1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Krzysztof Zalewski: Nie byłbym w stanie żyć bez koncertów

Krzysztof Zalewski: Nie byłbym w stanie żyć bez koncertów

Krzysztof Zalewski, fot. Adam Pluciński
Krzysztof Zalewski, fot. Adam Pluciński
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Gdy święcił triumfy w telewizyjnym show był jeszcze nastolatkiem. Dziś, po 16 latach od tego wydarzenia, Krzysztof Zalewski jest już świadomym siebie artystą, który zachwyca swoją wszechstronnością i nieustannie zaskakuje swoich fanów.

Już 26 kwietnia muzyk wystąpi na warszawskim Torwarze ze swoim solowym projektem. Zalewski zagra sam na wszystkich instrumentach, zapętlając na żywo melodie i tworząc nowe aranżacje swoich utworów. Gościnnie wystąpią siostry Przybysz oraz Katarzyna Nosowska, u której przed laty grał i śpiewał w chórkach. Wydarzenie zwieńczy wiosenną trasę artysty. Z tej okazji przypominamy rozmowę z Krzysztofem Zalewskim ze stycznia 2018 roku:

Pretekst do rozmowy? Nowy album i trasa koncertowa. A przede wszystkim przełom w muzycznej karierze. Kim jest człowiek, który przed laty wygrał „Idola”, a dziś wyrasta na pierwszoligową gwiazdę?

 

Zaraz wydajesz nową płytę. Od poprzedniej minęło zaledwie 12 miesięcy. Jak wyglądał ten ostatni rok? Odkąd na rynku ukazało się „Złoto”, wydarzyło się dużo dobrego. Moje piosenki zaczęły regularnie pojawiać się w radiu, byłem nominowany do Fryderyków, dostałem Mateusza Trójki, a na koncerty przychodzi trzy, cztery razy więcej ludzi niż do tej pory. Występowałem na głównej scenie Open’era i trasy Męskie Granie. Grałem już tak duże koncerty wcześniej jako muzyk z Kasią Nosowską, zespołem Hey, z Moniką Brodką. Ale dopiero teraz miałem okazję wyjść na scenę i zobaczyć, jak 1700 osób śpiewa moje teksty. To było wzruszające doświadczenie.

O tym właśnie marzyłeś? To, co się dzieje teraz, nawet przerasta moje wyobrażenia. Dlatego stawiam sobie za punkt honoru, żeby ludzie wychodzili z naszych koncertów pięć centymetrów nad ziemią, naładowani pozytywną energią. W każdym mieście robię z publiczności chór. Śpiewamy nie tylko moje piosenki. Ostatnio wymyśliłem, że na melodię hitu „Loser” Becka wykrzyczymy tekst „Forever Young” po polsku. I teraz tłumy ludzi śpiewają: „Mam 17 lat i w ogóle nie chcę, i nie chcę mieć więcej”, a z największym zaangażowaniem śpiewają ci dobrze po czterdziestce. Ostatnio śpiewał też na cały głos mój tata [aktor Stanisław Brejdygant – przyp. red.], który przyszedł na koncert. Lat 81.

Frajda, co? Dlatego nawet jak ze zmęczenia nie bardzo wiem, jak się nazywam, nawet z gorączką wychodzę do publiczności. I może mi się wydawać, że zemdleję po zejściu ze sceny, ale dopóki na niej jestem, muszę się spalić. A w najtrudniejszych chwilach przypominam sobie, że o to biłem się co najmniej przez dziesięć ostatnich lat. Niedawno po dużym koncercie w klubie Stodoła nie mogłem spać do piątej rano. Nie nosiło mnie tak, od kiedy zrezygnowałem z ostrego imprezowania.

Chcesz powiedzieć, że ty, rockandrollowiec, nie prowadzisz rockandrollowego życia? Paradoksalnie to właśnie w momencie, kiedy z niego zrezygnowałem, zacząłem tak naprawdę uprawiać rock and rolla na scenie.

A kiedy podjąłeś decyzję, że rezygnujesz? Mniej więcej pięć lat temu. Na scenie jestem 15.

To był rodzaj olśnienia? Powiedzmy, że było to coś pomiędzy olśnieniem a walnięciem głową w mur. Dzisiaj wolę, jak ciarki na ciele, kiedy jestem na scenie, są prawdą, a nie efektem wspomaganym jakimiś substancjami. Nastąpiła zresztą, mam wrażenie, zmiana pokoleniowa. Dziesięć lat temu po pytaniu: „O, to ty grasz w zespole rockowym?”, padało nieuchronne: „No to co, idziemy w miasto?”. A teraz: „Grasz w zespole? Może skoczymy na coś wegańskiego?”.

Po zagraniu pięciu koncertów z rzędu zamiast rano zeskrobywać się na kacu, żeby trafić na śniadanie, idziemy z zespołem na siłownię. Squaszyk, bieżnia. W końcu trasa koncertowa wymaga świetnej fizycznej formy. Właśnie wróciłem z treningu bokserskiego, godzina ostrego wycisku. Ale to i tak jest nic w porównaniu z tym, co muszę z siebie dać na scenie. 

Za to sceniczny image masz ciągle mocno rockandrollowy. Czarna kreska na oku, ekstrawaganckie stroje. To trochę scheda po moim czteroletnim graniu z Brodką. Ona uświadomiła mi, jak ważny jest aspekt wizualny. Światła, efekty, kostium, makijaż. Wychodzę zawsze ze zrobionym okiem. Przybieram barwy wojenne. Bo ja poza sceną jestem jednak trochę innym człowiekiem, nieco bardziej introwertycznym. Najwyraźniej ten swój ekshibicjonizm, ego, wygrzewam w świetle reflektorów i wystarczy. Potem mogę cieszyć się, jak ktoś inny jest szefem imprezy. Ale zanim wyjdę na scenę, potrzebuję zbroi. Czarną kreskę pod okiem robię zawsze na samym końcu. Jak się już przebiorę, wyfryzuję, rozśpiewam, założę szkła kontaktowe. Wychodzę, przez dwie godziny jestem na wysokich obrotach, czarne kreski spływają razem z potem. I mogę już wrócić do bycia spokojniejszym Krzyśkiem.

Próbuję cię rozgryźć. Ten image plus mocne teksty w piosenkach „Polsko” czy „Uchodźca” i główna rola w filmie „Historia Roja”, który miał premierę parę miesięcy temu i stał się jednym z symboli podziału Polski na dwa obozy. Siedem lat temu dostałem propozycję: „Może byś zagrał, pobiegasz sobie po lesie z karabinem”. Główna rola, duża produkcja. Czasy były inne. Nie było wojny polsko-polskiej. Kiedy czytałem scenariusz, to Rój [komendant Mieczysław Dziemieszkiewicz, uczestnik polskiego podziemia antykomunistycznego – przyp. red.] jawił się niejednoznacznie. To nie była laurka, raczej historia człowieka w sytuacji bez wyjścia. Sowieci zabili mu brata, jego rodzina była prześladowana przez UB, mógł albo uciec za granicę, albo próbować zemścić się, wiedząc, że zginie. 

Żałujesz, że zdecydowałeś się na rolę Roja?? Absolutnie nie. Nawet jeśli został mi po tamtej przygodzie uszkodzony przez wybuch na planie nerw słuchowy w lewym uchu. Natomiast wiedząc to, co wiem teraz – że historia żołnierzy wyklętych zostanie zawłaszczona przez skrajną prawicę – nigdy bym się nie zdecydował na zagranie w tym filmie. Ja jednak inaczej pojmuję patriotyzm. 

Inaczej, czyli jak?  Uważam, że z ojczyzną jest trochę jak z matką. Trzeba kochać matkę najbardziej na świecie, to jest zdrowe. Ale jak zacznę chodzić po kolegach i mówić: „Moja matka jest fajniejsza od twojej”, to już jest coś nie halo. Według mnie na tym właśnie polega różnica pomiędzy patriotyzmem a nacjonalizmem. 

Myślisz jeszcze o graniu w filmach? Pytam o aktorstwo także dlatego, że na naszym rynku niewielu jest artystów, którzy mają równie ciekawe teledyski co ty. Choćby ten do przeboju „Miłość, miłość”, w którym występujesz z Natalią Przybysz. Właściwie to rodzaj performance’u przed kamerami.  Reżyser tego klipu Piotr Onopa wymyślił, żeby zainspirować się happeningiem Mariny Abramović „Artystka obecna”. Abramović po prostu siedziała w nowojorskiej MoMA codziennie przez wiele godzin. Ludzie przychodzili i mogli usiąść naprzeciwko niej, pobyć z nią, spojrzeć jej w oczy. Płakali, śmiali się, wzruszali. W naszym klipie siedzimy naprzeciwko siebie z Natalią połączeni konstrukcją z desek i układanych na nich kruchych filiżanek. Każdy nasz ruch może zachwiać tą konstrukcją. Emocje, które widać na teledysku, są prawdziwe. Nie graliśmy ani przez moment. A siedzieliśmy tak – z dwiema krótkimi przerwami – jakieś osiem, dziewięć godzin.

I konstrukcja ani razu nie runęła? Tylko na koniec, tak jak widać na teledysku. Przez cały czas siedziałem potwornie napięty, Natalii było łatwiej, jest joginką, powtarzała mi: „To nie jest tak, że musisz tę konstrukcję przytrzymywać ciałem, ułóż się tak, żeby to ona przytrzymywała ciebie”.

Ładna metafora. Przełożyłeś ją na inne sfery życia? Pamiętam, że w czasie tego trwania w bezruchu i milczeniu uruchomiły się we mnie wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. 

To były dobre wspomnienia? Głównie tak, miałem szczęśliwe dzieciństwo. Przynajmniej do 13. roku życia, czyli do momentu, w którym zachorowała moja mama. Może musiałem przez to trochę szybciej dorosnąć? Mama była wspaniałą osobą, próbowała zarazić mnie miłością do teatru, zabierała mnie co tydzień na spektakle, odkąd skończyłem trzy lata. Wpoiła mi też potrzebę bycia dobrym człowiekiem. Tak więc wspomnienia mam fantastyczne, ale kiedy przypomniałem sobie tamto poczucie bezpieczeństwa, wyzwoliło to we mnie falę tęsknoty. 

Urodziłeś się i wychowałeś w Lublinie. Jakim byłeś dzieciakiem? Śmiałym, wygadanym? Niby byłem dobrze wychowany i staroświecko szarmancki – otwierałem przed dziewczynami drzwi – ale byłem też potwornie przemądrzały. Sporo czytałem, a potem co trudniejsze słowa wplatałem w rozmowę, nawet jeśli były kompletnie niepotrzebne. W liceum niektórzy koledzy przezywali mnie „cyrkumstancja”. Na szczęście miałem fajnych kumpli i oni potrafili mnie skutecznie rozbroić. Życzliwie, ale jednak wyśmiać.  

Rekompensowałeś sobie coś tymi barokowymi zdaniami?  Nie wiem. Może brak ojca? Tatę poznałem jako nastolatek. Mamy teraz coraz lepszy kontakt. Od kiedy pamiętam, miałem potrzebę brylowania. Ja się nie bałem publicznych występów, nie tremowałem się. Nie wiem, skąd się to bierze, ta potrzeba występowania – ale tak już miałem. Nie postrzegam jej jako czegoś złego, trzeba ją było tylko umiejętnie skanalizować. 

Na przykład wygrywając w 2003 roku drugą edycję „Idola”. Mieliśmy zespół, od kiedy skończyłem 14 lat. Byłem jego liderem, ale ze względu na to, że późno przechodziłem mutację, nie byłem w stanie śpiewać, więc tylko grałem na gitarze. Za odłożone pieniądze nagraliśmy w jakimś studio pierwsze demo, a że w tym czasie był wielki boom na pierwszą edycję „Idola”, postanowiliśmy, że pojedziemy i wręczymy nasze demo jurorom. Ale kiedy w końcu trafiliśmy do programu, trzeba było zawyć. I ja zawyłem. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że mnie przepuścili dalej, a już zupełnie nie mam pojęcia, jakim cudem wygrałem. Ostatnio byłem w programie Kuby Wojewódzkiego i puścił mi fragment tego wycia. Nie dało się tego słuchać.

Tak czy inaczej wygrałeś. Co było dalej? Miałem trenowany słuch, wiedziałem, że śpiewać nie potrafię, a tu po „Idolu” były osoby, które mi mówiły: „Śpiewasz rewelacyjnie”. No zupełnie jak z piosenki Pogodno: „Świetnie tańczysz, świetnie, mówię ci, śmiejesz się, jak nikt się nie śmieje”. 

"Dopiero kiedy zrezygnowałem z rockandrollowego życia, zacząłem tak naprawdę uprawiać rock and rolla na scenie"

Co miałeś wtedy w głowie? Mętlik. Z jednej strony wiedziałem, że to kłamstwa, że wielu z tych ludzi chce coś ugrać na tym, że przez chwilę byłem popularny. Z drugiej – komplementów, nawet bzdurnych – jak mawiał Wiesław Michnikowski – strasznie się przyjemnie słucha. Natomiast cała ta przygoda utwierdziła mnie w przekonaniu, że muzyka to jest to, co chcę robić w życiu. I dziesięć następnych lat spędziłem trochę jak czeladnik. Jak się przeprowadziłem z Lublina do Wrocławia, pierwsze, co zrobiłem, to remont. Własnymi rękami wybudowałem sobie kabinę dźwiękoszczelną do śpiewania. Dwa metry na dwa, klatka z profili metalowych, dwie warstwy regipsu, wełna mineralna w środek. Kabina zasłaniała co prawda okno, ale nie szkodzi. Podłączyłem komputer, śpiewałem, nagrywałem się, pisałem setki piosenek do szuflady. Nadal się przydają. A zarabiałem, biorąc fuchy w studio, śpiewając dziesiątki chórków na płyty innych, grałem covery z zespołami po Polsce. A potem miałem szczęście trafić do Nosowskiej, zespołu Hey, grałem z Muchami, Brodką. Byłem szczęśliwy, że mogę utrzymywać się z muzyki. Ale tak dobrze jak teraz jeszcze nie miałem. 

Skąd wziął się pomysł na płytę z utworami Niemena? W 1987 roku Niemen dał koncert w Jarocinie. Zagrał trudną muzykę: całą płytę „Terra deflorata”. Najpierw była więc niepewność, nawet wrogość publiczności, a skończyło się po polsku, czyli na widowni śpiewali mu sto lat i nie chcieli go puścić ze sceny. W 30-lecie tamtego koncertu Michał Wiraszko, dyrektor artystyczny ostatniego Jarocin Festiwalu, wpadł na pomysł, żeby to jakoś uczcić. Zebraliśmy supergrupę. Świetnych instrumentalistów i siostry Przybysz w chórkach. Takich chórków nie miała nawet Tina Turner! Dobrze nam poszło, ludzie się wzruszyli, czuliśmy, że dzieje się coś wyjątkowego, więc postanowiliśmy nagrać płytę. 

Powiesz o niej coś więcej? Połowa jest bardziej bigbitowa –„Dziwny jest ten świat”, „Jednego serca”, a połowa to piosenki nieznane szerszej publiczności, z nurtu muzyki progresywnej. W nowych aranżacjach. Wydawało mi się, że dobrze znam muzykę Niemena, ale jak się zacząłem przygotowywać do tego projektu, okazało się, że to nieprawda. Poza tym to dopiero było wyzwanie wokalne! Niemen miał niesamowitą skalę. Ja takiej nie mam, a ponieważ jestem jednostką nadambitną, uznałem, że nie będziemy obniżać tonacji specjalnie dla mnie, nie ma takiej opcji. Udało mi się nawet rzucić palenie na miesiąc, żeby poprawić swoje możliwości. Głos dzięki temu podnosi się nawet o tercję. 

Żyjesz tylko dla muzyki? Żyję też dla bliskich mi osób. Dla dziewczyny, dla przyjaciół. Ale tak, mam fiksację, nie wiem, czy byłbym w stanie żyć bez koncertów. Bywa, że na scenie wydarza się coś, co jest już poza mną. Palce biegną po strunach, słowa same wychodzą z gardła, ale staję się częścią czegoś większego. Wtedy jestem tylko przekaźnikiem. 

Po takich chwilach bezboleśnie wraca się do codzienności? To jest na tyle duży haj, że kiedy wracasz do domu, dopada cię syndrom kolonisty. Turnus skończony, a ty próbujesz dojść do siebie. Ale żeby się otrząsnąć, potrzeba przynajmniej jednego dnia, a ja rzadko kiedy mam więcej niż jeden, góra dwa dni wolnego. W ostatnim roku zagrałem sto koncertów. 

Myślisz, że długo można funkcjonować na takich obrotach? Można całe życie. Oprócz tego, że ciało, oczywiście, prędzej czy później wysiądzie, najważniejsze jest to, co w głowie. Mój tata w wieku 81 lat nadal jest aktywny zawodowo, cały czas pisze sztuki, gra, reżyseruje. W tym stanowi dla mnie wzór. 

Chciałbyś umrzeć na scenie? Jak Molier? Oczywiście! Najpiękniejsza śmierć, jaką mogę sobie wyobrazić. 

Krzysztof Zalewski, fot. Adam Pluciński Krzysztof Zalewski, fot. Adam Pluciński

 

Krzysztof Zalewski-Brejdygant

rocznik 1984; wokalista, kompozytor, autor tekstów i multiinstrumentalista. Ma na koncie trzy albumy: „Pistolet” (2004), „Zelig” (2013), „Złoto” (2016) i „Zalewski śpiewa Niemena” (2018). 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.