1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Krzysztof Zalewski: Nie byłbym w stanie żyć bez koncertów

Krzysztof Zalewski: Nie byłbym w stanie żyć bez koncertów

Krzysztof Zalewski, fot. Adam Pluciński
Krzysztof Zalewski, fot. Adam Pluciński
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Gdy święcił triumfy w telewizyjnym show był jeszcze nastolatkiem. Dziś, po 16 latach od tego wydarzenia, Krzysztof Zalewski jest już świadomym siebie artystą, który zachwyca swoją wszechstronnością i nieustannie zaskakuje swoich fanów.

Już 26 kwietnia muzyk wystąpi na warszawskim Torwarze ze swoim solowym projektem. Zalewski zagra sam na wszystkich instrumentach, zapętlając na żywo melodie i tworząc nowe aranżacje swoich utworów. Gościnnie wystąpią siostry Przybysz oraz Katarzyna Nosowska, u której przed laty grał i śpiewał w chórkach. Wydarzenie zwieńczy wiosenną trasę artysty. Z tej okazji przypominamy rozmowę z Krzysztofem Zalewskim ze stycznia 2018 roku:

Pretekst do rozmowy? Nowy album i trasa koncertowa. A przede wszystkim przełom w muzycznej karierze. Kim jest człowiek, który przed laty wygrał „Idola”, a dziś wyrasta na pierwszoligową gwiazdę?

 

Zaraz wydajesz nową płytę. Od poprzedniej minęło zaledwie 12 miesięcy. Jak wyglądał ten ostatni rok? Odkąd na rynku ukazało się „Złoto”, wydarzyło się dużo dobrego. Moje piosenki zaczęły regularnie pojawiać się w radiu, byłem nominowany do Fryderyków, dostałem Mateusza Trójki, a na koncerty przychodzi trzy, cztery razy więcej ludzi niż do tej pory. Występowałem na głównej scenie Open’era i trasy Męskie Granie. Grałem już tak duże koncerty wcześniej jako muzyk z Kasią Nosowską, zespołem Hey, z Moniką Brodką. Ale dopiero teraz miałem okazję wyjść na scenę i zobaczyć, jak 1700 osób śpiewa moje teksty. To było wzruszające doświadczenie.

O tym właśnie marzyłeś? To, co się dzieje teraz, nawet przerasta moje wyobrażenia. Dlatego stawiam sobie za punkt honoru, żeby ludzie wychodzili z naszych koncertów pięć centymetrów nad ziemią, naładowani pozytywną energią. W każdym mieście robię z publiczności chór. Śpiewamy nie tylko moje piosenki. Ostatnio wymyśliłem, że na melodię hitu „Loser” Becka wykrzyczymy tekst „Forever Young” po polsku. I teraz tłumy ludzi śpiewają: „Mam 17 lat i w ogóle nie chcę, i nie chcę mieć więcej”, a z największym zaangażowaniem śpiewają ci dobrze po czterdziestce. Ostatnio śpiewał też na cały głos mój tata [aktor Stanisław Brejdygant – przyp. red.], który przyszedł na koncert. Lat 81.

Frajda, co? Dlatego nawet jak ze zmęczenia nie bardzo wiem, jak się nazywam, nawet z gorączką wychodzę do publiczności. I może mi się wydawać, że zemdleję po zejściu ze sceny, ale dopóki na niej jestem, muszę się spalić. A w najtrudniejszych chwilach przypominam sobie, że o to biłem się co najmniej przez dziesięć ostatnich lat. Niedawno po dużym koncercie w klubie Stodoła nie mogłem spać do piątej rano. Nie nosiło mnie tak, od kiedy zrezygnowałem z ostrego imprezowania.

Chcesz powiedzieć, że ty, rockandrollowiec, nie prowadzisz rockandrollowego życia? Paradoksalnie to właśnie w momencie, kiedy z niego zrezygnowałem, zacząłem tak naprawdę uprawiać rock and rolla na scenie.

A kiedy podjąłeś decyzję, że rezygnujesz? Mniej więcej pięć lat temu. Na scenie jestem 15.

To był rodzaj olśnienia? Powiedzmy, że było to coś pomiędzy olśnieniem a walnięciem głową w mur. Dzisiaj wolę, jak ciarki na ciele, kiedy jestem na scenie, są prawdą, a nie efektem wspomaganym jakimiś substancjami. Nastąpiła zresztą, mam wrażenie, zmiana pokoleniowa. Dziesięć lat temu po pytaniu: „O, to ty grasz w zespole rockowym?”, padało nieuchronne: „No to co, idziemy w miasto?”. A teraz: „Grasz w zespole? Może skoczymy na coś wegańskiego?”.

Po zagraniu pięciu koncertów z rzędu zamiast rano zeskrobywać się na kacu, żeby trafić na śniadanie, idziemy z zespołem na siłownię. Squaszyk, bieżnia. W końcu trasa koncertowa wymaga świetnej fizycznej formy. Właśnie wróciłem z treningu bokserskiego, godzina ostrego wycisku. Ale to i tak jest nic w porównaniu z tym, co muszę z siebie dać na scenie. 

Za to sceniczny image masz ciągle mocno rockandrollowy. Czarna kreska na oku, ekstrawaganckie stroje. To trochę scheda po moim czteroletnim graniu z Brodką. Ona uświadomiła mi, jak ważny jest aspekt wizualny. Światła, efekty, kostium, makijaż. Wychodzę zawsze ze zrobionym okiem. Przybieram barwy wojenne. Bo ja poza sceną jestem jednak trochę innym człowiekiem, nieco bardziej introwertycznym. Najwyraźniej ten swój ekshibicjonizm, ego, wygrzewam w świetle reflektorów i wystarczy. Potem mogę cieszyć się, jak ktoś inny jest szefem imprezy. Ale zanim wyjdę na scenę, potrzebuję zbroi. Czarną kreskę pod okiem robię zawsze na samym końcu. Jak się już przebiorę, wyfryzuję, rozśpiewam, założę szkła kontaktowe. Wychodzę, przez dwie godziny jestem na wysokich obrotach, czarne kreski spływają razem z potem. I mogę już wrócić do bycia spokojniejszym Krzyśkiem.

Próbuję cię rozgryźć. Ten image plus mocne teksty w piosenkach „Polsko” czy „Uchodźca” i główna rola w filmie „Historia Roja”, który miał premierę parę miesięcy temu i stał się jednym z symboli podziału Polski na dwa obozy. Siedem lat temu dostałem propozycję: „Może byś zagrał, pobiegasz sobie po lesie z karabinem”. Główna rola, duża produkcja. Czasy były inne. Nie było wojny polsko-polskiej. Kiedy czytałem scenariusz, to Rój [komendant Mieczysław Dziemieszkiewicz, uczestnik polskiego podziemia antykomunistycznego – przyp. red.] jawił się niejednoznacznie. To nie była laurka, raczej historia człowieka w sytuacji bez wyjścia. Sowieci zabili mu brata, jego rodzina była prześladowana przez UB, mógł albo uciec za granicę, albo próbować zemścić się, wiedząc, że zginie. 

Żałujesz, że zdecydowałeś się na rolę Roja?? Absolutnie nie. Nawet jeśli został mi po tamtej przygodzie uszkodzony przez wybuch na planie nerw słuchowy w lewym uchu. Natomiast wiedząc to, co wiem teraz – że historia żołnierzy wyklętych zostanie zawłaszczona przez skrajną prawicę – nigdy bym się nie zdecydował na zagranie w tym filmie. Ja jednak inaczej pojmuję patriotyzm. 

Inaczej, czyli jak?  Uważam, że z ojczyzną jest trochę jak z matką. Trzeba kochać matkę najbardziej na świecie, to jest zdrowe. Ale jak zacznę chodzić po kolegach i mówić: „Moja matka jest fajniejsza od twojej”, to już jest coś nie halo. Według mnie na tym właśnie polega różnica pomiędzy patriotyzmem a nacjonalizmem. 

Myślisz jeszcze o graniu w filmach? Pytam o aktorstwo także dlatego, że na naszym rynku niewielu jest artystów, którzy mają równie ciekawe teledyski co ty. Choćby ten do przeboju „Miłość, miłość”, w którym występujesz z Natalią Przybysz. Właściwie to rodzaj performance’u przed kamerami.  Reżyser tego klipu Piotr Onopa wymyślił, żeby zainspirować się happeningiem Mariny Abramović „Artystka obecna”. Abramović po prostu siedziała w nowojorskiej MoMA codziennie przez wiele godzin. Ludzie przychodzili i mogli usiąść naprzeciwko niej, pobyć z nią, spojrzeć jej w oczy. Płakali, śmiali się, wzruszali. W naszym klipie siedzimy naprzeciwko siebie z Natalią połączeni konstrukcją z desek i układanych na nich kruchych filiżanek. Każdy nasz ruch może zachwiać tą konstrukcją. Emocje, które widać na teledysku, są prawdziwe. Nie graliśmy ani przez moment. A siedzieliśmy tak – z dwiema krótkimi przerwami – jakieś osiem, dziewięć godzin.

I konstrukcja ani razu nie runęła? Tylko na koniec, tak jak widać na teledysku. Przez cały czas siedziałem potwornie napięty, Natalii było łatwiej, jest joginką, powtarzała mi: „To nie jest tak, że musisz tę konstrukcję przytrzymywać ciałem, ułóż się tak, żeby to ona przytrzymywała ciebie”.

Ładna metafora. Przełożyłeś ją na inne sfery życia? Pamiętam, że w czasie tego trwania w bezruchu i milczeniu uruchomiły się we mnie wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. 

To były dobre wspomnienia? Głównie tak, miałem szczęśliwe dzieciństwo. Przynajmniej do 13. roku życia, czyli do momentu, w którym zachorowała moja mama. Może musiałem przez to trochę szybciej dorosnąć? Mama była wspaniałą osobą, próbowała zarazić mnie miłością do teatru, zabierała mnie co tydzień na spektakle, odkąd skończyłem trzy lata. Wpoiła mi też potrzebę bycia dobrym człowiekiem. Tak więc wspomnienia mam fantastyczne, ale kiedy przypomniałem sobie tamto poczucie bezpieczeństwa, wyzwoliło to we mnie falę tęsknoty. 

Urodziłeś się i wychowałeś w Lublinie. Jakim byłeś dzieciakiem? Śmiałym, wygadanym? Niby byłem dobrze wychowany i staroświecko szarmancki – otwierałem przed dziewczynami drzwi – ale byłem też potwornie przemądrzały. Sporo czytałem, a potem co trudniejsze słowa wplatałem w rozmowę, nawet jeśli były kompletnie niepotrzebne. W liceum niektórzy koledzy przezywali mnie „cyrkumstancja”. Na szczęście miałem fajnych kumpli i oni potrafili mnie skutecznie rozbroić. Życzliwie, ale jednak wyśmiać.  

Rekompensowałeś sobie coś tymi barokowymi zdaniami?  Nie wiem. Może brak ojca? Tatę poznałem jako nastolatek. Mamy teraz coraz lepszy kontakt. Od kiedy pamiętam, miałem potrzebę brylowania. Ja się nie bałem publicznych występów, nie tremowałem się. Nie wiem, skąd się to bierze, ta potrzeba występowania – ale tak już miałem. Nie postrzegam jej jako czegoś złego, trzeba ją było tylko umiejętnie skanalizować. 

Na przykład wygrywając w 2003 roku drugą edycję „Idola”. Mieliśmy zespół, od kiedy skończyłem 14 lat. Byłem jego liderem, ale ze względu na to, że późno przechodziłem mutację, nie byłem w stanie śpiewać, więc tylko grałem na gitarze. Za odłożone pieniądze nagraliśmy w jakimś studio pierwsze demo, a że w tym czasie był wielki boom na pierwszą edycję „Idola”, postanowiliśmy, że pojedziemy i wręczymy nasze demo jurorom. Ale kiedy w końcu trafiliśmy do programu, trzeba było zawyć. I ja zawyłem. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że mnie przepuścili dalej, a już zupełnie nie mam pojęcia, jakim cudem wygrałem. Ostatnio byłem w programie Kuby Wojewódzkiego i puścił mi fragment tego wycia. Nie dało się tego słuchać.

Tak czy inaczej wygrałeś. Co było dalej? Miałem trenowany słuch, wiedziałem, że śpiewać nie potrafię, a tu po „Idolu” były osoby, które mi mówiły: „Śpiewasz rewelacyjnie”. No zupełnie jak z piosenki Pogodno: „Świetnie tańczysz, świetnie, mówię ci, śmiejesz się, jak nikt się nie śmieje”. 

"Dopiero kiedy zrezygnowałem z rockandrollowego życia, zacząłem tak naprawdę uprawiać rock and rolla na scenie"

Co miałeś wtedy w głowie? Mętlik. Z jednej strony wiedziałem, że to kłamstwa, że wielu z tych ludzi chce coś ugrać na tym, że przez chwilę byłem popularny. Z drugiej – komplementów, nawet bzdurnych – jak mawiał Wiesław Michnikowski – strasznie się przyjemnie słucha. Natomiast cała ta przygoda utwierdziła mnie w przekonaniu, że muzyka to jest to, co chcę robić w życiu. I dziesięć następnych lat spędziłem trochę jak czeladnik. Jak się przeprowadziłem z Lublina do Wrocławia, pierwsze, co zrobiłem, to remont. Własnymi rękami wybudowałem sobie kabinę dźwiękoszczelną do śpiewania. Dwa metry na dwa, klatka z profili metalowych, dwie warstwy regipsu, wełna mineralna w środek. Kabina zasłaniała co prawda okno, ale nie szkodzi. Podłączyłem komputer, śpiewałem, nagrywałem się, pisałem setki piosenek do szuflady. Nadal się przydają. A zarabiałem, biorąc fuchy w studio, śpiewając dziesiątki chórków na płyty innych, grałem covery z zespołami po Polsce. A potem miałem szczęście trafić do Nosowskiej, zespołu Hey, grałem z Muchami, Brodką. Byłem szczęśliwy, że mogę utrzymywać się z muzyki. Ale tak dobrze jak teraz jeszcze nie miałem. 

Skąd wziął się pomysł na płytę z utworami Niemena? W 1987 roku Niemen dał koncert w Jarocinie. Zagrał trudną muzykę: całą płytę „Terra deflorata”. Najpierw była więc niepewność, nawet wrogość publiczności, a skończyło się po polsku, czyli na widowni śpiewali mu sto lat i nie chcieli go puścić ze sceny. W 30-lecie tamtego koncertu Michał Wiraszko, dyrektor artystyczny ostatniego Jarocin Festiwalu, wpadł na pomysł, żeby to jakoś uczcić. Zebraliśmy supergrupę. Świetnych instrumentalistów i siostry Przybysz w chórkach. Takich chórków nie miała nawet Tina Turner! Dobrze nam poszło, ludzie się wzruszyli, czuliśmy, że dzieje się coś wyjątkowego, więc postanowiliśmy nagrać płytę. 

Powiesz o niej coś więcej? Połowa jest bardziej bigbitowa –„Dziwny jest ten świat”, „Jednego serca”, a połowa to piosenki nieznane szerszej publiczności, z nurtu muzyki progresywnej. W nowych aranżacjach. Wydawało mi się, że dobrze znam muzykę Niemena, ale jak się zacząłem przygotowywać do tego projektu, okazało się, że to nieprawda. Poza tym to dopiero było wyzwanie wokalne! Niemen miał niesamowitą skalę. Ja takiej nie mam, a ponieważ jestem jednostką nadambitną, uznałem, że nie będziemy obniżać tonacji specjalnie dla mnie, nie ma takiej opcji. Udało mi się nawet rzucić palenie na miesiąc, żeby poprawić swoje możliwości. Głos dzięki temu podnosi się nawet o tercję. 

Żyjesz tylko dla muzyki? Żyję też dla bliskich mi osób. Dla dziewczyny, dla przyjaciół. Ale tak, mam fiksację, nie wiem, czy byłbym w stanie żyć bez koncertów. Bywa, że na scenie wydarza się coś, co jest już poza mną. Palce biegną po strunach, słowa same wychodzą z gardła, ale staję się częścią czegoś większego. Wtedy jestem tylko przekaźnikiem. 

Po takich chwilach bezboleśnie wraca się do codzienności? To jest na tyle duży haj, że kiedy wracasz do domu, dopada cię syndrom kolonisty. Turnus skończony, a ty próbujesz dojść do siebie. Ale żeby się otrząsnąć, potrzeba przynajmniej jednego dnia, a ja rzadko kiedy mam więcej niż jeden, góra dwa dni wolnego. W ostatnim roku zagrałem sto koncertów. 

Myślisz, że długo można funkcjonować na takich obrotach? Można całe życie. Oprócz tego, że ciało, oczywiście, prędzej czy później wysiądzie, najważniejsze jest to, co w głowie. Mój tata w wieku 81 lat nadal jest aktywny zawodowo, cały czas pisze sztuki, gra, reżyseruje. W tym stanowi dla mnie wzór. 

Chciałbyś umrzeć na scenie? Jak Molier? Oczywiście! Najpiękniejsza śmierć, jaką mogę sobie wyobrazić. 

Krzysztof Zalewski, fot. Adam Pluciński Krzysztof Zalewski, fot. Adam Pluciński

 

Krzysztof Zalewski-Brejdygant

rocznik 1984; wokalista, kompozytor, autor tekstów i multiinstrumentalista. Ma na koncie trzy albumy: „Pistolet” (2004), „Zelig” (2013), „Złoto” (2016) i „Zalewski śpiewa Niemena” (2018). 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Co czytać w najbliższych miesiącach? Polecamy najciekawsze pozycje

Co czytać w najbliższych miesiącach? Oto lista, którą trzeba poznać. ( fot. Imaxtree)
Co czytać w najbliższych miesiącach? Oto lista, którą trzeba poznać. ( fot. Imaxtree)
Zobacz galerię 7 Zdjęć

Co będziemy czytać w nadchodzących miesiącach? Oto propozycje, które warto poznać.

"Dziewczyna, kobieta, inna" B. Evaristo

"Siostrom, sistas, sistahs, siostrzeństwu, kobietom, womxn, wimmin, womyn, braterstwu, braciom, bredrin, bruvs, naszym mężczyznom i facetom, a także wszystkim osobom LGBTQI w wielkiej ludzkiej rodzinie" - taką dedykacją zaczyna swoją oszłałamiającą opowieść o dwunastu różnych kobietach B. Evaristo, za którą została nagrodzona m.in. Nagrodą Bookera w 2019 r. Od niedawna możemy przeczytać ją także po polsku w tłumaczeniu Agi Zano, która wykonała mistrzowską robotę w przełożeniu tego żywego języka (unikającego znaków interpunkcyjnych jak ognia). "Dziewczyna, kobieta, inna" to historie dwunastu kobiet i ich życiowej podróży, w której pojawia się wiele wątków - miłość, zdrada, niezrozumienie, poszukiwanie własnej tożsamości i wyobcowanie. Wszystkie łączy to, że są czarnoskóre, o czym kobiety mówią często nie wprost, nie dosłownie, czasem dając jedynie przykład rasistowskiej odzywki czy zachowania, z którymi musiały borykać się przez całe życie. To wyjątkowa pozycja dla wszystkich fanek dobrej i mądrej lektury - nie tylko tych, które interesuje feminizm, zwłaszcza że Evaristo maluje jego różne oblicza, nie zawsze skłaniające się ku tezie, że "feminizm to suma doświadczeń wszystkich kobiet". To pozycja obowiązkowa.

'Dziewczyna, kobieta, inna' Bernardine Evaristo, Wydawnictwo Poznańskie "Dziewczyna, kobieta, inna" Bernardine Evaristo, Wydawnictwo Poznańskie

 

"Proszę bardzo" A. Rottenberg

Autobiografia znanej polskiej historyczki sztuki, krytyczki i publicystki, a także wieloletniej dyrektorki Galerii Sztuki "Zachęta". W wydanej ponownie opowieści o swoim życiu Rottenberg szczerze i bez tajemnic mówi m.in. o wątku zaginionego syna, dziejach rodziny, szukaniu korzeni i własnej drogi. Jest tu też mowa o depresji, samotności i wielu innych ciężkich momentach w życiu, a także łączących autorkę więziach z najbliższymi - ojcem, matką, synem. Historię Rottenberg czyta się z ogromnym zaciekawieniem, nie tylko dlatego, że opowiadając historię własnej rodziny, autorka niejako tworzy historyczny obraz XX w., ale także ze względu na to, że stworzył ją osoba całe życie obcująca ze sztuką, kulturą, której wpływ czuć tu na każdej stronie. Urozmaicona ilustracjami i anegdotami opowieść o odkrywaniu siebie, otwieraniu nie do końca zabliźnionych ran, przepracowywaniu własnej traumy to książka, po którą naprawdę warto sięgnąć.

'Proszę bardzo' Anda Rottenberg, Wydawnictwo Marginesy "Proszę bardzo" Anda Rottenberg, Wydawnictwo Marginesy

"Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" M. Chollet

Świetnie opisana przez dziennikarkę Monę Chollet historia polowań na czarownice, która wbrew pozorom miała ogromny wpływ na mizoginiczne poglądy o kobietach funkcjonujące dalej we współczesnym świecie. Użycie przez nią figury czarownicy stara się uświadomić nam, jak - wbrew pozorom - wiele i niewiele zmieniło się od czasów, gdy za bycie kobietą - zwłaszcza taką, którą swoją postawą jakkolwiek wykraczała poza przyjęte schematy i granice - można było zostać spalonym żywcem. Chollet bezbłędnie nakreśla też, jak sposób, w jaki wychowywane są wciąż młode dziewczęta nie sprzyja ich rozwojowi, wierze w ich możliwości, własne siły, bycie niezależnymi i posiadającymi własne zdanie. Inny aspekt, który analizuje dziennikarka to stereotyp kobiety bezdzietnej, która w społeczeństwie wciąż często postrzegana jest jako osoba, która utraciła coś na zawsze, traktowana jako "niespełniona", nieszczęśliwa. Pasjonujący esej, w którym autorka pokazuje, jak wielowieczna dyskryminacja kobiet i ich wykluczenie wpłynęły na dalszy rozwój zachodniego świata.

'Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet' M. Chollet, Wydawnictwo Karakter "Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" M. Chollet, Wydawnictwo Karakter

"Świat bez kobiet" A. Graff

Kolejne wydanie "Świata bez kobiet" autorstwa Agnieszki Graff - znanej polskiej kulturoznawczyni, tłumaczki i publicystki, w którym ukazuje najnowszą historię Polski z perspektywy feministycznej. Choć wydawać by się mogło, że współczesny feminizm nie ma już tak "mocnych" haseł i stał się zjawiskiem masowym, który nie budzi kontrowersji, Graff wskazuje nam, jak bardzo wciąż narażony jest na kontrdziałania i nienawiść. Autorka śledzi to, jak bardzo współczesna kobieta jest wciąż nieobecna w życiu publicznym i dalej chce się decydować za nią w każdym aspekcie. Przejawia się to w każdej dziedzinie - od polityki, przez kulturę, religię, zwyczaje.

'Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym' Agnieszka Graff, Wydawnictwo Marginesy "Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym" Agnieszka Graff, Wydawnictwo Marginesy

"Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia" H. Kelaher

Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta. Przyjaźń to jedno z najważniejszych uczuć w życiu każdego człowieka - mówi się, że ludzie pozbawieni przyjaciół są samotni i sfrustrowani. Ale jak pozyskać przyjaciół prawdziwych? Takich, którzy będą oddani, lojalni i godni zaufania? I przede wszystkim - jak zrobić to w późniejszym czasie, kiedy wiele osób ma już swoje towarzystwa i niechętnie nawiązuje nowe, zwłaszcza silne relacje. Poradnik w ciekawy i przystępny sposób pomaga dowiedzieć się, jak rozmawiać, by wyjść poza "small talk", jak zbudować i pielęgnować krąg własnych znajomych oraz jak rozróżniać zdrowe i toksyczne relacje.

'Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia' Hope Kelaher, Wydawnictwo Zwierciadło "Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia" Hope Kelaher, Wydawnictwo Zwierciadło

"Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady" M. Wójcik

Michał Wójcik w książce "Zemsta..." poruszył mało znane, bądź rzadko wspominane fakty dotyczące żydowskiego oporu stawianego w obozach koncentracyjnych. Autor rozprawia się tu z mitem ofiar jako osób, które nie stawiały oporu i nie sprzeciwiały wobec dramatycznego losu. We wszystkich obozach - Auschwitz-Birkenau, Treblince, czy Sobiborze istniała konspiracja, która doprowadzała do zbrojnych wystąpień i buntów. "Dzięki heroicznej postawie więźniów, walczących z minimalną ilością broni, często na noże i gołe pięści, dwa z nich uwieńczone zostały spektakularnym sukcesem. Również za sprawą kobiet - żydowskich bohaterek". O tym trzeba wiedzieć i trzeba pamiętać.

'Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady' Michał Wójcik, Wydawnictwo Poznańskie "Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady" Michał Wójcik, Wydawnictwo Poznańskie

  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.

  1. Kultura

Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w nowej stacji. Jednym z prowadzących Marek Niedźwiecki

Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w tym roku w nowej stacji. Jednym z prowadzących pozostaje niezmiennie Marek Niedźwiecki. (Fot. Darek Kawka/Instagram @radio_357)
Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w tym roku w nowej stacji. Jednym z prowadzących pozostaje niezmiennie Marek Niedźwiecki. (Fot. Darek Kawka/Instagram @radio_357)
"Dziwny jest ten świat" Czesława Niemena, "Nie pytaj o Polskę" Republiki, a może "Autobiografia" Perfectu? Kto w tym roku zajmie pierwsze miejsce? Tego dowiemy się już 3 maja, tym razem jednak nie w "Trójce", a na antenie Radia 357. 

Polski Top Wszech Czasów nadawany od 2008 roku w każdą majówkę przez III Program Polskiego Radia, przenosi się do innej stacji. W tym roku audycję po raz pierwszy usłyszymy na antenie Radia 357, rozgłośni założonej z inicjatywy byłych dziennikarzy "Trójki".

Lista będąca zestawieniem najlepszych polskich piosenek układana jest na podstawie głosów słuchaczy. Tegoroczne głosowanie odbyło się jednak w zupełnie innej niż dotychczas formie, a mianowicie za pośrednictwem kartek pocztowych.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Radio 357 (@radio_357)

Pierwszy Polski Top Wszech Czasów zagra na antenie Radia 357 w poniedziałek 3 maja w godzinach 9.00 – 21.00. Notowanie zaprezentują Marek Niedźwiecki, Marcin Łukawski i Piotr Stelmach.

  1. Kultura

"Nie jestem księżniczką". Anne Hathaway stawia czoło hejtowi

- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ma wszystko, czego można oczekiwać od gwiazdy: wdzięk Audrey Hepburn, uśmiech Julii Roberts. I do tego wszechstronny talent, który potwierdza w swojej najnowszej produkcji „Skazani na siebie”. A jednak właśnie z tego powodu Anne, a raczej Annie Hathaway musiała zmierzyć się z niechęcią i hejtem.

Dla ambitnej, nieobawiającej się wyzwań i wciąż poszukującej 39-latki trudno o lepszy dar od losu. W czasie pandemii, gdy wiele jej koleżanek zmuszonych zostało do izolacji domowej, ona zagrała główną kobiecą rolę w jednym z pierwszych filmów covidowych, pomyślanych jako kronika pandemicznej rzeczywistości.

W „Skazanych na siebie” w reż. Douga Limana gra Lindę, młodą kobietę, uwięzioną przez lockdown w londyńskim mieszkaniu dzielonym z byłym, obecnie bezrobotnym, partnerem Paxtonem (Chiwetel Ejiofor). Z powodu kwarantanny para jest skazana na stałą współobecność i zmaga się ze swoimi lękami, frustracjami oraz byciem razem. Ona pracuje online dla jednej z korporacji, ale to, co robi, coraz bardziej ją stresuje. Wigor i przypływ uczuć w tym związku pojawia się niespodziewanie wraz z planem… kradzieży diamentu z luksusowego Harrodsa. Uff, trzeba nie lada odwagi, by wejść w tak karkołomny projekt! Komedia, dramat, romans, napad – unurzane w pandemicznym sosie.

Aktorka odnalazła jednak w tym filmie siebie. Zachwycił ją scenariusz opisujący absurdy naszej nowej szalonej rzeczywistości. Jak sama mówi, żyjemy w dziwnych czasach, a w takich każdy sposób radzenia sobie jest usprawiedliwiony i głęboko ludzki. Film ma podnosić na duchu, dostarczać rozrywki i dystansować widza do tego, co dookoła. – To było ekscytujące doświadczenie – wyznała. – W czasie kwarantanny obserwowałam siebie i kontaktowałam się ze znajomymi na czatach, Zoomach czy Skype’ach. Widziałam, że niektórzy wrócili do palenia papierosów albo trawki, inni zaczęli zaglądać do kieliszka lub kłócić się z bliskimi. Byli także i tacy, których ta nienormalna sytuacja zbliżyła do siebie, wyzwoliła w nich kreatywność, pokazała radość z odkrywania małych rzeczy. To jest film o emocjach, o tym, jak długotrwałe zamknięcie wpływa na ludzi. Sama dzięki tej produkcji uwolniłam się od stresu związanego z kwarantanną.

'Locked down', czyli 'Skazani na siebie' - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe) "Locked down", czyli "Skazani na siebie" - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

Szuflady nie dla niej

Media mają z nią pewien problem, gdyż Hathaway nie daje się zaszufladkować – porzuciła karierę w filmach familijnych i nie ogranicza się wyłącznie do komedii romantycznych, w których chcieliby ją widzieć krytycy. Chętnie angażuje się w projekty, które są odskocznią i stoją w wyraźnej opozycji do jej poprzednich produkcji. Grywa zarówno postacie banalne, jak i wewnętrznie skomplikowane.

Zaczynała jako gwiazda filmów ze „stajni” Disneya. Z miłych młodzieżowych produkcji, takich jak „Pamiętnik księżniczki” (współczesna wersja bajki o brzydkim kaczątku) czy „Ella zaklęta”, przeszła do poważnych filmów. Zanim zyskała popularność po roli w „Diabeł ubiera się u Prady”, zdążyła wystąpić w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, pokazując, że ma ambicję pojawiać się także w mniej komercyjnych produkcjach. Wcieliła się tutaj w żonę geja i zgodziła na rozbierane sceny, choć prywatnie uważa się za osobę nieśmiałą i dość konserwatywną. Zresztą to właśnie udział w produkcjach niezależnych przyniósł Hathaway największe uznanie krytyków. Kiedy w 2008 roku zagrała narkomankę w filmie „Rachel wychodzi za mąż”, głośno mówiło się, że dopiero teraz pokazuje swój pazur. Za tę rolę została zresztą nominowana do Oscara. Największy triumf odniosła jednak, grając w musicalu. Za kreację zmuszonej do prostytucji Fantyny w „Les Misérables: Nędznikach” otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Po 'Pamiętniku księżniczki' Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe) Po "Pamiętniku księżniczki" Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe)

– Tak, chciałam się sprawdzić – wspomina postać Fantyny. – Nie sądziłam jednak, że śpiewanie bez playbacku legendarnego utworu „I Dreamed a Dream”, który stał się trampoliną dla megasukcesu Susan Boyle, okaże się aż tak stresujące. Na szczęście moja nauczycielka poradziła mi, bym nawet nie próbowała naśladować wielkich głosów, bo plan filmowy to nie teatr, a szepcząc piosenkę można wyrazić większe emocje. Posłuchałam jej i wyszło mi to na dobre.

Jeśli myślicie, że to zaspokoiło ambicje aktorki i jej skłonność do podejmowania ryzykownych wyzwań, to nic bardziej mylnego! Anne Hathaway miała poczucie, że po oscarowych „Nędznikach” jej kariera dryfuje na dość monotonnych falach, aż do momentu, gdy przeczytała scenariusz filmu „Monstrum”, opisany jako romantyczna komedia z potworem w tle. – Był tak dziki, oniryczny i wymykający się klasyfikacjom, że po prostu wiedziałam, że chcę brać w tym udział. Od razu zakochałam się w scenariuszu, był po prostu tak inny na bardzo głębokim poziomie i to w sposób niewymuszony – dodała. Zagrała bezrobotną dziewczynę, która po rozstaniu z chłopakiem wraca z Nowego Jorku do rodzinnego miasteczka, w którym grasuje terroryzujący mieszkańców gigantyczny potwór. To film o toksycznych relacjach i próbie pozostania człowiekiem, niezależnie od okoliczności.

„Monstrum” sytuuje się daleko od przesłodzonego „Pamiętnika księżniczki”, po którym młoda aktorka stała się rozpoznawalna. Podobno zwróciła na siebie uwagę reżysera Garry'ego Marshalla, gdy na przesłuchaniu, na które przyszła prosto z lotniska, po długim i męczącym locie, spadła z krzesła. Marshall potrzebował dokładnie takiej Mii – niezdary, która w miarę rozwoju akcji przechodzi spektakularną metamorfozę i staje się prawdziwą księżniczką. „Monstrum” dalekie jest także od filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, komediowego hitu z Meryl Streep, który utrwalił międzynarodową popularność Anne Hathaway. Zagrała tutaj naiwną dziewczynę z prowincji, która zostaje asystentką bezwzględnej królowej imperium mody. Od czasu roli w „Monstrum” Hathaway zapewnia, że zmieniła podejście i przy wyborze projektów z większą uwagą analizuje to, co czyta, by nie przegapić czegoś wartościowego, co samo ją zainspiruje.

Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie 'Diabeł ubiera się u Prady'. (Fot. materiały prasowe) Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". (Fot. materiały prasowe)

Kiedy po „Pamiętniku księżniczki” pytano ją, czy jako dziecko marzyła o tym, by zostać prawdziwą księżniczką, odpowiadała krótko i zdecydowanie: NIE. Chciała być… zakonnicą, potem chirurgiem, a na koniec Kobietą Kotem. W 2012 roku to ostatnie marzenie się spełniło. Gdy Christopher Nolan zaangażował ją do roli Kobiety Kota w filmie „Mroczny Rycerz powstaje”, aktorka długo nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Euforii nie przyćmiły nawet wątpliwości fanów Batmana, którzy do tej pory kojarzyli ją głównie z grania w komediach romantycznych.

Nuda czy profesjonalizm?

Do każdej z ról przygotowuje się niezwykle starannie. Sama wyszła z propozycją obcięcia swoich długich pięknych włosów, by lepiej oddać postać Fantyny. I schudła 12 kilo. Przygotowując się do roli Mii Thermopolis, uczyła się wspinaczki skałkowej. Pracując nad postacią Jane Austen w filmie „Zakochana Jane”, nauczyła się grać na pianinie. Z kolei do roli Seliny w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” intensywnie ćwiczyła, trenowała  kaskaderstwo i taniec.

Mimo sławy aktorka należy do nielicznego grona „grzecznych” gwiazd. Nie zabiega o zainteresowanie mediów, nie oglądamy jej zdjęć prywatnych, na których się upija, nie czytamy o jej wybrykach. – Chciałabym być aktorką, którą ludzie znają i szanują dzięki rolom filmowym, a nie życiowym perypetiom i skandalom. Nie chcę, żeby ktokolwiek, siedząc w kinie, myślał o moich podbojach sercowych czy imprezowych wyskokach. Wolałabym, aby mógł się skupić na tym, co ogląda – powiedziała na samym początku swojej kariery, i jest temu wierna do dziś.

W 'Ocean's 8', kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo) W "Ocean's 8", kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo)

No, z małym wyjątkiem! W 2008 roku na czołówki gazet trafił skandal związany z wieloletnim partnerem aktorki – włoskim milionerem Raffaellem Follierim, który został aresztowany za oszustwa finansowe i pranie brudnych pieniędzy. Para rozstała się tuż przed wybuchem afery.

To doświadczenie na szczęście nie zamknęło aktorki na nowy związek. W 2012 roku poślubiła Adama Shulmana, producenta i projektanta biżuterii. Wychowana w szczęśliwej rodzinie, miała skąd czerpać wzorce – wielokrotnie wyznawała, że pragnie, aby jej małżeństwo było tak samo udane jak związek rodziców. I na razie jest z Adamem szczęśliwa. W 2016 roku urodziła syna, Jonathana. W lipcu 2019 para doczekała się drugiego chłopca, Jacka. – Kiedy urodziłam Jonathana, to jakbym sama urodziła się na nowo – wspomina. – To cudowne uczucie obserwować, jak w twoim dziecku rodzą się emocje w związku z różnymi sytuacjami, których doświadcza. Kiedy zrozumiałam, że synek wchłania też moje, bardzo się wyciszyłam, uspokoiłam. Poczułam, że nie mogę przy nim być zdenerwowana, spięta, bo to bezbłędnie wyczuwa. Dzieci są znacznie bardziej bystrymi obserwatorami, niż nam się wydaje. Mogą nie rozumieć, ale czują. Dzięki rodzinie mam dystans do pracy, a w moim życiu panuje równowaga.

Nadal kocha swoją pracę, ale dziś ma już inne priorytety. Ceni kobiety, które znajdują w sobie tyle odwagi i determinacji, by zerwać ze stereotypem, że poświęcenie dla rodziny jest najważniejsze. Sama jednak już by się na to nie zdobyła. Dobrze wie, że poza planem filmowym też jest inne życie. Mieszka w Nowym Jorku, który ma tę przewagę nad Los Angeles, że można wyjść na spacer z psem, nie będąc przez nikogo rozpoznanym. No i w Nowym Jorku jest metro. To wielki luksus kompletnie nieznany w Kalifornii. Aktorka uwielbia zakładać ciemne okulary, podróżować po mieście i obserwować ludzi, nie obawiając się, że ktoś do niej zadzwoni, bo pod ziemią nie ma zasięgu.

Kiedy rozmawiałam z nią kilka lat temu na festiwalu w Wenecji, ujawniła jeszcze jedno hobby. – To dekoracja wnętrz. Lubię włóczyć się po sklepach meblowych na Manhattanie oraz po galeriach z antykami. Zamierzam w przyszłości zapisać się na kurs stolarsko-ciesielski, by nauczyć się samej wykonywać zaprojektowane przeze mnie meble. Naprawdę! To niezwykle uspokaja i relaksuje, a efekty są bardzo pożyteczne – mówiła.

Podobnie jak prace w ogródku na tyłach jej nowojorskiego domu. W związku z pandemicznymi obostrzeniami oboje z mężem mniej wychodzą, ale ma to także swoje dobre strony. Aktorka zdradziła, że uczy się gotowania i gry na gitarze. Dużo czyta. Fascynują ją dokonania współczesnej fizyki, zwłaszcza ich wymiar duchowy. Z upodobaniem przytacza Einsteina, który powiedział, że wierzy w Boga, bo jest naukowcem. Jej zainteresowania metafizyką mają początek we wczesnym dzieciństwie, kiedy marzyła o tym, by wstąpić do klasztoru. Wprawdzie nie została zakonnicą i wraz z całą rodziną odeszła od Kościoła katolickiego przez solidarność z Michaelem, bratem aktorki, który jest gejem, ale poszukiwania duchowe nadal są ważną częścią jej życia.

Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images) Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images)

Syndrom Anne Hathaway

Chociaż wydawałoby się, że ma wszelkie atuty, by być podziwianą i lubianą, to w rzeczywistości przez całe lata musiała mierzyć się z... hejtem. Dlaczego? Istnieje kilka teorii. Zdaniem niektórych za bardzo się stara – cała jej kariera wygląda jak dobrze zaplanowany program, w którym odhacza kolejne punkty. Znajduje się w niej miejsce na wszystko: od ról popularnych i łatwych aż po nagradzane poważne filmy. Brak tu nieprzewidywalności, szaleństwa, czegoś, co sugerowałoby, że aktorka ma w sobie cokolwiek spontanicznego. Podobnie z zachowaniem w przestrzeni publicznej – na wywiadach opowiada anegdotę, ale zawsze taką, która jest odpowiednio urocza i dowcipna. Na czerwonym dywanie rzadko decyduje się na cokolwiek awangardowego, nosząc sukienki ładne, ale łatwe do zapomnienia. Na zdjęciach zawsze wygląda nienagannie, w wywiadach jest uprzejma, a jej przemowy po otrzymaniu nagród są okraszone odpowiednią ilością łez. Chociaż bardzo nie lubi, kiedy ktoś z dziennikarzy w czasie wywiadu zwróci się do niej per „Anno”. Zdecydowanie woli być „Anią”. Oficjalne imię zarezerwowane jest tylko dla kręgu bliskich osób. Tak właśnie zwraca się do niej mama. Szczególnie wtedy, gdy jest zła na swoją córkę. – Zawsze, gdy pojawiam się gdzieś publicznie i ktoś woła mnie po imieniu, to myślę sobie, że zaraz nakrzyczy na mnie, bo coś nabroiłam – przyznała w jednym z popularnych talk-show. – Mówcie do mnie Annie (Ania). Wszyscy. Byle nie Anne (Anna).

Określenia „syndrom Anne Hathaway” amerykańska prasa zaczęła używać w 2013 roku, kiedy aktorka została nominowana do Oscara. To wtedy stało się jasne, że widzowie – jak się wydaje zupełnie irracjonalnie – nie darzą Hathaway sympatią. Zdaniem niektórych to właśnie jej perfekcyjność budzi sprzeciw, bo ludzie  wolą naturalność. Jej obrońcy wskazują jednak, że ta postawa wynika po prostu z tego, że gwiazda jest profesjonalnie przygotowana do kariery aktorskiej. Oczywiście świadomość, że kariera aktorska to coś, co można zaplanować, przygotować i rozsądnie poprowadzić, kłóci się z piękną wizją „od szarej myszki do gwiazdy filmowej”, zdecydowanie bardziej podobają nam się opowieści o upadkach i mozolnym podnoszeniu się z nich, ale z drugiej strony takie historie nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A historia Anne Hathaway – ma.

Po latach aktorka przyznała, że hejt i niechęć, których była ofiarą, nie złamały jej, lecz przeciwnie – wzmocniły psychicznie. – Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady na ten temat, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoła, a to was ostatecznie wzmocni – wyznała w jednym z wywiadów. – Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. I tego nadal się trzymam! Kiedy jako nastolatka decydowałam się na ten zawód, rodzice zostawili mi wolny wybór, nie odradzali aktorstwa, ale ostrzegali, że porażka jest w ten zawód wliczona. Dali mnie i moim braciom potężne oparcie. Dziś myślę, że to rodzicom zawdzięczam, że twardo stąpam po ziemi i mam dość mocy kręgosłup moralny, co w tym zawodzie jest podstawą.

Anne Hathaway przyszła na świat w listopadzie 1982 roku na Brooklynie w Nowym Jorku, ale dorastała w stanie New Jersey. Jej mama też jest aktorką, tata – prawnikiem. Sama zadebiutowała w 2001 roku w filmie „Pamiętnik księżniczki”, który doczekał się kontynuacji. Oprócz wymienionych tytułów, zagrała też w takich filmach, jak „Interstellar”, „Jeden dzień”, „Praktykant” czy „Oszustki”.

  1. Kultura

Nowości Netflixa i HBO idealne na majówkę

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Kobieta w oknie". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Tegoroczna majówka nie będzie należała do najcieplejszych, dlatego wszystkich spragnionych dobrego kina zapraszamy na przegląd najciekawszych nowości, które obejrzycie w tym czasie (i nie tylko) na Netflixie i HBO GO.

"Homeland", sezon 8

Kontynuacja i tym samym finałowy sezon jednego z najlepszych seriali szpiegowskich w historii. Historię niezwykle charyzmatycznej agentki CIA śledzimy już od tak dawna, że ciężko opisać wszystkie kryzysy polityczne, spiski i tajemnice, które odkryła w swojej długiej karierze. Ostatni sezon "Homeland" polecamy nie tylko (takim jak my) oddanym fanom Carrie i Saula Berensona, ale zwłaszcza osobom, które dotychczas omijały "Homeland". Gwarantujemy, że w ciągu całej majówki dotrzecie do 8. sezonu i wspólnie zobaczymy, jak kończy się ta trzymająca w napięciu (i to w każdym sezonie, co zdarza się rzadko!) historia. Sezon ósmy "Homeland" zadebiutuje na platformie 1 maja.

"Tlen"

12 maja na platformie Netflix pojawi się nowy film oryginalny pt. "Tlen". To opowieść o młodej kobiecie (w tej roli znana m.in. z "Bękartów wojny" Mélanie Laurent), która budzi się ze śpiączki w kapsule kriogenicznej. Aby się z niej wydostać nie ma zbyt dużo czasu - musi zrobić to jak najszybciej, ponieważ w kapsule niebawem zabraknie jej tlenu. Jak na razie brzmi to raczej przerażająco i klaustrofobicznie, ale "Tlen" okrzyknięto premierą miesiąca, więc damy mu kredyt zaufania.

"Kobieta w oknie"

Kolejny thriller, który zaprezentuje nam w najbliższych dniach Netflix to "Kobieta w oknie" z główną rolą Amy Adams to opowieść o cierpiącej na agorafobię (lękiem przed przebywaniem w otwartych przestrzeniach) psycholożce dziecięcej, która obserwuje z okna idealną rodzinę mieszkającą po drugiej stronie ulicy. Kobieta przypadkowo staje się świadkiem brutalnej zbrodni, co jeszcze bardziej wpłynie na jej dotychczasowe życie i problemy, z jakimi się zmaga. Film oparty został na książce A. J. Finna z 2018 roku o tym samym tytule.

"Kto zabił Sarę?", sezon 2

Największy hit Netflixa ostatnich miesięcy już powraca z kolejnym sezonem. Meksykański serial, który od tygodni utrzymuje się na szczycie rankingu najchętniej oglądanych produkcji Netflixa opowiadający o tragicznej zbrodni dokonanej na tytułowej Sarze w pierwszym sezonie zostawił nas z wieloma niewiadomymi w zasadzie bezustannie kierując podejrzenia na innego bohatera. W tym sezonie mamy dowiedzieć się więcej i może ostatecznie będziemy mogli odpowiedzieć sobie na nurtujące wszystkich pytanie - kto naprawdę zabił Sarę?

"Boyhood"

Choć na tę produkcję, która pojawi się na Netflixie poczekamy do drugiej połowy miesiąca (premierę na platformie zapowiedziano na 16 maja), w tym wypadku naprawdę warto czekać. "Boyhood" to opowieść o chłopcu, którego losy śledzimy od 5. do 18. roku życia. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że prace nad filmem trwały ponad 12 lat. Reżyser pokazał tu bowiem rzeczywiste dorastanie i wchodzenie w dorosłość, gdzie przez cały czas bohaterów grają ci sami aktorzy. Kto nie widział, warto poczekać.

"Tajemnica Brokeback Mountain"

Tego samego dnia na platformie (16 maja) ukaże się jeden z najlepszych filmów w karierze Jaka Gylenhaalla i Heatha Ledgera - opowieść o rodzącym się uczuciu pomiędzy dwoma mężczyznami, którzy początkowo bronią się przed tym - wówczas wstydliwym, niezrozumiałym dla nich uczuciem. Z biegiem lat każdy z nich znajduje sobie żonę, rodzą im się dzieci, jednak pamięć o ukochanym nie przemija. Poruszający i w pewnym sensie przełomowy film, który w tym roku skończył 16 lat.

"Mare z Easttown"

Nowy serial kryminalny z Kate Winslet w roli głównej od niedawna zadebiutował na platformie HBO GO. I trzeba przyznać, że jest to serial wyjątkowo udany, z ciekawie rozwijającą się fabuła i przede wszystkim - świetną grą, zwłaszcza Winslet. Choć w ciągu pierwszych kilkunastu minut wydaje się powielać znane nam już serialowo schematy - małe miasteczko, każdy się zna od lat, nieszczęśliwe rodziny, w końcu tragiczna zbrodnia - "Mare z Easttown" ogląda się naprawdę z ogromnym zaciekawieniem. Serial doskonale buduje klimat, zagadka staje się coraz cięższa do rozwiązania, a poszczególne postaci tak niejednoznaczne i w sumie dziwaczne, że na kolejne odcinki czeka się z utęsknieniem.

"Rocky"

Na platformę HBO GO w tym miesiącu dodane zostaną wszystkie filmy o legendarnym pięściarzu Rocky'm, w tym m.in. "Rocky", "Rocky II", "Rocky III", "Rocky IV", "Rocky V", "Rocky Balboa", "Creed: Narodziny legendy", "Creed II" oraz dokumentalny "Rocky: 40 lat legendy". Jedno jest pewne - fani Rocky'ego będą mogli urządzić sobie maraton z idolem, reszta nadrobić zaległości klasyki kina.

"Opowieść podręcznej", sezon 4

Kontynuacja kultowego serialu powstałego na podstawie bestsellerowej i nagrodzonej wieloma nagrodami książki Margaret Atwood. W czwartym już sezonie June, jako przywódczyni rebeliantów, staje do walki z Gileadem. I w tym sezonie również przeniesiemy się do brutalnego świata, w którym życie kobiet stało się prawdziwą udręką. Wszystkich fanów serialu nie trzeba zachęcać, ale tym, którzy nie widzieli mocno polecamy.