1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Gdy partner nie poświęca Ci czasu

Gdy partner nie poświęca Ci czasu

fot.123rf
fot.123rf
Jak nie przegrać w tej rozgrywce? Melissa Orlov, autorka książek psychologicznych, współpracująca z magazynem „Psychology Today“, ma rady dla osób, które czują, że partner/ partnerka poświęca im mniej czasu:

Porozmawiaj z nim lub nią na temat tego, że coraz rzadziej macie czas dla siebie. Spytaj, dlaczego dłużej zostaje teraz w pracy i czy jest to sytuacja przejściowa. Powiedz, że brakuje ci wspólnych chwil i uwagi i że chciał(a)byś, żeby udało się wam w przyszłości wygospodarować go trochę więcej, ale nie jęcz, nie krzycz i nie rób urażonej miny.

Tak naprawdę nie potrzebujecie spędzać ze sobą całych dni, chodzi o tzw. quality time, czyli czas, gdy poświęcacie sobie pełną uwagę, bez zaglądania w komórkę czy zerkania w telewizor. Wieczorna randka raz w tygodniu czy krótki weekendowy wyjazd mogą być tym, czego właśnie wam brakuje. Najważniejsze to wcześniej je zaplanować.

Skupiaj się na pozytywach. Jeśli twój partner/ twoja partnerka ma teraz więcej stresu, tym bardziej ważne jest, by czas spędzany razem dawał wam odprężenie. Pamiętaj, że jeśli ty narzekasz, druga strona zwykle reaguje złością.

Wykorzystaj czas, który kiedyś spędzaliście razem, na swoją pasję: to mogą być zajęcia sportowe, nauka języka, kolacja z przyjaciółmi, wyjście do kina, nowy wciągający serial, a może pisanie czy malowanie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak utrzymać namiętność w długoletnim związku?

Jeden z najważniejszych składników miłości – namiętność – jest jednocześnie jej najmniej trwałym komponentem. Szczęściarzami nie są ci, którym przychodzi ona z łatwością, lecz ci, którzy potrafią wykrzesać emocje z jeszcze ciepłego popiołu i po raz kolejny zakochać się we własnej żonie czy mężu. (Fot. iStock)
Jeden z najważniejszych składników miłości – namiętność – jest jednocześnie jej najmniej trwałym komponentem. Szczęściarzami nie są ci, którym przychodzi ona z łatwością, lecz ci, którzy potrafią wykrzesać emocje z jeszcze ciepłego popiołu i po raz kolejny zakochać się we własnej żonie czy mężu. (Fot. iStock)
Szczęściarzami nie są ci, którym zakochanie i namiętność przychodzą z łatwością, tylko ci, którzy potrafią wykrzesać emocje z jeszcze ciepłego popiołu i po raz kolejny zakochać się we własnej żonie czy mężu.

Prawda niestety jest dosyć gorzka, jeden z najbardziej pożądanych składników miłości – namiętność – jest jednocześnie jej najmniej trwałym komponentem. Przy zakochaniu namiętność szybko sięga zenitu, ale po przekroczeniu pewnego poziomu nieubłaganie spada. Wtedy na pary, których relacje nie były wspierane innymi niezbędnymi filarami miłości: intymnością i zaangażowaniem, czeka nieuniknione fiasko.

Psychicznie dojrzała osoba rozumie różnicę pomiędzy emocjami, namiętnością, a trwałym, spokojnym, często pełnym wyrzeczeń i kompromisów związkiem nazywanym miłością. Właśnie dlatego Stephen Covey odkrył, że „kochać”, to czasownik i na skargi w rodzaju: „…ale nie kocham swojej żony”, z przekonaniem polecał: „To kochaj ją!” Działanie – to jest cudowny środek, który potrafi przywrócić tlejące uczucia.

Emocje i jeszcze raz emocje

Czy zastanawialiście się kiedyś, czemu sporo par się tworzy podczas zagrażających życiu sytuacji? Klęski żywiołowe, wojna, różnorodne nieszczęścia w życiu prywatnym stają się najmocniejszym spoiwem spotkanych przypadkiem ludzi, między którymi nagle i pozornie bez przyczyny rodzi się wielka namiętność. Gdyby te osoby natrafiły na siebie w innym czasie i przy innych (niezagrażających) okolicznościach, jest całkiem możliwe, że nigdy by nie zrodziło się pomiędzy nimi zakochanie. Dlaczego tak się dzieje? Okazuje się, że człowiek nie zawsze potrafi rozpoznać źródło swoich emocji i silne fizjologiczne pobudzenie (przyśpieszenia rytmu serca, pocenie się rąk itp.) traktuje jako przyczynę pojawienia się innej osoby o przeciwnej płci. Czyli jeśli w nagle spadającej windzie spotkały się dwie osoby, to jest ogromna szansa, że jedna z nich przynajmniej zaprosi drugą na randkę. Sama znajomość tego zjawiska nie daje rezultatów; nie chcemy także powodować żadnych klęsk żywiołowych. W życiu codziennym, by umiejętnie wykorzystać dane zjawisko, możemy zabrać naszą połówkę na ekstremalny odpoczynek: skoki ze spadochronem, lot balonem, wycieczka w góry, rafting. Każdy pomysł, który wywoła silne emocje, nawet nie koniecznie pozytywne, jest dobry.

Podobieństwo

Powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają, w długotrwałych związkach raczej się nie sprawdza. Więc jeśli już dobraliśmy się w parę, to inspiracji warto szukać właśnie w podobieństwach. Zastanów się co ty i partner czy partnerka lubicie robić razem: jaka to jest forma odpoczynku, a może pracy? Czy lubicie razem gotować, jeździć konno, podróżować, zwiedzać wystawy, sprzątać? Każda aktywność, którą wykonujecie razem i z której razem czerpiecie przyjemność pogłębia i pielęgnuje związek.

Zmiana otoczenia

Osoby, które mają niską tolerancje na nudę, nie zawsze odnajdują się w rutynowych, codziennych czynnościach, a co za tym idzie ich uczucia zaczynają szybko gasnąć podczas długich, spokojnych wieczorów. Żeby taki partner nie poszukiwał nowości w kimś innym, warto zapewnić mu chociaż co jakiś czas pewne zmiany. Mogą to być podróże, spacery gdzie indziej, niż zazwyczaj, kilka dni w innym niż dom miejscu, przesuwanie mebli w pokojach, pomalowanie ścian, nigdy nie darowane wcześniej prezenty, nigdy nie poruszane tematy rozmów. Pomyślcie jak zareaguje partnerka, jeśli zamiast bukietu róż dostanie kwitnący kaktus, a co powie mąż, jeśli żona bez uprzedzenia zarezerwuje miejsce na noc w pobliskim hotelu (nie koniecznie musimy być przy tym na wyjeździe). Dobrze, jeżeli nasza zmiana współgra z zaskoczeniem, wtedy jeszcze bardziej zintensyfikujemy rezultat.

Wspólna praca

Szczęśliwy związek to taki sam cel jak każdy inny, który wymaga dużej pracy. Jeśli planujemy zostać sędzią, to staramy się jak najlepiej zdać maturę, wybieramy się na studia prawnicze, robimy aplikację, zastanawiamy się co jeszcze mogło by zwiększyć nasze szanse na osiągnięcie celu. Niestety udany związek traktujemy jako coś samoistnego i przypadkowego, właśnie dlatego często to prowadzi do rozczarowań. Okazuje się, że myślenie strategiczne sprawdza się nie tylko w życiu zawodowym, ale także i prywatnym. Zaproponuj partnerowi zastanowić się razem na jakim etapie związku jesteście, co jest za wami, czy udało się wyciągnąć jakieś wnioski z niepowodzeń, czy podążacie w dobrym kierunku, co chcielibyście zmienić, jak to zrobić? Planujcie swój związek jak planujecie karierę zawodową, stawiajcie sobie cele i wyznaczajcie konkretne działania. Miłość to nie loteria, tylko długoterminowy cel.

  1. Psychologia

Upewnij się, że wasz związek funkcjonuje w równowadze

Wiele osób, dla rzekomego
Wiele osób, dla rzekomego "wspólnego dobra", rezygnuje w związku z dbania o własną przestrzeń i własne granice. (fot. iStock)
Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Jeśli masz nieodparte wrażenie, że na każde z tych pytań odpowiedź brzmi twierdząco, to istnieje duże ryzyko, że znajdujesz się w "matni" usprawiedliwiania swojego partnera kosztem realizacji własnych pomysłów i planów.

On na pewno tego nie chciał, miał gorszy dzień... Na pewno nie chciał mnie zranić… Z pewnością miał dobre intencje…

Spójrz uczciwie na swoją relację i zrób bilans zysków i strat. Brzmi dość przedmiotowo? Związek to nie firma? Nikt nie wymaga żadnych bilansów, wzajemnych rozrachunków?

Z pewnością związek to relacja z założenia oparta na równości, miłości, wzajemnym szacunku i zaufaniu, w której partnerzy wspierają siebie nawzajem w rozwoju każdego z nich, jednocześnie realizując cele wspólne. Warto więc czasem sprawdzić, czy ten nasz trzeci żywy organizm, jakim nie jestem ani ja, ani on, tylko "my", funkcjonuje prawidłowo. Kontynuując ten sposób myślenia: czy wyobrażacie sobie robić wszystko jedną ręką, gdy obydwie są tak samo sprawne? Co się będzie działo z prawą, jeśli zacznę jeść, pisać, czesać się tylko lewą…? Mówi się kolokwialnie, że nieużywany organ zanika.

Wracając na grunt związku: druga osoba - ta, którą się ciągle usprawiedliwia, której się ustępuje, dla której rezygnuje się ze swoich granic - może się szybko przyzwyczaić do takiej sytuacji. Człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja… Rozleniwia, traci poczucie wspólnoty. Gubi w swej wygodzie odpowiedzialność za wspólne dobro… Gdy partner jednak obudzi się i dokona bilansu emocjonalnego, oceni swój fizyczny wkład w związek - jest w stanie szybko zareagować, aby przerwać ten niezdrowy układ i na nowo przedyskutować role w związku i wzajemne obowiązki. Ważnym elementem przywrócenia równowagi w związku będzie rozmowa: o tym co było, co jest i co będzie, jeśli nic się nie zmieni, a także o tym, co zrobić, aby na nowo przywrócić stan pożądany. Uzdrawiającą moc ma poruszenie tematu wzajemnych potrzeb. Zanim zatem podejmiesz próbę rozmowy, zadaj sobie pytania:

  • Czego potrzebuję, aby czuć się w tym związku dobrze?
  • Kiedy czuję, że mam podcinane skrzydła?
  • Jakie słowa lub zachowanie partnera wpływają na obniżenie mojego nastroju?
  • Jakie obowiązki mogłabym dzielić z partnerem?
  • Ile jest mnie samej w tym jak żyję?
To bardzo ważne pytanie, które można mnożyć, by zdiagnozować wasze potrzeby i te, które będą służyły wspólnemu dobru.

Otwartość i przekonanie, że obydwoje chcecie oddychać pełną piersią i być blisko siebie jest założeniem niezbędnym do tego, aby rozpocząć oczyszczanie atmosfery i wyrównywania gruntu, po którym wspólnie stąpacie. Obydwoje odpowiadacie za atmosferę w związku. Uważność na to, czy tej atmosfery nic nie zatruwa jest waszą wspólną odpowiedzialnością. Nie bój się rozmawiać i wyjaśniać na bieżąco. Nie musisz wszystkiego brać na siebie i usprawiedliwiać, bo to tylko pogorszy twoją kondycję psychiczną rosnącym poczuciem winy.

Niech będzie 100 % Ciebie w Tobie! Nie rezygnuj z siebie, bo finalnie zaszkodzisz Wam.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Perfekcjonista w związku

Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Krytykuje, wytyka błędy, jest czepialski. Nie zaśnie, dopóki nie pozmywa wszystkich kubków, nie przejdzie bez słowa obok nierówno postawionych butów. Czasem wymaga od innych, czasem od samego siebie. I nawet gdy osiąga w danej dziedzinie mistrzowski poziom, odczuwa strach: „nie jestem dla niej dość dobry”, „jeśli nie będę doskonała, to mnie zostawi”. Związek z perfekcjonistą to wyzwanie dla obu stron.

Perfekcjonista przeżywa zazwyczaj bardzo duży stres przy nawiązywaniu relacji męsko-damskich i tworzeniu związku. Przed wszystkim dlatego, że stara się za wszelką cenę unikać porażek, wypadać jak najlepiej. To z kolei wiąże się ze strachem: co on czy ona sobie o mnie pomyśli? Działają tu wewnętrzne przekonania typu: „nie jestem dość dobry”, „jeśli nie będę doskonały, to zostanę odrzucony”. Innym problemem bywa wyznaczanie partnerowi wysokich standardów przy jednoczesnym braku elastyczności i skrajnej  nieufności. Może to rodzić konflikty i poczucie niezadowolenia po obu stronach. Partnerom zazwyczaj towarzyszy poczucie dystansu emocjonalnego oraz brak wsparcia we wspólnym życiu.

Obie kwestie można częściowo odnieść do dwóch typów perfekcjonistów: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli (w dużym uproszczeniu) takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. W praktyce zwykle mamy do czynienia z połączeniem obu typów perfekcjonizmu z różnie położonym akcentem.

Etykiety lub bicie się w pierś

Osoby bardziej zewnętrznie ukierunkowane mają tendencję do wydawania dość kategorycznych ocen i łatwego etykietowania  innych osób („jesteś głupi”, „to było całkowicie nieodpowiedzialne” etc.). Nadmierny krytycyzm i surowość mogą być odbierane jako atak i wywoływać sporą złość u odbiorcy komunikatu albo partnera. Zwykle perfekcjoniści nie chcą atakować, tylko nazwać wprost to, co widzą. Trzeba też pamiętać, że perfekcjoniści traktują niekiedy zachowanie innych jako cios wymierzony prosto w ich osobę. Pojawia się tu założenie, że „wszyscy mamy takie same standardy, myślimy podobnie”, a zatem „jeżeli ktoś nie spełnia moich standardów, to robi to przeciwko mnie z rozmysłem”.

Perfekcjoniści ukierunkowani wewnętrznie interpretują zachowania innych raczej w kategorii wytykania im porażki, niedoskonałości. Szukają niedoskonałości i skaz w sobie: „skoro partner musi mi pomóc, to znaczy, że nie jestem w stanie dać sobie z tym rady sama”, „skoro partner się na mnie zdenerwował, to znaczy, że nie wyraziłam się zbyt jasno”. Zwykle towarzyszy im przekonanie, że nie są wystarczająco dobrzy. Jego źródłem jest najczęściej środowisko rodzinne: wymagające, krytyczne, akcentujące jako porażki coś, co obiektywnie porażką nie jest. To są ci, którzy jako dzieci przynosili 4 + i zamiast radości i pochwały rodzica słyszeli: „A dlaczego nie 5?”. Taka osoba w życiu dorosłym będzie dewaluowała wszelkie swoje osiągnięcia, tak jakby miała założony jakiś filtr i przez niego nie dostrzegała swoich sukcesów i dobrych stron. Towarzyszyć jej będzie poczucie, że nie zasługuje na swojego partnera, bo innych zwykle postrzega jako lepszych od siebie.

Atak i ucieczka

Perfekcjoniści mają tendencję do poszukiwania partnera idealnego. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka – wybrzydzają i doszukują się wszelkich wad i niedociągnięć, by na ich podstawie odrzucać lub zrywać znajomości. W rzeczywistości sprawa jest jednak bardziej złożona. Windując oczekiwania i standardy, uzasadniają swoje odrzucenie albo realizują strategię unikania. Krytykują i odrzucają, bo czują się w jakiś sposób zagrożeni w danej relacji. Nie zdają sobie oczywiście z tego sprawy, więc automatycznie uciekają się do strategii: „atakuj pierwszy i uciekaj”.

Osoby skrajnie zewnętrznie ukierunkowane bywają wymagające. W ich przypadku może pojawić się takie typowe poszukiwanie idealnej miłości, oczekiwanie na swoją połówkę. Osób nieidealnych nie biorą więc w ogóle pod uwagę w swojej ocenie. Mając bardzo wysokie poczucie własnej wartości, wolą pozostać samotni, niż obniżyć własne oczekiwania i standardy.

Co ciekawe, większość perfekcjonistów ostatecznie zdaje sobie sprawę z dwóch aspektów interakcji międzyludzkich. Z jednej strony zdają sobie sprawę z własnej szczegółowości i drobiazgowości, z drugiej – wiedzą, że niektórzy naprawdę nie przykładają się do różnych rzeczy i realnie zasługują na krytykę. Niekiedy mają trudność w odróżnieniu tego, jak jest w danej sytuacji naprawdę. Czy krytyka jest uzasadniona, czy też może oni sami już są zbytnio czepialscy?

Pomóc perfekcjoniście

Życie z perfekcjonistą nie należy do najłatwiejszych. Jego partner musi się wykazać dużą delikatnością, zrozumieniem, akceptacją i wsparciem. Najważniejszą zasadą w takiej relacji jest zachowanie spokoju. Warto za każdym razem podjąć próbę zrozumienia intencji perfekcjonisty – owszem, słyszę krytykę i dezaprobatę, ale czy na pewno o to chodzi mojemu rozmówcy? Po drugie lepiej unikać prowokacji – jeżeli chcę coś zakomunikować perfekcjoniście, robię to delikatnie, zastanawiam się nad doborem słów, tak aby nie wypominać, nie krytykować, nie punktować jego słabości, nie wyolbrzymiać drobnych rzeczy etc.

Jeśli związaliśmy się z wewnętrznie ukierunkowanym perfekcjonistą, to wyzwaniem będzie stworzenie mu warunków do odprężenia się. Na co dzień taka osoba robi bowiem wszystko, aby zadowolić innych i uniknąć ewentualnego odrzucenia. Źle się czuje, kiedy spełnia własne potrzeby, ale chętnie robi coś dla innych. Przykładowo, propozycja pójścia do kina przedstawiona jako własna potrzeba uchroni go od wyrzutów sumienia, że zaniedbuje swoje obowiązki. W wielu przypadkach sprawdzi się mocne zaangażowanie w obowiązki domowe. To przykazanie numer jeden, jeśli nasz partner rytualnie nie kładzie się spać, dopóki nie pozmywa i nie ułoży wszystkich naczyń. Wreszcie, jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć, ważne jest nauczenie perfekcjonisty, jak się bawić i relaksować.

Poza tym warto wzmacniać sukcesy partnera, doceniać je (pamiętając, że przejaskrawiony  entuzjazm wzbudzi podejrzenia o nieszczerość), okazywać wiarę i zaufanie w zdolności perfekcjonisty. Można też stać się „wzorem niedoskonałości”, pokazać partnerowi, jak my sami zmagamy się z własnymi niedoskonałościami, błędami, porażkami.

Terapia da prawo do błędów

Czy partner perfekcjonista będzie w stanie naprawdę się odsłonić, pokazać swoje lęki, słabości? W bliskiej relacji, w której istnieje akceptacja i wzajemne wsparcie, jak najbardziej. Chociaż z jego punktu widzenia każda sytuacja obnażająca własną niedoskonałość czy popełniane błędy (prawdziwe lub tylko rzekome) będzie trudna.

Dobrym rozwiązaniem jest skorzystanie z pomocy psychoterapeuty. Znamienne jest to, że perfekcjoniści najczęściej nie trafiają na terapię z powodu swojego perfekcjonizmu, ale w związku z szeregiem innych problemów, w których perfekcjonizm ma swój udział, takich jak: depresja, zaburzenia odżywiania czy zaburzenia lękowe. Do przyjrzenia się sobie skłania niekiedy partner: bo w związku dzieje się gorzej, bo perfekcjonista nosi w sobie nieustanne poczucie winy wobec drugiej strony, bo oboje mają poczucie niespełniania oczekiwań w relacji.

Kamieniem milowym w terapii jest powiązanie perfekcjonistycznych cech z aktualnymi problemami, które pojawiają się w jego życiu, związku. Dostrzeżenie tej zależności jest niekiedy bardzo trudne. Trzeba sobie najpierw uświadomić, że cechy, które w sobie cenimy (a niekiedy też ceni je otoczenie), są zarazem źródłem problemów, powodują konflikty i negatywne konsekwencje dla nas samych, np. dyskomfort, niską samoocenę, zmęczenie). To takie mocowanie się ze sobą, ale warto je przejść, by poprawić jakość życia – swojego i partnera.

Dorota Nowocin jest absolwentką psychologii, posiada certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Od kilku lat współpracuje z Interdyscyplinarnym Centrum Genetyki Zachowania Uniwersytetu Warszawskiego przy realizacji projektów badawczych dotyczących wpływu wydarzeń traumatycznych na zdrowie psychiczne oraz skuteczności terapii poznawczo-behawioralnej. Prowadzi konsultacje psychologiczne, psychoterapię indywidualną, terapię par oraz diagnostykę psychologiczną. Zajmuje się osobami, które doświadczają objawów lękowych i depresyjnych oraz nerwic, są pod wpływem długotrwałego stresu lub kryzysu, mają problemy z odżywianiem. Pracuje również z osobami zmagającymi się z trudnościami w relacjach, mającymi problemy z samoakceptacją i poszukującymi zmiany i satysfakcji z własnego życia. 

Artykuł archiwalny. 

  1. Psychologia

Trudne słowa „kocham cię”. Dlaczego mężczyźni nie mówią o miłości?

Większość mężczyzn nie potrafi zdobyć się na wyrażanie uczuć słowami. Towarzyszy im ukryte przekonanie, że nie jest to dość męskie. (fot. iStock)
Większość mężczyzn nie potrafi zdobyć się na wyrażanie uczuć słowami. Towarzyszy im ukryte przekonanie, że nie jest to dość męskie. (fot. iStock)
Mężczyźni nie płaczą, tylko przedwcześnie umierają na serce. Nie mówią o miłości w obawie przed utratą swojej siły, ale gdy kobieta odchodzi, trudno im poradzić sobie z emocjami, które się wtedy ujawniają. - Jeśli nie mówię „kocham”, wtedy nie przyznaję się, jak ważny jest dla mnie związek z kobietą, silna więź, która nas łączy. To jest unik wobec siebie – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

Kobieta pyta mężczyznę: „Czy mnie kochasz?”, a on popada w stupor: marszczy brwi, bije się z myślami. Albo wycofuje się do swojego pokoju. Najwyraźniej szuka ratunku. Gdy już ochłonie, rzuca z wyrzutem: „A kto naprawił stół?”, „Przecież umyłem samochód!”. Przyparty do muru w końcu kapituluje: „Przecież raz powiedziałem i nie odwołałem!”. Dlaczego mężczyznom tak trudno powiedzieć: „kocham cię”? Jest taka scena w filmie „Uwierz w ducha”. Ona mu mówi: „kocham cię”, a on na to: „i nawzajem”. „Kocham” nie przechodzi mu przez usta.

W filmie „Thelma i Louise” mężczyźni rozmawiają o tym, jak to trzeba kobietom mówić te pierdoły o miłości. Rozmowy mężczyzn przy piwie: „Słuchaj, czy ty wierzysz w miłość?”. Bo przecież „nic takiego nie istnieje”. Mężczyźni wolą rozmowy o seksie, bo seks wydaje się czymś pierwotnym i naturalnym. Ale miłość? Z miłością nie wiadomo, co począć. Gdy słucham mężczyzn, to oni nie mówią: „kocham kobietę”, tylko „mam kobietę” albo „jestem z kobietą”. To są sformułowania bardziej neutralne, bezpieczne.

Gdy on mówi „kocham”, wtedy traci poczucie bezpieczeństwa? Może mieć wrażenie, że traci swoją siłę. Co innego, gdy mówi: „Ja cię ochronię”. Wtedy jest silny. Chłód i dystans dają mu poczucie panowania nad sytuacją. Jeśli nie mówię „kocham”, wtedy nie przyznaję się przed sobą, jak ważny jest dla mnie związek z kobietą, silna więź, która nas łączy. To unik wobec siebie. Dopiero, gdy kobieta odchodzi albo umiera, trudno poradzić sobie z silnymi emocjami, które się wtedy ujawniają.

Przyszło mi takie rozwiązanie do głowy: kobieta może powiedzieć do mężczyzny: „Jeżeli mnie kochasz, to... skiń głową!” (śmieje się). A poważnie...

Kobieta potrzebuje usłyszeć: „Kocham cię, jesteś dla mnie ważna, najważniejsza”. Chciałaby, aby on pokazał całe serce, powiedział o miłości mocno, z ogniem. Chłopcy nie mówią takich rzeczy, ale mężczyźni? Dlaczego nie? Oczywiście zdarzają się mężczyźni bardzo ekspresyjni, którzy nie mają problemów z mówieniem swoim kobietom o miłości. Ale rzeczywiście większość ma. Gdy przychodzą do mnie pary, które przeżywają kryzys, to pierwszym pytaniem, które zadaję, jest: „Czy kochasz tę kobietę?”, „Czy kochasz tego mężczyznę?”. Odpowiedzi po obu stronach są zróżnicowane. Jednak zauważyłem, że jeśli mężczyzna powie: „Tak, kocham”, to takie wyznanie jest dla niego ważnym przeżyciem i często zaraz potem mówi: „Rzeczywiście, nie myślałem o tym tyle czasu...”. Ale już na pytanie: „Czy partnerka cię kocha?”, często odpowiadają: „Nie wiem” albo „Wydaje mi się, że jestem jej potrzebny”. Wielu mężczyzn mówi, że nie są pewni miłości swoich partnerek, nie są pewni, czy kobiety ich jeszcze kochają, skoro tak często ich krytykują, porównują z innymi, koncentrują się na obowiązkach i zadaniach. Nieraz słyszałem: „Haruję jak wół, a potem ona jeszcze żąda, żebym był czuły”. „I żadnych złamanych wyrazów uznania” – jak mawia jeden z moich klientów. A przecież mężczyźni bardzo lubią słyszeć na przykład: „Czuję się z tobą bezpiecznie” albo „Cieszę się z tego, co robisz, doceniam twoje osiągnięcia...”.

Bardzo często mówienie o miłości, tak dla mężczyzn, jak i dla kobiet, oznacza pokazanie słabości, a więc jest zagrażające. Jeśli jednak mówię komuś: „kocham cię”, to docieram do niezwykłej wewnętrznej siły, ponieważ takie wyznanie wymaga odwagi. Pamiętam, miałem 17 lat, gdy po raz pierwszy pewnej 14-latce powiedziałem, że kocham. Wiedziałem, że się rozstaniemy, bo to była wakacyjna miłość, a jednak powiedziałem. Serce mi łomotało, zrobiło mi się ciemno przed oczami, jakbym umierał. Przekroczyłem wtedy jakiś próg, granicę – i poczułem się silny, męski. Być może mężczyznom, którzy mają problem z wyrażaniem uczuć, „kocham cię” kojarzy się z okresem młodzieńczego szaleństwa, zakochania, wzajemnego zauroczenia. A tymczasem już nie chodzimy na randki, nie wydzwaniamy do siebie 20 razy dziennie, nie esemesujemy...

Jak więc nazwać tę więź po kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu latach razem, jeśli nie miłością? Czasem trudno znaleźć jakiekolwiek określenie. Z pewnością dobrze byłoby, gdybyśmy pamiętali, że miłość ma wiele twarzy. To nie tylko młodzieńcze zakochanie. Późniejsza więź jest nasycona uczuciami, tylko bardziej stonowanymi. To już nie wulkan, raczej słońce, które świeci równomiernie. Gdy mówimy: „kocham” w związku, który trwa już jakiś czas, to tak, jakbyśmy mówili: „Zależy mi na tobie, twój dobrostan leży mi na sercu”. Być może potrzebujemy przeformułować znaczenie tego wyznania.

Dla mężczyzn dom, rodzina są bardzo ważne – to, że mają dokąd wracać, mają dla kogo pracować, poświęcać swoje talenty, energię i czas. Jednak rodzina staje się stałym elementem życia. To, że mężczyzna kocha, staje się tak oczywiste, że niedostrzegalne. I gdy kobieta domaga się deklaracji, mężczyzna może wpaść w panikę. Nie myślał o tych sprawach, są poza jego świadomością. Musi ochłonąć, uświadomić sobie, że gorączkowo szuka odpowiedzi, jak przysłowiowych okularów, które cały czas ma na nosie. Mężczyźni, którzy są aktywni, pracują, muszą wtedy przestawić swoje myślenie na inny tryb działania. Więc trzeba mu dać trochę czasu, zanim pomyśli i odpowie.

W książce „Gdyby mężczyźni umieli mówić” psycholog Alon Gratch pisze, że cztery na pięć rozwodów inicjują kobiety, a główną przyczyną jest niedostępność emocjonalna mężczyzn, nieumiejętność wyrażania przez nich uczuć. Chociaż wydaje się, że niedostępność emocjonalna to męska cecha, wiele współczesnych kobiet – szczególnie tych, które zajmują eksponowane stanowiska, działają w biznesie – skarży się, że są odbierane jako chłodne, nieprzystępne czy nieczułe. A przecież w głębi takie nie są. Coś je jednak wstrzymuje przed pokazaniem tego, co głębiej. Nawet na terapii, gdy silnej kobiecie zdarzy się zapłakać, czuje się skrępowana, szybko ociera łzy i przeprasza: „Obiecywałam sobie, że nie będę płakać, ale widać jest ze mną tak źle, że nie panuję nad sobą”. Mówię wtedy, że naprawdę źle jest, gdy nie jesteśmy w stanie płakać. Podobnie mężczyźni – pragną bliskości, pragną kontaktu z głębszą częścią siebie, ale mają z tym trudność. Przyczyn jest wiele. Dom rodzinny – to po pierwsze. Jeśli w domu nie okazywano uczuć, mama nie przytulała, a tata nie obejmował męskim ramieniem, mężczyzna nie ma wzorca, do którego mógłby się odwołać. Wielu mężczyzn nie słyszało w domu o miłości.

 
Małżeństwo, bycie razem, praca, obowiązki, borykanie się z trudnościami – to tak, ale miłość? Bardzo silnie działają społeczne stereotypy – mężczyzna jest twardy i niezłomny, i nigdy nie płacze. Niejednokrotnie byłem świadkiem takich scen na ulicy – mama mówi do synka: „Bądź mężczyzną, czego się mażesz? Przestań! Co ludzie pomyślą?”. Ojcowie jeszcze częściej niż matki zwracają się do synów w ten sposób. Zeszłej zimy widziałem, jak chłopiec wywrócił się na sankach, nie chciał więcej zjeżdżać, płakał, a tata mówi: „No nie, dziewczyna jesteś czy co?!”. Takie sugestie trafiają bardzo silnie do podświadomości chłopców, którzy uczą się napinać, wytwarzać wewnętrzną blokadę po to, by sprostać zaleceniom rodziców i w dalszym ciągu zasługiwać na ich miłość. To tak, jakby w środku nich zapadła żelazna kurtyna, którą potem ciężko podnieść. Na fizycznym poziomie objawia się to długotrwałym, chronicznym skurczem mięśni, napięciem w brzuchu, w okolicach klatki piersiowej, zaciśniętymi szczękami. Poluzowanie tych napięć może budzić paniczny lęk – jeśli pozwolę sobie na czucie, wtedy wypuszczę na wolność potwora, i co się wtedy stanie? Rozpadnę się. Przez wiele lat mężczyzna uczy się, żeby funkcjonować w pewien określony sposób, usztywniać się, kontrolować. I nagle ma stracić „siebie”? Przerażające.

Mężczyźni niedostępni emocjonalnie potrzebują w bezpiecznych warunkach otwierać się na wstydliwe, zatrzaśnięte części siebie. Gdy poświęcamy uwagę temu, co się w nas dzieje, wtedy wewnętrzny demon, potwór, którego tak boimy się wypuścić, okazuje się nie tak groźny, jak podejrzewaliśmy. Miałem w terapii mężczyzn, którzy płakali na każdej sesji przez wiele tygodni, a nawet miesięcy. Czuli się coraz lepiej. Niewypłakane łzy, które nosi się w sobie przez długi czas, kładą się cieniem na wszystkie sfery życia, na związki z najbliższymi, przyjaźnie, relacje zawodowe.

Problem w tym, że mężczyzna niedostępny emocjonalnie często nie jest świadomy swoich głębszych potrzeb, tych związanych z bliskością, co jest źródłem frustracji kobiet. Może być też tak, że nie pozwala sobie na nie, ponieważ został kiedyś zraniony – odrzucony, wyśmiany czy zlekceważony – i podjął decyzję, że już nigdy więcej nie wystawi się na taki ból. Albo był świadkiem, jak ktoś bliski doświadczał cierpienia z tego powodu. Emocjonalne otwarcie jest jak poszerzanie tożsamości, odkrywanie nowych horyzontów. Może budzić lęk, ponieważ wtedy lepiej poznajemy siebie, konfrontujemy się z różnymi iluzjami na swój temat.

Emocjonalne otwarcie jest jak odkrywanie nowych horyzontów. Gdy wyznajemy komuś: „kocham cię”, to docieramy do niezwykłej wewnętrznej siły, ponieważ takie wyznanie wymaga odwagi. I przemienia nas.

Kilkanaście lat temu byłem na filmie „Szeregowiec Ryan”. Film zaczyna się od sceny lądowania desantu w Normandii i masakry, która tam się dokonuje. Bardzo realistyczny obraz, trup ściele się gęsto, żołnierze modlą się, płaczą, inni uciekają w panicznym lęku. W pewnej chwili jednemu z żołnierzy pocisk urywa rękę. Na widowni była młodzież z gimnazjum. Jeden z chłopców mówi na głos: „On szuka swojej ręki”. Rzeczywiście, żołnierz się nachylił, podniósł rękę i poszedł dalej. I w tym momencie chłopcy gruchnęli śmiechem. Jestem pewien, że gdyby się nie roześmiali, musieliby się rozpłakać. Na widowni obok nich siedziały dziewczyny. Gdyby się rozpłakali, okazałoby się, że nie są tacy odporni, zdystansowani i wyluzowani. I co wtedy? Jak przyjęłyby to dziewczyny? Ale widziałem też mężczyzn ocierających łzy na filmie „Król lew” czy „Mój brat niedźwiedź”, i to przy własnych dzieciach. Byli prawdziwi, pokazali swoją wrażliwość.

Dramat wielu mężczyzn polega właśnie na tym, że myślą: „Jeśli pozwolę sobie na łzy, na pokazanie lęku, wzruszenia czy miłości, to w ten sposób przekreślę swoją męskość”. Tak jakby funkcjonowali według zasady „albo albo”, albo jestem wrażliwy, albo jestem silny. Wielu mężczyzn uważa też, że tylko rozum jest źródłem poznania. Rozum jest źródłem poznania teorii, natomiast w konkretnych sytuacjach ciężko jest opierać się na jakichś teoriach, trzeba reagować na bieżąco, opierając się na tym, co się konkretnie dzieje.

  1. Zdrowie

Zmiana czasu wpływa na nasze samopoczucie. Co mówi nauka?

W 2020 roku czas z letniego na zimowy przestawimy w nocy z soboty na niedzielę, z 24 na 25 października. (fot. iStock)
W 2020 roku czas z letniego na zimowy przestawimy w nocy z soboty na niedzielę, z 24 na 25 października. (fot. iStock)
W ten weekend czeka nas przestawienie zegarków o godzinę do tyłu. Śpimy więc godzinę dłużej. Chociaż Komisja Europejska zapowiadała już koniec zmiany czasu, nadal trwają dyskusje na ten temat i nie do końca wiadomo, kiedy przestaniemy zmieniać czas. Jakie konsekwencje dla naszego zdrowia i psychiki ma ta "operacja"? Na ile rozregulowuje nasz zegar biologiczny? Jak poradzić sobie ze zmianą czasu? – tłumaczy dr Magdalena Łużniak-Piecha, psycholog z Uniwersytetu SWPS.

Zaburzenia trawienia, zaburzenia nastroju, zaburzenia rytmu życia, zaburzenia orientacji (ogólna dezorientacja) – takie skutki zmiany czasu dla organizmu wymienia dr Magdalena Łużniak-Piecha. Przy czym stany lekkiej dezorientacji i dyskomfortu można porównać do tych, jakie mamy po wypiciu zbyt dużej ilości kawy.

Dlaczego zmiana czasu nas dezorientuje?

- Tak naprawdę rozmawiając o zmianie czasu musimy porozmawiać o zjawisku zwanym zmienionymi stanami świadomości. Jednym z czynników silnie zmieniających stan świadomości jest światło, ilość światła. – podkreśla dr Magdalena Łużniak-Piecha.

Światło padając na siatkówkę oka, wpływa na czynność zegara biologicznego, który z kolei synchronizuje wszystkie układy organizmu. Ilość światła wpływa na wydzielanie się kortyzolu (hormonu pobudzającego) i melatoniny (hormonu wyciszającego). Gdy przestawiamy zegarek o godzinę to nasz organizm, przyzwyczajony do regularnego trybu funkcjonowania, musi się przestawić. Jak wyjaśnia psycholog: Kortyzol, który wydziela się mniej więcej godzinę przed naszym obudzeniem zaczyna trochę „wariować”. Nie zgadza się zegarek z tym, do czego organizm się przyzwyczaił.

Pamiętajmy też, że kortyzol to hormon odpowiedzialny za nasz metabolizm (wpływa więc na tycie). Jest to również hormon walki, pobudzenia dla organizmu, co przekłada się, w związku z tym, na odczuwanie stresu.

Drugi ważny czynnik wpływający na świadomość to tzw. Zeitgeber („dawca czasu”) – i jest to, jak podaje definicja, egzogenne źródło synchronizacji zegara biologicznego organizmu do rytmu 24-godzinnego. W uproszczeniu: nasz rytm okołodobowy musimy zsynchronizować z czasem. Tu wchodzą w grę wszystkie czynniki, które obserwujemy w codziennym życiu. Gdy np. patrzymy na zegarek i widzimy, że jest godzina siódma - to skąd wiemy, że jest 7 rano? Otóż zwykle słyszymy i widzimy aktywność innych ludzi, wiemy, że coś się dzieje dookoła. Ludzie biegną do pracy, nawet jeśli jest jeszcze ciemno. Wiemy, że to poranek. Z kolei siódma wieczorem to czas, gdy ludzie zwalniają, siadają do kolacji… Chociaż światło jest najważniejszym wyznacznikiem czasu dla człowieka, to nie jest jedynym. Do innych wyznaczników zalicza się m.in. aktywność społeczną i umysłową, związaną z pracą i nauką, a także rytm posiłków, czy wysiłek fizyczny (ludzie żyjący za kołem podbiegunowym, gdzie jest noc polarna, też mają swój rytm dobowy)

Te Zeitgebers są dla nas bardzo ważne. Dlatego np. bolesne jest wstawanie w niedzielę rano i jechanie na uczelnię. Studenci studiów niestacjonarnych dobrze wiedzą, że cały świat śpi. Jest godzina 9, tak samo jak w tygodniu, ale 9 rano w niedzielę jest dla nas trudniejsza, żeby wstać. – tłumaczy psycholożka i podsumowuje: Co dzieje się, gdy zmieniamy czas o godzinę? Zeitgebers się przesuwają, ilość światła się przesuwa. Fundujemy sobie, w dużym skrócie, zmieniony stan świadomości.

Jak długo przyzwyczajamy się do funkcjonowania w zmienionym trybie? Ile zajmuje nam ta adaptacja do zmiany czasu?Jest taka popularna koncepcja mówiąca o tym, że to zajmuje mniej więcej tydzień. To trochę tak jak z jetlagiem, bo w zasadzie mamy taki lekki jetlag. I mówi się, że tydzień jest nam potrzebny, żeby jetlag minął.

Jak poradzić sobie ze zmianą czasu?

- Pytanie, co robimy, gdy wiemy, że będziemy mieli jetlag. – mówi dr Magdalena Łużniak-Piecha. Dobrze by było, gdybyśmy jeszcze przed wylotem próbowali przestawić się na nowy rytm funkcjonowania.  Jak to się ma do naszej codzienności przy zmianie czasu? – Latem można wcześniej położyć się spać. Zimą dobrze jest np. przedłużyć aktywność wieczorną, żeby ta poranna nastąpiła później. Jest zasada mówiąca o tym, że im wolniej, im łagodniej wprowadzimy zmiany, tym lepiej dla naszego samopoczucia. Zmiany czasu przypadają na weekend, więc w sobotę można się do tego przygotować i później pójść spać. Najtrudniej mają osoby, które muszą iść do pracy następnego dnia. Mają one mało przestrzeni na to, żeby się przygotować. W takiej sytuacji pozostaje duża kawa, zamiast kortyzolu.

Która zmiana czasu jest dla nas bardziej obciążająca? Na czas letni, czy na czas zimowy?

- W psychologii są dwie szkoły i zdania są podzielone. Każda z tych zmian ma swoje wady i zalety. Zimą mamy większy problem z dostosowaniem tego porannego poziomu kortyzolu. Mogą więc wystąpić objawy depresyjno – dezorientacyjne. – tłumaczy psycholożka.

Z kolei latem musimy dłużej przyzwyczajać się do tego, że już przyszedł moment zakończenia dziennej aktywności. Powinniśmy więc inaczej postępować wieczorem. I tu najczęściej ulegamy złudnym odczuciom - Więcej błędów robią ludzie po letniej zmianie czasu, bo wydaje im się, że mogą dłużej posiedzieć wieczorem, a tymczasem następnego dnia muszą wstać o danej godzinie. Pod kątem strategicznym gorzej działamy więc latem. Jednak z punktu widzenia orientacji w przestrzeni i w terenie – trudniej funkcjonuje nam się zimą.

Dr Magdalena Łużniak-Piecha: psycholog, zajmuje się badaniami z obszaru zarządzania, przywództwa, komunikacji i kultury organizacyjnej. Źrodło: materiały prasowe SWPS.

Co jeszcze warto wiedzieć o zmianie czasu?

Pierwszym pomysłodawcą zmiany czasu był Benjamin Franklin – amerykański uczony i polityk, jeden z założycieli Stanów Zjednoczonych. Jednak za głównego pomysłodawcę sezonowej zmiany czasu uważa się Nowozelandczyka George’a Vernona Hudsona. Pionierami we wprowadzeniu czasu letniego byli Niemcy w czasie I Wojny Światowej. Polska pierwszy raz zastosowała zmianę czasu w dwudziestoleciu międzywojennym. Obecnie czas zmienia około 70 krajów na całym świecie. W Europie czasu nie zmieniają tylko Islandia, Rosja i Białoruś.

Czas zimowy zmieniamy w ostatnią niedzielę października. Przestawiamy wówczas wskazówkę z godziny 3 na 2 i śpimy dłużej. Czas letni ustawiamy zawsze w ostatnią niedzielę marca. Przestawiamy wówczas wskazówki zegarów o godzinę do przodu i śpimy krócej.