fbpx

Iza Kuna: „Romansowałam za mało”

Iza Kuna: "Romansowałam za mało"
Iza Kuna: Lubię swoje poczucie humoru, dystans, cięte riposty, odrobinę złośliwości, którą mam, i analizę, którą często przeprowadzam. Ale dawniej nie lubiłam siebie aż tak bardzo. (Fot. Justyna Dudek)

Pełna sprzeczności. Lubi być osobna, a potem prosi ukochanego: „Przytul mnie”. Mówi: „Mam gdzieś pięćdziesiątkę”, a po chwili wpada w rozpacz: „Kiedy to minęło?”. Postanawia: „W pandemię nie kupię nowego ciucha”, a potem tłumaczy: „Nie mogłam się oprzeć”. U Izy Kuny nie ma nic pośrodku.

Można się cieszyć, mając pół wieku na karku?
Nieszczególnie. Pamiętam, jak przed laty pewna starsza aktorka powiedziała mi: „Do pięćdziesiątki żyjesz. A potem cię nie ma”. Przyjęłam to bez emocji, paląc papierosa, pijąc wino i mając wszystko w dupie. Ale rok temu byłam w Londynie u mojej przyjaciółki Izy Zwierzyńskiej, szłyśmy ulicą i widziałam, że mężczyźni patrzą tylko na nią. Wiadomo, jest młoda i śliczna. Wtedy zrozumiałam, że kobiety w pewnym wieku stają się po prostu niewidzialne. Wczoraj obejrzałam pierwszy odcinek czwartego sezonu „The Crown”. Uśmiechnęłam się, kiedy mąż Margaret Thatcher powiedział: „Dwie kobiety z menopauzą będą rządzić Anglią”. To cieszy, ale potem zrobiło mi się smutno. Że mniej niż połowa życia mi została. I mniej mężczyzn się za mną ogląda [śmiech].

Menopauza przeraża?
Wyrosłam w przekonaniu, że wszystko związane z ciałem jest wstydliwe, zatem pojawienie się okresu nie było radością, a jego zakończenie wiązało się z poczuciem, że przestajesz być kobietą. W moich czasach to było tabu. Nie pamiętam, żeby przyjaciółki mamy o tym rozmawiały. Byłam obecna, kiedy piły kawę i plotkowały, a nie zanotowałam nigdy słowa „menopauza”. To było zbyt intymne. Takich tematów, jak dojrzewanie, seks, pierwsza miesiączka i ostatnia, po prostu się nie poruszało. O tym rozmawiałam z koleżankami, a i to z wypiekami na twarzy. Dziś nareszcie bez wstydu możemy mówić o tym, co się z nami dzieje. Chociaż mam wrażenie, że ciągle za mało.

I jak to jest, gdy ma się 50 lat?
Najbardziej smuci mnie to, że wielu rzeczy już nie zrobię, bo jest za późno. Nie urodzę dziecka, nie zatańczę w balecie, nie nauczę się biegle mówić w kilku językach, nie zagram na pianinie, nie zrobię kariery w Ameryce jako 20-latka i nie wygładzę sobie szyi… Ale nie poddaję się, zdobędę Amerykę po pięćdziesiątce!

Możesz też wstrzyknąć botoks albo kolagen czy pójść do chirurga plastycznego.
Babcia Aniela mówiła: „Nie pomoże puder róż, kiedy dupa stara już”, ale ja nie zamierzam starzeć się z godnością. Zamierzam starzeć się fajnie. Dzisiaj przeczytałam, że Amerykanie wynaleźli eliksir młodości. Ciągnie mnie do Ameryki, widzisz?

W filmie „Wielkie piękno” stary pisarz celebryta mówi: „W wieku 60 lat zrozumiałem, że nie mam czasu tracić go na robienie tego, na co nie mam ochoty”. U ciebie ta pięćdziesiątka coś zmieniła?
Nie zmuszam się już do robienia niczego, na co nie mam ochoty albo co nie przynosi mi radości. Nie chcę już grać ról, które mnie nie rozwijają, bo przez lata przetarzałam się przez drugie plany, czekając na pierwsze, myślałam, że w tym jest jakaś logika, ale nie ma. Kiedyś cieszyła mnie każda propozycja roli, dziś mam poczucie, że zasługuję na coś więcej. Chodzi mi o czas, który pozostał – chciałabym go przeżyć jak najlepiej, żeby zadowolić siebie, żeby decydować o sobie, a nie czekać na nie wiadomo co, nie chcę się powtarzać, marnować. Mniej też baluję, i to nie tylko z powodu pandemii. To kwestia moich wyborów. Tyle mam rzeczy do zrobienia, a czasu tak mało, że muszę go uważniej dzielić. Zresztą już nie mam siły balować jak dawniej do białego rana, a potem iść do pracy. Muszę odpoczywać. Chcę pobyć w domu.

„Teresa, ty amerykański gamoniu! Skończyłam 50 lat i mam wszystko w dupie…” – piszesz w cyklu swojej instagramowej korespondencji z siostrą. Naprawdę masz wszystko gdzieś?
I tu znowu odzywa się ta moja nieznośna niespójność. Jak to Marek powiedział: „Iza, u ciebie nie ma nic pośrodku. Albo wpadasz w euforię, albo w rozpacz”. I tak jest z moją pięćdziesiątką. Raz mówię: „Pier… to wszystko. Teraz mogę już robić, co chcę”, ale po chwili jest mi smutno, mam lęki, nie mogę spać, boję się, co dalej. I chyba byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie zależy mi na tym, co inni o mnie myślą. Zależy, tylko trochę mniej. Zależy mi, co myślą o mnie moje dzieci, Marek, moi studenci.

Kłócicie się z Markiem?
Jesteśmy typem włoskiego małżeństwa. Ja reaguję spontanicznie, Marek histerycznie [śmiech]. W rodzinnym domu w Tomaszowie wciąż słyszałam: „Nie krzycz, bo sąsiedzi słyszą, nie krzycz, bo co inni pomyślą, nie wolno tak się zachowywać przy gościach”. Dziś liczy się tylko to, żeby jak najszybciej wyjaśnić sytuację. Wszyscy nas znają i wiedzą, że jak się ma coś wydarzyć, to się wydarzy. I żadne z nas nie będzie czekać, aż wszyscy pójdą do domu [śmiech]. I uważam, że to jest lepsze niż udawanie, że nic się nie stało. Dobre wychowanie można pomylić z zakłamaniem.

Nadia wcześnie wyprowadziła się z domu. Nie bałaś się o nią?
No pewnie, że się bałam, wciąż się boję, choć ma już 24 lata. Zawsze byłam matką nadopiekuńczą, nadgorliwą. Mój ojciec stał nade mną i wspierał we wszystkim, i taka chciałam być dla moich dzieci. Wychowywałam Nadię sama bardzo długo, chciałam zrekompensować jej to, że rozpadła nam się rodzina. Nadia nauczyła mnie, że w pewnym momencie dzieci trzeba zostawić samym sobie. Uświadomił mi to jej wyjazd do Australii. Cieszę się, że jest niezależna i samodzielna, ma własne zdanie na każdy temat i nie boi się go powiedzieć. Rozmawiamy o wszystkim. Cieszę się, że kiedy marudzę czasem na swój wygląd lub życie, potrafi sprowadzić mnie na ziemię: „Mamo, nie pier… Czy nie widzisz, jak pięknie wyglądasz? Jak wiele osiągnęłaś?”. Nie miałam takiego porozumienia ze swoją mamą. To były inne czasy, tak zwanego zimnego chowu. Nie było za dużo czułości, przytulania, pochylania się nad dzieckiem. Kiedyś miałam do niej o to żal, ale dziś myślę, że dała mi tyle, ile mogła dać. Ojciec dawał mi w dwójnasób miłość i czułość. Z domu wyniosłam też radość życia. Rodzice lubili chodzić na dansingi, takie dansingi urządzali też w domu. Nasz dom był otwarty. Wciąż ktoś przychodził. Ojciec wyciągał wtedy jedzenie z lodówki, a mama nakrywała do stołu i zabawiała gości. A potem ja urządzałam imprezy w domu i tańce do białego rana. Nawet gdy już goście wyszli, Marek sprzątał, leżałam na podłodze, paliłam papierosa, słuchałam muzyki i płakałam przy Annie Jantar i przy „Nie spoczniemy, nim dojdziemy”. A czasem długo jeszcze tańczyłam sama. „Marek, tak dawno nie tańczyliśmy” – powiedziałam wczoraj, bo tęsknię za tymi czasami.

Na instagramowym profilu określasz siebie: koleżanka Marka.
Marek zawsze śmiał się, gdy przedstawiałam go znajomym: „Mój kolega Marek”. No ale jak mam na niego mówić? Mąż? Nie jesteśmy małżeństwem. Konkubent? Okropnie brzmi. Narzeczony? Przyjaciel? Banał. Może brat?

A właściwie, dlaczego nie mąż?
Marek oświadczał mi się dwa razy. Raz już było nawet blisko. Nadia zrobiła długą listę gości, zaplanowaliśmy nawet, gdzie będą spać, wszystko opracowane było w najdrobniejszych szczegółach. Ale coś poszło nie tak. A teraz chyba oboje nie widzimy powodu, dla którego na starość mielibyśmy zmieniać coś, co od 17 lat jakoś funkcjonuje. Ale może na starość ja się oświadczę i to będzie impreza staruszków, jakiej świat nie widział.

Lubię oglądać wasze „scenki małżeńskie” na twoim Instagramie. Zaprzeczacie regule, że im dalej, tym… zwyczajniej.
Powiedziałabym nawet: Im dalej, tym jest dużo zwyczajniej [śmiech]. Może dlatego urozmaicamy sobie życie zabawami na Instagramie. Bo my się dobrze bawimy ze sobą. A #maareek i #izamarek to już brand [śmiech].

Jak przeżyć z jednym facetem tyle lat i wciąż chcieć ze sobą być?
Nie ma sensu robić, jak to mówią, z igły widły. Nasz staż nie jest znowu aż tak imponujący, żeby się wymądrzać. Ale chciałabym przeżyć z Markiem 30 lat albo i więcej. To moje marzenie.

Jesteś o niego zazdrosna?
Podoba mi się to, że Marek podoba się kobietom. Kiedyś miałam narzeczonego, który nie podobał się nikomu, raz nawet usłyszałam od Gabrysi Kownackiej: „Dziecko, Pan Bóg cię opuścił?”. No to wolę, żeby mój chłopak się podobał. Marek bardzo lubi kobiety. Podobnie jak ja lubię mężczyzn i nigdy nie ukrywaliśmy przed sobą naszych chwilowych fascynacji. Lubię flirtować z mężczyznami, on – z kobietami. Ale tak, jestem zazdrosna.

To po czym poznajesz, że ciebie kocha?
Że ciągle wraca do domu [śmiech].

W dodatku sprząta, zmywa, pierze… W przeciwieństwie do ciebie [śmiech].
Marek to lubi.

A ty od czego jesteś w domu?
Marek mówi, że w domu jestem panią dyrektor. „Dziś mamy to, Staszek idzie tu, na obiad zrobię lub zamówię to…” – to jestem cała ja. Wszystko muszę mieć pod kontrolą, a najlepiej o tydzień wcześniej. Lubię organizować dzień i życie. Choć już zdarza mi się zapominać, co zaplanowałam [śmiech].

Iza Kuna: "Romansowałam za mało"
Iza Kuna: Prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”. (Fot. Justyna Dudek)

Co oznacza dla ciebie bycie w związku?
Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że wszędzie chodzą z mężem razem, w kinie śmieją się w tych samych momentach i myślą identycznie na każdy temat. Najciekawsze w tym zwierzeniu było to, że za jakiś czas się rozstali z hukiem. Ja rzadko chodzę z Markiem do kina, bo lubię sama, mam swoich znajomych, Marek ma swoich, nie wisimy sobie na ramieniu. Nawet zakupów nie robimy wspólnie. Przez 17 lat może dwa razy byliśmy razem w sklepie. Myślę, że Marek jest nawet bardziej osobny niż ja. To moje słynne: „Porozmawiaj ze mną, przytul mnie”, świadczy o tym, że bardziej potrzebuję towarzystwa niż on. Jego autonomia jest poważniejsza niż moja. Jesteśmy różni – Marek nie lubi hałasu, ja uwielbiam, Marek nie lubi bałaganu, ja się w nim znakomicie odnajduję, Marek mniej lubi towarzystwo ludzi niż ja. Jednak lubię nasz związek. Ale może na tym poprzestańmy, bo zawsze takie zachwyty kończą się rozwodem albo spektakularną zdradą, czego chciałabym uniknąć [śmiech].

Co lubisz w sobie najbardziej?
Lubię swoje poczucie humoru, dystans, cięte riposty, odrobinę złośliwości, którą mam, i analizę, którą często przeprowadzam. Ale dawniej nie lubiłam siebie aż tak bardzo. Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że jestem nie dość dobra. Wszystko, co robiłam, robiłam źle, a nawet jak zrobiłam dobrze, mogłam zrobić lepiej. Wciąż czułam się jak koń wyścigowy, który cały czas musi biec, pokonywać kolejne przeszkody i najlepiej, żeby do mety dobiegł jako pierwszy. Nigdy nie byłam z siebie zadowolona. Polubiłam siebie po rozwodzie, ale prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”.

W młodości często porównywałaś się do innych? Zazdrościłaś czegoś koleżankom?
Oczywiście. Głównie zabawek. Zawsze marzyłam o domku z mebelkami dla lalek. Ale za to byłam ładnie ubrana. Mama miała świetny gust. Projektowała ubranie, a potem niosła do pani Lodzi, krawcowej, żeby to uszyła. Pani Lodzia szyła również dla mnie, a pan Pawełek szył nam płaszcze. Stylu uczyłam się od mamy. Nie przeszkadzało mi to, że nie mieliśmy dużo pieniędzy, bo na wszystko nam starczało, tylko rzeczywiście zazdrościłam dzieciom zabawek. I zwierząt. Chciałam mieć psa.

Na co nie żałujesz pieniędzy?
Na nic. Uwielbiam wydawać. Jak tylko mam pieniądze, natychmiast ich nie mam. Nie wiem, w kogo się wrodziłam, jak to mówią. Jestem hojna, co w sobie lubię, bo uwielbiam sprawiać prezenty, obdarowywać, opiekować się, karmić. Wystarczy, że ktoś powie, że mu się coś podoba, mówię: „To sobie weź”. Lubię sprawiać radość innym.

A co mówi Marek, gdy wchodzisz obładowana torbami z zakupami?
Śmieje się. Ale może się śmieje, bo to nie są jego pieniądze. Podczas pandemii postanowiłam jednak, że nie kupię sobie nic. Nie jestem taką kretynką, żeby kupować, skoro nie zarabiam. I chociaż często mi się zdarzało, że kupowałam za pożyczone, to zawsze miałam perspektywę szybkiego zarobku. Pandemia zmieniła sytuację. Ale kiedy znów zaczęłam zarabiać, wróciły dawne nawyki. „Nie powinnam, ale nie potrafiłam się oprzeć” – mówię do Marka. „Dobrze, kochanie” – słyszę. Albo gdy coś mi się podoba, po prostu płaci. „Marek, jaka ładna sukienka” – mówię, a on na to: „To ja ci kupię”.

Pieniądze kojarzą ci się z bezpieczeństwem?
Bardziej z luksusem. Ale nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Może dlatego, że nigdy nie miałam ich aż tyle, żeby mnie zepsuły. I zawsze ciężko pracowałam, żeby je mieć.

Podczas pandemii nie pomyślałaś: „Czemu nie oszczędzałam całe życie? Dziś mogłabym być spokojna”.
Nie pomyślałam tak, bo to, że nie zarabiałam takich pieniędzy, żeby oszczędzić, nie było moją winą. Poza tym lubię pracować, praca daje mi poczucie, że jestem potrzebna. Ten czas, kiedy nagle wszystko stanęło i zostaliśmy zamknięci w domach, był trudny. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że na kilka miesięcy utknę bez pracy, nie uwierzyłabym, że mogę to przetrwać. Tymczasem okazało się, że dałam radę. „Usiadłam na dupie”, jak to mówią. Napisałam doktorat, skończyłam kolejną książkę, zajęłam się Stachem i sobą. Myślę o kolejnych projektach. Nie marudzę.

Zaczęłaś też pisać na Instagramie „Listy do siostry”. To właściwie pełna humoru i czułości saga rodzinna.
Nigdy nie lubiłam mówić o sobie i mocno chroniłam prywatność, tymczasem znalazłam formę, w której doskonale się odnajduję. Robię to, co chcę, to mi sprawia przyjemność. Lubię te nasze instagramowe scenki, które pokazują kawałek naszego życia, ale z przymrużeniem oka. Odpowiadam na wszystkie komentarze.

Masz na to czas?
Nie mam, ale jak ktoś do ciebie pisze list, trzeba odpowiedzieć. To kindersztuba wyniesiona z domu i po pięćdziesiątce miałabym to zmieniać!? Zresztą bardzo to lubię. „Listy do siostry” narodziły się w mojej głowie w naturalny sposób – po prostu chciałam być Teresą. To jest kobieta, która ma wszystko, czego ja nie mam. Każdy takie relacje ma w swojej rodzinie. Ciotka Lutka, babcia Aniela, matka – to kobiety, które każdego z nas otaczały w różnych momentach życia. Spoglądam na moją rodzinę delikatniej niż kiedyś, nie obarczam rodziców winą za wszystkie moje błędy i niepowodzenia. Żal staram się zastąpić humorem i czułością. Jeśli się da.

Pandemia zmieniła spojrzenie wielu z nas na rodzinę i związki.
Pandemia zatrzymała mnie w domu, zbliżyła do rodziny. Wreszcie mogłam być cały czas z dzieckiem. Ten nieustanny kontakt ze Staszkiem, na który wcześniej brakowało mi czasu, to najpiękniejsze, co mogło mi się przytrafić. Marek na szczęście pracował dużo, więc aż tak się nie zbliżyliśmy, może i dobrze.

Coś nowego odkryłaś w waszej relacji z Markiem, czego w tym pędzie nie zauważałaś?
Że wciąż go lubię i mi się podoba. Jest mi z nim bardzo dobrze. Marek jest pierwszym mężczyzną, poza moim ojcem, który jest dla mnie dobry, co w moim życiu nie było takie oczywiste. Nigdy nie starałam się go zmienić, przerobić według swoich oczekiwań, podobnie zresztą Marek zawsze dawał mi wolność i akceptował we mnie wszystko. Są rzeczy, które wkurzają nas w sobie nawzajem na maksa, ale nauczyliśmy się z tym żyć. Ludzie się nie zmieniają i nie należy ich do tego zmuszać, lepiej się przyzwyczaić albo dać sobie spokój. Praca nad związkiem kojarzy mi się źle.

Gdybyś mogła przeżyć jedno życie na brudno, a drugie na czysto, coś byś zmieniła?
Jeśli prawdziwa jest teoria, że przeżywamy swoje życie w ten sam sposób, to wyboru nie mam, ale gdyby jednak inny wybór w jakimś momencie życia miał doprowadzić do innego finału, tobym się nie zdecydowała. Moje obecne życie bardzo mi się podoba.

A co byś powiedziała dzisiaj 20-letniej Izie Kunie?
Żeby się nie bała. I że da sobie radę sama. I żeby bardziej w siebie wierzyła. Że jest fajna. I ładna. I zgrabna. I mądra. I bystra. I żeby chodziła w krótkich spódniczkach. Żeby żyła i bawiła się.

Do jakiej fantazji byś ją namówiła?
Powiedziałabym jej, żeby wdawała się w romans za romansem. Ja romansowałam za mało.

Izabela Kuna, ur. w 1970 r. w Tomaszowie Mazowieckim. Jest wykładowcą w Akademii Teatralnej w Warszawie. Popularność przyniosła jej rola w filmie „Lejdis”, potem były między innymi: „Galerianki”, „Supermarket”, „Pod Mocnym Aniołem” czy „Wołyń”. Nie unika telewizji, teraz możemy ją oglądać w serialu TVN „Nieobecni”. Jest autorką książki „Klara” i scenariusza „Czwarta godzina”, za który otrzymała Nagrodę Hartley-Merrill. Prowadzi instagramowego bloga – rodzajowe scenki z Markiem i „Listy do siostry”. Prywatnie związana ze scenarzystą i lekarzem Markiem Modzelewskim. Wychowuje z nim syna Stanisława i córkę z pierwszego małżeństwa – Nadię.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze