wspierają siebie nawzajem w rozwoju każdego z nich, jednocześnie realizując cele wspólne. Warto więc czasem sprawdzić, czy ten nasz trzeci żywy organizm, jakim nie jestem ani ja, ani on, tylko "my", funkcjonuje prawidłowo. Kontynuując ten sposób myślenia: czy wyobrażacie sobie robić wszystko jedną ręką, gdy obydwie są tak samo sprawne? Co się będzie działo z prawą, jeśli zacznę jeść, pisać, czesać się tylko lewą…? Mówi się kolokwialnie, że nieużywany organ zanika.

Wracając na grunt związku: druga osoba - ta, którą się ciągle usprawiedliwia, której się ustępuje, dla której rezygnuje się ze swoich granic - może się szybko przyzwyczaić do takiej sytuacji. Człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja… Rozleniwia, traci poczucie wspólnoty. Gubi w swej wygodzie odpowiedzialność za wspólne dobro… Gdy partner jednak obudzi się i dokona bilansu emocjonalnego, oceni swój fizyczny wkład w związek - jest w stanie szybko zareagować, aby przerwać ten niezdrowy układ i na nowo przedyskutować role w związku i wzajemne obowiązki. Ważnym elementem przywrócenia równowagi w związku będzie rozmowa: o tym co było, co jest i co będzie, jeśli nic się nie zmieni, a także o tym, co zrobić, aby na nowo przywrócić stan pożądany. Uzdrawiającą moc ma poruszenie tematu wzajemnych potrzeb. Zanim zatem podejmiesz próbę rozmowy, zadaj sobie pytania:

  • Czego potrzebuję, aby czuć się w tym związku dobrze?
  • Kiedy czuję, że mam podcinane skrzydła?
  • Jakie słowa lub zachowanie partnera wpływają na obniżenie mojego nastroju?
  • Jakie obowiązki mogłabym dzielić z partnerem?
  • Ile jest mnie samej w tym jak żyję?
To bardzo ważne pytanie, które można mnożyć, by zdiagnozować wasze potrzeby i te, które będą służyły wspólnemu dobru.

Otwartość i przekonanie, że obydwoje chcecie oddychać pełną piersią i być blisko siebie jest założeniem niezbędnym do tego, aby rozpocząć oczyszczanie atmosfery i wyrównywania gruntu, po którym wspólnie stąpacie. Obydwoje odpowiadacie za atmosferę w związku. Uważność na to, czy tej atmosfery nic nie zatruwa jest waszą wspólną odpowiedzialnością. Nie bój się rozmawiać i wyjaśniać na bieżąco. Nie musisz wszystkiego brać na siebie i usprawiedliwiać, bo to tylko pogorszy twoją kondycję psychiczną rosnącym poczuciem winy.

Niech będzie 100 % Ciebie w Tobie! Nie rezygnuj z siebie, bo finalnie zaszkodzisz Wam.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Perfekcjonista w związku

Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Krytykuje, wytyka błędy, jest czepialski. Nie zaśnie, dopóki nie pozmywa wszystkich kubków, nie przejdzie bez słowa obok nierówno postawionych butów. Czasem wymaga od innych, czasem od samego siebie. I nawet gdy osiąga w danej dziedzinie mistrzowski poziom, odczuwa strach: „nie jestem dla niej dość dobry”, „jeśli nie będę doskonała, to mnie zostawi”. Związek z perfekcjonistą to wyzwanie dla obu stron.

Perfekcjonista przeżywa zazwyczaj bardzo duży stres przy nawiązywaniu relacji męsko-damskich i tworzeniu związku. Przed wszystkim dlatego, że stara się za wszelką cenę unikać porażek, wypadać jak najlepiej. To z kolei wiąże się ze strachem: co on czy ona sobie o mnie pomyśli? Działają tu wewnętrzne przekonania typu: „nie jestem dość dobry”, „jeśli nie będę doskonały, to zostanę odrzucony”. Innym problemem bywa wyznaczanie partnerowi wysokich standardów przy jednoczesnym braku elastyczności i skrajnej  nieufności. Może to rodzić konflikty i poczucie niezadowolenia po obu stronach. Partnerom zazwyczaj towarzyszy poczucie dystansu emocjonalnego oraz brak wsparcia we wspólnym życiu.

Obie kwestie można częściowo odnieść do dwóch typów perfekcjonistów: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli (w dużym uproszczeniu) takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. W praktyce zwykle mamy do czynienia z połączeniem obu typów perfekcjonizmu z różnie położonym akcentem.

Etykiety lub bicie się w pierś

Osoby bardziej zewnętrznie ukierunkowane mają tendencję do wydawania dość kategorycznych ocen i łatwego etykietowania  innych osób („jesteś głupi”, „to było całkowicie nieodpowiedzialne” etc.). Nadmierny krytycyzm i surowość mogą być odbierane jako atak i wywoływać sporą złość u odbiorcy komunikatu albo partnera. Zwykle perfekcjoniści nie chcą atakować, tylko nazwać wprost to, co widzą. Trzeba też pamiętać, że perfekcjoniści traktują niekiedy zachowanie innych jako cios wymierzony prosto w ich osobę. Pojawia się tu założenie, że „wszyscy mamy takie same standardy, myślimy podobnie”, a zatem „jeżeli ktoś nie spełnia moich standardów, to robi to przeciwko mnie z rozmysłem”.

Perfekcjoniści ukierunkowani wewnętrznie interpretują zachowania innych raczej w kategorii wytykania im porażki, niedoskonałości. Szukają niedoskonałości i skaz w sobie: „skoro partner musi mi pomóc, to znaczy, że nie jestem w stanie dać sobie z tym rady sama”, „skoro partner się na mnie zdenerwował, to znaczy, że nie wyraziłam się zbyt jasno”. Zwykle towarzyszy im przekonanie, że nie są wystarczająco dobrzy. Jego źródłem jest najczęściej środowisko rodzinne: wymagające, krytyczne, akcentujące jako porażki coś, co obiektywnie porażką nie jest. To są ci, którzy jako dzieci przynosili 4 + i zamiast radości i pochwały rodzica słyszeli: „A dlaczego nie 5?”. Taka osoba w życiu dorosłym będzie dewaluowała wszelkie swoje osiągnięcia, tak jakby miała założony jakiś filtr i przez niego nie dostrzegała swoich sukcesów i dobrych stron. Towarzyszyć jej będzie poczucie, że nie zasługuje na swojego partnera, bo innych zwykle postrzega jako lepszych od siebie.

Atak i ucieczka

Perfekcjoniści mają tendencję do poszukiwania partnera idealnego. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka – wybrzydzają i doszukują się wszelkich wad i niedociągnięć, by na ich podstawie odrzucać lub zrywać znajomości. W rzeczywistości sprawa jest jednak bardziej złożona. Windując oczekiwania i standardy, uzasadniają swoje odrzucenie albo realizują strategię unikania. Krytykują i odrzucają, bo czują się w jakiś sposób zagrożeni w danej relacji. Nie zdają sobie oczywiście z tego sprawy, więc automatycznie uciekają się do strategii: „atakuj pierwszy i uciekaj”.

Osoby skrajnie zewnętrznie ukierunkowane bywają wymagające. W ich przypadku może pojawić się takie typowe poszukiwanie idealnej miłości, oczekiwanie na swoją połówkę. Osób nieidealnych nie biorą więc w ogóle pod uwagę w swojej ocenie. Mając bardzo wysokie poczucie własnej wartości, wolą pozostać samotni, niż obniżyć własne oczekiwania i standardy.

Co ciekawe, większość perfekcjonistów ostatecznie zdaje sobie sprawę z dwóch aspektów interakcji międzyludzkich. Z jednej strony zdają sobie sprawę z własnej szczegółowości i drobiazgowości, z drugiej – wiedzą, że niektórzy naprawdę nie przykładają się do różnych rzeczy i realnie zasługują na krytykę. Niekiedy mają trudność w odróżnieniu tego, jak jest w danej sytuacji naprawdę. Czy krytyka jest uzasadniona, czy też może oni sami już są zbytnio czepialscy?

Pomóc perfekcjoniście

Życie z perfekcjonistą nie należy do najłatwiejszych. Jego partner musi się wykazać dużą delikatnością, zrozumieniem, akceptacją i wsparciem. Najważniejszą zasadą w takiej relacji jest zachowanie spokoju. Warto za każdym razem podjąć próbę zrozumienia intencji perfekcjonisty – owszem, słyszę krytykę i dezaprobatę, ale czy na pewno o to chodzi mojemu rozmówcy? Po drugie lepiej unikać prowokacji – jeżeli chcę coś zakomunikować perfekcjoniście, robię to delikatnie, zastanawiam się nad doborem słów, tak aby nie wypominać, nie krytykować, nie punktować jego słabości, nie wyolbrzymiać drobnych rzeczy etc.

Jeśli związaliśmy się z wewnętrznie ukierunkowanym perfekcjonistą, to wyzwaniem będzie stworzenie mu warunków do odprężenia się. Na co dzień taka osoba robi bowiem wszystko, aby zadowolić innych i uniknąć ewentualnego odrzucenia. Źle się czuje, kiedy spełnia własne potrzeby, ale chętnie robi coś dla innych. Przykładowo, propozycja pójścia do kina przedstawiona jako własna potrzeba uchroni go od wyrzutów sumienia, że zaniedbuje swoje obowiązki. W wielu przypadkach sprawdzi się mocne zaangażowanie w obowiązki domowe. To przykazanie numer jeden, jeśli nasz partner rytualnie nie kładzie się spać, dopóki nie pozmywa i nie ułoży wszystkich naczyń. Wreszcie, jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć, ważne jest nauczenie perfekcjonisty, jak się bawić i relaksować.

Poza tym warto wzmacniać sukcesy partnera, doceniać je (pamiętając, że przejaskrawiony  entuzjazm wzbudzi podejrzenia o nieszczerość), okazywać wiarę i zaufanie w zdolności perfekcjonisty. Można też stać się „wzorem niedoskonałości”, pokazać partnerowi, jak my sami zmagamy się z własnymi niedoskonałościami, błędami, porażkami.

Terapia da prawo do błędów

Czy partner perfekcjonista będzie w stanie naprawdę się odsłonić, pokazać swoje lęki, słabości? W bliskiej relacji, w której istnieje akceptacja i wzajemne wsparcie, jak najbardziej. Chociaż z jego punktu widzenia każda sytuacja obnażająca własną niedoskonałość czy popełniane błędy (prawdziwe lub tylko rzekome) będzie trudna.

Dobrym rozwiązaniem jest skorzystanie z pomocy psychoterapeuty. Znamienne jest to, że perfekcjoniści najczęściej nie trafiają na terapię z powodu swojego perfekcjonizmu, ale w związku z szeregiem innych problemów, w których perfekcjonizm ma swój udział, takich jak: depresja, zaburzenia odżywiania czy zaburzenia lękowe. Do przyjrzenia się sobie skłania niekiedy partner: bo w związku dzieje się gorzej, bo perfekcjonista nosi w sobie nieustanne poczucie winy wobec drugiej strony, bo oboje mają poczucie niespełniania oczekiwań w relacji.

Kamieniem milowym w terapii jest powiązanie perfekcjonistycznych cech z aktualnymi problemami, które pojawiają się w jego życiu, związku. Dostrzeżenie tej zależności jest niekiedy bardzo trudne. Trzeba sobie najpierw uświadomić, że cechy, które w sobie cenimy (a niekiedy też ceni je otoczenie), są zarazem źródłem problemów, powodują konflikty i negatywne konsekwencje dla nas samych, np. dyskomfort, niską samoocenę, zmęczenie). To takie mocowanie się ze sobą, ale warto je przejść, by poprawić jakość życia – swojego i partnera.

Dorota Nowocin jest absolwentką psychologii, posiada certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Od kilku lat współpracuje z Interdyscyplinarnym Centrum Genetyki Zachowania Uniwersytetu Warszawskiego przy realizacji projektów badawczych dotyczących wpływu wydarzeń traumatycznych na zdrowie psychiczne oraz skuteczności terapii poznawczo-behawioralnej. Prowadzi konsultacje psychologiczne, psychoterapię indywidualną, terapię par oraz diagnostykę psychologiczną. Zajmuje się osobami, które doświadczają objawów lękowych i depresyjnych oraz nerwic, są pod wpływem długotrwałego stresu lub kryzysu, mają problemy z odżywianiem. Pracuje również z osobami zmagającymi się z trudnościami w relacjach, mającymi problemy z samoakceptacją i poszukującymi zmiany i satysfakcji z własnego życia. 

Artykuł archiwalny. 

  1. Psychologia

Kobieta w drodze do… siebie. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. (Fot. Getty Images)
Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. (Fot. Getty Images)
„Jedz, módl się, kochaj” i „Kobiecość w rozwoju” to pozornie różne lektury: powieść i książka psychologiczna. Obie jednak dotykają procesu stawania się sobą, indywidualizacji kobiety, mówią, że jej warunkiem jest podróż dosłowna i symboliczna. Czy rozwój kobiet przebiega tak samo – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

W wielu współczesnych powieściach, takich jak „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert, pojawia się ten sam motyw: kobieta po rozwodzie albo nieudanym związku rusza w drogę. Kobiety czytają, oglądają nakręcone na podstawie tych książek filmy i być może dlatego, gdy znajdą się w trudnej życiowej sytuacji, postępują podobnie. Z takich inspiracji powstają kolejne już autobiograficzne opowieści jak „Dzika droga” Cheryl Strayed. Czyżby więc podróż była dla kobiety sposobem na poznanie siebie?
Nie jestem kobietą i to ryzykowne przedsięwzięcie, żebym wypowiadał się w imieniu kobiet. Skoro jednak pytasz, podzielę się doświadczeniem wyniesionym z towarzyszenia wielu kobietom w podążaniu ku ich prawdziwej – a przynajmniej prawdziwszej – tożsamości. Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. Najczęściej to samotność i klimakterium, bo też szczególna trudność tych sytuacji polega na tym, że nie ma żadnego kulturowego ani obyczajowego przepisu na rolę młodej, atrakcyjnej, niezależnej kobiety, nieposiadającej dzieci i niepozostającej w stałym związku z mężczyzną. Jak i nie ma żadnego kulturowego ani obyczajowego przepisu na rolę czynnej zawodowo, niezależnej, wolnej od zobowiązań wobec dzieci, często rozwiedzionej albo owdowiałej, dobrze wyglądającej kobiety po klimakterium.

W wymiarze kulturowym i socjologicznym nie ma ani dla tych pierwszych, ani dla tych drugich miejsca, nie ma misji, nie ma zasług, nie ma uznania. W wymiarze religijnym zagrożone bywają odmową sakramentów, a nawet zbawienia. I zapewne dlatego kobiety uczęszczają licznie na różne formy psychoterapii, coachingu, warsztatów, seminariów, kręgów, grup wsparcia itp. Szczególnie w okresie klimakterium, gdy dochodzą do siebie po pracowitym i pełnym poświęceń życiu, czują się seksualnie przezroczyste, rodzinnie niepotrzebne, społecznie i zawodowo wykluczone – rodzą się w nich naturalne pytania: Co dalej? Jaki jest powód i sens mojego życia? Jaka jest moja misja? Kim ja właściwie jestem? Podobne pytania stawiają sobie kobiety młode, samotne i bezdzietne, zarówno te samotne z wyboru, jak i przeżywające samotność jako niepowodzenie i stratę. Jeśli podążą za tymi trudnymi pytaniami, mogą wyrwać się z klaustrofobicznej przestrzeni kulturowych i obyczajowych stereotypów i poznać swoje aspiracje i potrzeby.

I w tym celu ruszają w podróż. Pia Skogemann w „Kobiecości w rozwoju” wylicza siedem jej faz. Zaczyna się zwykle nagle, od uświadomienia sobie niezadowolenia z roli, w jakiej się tkwi.
Podróż jako droga do uwalniania się kobiety z ograniczeń kulturowych i obyczajowych staje się popularnym wątkiem także w mediach informacyjnych. Jedna z opowieści mówi o emerytowanej krawcowej z małego polskiego miasteczka, którą pewnego wieczoru coś tknęło. Oderwała zmęczone ręce i piekące oczy od roboty, wstała i tak jak stała, łapiąc po drodze torebkę, wybiegła z domu. Wsiadła w pierwszy samochód, jaki się zatrzymał, i... wróciła odmieniona po kilku latach, po pełnej przygód podróży po Europie. Do niedawna takie odważne zachowanie bywało podziwiane tylko w wykonaniu męskim. W kobiecym – wyśmiewane i tępione. Czasy się jednak zmieniają. Podróżniczka staje się ważnym i popularnym wzorcem dla kobiet, bo pozwala – bez ryzyka ostracyzmu – przekroczyć stereotypowe przywiązanie do domu, dzieci, kuchni i Kościoła, do kilku sklepów i bazarku, i tych dwóch miejsc, gdzie jeździ się na bezpieczne wakacje. Dla coraz większej liczby kobiet to grubo za mało, by poznać siebie i świat.

Coś niezwykłego musi się jednak wydarzyć w tej podróży.
Otwarcie się na świat, poznawanie siebie w trudnych sytuacjach, w relacjach z ludźmi z innych kultur to konieczne, by podróż stała się czasem wewnętrznego dojrzewania, rozbudzania i odkrywania swoich do tej pory nierozpoznanych możliwości. Według Pii Skogemann jakiś napotkany przewodnik lub znak ze świata przyrody pomaga bohaterce przekroczyć już nie tylko próg domu, lecz próg nieświadomości. Takie wydarzenie zapoczątkowuje drugi etap podróży. To jest zadziwiające, jak wiele kobiet przyciąga szamanizm – piękna i wymagająca ścieżka poszukiwania transcendencji w przyrodzie. To potwierdza tezę o naturalnym związku kobiety z naturą. Jest on zazwyczaj dużo silniejszy niż ten odczuwany przez mężczyzn. Dlatego przewodnikiem kobiety w tej podróży może okazać się dowolna manifestacja przyrody, np.: ogród, drzewo, kwiat, kot, pies, fretka albo chomik.

W kolejnej powieści o podróży „Sekrety uczuć” Barbary O’Neal takim przewodnikiem jest czarno-biały pies. Pomaga wkroczyć w etap, który zdaniem Pii Skogemann ma zaowocować konfrontacją z postacią matki, by jej obraz nie był przeszkodą, ale służył pomocą w dalszej wyprawie córki.
Realna matka przekazująca córce spuściznę zsocjalizowanej i zrepresjonowanej kobiecości musi zostać zanegowana. Wtedy ona i jej los stają się dla córki ostrzeżeniem: „Nie naśladuj matki. Zrób coś, by twoje życie było inne. Szukaj siebie prawdziwej”. A wtedy spoza zasłony matki realnej ukazuje się matka archetypowa: zmysłowe, nieustraszone i niezniszczalne źródło życia – pierwotne i ponadgatunkowe. Realna matka jest więc córce potrzebna po to, by stać się drogą prowadzącą do odkrycia pierwotnej „matkości”, a tym samym prawdziwej kobiecości.

Kolejny etap to poznanie kochanka, spotkanie z nim wtajemnicza kobietę w seksualność.
Kobiety odkrywające swoje prawdziwe potrzeby i oblicze potrzebują doświadczyć seksualności wolnej od pragmatycznego i instrumentalnego uzasadnienia. W życiu kobiety dostosowanej do norm i zasad seks jest prawie zawsze po coś: by uwieść i przywiązać partnera, podtrzymać związek, mieć dzieci, wypełnić małżeński obowiązek, by nie poszedł do innej, by uniknąć podejrzenia o oziębłość, dorównać koleżankom. Dla wielu kobiet seks jest także po to, aby się go wyprzeć i tak zapewnić sobie łaskawość – ponoć radującego się takim poświęceniem – Stwórcy. Nic dziwnego, że w drodze ku sobie prawdziwej często budzi się w kobiecie potrzeba kochanka – pragnienie doświadczenia seksu wyzwolonego. Wtedy kobieta nie szuka mężczyzny nadającego się na ojca i partnera, lecz archetypowego, biologicznego kochanka, z którym seks nie służy niczemu innemu prócz seksu.

I po to kobiety po pięćdziesiątce jadą na sekswakacje do Tunezji?
Nie ma w tym nic śmiesznego ani gorszącego – póki stoi za tym świadoma decyzja, a nie rozpacz kobiety spragnionej trwałego związku. Odkrycie w sobie dzikiego, wolnego wymiaru seksualności jest dla kobiety ważniejsze i bardziej konstruktywne niż dla mężczyzny. Mężczyzn przygody seksualne utwierdzają w złudzeniu ich wyjątkowości i władzy, w lekceważącym stosunku do kobiet. Kobiety dzięki takiemu doświadczeniu trafniej, w sposób autonomiczny i godny definiują swoją rolę i miejsce w świecie oraz w relacji z mężczyzną. Ponieważ jednak patriarchat nigdy nie był zainteresowany niczym, co by pozwalało kobietom odzyskiwać ich poczucie wolności i autonomii, więc takie kobiece poszukiwania były i są piętnowane i dewaluowane.

Bohaterka „Jedz…” wyzwala się też z diet i odzyskuje radość jedzenia. Kupuje większe spodnie, zamiast się głodzić.
Oddanie ciału decyzji o optymalnej dla niego diecie i wadze  jest przejawem dojrzałości i synergii z potrzebami organizmu. Ale pofolgowanie sobie w jedzeniu nie może kłócić się z mądrą troską o zdrowie. To trudne, bo kobiety często nie cierpią swoich ciał. Więc zarówno obsesyjne głodzenie się, jak i folgowanie apetytowi bywa przejawem autoagresji.

Dopiero po seksie i jedzeniu bohaterka „Jedz...” jedzie do aśramy: modlić się i medytować.
To bardzo ważne przesłanie tej książki: zanim wejdziemy na duchową ścieżkę, warto w realnym, świeckim życiu poznać siebie i swoje prawdziwe potrzeby, rozwinąć psychiczny i duchowy potencjał. Ważne też, by uprzednio doświadczyć swego cienia. W przeciwnym razie nasza duchowość może przerodzić się w ufundowaną na psychologicznej pustce i niedojrzałości, fundamentalistyczną, duchową egzaltację. Pia o tym także pisze, piąty etap podróży to spotkanie z ze swoją ciemną stroną.

Jej zdaniem dla kobiet spotkanie z cieniem jest mniej ważne niż spotkanie z negatywnym animusem, czyli męskim aspektem.
Cień dla kobiety nie jest mniej ważny niż dla mężczyzny. Może tylko jest trochę lżejszy, mniej złowrogi. Mężczyźni mają silniejsze instynkty agresywne: skłonność do przemocy, nieokiełznaną seksualność, potrzebę władzy i podboju. Natomiast najtrudniejszym wymiarem kobiecego cienia jest syndrom ofiary odziedziczony po tysiącleciach patriarchatu i oparty na iluzji winy (w tej sytuacji animusem ukrytym w kobiecej podświadomości jest mężczyzna prześladowca. I tam, w strefie kobiecego cienia, ofiara kobieta jest przyciągana do animusa prześladowcy, a potem pozwala mu się zniewolić i upokorzyć w przekonaniu, że zasłużyła na karę). Wiele kobiet ma nieświadomą predyspozycję do wchodzenia  w związki z mężczyznami, którzy niosą w sobie demoniczny cień, skłonny do przemocy i gwałtu. Wydobycie z cienia aspektu ofiary jest dla współczesnych kobiet najważniejszym wyzwaniem na drodze odkrywania prawdziwej, naturalnej kobiecości. To tym ważniejsze, że nieuświadomiona ofiara chętnie i niepostrzeżenie zamienia się w prześladowcę, do czego jeszcze trudniej się kobietom przyznać.

Kolejny etap to „zejście do nadiru”, czyli do najgłębszej nieświadomości. Panuje tu chaos symboli i obrazów, które reprezentują śmierć bohaterki, jej dawnego „ja”.
Chodzi o piekło wypartych, nieuświadomionych potrzeb. Musimy je poznać, wyciągnąć na światło dnia i w ten sposób pozbawić złowrogiej mocy. Jeśli tego nie zrobimy, nadal z ukrycia będą kierować naszym życiem. Ten fragment cienia trudno przyjąć i zrozumieć. Bywa, że gdy przekroczy on naszą zdolność asymilacji, doświadczamy nawet psychotycznego epizodu. Dzieje się tak, gdy wewnętrzny obserwator i narrator jest zbyt słaby i całkowicie zaangażuje się w – z pozoru przerażający – spektakl umysłu. Wtedy wydobyte z ukrycia treści i postacie mogą na jakiś czas przejąć władzę nad umysłem. Dlatego dobrze jest po takim epizodzie poddać to, co się wydarzyło, głębokiej refleksji – najlepiej w towarzystwie psychoterapeuty lub duchowego nauczyciela. No i wzmacniać wewnętrznego obserwatora np. medytacją.

Powrót to ostatni etap. Łatwy dla mężczyzn, trudny dla kobiet, bo społeczność nie chce nas przyjąć, gdy jesteśmy silne i wolne. To, co przynosimy, jest odrzucane.
Niestety, tak się dzieje. Pewnie dlatego kobiety z takiej podróży nie wracają do rodzinnej, starej „wioski”. Znajdują jakieś enklawy i tworzą własne przyjazne im społeczności. Gromadzą wokół siebie ludzi, którzy podobnie myślą i mają podobne aspiracje. To dobrze. Gdy za jakiś czas takie wspólnoty obejmą około 10 proc. ludzi, utworzy się masa krytyczna, która może zmienić świadomość całej populacji. Na razie autonomiczna, dojrzała, wolna od wewnętrznych ograniczeń kobieta, a także mężczyzna, to rzadkie zjawisko.

Kto może być partnerem tej nowej kobiety?
Tylko ten, kto przeszedł podobną drogę. Gdy odzyska się prawdziwą świadomość, trudno być z tym, kto jej nawet nie przeczuwa i inaczej patrzy na świat. Jako że podróż do pełnej świadomości prowadzi różnymi drogami, lecz zawsze na ten sam szczyt, więc kobieta i mężczyzna mogą się tam wreszcie prawdziwie spotkać. Wtedy jednak – paradoksalnie – tworzenie związku nie jest już dla nich najważniejsze. Obie strony wiedzą, że drugi człowiek nie jest w stanie ich uszczęśliwić ani unieszczęśliwić. I dzięki temu właśnie związki te są na ogół trwałe, pogodne i szczęśliwe.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Potrzeby innych są ważniejsze? Bądź dobra także dla siebie

Kochanie siebie to proces, zmiana świadomości, nawykowego myślenia i postrzegania świata. (Fot. iStock)
Kochanie siebie to proces, zmiana świadomości, nawykowego myślenia i postrzegania świata. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jesteś miła, choć zalewa cię złość? Rezygnujesz z własnego komfortu dla czyjejś wygody? Machasz ręką, bo nie chcesz kłopotów? Jeśli tak, to ten tekst jest dla ciebie.

W życiu rzadko sprawdza się reguła z bajek, że za dobro spotyka nas nagroda. To nie oznacza od razu, że powinnaś stać się wyrachowana i zła – nadal bądź dobra, ale najpierw dla siebie. Jeśli potrzeby innych są dla ciebie ważniejsze, pora to zmienić.

W poszukiwaniu akceptacji

To w dużej części kwestia kulturowa – ciekawy, ale i drażliwy temat w dobie aktualnej dyskusji o tym, czym jest gender. Choć kochany chce być każdy, to kobiety zabiegają o to bardziej niż mężczyźni. Mają mniej pewności siebie i postawę bardziej altruistyczną – w końcu jako potencjalne przyszłe matki jesteśmy szkolone od dziecka, by opiekować się innymi. Badania przeprowadzone w 13 krajach dowodzą, że Polki i Japonki oceniają się najsurowiej. Często umniejszamy własną wartość, „nie pchamy się na afisz”, nie doceniamy się – nic dziwnego, że za krztynę zachwytu gotowe jesteśmy oddać pół królestwa.

Nieobdarzanie siebie uwagą, czułością i troską może wynikać też z głęboko zakorzenionego przekonania, że na to nie zasługujemy, że inni i ich oczekiwania są ważniejsze. Potrzeba bycia w grupie, a więc akceptacji, jest jedną z najważniejszych ludzkich potrzeb. Nikt nie chce żyć na marginesie, bo przynależność do grupy daje poczucie bezpieczeństwa. Dlatego gotowi jesteśmy pomniejszać swoje sukcesy, nie doceniamy tego, co już osiągnęliśmy, za to z łatwością dostrzegamy zasługi innych. Bywa, że bezpodstawnie, byle się przypodobać i należeć do „stada”.

Sucha studnia

Jest takie powiedzenie, że ze suchej studni nikt nie ugasi pragnienia. Jeśli chcesz poświęcać czas i uwagę innym – super. Jeżeli przynosi ci to radość i spełnienie – jeszcze lepiej. Ale pamiętaj, że aby napoić innych, sama musisz być napełniona. Dlatego więc przede wszystkim trzeba zadbać o realizację własnych potrzeb. Spychane na bok po to, aby zadowolić innych, ujawnią się jako frustracja, rozczarowanie, poczucie krzywdy, na dłuższą metę „zmarnowane życie”. Tylko mając poczucie pełni, możemy dzielić się z innymi swoimi darami. Nie oczekując nic w zamian. Bo jeśli wszystko mam, to niczego mi nie brak. Także niczyjego uznania (choć jest ono oczywiście miłe, i jeśli je dostaniemy, to przyjmiemy je z radością i wdzięcznością). Dobrze jest się dzielić, bo tak chcemy, być zaangażowanym w pracę, bo to nas rozwija i służy dobru innych, a nie dlatego, że musimy, nie po to, by wypełnić cudze oczekiwania (jako „dobra żona”, „dobra matka” czy „dobry chrześcijanin”). W przeciwnym razie, gdy nie dostaniemy nic w zamian, poczujemy się skrzywdzeni.

Sprawdź, jak się postrzegasz

Jak zapełniać tę studnię, by móc potem z niej czerpać? Nie światem zewnętrznym, nie innymi ludźmi, ale realizując własne marzenia (cele – jeśli wolisz) i dbając o siebie. Dopiero wtedy możesz napoić innych.

Ćwiczenie: Jaka jestem

Gdy poszłam wiele lat temu na szkolenie samoobrony dla kobiet WenDo, dostałyśmy polecenie, by z liter, które składają się na nasze imię i nazwisko, ułożyć krzyżówkę z samymi pozytywnymi przymiotnikami na swój temat – „R” jak radosna, „T” jak troskliwa itd. Ty też tak zrób – weź kartkę i długopis, nastaw stoper na 10 minut i pisz. Jeśli twoje imię i nazwisko składa się z 16 liter, przymiotników musi być 16, jeśli z 10, to 10. Może być więcej, ale nie mniej. Litery imienia i nazwiska mogą znajdować się w dowolnym miejscu każdego przymiotnika – na początku, na końcu lub w środku.

Na przykład:

Napisałaś? Czy przez 10 minut udało ci się zebrać pozytywne cechy samej siebie, z którymi się zgadzasz, ze wszystkich liter swojego imienia i nazwiska? Przyszło ci to łatwo czy z trudem? Mogłabyś na głos, przed audytorium, przeczytać je o sobie z pełnym przekonaniem? Nie wstydząc się? Nie uznając, że nie wypada tak się chwalić? Proszę, przeczytaj.

Przyznam się bez bicia, że dziś robię to błyskawicznie i bez wahania, mam dla siebie uznanie na wielu obszarach i myślę o sobie dobrze (co nie znaczy, że pozbyłam się wszystkich mankamentów albo że nie jestem ich świadoma). Ale wówczas, parę lat temu, z moich 16 liter byłam w stanie stworzyć tylko siedem pozytywnych opinii na swój temat. Dużo łatwiej było mi wtedy wypisać, jak jestem niedoskonała. Wówczas w moich oczach wszyscy inni wydawali się ciekawsi, lepsi, bardziej interesujący ode mnie. Cóż to była za łaska, móc przebywać z nimi. Czerpać od nich, grzać się w ich blasku.

– Wszyscy mamy potrzebę miłości i akceptacji ze strony innych ludzi, ale nie potrafimy zaakceptować i pokochać samych siebie – mówi Don Miguel Ruiz w książce „Cztery umowy”. – Im bardziej się kochamy, tym mniej się nad sobą znęcamy.

Pamiętaj, że obraz samej siebie, który wynika dziś z tej krzyżówki, to nie jest prawda obiektywna. To sposób myślenia o sobie samej na ten moment. Jeśli trudno ci było powiedzieć o sobie coś dobrego, to następnym razem na pewno będzie dużo łatwiej. Powtarzaj to ćwiczenie co jakiś czas, gdy już poczujesz się ze sobą lepiej.

Zauważ, czego brak ci do szczęścia

By wiedzieć, czego ci brakuje, sprawdź najpierw, w jakich obszarach masz największe deficyty – to ci pomoże zobaczyć, w jakim miejscu dziś jesteś, co realizujesz, a co wymaga dopełnienia, byś sama ze sobą czuła się lepiej i miała większy stopień satysfakcji z własnego życia.

Ćwiczenie na poziom satysfakcji życiowej

Wypisz na kartce to, co jest dla ciebie w życiu najważniejsze – osiem obszarów. Narysuj koło i podziel je na osiem równych części, a następnie wpisz obszary w koło – w każdej z ośmiu części jeden obszar, np. życie zawodowe, życie uczuciowe, relacje z innymi, zdrowie, finanse, rozwój osobisty itd., słowem wszystko to, co jest dla ciebie ważne. Następnie określ, w skali od 1 do 10, w jakim stopniu jesteś zadowolona z tego obszaru. Sprawdź, co najbardziej wymaga rozwoju, o co w pierwszej kolejności dobrze byłoby zadbać.

Możesz też, jeśli wolisz, rozrysować te obszary w słupkach i ustawić według wartości procentowej – od tego, który przynosi ci najwięcej satysfakcji, do tego, o który zadbałaś dotąd najmniej. Pomyśl, czy jesteś zadowolona z poziomu realizacji twoich życiowych ważnych obszarów. Jeśli tak – to gratuluję, możesz – jeśli tylko chcesz – wyznaczyć sobie nowe cele lub dzielić się tym, co masz, z innymi.

Jeśli któryś z obszarów wydaje ci się mocno zaniedbany, pomyśl, co powinnaś zrobić, by te deficyty uzupełnić i żyć w lepszej równowadze. Pamiętaj, by nie pozostać na zbyt ogólnym poziomie, więc jeżeli uznasz, że nie jesteś zadowolona z jakiegoś obszaru, np. finansowego albo dotyczącego relacji z innymi, to na oddzielnej kartce wypisz konkretnie, co chcesz osiągnąć, i zrób plan, z terminarzem – czyli określ w czasie, co zrobisz i do kiedy, by to poprawić.

To ćwiczenie da ci, oprócz wglądu w to, w jakim miejscu jesteś dzisiaj, także świadomość wpływu na swoje życie. Bo to od ciebie zależy, który obszar może dać ci w przyszłości poczucie większego zadowolenia. Zastanów się też: „skoro ten obszar jest dla mnie ważny, a tak mało jestem z niego zadowolona, to co mnie blokuje, że dotąd nie rozwijałam go w satysfakcjonujący dla mnie sposób?”. Może jesteś nie dość asertywna? Może brakuje ci odwagi, by podjąć poważną decyzję i odkładasz ją na nieokreśloną bliżej przyszłość? Może boisz się, że coś innego przez to stracisz? Pamiętaj, to, co cię zatrzymuje, nie pozwoli ci pójść naprzód. Cudowne rozwiązania same się nie znajdą – podejmij decyzję, co naprawdę jest dla ciebie ważne, i zajmij się tym już teraz. Powtórz za pół roku to ćwiczenie (wpisz od razu do kalendarza termin, żeby nie zapomnieć) i porównaj oba wykresy – sprawdzisz w ten sposób, czy realnie masz wpływ na satysfakcję ze swego życia. I zapełnianie swojej studni.

Siej, a plony wzejdą

Świadomość własnego bogactwa, budowanie na zasobach, a nie deficytach, jest bardzo wzmacniająca – nie chodzi o to, by oderwać się od innych, nie potrzebować ich – przeciwnie. Bądźmy z innymi, ale z innych powodów i z innego poziomu. Nie żeby otrzymywać od nich akceptację i miłość, która nas wypełni i sprawi, że poczujemy się lepiej, ale z poziomu bogactw, którymi same dysponujemy, by się nimi wymieniać, obdarowywać nawzajem, dzielić. Kochajmy innych, ale najpierw siebie.

Jeśli kochamy siebie, nawet jeżeli inni nie odwzajemnią naszych darów, nic nam nie ubędzie, ponieważ nie robimy tego z zamiarem, żeby dostać coś w zamian – bo wszystko, czego pragniemy – już mamy. Inni nie muszą wypełniać nam już pustki w sercu, bo sami sobie to zapewniamy.

Kochanie siebie to proces, zmiana świadomości, nawykowego myślenia i postrzegania świata, ale to droga, na którą warto wejść, by wieść szczęśliwe, dobre, satysfakcjonujące życie. I zdrowe, bo jak dowiedziono, to, jak o sobie myślimy, wpływa na nasze samopoczucie, a samopoczucie na odporność organizmu. Dbanie i troska o siebie mają zbawienny wpływ nie tylko na to, co i jak o sobie myślimy, ale też jak się czujemy.

Jak zacząć? Sondra Ray, autorka wielu książek poświęconych rozwojowi osobistemu, miłości i samoakceptacji, proponuje: „Chwalić siebie i werbalnie wyrażać dla siebie uznanie, akceptować wszystkie swoje działania, mieć zaufanie do swoich możliwości, sprawiać sobie przyjemność bez poczucia winy. Kochać siebie to kochać swoje ciało i zachwycać się swoim pięknem, to dawać sobie to, czego pragniesz, z poczuciem, że na to zasługujesz. Kochać siebie to pozwalać sobie na wygrywanie, to dopuszczać do siebie innych, zamiast godzić się na samotność. Kochać siebie to kierować się własną intuicją, to odpowiedzialnie tworzyć swoje własne zasady. Dostrzegać własną doskonałość, sobie przypisywać zasługi za to, co się zrobiło. To nagradzać się i nigdy się nie karcić. To mieć do siebie zaufanie, karmić się dobrym pożywieniem i dobrymi myślami. Otaczać się ludźmi, których obecność ci służy. Uważać siebie za równego innym. Wybaczać sobie. Pozwalać na czułość. Być dla siebie autorytetem, zamiast cedować to na kogo innego. Rozwijać swoje twórcze impulsy”.

Uwolnij i wypuść

Za cokolwiek jesteś na siebie zła – za nietrafione decyzje, niesprawiedliwe traktowanie innych, brzydkie uczynki, cokolwiek sobie wyrzucasz – pomyśl, że to się wydarzyło, bo miałaś inną wiedzę na temat siebie i świata, że byłaś w innym miejscu, innym czasie, mniej świadoma. Dziś jesteś kimś innym – wzrastasz, tamtej ciebie już nie ma. Uwolnij tę dziewczynę i wypuść na wolność, a ty idź dalej już sama.

Ludzi, których po drodze spotkasz, traktuj z życzliwością, ale nie większą niż siebie. Gdy będziesz pełna miłości i współczucia dla siebie, relacje z innymi same się ułożą. I skupiaj się na zasobach, nie deficytach – buduj na tym, co masz. Przede wszystkim jednak bądź dla siebie dobra. Od tego się wszystko zaczyna i na tym kończy. Wtedy świat otrzyma stosowny komunikat. Da ci ani mniej, ani więcej, niż ty sama sobie dajesz.

Zastosuj od zaraz:

  • Nie żyj życiem innych, tylko swoim.
  • Bądź łagodna, ale stanowcza.
  • Przyznawaj innym prawa takie jak sobie, a sobie takie jak innym – nie większe i nie mniejsze.
  • Kieruj się współczuciem, pomagaj innym, ale nie swoim kosztem.
  • Angażuj się w to, w co wierzysz.
  • Pamiętaj, że nic nie musisz, wszystko możesz.
  • Doceniaj siebie.

  1. Psychologia

Nie wszystkim podoba się to, jak żyjesz? I dobrze! Na czym polega zdrowa niezależność?

Gdy nasza samoocena jest adekwatna, zazwyczaj dobrze radzimy sobie z wpływami z zewnątrz. (Fot. iStock)
Gdy nasza samoocena jest adekwatna, zazwyczaj dobrze radzimy sobie z wpływami z zewnątrz. (Fot. iStock)
Odrzucenie boli, bo zmusza do uznania trudnej prawdy, że nie wszystkim będziemy się podobać. I dobrze! Najważniejsze, byśmy podobali się sobie. Coach Joanna Godecka radzi, by postawić na indywidualizm, nie tracąc dobrych relacji.

Wszyscy chcemy kochać i być kochani. Gdzieś przynależeć, mieć miejsca, które możemy nazwać „swoimi”. Słyszeć słowa uznania, czuć, że są ludzie, którzy o nas ciepło myślą, którzy chcą z nami spędzać czas. Brak akceptacji i odrzucenie społeczne to najdotkliwsze ciosy w poczucie własnej wartości. Okazuje się nawet, że towarzyszące im cierpienie emocjonalne wykazuje silne podobieństwo do bólu fizycznego. Ale nie da się uciec od oceny innych, także negatywnej, której konsekwencją może być odrzucenie.

Czasem uruchamiamy procesy obronne, które mają prowadzić do tego, by wszyscy nas lubili – dajemy przesadnie uwagę, troskę, zainteresowanie, ale też rzeczy materialne. Jakbyśmy bali się, że kiedy przyjdziemy do kogoś z pustymi rękami czy nie zrobimy tego, czego od nas oczekuje, nie zasłużymy na jego akceptację. Problem polega na tym, że nawet jeśli dajemy siebie, pozwalając się wykorzystywać i nadużywać, to i tak nie mamy gwarancji akceptacji. Gdzie zatem powinna przebiegać granica zdrowego kompromisu pomiędzy zaspokojeniem oczekiwań otoczenia a naszym prawem do bycia sobą? Jak zadbać o to, by zdrowo funkcjonować wśród ludzi, nie tracąc poczucia, że życie należy do nas?

Ja też chcę przynależeć

Osobom, które niechętnie wracają wspomnieniami do okresu szkolnego, zwykle przydarzyło się poznać smak odrzucenia lub chociażby bycia ignorowanym. Powodów mogło być wiele – okulary, nadwaga, rude włosy, najlepsze oceny. I to zwykle tym ludziom najtrudniej jest ustalić zdrową funkcjonalną granicę. Skłaniają się w stronę postawy konformistycznej, polegającej na dostosowaniu się do innych, lub odwrotnie, izolują się i zwiększają dystans.

Jedną z osób, z którymi zdarzyło mi się pracować nad zmianą podejścia do relacji z zespołem, jest Beata – 37-letnia kierowniczka oddziału w pewnej firmie. Oto, jak opisała swoją sytuację: „Ciągle doświadczam uczucia bycia poza grupą. Na ogół staram się nie wyróżniać, tłumaczę sobie, że dostosowanie nie jest problemem. Mimo że jestem szefową, unikam wyrażania swojego zdania, aby nikogo nie prowokować. Ale i tak nie doświadczam przez to integracji z kolegami i podwładnymi. Zastanawiam się często, co o mnie myślą. Łapię się na tym, że każda uwaga dotyka mnie i boli. To wszystko chyba dlatego, że w szkole nie byłam atrakcyjna towarzysko i nie miałam nikogo poza jedną koleżanką, zresztą równie mało przebojową jak ja. Kiedy zdarza mi się odnieść jakiś sukces, czuję się bardziej wyobcowana i mam wrażenie, że nikt się z niego nie cieszy. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje kompetencje kierownicze są dyskutowane, nie wiem, czy nadal będę kierować zespołem. To byłaby wielka porażka, gdyby przesunięto mnie na inne stanowisko”.

Spirala w górę, spirala w dół

Tym, co najmocniej sprzyja zachowaniu równowagi w relacjach, jest rozwijanie w sobie poczucia własnej wartości. Gdy nasza samoocena jest adekwatna, zazwyczaj dobrze radzimy sobie z wpływami z zewnątrz. Bierzemy pod uwagę opinie otoczenia, o ile są dla nas konstruktywne, reagujemy na krytykę, rozważając jej zasadność, angażujemy się we wspólne działania, gdy je akceptujemy. Potrafimy też nie uginać się pod presją, jeśli czujemy, że nasze „ja” jest zagrożone. Każde wydarzenie, które dowodzi umiejętności zachowania równowagi, sprawia, że spirala idzie w górę. Z kolei obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Im większej sprawności nabywamy w zaprzeczaniu sobie, tym szybciej uzależniamy się od otoczenia. I spirala idzie w dół. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

Człowiek, istota społeczna

Jak pisze psychiatra Christophe André w książce „Niedoskonali, wolni, szczęśliwi”: „Nie istnieje dobre poczucie własnej wartości bez innych. Ale niemożliwe jest również dobre poczucie własnej wartości zbudowane przeciwko innym czy na plecach innych”. Nie możemy żyć obok ludzi, walczyć z całym światem czy być skłóconymi z najbliższymi osobami – i na dłuższą metę czuć się dobrze. Zdrowa niezależność polega nie na odseparowaniu się, ale bardziej na znalezieniu swojego miejsca wśród innych. Zawodowo i prywatnie.

André porównuje życie do przyjęcia, na którym można zaobserwować różne typy gości. Ci o niskim poczuciu własnej wartości trzymają się na uboczu, czekając, aż inni do nich podejdą i zrobią im miejsce. Osoby o wysokim poczuciu własnej wartości zagarniają przestrzeń dla siebie. Natomiast osoby o dobrym poczuciu własnej wartości podchodzą do wszystkich grup na przyjęciu, zabierają głos, lecz i słuchają. Zapominają o sobie, zanurzając się w atmosferze, spotkaniu, kontaktach. Ale to zapomnienie nie jest nieobecnością – przeciwnie, cudownym poczuciem bycia integralną częścią świata.

Jak budować zdrową niezależność? 7 porad

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:

Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)? Co o tym sądzę? Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu? Czego najbardziej się boję? To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.