Choćbyśmy usilnie pracowali nad poprawą relacji z innymi i nad sobą, w naszych bliskich związkach zawsze będą się pojawiać wyzwania i konflikty. Nawet jeśli nauczymy się pokonywać te trudne chwile, różnice zdań nie znikną całkowicie. Jak sobie z nimi radzić?
Fragment książki „Książka którą powinni przeczytać wszyscy, których kochasz", Philippa Perry, wyd. Agora
Konflikty w związkach są nieuniknione, bo każdy z nas inaczej doświadcza rzeczywistości. Bez względu na to, jak podobne do siebie są dwie osoby, każda ma odmienną historię i podejście do różnych spraw. Tę samą sytuację każdy przeżywa inaczej, ale to, że dwie osoby się różnią, nie oznacza, że punkt widzenia którejś z nich jest bardziej uprawniony.
Istnieją jednak sposoby na radzenie sobie w sytuacji konfliktów i nieporozumień z partnerami, przyjaciółmi czy współpracownikami, dzięki którym nie staną się one dla nas torturą. Dzięki zrozumieniu, jak to się dzieje, że się komuś przeciwstawiamy lub nadmiernie podporządkowujemy, dzięki świadomości, skąd się biorą potężne emocje w sporach, obie strony mogą pracować nad wyrozumiałością i otwartością i ostatecznie dojść do sensownych, trwałych rozwiązań.
Różni ludzie spierają się w różny sposób i o różne rzeczy, można jednak zaobserwować pewne ogólne wzorce. Mam nadzieję, że w tym rozdziale znajdziesz przykłady sporów, które najlepiej znasz z własnego życia. Czy czasami dochodzisz do ściany, bo uważasz, że kiedy jedna osoba ma rację, to druga musi się mylić? Czy masz skłonność do unikania konfliktów i zawsze ustępujesz, nawet w naprawdę ważnych dla ciebie sprawach? Czy wdajesz się w kłótnie na fakty i logiczne argumenty kosztem empatii wobec czyichś uczuć? Oczywiście w prawdziwym życiu różne typy sporów krzyżują się ze sobą, a każda pojedyncza kłótnia jest kombinacją różnych trybów. Liczę jednak na to, że ich gruntowne przeanalizowanie pozwoli ci zdobyć większą samoświadomość.
Łatwiej zrozumiesz, co przeżywa druga osoba, kiedy uświadomisz sobie, że wszyscy mamy jakiś dominujący – lub preferowany – sposób radzenia sobie z trudnościami. Te sposoby to najczęściej myślenie (rozumowanie), odczuwanie i działanie. Niektórzy próbują rozumowo wypracować wyjście z trudnej sytuacji. Inni potrzebują najpierw zagłębić się w swoje uczucia. Jeszcze inni od razu przechodzą do działania. Porównuję te trzy taktyki do drzwi – musimy tylko wiedzieć, które są otwarte, które przymknięte, a które zamknięte na klucz.
Jeżeli dwie osoby mają różne dominujące sposoby radzenia sobie, może być im trudno wspólnie stawiać czoła trudnościom bez kłótni czy różnicy zdań. Oto list, który napisała do mnie pewna kobieta po tym, jak jej mąż przeszedł udar.
Mąż jest naukowcem po sześćdziesiątce i przez całe życie wszystkie sprawy rozwiązywał umysłowo, teraz jednak musiał podjąć ciężki wysiłek fizyczny, żeby na nowo nauczyć się chodzić. W szpitalu poruszał się na wózku, w domu z chodzikiem, obecnie jest na etapie laski. Bardzo go denerwuje, że rehabilitacja posuwa się tak powoli, i próbuje coś wymyślić, żeby nie musieć tyle ćwiczyć.
Mam poczucie, że bardzo mu się naprzykrzam zmuszaniem go do ćwiczeń, a ostatnimi czasy czuję się bardziej jak jego matka, a nie żona. Sama też łapię się na tym, że się złoszczę i mam pretensje do męża, bo on nie chce mówić o swoich uczuciach (dawniej też tego nie umiał, więc nie wiem, dlaczego teraz się tego spodziewam), i mam wraże-nie, że się od siebie oddalamy.
Próbowałam z nim rozmawiać i zachęcać do wyrażania uczuć, ale do niego to nie trafia. Czuję się winna z powodu złości na niego, bo przecież to on cierpi. Oboje prze-chodzimy bardzo wyczerpujący okres. Wygląda na to, że mąż odzyska pełną sprawność, ale to będzie trwało długo.
Po przeczytaniu tego listu pomyślałam, że mąż najwyraźniej ma drzwi do myślenia otwarte, drzwi do działania przymknięte, a drzwi do uczuć zamknięte na klucz. Z kolei ze słów żony wynika, że jej drzwi do uczuć i działania są otwarte, a drzwi do myślenia przymknięte. Konflikt między nią a mężem – żal i złość, które opisuje – jest rezultatem tego, że nie mogą razem przejść przez te same drzwi. Innymi słowy, mają różne sposoby radzenia sobie z problemami.
Kiedy jesteśmy w trudnym położeniu, chcemy, by nasi bliscy bardziej przypominali nas i reagowali podobnie jak my. Ale mąż autorki listu wystarczająco dużo przeszedł i w danej chwili potrafi radzić sobie, tylko będąc sobą; nie zdobędzie się na podejście do swojego życia i rehabilitacji tak, jak zrobiłaby to ona. Pamiętajmy o tym, że się różnimy, a często to właśnie te różnice są magnesem, który nas do siebie przyciąga. Mamy skłonność do oczekiwania od innych i podziwiania w nich tych cech, które w nas samych są słabiej rozwinięte, ale kiedy nadchodzi jakiś kryzys, wściekamy się, że ukochani funkcjonują zupełnie inaczej. To normalne, że kiedy nękają nas problemy życiowe – jak choroba w rodzinie czy wyzwania w pracy – stajemy się mniej elastyczni i chcemy robić wszystko po swojemu. Zaczynamy funkcjonować jakby w trybie awaryjnym, usztywniamy się, okopujemy na swoich pozycjach i trudniej nam spojrzeć na sytuację oczami innych. Wracając do naszego przykładu, kiedy żona zrozumiała, jaki jest dominujący sposób radzenia sobie jej męża, znalazła „rozumowe” podejście, które pozwoliło uchylić przed nim drzwi do działania: poprosiła lekarza, żeby dokładnie wytłumaczył mężowi, w jaki sposób dzięki zaleconym ćwiczeniom tworzą się nowe połączenia nerwowe. Dzięki temu drogą logicznego myślenia przekonał się do nich.
Kiedy ktoś z bliskich choruje lub ma inne kłopoty, nie potrafimy oprzeć się pokusie dawania rad i wskazówek, co według nas powinien zrobić. Wierzymy, że jeśli tylko się do nich zastosuje lub spojrzy na sprawę naszymi oczami, sytuacja na pewno się poprawi. Często motywuje nas do tego opór wobec współodczuwania – czyjaś bezradność, wrażliwość, ból i frustracja przypominają nam o własnych słabościach. Nie chcemy przeżywać tych uczuć wraz z drugą osobą i dlatego uciekamy się do pouczania. Tymczasem odbiorcy nieproszonych porad często czują się wtedy oceniani i lekceważeni. A przecież wszyscy wolimy być otoczeni współczuciem i zrozumieniem. Jeśli twojego psa przejedzie samochód, chcesz, by ktoś zrozumiał twój smutek i cię pocieszył, a nie radził, jak utrzymać psa na smyczy. Empatia nie oznacza odsuwania czyichś uczuć ani ich naprawiania: jest odczuwaniem tego samego, co czuje ta osoba. Nie zawsze jest to łatwe, zwłaszcza jeśli jej wrażliwość różni się od twojej. W przytoczonym przykładzie pacjent miał kłopot z wyrażaniem uczuć, ale potrafił wyartykułować myśli, a kiedy żona zrozumiała go i wczuła się w jego problem, pomyślnie rozwiązała sytuację.
Zauważyłam, jak często płacz czy marudzenie dziecka wywołuje u rodziców zniecierpliwienie, a nawet wściekłość. Łatwiej dać upust złości, niż pozwolić, by uczucia dziecka obudziły w nas wspomnienia własnej dziecięcej bezradności, lub przyznać się do wstydu wywołanego bezsilnością, kiedy nie potrafimy w żaden sposób pomóc. Często jest nam wygodniej potraktować dziecko protekcjonalnie lub je ukarać, niż akceptować i okazywać mu empatię, a to nie pomoże maluchowi uporać się z trudnymi przeżyciami. Podobnie postępujemy z dorosłymi – i dlatego, kiedy ogłaszasz, że jesteś przeziębiony i bardzo źle się czujesz, prawdopodobnie usłyszysz, że powinieneś zażywać echinaceę i witaminę C, pić wodę z miodem i cytryną oraz aplikować krople do nosa, nie dostaniesz natomiast współczucia, którego szukasz. Wszyscy wiedzą lepiej, co masz zrobić, a nikt cię nie pociesza.
Nie twierdzę, że jesteśmy w stu procentach odpowiedzialni za to, jak się czujemy. Inni przecież oddziałują na nas i w reakcji na to odczuwamy różne emocje, a niektóre z nich są dla nas przykre. Chcę jednak podkreślić, że otoczenie też nie ponosi całej winy za to, co my czujemy. Przyznanie się do współudziału w trudnościach i konflikcie, akceptowanie faktu, że inni radzą sobie odmiennymi niż my sposobami, to pierwszy ważny krok ku zrozumieniu problemu i wypracowaniu rozwiązania.
Zauważyłam, że wiele osób do kłopotów w związkach podchodzi tak, jakby problem leżał wyłącznie po stronie partnera, a same były tylko obserwatorami. Znacznie łatwiej i wygodniej jest roztrząsać, jacy inni są okropni, niż pomyśleć, w jaki sposób sami przyczyniamy się do swoich uczuć. Koncentrując się na partnerach, odwracamy uwagę od siebie, od swoich emocji i potrzeb. Jako przykład przytaczam wyważony list mężczyzny w średnim wieku, który opisał mi swoje problemy małżeńskie.
Oboje z żoną mamy po pięćdziesiąt jeden lat, a razem jesteśmy od trzydziestu. Żona przechodzi teraz perimenopauzę, a ja staram się ją ze wszystkich sił wspierać. Zawsze byłem wrażliwy na jej potrzeby – bóle miesiączkowe, poród, depresja poporodowa i trzy lata anoreksji – a na temat okresu przedmenopauzalnego przeczytałem wszystko, co zdołałem znaleźć. Uwielbiam żonę, uważam, że jest sexy, ale wiem, że ona teraz nie bardzo chce intymnego współżycia, i szanuję to.
Przez lata naszego małżeństwa nigdy nie uprawialiśmy seksu regularnie, ale żona wciąż mnie pociąga i pragnę jakiejś formy bliskości, kiedy będzie gotowa. Nie chcę nikogo innego i sam się zaspokajam, chociaż dopada mnie wtedy poczucie winy, jakbym był nastolatkiem. Czy jest nadzieja, że wrócimy do normalnego współżycia, kiedy nadejdzie czas? Trudno mi się pogodzić z tym, że fizyczna bliskość między nami mogłaby się skończyć.
W moim przekonaniu to przede wszystkim autor listu ma problem – brak seksu – przerzuca go jednak na żonę, chociaż jej najwyraźniej nie przeszkadza brak kontaktów intymnych. Wydaje się zresztą, że od dawna przywykł do postrzegania małżonki jako jednego pasma problemów i nie chce się przyznać do własnych. Zastanawiam się, co takiego zaszło w procesie jego wychowania, że w wieku pięćdziesięciu jeden lat ma skrupuły z powodu masturbacji. Wyraźnie też widać oznaki, że usiłuje „naprawić” żonę dla siebie, i sądzę, że ona to dostrzega. Być może czuje się infantylizowana tym, że mąż wyszukuje informacje i występuje w roli eksperta od jej spraw, jakby była jakimś okazem, przedmiotem badań, a nie żywą osobą, którą należałoby zrozumieć. Być może dlatego seks z nim przestał ją interesować. Rzadko się zdarza, by ktoś chciał być naprawiany. Takie podejście może stworzyć spory dystans między dwojgiem ludzi.
Kiedy próbujesz komuś wytłumaczyć swoje uczucia w związku z jakimś problemem, unikaj mówienia mu, jaki według ciebie jest. Nie będę podsuwać gotowych formułek – powiedz to własnymi słowami – ale skoncentruj się na tym, co czujesz w związku z tą osobą i jakiej poprawy oczekujesz. Zamiast mówić: „ona jest irytująca” czy „on mnie nie słucha”, powiedz coś o sobie: „czuję się zirytowany”, „czuję się niesłuchana”; w ten sposób weźmiesz odpowiedzialność za swoje reakcje i zrozumiesz, że nie można twierdzić, iż z kimś jest coś nie tak tylko dlatego, że nie robi tego, czego od niego oczekujesz. Taki nawyk pomoże ci przyjąć odpowiedzialność za własną reakcję i nie obwiniać drugiej osoby.
Z łatwością dostrzegamy, co u innych wymaga naprawy, trudniej natomiast uzmysłowić sobie, że w nas też mogą tkwić przyczyny ograniczeń w naszych związkach. Musimy sobie uświadomić, że jeśli ciągle łapiemy się na tych samych uczuciach wobec różnych grup ludzi, to prawdopodobnie problem jest w nas, nie w innych. Owszem, oni też mogą mieć problem, ale jeżeli zawsze widzisz go w nich, a nigdy w sobie, to prawdopodobnie tkwi on jednak w tobie.
Philippa, Lady Perry, brytyjska psychoterapeutka integracyjna i autorka książek, między innymi bestsellerowej pozycji „Szkoda, że Twoim rodzice nie przeczytali tej książki".
Fot. materiały prasowe