Na co idzie twoja energia?

Kiedy umysł staje się hiperaktywny i zalewa nas przeróżnymi wizjami i fantazjami, pora zadbać o naszą energię. (fot. iStock)

Według medycyny chińskiej rodzimy się z określonymi zasobami energetycznymi. Ale choć zostajemy różnie wyposażeni na starcie, to od nas zależy, jak zarządzamy tymi zasobami. Nie dziw się więc, że padasz na twarz, skoro tkwisz w nielubianej pracy, toksycznych relacjach albo… pomagasz innym na siłę.

Lista pożeraczy energii jest długa. Każdy ma swoje ulubione. Dla jednych są to portale społecznościowe, dla innych śledzenie newsów, zwykle przygnębiających. Ogłupiające filmy, nieciekawe książki, które – skoro już się kupiło czy wypożyczyło – trzeba skończyć. To i tak stosunkowo nieduży kaliber. Większy? Nie trzeba chyba przekonywać, ile energii pochłania nielubiana praca. Uparte sięganie po strategie, które nigdy się nie sprawdziły, ale może tym razem… Sytuacje, w których sprzeniewierzamy się naszym wartościom, idziemy na zbyt duże kompromisy. Albo kiedy osiągamy coś w nierównej walce, cudzym kosztem. Kiedy działamy pod presją – z miejsca przymusu, obowiązku, napięcia. Wszystkie te „muszę”, „zdobędę”, „udowodnię”.

Czasem nasze działania oparte są na reakcji: pojawia się bodziec, idziemy za nim i ani się spostrzeżemy, lądujemy w jakimś projekcie, który „na trzeźwo” zainteresowałby nas tyle co zeszłoroczny śnieg. Bo znajomy wziął nas pod włos, powiedział „bez ciebie nie damy rady”, no a kto nie lubi być doceniony, niezastąpiony… Często przyczyną utraty energii jest brak obecności. Mówisz „tak”, a potem zastanawiasz się, gdzie właściwie byłeś, kiedy padało to słowo. Być może nie umiesz też zadbać o równowagę w dawaniu i braniu, dajesz „górką” – w relacjach, w pracy. I czujesz się wykorzystany. Albo spalasz się z powodu trzymania zbyt wysokich standardów. Chcesz być perfekcyjny we wszystkim, a jeśli nie jesteś (kto jest?!), skupiasz się na braku, niedoskonałości. Warto stworzyć własną listę takich wycieków energetycznych i zaglądać do niej od czasu do czasu. I dopisywać nowe odkrycia.

Siewcy obłędu i inni

Na czele tej listy znajdują się prawdopodobnie mechanizmy, jakie dochodzą do głosu w relacjach. Nie tylko tych najbliższych. Czasem jednak wystarczy posłuchać skarg i lamentów koleżanki z pracy czy sąsiadki i czujemy się jakby ktoś spuścił z nas powietrze. Mnóstwo energii pochłania walka. Mniejsze i większe odwety i wendety, urazy. Przekonywanie innych do swoich racji, upór, sztywność. Ale też unikanie za wszelką cenę konfliktów, ciągłe zaciskanie zębów. Bo boimy się okazać stanowczość, stanąć za sobą. Chronimy innych. Nie chcemy ich urazić albo wyjść na małostkowych, czepialskich, problematycznych. A nuż narazimy się, zostaniemy odrzuceni. Milczymy więc, zaciskamy zęby – być może uznając, że szkoda energii – a potem stwierdzamy nagle, że nas opuściła.

Nie lubię nazywać ludzi toksycznymi czy wampirami – wygląda mi to trochę na przerzucanie odpowiedzialności na innych, kiedy należałoby skupić się na trzymaniu granic. Ale nie da się ukryć: z niektórymi jest nam niewygodnie, nie po drodze. W świetnym kursie kreatywności „Droga artysty” Julia Cameron ostrzega przed siewcami obłędu. Tacy ludzie oczekują specjalnego traktowania, a jednocześnie lekceważą, obwiniają i skłócają innych, łamią umowy, rujnują plany, nienawidzą porządku i harmonogramów (poza swoimi). Niezależnie od nazwy, na pewno nietrudno ci będzie wskazać w otoczeniu osoby, przy których twoja energia (jeśli o nią nie zadbasz) kurczy się, nastrój spada. Cóż, lepiej trzymać się od nich z daleka, stworzyć przestrzeń dla tych, którzy będą cię wspierać, akceptować. Z wzajemnością.

A związki? Tu dopiero mamy pole do tego, żeby spalać się i zatracać. Zdarza się, że wchodzimy w relację wygłodzeni, spragnieni uczuć, nie pozwalamy jej rozwijać się w naturalnym tempie, dojrzewać. Ileż energii idzie w oczekiwania i spełnianie oczekiwań innych. Rezultat? W krótkim czasie jesteśmy jak zwęglony kawałek nadziei. To się nazywa „wystrzelać się”, „wyprztykać”. Są też relacje, które karmią się dramatami – oskarżeniami, poczuciem niepewności i zagrożenia. I te jałowe, nijakie, w których króluje nuda i rutyna. Kto wie, czy taki zastój nie zabiera więcej energii niż regularne kłótnie?

Na ratunek gburowi

Z relacjami wiąże się jeszcze jeden pożeracz energii, bardzo podstępny. Pomaganie. Nie chodzi o pomoc polegającą na tym, że ktoś zwraca się do nas z prośbą o przysługę, ale o taką, kiedy sami narzucamy się ze swoimi pomysłami innym. Mówimy im, co robią nie tak, jak mają żyć. Próbujemy ich zmienić, zbawić, uratować. To prawdziwy relacyjny demon – zwłaszcza kobiet.

Psychoterapeutka Robin Norwood napisała nawet o tym książkę „Kobiety, które kochają za bardzo”. Zwykle takie kobiety (choć nie tylko ich to dotyczy!) wychowały się w dysfunkcyjnym domu, który nie zaspokajał ich emocjonalnych potrzeb. Nie zdołały zmienić nieczułych rodziców, teraz próbują tej sztuczki z innymi bliskimi osobami, zwłaszcza z partnerem. Chcą opiekować się nim, kontrolować go. Najlepiej, żeby był trudny – w przeciwnym razie co to za wyzwanie! Mniej skomplikowani kandydaci – mili, dyspozycyjni, zainteresowani – sprawiają wrażenie nudnych. „Gbur na pewno zareaguje w końcu na twą uprzejmość. Młokos wydaje ci się czarujący i bezradny. W awanturniki dostrzegasz coś romantycznego. Ponurak nęci cię jakąś tajemnicą. Mężczyzna kapryśny potrzebuje twojego zrozumienia. Mężczyzną nieszczęśliwym trzeba się koniecznie zająć. Nieudacznik aż prosi się, byś mu dodała odwagi, zaś odpychający pedant czeka przecież na czyjeś dobre i ciepłe słowo” – pisze Norwood. Sama pracowała kiedyś w agencji, na drzwiach której widniał ostrzegawczy napis: „Pomoc jest słoneczną stroną dominacji”. Są ludzie, którzy bez ciągłego zaangażowania w pomoc innym czują się nieważni, niepotrzebni.

Jeśli zatem kochasz kogoś, kto wymaga twoim zdaniem „naprawy” – sprawdź, czy nie ma w tej miłości poczucia wyższości, a nawet litości. Jedno jest pewne: taka relacja wyczerpuje, przygnębia, staje się źródłem frustracji i zniechęcenia. Może być tak, że uciekasz w nią przed własnymi problemami. Kiedy odstąpisz od rozpaczliwych prób ratowania innych, uwolnisz niebagatelne zasoby energii, które czekają, żeby użyć ich na twój rozwój, choćby podniesienie poczucia wartości. Paradoksalnie, jeśli wreszcie zajmiesz się sobą, pomożesz też swojemu dorosłemu „podopiecznemu” – zwrócisz mu jego siłę.

Głos z nieba

Potężnymi pochłaniaczami naszej energii są też stłumione emocje – dopóki się nimi nie zajmiemy, nie wypuścimy ich, będziemy żyć, jakbyśmy cały czas musieli przytrzymywać jedną ręką drzwi. Również nadmierna aktywność mentalna: myślenie i analizowanie. Uporczywe planowanie szczegółów i martwienie się na zapas. Rozpamiętywanie przeszłości (zwłaszcza jeśli towarzyszą temu wyrzuty sumienia). Niekończące się dialogi wewnętrzne – rozpatrywanie za i przeciw, by nie podjąć żadnej decyzji i pozostać w stanie zawieszenia. Wreszcie – różne obsesyjne filmy, które oglądamy w głowie. Czyż to nie marnotrawstwo energii?

Kto jak kto, ale Amerykanie nie lubią jej tracić. Dlatego Amerykanka Sarah Knight opracowała program odgracania i reorganizacji mentalnej przestrzeni poprzez odpuszczenie sobie niektórych spraw. W książce „Magia olewania” pisze: „Odpuszczanie sobie tego, co nieważne, a zajmowanie się tym, co ważne, to proces ciągłego rozwoju”. Oprócz tego, co nieważne, kluczowe wydaje się żegnanie tego, co nieprawdziwe. Energetycznie nie opłaca się udawać i okłamywać siebie („Nie mogę odmówić”, „Nic takiego się nie dzieje”, „On jeszcze mnie polubi” „Każde rozbite szkło da się skleić”).

Oszczędzanie energii polega w dużej mierz na sztuce dokonywania wyborów. A tu kluczowy jest kontakt ze sobą. Taki kontakt budujemy, kiedy regularnie sprawdzamy: co czuję, czego chcę, co jest teraz dla mnie najważniejsze, co mnie cieszy. Jest szansa, że do głosu dojdzie wtedy intuicja.

Podczas pracy nad tym tekstem otworzyłam „Przesłania Aniołów” Doreen Virtue i przeczytałam takie oto zdanie: „Jeśli zauważysz dzisiaj, że spada ci nastrój albo poziom energii, potraktuj to jako wskazówkę, że skupiasz się na czymś nie dość pozytywnym”.