1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Imany: „Przestańmy zgrywać superbohaterki”

„Dorastałam w otwartej, tolerancyjnej muzułmańskiej rodzinie. Moja mama nigdy nie zakrywała włosów, mój ojciec był niezłym feministą. Wychował swoje córki tak jak swoich synów” – mówi Imany. (Fot. materiały prasowe, Eugenio Recuenco)
Jedna z najbardziej popularnych francuskich wokalistek. Niedawno wydała niezwykłą płytę, na której towarzyszyło jej… osiem wiolonczel. Właśnie wystąpiła w Polsce, w ramach gali „French Touch”. Dobry pretekst, żeby zapytać Imany nie tylko o jej muzyczne, lecz także o życiowe wybory, równie odważne.

Podobno uwielbiasz śpiewać „I’m Still Standing” Eltona Johna: „Nadal stoję, pewniej niż kiedykolwiek, przetrwałam…”.
Te słowa sprawiają, że czuję się pewna siebie. To ważne, przecież życie jest ciągłą walką ze swoimi słabościami.

Zanim zostałaś piosenkarką, przeszłaś długą drogę. Jako nastolatka próbowałaś sił w sporcie – skakałaś wzwyż – potem wciągnęła Cię kariera modelki, siedem lat mieszkałaś w Nowym Jorku.
Biegałam z castingu na casting, imając się jednocześnie niezliczonych prac, a i tak pieniędzy starczało mi zaledwie na czynsz. I miałam coraz silniejsze wrażenie, że skoro mam już pracować jak niewolnik, ma to sens tylko wtedy, jeśli zbliży mnie do celu, na którym najbardziej mi zależy. A tym celem było śpiewanie.

Że Ci się udało, to już wiemy. Umiesz dziś wskazać konkretny moment, który doprowadził Cię do miejsca, w którym jesteś dzisiaj?
Zaczęłam na prawo i lewo opowiadać o tym, że chcę być piosenkarką, ale nie wiem, jak to osiągnąć, do kogo się zwrócić. W Nowym Jorku to nic niezwykłego, tam każdy chce być kimś innym, niż jest. Znajomy tancerz polecił mi książkę „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę” Julii Cameron. Zbyłam go, zakładając, że to jakiś amerykański poradnik w stylu „Jak zostać milionerem”. Pół roku później polecił mi ją inny znajomy. Pomyślałam: „Serio? Czy oni w tej Ameryce mają tylko jedną książkę?”. Aż pewnego wieczoru zabijałam zmęczenie, oglądając talk-show, w którym Alicia Keys promowała swój tomik poezji. Wiesz, co odpowiedziała zapytana, jakim cudem między wydawaniem kolejnego albumu i urodzeniem dziecka znalazła czas na pisanie wierszy? Że zainspirowała ją książka „Droga artysty”… Uznałam, że skoro zdobywczyni Grammy z tak wieloma sukcesami znalazła w tej książce coś dla siebie, to i ja powinnam ją w końcu przeczytać. Ta lektura faktycznie zmieniła moje życie.

W jak sposób?
Uderzyło mnie stwierdzenie, że szukanie pretekstów, żeby nie robić tego, czego pragniemy i do czego zostaliśmy stworzeni, jest okropnym marnotrawstwem. Oraz to, że twórczość jest darem, doświadczeniem duchowym, a my, artyści, jesteśmy tylko „kanałem transmisyjnym”. Myśl, że prowadzi mnie coś większego, a wszystko, co muszę zrobić, to się na to otworzyć, była wyzwalająca. Uwolniła mnie od presji napisania idealnej piosenki, bycia perfekcyjną wokalistką. Przekonał mnie też argument, że kreatywność jest jak mięsień, który trzeba regularnie ćwiczyć.

Dążenie do perfekcji to problem nie tylko artystów. Wymagamy od siebie bycia idealną szefową, matką, żoną.
Mamy być idealne w każdej roli! To moje codzienne zmaganie. Mam dwójkę dzieci, męża, który jest cudowny, choć nie zawsze robi to, co chciałabym, żeby robił. (śmiech) I… codziennie walczę. Wiem, że nie zawsze będę idealna, nie każdy mój występ taki będzie, ale pracuję na to najciężej, jak tylko mogę. Staram się akceptować swoją niedoskonałość, dostrzegać w niej piękno. Oczywiście zdarzają mi się gorsze momenty, ale gdy czuję, że zaczynam dryfować, umiem wrócić na właściwą drogę. I tu znów na chwilę wrócę do „Drogi artysty”, bo moją małą, codzienną terapią jest coś, co autorka tej książki nazywa porannymi stronami, czyli bezładnym i szczerym zapisem myśli. Od 20 lat stosuję tę metodę, to mnie oczyszcza. Czasem czytam swoje stare zapiski i nie mogę uwierzyć, że takie bzdury zajmowały mi głowę, lub wręcz przeciwnie, jestem pod wrażeniem, jak wciąż prawdziwe jest to, co kiedyś czułam.

Wspomnianą potrzebę perfekcji wyniosłaś z domu?
Dorastałam w otwartej, tolerancyjnej i – co wielu może zdziwić – muzułmańskiej rodzinie. Moja mama nigdy nie zakrywała włosów, mój ojciec był niezłym feministą. Wychowywał swoje pięć córek tak jak swoich synów. Uczył nas, jak zmienić koło w samochodzie albo jak skręcić szafkę z Ikei, i na dodatek mierzył nam czas! Nie mówiąc tego wprost, nauczył nas niezależności. A że poza tym musiałyśmy obierać kartofle, kiedy bracia w najlepsze bawili się na podwórku? Z perspektywy czasu widzę, że lepiej na tym wyszłam, bo dziś mój 40-letni brat nie umie nawet ugotować jajka, a ja nadal pamiętam, jak zmienić koło. Tata wiedział, że nie będzie nam łatwo, więc przygotował nas na to tak, jak mógł.

(Fot. materiały prasowe, Eugenio Recuenco)

Swoje dzieci wychowujesz podobnie?
Mój syn ma pięć lat, córka dwa, więc jeszcze nie uczę ich zmieniać kół ani obierać ziemniaków. (śmiech) Ale staram się pokazywać synowi, jak być dobrym dla siebie i innych. Jeśli chce nosić różowe ubrania, to je nosi, może kiedyś ktoś mu powie, że „to dla dziewczyn”, ale wtedy już będzie wiedział, że może dokonywać własnych wyborów. Zdaję sobie sprawę, że choć dziewczynki generalnie mają trudniej, także chłopcy cierpią z powodu patriarchatu. Każe on im być silnymi, ambitnymi, zabija indywidualność i wrażliwość, a to z kolei rodzi frustrację i agresję, z którą my, kobiety, dzień w dzień musimy się konfrontować.

A co w tym wszystkim zmienia kolor skóry? Jak to wygląda we Francji?
Kolor skóry inny niż biały to podwójna kara. Zaskoczyło mnie, jak wiele wśród nas – także feministek – było i nadal jest rasistkami. Już w latach 60. kobiety, które zaczęły walczyć o swoje prawa, niekoniecznie widziały równe prawa dla tych o ciemniejszej skórze. Czy mnie jako artystce było ciężej, bo jestem czarna? Nie wiem i nigdy się nie dowiem. Ale jako czarnej dziewczynce dorastającej we Francji na pewno było mi ciężej. I choć społeczeństwo jest tu wielokulturowe, to wcale nie znaczy, że nie ma rasizmu. Boję się o moje dzieci, ale o każde inaczej. O córkę boję się, bo jest dziewczynką i jest czarna. Będzie jej trochę trudniej znaleźć pracę, trochę trudniej wynająć mieszkanie czy dostać się na studia. I jak zsumujesz te wszystkie „trochę”, robi się tego naprawdę dużo. A o syna boję się, bo jest czarny i jest chłopcem. Wedle statystyk we Francji ciemnoskórzy mężczyźni są 20 razy częściej legitymowani przez policję niż biali. Także bez przyczyny. 20 razy!

„Wolność, równość, braterstwo” – słowa te wykute są we Francji nad drzwiami każdego ratusza i na cokołach wielu pomników. Nie przekładają się na rzeczywistość?
Trzeba nad tym jeszcze sporo popracować. Szczególnie teraz, gdy skrajnie prawicowe ugrupowania zyskują coraz większą popularność. Francuzi – naród, który ustanowił prawa człowieka – zawsze zakładali swoją moralną wyższość nad innymi. Tylko że po francusku prawa człowieka – les droits de l’homme – znaczą dosłownie „prawa mężczyzny”. Na dodatek zbliżają się wybory prezydenckie, a prawicowy radykał Éric Zemmour wyrasta na francuskiego Donalda Trumpa. Robi się coraz bardziej przerażająco, zresztą chyba nie muszę ci tego mówić – słyszałam oczywiście o tym, co się dzieje w Polsce wokół zakazu aborcji, jak drastycznie ograniczane są prawa kobiet do decydowania o własnym ciele, z jakim okrucieństwem i hipokryzją się to wiąże.

Co chwilę mamy nowy powód do frustracji i protestu…
Wszyscy się do tych protestów przyzwyczaili, we Francji na pewno. O, znów marsz, niech idą, niech się wykrzyczą! A co, jeżeli wszystkie kobiety w kraju nie przyszłyby do pracy przez tydzień? Zobaczmy, co rządzący na to. Wiem zresztą, że w Polsce w czasie tak zwanego czarnego marszu przez jeden dzień tak właśnie było. Pamiętam, bo tego dnia wrzuciłam wspierający post i wylała się na mnie masa hejtu. Że nic nie rozumiem, że to nie mój kraj, żebym siedziała cicho i tak dalej. No, ale nie sposób podobać się wszystkim. A trzeba reagować natychmiast.

Wierzysz w siostrzeństwo?
Od małego, bo mam cztery rodzone siostry! Może też dlatego od zawsze otaczałam się kręgiem przyjaciółek – bystrych, dobrych, życzliwych, umiejących słuchać kobiet, do których można przyjść z problemem, ze smutkiem, ale też i z radością, i będą je z tobą dzielić, a nie oceniać. Tak, wierzę w siostrzeństwo, ale jest też dla mnie oczywiste, że jeżeli walczysz o prawo do decydowania o swoim ciele, to powinnaś walczyć o prawo każdej kobiety do tego, że może wierzyć, w co chce, nosić, co chce – dla mnie to ta sama walka. Wiele feministek mówi, że nie popiera zakrywania ciała w islamie. Nawet ja, wychowana w muzułmańskiej rodzinie, go nie rozumiem. Ale wiem, że jeżeli kobieta tak zdecydowała, to naszą rolą jest ją wspierać, a niekoniecznie zawsze rozumieć. Z aborcją jest podobnie. Nie musisz znać i rozumieć motywów, nie oceniasz swojej siostry. Nie mówisz, co jest dla niej dobre, co nie. Taką zmianę musimy zacząć od siebie. A dzielenie się swoim doświadczeniem ma na to ogromny wpływ.

To dlatego nagłaśniasz temat endometriozy? To wciąż wstydliwy problem, a Ty odważyłaś się o nim mówić publicznie.
Wcale nie zamierzałam o tym mówić. Zupełnie przypadkiem spotkałam Nathalie Clary, prezeskę francuskiej organizacji ENDOmind. Pracowała jako agentka turystyczna i najzwyczajniej w świecie rezerwowałam u niej wakacje dla mojej rodziny. W pewnym momencie rzuciła, że jest zaangażowana w działania organizacji promującej wiedzę na temat endometriozy, i zaczęła mi wyjaśniać, co to za choroba. A ja jej przerwałam, mówiąc, że rozmawia z osobą, której ten temat dotyczy. Nieźle ją tym zaskoczyłam, bo przecież nikt poza moją rodziną nie wiedział o moich dolegliwościach. Tak czy inaczej kiedy zapytała, czy mogę być rzeczniczką ich działań, w pierwszym odruchu odmówiłam. Nie chciałam publiczne mówić o moich miesiączkach, uważałam, że to zbyt intymne, niezbyt seksowne i odkrywanie się w ten sposób nie leży w mojej naturze. Ale Nathalie powiedziała coś, co mnie przekonało – że w samej tylko Francji choroba ta dotyka od 2 do nawet 4 milionów kobiet, że to główna przyczyna kobiecej bezpłodności. I wszystkie cierpimy w samotności. ”

Milczymy, a tabu się utrzymuje.
Wróciłam do domu i dotarło do mnie, że jeżeli kobiety – ze mną włącznie – się nie przełamią, żeby mówić o endometriozie, nikt tego za nas nie zrobi. Więc jako pierwsza we Francji zaczęłam opowiadać o niej w wywiadach. To było jakieś siedem lat temu. Na początku dziennikarze nawet nie potrafili wymówić nazwy, dukali: en-do-mé-triose. Teraz często jestem o nią pytana, na ulicy kobiety mnie zaczepiają, dziękując, że to nagłaśniam. Bo wiele z nich nawet nie wiedziało, że są chore. Problemem jest już diagnoza, skarżysz się ginekologowi na bolesne miesiączki, a on ci przepisuje silne leki przeciwbólowe i uważa sprawę za załatwioną. Co gorsza, społeczeństwo mówi ci, że cierpienie podczas okresu jest normalne. To także obnaża mizoginię świata. Przecież gdy ciało wysyła sygnał bólu, znaczy, że coś jest nie tak. A już szczególnie, kiedy jest on tak wielki, że chce ci się wymiotować, a nawet mdlejesz.

Jestem pewna, że gdyby taki problem dotyczył mężczyzn, już mielibyśmy na nią lekarstwo!
Myślę, że aby faceci uświadomili sobie skalę problemu, powinniśmy przestać odgrywać superbohaterki. Kiedy coś nas boli, to zamiast po raz kolejny zmuszać się do heroizmu, wystarczy czasem powiedzieć: „Nie mam dziś siły wstać z łóżka, ogarnij dom, dzieci, boli mnie”. Ale my na ogół zaciskamy zęby i zgięte w pół, psiocząc na wszystkich dookoła, udajemy, że wszystko jest okay.

Uważasz, że znani artyści powinni zajmować stanowisko w ważnych sprawach?
Nie można tylko spijać śmietanki. Mówi się, że sztuka jest w stanie zmienić świat. Osobiście wątpię, ale z pewnością może sprawić, że niektóre rzeczy zobaczysz inaczej. Może być inspiracją.

Ty ostatnio pokazałaś inne spojrzenie na znane piosenki, nagrywając płytę z coverami zaaranżowanymi na Twój głos i osiem wiolonczel. Pomysł niby karkołomny, a wyszło znakomicie.
Wszyscy mi mówili, że to szalony pomysł, i kilka lat zajęło, zanim dopięłam swego. To było szalone o tyle, że chciałam, żeby wiolonczele brzmiały popowo. Mam w zespole duet wiolonczelistów, więc zamknęliśmy się razem w studiu. Nie było łatwo, bo to muzycy przyzwyczajeni do czytania nut. Najpierw śpiewałam im ich partie, potem opowiadałam historie – na przykład w piosence „Total Eclipse of the Heart” Bonnie Tyler chciałam, żeby początek brzmiał jak ścieżka dźwiękowa do horroru. Skrzypienie drzwi, dziewczyna zgubiła się w lesie i musi po ciemku wrócić do domu…

Lubisz widzieć rzeczy inaczej?
Tak, choć „inaczej” oznacza też, że masz przed sobą nieograniczone możliwości, co czasami bywa przytłaczające. Kiedy podejmujemy ryzyko, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że ci nie wyszło. Ale można też przy okazji wiele odkryć. Na przykład, że „Like a Prayer” Madonny, który każdy chyba umie zanucić, można zaśpiewać inaczej. Że wiolonczela nie musi tkwić w XVI wieku, ale może zabrzmieć jak reggae, rock czy pop. Że można na niej grać bez nut, ba, nawet bez krzesła, tańcząc z instrumentem. Moim celem jako artystki jest choć o milimetr zmienić słuchaczy. Niby niedużo, ale całkiem sporo jak na półtoragodzinny koncert czy godzinę słuchania płyty. A kiedy my zmieniamy się choć odrobinę, pociągamy za sobą innych: partnera, dzieci, przyjaciół. I tworzy się efekt domina.

Dziękujemy organizatorom 7. edycji dni kultury francuskiej „French Touch 2021” za pomoc w zorganizowaniu rozmowy.

Imany, właśc. Nadia Mladjao rocznik 1979. Piosenkarka i autorka tekstów. Jej rodzice pochodzą z Komorów. W 2011 roku wydała debiutancki album „The Shape of a Broken Heart”, najnowsza płyta artystki, „Voodoo Cello”, ukazała się we wrześniu. Imany przyjedzie do Polski także w maju 2022 roku. Zagra koncerty: we Wrocławiu, w Poznaniu, Warszawie i Gdańsku.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze