1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Maggie Smith – perfekcyjnie normalna

Maggie Smith jako lady Violet Crawley z „Downton Abbey”. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Ma na koncie 69 lat pracy w zawodzie aktorki, dwa Oscary i 21 innych prestiżowych nagród, jak Złoty Glob, Tony czy BAFTA. Mimo to większość widzów nie kojarzy jej nazwiska. Smith? Maggie Smith?! Ale wystarczy powiedzieć: lady Violet Crawley z „Downton Abbey”. I nagle znają ją wszyscy.

Despotyczna starsza dama, o poglądach tak konserwatywnych, że na prawo od niej jest już tylko ściana – jest zarazem najbardziej lubianą postacią serialu. To dziwne, bo Violet Crawley, hrabina wdowa Grantham, nie jest opiekuńczą, ciepłą babunią. Szczerze? Raczej nie chciałabyś jej mieć w rodzinie. Przyjemnie jest śmiać się z jej ripost, gdy mamy świadomość, że brzmią dziś absurdalnie i odeszły do historii... Czy Sybil nie może mieć własnych poglądów? Nie, dopóki nie wyjdzie za mąż. Wtedy mąż powie jej, jakie ma poglądy. Czy służący nie są ludźmi? Tak, ale najlepiej w dni wolne od pracy. Pociąg fizyczny do mężczyzny? Za moich czasów kobieta nie odczuwała czegoś takiego, dopóki po ślubie matka jej nie poleciła. Postęp? Kiedy próbuje się nowych rzeczy, lepiej jest stanąć trochę z boku (to o gramofonie). Jej niechęć do wszelkich innowacji ma zresztą swoje uzasadnienie: Arystokrata domagający się reform jest jak indyk marzący o Bożym Narodzeniu. Oczywiście, trzeba podążać za nowymi czasami, ale to jeszcze nie powód, by zachwycać się wszystkimi zmianami. Na przykład: To wieczne przemyśliwanie jest przereklamowane. Wszystko przez wojnę. Przed 1914 rokiem ludzie nie myśleli o niczym.

Jej wysoka pozycja społeczna to wypadkowa urodzenia w arystokratycznej rodzinie i poślubienia lorda Granthama, jednak hrabina wdowa nie jest dekoracją salonu, jak papuga, której powiedzonka bawią gości, ale większość czasu spędza w klatce przesłoniętej dla świętego spokoju chustą. O nie! Walczy bezpardonowo o władzę i zwycięstwo, niezależnie od tego, czy to jest ostatnie słowo w dyskusji, przewaga Anglików nad innymi nacjami (zwłaszcza Amerykanom i Francuzom trzeba bez przerwy przypominać o ich miejscu) czy dyplom za najpiękniejsze róże w miasteczku. I tu już sukcesy zawdzięcza nie ojcu, mężowi czy synowi, nie królowi ani boskim porządkom, ale sobie.

Jest egocentryczna: Niestety, plotki potwierdziły się: moja pokojówka mnie opuszcza. Wyjeżdża, aby wyjść za mąż. Jak można być tak samolubnym? Ale i przenikliwa. Kiedy jej przyjaciółka Isobel otwiera drzwi ze słowami „to tylko ja!”, Violet odpowiada: Zawsze, gdy słyszę ten zwrot, mam wrażenie, że ktoś ma kłopoty z poczuciem własnej wartości. Gdy Isobel pyta: „Dlaczego wszystko traktujesz jak komplement?”, pada riposta: Radzę ci robić to samo. Oszczędza to w życiu wielu niezręcznych chwil. (Niemniej gdy dwa odcinki później Isobel próbuje ją naśladować i mówi: „Uznam to za pochwałę”, hrabina wdowa z chytrym uśmieszkiem stwierdza: Och, w takim razie musiałam się źle wysłowić).

Ma błyskawiczny refleks (przerywając swym wejściem do salonu zbyt poufałe zachowanie jednej z wnuczek i jej adoratora: Mam nadzieję, że przeszkadzam?), ciekawość życia (Nie cierpię newsów z drugiej ręki!) i wielką elegancję we wszystkim, co robi. Gdy rozmowa przy stole grozi konfliktem, sprowadza ją na właściwe tory uwagą: Zasady są jak modlitwa, bardzo szlachetne, ale kłopotliwe podczas towarzyskiego przyjęcia. Ona nie krytykuje nowej mody, zgodnie z którą panowie do kolacji nie przebierają się już we fraki, ale w znacznie swobodniejsze smokingi – po prostu zwraca się do swego syna Roberta, siódmego lorda Grantham: Czy mogłabym prosić o coś do picia? Och, przepraszam! Pomyliłam cię z kelnerem…

Kultowym tekstem lady Violet jest: Co to jest weekend? Funkcjonuje też jako mem – gdy w pandemii w wielu krajach trwała dyskusja na temat powszechnie dostępnej służby zdrowia, w sieci pojawiło się zdjęcie uprzejmie zdziwionej lady Violet z nagłówkiem: „Co to jest skierowanie do specjalisty?”. Podobnie przerabiane jest jej słynne powiedzenie: Nie bądź defetystką, to takie mieszczańskie! Nie używasz okrągłych drutów do ręcznych robótek? Nie oglądasz „Downton Abbey”? To takie mieszczańskie!

Przynajmniej po raz pierwszy zobaczyłam gwiazdy

„Downton Abbey” jest megapopularne, trafiło na każdy kontynent, a w samych Chinach obejrzało je ponad 200 milionów ludzi. Ale oczywiście są osoby, które nadal nie widziały serialu czy filmu z tej serii. Jedną z nich jest sama Maggie Smith.
Jak to możliwe? Pytana o to za każdym razem podaje inną odpowiedź – a wszystkie one razem to i tak pewnie tylko część prawdy. Owszem, dostała od producenta komplet sześciu sezonów i może powinna już zacząć je oglądać, żeby zdążyć… Z drugiej strony to chyba już nie do nadrobienia. Boi się, że to ją tylko zirytuje – w teatrze długo pracuje się nad rolą, można ją doskonalić od premiery do ostatniego spektaklu, w serialu to niemożliwe. Poza tym przed „Downton Abbey” jej życie było perfekcyjnie normalne. Tak właśnie się wyraziła: perfekcyjnie normalne! – Chodziłam do teatru, do galerii sztuki, na spacery, robiłam zakupy w sąsiedztwie. I nagle, w pewien poniedziałek, to przestało być możliwe. Ludzie zaczęli mnie obserwować, zaczepiać i wystawać przed moim domem. A to na Fulham Road nie jest dobrze widziane – opowiadała dziennikarzom bez cienia kokieterii.

Nigdy nie była Kopciuszkiem, którego zaproszono na bal do Downton Abbey. Od chwili, gdy w wieku 16 lat wystąpiła na deskach Oxford Playhouse, kariera Maggie Smith rozwijała się błyskawicznie.(Fot. Getty Images)

Szaloną popularność, która spadła na nią przed jej 76. urodzinami (premiera serialu nastąpiła we wrześniu 2010 roku), przyjęła z mieszanymi uczuciami. Po pierwsze, Maggie Smith nigdy nie była Kopciuszkiem, którego niespodziewanie zaproszono na bal do Downton Abbey. Wręcz przeciwnie, od chwili, gdy w wieku 16 lat wystąpiła na deskach Oxford Playhouse, jej kariera rozwijała się błyskawicznie. Zagrała wielkie szekspirowskie role, o których marzy każda aktorka dramatyczna, dostała pierwszego Oscara w wieku 36 lat (i drugiego osiem lat później), a po pięćdziesiątce – Order Imperium Brytyjskiego za zasługi dla sztuk scenicznych i powiązany z nim tytuł szlachecki Dame. Już w trakcie realizowania kolejnych sezonów serialu, w 2014 roku, Smith została odznaczona przez królową Elżbietę Orderem Towarzyszy Honoru, stając się tym samym członkinią niezwykle elitarnego zakonu (zawsze należy do niego tylko 65 żyjących osób) i trzecią aktorką w jego historii (drugą była Judi Dench). Jednym słowem, zawsze była ceniona, wyróżniana (ponad 200 nagród i nominacji, kilka honorowych doktoratów uniwersyteckich i członkostw królewskich towarzystw) i szanowana – jest skarbem narodowym, a w Wielkiej Brytanii to nie puste pochlebstwo, tylko oficjalny tytuł.

Drugim powodem, dla którego downtonmania jej nie cieszy, jest jej skryty charakter. Maggie Smith ma olbrzymią potrzebę prywatności. Zawsze miała. Nie jest nieśmiała, nieszczera czy niemiła dla mediów – po prostu ogranicza z nimi kontakt do niezbędnego minimum, zapisanego w kontrakcie. A i wtedy rozmowa dotyczy wyłącznie kwestii zawodowych. Właściwie to Smith nie rozmawia – ona gra aktorkę dramatyczną udzielającą wywiadu.

Kadr z filmu „Pełnia życia panny Brodie” (1969). Maggie Smith jej pierwszy mąż Robert Stephens.(Fot. Forum)

Trzy lata temu, wraz z Judi Dench i dwiema innymi aktorkami zasłużonymi dla brytyjskiej sceny, wzięła udział w dokumencie „Szlachectwo (nie) zobowiązuje” (nadal można go obejrzeć na Canal+). Smith świetnie wypada w tym filmie – ubrana w dobrze skrojony garnitur i tenisówki to recytuje wiersz, to nuci piosenkę, to rzuca błyskotliwymi puentami. Jest swobodna i szybka, piekielnie szybka. Kiedy na propozycję reżysera – „Może opowiedzą panie o współpracy ze swoim mężem?” – żadna z nich się nie odzywa i Joan Plowright podsumowuje: – Zapadła martwa cisza…, Maggie wypala: – Zastanawiamy się, z którym! (Każda z nich miała więcej niż jednego). Gdy Joan zaczyna: – Z moim było najtrudniej…, Smith ripostuje: – Nam wszystkim. Nie tylko tobie, Joan! (Dowcip polega na tym, że Joan była żoną Laurence’a Oliviera, nie tylko aktora i reżysera, lecz także dyrektora Old Vic i Teatru Narodowego Wielkiej Brytanii, i wszystkie z nim pracowały).

Kadr ze „Zmierzchu tytanów”(1981). (Fot. BEW)

Maggie Smith bryluje przed kamerą, ale głównie bawi widza opowieściami o innych. O sobie mówi rzadko, powściągliwie i w formie gotowej anegdoty. Jedna jest o tym, jak Olivier zarzucił jej kiedyś po spektaklu, że źle wymawia samogłoski. Przełknęła krytykę, ale następnego dnia, gdy zobaczyła go wymalowanego pastą do roli Otella, zawołała: How now, brown cow? (To popularny angielski wierszyk ćwiczący prawidłową wymowę, w dosłownym tłumaczeniu: „Jak teraz, brązowa krowo?”). Znany ze swej próżności aktor odparł z kamienną twarzą: – Teraz było lepiej… Pewnego razu wściekł się na nią i zamiast jak zwykle zamarkować uderzenie – grała u jego boku Desdemonę – spoliczkował ją naprawdę. Omal nie straciła na scenie przytomności, przez wiele dni nosiła na twarzy siny ślad jego palców. Ale kiedy po spektaklu dopytywał się z fałszywą skruchą, czy nie przesadził, Maggie odpowiedziała nonszalancko: – Cóż, przynajmniej po raz pierwszy zobaczyłam w Teatrze Narodowym prawdziwe gwiazdy!

Kiedy Joan wspomina, że gdy znacznie od nich starszy Laurence pod koniec życia chorował, a ona pracowała poza domem, przyjeżdżała do nich Maggie, siadała przy jego łóżku i po prostu trzymała go za rękę – Smith błaznuje. Emocje nie powinny być pokazywane światu, jeśli nie ubierze się ich we właściwą formę.
Są momenty, krótkie jak błysk światła, kiedy Smith mówi w tym filmie coś niewygładzonego, zwykłego, osobistego. Jak wtedy, gdy zaczyna opowiadać o pracy ze swoim pierwszym mężem Robertem Stephensem – najpierw to, co wszyscy już znają: że bywało trudno, bo nigdy nie było wiadomo, czy „ktoś” dotrze do teatru i w jakim będzie stanie. Ale przerywa to i mówi, że bywało wesoło i pięknie, i właśnie te chwile chce pamiętać. Tylko te. Albo opowiada, jak pierwszy raz w życiu poszła do kina: zaprosili ją sąsiedzi, ale nie wspomina tego dobrze – jej ojciec bardzo się na nią rozgniewał, bo to była niedziela. Milknie nagle i już nigdy nie dowiemy się: Czy uważa, że to dla wszystkich oczywiste, że w niedzielę, dzień święty, nie chodzi się do kina? Czy dlatego, że powiedziała zbyt wiele i te niedziele w domu państwa Smithów w Oksfordzie (ojciec Anglik, lekarz patolog, matka Szkotka z Glasgow, która rzuciła po ślubie pracę sekretarki, dwóch starszych braci bliźniaków) wcale nie były takie radosne? Musiało jej bardzo zależeć na akceptacji rodziców. Po spotkaniu z królową Elżbietą podczas nadania jej tytułu szlacheckiego powiedziała: – Cieszyłam się, że mój ojciec dożył tej chwili.
Podobnie jak lady Violet Maggie Smith hołduje dewizie: Never complain, never explain (Nigdy nie narzekaj, nigdy się nie tłumacz). Tak samo jest rojalistką i Brytyjką do szpiku kości, nawykłą do trzymania dystansu. Nie tylko klasowego. Jak zdradzili aktorzy Elizabeth McGovern (grająca Corę) i Allen Leech (Tom Branson), trzy lata temu, na planie fabularnej wersji „Downton Abbey”, Maggie używała do tego celu laski hrabiny wdowy Grantham. Zakreślała nią koło wokół siebie, mówiąc do wszystkich, którzy chcieli podejść bliżej: – To dobra odległość!

Maggie Smith w filmie „Podróże z moją ciotką” (1972). (Fot. BEW)

Ale też potrafi być z kimś bardzo blisko. Przyjaźni się z Dench: zamknięta, wyprostowana jak struna Maggie o nienagannych manierach i niższa od niej o głowę, miękka i krągła Judi, która w programie Oprah Winfrey nie zawahała się rozpiąć spodni, by udowodnić, że ma tatuaż na pośladku. W filmach, w których grały razem, jak „Herbatka z Mussolinim” czy „Lawendowe wzgórze”, ich role były kontrastowe. Judi była tą romantyczną, Maggie – praktyczną. Czy taka była też we własnym życiu?

W filmie „Lawendowe wzgórze”, Maggie Smith zagrała u boku Judi Dench (2004). (Fot. BEW)

Trzecia żona pierwszego męża

Dopóki jako 16-latka nie zapisała się na letni kurs w znakomitym Oxford Playhouse, nigdy nie występowała publicznie: nie brała udziału w szkolnych przedstawieniach, nie recytowała wierszyków przed rodziną. To nauczycielka literatury przekonywała ją, że ma talent dramatyczny, którego nie powinna zmarnować. Teatr okazał się miłością jej życia, miłością bardzo odwzajemnioną. Potrafi zagrać wszystko, każdą rolę – i nawet w najmniejszym epizodzie nie pozostaje niezauważona. Bardzo szybko pojawiły się oklaski, przychylne recenzje i propozycje. Nie tylko zawodowe.
Swego drugiego męża (nie, to nie pomyłka: drugiego!), dramaturga i scenarzystę Beverleya Crossa, poznała, kiedy miała 18 lat. Bev zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i błagał Maggie, by za niego wyszła, jak tylko się rozwiedzie. Był tylko trzy lata starszy, ale już żonaty. Nie chciała czekać. Niemniej, z racji zawodowych powiązań, pozostali przyjaciółmi. To on kilka lat później przedstawił jej swego kolegę, aktora Roberta Stephensa. Robert też od razu zaproponował Maggie małżeństwo, pierwszego wieczoru – choć właśnie niedawno się ożenił, w dodatku już po raz drugi. Maggie o tym wiedziała, wszyscy wiedzieli, bo Stephens zaczynał być znany: był bardzo przystojny i bardzo utalentowany. Zbyła go. Ale spotkali się na scenie – zaczęli grać w jednej sztuce i poleciały iskry. A potem wybuchł pożar.
Druga żona Roberta, o cztery lata od niego starsza aktorka, długo nie chciała mu dać rozwodu. Stephens dostał go w 1967 roku. Kilka miesięcy później urodził się ich syn Christopher, a dziesięć dni po jego narodzinach Maggie została żoną Roberta. Trzecią.
Przez kilka następnych lat byli najmodniejszą parą aktorską: grali razem w filmie „Pełnia życia panny Brodie” (za tytułową rolę ona dostała Oscara), w teatrze (on, uważany za następcę Laurence’a Oliviera, został wicedyrektorem Teatru Narodowego). To z tego okresu pochodzą najpiękniejsze zdjęcia Maggie – jest tak szczęśliwa, że jak nigdy pozuje fotografom z całą rodziną, z mężem i synkami (w 1969 roku urodził się Toby). Wszędzie – na ulicy, w domu, na lotnisku, na planie filmowym.
Potem nagle wszystko zaczęło się psuć. Kiedy na ekrany wchodzi film „Prywatne życie Sherlocka Holmesa”, który przyniósł mu największą popularność, Stephens ma już ciągi alkoholowe. Krótko po premierze „Podróży z moją ciotką”, gdzie też zagrali razem (ale tylko Maggie dostała w 1973 roku kolejną nominację do Oscara), byli już w separacji. Plotki o jego romansach były coraz głośniejsze i częstsze, nie sposób było je ignorować. Po latach, tuż przed śmiercią, Stephens powiedział w jednym z wywiadów: „W każdym z moich małżeństw miałem też inne kobiety, co najmniej trzy w ciągu roku. Ale jak były tylko trzy, to był słaby rok”.
Smith zabrała dzieci i wyjechała na kontrakt do Kanady, gdzie – co za zbieg okoliczności! – pracował też Bev Cross. W międzyczasie ożenił się po raz drugi, ale tym razem nie pytał, czy Maggie na niego poczeka – od razu wniósł pozew. W 1975 roku, gdy tylko ona rozwiodła się ze Stephensem, wzięli ślub. Byli razem 23 lata, aż do jego nagłej śmierci.
Cross nie był gwiazdą takiej wielkości jak ona. Znany jest głównie z przetłumaczenia na angielski francuskiej farsy „Boein­g, Boeing” – najczęściej granej na świecie sztuki teatralnej – i scenariusza do „Zmierzchu tytanów” (wersja z 1981 roku), w którym Maggie zagrała Tetydę, a dokładnie – marmurowy posąg Tetydy. Nie była to oscarowa rola. Za to drugi mąż dał jej to, czego potrzebowała: miłość, rodzinę i poczucie bezpieczeństwa. Kiedy w 1998 roku odszedł na atak serca, dopiero po kilku latach opowiedziała o swojej żałobie: – Wkrótce po jego śmierci zagrałam w „Herbatce z Mussolinim” Zeffirellego i kiedy później oglądałam ten film, nie pamiętałam połowy ubrań, które na sobie wtedy miałam, i połowy scen, w których wystąpiłam. Musiałam być w strasznym szoku. Wszyscy mówią, że z czasem żal mija i robi się lepiej, ale to nieprawda – robi się tylko inaczej.

Od lewej: Maggie Smith prywatnie. Razem z synami i pierwszym mężem (1972). Z młodszym synem Tobym w Londynie (2005) oraz z drugim mężem, ukochanym Beverlym Crossem.(Fot. Getty Images)

Obaj jej synowie są aktorami. Starszy natychmiast po osiągnięciu pełnoletności zmienił nazwisko i jest znany jako Chris Larkin (na cześć swego ulubionego poety). Bardzo to ubodło jego ojca – Robert Stephens na początku lat 90. ogarnął swoje nałogi i wrócił na szczyt, tworząc kreacje Falstaffa, Juliusza Cezara i Króla Leara z takim sukcesem, że tuż przed śmiercią w 1995 roku zdążył dostać od królowej szlachecki tytuł. Chris stanowczo odrzucił propozycję powrotu do rodowego nazwiska, a dziesięć lat temu oświadczył prasie, że ma 45 lat, jest mężczyzną i to dziwne, żeby ciągle pytać go o rodziców… Gra w teatrze i w filmie (między innymi zagrał sporą rolę w „Pan i władca. Na krańcu świata” Petera Weira u boku Russella Crowe’a), ma żonę, dwójkę dzieci i identyczną jak matka potrzebę prywatności.
Młodszy, Toby Stephens, jest mocno ulepszoną wersją swego ojca – bardzo utalentowany i bardzo przystojny (patrz: przeciwnik Bonda w „Śmierć nadejdzie jutro”, hrabia Rochester w „Jane Eyre” z 2006 roku czy kapitan Flint w serialu „Czarne żagle”). Ale w przeciwieństwie do Roberta Stephensa zamiast trzech kochanek w ciągu roku Toby ma trójkę dzieci z jedną i tą samą kobietą. Kilka miesięcy temu zamieścił na Instagramie zdjęcie swojej żony, aktorki Anny-Louise Plowman, z podpisem: „20 lat minęło, a jakby to było wczoraj…”. On jedyny z całej rodziny chętnie dzieli się w mediach społecznościowych swoimi poglądami, newsami z planu (gra teraz Johna Robinsona w serialu „Zagubieni w kosmosie”) czy refleksjami z podróży do Nowej Zelandii (stamtąd pochodzi Anna-Louise). Szanuje obsesje swojej matki i brata, ale nie przeszkadza mu to od czasu do czasu wrzucić na Instagram jakieś stare rodzinne zdjęcie.

Stare panny, bezdzietne żony, zrzędliwe starsze panie

Często na nich widać Maggie – w różnym wieku, ale zawsze zadbaną i zawsze świetnie ubraną. Musiała to lubić, bo w latach 60. i 70. nosiła najmodniejsze stroje: aksamitne marynarki, dżinsy dzwony (siedziała w nich na krawężniku na Trafalgar Square podczas słynnej manifestacji przeciwko dalszej wojnie w Wietnamie), kurtkę ze sztucznego futra czy obcisłe sweterki w paski.
Wcześnie zaczęto ją obsadzać w rolach starszych kobiet: miała 38 lat, kiedy zagrała ekscentryczną pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatkę w „Podróżach z moją ciotką”. Tam akurat była wcieleniem namiętności i elegancji (film dostał Oscara za kostiumy). Ale bywało różnie: obsadzano ją przeważnie w rolach starych panien, bezdzietnych żon, wdów, ciotek przyzwoitek, a nawet bezdomnej mieszkającej w furgonetce. Jest specjalistką od samotności. Odwrotnie niż w życiu, gdzie bardzo dużo czasu spędza z dziećmi.
O roli profesor Minerwy McGonagall w serii o Harrym Potterze mówiła, że niewiele tam było do grania. Męczyło ją bezczynne przesiadywanie w przyczepie i noszenie tego strasznego kapelusza, ale jest wdzięczna, że dzięki temu sfinansowała czesne w prywatnych szkołach dla piątki wnucząt. I że nic nie sprawiało jej takiej satysfakcji, jak zapraszanie na plan znajomych dzieci i obserwowanie ich min, gdy wprowadzała ich do Wielkiej Sali Hogwartu.

W przeciwieństwie do amerykańskich koleżanek – grająca z nią w serialu „Downton Abbey” Shirley McLaine jest jej rówieśniczką, a Jane Fonda, której w „Suicie kalifornijskiej” sprzątnęła sprzed nosa Oscara (i w ogóle nominację), młodsza zaledwie o trzy lata – Maggie Smith nigdy nie walczyła z czasem, nie była ambasadorką wiecznej młodości. Nie cierpi być traktowana jak niedołężna staruszka, marginalizowana lub pytana, czy ma przygotowany strój do trumny (skarżyła się, że Miriam Margolyes doprowadzała ją do szału takimi tematami, gdy grały razem w „Harrym Potterze”) – ale nie ma problemu, by opowiadać o tym, że przeszła chemioterapię z powodu raka piersi, nosi aparat słuchowy, ma sztuczne biodro czy nie widzi na jedno oko. To jest jej ciało, jej warsztat.
W istocie kwestie, które wywołują taki aplauz widowni i obiegają cały Internet, nie są żadnymi złotymi myślami. Często są banalne. Tak jak wtedy, gdy w „Kwartecie” Dustina Hoffmana wchodzi o lasce na salę, patrzy na pensjonariuszy i mówi: – To nie jest dom spokojnej starości, to dom wariatów!
Maggie Smith właściwie w ogóle nie potrzebuje kwestii – wystarczy spojrzenie, zaciśnięcie ust, uniesienie podbródka czy ruch ramion, żeby widz wiedział, czy jest zła, zawiedziona, czy może gotuje się do walki.
Nie kryje, że na starość najlepszym wsparciem jest dla niej praca. A największą radością ostatnich lat – powrót do teatru. W monodramie „Niemiecki życiorys” zagrała Brunhilde Pomsel, sekretarkę Goebbelsa, która pod koniec życia zdecydowała się opowiedzieć o pracy dla szefa hitlerowskiej propagandy. Zgodnie z tradycją Smith znowu gra bohaterkę starszą od niej – Pomsel miała 105 lat, gdy opublikowała swoje wspomnienia.

Maggie Smith w fimie "Dama w vanie". (Fot. BEW)

Mimo pandemii aktorka zagrała w kilku filmach i podpisała kontrakty na dwa następne. Przed świętami Bożego Narodzenia zobaczymy ją w familijnej opowieści o młodym Świętym Mikołaju pod tytułem „Chłopiec zwany Gwiazdką”, a na marzec przyszłego roku zapowiadana jest premiera kolejnego filmu fabularnego „Downton Abbey. Nowa era”. Jej fanklub w Internecie bardzo się denerwuje, czy lady Violet nie umrze, bo w poprzedniej części poinformowała ulubioną wnuczkę Mary o poważnej chorobie. Zapytana o to Maggie Smith odparła spokojnie: – To by mnie nie zdziwiło. Według moich obliczeń hrabina wdowa Grantham musi mieć już koło 110 lat...

Maggie Smith to jedna z najwybitniejszych brytyjskich aktorek. Dwukrotna laureatka Oscara. Pierwszą statuetkę odebrała za rolę nauczycielki w „Pełni życia panny Brodie”. Drugą – dziewięć lat później – za drugoplanową rolę w „Suicie kalifornijskiej”. W grudniu (dokładnie 28.) będzie obchodziła swoje 87. urodziny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze