1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Roma Gąsiorowska: Wychodzę do ludzi

Roma Gąsiorowska: Wychodzę do ludzi

</a>
Funkcjonowanie artysty bez samodyscypliny i ciągłego oczyszczania się z emocji jest niemożliwe – mówi Roma Gąsiorowska. Jej WAMP to nie tylko szkoła aktorska, ale miejsce duchowego, artystycznego i fizycznego rozwoju jednostki.

Urodziłaś dziecko i zamiast się zatrzymać, wykreowałaś kolejne wątki zawodowe. I to poważne. Jak to się robi?

Zatrzymałam się pod koniec ciąży i nawet trochę zamknęłam w swoim domowym królestwie na kilka miesięcy po porodzie, ale mój syn ma już prawie rok! Poza tym, wiesz co? Muszę z przyjemnością stwierdzić, że macierzyństwo dodało mi sporo siły i... jakby to nazwać... konkretnego cugu do życia i działania. Jestem teraz bardzo szczęśliwa, spełniona i jeszcze bardziej kreatywna, niż byłam do tej pory, choć byłam bardzo (śmiech).

Powiedz mi, jak ty to wszystko ze sobą splatasz?

Wiesz, że to nie takie trudne? Nie tracę po prostu energii na pusty przepływ: czyli organizacja i konsekwencja! Na każdą wolną chwilę mam plan. Jestem w ciągłym ruchu. I naprawdę mam wrażenie, że odkąd mam dziecko, stałam się jeszcze bardziej konkretna. Mój synek jest dla mnie priorytetem i tak ustawiam życie, żeby być z nim jak najwięcej i jak najbardziej, ale dzięki dobrej organizacji znajduję też czas dla siebie. Mam nieocenione wsparcie od mojej siostry, która przyjechała do nas i pomaga mi w opiece. Dzięki temu mogę sobie pozwolić na jakieś działania zawodowe, bo wiem, że synek jest w dobrych rękach... Swoją drogą, gdyby nie moja siostra, nie wiem, jak by to było, bo od początku nie byłam sobie w stanie wyobrazić, że zostawiam dziecko z kimś obcym nawet na godzinę. Widzę, że moje koleżanki wieczorami wychodzą i oddają dzieci jakiejś pani do kąpania, ale to raczej nie dla mnie.

Ja nie miałam opiekunki i wszędzie chodziłam z dzieckiem.

Też miałam taki plan, że biorę synka ze sobą wszędzie, bo wiadomo, że fajny jest cygański tryb życia, ale może... jednak nie w tym świecie? (śmiech). Staram się raczej stworzyć dla niego ochronną bańkę, i to jest piękne, bo w niej buduje się między nami niezwykła więź.

A depresje poporodowe, chandry, chimery – całkiem cię to ominęło?

Nauczyłam się już na tyle kontrolować siebie i swoje emocje, że w ogóle nie miewam stanów zwątpienia albo niewyjaśnionych smutków i melancholii. Wiem, że to skarb, bo nie każda matka tak łatwo przez to przechodzi.

Dzięki temu, że jesteś w takiej formie, otworzyłaś szkołę.

Otworzyłam WAMP, czyli What a Mystique Place, miejsce, w którym oprócz szkoły aktorskiej mieści się ośrodek rozwoju twórczego i duchowego. Joga, tantra, medytacje, zajęcia z terapii ruchem, wizualizacje i relaksacje, warsztaty rozwojowe i coaching – to wszystko jest w WAMP-ie. Od marca ruszają nowe grupy, zaczyna tętnić energia rozwoju!

Dlaczego to zrobiłam? Bo chciałam. Mam duży kredyt zaufania do samej siebie, bo do tej pory moja własna intuicja nigdy mnie nie oszukała. Bez względu na to, jakie są okoliczności, i tak zawsze dążę do celu. Wszystko, co teraz robię, jest więc kontynuacją tego, co zaplanowałam przed urodzeniem dziecka.

Kilka lat temu założyłam ze znajomymi interdyscyplinarne Stowarzyszenie Twórców Sztuk Wszelkich, które padło, ponieważ nikt z nas wtedy nie chciał brać odpowiedzialności za grupę, zostać liderem. Jednak pozostała idea oraz ludzie. Poczułam, że jestem już na tyle silna, że teraz ta odpowiedzialność już mi tak nie ciąży, a wręcz sprawia przyjemność, bo spełniam marzenia i robię coś nie tylko dla siebie, ale też dla innych. Dojrzałam również do decyzji, żeby otworzyć szkołę aktorską aktoRstudio.

Co będzie ją odróżniać od innych tego typu szkół?

Na pewno kadra i metody pracy. Nazywam to miejsce „elitarną szkołą aktorską”, bo uważam, że wykładowcy, jakich proponuję, są śmietanką polskiego filmu i teatru. Pracują ze mną m.in.: Małgorzata Buczkowska-Szrenkier, Lena Frankiewicz, Piotr Głowacki, Aleksandra Konieczna, Magdalena Kuta, Lech Łotocki, Marta Ścisłowicz, Kamila Salwerowicz, Wojtek Urbański, Adam Woronowicz czy Michał Żurawski. Moją inspiracją i odniesieniem jest Actors Studio Lee Strasberga oraz projekt Teren Warszawa, w którym sama kiedyś uczestniczyłam, dzięki czemu miałam styczność z innym, mniej konwencjonalnym myśleniem na temat mojego zawodu, takim bardziej amerykańskim. Metody, którymi chcę uczyć dochodzić do celu, są bezpieczne dla psychiki. Więcej dzieje się po prostu w wyobraźni aktora oraz w jego ciele niż na podstawie jego prawdziwych emocji, czerpanych z życia, bo nie wykorzystuje on swoich doświadczeń w skali jeden do jednego. Dzięki temu takie aktorstwo jest jednocześnie bardziej prawdziwe i lżejsze, zarówno dla widza, jak i dla aktora.

A dlaczego właściwie odchodzisz od stereotypów i konwencji? Co cię bolało?

Jako aktorka byłam przez reżyserów kierowana najczęściej do zadań ekstremalnych, więc musiałam jakoś w tym bezpiecznie funkcjonować jako człowiek. Nikt mnie tego nie uczył, sama wypracowałam swoje metody pracy z myślami i uczuciami. W moim zawodzie trzeba przekroczyć wiele granic, mało tego – zadać sobie pytanie, co to w ogóle znaczy granica, gdzie jestem ja sama, a gdzie już mnie w ogóle nie ma, co mnie boli tak, że dalej już nie mogę, czy wiem, kiedy przestać identyfikować się z rolą. Na początku byłam bardzo bezbronna, w szkole nazywano mnie nawet osobą bez skóry, bo wszystko miałam na wierzchu, rzucałam się na zadania aktorskie bez żadnej ochrony, bez świadomości konsekwencji. I wtedy zdarzało się, że postać, nad którą pracowałam, wchodziła we mnie tak głęboko, że nagle orientowałam się, iż robię coś, czego nigdy bym sama nie zrobiła. Że to nie jestem ja.

Przestraszyłam się tego stanu tak mocno, że postanowiłam go kontrolować. A po latach poznałam swoje mechanizmy obronne na tyle, że postaci już we mnie nie wchodzą, kiedy tego nie chcę. Wiem jednak, że w tym zawodzie standardowe podejście nadal jest takie, że ludzi wrażliwych raczej się wykorzystuje, niż się im pomaga, i w momencie kiedy taki ktoś nie jest już w stanie sobie z tym, co się dookoła dzieje, poradzić, po prostu się go odtrąca. A opinia publiczna? Kasuje go w trzy sekundy i nie ma drogi powrotu. Jest dokładnie tak jak w micie Marilyn Monroe.

Która została ofiarą show-biznesu…

Pozwoliła innym i sobie doprowadzić się do stanu jakiegoś letargu, w którym przez kilka lat już właściwie nie żyła, ale egzystowała w swoim nieszczęściu, aż do momentu samobójstwa czy też morderstwa – tego się pewnie nigdy nie dowiemy. Używano jej jak dzieła sztuki i symbolu we wszystkich możliwych sytuacjach. Tej pięknej bogini, tej utalentowanej i wrażliwej kobiety. Kochanej przez wszystkich i totalnie wyprutej przez show-biznes. A przede wszystkim niezwykle w tym wszystkim samotnej, bo prawda jest taka, że po spektaklu wracasz do domu sama i tylko od ciebie zależy, czy się upijesz, naćpasz, czy będziesz chodziła co tydzień do psychologa, miała romanse, niszczała na oczach kochającego tłumu. I to jest obraz Marilyn, która miała wszystko i nie miała nikogo. Dla mnie była zawsze taką czerwoną lampką.

Domyślam się więc, że w twojej szkole poza nauką aktorstwa można też zasięgnąć rady psychologa?

Stworzyłam coś, co zawsze było moim marzeniem – miejsce duchowego, artystycznego i fizycznego rozwoju jednostki. W WAMP-ie są przeróżne przedmioty ogólnorozwojowe, jak np. art coaching, czyli kreowanie swojej drogi zawodowej, nauka świadomych wyborów, których powinien dokonywać człowiek jako artysta. Bo myślę, że bycie artystą bez samodyscypliny, pozytywnego myślenia, nieustannego oczyszczania się z tego, co nas spotyka, jest niemożliwe – działamy przecież na otwartych nerwach. To bycie medium z jednej strony i połączenie tego z uniwersum sprawia, że czasem wychodzi z nas dobro, ale jeśli ktoś się nie oczyszcza – demony i lęki. Bywa, że kończy się to tragicznie, następuje powolna degradacja człowieka, traci rodzinę, przyjaciół, siebie. Dlatego formuła mojej szkoły jest według mnie pełna – ogarnia całość człowieka i artysty.

Ale takie kompilacyjne myślenie wprowadziłaś już, gdy wkraczałaś na rynek modowy.

Tak. Od razu weszłam z performancem i wyreżyserowałam film wraz z ludźmi, którzy mieli potencjał twórczy, czas, ochotę i odwagę. Teraz w szkole ma być podobnie. Na miejscu jest zresztą też mój butik z rzeczami, które do tej pory zaprojektowałam. Uważam, że żyjemy w takich czasach, że nie ma co się napinać na jakiś jeden styl życia i zawód, bo za chwilę okazuje się, że musimy się szybko przekwalifikować. W WAMP-ie umożliwiamy więc rozwój na wielu płaszczyznach, nie tylko dla aktorów i nie tylko dla ludzi młodych. W przeróżnych systemach: dziennym, wieczorowym, kilkumiesięcznym, indywidualnym. Jednak zawsze jest dość kameralnie. Szkoła mieści się na Saskiej Kępie, przy Genewskiej, na parterze kamienicy z ogrodem.

Właśnie zakończyliśmy pierwszą edycję warsztatów filmowych, które prowadzę z mężem. Powstanie serial internetowy, którego kolejne odcinki będziemy od marca regularnie odkrywać przed widzami, a po dwóch miesiącach namówimy ich do interakcji, po czym odbędzie się kolejna edycja warsztatów. Już w maju każdy może zagrać w naszym serialu, to duża atrakcja, jeśli ktoś marzy o karierze aktorskiej. Odbyły się już warsztaty dla aktorów z techniki Meisnera i art coachingu. Kolejne będą na temat ciała i metafory – w grupie rozwojowo-terapeutycznej. To dopiero początek. Będzie poezja, performance, rap, teledysk, warsztaty charakteryzatorskie, zajęcia ze stylizacji, fotografii…

Roma, skąd w tobie tyle siły, a przede wszystkim – spokoju?

Już chyba taka jestem, ale duża w tym zasługa rozwoju duchowego, który od kilku lat intensywnie przechodzę. Znalazłam przewodnika duchowego, osobę, która jest zarówno bioenergoterapeutą, jasnowidzem, jak i kimś, kto leczy karmicznie. Małgosia Krajewska pomogła nie tylko mnie, ale i wielu innym. Od lat prowadzi aktorów, reżyserów i wszelkie inne osoby. Jest uzdrowicielem i są dowody na to, że jest w stanie uleczyć każdą, nawet najbardziej skomplikowaną chorobę. Mam do niej kompletne zaufanie i wiem, że to ona pomogła mi wiele rzeczy wprowadzić w życie i doprowadzić do tego, że w taki, a nie inny sposób teraz myślę i funkcjonuję. To jej ogromna zasługa, ponieważ pokazała mi właściwy kierunek. A teraz już samodzielnie zaczynam takie poważne tematy drążyć.

Cała ty!

Właśnie, to jestem cała ja i moje marzenie, żeby duch i ciało rozwijały się w poczuciu absolutnej miłości, akceptacji i braku jakichkolwiek ograniczeń i stresu. Mam wrażenie, że to najważniejszy okres w moim życiu. Przyszedł ten moment, kiedy wychodzę do ludzi, bo wiem już, że mogę im dać coś rzeczywiście ważnego. I jestem przy tym zdystansowana. Wiem, że droga, którą przeszłam, doprowadziła mnie dokładnie w to miejsce, w którym teraz jestem, że każde doświadczenie, nawet bardzo bolesne, zostało już przeze mnie przepracowane. Nawet jeżeli zdarzały się w moim życiu sytuacje konfliktowe, w których zbyt emocjonalnie reagowałam, to nie mam już żalu do siebie i innych. Nic już nie jest dla mnie traumą. Mam w sobie totalną zgodę i ściągnęłam ten mój pancerz, który kiedyś, jako bardzo młoda osoba, nosiłam non stop, zaakceptowałam fakt, że moje dzieciństwo było trudne, że nie ufałam ludziom, że uciekałam z Bydgoszczy, bo mało kto mnie tam rozumiał, że moja mama nie żyje. To miało miejsce, ale kiedyś. Godzę się na to i wędruję dalej. A dziecko pojawiło się w idealnym momencie mojego życia. Bez ciśnienia, bez pośpiechu, bez zatracania siebie, w spokoju.

Roma Gąsiorowska, absolwentka krakowskiej PWST. Aktorka teatralna i filmowa. Za rolę w „Sali Samobójców” otrzymała Złotą Kaczkę. Za „Ki” – Złote Lwy. Założycielka WAMP (What a Mystique Place), ośrodka rozwoju artystyczno-duchowego oraz szkoły aktorskiej – aktoRstudio w Warszawie. Żona aktora Michała Żurawskiego, z którym ma rocznego synka

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Grzegorz Damięcki - aktor "Belfra" i "Watahy" prywatnie

Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Musiałem poczekać na swój czas. Bo kamera jest bezlitosna, prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, twarzach, które nic nie przeszły, a zatrzymuje się na tych, które już coś w życiu widziały – mówi Grzegorz Damięcki. 

Powiedział pan, że bardzo lubi moment, kiedy może wcielić się w rolę kogoś, kim prywatnie nie chciałby pan być. Czy w przypadku prokuratora Kopińskiego, głównego bohatera serialu „W głębi lasu”, też tak było?
Oj, tak! Nie chciałbym przeżywać problemów i dylematów mojego bohatera, kogoś, kto mierzy się ze stratą siostry i czuje się odpowiedzialny za jej śmierć. To, co wydarzyło się w pewnym lesie w jego młodości, nie daje mu spokoju przez całe dorosłe życie. Wciąż próbuje rozwikłać zagadkę sprzed lat i zyskać choćby namiastkę równowagi i spokoju. Wyobrażam sobie, że to musi być straszny ciężar, ale wejście w jego skórę było fascynujące. Zresztą im dłużej uprawiam ten zawód, tym częściej myślę, że jego główną zaletą jest możliwość sprawdzania, co ja bym zrobił w takiej sytuacji. Jeśli ta sytuacja jest skrajna, to podwójnie ciekawe. Uważam, że człowiek z natury nie jest zaprogramowany na bohaterstwo. Więc wcielając się w jakiegoś herosa, przenoszę się do czasów dzieciństwa. Bo w piaskownicy mogłem być, kimkolwiek chciałem.

Czyli zawód aktora daje panu możliwość powiedzenia „sprawdzam” samemu sobie.
Kiedy ma się do czynienia z postacią kontrowersyjną, z jakichś względów głoszącą kontrowersyjne tezy, trzeba postarać się bardziej. Paradoksalnie widz musi ją polubić. Trzeba go omotać. Dać postaci krwiobieg. To się da zrobić (przynajmniej ja tak mam) tylko wtedy, kiedy naprawdę się z tym człowiekiem utożsamię, przepuszczę jego myślenie przez siebie, przez swoją wrażliwość. Wtedy może powstać ktoś, kto do widza przemówi. Trzeba solidnie „użyć” całego siebie, fizycznie i emocjonalnie.

A czy zdarzyło się, że za którymś razem, mówiąc sobie rolą „sprawdzam”, zaskoczył pan siebie, bo czegoś się pan po sobie nie spodziewał?
Długo grywałem bohaterów tylko pozytywnych, romantycznych lekkoduchów. Ale wersja „romantyk” niczego niespodziewanego we mnie nie wyzwoliła. Kiedy z czasem pojawiły się inne propozycje, jak na przykład: „Belfer”, „Szóstka” czy „Nielegalni”, patrzyłem już na świat i zawód z innej perspektywy. Z zaskoczeniem odkryłem w sobie pokłady zła i agresji. Byłem zszokowany tym, do czego się dogrzebałem. Nawet się tego trochę przestraszyłem. Przenoszenie mroków Grzegorza Molendy [bohatera serialu „Belfer”] utrudniało mi funkcjonowanie w domu. Musiałem nauczyć się czegoś zupełnie nowego – porzucać swojego bohatera przed progiem mieszkania…

A jak się pan siebie przestraszył, to co pan dalej z tym nowym sobą zrobił?
Poświęciłem trochę czasu, żeby zrozumieć, co się dzieje. A niełatwo się sobie przyglądać. Nie należę do ludzi patrzących w lustrzane odbicie z zachwytem. Raczej ciągle siebie sabotuję wątpliwościami. I w zasadzie wszystko toczy się w mojej głowie. Przy całym swoim zamknięciu, milczeniu i nieśmiałości jestem dobrym słuchaczem. Z wiekiem coraz lepszym. Widzę też coraz więcej dobrego, ale i złego, w innych i w sobie.

Chyba jest w panu coś z malkontenta...
Czy ja wiem? Mimo wszystko wciąż wierzę w człowieka. Teraz też ufam, że po tym dziwnym czasie będziemy lepsi. Nauczyłem się również składać sobie życie z drobiazgów. Zwykle przepuszczamy je, bagatelizujemy. Czekamy na spektakularne wydarzenia, które na ogół nie następują. Jestem taką mieszanką wierzącego i niedowiarka.

Co pana nauczyło, że nie warto czekać w życiu na fajerwerki?
Długo żyłem pod kloszem. W PWST słyszałem, że czeka mnie błyskawiczna kariera… Nic takiego nie nastąpiło. Chyba długo dojrzewałem. To dojrzewanie przyspieszyło, kiedy zaczęli odchodzić ważni dla mnie ludzie. Osoby drogowskazy. Wcześniej mogłem do nich uciec, ukryć się za ich plecami. Dojrzewanie w moim przypadku to także wszystkie źle odbyte lub niedokończone rozmowy, błędne wybory. To mnie ukształtowało. I odłożyło się na mojej twarzy. Po nieprzespanych nocach, schrypnięty i wściekły przystąpiłem kiedyś do próbnych zdjęć. Nie powiem, że było mi wszystko jedno, ale zwyczajnie nie miałem siły i wiary w sukces. A jednak dostałem tę rolę. Uprawiam zawód pełen paradoksów. Im dłużej zaklinałem telefon, tym uporczywiej milczał. Kiedy odpuściłem, zaczął dzwonić. Kamera zwykle prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, a sprzyja tym, które coś przeżyły, bo one potrafią więcej opowiedzieć.

Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor) Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor)

Nie tylko młodość ma sens...
W teatrze bez starości młodość pozbawiona jest amunicji. W filmie jest tak samo. Producenci to zrozumieli, bo do polskich ambitnych seriali zaprosili ludzi teatru, filmowców i pisarzy. A ci przynieśli ze sobą nowe spojrzenie, postawili na psychologię postaci, na pracę koncepcyjną, na dialog międzypokoleniowy. Udowodnili, że aktor musi mieć czas. Że nie można stawiać na pośpiech i że mają ambitny, artystyczny cel. Ja się w tym świecie odnalazłem. Bardzo pomogło mi doświadczenie pracy w teatrze, pracy ze starszymi aktorami.

Słychać i czuć, że bardzo lubi pan swoją pracę, ale jednocześnie mówi pan, że nie jest do tego zawodu przyspawany, że wyobraża sobie życie poza aktorstwem.
Nie wyobrażam sobie trwania w zawodzie tylko dla pieniędzy. Zawsze tak było. Jestem artystą. Lepszym, gorszym, ale ciągle artystą. Dopóki będę w sobie czuł głód sztuki, dopóty będę miał poczucie, że robię coś wartościowego. Ale jeśli stwierdzę, że przestałem kochać ten zawód albo on przestał kochać mnie, pójdę sobie.

Dokąd?
Mógłbym być stolarzem. Imponuje mi humanizm tego zawodu. Pracy w stolarni towarzyszy głęboka filozofia. Jest cała masa sposobów na przechowywanie i łączenie drewna. To daje dużo czasu na refleksję i wbrew pozorom wcale nie działa się w hałasie. Sporo ciszy i koncepcyjnego myślenia. Może za 50 lat ktoś powie na przykład: „Jakie mądre krzesło, jaki sprytny taboret”.

Ma pan już jakiś sprytny taboret na swoim koncie?
Z kilku przedmiotów mogę być chyba dumny.

Muzyka jest też bliską panu dziedziną.
Od czasów licealnych zbieram winyle. Stare amerykańskie płyty cudownie pachną skwaśniałą tekturą i ten boski trzeszczący dźwięk. Krążę po małym antykwariacie, włączam Milesa Davisa i patrzę, jak młodzież go odkrywa. Genialne. Taki świat kojarzy mi się ze spokojem i umiarem.

A no właśnie — umiar. Umiaru uczył pana sam mistrz Gustaw Holoubek.
Po szkole teatralnej robiłem w Ateneum zastępstwo, maleńki epizod, jedno zdanie. Przygotowywałem się intensywnie, bo bardzo chciałem zaistnieć. Wyszedłem na scenę i wykonałem coś w stylu „bitwa pod Grunwaldem Matejki”. Po spektaklu wezwał mnie do siebie mistrz Holoubek i powiedział „Synu, zlituj się, na rany Chrystusa”. Zapamiętałem te słowa na całe życie. Pamiętam także o sile kropki, o której mówił pan Gustaw.

Grzegorz Damięcki, aktor filmowy i teatralny. Od 1991 r. gra w warszawskim teatrze Ateneum. Pochodzi z wielopokoleniowej rodziny aktorskiej. Znany m.in. z seriali: „Belfer”, „Szóstka”, „Wataha” czy „Nielegalni”. Właśnie zagrał główną rolę w serialu „W głębi lasu”.

 

  1. Kultura

Richard Gere o jubileuszu "Pretty Woman", medytacji i spotkaniu z Dalajlamą

Richard Gere (fot. East News)
Richard Gere (fot. East News)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W serialu „MotherFatherSon” gra toksycznego rodzica. Prywatnie w kwietniu w wieku 71 lat znów został ojcem i zapewnia, że nie zamierza ingerować w życiowe wybory swoich dzieci. Nam Richard Gere mówi o sile, którą daje mu medytacja zen, o spotkaniach z Dalajlamą, ale też o... jubileuszu „Pretty Woman”. 

W dwóch słowach. Jak byś sam się określił?
Irytujący marzyciel...

Czyli kto?
Facet, który w kinie wciąż szuka czegoś więcej niż jedynie kasowych produkcji. Wierzy w magię filmów, które mogą poruszać, skłaniać do refleksji, ale również wywoływać dyskusję i wpływać na myślenie ludzi, przygotowywać grunt pod zmiany społeczne, dając przykład tego, że jeden człowiek naprawdę może zrobić coś sensownego dla innych.

Zacznijmy więc od magii kina. Mija 30 lat od premiery najsłynniejszej komedii romantycznej wszech czasów "Pretty Woman". Podobno Julia Roberts musiała cię namawiać, byś w tym filmie zagrał. Dlaczego?
Obawiałem się, że już na dobre zostanę zaszufladkowany jako etatowy amant, a wielbicielki nie dadzą mi spokoju. Po „Amerykańskim żigolaku”, w którym wcieliłem się w faceta do towarzystwa, taka opcja, mimo że grywałem już wtedy różne postaci – była bardzo prawdopodobna. Nigdy nie czułem się żadnym symbolem seksu, ale w wywiadach przypinano mi taką etykietkę. Moja żona Alejandra też tego nie rozumie, mówi, że wyglądam tak samo jak faceci, których mija na ulicy... (śmiech!) Poza tym ten film nie wydawał mi się wtedy ważny, nikt nie miał wobec niego wielkich oczekiwań. Pierwotny scenariusz był raczej depresyjny: opowiadał o osobach z dwóch różnych, ale równie okropnych światów. Zamiast happy endu było rozstanie w ciemnej uliczce po wypełnieniu umowy. Brrr! Dopiero gdy scenariusz przejął Disney, historia nabrała znanego dziś bajkowego charakteru. Stała się współczesną wersją Kopciuszka. Ostatecznie zgodziłem się w tym zagrać, bo to chwytający za serce film o nadziei, o tym, że zwycięża miłość, a kasa nie daje szczęścia. To także historia o potrzebie akceptacji i o tym, że można zmienić swoje życie.

A nie przeszkadzało ci, że "Pretty Woman" to opowieść o uprzedmiotowieniu kobiety, o kupieniu jej przez bogatego mężczyznę? Sama Julia Roberts twierdzi, że dziś, w dobie ruchu #MeToo taki film o męskiej dominacji już by nie powstał.  Zapewne tak. Chociaż sądzę, że postać Vivian można interpretować wielorako. Owszem, nie jest kobietą niezależną w sensie materialnym i wybiera wygodne życie u boku bogatego mężczyzny, którego darzy jednak uczuciem. Z drugiej strony jest bohaterką, która osiąga swoje cele, a o to przecież chodziło w emancypacji, by kobieta miała wybór. Vivian robi ze swoją seksualnością to, co chce. Wkracza dzięki temu do innego świata, ale nie jest w nim tylko dekoracją. Bierze z niego to, co dla niej najlepsze. Wybiera ostatecznie miłość, ale nie jest nigdzie powiedziane, że to wyklucza dalszy jej rozwój, inwestowanie w naukę, w siebie. Rozmawiałem o tym z Garym Marshalem, reżyserem filmu, który, niestety, niedawno odszedł, i myślę, że ta historia nie jest wcale taka oczywista.

Kadr z filmu 'Pretty Woman' (fot. BEW PHOTO) Kadr z filmu "Pretty Woman" (fot. BEW PHOTO)

Kiedyś jednak byłeś innego zdania. Czy ta zmiana myślenia ma jakiś związek z buddyzmem zen, którego jesteś wyznawcą i praktykiem?
Chyba coś w tym jest. Rzeczywiście stałem się człowiekiem bardziej świadomym siebie i świata. Zen zakłada odrzucenie różnych uprzedzeń, które towarzyszą nam na co dzień i wpływają na to, w jaki sposób odbieramy rzeczywistość. One po prostu nas ograniczają. Zen podkreśla rolę powrotu do „tu i teraz”. Dlatego nie zagłębiam się w przeszłość ani nie analizuję różnych wersji przyszłości. Skupiam się za to na teraźniejszości i czerpaniu radości ze zdarzeń, które dzieją się w dokładnie tej chwili. Chcąc żyć zgodnie z założeniami zen, kiedy jesz, powinieneś tylko jeść, a nie rozmyślać w tym czasie o tym, co stało się w pracy, czy o tym, co masz zrobić po obiedzie. Gdy zaś idziesz na spacer do lasu, powinieneś zwracać uwagę na przykład na korony drzew, a nie zajmować się pisaniem wiadomości w komórce. Zen odrzuca również tworzenie granic pomiędzy samym sobą a światem zewnętrznym. Chodzi o uzyskanie poczucia jedności z całym wszechświatem i wszystkimi jego elementami. A prowadząca do tego medytacja to rodzaj oczyszczenia umysłu, przyzwolenia na niekontrolowany przepływ myśli, rodzaj relaksu, odstresowania.

No dobrze, a tak konkretnie jak to się przekłada na twoje życie?
Znalazłem spokój, przestałem się szarpać sam ze sobą, zaakceptowałem siebie. Nie gonię za rolami, pieniędzmi, tak zwaną karierą, całym tym celebryckim blichtrem, imprezami, kobietami. Kiedyś czytałem, co o mnie piszą w mediach, i mocno to przeżywałem, porównywałem się z innymi aktorami. Chciałem się wybić, zaistnieć. Dziś już tego nie robię, nie muszę, nie potrzebuję. Żyję wygodnie, ale bez luksusów. Nie potrzebuję drogich, podkreślających status gadżetów. Ani zainteresowania paparazzich. Lubię pobyć sam, w ciszy. Mogę też żyć dłuższy czas bez pracy na planie i nie jest to dla mnie jakąś tragedią. Życie jest ważniejsze od kina! Ciekawsze, prawdziwsze. Ważniejsza od filmów jest moja rodzina, ważniejsze jest praktykowanie zen, ważniejsze są misje humanitarne, w których biorę udział. To nie znaczy, że już nie podoba mi się zawód aktora. Wykonuję go z pokorą, bez nadawania mu zbyt wielkiego znaczenia. Właściwie to jestem zaskoczony, że moja kariera trwa tak długo. Nigdy nie była przemyślana, niczego nie kalkulowałem. Jestem farciarzem, bo udało mi się pracować ze znakomitymi reżyserami, aktorami i scenarzystami.

Życiowy minimalizm i ograniczenia, które propaguje buddyzm, nijak się mają do stylu życia w Hollywood. Nie czułeś rozdwojenia? 
Medytować i włączać świadomość można wszędzie. I w Hollywood, i na pustyni. Na pewno jeśli chodzi o drobne, praktyczne strony życia, to jest to pewien problem. Takie na przykład komary...

Słucham?
Komary – czasem nieźle potrafią człowiekowi dokuczyć. Buddyzm naucza szacunku dla każdej formy życia. Tak więc nie powinniśmy komarów zabijać. Staram się oczywiście tego przestrzegać, ale nie jestem też masochistą. (śmiech!) Jakiś dziennikarz zarzucił mi kiedyś, że nie żyję w ubóstwie i mam dochodową restaurację, chociaż sam jestem wegetarianinem. Ale przecież to nie stan posiadania jest najważniejszy, tylko cel, na który wydajemy nasze uczciwie zapracowane pieniądze, i sposób, w jaki żyjemy. Założyłem fundację „The Gere Foundation”, która walczy o wyzwolenie Tybetu spod chińskiej okupacji, ale zajmuje się także międzynarodowymi misjami humanitarnymi. Podczas kryzysu w Kosowie w 1999 roku odwiedziłem uciekinierów w Macedonii, w ubiegłym roku wsparłem organizację charytatywną „Open Arms”, która uratowała przeszło 170 imigrantów na Morzu Śródziemnym. Angażuję się także w działalność organizacji „Survival International”, wspierającej ginące plemiona Ameryki i Afryki w walce o ich prawo do zachowania odrębnej kultury. Dzięki temu mam poczucie, że robię coś wartościowego. Ale i dzięki kinu mogę robić coś dobrego dla innych. Na przykład zgodziłem się zagrać bezdomnego w filmie „Poza czasem” po to, by zapewnić praktyczną pomoc osobom w takim samym położeniu, w jakim znalazł się mój bohater. W rozmowach z brytyjskim dystrybutorem powiedziałem, że zależy mi, aby ten film pomógł lokalnym grupom bezdomnych. Kiedy go kręciliśmy, bardzo głęboko odczułem, jak to jest żyć na marginesie społeczeństwa, jak to jest być niewidocznym dla innych. Bezdomność może spotkać każdego. Dlatego trzeba troszczyć się o drugiego człowieka, patrzeć sobie w oczy, słuchać i być wysłuchanym. Bardzo szanuję papieża Franciszka za jego działania na rzecz ubogich. Podobnie jak Dalajlama ma serce pełne współczucia i nie wyróżnia siebie na tle reszty świata.

Podobno dobrze znasz Dalajlamę. Nie zdziwił się, czego hollywoodzki aktor szuka u niego?
On wie, że ludzie przyjeżdżają do niego po to, by pomógł im uwolnić swoją świadomość od cierpienia. Jego Świątobliwość zaskoczony był jedynie tym, że jako aktor, który chce uwiarygodnić swoich bohaterów w złości czy smutku, muszę najpierw jako osoba prywatna uwierzyć w ten smutek czy gniew. Nie zapomnę momentu, gdy mu o tym powiedziałem. Długo i przenikliwie patrzył mi w oczy, po czym wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Dopiero później zrozumiałem, że kiedy gram w filmie, który odnosi się do jakiegoś fragmentu rzeczywistości, to tak naprawdę jest ona niczym innym, jak funkcją mojego własnego umysłu. Na jednym z seminariów z Dalajlamą omawialiśmy sytuację, kiedy postrzegamy dane zdarzenie w sposób czysty, czyli bez jakichkolwiek projekcji czy udziału pamięci. To jest bardzo krótki moment skupienia na chwili, który powinniśmy w sobie trenować i rozwijać. Kiedy do akcji wkracza mózg, zaczyna wszystko oceniać w granicach tego, co jest mu już znane.

Ostatnio często grywasz ojców. W "Kolacji", którą widziałam w Berlinie, oraz w serialu BCC First "MotherFatherSon" nie najlepiej radzisz sobie jednak z rodzicielstwem. W tym ostatnim grasz bohatera, którego wyśrubowane oczekiwania wobec syna, wrażliwego chłopaka o skłonnościach autodestrukcyjnych, doprowadzają do dramatu. Ciekawi mnie, jakim ty sam jesteś ojcem. Masz już 20-letnia syna Homera, a ostatnio znów zostałeś szczęśliwym tatą.
Jestem późnym ojcem. Homer przyszedł na świat, gdy skończyłem 50 lat. Z moją ówczesną żoną nazwaliśmy go Homer James Jigme, co po tybetańsku oznacza „nieustraszony”. To jednak ja sam siebie powinienem tak nazwać, bo nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka. Teraz znów doświadczam stanu bycia ojcem dla mojego 2-letniego synka Aleksandra i właśnie narodzonego drugiego maleństwa. No i razem z Alejandrą wychowujemy także jej 7-letniego synka z poprzedniego związku.

Kadr z serialu 'MotherFatherSon' (fot. materiały prasowe) Kadr z serialu "MotherFatherSon" (fot. materiały prasowe)

Masz jakieś plany wobec swoich synów?
Między Homerem, który ma dziś 20 lat i jest dorosły, a moimi młodszymi chłopcami, jest 18 i 20 lat różnicy. Prawie całe pokolenie. Kiedy Homer się urodził, byłem młodszy i bardziej skupiony na pracy. Poświęcałem mu więc mniej czasu. I bardzo tego żałuję. Wiem, że już tego błędu nie popełnię. Na pewno też nie popadnę w nadopiekuńczość. Chcę być blisko nich, zwłaszcza teraz, kiedy są mali, i pomagać mojej żonie Alejandrze w ich wychowywaniu. Wiem, że przyjdzie czas, kiedy wyfruną z gniazda, a wcześniej zmierzą się z okresem buntu, kwestionowania różnych autorytetów, z moim włącznie. Jestem na to przygotowany. Na pewno nie będę im niczego narzucać, bo nie uważam, że wychowujemy dzieci dla siebie, a dla świata. Będziemy się z żoną starali wyposażyć ich w jakiś system wartości, który jest nam bliski, ale wskazać także alternatywy. To, co z tego zaakceptują i przejmą, będzie już zależało od nich. Chciałbym tylko, by czuli, że mogą na nas liczyć w każdej sytuacji, także wtedy gdy postawią na inne wartości. Cieszyłbym się, gdyby wyrośli na ludzi tolerancyjnych, otwartych na innych i żyjących w zgodzie z naturą. Reszta: rodzaj szkół, wybór zawodu, partnera, wykształcenie – to już ich sprawa i ich życie. Nie wymagam, by byli tak jak ja aktorami, buddystami ani aktywistami jak moja żona Alejandra. To tylko jedna z alternatyw, jeden z wielu pomysłów na życie. Ich mogą być zupełnie inne i uszanuję je.

Nowe małżeństwo sprawiło, że stałeś się bardzo rodzinnym człowiekiem...
Tak, znalazłem spokój u boku Alejandry, ale wybacz, nie będę o tym opowiadał. Chcę, by nasze życie prywatne było prywatne. Myślę, że moje wcześniejsze związki nie przetrwały także dlatego, że nie potrafiłem oddzielać spraw osobistych od tego, co pojawiało się w mediach. Życie na świeczniku zniszczyło, niestety, wiele całkiem dobrze rokujących relacji.

Twoje dzieci zapewne pochłaniają cię bez reszty. Do tego potrzebna jest dobra forma. Jak udaje ci się ją utrzymać?
Uwielbiam się starzeć. Mój tata ma 95 lat i wciąż bardzo sprawny umysł. Fizycznie jest trochę wolniejszy, ale wciąż się porusza samodzielnie. Dążę do tego rodzaju długowieczności. Czuję, że wciąż, mimo siedemdziesiątki na karku, mam niezłą kondycję umysłową i fizyczną. Do tego jestem wegetarianinem. No i moi synowie nieustannie dodają mi energii.

Masz jeszcze czas i warunki, żeby medytować?
Każdy oddech otwiera nową możliwość. Tak, medytuję codziennie i tobie też to polecam. Ciągłość codziennej praktyki jest czymś, czego bardzo potrzebuję. Stało się to moim nawykiem. Jest to praktyka cierpliwości i pełnego kontaktu ze swoim umysłem. Większość z nas nie doświadcza tego stanu. Żyjemy dość powierzchownie. A ja nie chcę, by moje życie przeciekało mi przez palce. Czuję, że mam jeszcze sporo przed sobą...

  1. Kultura

Helen Mirren - spełniona jako aktorka i żona

Helen Mirren (fot. Forum)
Helen Mirren (fot. Forum)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Grywa najczęściej królowe i zołzy. Zawsze jednak stara się pokazać ich bezbronność. Niedawno na Festiwalu Filmowym w Berlinie otrzymała honorowego Złotego Niedźwiedzia za całokształt twórczości. Jednak zapytana o największe życiowe osiągnięcie Helen Mirren odpowiada, że szczególnie wdzięczna jest losowi za szczęśliwe małżeństwo.

Podobno jest pani introwertyczką.
Tak naprawdę mam dwoistą naturę, choć rzeczywiście bliżej mi do introwertyczki. Lubię wchodzić w siebie, ale także zanurzać się w psychikę moich bohaterek. Przy czym nie mam problemów z ekspresją emocji, które w nich odkryję. W życiu prywatnym jestem osobą kontaktową, nie zamykam się w sobie. W moim przypadku ta dwoistość być może ma związek z pochodzeniem. Jestem pół Rosjanką i pół Angielką. Wywodzę się z arystokratycznej rodziny, która w trakcie rewolucji październikowej przebywała w Anglii i gdzie pozostała w obawie o własne życie. Moje prawdziwe imię i nazwisko to Jelena Wasilijewna Mironowa. Mój ojciec, Wasilij Piotrowicz Mironow był Rosjaninem, a mama Brytyjką. Kiedy miałam siedem lat, tata zdecydował się zmienić nazwisko na Mirren, bo chciał się zasymilować. Uważał, że bycie imigrantem nam nie pomoże, że tylko asymilacja zapewni poczucie bezpieczeństwa.

To musiało być ciekawe dzieciństwo: pani matka pochodziła z klasy robotniczej, a ojciec wywodził się ze świata rosyjskiej dyplomacji.
Rodzina mojej mamy pochodziła z East Endu, ona urodziła się w West Hamie. Z kolei moja prababka ze strony ojca była hrabiną, ale już dziadek ze strony ojca trudnił się kupiectwem. Mój ojciec, kiedy przyjechał do Anglii, miał 16 lat i najpierw, żeby się utrzymać, pracował na East Endzie jako krawiec. Był nawet uczestnikiem zamieszek dokerów na Cable Street.

Sądzi pani, że mieszane pochodzenie klasowe i etniczne wpłynęło na pani zdolność do odgrywania ról w całym spektrum uwarunkowań społecznych?
Nie wiem, ale być może coś w tym jest. Trudno przykleić do mnie jakąś etykietkę. Ludzie, którzy pochodzą z ekonomicznie i klasowo różnych środowisk, faktycznie mają w sobie duże pokłady dowcipu, humoru, wrażliwości, a jednocześnie pewien rodzaj twardości, odporności, a te cechy w zawodzie aktora są bardzo pożądane.

Katarzyna Wielka w wydaniu Helen Mirren w serialu HBO (fot. BEW PHOTO) Katarzyna Wielka w wydaniu Helen Mirren w serialu HBO (fot. BEW PHOTO)

Podobno jako młoda aktorka była pani bardzo niepokorna, chciała pani mieć wpływ na swoje postaci, mimo, że nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem.
Tak. W młodości byłam bezkompromisowa. Kiedy Barrie Keeffe napisał wspaniały scenariusz do filmu „Długi Wielki Piątek”, a mnie zaangażowano do roli Victorii, zwróciłam uwagę na to, że choć wszystkie postaci były świetnie napisane, nie dotyczyło to mojej bohaterki. Victoria jako dziewczyna gangstera wydawała mi się nudna i bezbarwna, była tylko pięknym dodatkiem. Rozmawiałam o tym z reżyserem Johnem Mackenzie. Miałam swój pomysł na Victorię: nie chciałam, by pochodziła z klasy pracującej, ale by była dziewczyną z wyższych warstw społecznych. Bo wtedy ten kontrast między nią a gangsterem stawał się większy – jej postać zyskiwała zupełnie inny wymiar. Niestety w scenariuszu nic nie zostało zmienione, byłam więc wkurzona. Na szczęście dzięki wyrozumiałości Boba Hoskinsa, który był moim ekranowym partnerem, dotarło do mnie ostatecznie, że walka o przeforsowanie swojej wizji nie wyklucza kompromisu... (śmiech)

Kiedy myślę o pani rolach, kobiet silnych, pewnych siebie, wyrazistych, odważnych - zastanawiam się, czy prywatnie Helen Mirren jest do nich podobna.
No właśnie! Na ogół dostaję role kobiet zołzowatych... (śmiech) Nie rozumiem, dlaczego, bo na co dzień jestem bardzo uprzejmą, łagodną i miłą kobietą. Myślę, że tym, co przyciąga widzów do moich bohaterek, nie jest ich zołzowatość, ale bezbronność, zagubienie, słabość. Ta zołzowatość to przecież tylko zewnętrzność, maska, kamuflaż. Ja zawsze robię śledztwo, szukam właśnie tej bezbronności moich postaci. Ich siła, władza nie jest tak ciekawa jak ich słabości, jak to, co w nich głęboko ukryte przed światem.

Które ze swoich filmowych bohaterek lubi pani najbardziej?
Uwielbiałam pracować nad filmową adaptacją „Burzy” Julie Taymor. Oczywiście kręcenie Szekspira w wersji filmowej było bardzo trudne, ale sama rola była niesamowicie interesująca. Kocham takie wyzwania. Julie znacząco zmodyfikowała oryginalny tekst. Książę Mediolanu Prospero jest tutaj kobietą, księżniczką Prosperą, czyli moją bohaterką. Ta zmiana pociągnęła za sobą dalsze konsekwencje. O ile w większości dotychczasowych adaptacji „Burza” była opowieścią o bezkompromisowej walce o władzę, to nasza realizacja koncentrowała się na temacie walki płci. Z ról telewizyjnych najbardziej lubię policjantkę Jane Tennison z serialu „Główny podejrzany” według scenariusza Lyndy La Plante.

Helen Mirren jako detektyw Jane Tennison w wielokrotnie nagradzanym serialu telewizyjnym 'Główny podejrzany' (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren jako detektyw Jane Tennison w wielokrotnie nagradzanym serialu telewizyjnym "Główny podejrzany" (fot. BEW PHOTO)

Dlaczego?
Jane nie jest ani podręcznikową feministką, ani dziewczęcą dziewczyną. Jest ambitną, niecierpliwą kobietą i pod wieloma względami zachowuje się jak mężczyzna. Ale nie jest to silna, jednorodna osobowość. Zaintrygowała mnie jej słabość w niektórych obszarach i podatność na ataki, skupiłam się na jej ambicjach, obsesjach, wadach. Rozpoznałam ją w sobie. Prywatnie wiele mnie z nią łączy. Nie przygotowywałam się do tej roli w jakiś szczególny sposób. Po prostu przychodziłam na plan i wszystko się zaczynało. Miałam wielkie szczęście, że mi ją wtedy zaproponowano. Takich bohaterek nie było w tamtych czasach ani w kinie, ani w telewizji. To była bardzo odważna decyzja producentów. W dodatku powierzyli najważniejszą rolę 45-letniej kobiecie. Pamiętam, że któregoś dnia Lynda przyjechała na plan i udzieliła mi cennej rady. Chodziło o to, bym przestała się uśmiechać, bo Jane nie chciała się integrować z otoczeniem. Tymczasem kobiety tak mają, że ciągle się uśmiechają, bo chcą być miłe i dobrze postrzegane przez zespół.

Dzięki tej roli stała się pani aktorką filmową?
Moje zawodowe wybory napędzane są wyłącznie dążeniem do robienia rzeczy, których nie robiłam wcześniej, a które uznaję za interesujące. Detektyw Jane Tennison była świetnie napisaną postacią. Wiedziałam, że mogą nam skasować serial po kilku odcinkach, jeśli wyniki będą słabe. Były rewelacyjne, a przecież kiedy trafiłam na plan, nie miałam pojęcia, co robić i jak ustawić się do kamery, bo wcześniej całe lata grałam tylko i wyłącznie w teatrze.

Dla mnie genialna była także pani kreacja Georginy Spica w filmie Petera Greenawaya...
Niedawno ponownie obejrzałam „Kucharza, złodzieja, jego żonę i jej kochanka” i jeszcze bardziej mi się ten film spodobał. To historia nadużyć, przemocy, ale także wyzwolenia i samostanowienia. Z jednej strony moja Georgina jest kobietą, która mści się za okrucieństwo ze strony męża, z drugiej przemawia przez nią jej seksualność. To właśnie kochałam w tej postaci. I ludzie też ją pokochali. Po premierze przez jakiś czas mogłam dostać dowolny stolik w dowolnej restauracji w Anglii. Cieszyłam się też z tego, że znów mogę pracować z Alanem Howardem, cudownym aktorem szekspirowskim. Wcześniej razem zagraliśmy w „Hamlecie”: on Hamleta, ja Ofelię. Chociaż w filmie Greenawaya Alan nic nie mówił, świetnie się wyczuwaliśmy. Kręciliśmy sceny seksu na całkowicie zaciemnionym planie, nie było widać ekipy. Towarzyszyła nam ciemna kotara i malutka dziurka na obiektyw kamery, która nas filmowała, a więc sytuacja była względnie prywatna i bardzo dla nas komfortowa.

Sceny seksu nigdy pani nie krępowały?
Ważne, by mieć bliską więź z reżyserem lub choreografem. Mój mąż, Taylor Hackford jest reżyserem i nakręcił najpiękniejszą scenę seksu, jaką widziałam w kinie: z Richardem Gere'em i Debrą Winger w filmie „Oficer i dżentelmen”. Oczywiście niekomfortowo być jedyną rozebraną osobą na planie pełnym ubranych facetów, ale jeśli ufasz reżyserowi i wiesz, po co jest ta scena, czemu ma służyć nagość – traktujesz to jako część zadania, pracy, a wtedy wstyd znika.

Helen Mirren z mężem, Taylorem Hackfordem (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren z mężem, Taylorem Hackfordem (fot. BEW PHOTO)

Pani oscarowa "Królowa" w reżyserii Stephena Frearsa to kreacja, której nie każda aktorka by się podjęła.
Brytyjczycy mają bardzo szczególny stosunek do rodziny królewskiej. Kochają ją, a jednocześnie krytykują. Wiedziałam więc, że muszę być bardzo ostrożna w wypowiedziach na temat mojej bohaterki. Kiedy zaczęłam się przygotowywać do tej roli, nie wiedziałam, od czego zacząć. Nie wiedziałam, jak Elżbietę II „ugryźć”, bo miałam do dyspozycji jedynie okropny dokument, ilustrujący, jak je śniadanie, albo sensacyjne doniesienia tabloidów. Szukałam więc jakichś innych inspiracji. W tym samym roku zagrałam Elżbietę I. Wiele czasu spędziłam, studiując jej portrety – chciałam poczuć, jak ją widzieli współcześni jej malarze. Pomyślałam, że i tym razem do tego wrócę. O ile Elżbieta I na obrazach była bardzo sztywna, sztuczna i majestatyczna, to Elżbieta II była kompletnym jej przeciwieństwem. Na portretach widać bardzo swobodną młodą kobietę, która pozwalała artystom, ale i fotografom robić, co chcą. To mnie ośmieliło. Poczułam się jak jeden z artystów, który stwarza portret monarchini swoimi aktorskimi metodami. Pokazuję, jak ja ją widzę. Dałam więc tej postaci moje jej rozumienie. To mnie wyzwoliło z lęku, przyniosło mi swobodę, pozwoliło uchwycić człowieka, jakąś prawdę pod tym dworskim ceremoniałem.

Królowa Elżbieta II nie mogła wymarzyć sobie lepszej odtwórczyni tej roli (fot. East News) Królowa Elżbieta II nie mogła wymarzyć sobie lepszej odtwórczyni tej roli (fot. East News)

Powiedziała pani kiedyś, że najgorsze, co aktor może zrobić, to spojrzeć w lustro. Co miała pani na myśli?
Aktorstwo musi pochodzić z wewnątrz. Oczywiście są elementy, które pochodzą z zewnątrz: kostium, makijaż, fryzura i inne rzeczy. Wszystko to jest niezwykle ważne, ale najważniejszym elementem spektaklu czy filmu jest to, co bierze się ze środka. Kiedy patrzysz w lustro i pytasz się, czy to, jak wyglądasz, robi odpowiednie wrażenie – popełniasz wielki błąd. Bo wtedy zabijasz w sobie spontaniczność, stajesz się drewnianą kukiełką. W działaniu musi być pewien element braku kontroli. Wydaje mi się, że gdy aktorzy starzeją się i mniej mogą polegać już na swoim młodzieńczym pięknie, mają wreszcie okazję zagrać postać w głębszy sposób. Tak spróbowałam to zrobić właśnie w „Królowej” i w „Głównym podejrzanym”.

Czy starzenie się ma swoje dobre strony?
O tak! Uwolnienie się od konieczności bycia wystarczająco ładną i wystarczająco młodą było dla mnie niczym wyzwolenie. Myślę, że dziś to się zmieniło, ale kiedy zaczynałam karierę, nagminnie obserwowałam, jak aktorki, szczerze mówiąc, nie tak dobre jak ja, ale o wiele ładniejsze – dostawały role w filmie i telewizji. Więc uwolnienie się od tego wymogu jest wielką artystyczną ulgą. Myślisz sobie: „ach, teraz naprawdę mogę skupić się na pracy”.

W wieku 70 lat została pani twarzą L’Oréal Paris. To chyba miłe uczucie?
Jestem zachwycona, że jestem najstarszą modelką z tak dużym (i lukratywnym) kontraktem kosmetycznym. Zawsze myślałam, że najwyższy czas, aby zrobił to ktoś w moim wieku, choć niekoniecznie ja. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego kremy dla kobiet od 50+ reklamują 25-latki. Ignorowanie kobiet po pięćdziesiątce koncernom po prostu się nie opłaca, ponieważ my wydajemy na produkty do pielęgnacji urody o wiele więcej niż młodsze klientki. Więc tak, przyjęłam propozycję udziału w kampanii reklamowej, ale nie zgodziłam się na retuszowanie zdjęć. Nie uważam, że jestem piękna, widzę, jak moje ciało i twarz z wiekiem się zmieniają, ale to nie jest najważniejsze. Wspaniałą rzeczą związaną ze starzeniem jest to, że po prostu mniej się tym przejmujesz.

Helen Mirren w 'Dziewczynach z kalendarza', ciepłym filmie o przyjaźni i akceptacji swojego ciała w pewnym wieku (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren w "Dziewczynach z kalendarza", ciepłym filmie o przyjaźni i akceptacji swojego ciała w pewnym wieku (fot. BEW PHOTO)

Branża aktorska nadal mniej akceptuje starsze kobiety?
Istnieje głęboki seksizm w tym obszarze. Jako człowiek kina lubię oglądać na ekranie piękne twarze – to czysta przyjemność, ale jednocześnie chciałabym mieć różnorodność wyboru. Chciałabym móc oglądać twarze, z którymi ja jako dojrzała kobieta sama mogę się identyfikować.

Co uważa pani za swoje największe osiągnięcie?
Im dłuższe jest twoje życie, tym więcej pamiętasz, a ja mam niesamowite wspomnienia. Jestem szczególnie wdzięczna losowi za szczęśliwe małżeństwo. Kocham mojego męża, uwielbiam spędzać z nim czas, choć przyznaję, że niekiedy mam go dosyć. Jednak nie wyobrażam sobie życia bez niego. To naprawdę wielka radość spojrzeć wstecz i pomyśleć o tym wszystkim, co razem zrobiliśmy.

A co pani robi, kiedy nie pracuje?
Uwielbiam ogród. Jestem klasyczną damą z... sekatorem. Dużo czytam. Właśnie skończyłam „Światło, którego nie widać” Anthony'ego Doerra, fantastyczną powieść o drugiej wojnie światowej. Tak często jak to możliwe widuję się ze swoją siostrą Kate, farbujemy sobie nawzajem włosy. Lubię podróżować z mężem, szczególnie do Włoch, gdzie mamy dom i gdzie kobiety w każdym wieku, o różnych kształtach i rozmiarach, chodzą po plaży w bikini – wolne, pewne siebie i nieoceniane przez innych.

Helen Mirren podczas promocji serialu 'Katarzyna Wielka' (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren podczas promocji serialu "Katarzyna Wielka" (fot. BEW PHOTO)

Helen Mirren, rocznik 1945. Jedna z najbardziej lubianych i nagradzanych brytyjskich aktorek. Laureatka Oscara za „Królową”, dwóch Złotych Globów („Królowa” i „Pożegnanie z Chase”) oraz kilku nagród Bafta za serial „Główny podejrzany”. Od 1997 roku szczęśliwa  w małżeństwie z reżyserem Taylorem Hackfordem, nie ma dzieci.

  1. Kultura

Barbara Krafftówna: "Uśmiech pomaga mi w wielu sytuacjach"

Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE
Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Legendarna aktorka. Laureatka tegorocznej nagrody specjalnej przyznawanej co roku przez miesięcznik "Zwierciadło". Stworzyła role, które zachwycają całe pokolenia widzów. Zawsze wierna aktorstwu najwyższej próby. Nigdy nie poddawała się życiowym trudnościom. Jest przykładem, jak mocować się z przeciwnościami losu i akceptować upływ czasu. Zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies” oraz arcydziele filmowym „Jak być kochaną”. Barbara Krafftówna obchodzi dziś 91 urodziny.

Barbara Krafftówna obchodzi dziś 91 urodziny. Ta legendarna aktorka stworzyła role, które zachwycają całe pokolenia widzów. Zawsze wierna aktorstwu najwyższej próby. Nigdy nie poddawała się życiowym trudnościom. Jest przykładem, jak mocować się z przeciwnościami losu i akceptować upływ czasu.

Aktorka zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies” oraz arcydziele filmowym „Jak być kochaną”. W tym roku została uhonorowana nagrodą specjalną Kryształowych Zwierciadeł, wyróżnień przyznawanych co roku przez miesięcznik "Zwierciadło". Barbara Krafftówna nie mogła odebrać jej osobiście, a swoje podziękowania przekazała czytelnikom w formie pięknego nagrania.

Z okazji urodzin Barbary Krafftówny przypominamy wywiad, który przeprowadził z aktorką Remigiusz Grzela, opublikowany w "Zwierciadle" w styczniu 2018 roku.

Widzę po uśmiechu, że miała pani wielką frajdę z grania. Lubi pani wracać do Gombrowicza?
Ubóstwiam! Cała jestem z Gombrowicza i Witkacego, ich postrzegania rzeczywistości w deformacji, przesadzie. Granie Gombrowicza jest jak lot w kosmos. Grałam przed laty hrabinę Kotłubaj, teraz Starą Markizę. Te próby i nagrania były jak za dawnych lat, kiedy cała ekipa, również techniczna, była absolutnie skupiona na współpracy.

Kiedy myślę o pokoleniu wspaniałych artystów, choćby z Kabaretu Starszych Panów, widzę same osobowości. Trzeba było mieć coś poza talentem. Nie było między wami zazdrości?
Mogła być o rolę, ale nie o osobowość. Kalina Jędrusik, Wiesław Michnikowski, Wiesław Gołas, Jan Kobuszewski… Myśmy byli siebie ciekawi. Na scenie byliśmy partnerami, a zderzenie osobowości musiało eksplodować.

Naprawdę bez zazdrości?
Pamiętam taką sytuację. Przerwa w nagraniu telewizyjnym. Ktoś mówi, że w bufecie jest ta zjawiskowa dziewczyna z burzą loków, lwica o niezwykłym sopranie. Biegniemy ją wszyscy obejrzeć. Ma welon włosów, niskie czoło, gęstą grzywę. To Violetta Villas. Przyjechała ustrojona według własnego gustu – koronki, falbanki. Miała mieć próbę generalną przed wywiadem u Ireny Dziedzic. Telewizja szła na żywo, a Dziedzic chciała mieć pewność, że nie wydarzy się w czasie emisji coś nadzwyczajnego. Kiedy zobaczyła Villas, nie zgodziła się ani na jej fryzurę, ani na ubranie. Elżbieta Czyżewska pobiegła po taksówkę, złapała Violettę za mankiet i zawiozła do siebie. Zgoliła jej grzywę, odsłoniło się czoło. Zrobiła przedziałek. Dała jej swoją bluzkę. Słowem, zmieniła ją w elegancką młodą kobietę. Takie wspólne bufetowe akcje były naturalne. Poza tym myśmy naprawdę lubili ze sobą przebywać.

Pani nie musiała wybierać zawodu. Starsza siostra zabierała panią na zajęcia teatralne do Iwona Galla, dzięki któremu stała się pani aktorką.
To szczęśliwy układ. Ale ważne są okoliczności. Zaczynałam w czasie wojny, w zakonspirowanym mieszkaniu przy ulicy Tamka w Warszawie, gdzie na tajnych kompletach Iwo Gall uczył nas zawodu. Naprzeciwko była siedziba niemieckiej organizacji Todt. Wchodziliśmy dla bezpieczeństwa w odstępach czasu. Dozorca był nam przychylny. Słyszeliśmy wrzeszczących Niemców: Halt! Raus!, biegali po schodach, w górę, w dół, tłukli w drzwi, robili przeszukania… Uczyłam się zawodu w przestrzeni, w której musiało się przetrwać. A przetrwanie to istnienie, codzienność. Nie jest łatwo przetrwać. Ale tego też można się nauczyć. I tego nauczyłam się także w domu.

Co pomaga przetrwać?
Uważność, obowiązkowość, reżim. Byłam mu poddana, odkąd pamiętam. Miałam cztery lata i byłam ubrana jak lalka w fantazyjne kompozycje kolorystyczne. Matka chciała złagodzić wygląd, nad którym dominowały rude włosy i piegi. Bardzo dbała o mój ruch. Chodziłam w szytych na zamówienie trzewiczkach na cienkiej podeszwie, sznurowanych do kostek, by nauczyć się baletowego stawiania stóp. Byłam tresowana w wielu kierunkach, a wówczas zwracano uwagę na to, jak się siedzi, jak się chodzi, jak się mówi. „Nie marszcz czoła, bo będziesz miała zmarszczki” – powtarzała mama. Ale miała hiszpański temperament, tańczyła kankana na stole. Opowiadała, że w sylwestra panowie pili szampana z jej trzewiczków. Miała słuch i pięknie grała na skrzypcach, na pianinie. Miała męskie uderzenie, męską ekspresję gry.

A ojciec?
Był architektem, skrupulatnym analitykiem, bardzo łagodnym – kołki można było mu ciosać na głowie. Nigdy nie wybuchał.

Mamie się zdarzało?
W domu tak. Ale nie na zewnątrz. Reżim obejmował też emocje. Smutki, nerwy, nieporozumienia, ba, tragedie zostają w domu. Wychodzę, zamykam drzwi i nikogo już nie obchodzi, że jest mi źle. Nie dzielę się tym.

Jak się żyje w takim reżimie?
On się utrwala w charakterze. Nie czuje się go.

Dlatego widzimy panią zawsze uśmiechniętą, pełną energii?
Różne stany można maskować wdziękiem. Pomaga mi w wielu sytuacjach. Jestem dość mendliwa dla reżyserów, mam zawsze masę propozycji, pytań, niuansików, z którymi przychodzę, ale używam też wdzięku, który ich rozbraja.

Sam często dostaję od pani różne rady i lekcje. Choćby lekcja o podeszwach…
Bo zobaczyłam, że będąc na scenie, pokazuje pan widowni podeszwy butów. Powiedziałam, że trzeba tak siedzieć, aby publiczność ich nie widziała. To, co na scenie, nie może być przypadkowe. Wszystko musi mieć swoją formę, kompozycję, obraz.

Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE

Kiedy wyszła nasza książka „Krafftówna w krainie czarów”, przez ponad rok jeździliśmy razem na spotkania z czytelnikami. Podziwiałem pani siłę. Czy zawsze chce się pani wyjść z domu?
O, nawet niech pan o to nie pyta. Najczęściej się nie chce.

Widząc panią na scenie, zawsze widzę żywioł.
Przecież jestem dla publiczności. W finale pana monodramu „Błękitny diabeł” o ostatnich latach Marleny Dietrich parafrazowałam jej piosenkę: „Bo ja też jestem tylko po to, aby kochać mnie, i to się o mnie wie, i nic więcej”.

Trochę opowiedziała mi pani o sobie w naszej książce.
A jest pan pewien?

Nie do końca. Hanna Krall po jej lekturze, a zna panią rodzinnie, powiedziała: „Ładnie Basia panu zagrała Krafftównę w tej książce”. Zagrała mi pani Krafftównę?
Na to właśnie panu nie odpowiem. Poza tym kobieta zmienną jest i raz mogę panu powiedzieć jedno, a innym razem…

Jak wyglądają te dni, kiedy pani gra?
W życiu? Czy w teatrze? Są wielkim technicznym przygotowaniem. Muszę mieć cały egzemplarz sztuki przeczytany na głos, a najlepiej powiedziany z pamięci. Pamięć wzrokowa jest silnym atutem, daje spokój na scenie. Zawsze proszę, aby w egzemplarzu teksty partnerów były oddzielone, czyli mój tekst – pauza – następna kwestia. Pamiętam każdą stronę, a zwłaszcza tę, na którą mucha nasrała. Więc ten dzień spektaklu, a nawet dwa dni przed, to skupienie. Mobilizuję się: „Odłóż wszystko inne, zrobisz to już po spektaklu”.

Nie boi się pani, że któregoś dnia przyjdzie do teatru i nie będzie pamiętała tekstu?
Jeszcze nie i spokojnie uczę się swojej sklerozy.

Co to znaczy?
To proste. Biorę trzy rodzaje pigułek. Bywało, że nie wiedziałam: „Wzięłam już?”. Wymyśliłam metodę. Najpierw pigułki leżą z prawej strony, a te opakowania, z których biorę, od razu kładę po lewej. Jeśli leżą po lewej, znaczy wzięłam.

Tak pani opracowuje codzienność?
To konieczność. Samoobrona.

Co czuje pani, stojąc w kulisie, czekając na wejście na scenę?
Gram w Och-Teatrze Krystyny Jandy „Trzeba zabić starszą panią”. Trochę w tym spektaklu biegam, więc płuca i mięśnie muszą mi pracować. Zanim wybiegnę na scenę, już biegnę w miejscu. Ćwiczę oddech i mięśnie.

A astma? Na co dzień używa pani inhalatora, który nazywa „dymadełkiem”.
Ten wysiłek jest bolesny. Ale koledzy za kulisami dbają, abym miała jak najmniejszy trud fizyczny. Przeprowadzają mnie sprawnie w ciemności. Kiedy zbiegam ze sceny, widzę białe przedramię, ktoś świeci latarką, chwytam się tego przedramienia jak drążka. Kolega mnie przytrzymuje. Ktoś mi podaje wodę. Chwytam łyka przed wejściem do kolejnej sceny. Poprawiam usta, bo mam tak zjedzoną szminkę, jakbym nic nie mówiła, tylko ją jadła. Garderobiane mnie przebierają. Jestem całkowicie zaopiekowana, więc w tym miejscu chciałabym publicznie kolegom podziękować za czułość, za ich pomoc. Koledzy śmieją się ze mnie, że po ukłonach najszybciej zbiegam za kulisy, wyprzedzając innych, mówią, że jestem Emil Zátopek, słynny biegacz. W garderobie bardzo długą chwilę nie mogę nic powiedzieć. Czasami już zaczynam zdzierać z siebie kostium, bo czuję ból w przeponie i jakby mnie żebra rozsadzały. Uspokajam się. Głos wraca. Oj, ciekawe jest to nasze zakulisowego życie jak z „Garderobianego”…

…który pokazuje też, jak nie mając siły, postawić siebie do pionu, wejść na scenę i zwyciężyć po raz kolejny. Niedawno dostała pani propozycję od wybitnego rosyjskiego reżysera Iwana Wyrypajewa. Chciał obsadzić panią w sztuce Czechowa. Była pani taka szczęśliwa, a jednak odmówiła. Nie bała się pani, że podobna propozycja może się nie powtórzyć?
Póki jestem na chodzie, mam jeszcze tyle pomysłów na siebie samą… Bez takiego czy innego spektaklu. W ogóle się tym nie martwię, idę. Zawsze wyzwania same do mnie przychodziły, i, jak pan widzi, przychodzą, a ja idę za nimi. Ucieszyłam się z samego faktu, że to się zdarzyło. Spotkaliśmy się, były długie rozmowy. Poprosiłam o czas do namysłu. Zważyłam siły, PESEL. Nie mogę być nieobecna na próbach. Mało tego, nie chcę. Chcę być w tym zamieszaniu, wejść w ten krwiobieg. A żyję w wielkiej obsesji braku czasu. Chcąc podjąć się tej współpracy, musiałabym oddać wszystkie siły. A tego się bałam. Jako aktorka i człowiek jestem ciągle nienasycona, bez opamiętania wpadam w nowe. Jednak nie wiem, co będzie jutro, za miesiąc... Nie chciałam ryzykować ze względu na kolegów z obsady, na reżysera.

Ile kosztuje taka decyzja?
Dużo. Podejmowałam ją z żalem, ale kiedy ją podjęłam, żal minął.

Widziałem na Facebooku zdjęcie, jakie zrobiła sobie z panią młoda aktorka i wokalistka Natalia Sikora. Młode aktorki chcą się od pani uczyć warsztatu?
Może ja dla nich jestem eksponat?

Eksponat?! Pani łamie schematy. Pamiętam panią ze spektakli Pawła Miśkiewicza, pani aktorstwo było przekorne, młode.

A jest pan pewien tego, co mówi? Jeśli tak, to bardzo dziękuję. Sama powiedziałabym, że są w moim aktorstwie poszukiwanie i precyzja. Tak długo będę dłubała, przyglądała się, próbowała, aż znajdę. Nie sięgam do tego, co wyuczone, zastane. Dostaję nową rolę i jakbym zaczynała od zera.

Felicja w filmowym arcydziele „Jak być kochaną” działa w przekorze, jakby się odcięła od logiki, od własnych emocji. Zagrała pani postać, którą trudno zracjonalizować. Cały czas się wymyka. Mnie uderza zawsze scena gwałtu, choć przecież nie jest pokazana. Ale wszystko możemy przeczytać na twarzy Felicji, kiedy już jest po.
Do tej sceny zdjęłam pantofle. A mam fobię bosych stóp. Zawsze muszę coś mieć na stopach, nawet na plaży. W tej scenie chodziłam boso po zimnej i brudnej posadzce planu filmowego. Widać przymus, wstręt… Bywa, że aktor musi coś intymnego obnażyć. Ale to on podejmuje decyzję. Był pomysł, abym w „Biesiadzie u hrabiny Kotłubaj” tańczyła z Bohdanem Łazuką do nagrania naszej piosenki „Przeklnę cię” z Kabaretu Starszych Panów. Stoczyłam wojnę, bo pomijając, że ta piosenka nie jest „z Gombrowicza”, to byłoby niezdrowym odcinaniem kuponów od przeszłości. A we wszystko wchodzę od zera. Zanim coś zrobię, muszę mieć stuprocentowe przekonanie, że to właściwe. Zawsze grałam w perukach, by nie być na scenie prywatnie. Dałam się „rozdziewiczyć” tylko raz, w „Alicji” Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym. U Roberta Glińskiego poprosiłam o perukę. Pani fryzjerka szykowała mnie do jej założenia. Spinała mi włosy, żeby przylegały do głowy, i nagle zobaczyłam w lustrze taką gładką głowę, włosy ni to przylizane, ni to mokre. Już nie chciałam peruki. To było to! Stara Markiza z Gombrowicza. Reżyser zgodził się bez słowa… Dzięki Bogu! Na każdą rolę składają się setki drobiazgów, które muszę odnaleźć, czasem przenosząc je z życia, z obserwacji. Ale na życie też składają się drobiazgi i trzeba poświęcić im uwagę.

Pamiętam z podróży, że w jednej z pani toreb brzęczało szkło. Zapytałem, co pani wiezie.
A to były słoiczki z pestkami awokado, zanurzonymi w wodzie, które postanowiłam wyhodować. Pestka to życie. Kiedy po śmierci ojca na Wołyniu zostałyśmy z mamą same, a wojna była i głód był, zdobyła trochę ziemniaków, niedużo. Kroiła je w tych miejscach, gdzie były kiełki. Wsadzałyśmy do ziemi. I już miałyśmy na chwilę zapewniony byt. Niedawno znalazłam w lodówce ziemniaki, o których zapomniałam. Puściły pędy. Zapakowałam je i zawiozłam do koleżanki, jeszcze z Wołynia, bo ma ogródek. Wiedziałam, że zrozumie.

Zdarza się pani jeszcze nocą wychodzić na lody?
Zlikwidowali mi McDonalda. Noce zawsze mam bezsenne. Ostatnio nocami dobra jest maca. Ba, genialna [śmiech]. Nie mylić z macaniem!

Co powiedziałaby pani sobie młodej?
Ależ ja się charakterologicznie nie zmieniłam. Wiek się zmienił, z nim szczegóły, ale w głowie mam to samo, co miałam. Nadal potrafię się histerycznie śmiać, bez opanowania. Nadal mam tę samą ciekawość. Wokół zrobiło się pusto, tamten świat mojej młodości zupełnie znika. A ja idę. Czy to nie jest szczęście? I jakbym miała umrzeć, to poproszę na scenie. W takim biegu jak w spektaklu w Och-Teatrze. Na razie nie planuję, chcę dożyć trzech kaktusów, czyli 111 lat! Dopóki czuję się młoda, żadnych planów nie zmieniam! Kraina czarów, panie Grzemiku, wsysa mnie, oj, wsysa [śmiech].

  1. Kultura

Agnieszką Holland: "Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia"

Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dzisiaj urodziny ma Agnieszka Holland, z tej okazji przypominamy wywiad z archiwalnego numeru "Zwierciadła". W szczerej rozmowie reżyserka wyznaje, czy w pracy bywa tyranem, jakie ma zdanie o psychoterapii i jak ocenia polskie kino.

Dostała pani kiedyś lanie?
Raz mama uderzyła mnie ścierką. Nie pamiętam już nawet za co, ale bardzo się wtedy na nią obraziłam, bo w gruncie rzeczy zostałam przez nią wychowana w poczuciu, że mam rację, a także prawo do afirmacji oraz samorealizacji.

Ojciec wychowawczo się nie udzielał?
On zawsze był mniej obecny, poza tym dość szybko umarł – miałam wtedy 13 lat. W domu nie było przyzwolenia na nielojalność, kłamstwo – tu moja mama była bardzo krytyczna, miałam za to dużo swobody opartej na wzajemnym zaufaniu – tak rodziła się moja wiara w to, że mogę i potrafię.

Czy była pani kiedykolwiek pacjentką psychoterapeuty?
Tak, w pewnym momencie życia, w Paryżu, udałam się do psychoterapeuty. To był, pamiętam, bardzo trudny dla mnie okres, niemal depresyjny, i pomyślałam sobie: „Może taka pomoc mi się przyda?”. Ale od razu muszę powiedzieć, że ta historia po prostu nie bardzo wypaliła.

Jako reżyser przejęła pani rolę terapeuty?
Pewnie trochę tak (śmiech). Była to, owszem, dosyć ciekawa pani psychoterapeutka, ale Francuzka. I szybko wyszło na jaw, że trudno leczyć się u cudzoziemca. Gdy zaczęłam opowiadać jej o mnie i o historycznych okolicznościach, które sprawiły, że moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej, zauważyłam, że ona słucha tych wszystkich egzotycznych nowinek z ogromnym zainteresowaniem. Po dwóch sesjach, chcąc utrzymać jej uwagę, zaczęłam kontynuować to, co potrafię najlepiej, czyli opowiadać jej o ciekawych sekwencjach ze swojego życia, i obserwowałam, jak ona jako zainteresowany widz bierze udział w moim „filmie”.

A po trzeciej sesji?
Pomyślałam sobie: „jak to jest możliwe, żebym to ja płaciła za to, za co normalnie płacą mnie?” (śmiech). Odniosłam wrażenie, że nie jestem w tej relacji szczera, ponieważ zamiast w rolę pacjenta weszłam w rolę dobrego opowiadacza. To był mój ostatni raz. Czy cokolwiek mi to wszystko dało? Być może pomogło mi to w uruchomieniu w sobie pewnego mechanizmu, swego rodzaju gotowości na spotkanie terapeutyczne z drugą osobą. Do psychoterapii nigdy już nie powróciłam, ale myślę, że jest to dziedzina pożyteczna, mogąca pomóc wielu osobom.

Trzeba jednak bardzo rzetelnie sprawdzać, kogo się wybiera?
Oczywiście, bo to jest bardzo delikatna materia, a możliwości kontroli np. ze strony Towarzystwa Terapeutycznego ograniczone. Widziałam, głównie w Stanach, przykłady, kiedy niekompetentny czy też osobowościowo niewłaściwy dla danego człowieka terapeuta albo wręcz wykorzystujący sytuację do nabijania sobie kasy, żeruje mniej lub bardziej świadomie na człowieku. I zamiast pomóc, może zaszkodzić.

W serialu „Bez tajemnic”, którego reżyserii się pani podjęła, terapeuta niesie na swoich plecach potężny życiowy bagaż. Poszłaby pani do takiego?
Pewnie nie (śmiech). Ale... jednocześnie taki terapeuta, w związku z tym, jak ciężki bagaż niesie, sprawia wrażenie, że jest w stanie zrozumieć więcej. W „Bez tajemnic” pokazany jest ważny problem: na ile uprawianie psychoterapii stygmatyzuje czy też stwarza kłopoty psychologiczne i życiowe u samego terapeuty. Widać, że Andrzej – w tej roli świetny Jerzy Radziwiłowicz – średnio radzi sobie ze swoim własnym życiem, w myśl przysłowiowego „szewc bez butów chodzi”. Myślę jednak, że wbrew pozorom może być skuteczny.

A nie ma pani poczucia, że w Polsce bezkrytycznie zachłysnęliśmy się psychoterapią?
Chyba nie, choć nie prowadziłam badań socjologicznych. Wydaje mi się, że Polakom psychoterapia jest bardzo potrzebna, zarówno ta zbiorowa, jak i indywidualna, dlatego, że ani nasza szkoła, ani kultura, ani również Kościół nie są osadzone na introspekcji, a sama spowiedź nie zawsze wystarcza. Mimo tej naszej katolickości widzę zbyt mało rozliczania się człowieka samego ze sobą. Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia, więc nasza empatia, zrozumienie kontekstu, korzeni własnych problemów – jest niedorozwinięta. A dobra psychoterapia właśnie tego potrafi nauczyć, bo poza zadaniem terapeutycznym pełni także funkcję pedagogiczną, poznawczą. O ile się orientuję, a rozmawiałam z paroma polskimi psychoterapeutami, są to ludzie świadomi i kompetentni, na dość wysokim poziomie zawodowym. Nie sądzę więc, żeby po Polsce hulała banda hochsztaplerów. Takich „specjalistów” widzę raczej w dziedzinie znachorstwa bądź opracowywania wizji katastrof lotniczych. Na pewno więcej narcyzów możemy spotkać wśród polityków niż wśród psychoterapeutów. Narcyzm uważam zresztą za jeden z głównych naszych współczesnych psychicznych mankamentów, prawdziwie niebezpieczny.

Na jakim fundamencie buduje pani relacje z ludźmi?
Ja mam specyficzny zawód – nie można go uprawiać bez automatycznego autorytetu, to troszeczkę – tak jak mówił kiedyś Andrzej Wajda – mieszanka dwóch komponentów, kaprala i poety. To znaczy trzeba być człowiekiem twórczym i mieć wizję dzieła, które się tworzy, a jednocześnie siłę, która pozwoli narzucić ludziom swoją wolę i do pewnego stopnia nimi manipulować.

Prosta droga do szaleństwa?
Tak, choć, jak widać, jeszcze się jakoś trzymam (śmiech). Ale to jest tak, że ludzie świadomie poddają się tej manipulacji, ponieważ wiedzą, że praca filmowa, zwłaszcza na linii reżyser–aktor ma swoje reguły, które, dodam, nie są sztywne, bo każdy wypadek jest zawsze trochę inny. Niemniej uczestnicy tej gry akceptują pewną hierarchię, w której ja jestem jak dowódca w jednostce wojskowej i nie ma szans na to, że każdy może przyjść i stwierdzić: „nie no, ja bym to zrobił zupełnie inaczej, bo mi się to w ogóle nie podoba”. Nie ma takiej możliwości, bo wtedy po prostu wszystko by się rozpadło. Jest to zatem stosunek hierarchiczny, ale z zachowaniem silnego działania zbiorowego, w którym każdy może odcisnąć swoje piętno na efekcie końcowym i od każdego mniej lub więcej coś zależy, co widać na ekranie. Chodzi o to, by wydobywać z ludzi najlepsze, co mają do zaoferowania. Jeżeli mają jakieś talenty i właściwości, to trzeba spowodować, żeby wyszły one na jaw, a ludzie na ogół dają z siebie to, co najlepsze, jeżeli mają poczucie sensu i czują się docenieni. W związku z tym obowiązkiem reżysera, producenta czy kierownika produkcji jest stworzenie takiej atmosfery, w której ekipa się otwiera.

Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu 'Obywatel Jones'. (Fot. BeW)
Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu "Obywatel Jones". (Fot. BeW)

A co pani robi z anarchistami?
Anarchista nie może zmieścić się w ekipie filmowej. Nie ma dla niego szans. Musi znaleźć sobie inną pracę.

Często mówi pani ludziom „do widzenia”?
Nie, bo na ogół oni idą do tego zawodu ze świadomością, gdzie i jakie są granice, a ja również o tym nie zapominam. Oczywiście, zdarzają się reżyserzy, którzy wykorzystują swoją władzę, powodując tym samym, że ludzie stają się strasznie nieszczęśliwi.

Wypatraszając ich do rosołu?
Tak. Albo żerują na ludziach, przekraczając granice ich bezpieczeństwa prywatnego, zachowując się chamsko, bardzo arbitralnie i tyrańsko. Co ciekawe, czasami osiągają przy tym świetne rezultaty, co widać wyraźnie np. w teatrze. Ale taka postawa jest dla mnie nie do przyjęcia, wierzę, że ludzkie życie jest cenniejsze niż efekt, który się osiąga.

Gdy przyjmowała pani propozycję reżyserowania „Bez tajemnic”, co panią targnęło? Rozsądek? Szósty zmysł?
Na pewno u mnie jest to zawsze instynktowne, muszę czuć, że mam coś do powiedzenia w sprawie i że będzie to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo wtedy jest nadzieja, że zainteresuje także innych. „Bez tajemnic” to jest trochę takie ćwiczenie stylistyczne, eksperyment: bardzo dobrze napisany scenariusz, dużo ludzkich spraw i minimalistyczna forma, w której wyraźnie można skupić się na aktorze i tekście. Jurka Radziwiłowicza, który od początku jest z tym serialem związany, cenię, Maćka Stuhra, który zastąpił teraz Krysię Jandę, znam i bardzo lubię. Doszły dwie kobiety – Agata Kulesza jako życiowa partnerka terapeuty i Karolina Kominek jako histeryczna pacjentka Maćka. Agata ma w sobie taki rodzaj wolności, humoru i światła, a jednocześnie jest tak świetną i inteligentną aktorką, że może zagrać wszystko. Wybierając ją do tej roli, wiedzieliśmy, że swoją ludycznością na pewno rozrusza Jurka. Wyszło to naprawdę fajnie i cieszę się, że się na ten serial zdecydowałam.

A jak dużo propozycji pani odrzuca?
Bardzo często odmawiam amerykańskim producentom ze względu na nieciekawe scenariusze. Jeśli chodzi o serial, to warunkiem są też fajni ludzie, którzy go robią. To mała inwestycja, miesiąc życia, np. w Stanach, za to można popróbować innego stylu. Natomiast jeśli chodzi o film fabularny, to są na ogół już trzy lata życia – wtedy muszę mieć dodatkowo jakąś motywację wewnętrzną, szczególnie w moim wieku, gdy ten czas robi się już taki krótki. To musi być naprawdę coś ważnego.

A czy w polskiej filmografii powstaje jeszcze coś, co jest w stanie panią ubawić?
Myślę, że humor jest najbardziej osobistą rzeczą w człowieku. „Rejs” jest dla mnie śmieszny, w „Misiu” są bardzo zabawne kawałki. Być może PRL bardziej się do tego nadawał? Mam wrażenie, że śmiech w tamtych czasach bardzo nam wszystkim pomagał. A teraz? Bierze mnie raczej purnonsens, humor anglosaski czy tradycyjny żydowski, którego kontynuatorem jest Billy Wilder, potem Woody Allen. Na pewno nie jestem w ogóle wrażliwa na tzw. rechot męski, czyli coś tam o jajach, cycach, pedałach. To mnie w ogóle nie bawi. Nie jestem pewna, czy przez ostatnie 10 lat choć raz uśmiechnęłam się na jakimś polskim kabarecie. O współczesnych polskich komediach już w ogóle nie wspomnę. Są żenujące, choć na pewno robią je czasem zdolni ludzie. Problemem jest chyba fakt, że prawdziwy humor wymaga pracy wielu osób. Mało jest takich pojedynczych geniuszów. Przy amerykańskim Saturday Night Show pracuje ogromny team ludzi. U nas na pewno zdolnym do stworzenia komedii człowiekiem jest Julek Machulski, ale jeśli on sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem? Nigdy nie widziałam całego „Świata według Kiepskich”, ale te strzępki, które podejrzałam w Internecie, mają potencjał, chociażby ze względu na obecność tak świetnych aktorów, jak Rysio Kotys czy Andrzej Grabowski. Wie pani, komedia filmowa to ambitne zadanie, trudno utrzymać poziom przez dłuższy czas.

Podjęłaby się pani takiego zadania?
Podjęłabym się. To nie byłaby komedia „uhahaha”, a pewnie lekki wczesnoallenowski absurd. Miałam nawet ze dwa takie projekty, ale nigdy nie udało mi się ich sfinansować. Nikt nie da mi pieniędzy na komedię. Mam łatkę tragika. I żadna terapia tu nie pomoże (śmiech).