fbpx

Wywiad z Katarzyną Bondą

fot. Rafał Masłow

Z Katarzyną Bondą, najpopularniejszą polską autorką kryminałów, rozmawia Katarzyna Droga, redaktor naczelna magazynu „Sens”.
Katarzyna Droga: Kasiu, twój sukces nie przyszedł od razu, czekałaś na niego 10 lat. Co stało się przełomem
Katarzyna Bonda: Dziś tak to widzę: Pan Bóg czy los, ktoś kto zarządza, ten wielki matematyk sprawdzał mnie: czy ty naprawdę chcesz być pisarką? Nagroda będzie, ale czy wytrzymasz? 10 lat to dużo czasu – dekada, ludzie zmieniają się dokumentnie, umierają … Nie wiem, jak je wytrzymałam, chyba po prostu tak bardzo pragnęłam pisać, że gotowa byłam poświęcić wszystko, poza dzieckiem. Przez długi czas nie miałam pewności, ile to moje pisanie jest warte, pisałam tak jak czułam, ale w pewnym momencie schowałam honor do kieszeni i zaczęłam się uczyć. W większości od zagranicznych tutorów, dziś mi to procentuje. To był ten przełom. Nam w Polsce wydaje się, że jak mamy dobrą historię, to wystarczy usiąść za biurkiem i ją zapisać. Nieprawda. Anglosasi od dawna tego uczą: najważniejszy jest pomysł, kompozycja, te wszystkie elementy, które czynią cię zawodowcem, widzisz szwy. Teraz najpierw robię bardzo precyzyjne plany książki. Najbardziej tego nienawidzę, wtedy strasznie klnę i jestem okropna, a jak zrobię plan, to jestem spokojniutka, bo po prostu idę po kolei i realizuję. Kiedy składałam wydawcy serię o Saszy ( Cztery żywioły Saszy Załuskiej – przyp.red.) to dostał bardzo precyzyjny projekt, wszystko w punktach, od razu cztery części. Konspekt miał 18 stron i zawierał profil psychologiczny, profil zawodowy, profil osobisty Saszy z jej historią, i każdy z tomów miał kolejne streszczenia. Wydawca zadzwonił po 20 minutach, by podpisać umowę, więc pojechałam i podpisałam. I wtedy usłyszałam, że pierwszy raz spotykają się z autorem, który aż tak dobrze zna swoją powieść. Zrozumiałam, że jestem kilka kroków do przodu. I to jest tak, że kiedy wydaje ci się, że jesteś na szczycie, to widzisz, że dalej jest jeszcze wyższa góra! No i co, nie pójdziesz tam?

KD. Pewnie, że pójdę! Czego jeszcze nauczył cię ten czas?
KB. To, czego uczyłam się przez lata, to zdrowy egoizm, że to ja jestem najważniejsza. I wcale nie chodzi o to, że stawiam się ponad wszystkimi, tylko o to, że to moje emocje są dla mnie najważniejsze. I chcę tego nauczyć swoją córkę, bo w naszym świecie dziewczynki mają tak, że robią wiele rzeczy dla innych. Rozwinięta empatia, wszystko to, co nam rodzice wkładają do głowy, te: „musisz być grzeczna, nie możesz bekać, charczeć, masz się dobrze uczyć i siedź prosto, a nie pobrudź tej białej bluzki”. Mali faceci patrzą na świat inaczej. Dlaczego on ma na przykład potrzymać balon koleżance? Ma swój do trzymania. A dziewczynki grzecznie biorą dwa balony i jeszcze pięć siatek od kogoś. My kobiety tkwimy latami w tych samych butach, sytuacjach niekomfortowych i potem nie mamy już sił tego zmieniać. To tak jak z chorobą. Na początku jest dotkliwa, potem człowiek się przyzwyczaja. Moja znajoma tkwi w toksycznym związku od osiemnastu lat. Są bardzo dobrze sytuowani, na zewnątrz wygląda to wspaniale, oboje pracują, mają śliczne dziecko, a problem w tym, że od dawna się nie kochają, on jest alkoholikiem, ma kochanki. To jest prosta sytuacja. Ja jej mówię: rzuć tego chłopa! I co słyszę? A gdzie ja pójdę? Do wynajmowanego mieszkania? I choruje, jest tam przemoc psychiczna i fizyczna. Zastanawiam się: dlaczego ona nie dokonuje zmiany? Czy brakuje jej odwagi, czy może ma taką matrycę? Jak przestępcy, o których rozmawiamy w „Sensie” – mają error, błąd w matrycy. Ona ma taki, który nakazuje jej funkcjonować w toksycznej relacji, bo czuje się w niej bezpiecznie, bo dla niej najważniejsze jest to, żeby mieć ten zajebisty lokal i nie ma siły, by się wyzwolić. Sensem życia wielu kobiet, które spotykam, jest znalezienie dobrego męża. Ja się w tym nie znajduję, i czuję się czasem jak dewiant – od pewnego czasu żyję sama, sama się utrzymuję, sama podejmuję decyzje.

KD. Jesteś feministką?
KB. Tak mówią, ale nie wiem. Czym to jest? Nie identyfikuję się z genderową wojenką, ale wierzę w przestrzeń niepodległości kobiecej, ale też w to, że nie możemy my jako kobiety kastrować tych mężczyzn. Trzeba im pozwolić na przestrzeń męskości. Kobiety mają wiele narzędzi, by mężczyzna czuł się stuprocentowym samcem, a oni to uwielbiają. Ja lubię, kiedy otwiera się drzwi przede mną, lubię, kiedy się mnie wozi, traktuje jak księżniczkę i jestem w stanie ze swojej strony pewne gesty – włącznie z ugotowaniem kolacji. Świat bez mężczyzn byłby straszny! Kobieta musi wielbić swojego mężczyznę, kiedy nie czuje się wielbiony, nie odczuwa szacunku, że to on jest dominujący, jest przywódcą tego stada, że to on podejmuje ostateczne decyzje.

KD. Aż tak patriarchalnie?
KB. Jest to patriarchalne, ale powiem tak: kiedy mój ojciec umierał w wieku 56 lat, dużo rozmawialiśmy i wtedy bardzo się zbliżyliśmy. Wcześniej nie okazywał emocji, nie mówił, że kocha, ale pokazywał to poprzez czyny. A kiedy nie był w stanie działać, to dużo mówił. Że nas kocha i że gdyby drugi raz miał wybrać kobietę swojego życia, to byłaby nią moja mama, i powiedział jedną rzecz: wiesz, jak się pobieraliśmy się z mamą, to umówiliśmy się nią, że ja będę podejmował wszystkie ważne decyzje, a ona wszystkie małe. Tylko wiesz co? Okazało się, że w życiu nie ma żadnych ważnych decyzji. Wszystkie są małe. I niby z jednej strony mama uległa patriarchatowi, ale to ona zarządzała tą rodziną. Powrót do tego typu zachowań, bez utraty niezależności, naprawdę nikomu nie szkodzi, a gwarantuje wieloletni satysfakcjonujący związek. I nie ma co z tym walczyć.

KD. Czy ojciec dał ci wsparcie ?
KB. Ojciec to był Zawisza! To był facet, do którego się szło, mówiło się jaka jest sprawa i on to załatwiał. I pozwalał mi na to, bym była kim jestem. Miałam do niego wielki szacunek, nie zdarzyło się abym podważyła ten autorytet. Kiedy gdzieś bywaliśmy i stałam koło niego, to tę siłę wyczuwałam. Nic nie robił, po prostu był. Pewnie poszukuję kogoś podobnego! Miałam już kilka ważnych dla mnie związków i tylko kilka razy zdarzyło mi się podobne uczucie. Niepodległość to moja wada, ale to ona sprawiła, że byłam w stanie wydostać się z prowincji i odnaleźć w nowej przestrzeni.

KD. Jak tego dokonałaś?
KB. Wszystko co mam, zawdzięczam temu, że zawsze byłam otwarta na ludzi. Zawsze chciałam rozmawiać, byłam pokorna wobec tych, którzy chcieli mi coś pokazać, otworzyć nową przestrzeń. Ja lubię się uczyć – kiedy wchodzę do eksperta kryminalistyki, mówimy o poważnych kwestiach. Ludzie z organów ścigania są bardzo nieufni i wcale nie jest łatwo wydobyć z nich wiedzę, a ja potrzebuję tych konkretów, żeby napisać scenę. Wchodzę do nich i gdybym nie była dziewczyną, która za każdym razem wychodzi z podlaskiej Hajnówki, to bym nic nie uzyskała. A że jestem, to pytam i uzyskuję odpowiedzi. Cała ta moja droga i moje wybory życiowe, włącznie z pracą dla kobiecych pism poradnikowych, wszystkie te doświadczenia, dzisiaj mi się przydają. Pamiętam – pisałam teksty o nietrzymaniu moczu – przydało mi się to potem w książce. A w tej chwili nie mam już kompleksów, że jestem z prowincji, mówię o tym z dumą i przekonuję wszystkich, że w momencie, kiedy coś jest poparte merytoryką, to się obroni. Ale bez hartu ducha i wiary, ale nie z głowy, nie z serca nawet, ale z brzucha, bez tej wiary, że naprawdę tego chcesz – nic nie zrobisz. Jak tę wiarę masz – będzie ci dane.

Więcej o psychologii zbrodni, prowincji o tym czego ludzie szukają w kryminałach – w czerwcowym numerze SENSu

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze