1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wystartował bezpłatny cykl warsztatów online wspierający odporność psychiczną

Wystartował bezpłatny cykl warsztatów online wspierający odporność psychiczną

Przy takich chorobach jak nowotwór psychika również potrzebuje profesjonalnego wsparcia. (fot. iStock)
Przy takich chorobach jak nowotwór psychika również potrzebuje profesjonalnego wsparcia. (fot. iStock)
Chorzy na raka mierzą się nie tylko z długo trwającą i często bolesną terapią, muszą też stawić czoła lękom, rozpaczy, wątpliwościom, czy uda im się wyzdrowieć. Chorobę interpretują jako wyrok. Dla ich bliskich jest to również bardzo trudny emocjonalnie czas.

Diagnoza jest dla większości pacjentów tak dużym stresem, że często utrudnia im normalne funkcjonowanie. Niektórzy zaczynają wątpić w sens życia i tracą wiarę, że terapia przyniesie pozytywne skutki. Strach przenosi się na całą rodzinę. Dlatego właśnie, w tych ciężkich chwilach, warto korzystać z pomocy psychologa i wsparcia innych specjalistów – wsparcia, które pomoże wyrwać się z natłoku czarnych myśli, wyciszyć emocje i obniżyć stres utrudniający leczenie.

„Zdrowiej” to cykl warsztatów online wspierających radzenie sobie ze stresem dla osób w trakcie leczenia onkologicznego i ich bliskich.

Celem cotygodniowych spotkań jest pomoc w złagodzeniu psychicznych i fizycznych objawów związanych z przebiegiem choroby nowotworowej. Jak podkreśla Elżbieta Kozik, prezes Ruchu Społecznego Polskie Amazonki: „Prowadzone przez nas spotkania online są źródłem inspiracji i wsparciem dla pacjentów i ich bliskich w całej Polsce, którzy czują silny stres i chcą lepiej sobie z tym stresem radzić. Obecna sytuacja może być szczególnie wymagająca dla osób w trakcie leczenia onkologicznego, które już wcześniej doświadczały przecież dużo stresu. Przekazujemy konkretną wiedzę i ćwiczenia, które praktycznie pokazują jak wzmacniać się na co dzień. Co tydzień zajmujemy się innym tematem, zapraszamy serdecznie”.

Specjaliści, którzy prowadzą warsztaty, opierają się na takich metodach jak mindfullness, czy coaching kryzysowy, który jest pomocny przy bardzo silnych emocjach, gdy chory przestaje radzić sobie z kryzysem.

- Mindfulness czyli metoda rozwijania uważności poprzez medytację od wielu lat praktykowana jest jako uzupełnienie leczenia szpitalnego i w wielu krajach jest refundowana przez system ochrony zdrowia. Badania naukowe pokazują, że praktyka uważności prowadzi do łagodzenia objawów, zarówno psychicznych i fizycznych związanych z leczeniem chorób onkologicznych, takich jak ból, stres, zmęczenie. Poprawia jakość życia, optymalizuje układ odpornościowy oraz poprawia nastrój” – mówi Magdalena Knefel, członek zarządu PARS Polskie Amazonki Ruch Społeczny oraz współprowadząca warsztaty.

Cykl warsztatów rozpoczął się 29 września. Udział w spotkaniach jest bezpłatny. Aby w nich uczestniczyć należy wypełnić formularz.

Program kolejnych spotkań:

  • 6.10. - jak radzić sobie z emocjami i oswajać te, które są nieprzyjemne?
  • 13.10. – jak radzić sobie z myślami, kształtować wspierające przekonania oraz znaleźć sposób na zamartwianie?
  • 20.10. - jak pomagać sobie kiedy dopada kryzys?
  • 27.10.- jak radzić sobie ze stresem?
  • 3.11. – jak skutecznie komunikować się z bliskimi?
  • 10.11.- jak wspierać i uzyskać wsparcie, którego potrzebujesz?
  • 17.11. – jak zaprosić do życia więcej wdzięczności i przyjemności?

Więcej informacji na stronie www.ruchspoleczny.org.pl

Polskie Amazonki Ruch Społeczny to organizacja pożytku publicznego, której celem jest wywarcie pozytywnego wpływu na standard diagnostyki, leczenia i rehabilitacji wszystkich rodzajów nowotworów. Stowarzyszenie inicjuje i wspiera akcje profilaktyczne i edukacyjne związane z rakiem piersi, tarczycy, płuc, skóry, jajnika, wątroby oraz nerek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

W poszukiwaniu równowagi. Jakie powinny być związki, żeby miały szansę przetrwać?

John Gray, autor książki „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”, twierdzi, że współcześnie kobiety w większym stopniu przejawiają swój męski aspekt, a w odpowiedzi na to mężczyźni coraz śmielej ujawniają kobiecy. (Fot. iStock)
John Gray, autor książki „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”, twierdzi, że współcześnie kobiety w większym stopniu przejawiają swój męski aspekt, a w odpowiedzi na to mężczyźni coraz śmielej ujawniają kobiecy. (Fot. iStock)
Mamy już to, o co się biłyśmy: równouprawnienie, niezależność, partnerstwo. Osiągamy sukcesy zawodowe, realizujemy siebie, wybieramy, jak chcemy żyć. Czy to przekłada się na szczęście i trwałość związków? Okazuje się, że niekoniecznie.

Można by westchnąć z ulgą: nareszcie współczesne młode kobiety potrafią realizować swoje ambicje zawodowe, wspólnie z partnerem podejmować decyzje, czy i kiedy chcą mieć dzieci, kto i jak długo zostaje z nimi w domu.

Można by, gdyby nie kryzys małżeństwa, i to na całym świecie. Nawet w Norwegii, kraju szczycącym się dbałością o równouprawnienie we wszystkich sferach życia, gdzie niestosowne jest choćby sugerowanie, że kobieta i mężczyzna są różni. Mimo to właśnie tam odnotowuje się duży odsetek rozwodów, coraz mniej też ludzi decyduje się na małżeństwa.

Dlaczego zatem jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

O jeden krok za daleko

John Gray, autor popularnej książki „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”, twierdzi, że jedną z głównych przyczyn problemów w związkach jest rozmycie się linii podziału między płciami. W najnowszej książce „Marsjanie i Wenusjanki. Nowe wyzwania” zauważa, że dawniej tkwiliśmy na jednym biegunie: mężczyźni tłumili swoją kobiecą stronę, a kobiety męską, choć wiadomo, że wszyscy mamy obie. Teraz, kiedy każda z płci odzyskała dostęp do swej kobiecości i męskości, wiele osób przeszło na drugi, skrajny biegun – kobiety w większym stopniu przejawiają swój męski aspekt, a w odpowiedzi na to mężczyźni coraz śmielej ujawniają kobiecy. To przyniosło bardzo dużo dobrych skutków, jak choćby większą swobodę bycia sobą czy dzielenie się domowymi obowiązkami. Ale wzrostu liczby trwałych i szczęśliwych związków ta zmiana nie przyniosła.

Na czym polega paradoks? Zdaniem Graya między innymi na tym, że dzisiaj ignoruje się różnice między płciami. A one są, i to na podstawowym, biologicznym (w tym hormonalnym) poziomie.

Gray mówi tak: Większość współczesnych kobiet przejawia w pracy swoją męską stronę. I nic w tym złego. Ale po powrocie do domu są tak zmęczone, że nie mają siły i ochoty na dbanie o stronę kobiecą. Na terapii przyznają, że nauczyły się, jak być asertywne, pewne siebie, jak tłumić emocje, podejmować decyzje. I przez pewien czas odczuwają z tego powodu dumę. W którymś momencie zaczynają jednak czuć, że płacą za to wysoką cenę: są zestresowane, cierpią na choroby psycho­somatyczne, depresję. Bo widzą, że choć to wszystko osiągnęły, choć czasem to one głównie utrzymują rodzinę, nie są szczęśliwe, tracą kontakt z dziećmi, oddalają się od męża.

Gray tłumaczy, dlaczego tak się dzieje. Otóż dlatego, że kobieta, odwołując się do swojej męskości w pracy i w domu, zwiększa poziom testosteronu w organizmie. Okazuje się bowiem, że poziom hormonów żeńskich i męskich zależy także od tego, co i jak robimy. Kobieta pracująca w sposób stereotypowo męski, czyli twardy, bezkompromisowy, funduje sobie wzrost testosteronu, co upodabnia ją pod względem hormonalnym do mężczyzny. Z kolei mężczyzna przejmujący rolę stereotypowo kobiecą (opieka nad dziećmi) pobudza wzrost progesteronu. A chodzi o to, żeby kobiety i mężczyźni zadbali o zachowanie równowagi między tym, co w nich kobiece i męskie. A u każdego z nich ta równowaga jest inna. Mężczyzna realizujący swoją kobiecą stronę nadal pozostaje mężczyzną i bardzo różni się od kobiety realizującej swoją męską stronę. Kiedy zapominamy o tych różnicach, twierdzi Gray, trudniej nam uświadomić sobie, że potrzebujemy specyficznego i odmiennego wsparcia emocjonalnego. Efekt? Żadna z płci nie otrzymuje tego, czego oczekuje.

Jak Adam Ewie, tak Ewa Adamowi

Jakie zatem powinny być według Graya związki, żeby miały szansę  przetrwać? Po pierwsze, partnerzy powinni nie tylko dopuszczać do głosu obie strony swojej natury, ale także je równoważyć. Po drugie – muszą akceptować swoją odmienność i wiedzieć, jak się nawzajem wspierać emocjonalnie. Oni muszą wiedzieć, że kobiety robiące kariery potrzebują progesteronowego zastrzyku: okazywania im miłości, czułości, przytulania, komplementowania, zapewnienia wypoczynku. Natomiast kobiety, które wybrały opiekę nad dziećmi i prowadzenie domu, potrzebują zachęty do podejmowania wyzwań poza domem, na przykład studiowania, robienia prawa jazdy (zastrzyku testosteronowego). To pozwoli im odzyskać harmonię hormonalną i złagodzić stres wynikający z dotychczasowego braku równowagi.

Kobiety z kolei powinny wiedzieć, że mężczyzna zajmujący się domem i dziećmi, czyli odwołujący się do swoich kobiecych cech i kompetencji, potrzebuje uznania, zauważenia swoich starań, docenienia osiągnięć, bo gdy to wszystko otrzymuje, wzrasta poziom testosteronu w jego organizmie. A jeśli robi karierę, to dobrze, by w domu zajmował się dziećmi, wyciszał się, bo dzięki temu podwyższy poziom progesteronu. Chodzi o to, żeby mężczyźni tak jak kobiety równoważyli swoją męską i kobiecą stronę.

Jak donosi Gray, nowe odkrycia dotyczące różnic między płciami (w tym hormonalnych) pokazują, że jeśli kobieta chce sprawić, żeby mężczyzna się otworzył, musi go akceptować i doceniać. A jeśli mężczyźnie zależy na otwarciu się kobiety, powinien słuchać tego, co ona mówi, i okazywać jej zrozumienie. Bo kiedy obdarzamy partnera miłością, jakiej naprawdę potrzebuje, otrzymujemy w zamian to samo.

Można się z Grayem nie zgadzać, ale jego postulaty warte są zastanowienia. Bo o ile dotąd nadrabialiśmy zaniedbania w myśleniu o sobie, to teraz powinniśmy zrobić krok dalej i zadbać o potrzeby partnera. Emocjonalne, bo o te materialne na ogół potrafi zadbać sam.

  1. Zdrowie

Jak być blisko w chorobie

Szacuje się, że domowi opiekunowie stanowią 2-milionową grupę osób w Polsce. Bardzo często w sytuacji opiekuna stają z dnia na dzień, kiedy bliskiego trzeba zabrać ze szpitala. (Fot. iStock)
Szacuje się, że domowi opiekunowie stanowią 2-milionową grupę osób w Polsce. Bardzo często w sytuacji opiekuna stają z dnia na dzień, kiedy bliskiego trzeba zabrać ze szpitala. (Fot. iStock)
Opieka nad osobą obłożnie chorą nigdy nie jest łatwa. Nawet jeśli ta osoba to najbliższy nam człowiek, mogą pojawić się w nas żal, frustracja, nawet złość. Trzeba dać sobie prawo do tych emocji. Rozmowa z Teresą Piesik, psycholog, psychoonkolog, od lat związaną z Puckim Hospicjum św. Ojca Pio, gdzie pracuje z pacjentami oraz ich rodzinami, prowadzi też grupę wsparcia dla osób w żałobie, jest ekspertem na portalu bliskochorego.pl.

Opieka nad osobą obłożnie chorą nigdy nie jest łatwa. Nawet jeśli ta osoba to najbliższy nam człowiek, mogą pojawić się w nas żal, frustracja, nawet złość. Trzeba dać sobie prawo do tych emocji. – Przychodzi dzień, kiedy lekarz w szpitalu mówi: „Niestety, teraz musi już pani zabrać mamę do siebie, ona nie może być sama”. I to zawsze jest zaskoczenie. Wszystko widzimy jako jeden wielki kłąb problemów, bez początku i bez końca. Słowa: „wszystko będzie dobrze” ani na chorego, ani na opiekuna wcale dobrze nie działają. Potrzebny będzie ktoś, kto usłyszy, że właśnie nie jest dobrze, że jest trudno, że jest lęk mówi Teresa Piesik, psycholog, psychoonkolog, od lat związana z Puckim Hospicjum św. Ojca Pio, gdzie pracuje z pacjentami oraz ich rodzinami, prowadzi też grupę wsparcia dla osób w żałobie, jest ekspertem na portalu bliskochorego.pl.

Wasz portal nosi nazwę „Blisko chorego”. Większość chorych chciałaby w chorobie być właśnie blisko. W domu. Z rodziną. Ja bym tego tak jednoznacznie nie powiedziała. Bo to zależy od wielu rzeczy. Od warunków, od tego, jakie są relacje w rodzinie. Czasami w życiu się różnie układało, a choroba powoduje, że chorzy stają się zależni od opiekunów. Czasem wolą więc profesjonalną opiekę w hospicjum. Czasem relacje były dobre, ale osoby chore zdają sobie sprawę z tego, jak dużym są dla bliskich obciążeniem, wolą więc ośrodek. Bywa zresztą, że tam czują się bezpieczniej.

Jest różnie, ale dane mówią: 62 procent chorych deklaruje, że chce być w domu. Medycyna idzie do przodu, życie się wydłuża, nie mówimy więc wyłącznie o terminalnie chorych, ale też o ludziach starszych, którzy nie mogą już mieszkać sami. Jaka powinna być ta opieka? Znowu jak wszystko w medycynie i psychologii jest relatywne, bo dotyczy konkretnej osoby i konkretnej sytuacji. Nasz portal powstał po to, żeby pomóc obu stronom. Kiedy zaczynamy się opiekować chorym w domu, niezależnie od tego, czy choroba była przewlekła i wiedzieliśmy, że tak się to skończy, czy bliski uległ wypadkowi  – to zawsze jest nagle. Przychodzi dzień, kiedy lekarz w szpitalu mówi: niestety, teraz musi już pani zabrać mamę do siebie, ona nie może być sama. I to zawsze jest zaskoczenie. Stajemy wtedy przed wieloma problemami naraz. Chory może nie chcieć mieszkać z nami. Może nie być do tego warunków. My mamy swoją rodzinę, często małe dzieci, pracę, obowiązki. To jeden aspekt. Drugi – jak zorganizować pomoc technicznie. Często potrzebny jest specjalistyczny sprzęt, lóżko, materac antyodleżynowy itd. – skąd to wziąć? Kupić? Pożyczyć? Nie wiemy, jak to się robi. A jutro trzeba iść do pracy, życie toczy się dalej.

Na portalu mamy trzy obszary. Sprawy administracyjne, techniczne, jak sprzęt, organizacja. Potem część medyczna – począwszy od tego, jak sprzęt dopasować, kto może pomóc, rady, czy pewne rzeczy pielęgnacyjne możemy robić sami (i jak – np. jak chorego leżącego umyć), w jakich potrzebna będzie pomoc pielęgniarki czy lekarza. I wreszcie cały obszar emocjonalny, wiemy już dziś, jak to jest ważne.

Często nawet jeśli mamy pieniądze i możemy wszystko sprawnie zorganizować, pozostaje właśnie cała przestrzeń emocji. Po obu stronach. Boimy się tego, czego nie znamy. A tu nie wiemy, jak będzie wyglądał następny dzień. Pojawiają się pytania: czy możemy wziąć wolne, czy dzieci sobie same poradzą itd. I w zależności od tego, jakie mamy relacje z chorym, pojawiają się uczucia takie jak żal, złość, pytanie, dlaczego teraz ja mam postawić całe swoje życie na głowie. Opiekun jest między swoimi emocjami, emocjami chorego, ale i wymaganiami swojej rodziny. Osoby ze służby zdrowia czy pomocy społecznej widzą tylko fragment. I mówią: musi pani wziąć mamę do siebie. Uważają, że to oczywiste: kto ma to zrobić, jak nie córka? Ale już nie widzą, że ona nie ma jak, że nie ma warunków, że jest przerażona…

Opowiada pani moją historię. I swoją własną. I historię wielu z nas. A bywa też, że ta córka jest na drugim końcu kraju. Albo wręcz za granicą. Bierze wolne na tydzień, myśli: ogarnę i wrócę. A tu się okazuje, że się tak nie da. Że mama nie wydobrzeje, że trzeba podjąć trudne decyzje.

No i jest chory. On też ma swoją sytuację, swoją perspektywę. Proszę sobie wyobrazić, że był samodzielną, niezależną osobą. I na tej samodzielności i niezależności budował poczucie własnej wartości. Tymczasem nagle okazuje się, że nie jest w stanie sam się umyć, zjeść… I choć wiele zależy od tego, jakie były wcześniej relacje w rodzinie, to i tak, nawet jeśli były świetne, zawsze adaptacja do takiej sytuacji jest szokiem. I musi potrwać. A jeśli relacje nie były dobre, jest tym trudniej. Obu stronom.

Co my, opiekunowie, możemy zrobić, żeby pomóc i nie zwariować? Trzeba spróbować popatrzeć na sytuację w miarę obiektywnie. Bo jeśli sami jesteśmy w stanie szoku, wszystko widzimy jako jeden wielki kłąb problemów, bez początku i bez końca. Warto wtedy poszukać wsparcia osoby, do której mamy zaufanie, która ma na nas dobry wpływ. Która pomoże do sprawy podejść racjonalnie i znajdzie z nami początek tej nitki, podzieli problemy na tematy do załatwienia. Ważne jest ustalić, jak zrobić pierwsze kroki. Np. kto ma wziąć wolne na pierwsze dni, skąd pożyczyć czy kupić niezbędny sprzęt. Zacząć nadawać temu konkretne kierunki, podzielić ten nieznany obszar na etapy. Dobrze poszukać kogoś, kto ma podobne doświadczenie. Bo słowa: „wszystko będzie dobrze” ani na chorego, ani na opiekuna wcale dobrze nie działają. Potrzebny będzie ktoś, kto usłyszy, że właśnie nie jest dobrze, że jest trudno, że jest lęk. Żeby opiekun miał poczucie, że to, że nie panuje nad sytuacją, że ma poczucie braku kontroli nad życiem – to normalne. Dopóki on sam nie stanie na nogach, nie stanie się wsparciem dla chorego. Trzeba dać sobie prawo do tych emocji. Czasem dołącza się złość, także na chorego, że nie wspólpracuje, że nie ułatwia, potem męczy poczucie winy – przecież to tylko chory, bezradny człowiek, jak ja mogę, co ze mnie za córka, do tego często widzą to nasze dzieci – jaki ja im przykład daję… To wszystko jest naturalne. Trzeba to przyjąć i się nie obwiniać.

Osoba chora często się zmienia, nie poznajemy już w niej naszej mamy czy taty, dochodzą procesy demencyjne, niezgoda na chorobę i – na przykład – na pampersy. Chory nie przyjmuje do wiadomości, że nie panuje nad potrzebami fizjologicznymi. Jak sobie z tym radzić? Kazać? Chce się powiedzieć: musisz. I łatwo wchodzimy w rolę matki naszej matki. Podkreślamy jej od nas zależność. Jak się zachować w takiej sytuacji? Rzeczywiście często u starszych osób do choroby przewlekłej dochodzą procesy demencyjne. Miałam taką sytuację z tatą. Leżał, od jakiegoś czasu potrzebował już pampersów. Kupiłam je, przyniosłam – on patrzy: „A co ty tu masz? Po co to? To chyba dla twojego męża, bo ja tego przecież nie potrzebuję”. Po latach się z tego śmialiśmy, ale w tamtej chwili nie było to zabawne. On po prostu nie był gotowy, żeby przyjąć to, co się z nim działo. Na pewno w takiej sytuacji trzeba próbować zmienić perspektywę. Popatrzeć na chorego jak na człowieka sprzed choroby. Który miał swoje życie, historie, pragnienia. I teraz znajduje się w sytuacji, w której jest mu po prostu wstyd. Czuje się bezsilny, nawet kiedy się buntuje, nie jest to przeważnie bunt przeciwko nam, tylko przeciwko tej sytuacji. Trzeba spróbować to rozdzielić. Przyjąć te jego emocje, powiedzieć: widzę, że to jest trudne. Można zapytać, co jest najtrudniejsze. Zrobić mu przestrzeń. Boimy się takich słów, bo wydaje nam się, że wtedy chory może się załamać. Tymczasem raczej nazwanie tego i wytrzymanie emocji spowoduje, że chory poczuje się przyjęty, zrozumiany. I może się okazać, że prawdziwym problemem jest samotność. On tęskni za ludźmi, ale się wstydzi, nie chce odwiedzin, bo siedzi w pampersach. Kiedy usłyszymy, jaki jest temat, możemy coś w tym kierunku organizować.

Jak zadbać o autonomię chorego? Trzeba popatrzeć na niego jak na człowieka sprzed choroby. I zrozumieć, że on może dalej podejmować samodzielnie decyzje. Nie mówię, że wszystkie, ale wiele tak. Pozwalajmy na to. Czy może raczej: wspierajmy go w tym. Jeśli nie chce widzieć gości, bo te pampersy nieszczęsne, nie zmuszajmy go w strachu, że jak będzie sam, to dostanie depresji. Ten wstyd to może być początkowy etap, potem to się zmieni. Może teraz musi mieć czas, żeby się uporać z tym problemem. Chory często się boi, co będzie dalej. Jeśli zadamy pytanie, co jest dla niego trudne, mogą się pojawić konkretne obawy. „Ty pojedziesz, zostanę sama, co zrobię, co to będzie, boję się”. Wtedy możemy pogadać, uspokoić, część obaw rozwiać, dać pewność, że nie będzie zostawiona sama sobie. Kiedy słuchamy, dostaniemy wskazówki. Podpowiedzi.

Często, wydaje mi się, przykładamy wielką wagę do odpowiedniej diety. Do tego, żeby chory pił. Wydaje nam się, że to niezwykle ważne. A on nie chce. Co robić? Trudno dorosłego człowieka zmuszać do jedzenia. To często pojawiający się temat. Podszyty lękiem. Jeśli nie będzie jadła czy piła, szybciej umrze. Jeśli nie zje, jak to będzie o mnie świadczyć jako o córce. Podpowiedź: popatrzmy na siebie. I pomyślmy, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Proszę sobie wyobrazić, że ma pani grypę żołądkową. Nie może pani jeść. Chciałaby pani, żeby wtedy ktoś na siłę panią karmił czy wolałaby, żeby posiedział i porozmawiał? Albo po prostu zostawił panią w spokoju?

Często widzimy w hospicjum, że w organizmie zachodzą pewne procesy chorobowe. Np. chory nie chce jeść ani pić, bo co zje, to zwraca. I na tym etapie wiele rodzin ma priorytet: jedzenie. Nakarmili, czyli zrobili coś konkretnego. Pomogli. I to ich samych uspokaja. Albo przychodzą do nas: mama nie zjadła, wszystko stoi. Tłumaczymy, że karmimy, ale pomimo tego, także pomimo podawania leków na apetyt, choroba postępuje. I karmienie na siłę spowoduje tylko wymioty, a i tak nic się nie przyjmie. Teraz ważniejsze, żeby posiedzieć, porozmawiać, wziąć za rękę. To jest sytuacja, która dotyczy obu stron. Może też być tak, że chory zje czy wypije, ale potrzebuje dostać informacje na temat stanu swojego zdrowia. Bo jak zje, to go gdzieś uciska i czuje, że jest gorzej. Wtedy potrzebna jest rozmowa z lekarzem, który wytłumaczy, skąd taki objaw. Bywa i tak, że trzeba zmienić postać pokarmu, na przykład zmiksować. Ale przede wszystkim musimy sami poradzić sobie z tym, że na pewnym etapie choroby jedzenie nie jest najważniejsze. I wtedy warto sobie powiedzieć, co jest najważniejsze. A już na pewno nie wolno mówić: „Jak będziesz jeść, będziesz zdrowy”. Bo to nie zawsze jest prawda. Właściwie na ogół nie jest.

A jak rozmawiać o chorobie? Jak otwarcie o tym mówić? Każda sytuacja jest inna. Chory ma prawo zarówno do wiedzy, jak i niewiedzy.

Może mieć świadomość, że choroba jest ciężka, że nie wyzdrowieje, swoje już wie i więcej nie chce. Ale nie jest dobrze, jeśli nie wie, bo nikt z nim nie rozmawiał.

Powiedzmy: dowiadujemy się od lekarza, że skończyło się leczenie przyczynowe, teraz będzie już tylko paliatywne. W większości przypadków chory chce wiedzieć, co będzie dalej. Namawiam, żeby rozmawiać, bo w rozmowie wyjdzie, na czym mu zależy. Na przykład mówimy mamie: „Byłam u lekarza”. „No i co – pyta ona – czego się dowiedziałaś?” My to nazywamy strzałami ostrzegawczymi. Mówimy: „Leki nie pomogły”. I teraz zorientujemy się, na czym chorej zależy. Bo może powiedzieć: „No i co teraz, czy będzie jeszcze jakieś leczenie?” Zawsze mówmy prawdę, z wyczuciem, ile i jak możemy powiedzieć. Bo jeśli chory dowie się od kogoś innego albo wyczyta między wierszami, straci do nas zaufanie. Jeśli wiemy, co się dzieje z naszym ciałem i zauważymy nowy objaw, a ktoś powie: „wszystko będzie ok, to nieistotne”, to czujemy, że coś się nie zgadza. Widzimy to w hospicjum. Mamy rodziny, które boją się powiedzieć, jaka jest sytuacja, bo „wtedy dopiero tata się załamie”, mówią więc: „będzie dobrze” – i powstaje rozdźwięk. Zamyka się przestrzeń na relację, na zaufanie. A ważne, żeby nawet jak jest niedobrze, być razem w tym „niedobrze”.

Bywa, że rodzina przy chorym się trzyma, ale oczy przekrwione, widać, że coś się dzieje, ale nie mówimy o ważnych sprawach. A chory to samo – też ma potrzebę rozmowy, ale nie chce obciążać rodziny. I w tym płaczu, w tym napięciu są osobno. Kiedy już zrobimy pierwszy krok w kierunku prawdziwej komunikacji, napięcie spada, pojawia się przestrzeń na rozmowy i emocje. Ale w podawaniu informacji też trzeba być uważnym, chory nas poprowadzi. Często chce wiedzieć, bo to mu pomoże, będzie miał świadomość, jakie objawy można kontrolować, na przykład ból czy bezsenność. I można na bieżąco mówić o tym, czego potrzebuje. Jeśli nie ma wiedzy, to nie poprosi o pomoc. Boi się – jeśli teraz tak boli, to co będzie dalej? I jeśli nie mówi o objawach, lęk się zwiększa, nie podaje się innych leków, które byłyby skuteczniejsze. Wiedza pomaga.

Są jednak ludzie, którzy rozumieją, że to kolejny etap nieuleczalnej choroby, ale nie chcą szczegółów. Mówią nam na przykład: „Z takimi sprawami to do córki”. I tego nie wolno przekraczać. Może być tak, że potrzebują czasu, że w tym momencie nie są gotowi. Można powiedzieć wprost: czy chcesz pogadać, czy może wolisz jutro?

Mówimy o chorobie terminalnej, ale są i inne problemy. Często rodzice są już w bardzo podeszłym wieku, niesprawni fizycznie, nie wychodzą z domu, nie wstają z łóżka. I pojawia się demencja. A ta postępuje, czasem szybko. I jednego dnia mama jest w kontakcie logicznym, a następnego w swoim świecie. Opowiada o ludziach, którzy podobno u niej byli, albo o czymś, co się wydarzyło, choć w rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca. Co robić? Wchodzić w ten fikcyjny świat? Zaprzeczać, „sprowadzać na ziemię”? Tak, ja teraz z bliska oglądam taką sytuację. Bliska mi osoba przechodzi podobny proces ze swoją mamą. Na początku, kiedy ja już widziałam, że coś się dzieje, mama jeszcze była logiczna, ale zaczynała być trudna. Widziałam, że to początek choroby demencyjnej, ze zmianami charakteru. Ale córka próbowała przywrócić ją do logicznego rozumowania, nie było w niej zgody, była złość. Nie mogła pogodzić się z tym, że to już nie mama, że mówi przez nią choroba. Pojawiły się też w końcu objawy wytwórcze, widzenie ludzi, których nie ma. Trzeba w końcu zmierzyć się z tym, że tę swoją dawną mamę musimy pożegnać. Nie ma sensu walczyć. I przyjąć, że pewnych rzeczy już sobie nie powiemy, nie wybaczymy, nie przeprosimy. Bo kiedy zbliża się śmierć, a osoba chora jest w pełni świadoma, mamy możliwość, żeby pewne sprawy zamknąć, wyjaśnić, pożegnać się. Podziękować, popłakać sobie razem. Tu tego nie zrobimy. Na pewno nie wolno kłamać, nie wolno mówić, że oprócz wujka Heńka był jeszcze wujek Kazik z psem. Ale nie chodzi też o to, by zaprzeczać, to nic nie da. Nie wkraczajmy do jej świata. Ale jeśli te wizje wzbudzają lęk, trzeba próbować ten lęk obniżyć. Uspokoić. Nie zaprzeczać, ale i nie podtrzymywać fikcji. Zapewnić o swojej obecności.

Chory często boi się szpitala. Kiedy pojawiają się zmiany demencyjne, dom jest przestrzenią znaną i bezpieczną. Zmiana miejsca często powoduje nagłe pogorszenie. Zasoby poznawcze pozwalają jeszcze na ogarnięcie tego małego kawałka świata, ale jeśli otoczenie się zmienia, wszystko się burzy. Tak próbuję to sobie wyobrazić. Wtedy najważniejsze jest dać poczucie bezpieczeństwa. Czyli robić to, co jest w mojej mocy. Choćby potrzymać za rękę. Ale też wiedzieć, że jak nastąpi pogorszenie, to nie dam rady i muszę poprosić o pomoc psychiatrę czy psychologa. Nie chodzi o to, żeby sobie odpuścić, ale żeby mieć świadomość, że sam wszystkiego nie dam rady zrobić.

Pogadajmy jeszcze o sytuacji emocjonalnej opiekuna. Relacje były trudne, czasem złe, może przemoc, może rodzice emocjonalnie niedostępni – a teraz jestem jedyną osobą, która może się nimi zająć. Co mogę sobie wybaczyć, darować? Powiem, co można próbować robić we własnym zakresie, jeśli nie pomaga albo nie wchodzi w grę fachowa pomoc terapeuty. Chory jest na pewnym etapie życia. Wiódł to życie w określonym środowisku, w konkretnej sytuacji. Może w jego domu była przemoc? Może nie było więzi? Może on inaczej nie potrafił? Nie stworzyliśmy więzi. To nie nasza wina, ale często też nie jest to wina rodzica. A my teraz z jednej strony czujemy potrzebę zaopiekowania się nim, a z drugiej – złość, frustrację, niechęć. Trzeba to przyjąć. I nie myśleć, że coś z nami jest nie tak. W ogóle emocje to nie nasza wina. One się pojawiają na skutek jakiejś sytuacji i wszystkie o czymś nam mówią. Bądźmy dla siebie łaskawi. Popatrzmy na siebie jak na obcą osobę – zrozumielibyśmy jej złość, niechęć, żal, gniew. Zastanówmy się spokojnie, w jakim zakresie możemy dać opiekę, a w jakim sami potrzebujemy wsparcia.

Pamiętam taką sytuację z hospicjum – córka skrupulatnie donosiła wszystkie leki, odżywki, środki do pielęgnacji dla ojca. Ale niespecjalnie przy nim siedziała. I okazało się, że ze strony rodzica były poważne nadużycia i ona jedynie w taki sposób mogła w tym momencie opiekę sprawować. Dopilnować, żeby ojciec był w dobrym miejscu, żeby niczego mu nie brakowało. I to już jest dużo. Spróbujmy zrozumieć, że to nie my jesteśmy odpowiedzialni za to, jak budowana była relacja. Znam też inną historię – w przeszłości było ciężko, ale córka potrafiła znaleźć jakiś dystans, wybaczyć, otworzyć się – i z drugiej strony też pojawiła się gotowość na rozmowę, na pojednanie. Spójrzmy na siebie jak na człowieka. I na chorego też. Postarajmy się zrozumieć, że on też miał swoją historię, że mógł tylko tyle i że my też możemy tylko tyle, na ile mamy wewnętrzną zgodę. Czy jedynie zapewnić środki, czy posiedzieć i porozmawiać.

Można szukać wsparcia. To nie musi być psycholog, może być przyjaciel. Byle byśmy się mogli wygadać. I nie oczekujmy cudu, że teraz nagle wszystko da się naprawić, uzdrowić. Choć to się czasami zdarza…

Często opiekun stara się spełniać swoje zadanie jak najlepiej – i po jakimś czasie orientuje się, że sam jest na ostatnich nogach… Robi, co może, nawet daje sobie prawo do emocji – ale nie daje sobie prawa do odpoczynku. Do dbania o siebie. Bo musi być czas dla chorego, a tego czasu w miarę postępów choroby coraz mniej, musi też być czas dla domu, dla dzieci, jest przecież i praca. Więc – tak myśli wielu opiekunów – egoizmem byłoby teraz zajmować się sobą, jakimś hobby, przyjemnościami, spotkaniami ze znajomymi. Tymczasem dbanie o siebie to nie jest egoizm. To w gruncie rzeczy dbanie o chorego. Kiedy zrezygnujemy z siebie, to i chorego w końcu znielubimy, nie będziemy mieć siły, cierpliwości.

Często zaczynają się u nas problemy z kręgosłupem. Na portalu radzimy, jak podnosić chorego, jaką techniką. Ale warto też choćby pójść na masaż. Często opiekunowie mówią: „A skąd, ja na żaden masaż czy na gimnastykę nie mam czasu, wszystko na mojej głowie”. Sytuacja w przypadku przewlekłej choroby zmienia się raczej na gorsze. Kiedy już coś opanujemy, ogarniemy, pojawia się nowy objaw, nowy problem. Jeśli nie damy sobie szansy na relaks, w którymś momencie po prostu nie damy rady. Powiem jeszcze raz: dbanie o siebie to nasz obowiązek.

Portal bliskochorego.pl Szacuje się, że domowi opiekunowie stanowią 2-milionową grupę osób w Polsce. Bardzo często w sytuacji opiekuna stają z dnia na dzień, kiedy bliskiego trzeba zabrać ze szpitala. Co wtedy? Jak sobie poradzić, nie mając wiedzy i doświadczenia? Gdzie mają szukać pomocy i rzetelnych informacji? Specjaliści opieki nad chorym wyszli tym trudnościom naprzeciw i stworzyli portal – kompleksowe kompendium wiedzy dla opiekunów domowych.

  1. Psychologia

Wrodzona odporność psychiczna - na czym polega?

Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
O odporności psychicznej świadczy między innymi to, jak szybko podnosimy się po traumatycznych przeżyciach. Można ją też porównać do umiejętności pływania, gdy musimy poradzić sobie ze zmiennym, czasem niebezpiecznym nurtem rzeki zwanej życiem.

Adrian i Paweł znali się od dziecka. Mieszkali w niedużym miasteczku przy tej samej ulicy. Wychowywali się w biedzie, obaj w rodzinach bez ojców. Mieli starsze rodzeństwo, ale ono nie było dobrym wzorem - zatargi z prawem, alkohol. Obaj chłopcy mieli trudności w nauce, wcześnie zaczęli wagarować.

W okresie dojrzewania Adrian i Paweł przyłączyli się do grupy kradnącej radia z samochodów, zabierającej torebki na ulicy starszym kobietom. Obaj znaleźli się w poprawczaku.

Spotkali się po 20 latach.

Trzydziestopięcioletni Paweł był bezrobotnym bez stałego miejsca zamieszkania. Miał na koncie wiele konfliktów z prawem i kilka razy siedział w więzieniu. Miał rodzinę, ale nie utrzymywał z nią kontaktu, nie interesował się swoim dzieckiem. Paweł był pijany, gdy spotkał się z Adrianem na ulicy, gdzie kiedyś wspólnie spędzali czas. Powiedział też, że często pije..

Adrian zdobył zawód. Po technikum samochodowym jest cenionym fachowcem. Też założył rodzinę, dba o nią, często wszyscy chodzą do parku na spacer, albo na lody. Adrian utrzymuje dobrą kondycję, gra z kolegami z pracy w piłkę. Oprócz tego pracuje z „dziećmi ulicy” jako wolontariusz, mówi, że dobrze pamięta swoje dzieciństwo.

Dlaczego tak różnie potoczyły się losy chłopców, których początkowy okres życia posiadał tak wiele wspólnych wątków? Dlaczego czarny scenariusz dalszego życia według wzorów otoczenia, w jakim wyrastali, nie został zrealizowany przez obydwu? Co spowodowało, że życie Adriana potoczyło się pomyślnie, że „wyszedł na ludzi”, odniósł sukces?

Pierwszy nurt pionierskich prac nad zjawiskiem resilience – odporności psychicznej, datuje się na lata 70. ubiegłego wieku. Zwrócono wówczas uwagę na dzieci rozwijające się prawidłowo pomimo niekorzystnego kontekstu genetycznego czy środowiskowego. Pierwsze doniesienia mówiły o dzieciach niepodatnych na zranienie, posiadających nadzwyczajne przymioty. Pojawiło się wówczas pytanie: co sprzyja tak dobrej adaptacji? Opisano szereg zasobów wewnętrznych dzieci i młodzieży oraz czynników ochronnych sprzyjających dobremu radzeniu sobie pomimo niepomyślności losu, pomimo życia w niekorzystnych warunkach.

Badacze zjawiska resilience zakładają, iż jednostka może być określana jako odporna psychicznie (resilient person), jeśli wystąpiły w jej życiu realne zagrożenia dla prawidłowego rozwoju (np. choroba psychiczna rodzica, niski status socjoekonomiczny rodziny, przemoc), a ona potrafiła poradzić sobie z nimi i rozwijać się pomyślnie. Zauważyli też, że wiele czynników ryzyka współwystępuje w życiu dziecka. Zagrożeniem dla prawidłowego rozwoju może być rodzina z problemem alkoholowym, narkotykowym, zaburzeniami psychicznymi.

Rodziny stwarzające niekorzystne środowisko do rozwoju dziecka to m.in. rodziny ze środowisk o niskich dochodach, zagrożonych bezrobociem, przestępczością czy przemocą. To również rodziny niepełne, z przemęczonym lub chorym samotnym rodzicem. Także dzieci wychowujące się w placówkach opiekuńczych narażone są na działanie niekorzystnych wpływów tego rodzaju środowiska.

Kim więc był Adrian, skoro potrafił przezwyciężyć niepomyślność swego losu i wziąć życie we własne ręce? Sylwetka dziecka odpornego psychicznie opisana została na podstawie wielu badań i porównań międzyosobniczych i międzygrupowych. Wśród najważniejszych zasobów indywidualnych wymieniane są:

  • towarzyskość jako zmienna temperamentalna,
  • dobry poziom funkcjonowania procesów poznawczych,
  • wysoki poziom motywacji w zakresie planów i celów życiowych oraz edukacyjnych,
  • pozytywny obraz siebie,
  • pogodne i optymistycznie nastawione do świata,
  • dobre mechanizmy samokontroli,
  • dobrze rozwinięte umiejętności społeczne.
Jest więc wysoce prawdopodobne, że mimo podobieństw w historii życia pomiędzy obydwoma chłopcami to właśnie w tych wymienionych obszarach zaznaczały się różnice.

Odporność psychiczna jest to jedno z polskich tłumaczeń pojęcia resilience. Inne tłumaczenia proponowane w polskiej literaturze psychologicznej to prężność, sprężystość, odbojność, plastyczna i twórcza adaptacja. Pojęcie resilience używane jest dla opisu:

  • pozytywnego, prawidłowego rozwoju dziecka pomimo trwającego wysokiego ryzyka,
  • zachowanie kompetencji, nawet w sytuacji chronicznego stresu
  • pozytywnej, szybkiej regeneracji po traumatycznych przeżyciach.
Iwona Sikorska, doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii, adiunkt w Instytucie Psychologii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalistka psychologii klinicznej, terapeutka dzieci i młodzieży.

  1. Zdrowie

Dlaczego nie ma leku na raka?

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Jak to możliwe, że przy takim postępie medycyny nie ma skutecznego leku na raka?  Gwen Olsen (nagrodzona Human Rights Award) twierdzi, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane znalezieniem go, a to one nadają kierunek służbie zdrowia. „Skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu” – dodaje Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor książki „Być lekarzem, być pacjentem”. A jeśli tak jest, to jak dziś skutecznie leczyć się i dbać o zdrowie?

Postęp medycyny jest złudzeniem albo dzieje się coś złego, skoro rak wciąż zabija. Krytycy systemu leczenia twierdzą, że autorzy 80 proc. publikacji w prasie medycznej są związani z koncernami farmaceutycznymi. Czy więc mogą być obiektywni?
Zacznijmy od być może krzywdzącego dla medycyny i farmacji podejrzenia o złamanie świętej zasady: przede wszystkim nie szkodzić (z łac. Primum non nocere). A nawet o złą wolę i chęć szkodzenia. Prawdą jest, że logika systemu wolnorynkowego i cele funkcjonowania koncernów mogą rodzić podejrzenie, że zysk, a nie zdrowie czy inne dobro publiczne, stanowi wartość nadrzędną. W świecie konkurencji można łatwo, wręcz bezwolnie, ulec pokusie ignorowania tej wartości, jeśli stoi to w sprzeczności z zyskiem firmy. Dlatego punkty serwisowe nie apelują do producentów o zwiększenie bezawaryjności produktów. Na podobnej zasadzie wspierane przez korporacje instytuty naukowe mogą zdradzać skłonność do eliminowania badań nad tanimi i profilaktycznymi procedurami oraz prawdziwymi przyczynami chorób, zwłaszcza cywilizacyjnych. Ale mimo tych uwarunkowań systemowych nie można jednoznacznie przypisać medycynie i tzw. Big Pharmie złowrogich intencji. Z drugiej strony – trzeba uwolnić się od złudzenia, że rynek ma interes w tym, byśmy byli zdrowi. Z punktu widzenia chorujących komercjalizacja usług medycznych ani finansowanie tworzenia i wdrażania nowych leków przez zainteresowane zyskiem korporacje nie są dobrym pomysłem. Biznesowe myślenie musi skutkować m.in. kreowaniem popytu na leki i usługi medyczne. A popyt ten jest większy, gdy ludzie chorują. To oczywiste, że skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu.

System jest chory i dlatego coraz częściej cierpimy na przewlekłe lub nieuleczalne choroby?
W pewnym sensie tak. Sądzę jednak, że najistotniejsza przyczyna kryzysu medycyny i służby zdrowia leży znacznie głębiej. Mam na myśli pokutujące w zbiorowej podświadomości lekarzy dogmatyczne przekonanie, że organizm ludzki jest materialną, wyodrębnioną  z otoczenia  autonomiczną maszyną. Dlatego także onkologia nie postrzega ciała, psychiki, ducha i środowiska człowieka jako jedności, którą tylko jako całość można zrozumieć i dzięki temu rozstrzygać, jaka konfiguracja i interferencja tych wszystkich czynników wyzwala chorobę. Na domiar złego medycyna reaguje na swój kryzys, usztywniając konserwatywny, ograniczający paradygmat, który jest powodem jej kryzysu. Tak można interpretować na przykład upartą wiarę w determinizm genetyczny. Ten powszechnie komunikowany pogląd ignoruje liczne dowody badawcze, wskazujące na fakt, że genotyp odpowiada jedynie za predyspozycję i może być modyfikowany przez wpływy środowiska biologicznego, społecznego, a także mentalnego, w których funkcjonuje organizm ludzki. Szczególnie uznanie wpływu środowiska mentalnego – innymi słowy psychiki – na ciało stanowi dla konwencjonalnej medycyny barierę trudną do przejścia. Tymczasem lęk przed genami jest dziś tak skutecznie promowany, że Angelina Jolie z powodu niekorzystnej genetycznej diagnozy kazała amputować sobie piersi. Trzeba mieć nadzieję, że taki sposób rozumienia profilaktyki onkologicznej się nie rozpowszechni. Jest on bowiem uznaniem porażki medycyny w zakresie profilaktyki rozumianej jako prawdziwe zapobieganie chorobie. Amputację zdrowych piersi Angeliny Jolie w najlepszym razie możemy uznać za – problematyczny zresztą – wybór mniejszego zła.

Dlaczego onkologia broni się przed szerszym spojrzeniem na przyczyny i metody leczenia chorych na nowotwory?
Z pewnością nie dlatego, że z wyrachowania chce zarabiać na ludzkim cierpieniu. Utknęła tylko w anachronicznym paradygmacie zakładającym, że świat, a w nim człowiek, to zbudowane z materii mechanizmy składające się ze współpracujących ze sobą części. W konsekwencji medycyna nieustannie się fragmentaryzuje i specjalizuje, traci z oczu obraz całości, gubi się w szczegółach i w coraz większym stopniu angażuje swój potencjał w leczenie skutków leczenia. Z czego wynika smutna konstatacja, że coraz rzadziej naprawdę pomaga.

Gdy leki zaleczają, a nie leczą lub mają wiele skutków ubocznych, potrzeba leków cały czas, także nowych leczących te skutki itd.
Ta sytuacja niewątpliwie zaprasza do działań szkodliwych z punktu widzenia ludzkiego zdrowia. Chyba czas najwyższy, by powstała jakaś niekomercyjna instytucja, powiedzmy, Narodowy Instytut Leków i Procedur Terapeutycznych nastawiony na poszukiwanie skutecznych leków i przyczynowo oddziałujących procedur, a nie osiąganie zysku. Znalezienie skutecznych procedur, a po części także leków, wymaga poważnego potraktowania przypuszczeń i wyników wcześniejszych badań, uprawdopodobniających tezę, że nasze kłopoty ze zdrowiem wynikają z konsumpcji żywności i wody o złej jakości, z zatrucia powietrza, nadmiaru szkodliwych substancji chemicznych obecnych w środkach czystości, w kosmetykach, w tkaninach, w opakowaniach żywności, farbach i w zanieczyszczeniu przestrzeni smogiem elektromagnetycznym (radio, TV, GSM, Internet, GPS itd.). Do tej listy należałoby też dodać poziom stresu i stan ludzkich umysłów, a szczególnie narastającą powszechność zaburzeń depresyjnych. Korelacje pomiędzy nasileniem się tych zjawisk a wzrostem zachorowań na raka są bowiem alarmujące. Jednak ogarnięcie tak skomplikowanej macierzy wpływów i ich ewentualnych wzajemnych oddziaływań wymagałoby powołania interdyscyplinarnych think tanków i instytutów badawczych finansowanych przez państwo lub niezależne fundacje. Nie trzeba też być przenikliwym prorokiem, by mieć prawie całkowitą pewność, że konkluzją takich badań byłoby wskazanie na pierwszorzędne znaczenie w etiologii raka czynników środowiskowych. A na to jedynym sensownym lekarstwem jest odtruwanie organizmu, odzyskiwanie naturalnej odporności, zdrowa żywność, ruch, redukcja stresu itd., czyli procedury, które proponuje medycyna holistyczna. W skali państwa oznaczałoby to rewolucję opartą na rządowym programie prawdziwej i skutecznej ekoprewencji chorób cywilizacyjnych.

Ta rewolucja miałaby na sztandarach to, co dziś lekarze konwencjonalni nazywają „zabobonem”, więc pewnie oni by jej nie poparli.
Niestety, konserwatywne, ograniczone, aroganckie i egoistyczne myślenie dominuje dzisiaj w wielu ludzkich głowach, a także instytucjach i środowiskach. Stanowi bowiem doskonały filtr chroniący przed dostrzeżeniem rozmiarów grożącej nam katastrofy i koniecznością radykalnej zmiany. Działania idące w dobrym kierunku wymagałyby kosztownych zmian w rolnictwie, w przemyśle spożywczym, w energetyce itd. To znaczy, że zyski wielu ludzi i korporacji znacznie by się ograniczyły, a wiele firm straciłoby rację bytu. W dodatku tak głębokie przekształcenia wymagałyby solidarnej i zdeterminowanej postawy wszystkich sił politycznych i zmiany świadomości elit z egocentrycznej na planetarną i solidarną. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne. Tak więc nie pozostaje nic innego, tylko ratować się własnymi sposobami i na własny rachunek. Świadoma część społeczności już to robi: ucieka z miast pełnych smogu, szuka zdrowej żywności, docenia wypoczynek i czas na budowanie emocjonalnych więzi, ćwiczy, szuka alternatywnych, nierujnujących odporności sposobów wychodzenia z kryzysów zdrowotnych itd. Wśród nich są również „nawróceni” lekarze, którzy dostrzegli, że relacja między farmacją a medycyną się odwróciła. Że farmacja nie służy już medycynie, lecz medycyna służy farmacji jako pośrednik i sprzedawca. Takich lekarzy jest na szczęście coraz więcej, i to oni są solą w oku Big Pharmy, bo uczą realnej profilaktyki i propagują leczenie metodami naturalnymi, dokonując twórczej syntezy metod konwencjonalnych i naturalnych. Zapewne powoduje nimi autentyczne poczucie lekarskiej, uzdrowicielskiej misji. Dzięki temu mogą unieść ogromne wizerunkowe i zawodowe ryzyko. Bo jeśli lekarz alternatywny nie zdoła uratować chorego, natychmiast podnosi się potępiający krzyk całego środowiska. Przyzwolenie na niepowodzenia w kręgach medycyny konwencjonalnej jest bez porównania większe. Wystarczy trzymać się procedur, by być wolnym od zarzutów i mieć czyste sumienie – nawet jeśli odstępstwo od procedur mogłoby uratować życie. Wiara w procedury medycyny konwencjonalnej jest tak wielka i bezkrytyczna, że bez trudu przykrywa konformizm, niedouczenie czy brak wyobraźni. Z drugiej strony – rozwój rynku medycyny alternatywnej dowodzi, że coraz więcej ludzi dostrzega bezradność medycyny konwencjonalnej i poszukuje nowych dróg leczenia. To niełatwa i często samotna podróż pełna przeszkód i przeciwieństw. Oto przykład: Unia Europejska (Rozporządzeniem 1924/2006/WE) ograniczyła ostatnio swobodny obrót lekami i suplementami naturalnymi, nakładając na producentów obowiązek uzyskania kosztownych i czasochłonnych pozwoleń. W proteście przeciwko temu rozporządzeniu powstał m.in. Institut Pour la Protection de la Santé Naturelle [Instytut Obrony Zdrowia Naturalnego] broniący medycyny naturalnej. Zapewne powstanie też czarny rynek ziół i preparatów ziołowych.

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka.

Ale jak to zrobić?
W sytuacji zbliżającej się pandemii nowotworowej już teraz trzeba się dogadywać. Trzeba zawiesić spory i choć medycyna konwencjonalna ma problem z uznawaniem tych terapii i procedur, których nie daje się wyjaśnić w kategoriach materialno-biochemicznych, to jednak zaakceptować wszystko, co pomaga i może pomóc. To wymaga odwagi stawiania niewygodnych pytań i wielkodusznej rezygnacji z ambicji i chwały własnej na rzecz skutecznego pomagania rakowaciejącej ludzkości. Skrajnie przepracowani onkolodzy, doświadczający śmierci pacjentów znacznie częściej niż wyleczeń, nie mogą leczyć bez wiary w słuszność tego, co robią. Potrzeba spójnego i ugruntowanego poglądu na stosowaną metodę terapii jest w takiej sytuacji ogromna. To zrozumiałe, że nie chce się wówczas słuchać o tym, że być może uratowałoby się kogoś, postępując inaczej. Tym bardziej że wielu udało się uratować, postępując zgodnie z doktryną. Sami pacjenci odpowiadają za wybór metody leczenia. Z reguły wybieramy lekarza posiadającego światopogląd zgodny z naszym. To dobrze. Bo tam, gdzie nasza wiara, tam większa szansa na wyleczenie. Szczególnie gdy jest wsparta wiarą lekarza. Tego placebo nie wolno wykluczać z gry o zdrowie.

Wojciech Eichelberger: psycholog i psychoterapeuta, ceniony trener i dyrektor Instytutu PsychoImmunologii, warszawskiego ośrodka psychoterapii, autor książki o medycynie „Być lekarzem, być pacjentem” i o rozwoju etycznym człowieka oraz biznesu „Quest”.

  1. Psychologia

Mistrzostwo rodzi się w głowie - rozmowa z Darią Abramowicz, psycholożką pracującą z Igą Świątek

Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Jak to możliwe, że młoda tenisistka, jaką jest Iga Świątek, wykazała się tak niesamowitą siłą psychiczną? – Bez trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem że wyciągniemy z niej wnioski. 

Jesteśmy niestabilne, rozchwiane, rozhisteryzowane, a to świadczy o naszej słabości. Jest w takich sądach ziarnko prawdy?
Bywamy emocjonalne, to prawda. Ale czy to nas osłabia? Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że zawodniczki są w stanie dochodzić do mistrzostwa w swoich dziedzinach, podobnie jak mężczyźni. I tak jak mężczyźni podczas rywalizacji przejawiają różne cechy, w tym cechy uznawane za stereotypowo męskie. Czasem na przykład wyrażają, używając silnej ekspresji, swoją złość, co przypisuje się mężczyznom. A z kolei mężczyźni niejednokrotnie reagują bardzo emocjonalnie, co przypisywane jest kobietom.

Według innej obiegowej opinii jesteśmy od mężczyzn odporniejsze na ból, stres. Sport to potwierdza?
Widywałam kobiety potrafiące przezwyciężać ból i bardzo silny dyskomfort, nawet podejmować ryzyko związane z zagrożeniem zdrowia, żeby realizować swój cel. I widywałam mężczyzn o – jak to nazywam – niekonstruktywnej relacji z bólem. Ale bywa też odwrotnie. Z moich obserwacji wynika, że kiedy zawodnicy stają przed bardzo długą i żmudną pracą, która wiąże się z pokonywaniem przeszkód, wieloma trudnymi sytuacjami wymagającymi odporności psychicznej, to kobiety często są tu sprawniejsze. Aczkolwiek nie twierdzę, że mężczyźni tego nie potrafią.

Przykład Igi Świątek pokazuje, jak ważna w sporcie jest siła psychiczna. Jako młoda zawodniczka rzucała rakietkami, teraz potrafi trzymać nerwy na wodzy w meczach o najwyższą stawkę. Jak buduje się taką siłę?
Mistrzostwo rodzi się w głowie. I to nie tylko to sportowe. Psychologiczne mechanizmy rządzące sportem są absolutnie takie same jak te w życiu. Siłę i odporność kobiet buduje się poprzez pracę nad samooceną, poczuciem własnej wartości, nad świadomością siebie w różnych obszarach: obrazu własnego ciała, inteligencji emocjonalnej, relacji. No i wreszcie w obszarze umiejętności poznawczych i treningu mentalnego, który daje poczucie sprawczości, skuteczności.

Co jednak musiało się stać, żeby Iga nagle uruchomiła w sobie taką siłę?
Zdecydowanie nie stało się to nagle. To proces związany – co warto podkreślić – z jej ogromną pracą, którą cały czas wykonuje z dużym oddaniem. Wyszła trochę laurka, ale absolutnie prawdziwa. W przypadku Igi nic nie stało się samo. Istotnym elementem jej pracy, przez wiele miesięcy, był trening mentalny, który wciąż trwa, a jego celem jest wykorzystywanie przez Igę swoich zasobów w danym momencie, czy to podczas treningu, czy meczu.

Na czym konkretnie ten trening polega?
Nie ma jednej prostej recepty. Ogólnie mówiąc, polega na stopniowym budowaniu samoświadomości, samooceny, byciu blisko siebie. Bo to wszystko sprawia, że kiedy przychodzi do meczu, czasem bardzo wymagającego, na wysokim poziomie napięcia, można uwierzyć w to, że da się przejąć nad nim kontrolę, czyli zrobić swoje. To jest siła.

Łatwo wyobrazić sobie, że siła może przerodzić się w agresję, a poczucie własnej wartości – w egocentryzm. Nie o taką siłę przecież chodzi.
Rzeczywiście siła bywa czasem utożsamiana z arogancją, agresją, egoizmem. Tę autentyczną buduje się poprzez zaufanie, bliskość, przekazywanie pozytywnych wzorców, co nie jest takie proste, bo żyjemy w czasach kryzysu autorytetów. Młodzi sportowcy też mają coraz mniej idoli, na których patrzą z uznaniem. A pozytywne wzorce są niezwykle ważne.

Co mogą robić rodzice, żeby wychować córki na silne kobiety?
Najważniejsza, choć może brzmi to banalnie, jest bliskość, uważne słuchanie i wola usłyszenia. Dzięki rozmowie mamy szansę poznać córkę, przekazać jej to, co myślimy, no i przede wszystkim zacieśniać z nią relację. Rozmowa sprawdza się także w sporcie. Ja na przykład rozmawiam z zawodniczkami o tym, jak postrzegają swoje ciało, gdzie upatrują źródeł swojej siły, jak ją sobie wyobrażają. I tworzymy razem wizję tego, jak chciałyby funkcjonować, a później dzień za dniem drobnymi krokami staramy się to realizować. Dla wielu kobiet takim filarem siły jest praca, bo daje im poczucie sprawczości, skuteczności, kontroli. Dobrze, żeby rodzice wzmacniali talenty córek. I żeby pracowali nad komunikacją i ich asertywnością, które są absolutnym kluczem do wyrażania własnych potrzeb i emocji w sposób, który nie narusza wolności innych. Tego też uczę intensywnie zawodniczki.

Są do tego jakieś narzędzia?
Czasem takie właśnie pytanie słyszę od zawodniczek: „Co zastosować, żeby od razu zadziałało?”. No, tak się nie da. Zmiana postaw, przekonań, nawyków to wynik procesu, czasem długotrwałego.

Czy takim rodzajem narzędzia może być myślenie pozytywne? Mecz źle idzie, a ja sobie wyobrażam wygraną.
Pamiętam słowa Ewy Woydyłło na jednym z wykładów o traumie: „Każdy z nas na koniec dnia ma wybór, czy chce się trzymać kurczowo przeszłości, czy jednak pomyśleć o pozytywnej wizji przyszłości i iść do przodu”. Co do zasady myślenie pozytywne ma wielką moc. Niemniej zachęcam zawodniczki, żeby pracować z konstruktywnym nastawieniem. Czyli myśleć o tym, ile pracy potrzeba, aby coś osiągnąć. I że nie będzie to zawsze przyjemne. Że czasem będzie mnie wszystko bolało, być może będę płakać z bólu czy z bezsilności, ale wiem, że to zaprocentuje, kiedy będę tego najbardziej potrzebować. Myślenie jednoznacznie pozytywne może przekłamywać rzeczywistość, która nas czeka. Zachęcam, żeby koncentrować wysiłki na pracy, na możliwościach.

Ważne chyba, nie tylko w sporcie, żeby traktować porażki jako lekcje.
Zdecydowanie tak, porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem jednak, że wyciągniemy z niej wnioski. Bez bardzo trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Mogę też powiedzieć, że nie byłabym zawodowo w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie wiele trudnych doświadczeń.

Ale niepowodzenia czasem mogą nas złamać.
Tak, mogą działać destrukcyjnie, szczególnie wtedy, gdy nie wypracujemy sobie zgody na ich pojawienie się w naszym życiu. Dlatego tak ważna jest akceptacja niepowodzeń.

Jak to osiągnąć?
Chciałabym podkreślić, że nie musimy tego robić sami. Ogromne znaczenie w radzeniu sobie z niepowodzeniami, ale też w budowaniu siły, ma sieć wsparcia społecznego, bliskich, a w sporcie – trenerów, psychologów, lekarzy. Dla sportowców symbolem niepowodzenia jest kontuzja. Jedni potrzebują wtedy silnego wsparcia terapeutycznego, innym wystarczy wsparcie bliskich. Podobnie jest w społeczeństwie. Nie po każdym traumatycznym zdarzeniu i nie każda osoba będzie potrzebowała pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Niemniej jeżeli jej potrzebujemy, to nie oznacza, że jesteśmy słabi.

Kobiety przez wieki były uczone, żeby służyć innym, więc budowanie swojej siły muszą zacząć od myślenia, żeby służyć sobie, od polubienia siebie.
Życie w zgodzie ze sobą jest czymś ekstremalnie istotnym dla każdego człowieka. Wszystko zaczyna się w nas i od nas. Trudno mówić o sile, odporności psychicznej, jeżeli nie kochamy siebie. W tenisie bardzo ważne jest skupianie się na sobie, żeby właściwie ustawić ciało, przygotować się do uderzenia. W życiu podobnie. Otworzyć się na siebie bardzo pomaga trening uważności. W pracy ze sportowcami często odwołuję się do metaforycznej skrzynki na narzędzia. Wkładamy do niej wspólnie różne narzędzia treningu mentalnego: młotek, wkrętarkę, klucz francuski, śrubokręt płaski czy krzyżak. Ta skrzynka może być dobrze wyposażona, ale jeżeli nie wiemy, do czego używa się młotka, a do czego klucza francuskiego, to te narzędzia nie do końca są użyteczne. Dlatego trzeba nie tylko mieć świadomość własnych potrzeb, swoich reakcji, postaw, nawyków, lecz także umieć je modelować.

Wydaje się, że Iga nie boi się rywalek. Jak pani pomogła jej to osiągnąć? Pytam, bo wiele z nas wycofuje się z lęku przed trudnościami.
Staramy się skupiać na mocnych stronach, tym zresztą charakteryzuje się praca w sporcie, aby być świadomym swojego potencjału i z niego w pełni korzystać. Rozmawiamy o Igi zasobach, o tym, w czym jest dobra, bo to pomaga redukować potencjalny lęk. A kiedy on się mimo wszystko pojawia, dużo łatwiej zakotwiczyć się w tym, co mocne, dobre, pozytywne.

Mówi się o sile spokoju. Zachowanie zimnej krwi w stresujących sytuacjach to sprawdzian siły?
Myślę, że tak. I znów – ten spokój łatwiej osiągnąć, gdy koncentrujemy się na sobie, na tym, na co mamy wpływ, czyli na pracy, bo na wynik nie zawsze mamy wpływ, a na pracę już tak. Budowanie siły spokoju polega też na regulacji emocji, uczeniu się ich rozpoznawania, nazywania, interpretacji, ekspresji, żeby – co jest niesamowicie ważne – być w stanie je potem regulować. Celowo nie używam słowa „kontrolować”, bo kontrola kojarzy się z powstrzymywaniem się, tymczasem każdy z nas odczuwa emocje i powinien je wyrażać. Trzeba jednak robić to asertywnie, ale w sposób, który nie rani i nie narusza wolności innych. Uczymy sportowców, że adekwatne do sytuacji wyrażanie emocji może pomagać wykorzystywać swój potencjał. Myślę, że dobrze byłoby uczyć tego już małe dzieci, bo to długi proces. Jeśli natomiast z jakichś powodów nie przebiegał on konstruktywnie i takich zasobów brakuje dorosłym kobietom, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o to zadbały. Bo regulacja emocji stanowi jeden z filarów wewnętrznego spokoju.

Iga otwarcie mówi, jak wiele zawdzięcza pani, podkreśla wpływ wsparcia psychologicznego na jej sukces. Obie zrobiłyście ogromnie dużo dla rozpropagowania znaczenia psychologii w naszym życiu.
Staram się, aby sportowcy, z którymi pracuję, rozumieli, po co coś robią, co to daje. No bo ostatecznie to, jak pracują i jak żyją, to system naczyń połączonych. Bardzo jestem wdzięczna Idze za to, że w swoich wypowiedziach podkreśla wartość pracy mentalnej dla budowania swojej siły. To świadczy o tym, że osiągnęłam jeden z celów mojej pracy. I nadal staram się robić swoje. 

Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska) Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska)