fbpx

Mit relacji, czyli po co ludzie są ze sobą

Mit relacji, czyli po co ludzie są ze sobą

Bo się sobie spodobali, bo się w sobie zakochali, bo chcieli, bo tak jakoś samo wyszło – to najczęstsze odpowiedzi. Jednak, jeżeli zdecydujemy się przyjrzeć głębiej zagadnieniu więzi międzyludzkich, okaże się, że są one tworem wielowymiarowym, z którego wyodrębnia się mit relacji. Czyli coś, co łączy ludzi i prowadzi ich ku byciu razem w sposób unikalny i wyjątkowy.
O micie relacji dobrze jest myśleć właśnie wielowymiarowo. Jeden z wymiarów to poziom otaczającej rzeczywistości, nasza codzienność. Patrząc z tej perspektywy, dwoje ludzi spotyka się, aby wypełnić określone role społeczne, środowiskowe czy kulturowe: zostać mężem, synową, głową rodziny, matką, poprowadzić wspólnie odziedziczony majątek, wychować następców. Tutaj łączą ludzi między innymi: potrzeby i oczekiwania, formalności, rytm zajęć, podobieństwa, upodobania, systemy wartości, poglądy. Na tym poziomie spotyka się kobieta z mężczyzną. Dążą oni, poprzez niemal ciągłe, a tym samym niezwykle intensywne zetknięcie do doświadczenia własnej i odmiennej płciowości, tak jak jest ona zdefiniowana przez czas i okoliczności. W końcu, na codziennej płaszczyźnie, relacja wydarza się również po to, aby zostały wypełnione określone role i aspekty psychiczne – aby została zrealizowana potrzeba bliskości, oparcia, poczucia bezpieczeństwa, aby on na przykład mógł się poczuć obrońcą, a ona nieporadną kobietą.

Następnym wymiarem mitu relacyjnego jest odrobinę tajemniczy poziom snu psychicznego. Tutaj, w milionie codziennych sytuacji, uczymy się i poznajemy – siebie nawzajem i siebie samych takich, jakich nie jesteśmy świadomi. Dotykamy naszych cieni, niechcianych, nieakceptowanych aspektów i części osobowości. W ten sposób odrobinę uchylamy masek, zaglądamy głębiej. Próbujemy poszerzyć tożsamość, stać się bardziej pełnią. Dzieje się to mniej więcej tak, że zupełnie mimowolnie nakładamy na osoby, z którymi tworzymy relację, pewnego rodzaju wyobrażenia. Są one trochę podobne do snów, w rzeczywistości są tym, czego nie akceptujemy w sobie samych. W psychologii mówi się, że stosujemy projekcje, przeniesienia, zaśnienia, śnimy jasne i ciemne sny, integrujemy procesy wtórne. Chyba do tego poziomu odnosi się metafora dwóch połówek jabłka – jako spotkania dwóch osób, które się w magiczny sposób uzupełniają, właśnie nie do końca będąc tego świadomi.

Kolejnym, ostatnim już wymiarem mitu relacyjnego, a przynajmniej ostatnim, który potrafimy nazwać, jest poziom śnienia. Tutaj mit jawi się jako tendencja, według której relacja tworzy się i żyje. Pięknie opisuje to zagadnienie maksyma Aborygenów – To nie dwoje ludzi tworzy „pieśń relacji”, ale to pieśń zwołuje tą dwójkę, aby ją wspólnie wyśpiewali. Oni, w tej konfiguracji, tak jak się spotkali, są sobie dedykowani, aby wypełnić bycie razem w jakiś określony, szczególny sposób. Kiedy ludzie się spotykają, mit relacji już jest, już stoi za nimi. Pozostaje go rozpoznać. Tak jak Michał Anioł wydobywał z bloku marmuru rzeźbę. Zanim przystąpił do pracy, na wszystkie możliwe sposoby go badał: oglądał, smakował, dotykał, wąchał. Odkrywał kształt, który według niego był, żył już w tym kamieniu.

Mit relacji to sens spotkania ludzi, to, co ich połączyło, to, po co się spotkali. Mit relacji chce się wypełnić we wszystkich swoich wymiarach, a każdy z nich odwołuje się do innych aspektów naszego człowieczeństwa. Kiedy, jako para, potrafimy przyjąć zaproszenie do realizowania naszej relacji na każdym poziomie, do wypełniania mitu w jego całościowym kształcie, mamy gwarancję żywego, eneretycznego, tętniącego życiem spotkania z drugim człowiekiem.

Więcej o micie relacji w styczniowym numerze miesięcznika SENS

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze