1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Poszukiwanie przodków: Moda na odkrywanie rodzinnej historii

Poszukiwanie przodków: Moda na odkrywanie rodzinnej historii

fot. istock
fot. istock
Miliony dokumentów w sieci, fałszywe tropy, śmiałe hipotezy. Internetowe serwisy kuszą szansą odnalezienia przodków w ciągu kilku sekund. Ale poszukiwanie korzeni bardziej przypomina detektywistyczne śledztwo niż randkę na Tinderze.

Katarzyna Stuczyńska zawsze po cichu liczyła, że jest szlachcianką. Chociaż trochę. Kilka lat temu postanowiła to sprawdzić. Połączyła siły z zaprawioną w genealogicznych bojach kuzynką i ruszyła na podbój archiwów. Przekopała się przez setki metryk, urzędowych dokumentów i parafialnych wykazów. Szukała w sieci, jeździła po cmentarzach, odwiedzała urzędy stanu cywilnego, nauczyła się odczytywać XIX-wieczne dokumenty pisane cyrylicą. I chociaż ku jej rozczarowaniu okazało się, że szlachecka krew w niej nie płynie, odkryła coś innego – poszukiwanie rodzinnych korzeni potrafi wciągnąć na dobre. A bycie potomkinią kowali i zegarmistrzów, których samemu się wytropiło, jest również satysfakcjonujące.

W człowieku odzywa się detektywistyczna żyłka, która przypomina o sobie od czasu do czasu. Potrafię wtedy przez kilka tygodni siedzieć noc w noc nad dokumentami i szukać śladów po moich przodkach – opowiada Kasia.

Udało jej się zrekonstruować drzewo genealogiczne ze strony mamy do ósmego pokolenia wstecz, czyli mniej więcej do połowy XVIII wieku. Jej znaleziska sięgają nawet dalej, do dziesiątego pokolenia, w którym odkryła przodków będących niemieckimi kolonistami. Zwykle są to tylko imiona i nazwiska, nie ma aktów urodzenia czy małżeństwa, więc brakuje stuprocentowej pewności co do pokrewieństwa. A Kasia jest poszukiwaczką sumienną – wpisuje w swoje drzewo tylko tych przodków, z którymi pokrewieństwo jest w stanie udowodnić. Nie wszyscy tak robią.

Znam takich, którzy wpisują jak leci, nawet jeśli tylko podejrzewają, że ktoś może być krewnym. W ten sposób spokojnie można w swoim drzewie dojść do pokrewieństwa z Chopinem czy Krasińskim, bo na pewnym poziomie drzewa genealogicznego rozgałęzienia są tak rozległe, że sięgać mogą gdziekolwiek. Niektórym to poprawia samopoczucie – śmieje się Kasia.

Cholera w Krzyworzece

Trudno powiedzieć, ile osób w Polsce prowadzi podobne poszukiwania. Z pewnością jednak odkrywanie rodzinnych korzeni staje się coraz bardziej powszechne. Na najpopularniejszym społecznościowym portalu umożliwiającym budowanie drzew genealogicznych i odnajdywanie krewnych – międzynarodowym MyHeritage– zarejestrowanych jest 1,6 miliona polskich użytkowników (MyHeritage.pl). Portal pozwala nie tylko na rozrysowanie własnego drzewa genealogicznego, ale i oferuje funkcje (dostępne po opłaceniu abonamentu), które pozwalają jednym kliknięciem „zmaczować” wszystkie zapisane profile, czyli porównać i dopasować elementy naszego drzewa genealogicznego z innymi z całego świata. W teorii więc, nie ruszając się sprzed komputera, możemy odnaleźć krewnych na całym świecie w kilka sekund.

Istnienie tego typu portali na pewno zachęca do rozpoczęcia przygody z genealogią – przyznaje Alan Jakman, 21-latek, założyciel internetowego miesięcznika genealogicznego „More Maiorum”.

Pierwsze rodzinne drzewo pokrewieństwa rozrysował w drugiej klasie gimnazjum jako zadanie na godzinie wychowawczej. A że zawsze był dociekliwy, nie przestał szukać kolejnych odgałęzień, nawet kiedy już zadanie zaliczył (z wyróżnieniem). Dzisiaj jego drzewo sięga mniej więcej 1654 roku, kiedy to jego przodkowie przybyli z Austrii lub Niemiec w Góry Orlickie, by pracować najprawdopodobniej przy wyrębie lasów. Stamtąd przenieśli się do Kamienicy Polskiej pod Częstochową. Tę wieś razem z innymi osadnikami wykupili od dziedziczki Antoniny Sadowskiej. Tu urodził się prapradziadek Alana. Poszukiwania związane z nietypowym nazwiskiem doprowadziły go też do odkrycia, że jego dalekim krewnym jest porucznik rezerwy Feliks Jachman, zamordowany wiosną 1940 roku w Katyniu. Alan ma niezłą praktykę w poszukiwaniach i chętnie dzieli się swoimi doświadczeniami z innymi. Jest jednak dość sceptyczny, jeśli chodzi o odnajdywanie krewnych „jednym kliknięciem”.

W sieci możemy albo znaleźć wszystko, albo zupełnie nic. Wiele zależy od szczęścia – tłumaczy. – Czasami trop się urywa, bo dokumenty z danej parafii posłużyły w czasie wyjątkowo mroźnej zimy jako opał do kominka. Różnie też bywa z ich digitalizacją. Jeśli mamy przodków z województwa mazowieckiego, świętokrzyskiego czy ziemi łęczyckiej, to szanse są znacznie większe. Gorzej, jeśli szukamy metryk z Podkarpacia, Żywiecczyzny czy Podlasia. Wtedy zaczną się schody – przestrzega Jakman.

W sieci jest kilka portali, gdzie spotykają się fascynaci genealogii. Wymieniają się spostrzeżeniami, pomagają w interpretacji dokumentów, poszukują informacji o krewnych. To wielka społeczność, która najczęściej zupełnie bezinteresownie rozbudowuje wirtualną bazę danych i pomaga sobie wzajemnie: skanuje metryki, uzupełnia dane, dzieli się znalezionymi dokumentami. Na największym genealogicznym forum Genealodzy.pl (na Facebooku profil polubiło ponad 150 tys. osób) nie brakuje ogłoszeń typu „Posiadam listę nauczycieli z Galicji z lat 1868–1914” albo „Dotarłam do wykazu zmarłych z cmentarza cholerycznego w Krzyworzece z 1852 roku, może komuś się przyda”. Na forum cały czas toczą się dyskusje. Ktoś wrzuca zdjęcie pradziadka Stefana urodzonego w 1901 roku z prośbą o zidentyfikowanie munduru, w który jest ubrany, inny prosi o pomoc w odczytaniu aktu urodzenia praprapradziadka Walentego, który przyszedł na świat w 1859 roku, a wątpliwości budzi różnie zapisane nazwisko rodowe matki. Z pomocy forumowiczów korzystała też Kasia.

Kiedy masz wątpliwości przy interpretacji danych, zawsze ktoś pomoże – zapewnia.

Dużo mówi się o dostępności dokumentów w sieci, postępującej digitalizacji. W największych zbiorach, takich jak chociażby tworzona siłami wolontariuszy Geneteka.pl, znaleźć można miliony zindeksowanych dokumentów. Jednak już samo ich odczytanie może stanowić trudność, nie mówiąc o interpretacji dokumentów.

Przede wszystkim trafiamy na dokumenty pisane ręcznie, często niewyraźne. Litery bywają zamazane, koślawe, ich odcyfrowanie to wyższa szkoła jazdy – opowiada Alan.

Odczytanie dokumentów to często pierwsza bariera, na jaką natyka się genealog amator. Druga to kwestie językowe – trzeba pamiętać, że przez 123 lata Polska oficjalnie nie istniała, a wszystkie dokumenty sporządzane były w językach zaborców – dlatego też w poszukiwaniach sięgających okresu przed 1918 rokiem natrafimy na dokumenty po niemiecku, rosyjsku czy łacinie. Z doświadczenia Jakmana wynika, że w dobie digitalizacji wiele osób równie szybko zapala się do genealogicznych poszukiwań, jak i z nich rezygnuje po pierwszych niepowodzeniach.

Odnalezienie metryk to tylko początek.  Dopiero potem zaczyna się prawdziwa detektywistyczna przygoda – twierdzi Alan.

Mając dane i garść opowieści rodzinnych, możemy zacząć stawiać hipotezy, a potem szukać sposobów na to, by je potwierdzić. Liczy się kreatywność.

Genealogia to przygoda z historią. Trzeba znać realia dawnych czasów, geografię, czasem topografię, oglądać mapy. Świetnymi źródłami są gazety, z których można choćby wyczytać, co działo się w okresie, gdy przodkowie np. zniknęli nam z „radarów”. Może były w okolicy jakieś klęski żywiołowe, zaraza albo przemarsze wojsk, które zmuszały do przeprowadzki – tłumaczy Jakman.

Tożsamość z korzeni

Poszukiwanie rodzinnych korzeni stało się popularne na całym świecie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie wszyscy skądś przyjechali i chcą dowiedzieć się o tym czegoś więcej. Do Polski ta moda dociera powoli, ale zaczyna zataczać coraz szersze kręgi wychodzące poza środowisko historyków fascynatów. Rosnąca potrzeba poszukiwania rodzinnych korzeni zdaniem psycholożki dr Joanny Heidtman wynika w dużej mierze z czasów, w których żyjemy.

A żyjemy w czasach masowego indywidualizmu. Poprzez masowość upodabniamy się do siebie – to, jak wyglądamy, jak mieszkamy, jak funkcjonujemy. Ale jednocześnie zachodnia kultura podkreśla wyjątkowość, indywidualizm, niepowtarzalność. Odnalezienie przodków, zbudowanie niepowtarzalnej rodzinnej narracji może być sposobem na zaspokojenie tej potrzeby wyjątkowości – uważa dr Heidtman.

Jej zdaniem to jeden ze sposobów uniknięcia sytuacji, w której w masowym społeczeństwie jako jednostka zaczynamy wręcz znikać.

Naszą tożsamość kształtujemy poprzez poczucie odmienności, odrębności, specyficzności. Jeśli w swoim najbliższym kręgu, czyli w rodzinie, odnajduję osoby o wysokim statusie, charyzmie czy szczególnych zdolnościach, mogę mieć osobiste poczucie, że mnie to także identyfikuje, buduje moją wartość, wyróżnia – tłumaczy psycholożka.

Dla pisarki Ałbeny Grabowskiej, która w powieści „Tam, gdzie urodził się Orfeusz” zebrała rodzinne opowieści swojej babci mieszkającej w Bułgarii, bałkańskie korzenie są istotne. – Chociaż zawsze czułam się Polką, moje bułgarskie pochodzenie jest dla mnie ważną częścią tożsamości – tłumaczy pisarka.

Sama nigdy nie przeczesywała dokumentów w poszukiwaniu śladów swoich przodków.

Żeby poznać własne korzenie, wcale nie trzeba iść do archiwum – wystarczy zapytać babcię, ciotkę, kuzynkę. I lepiej to zrobić od razu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy będzie za późno – przypomina i dodaje: – To, kim byli nasi przodkowie, zawsze w jakiś sposób nas kształtuje. Ja napisałam książkę „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, by rodzinne losy ocalić od zapomnienia. Żeby moje dzieci miały skąd czerpać wiedzę o swoim pochodzeniu – tłumaczy Ałbena Grabowska.

Z potrzeby serca

Bez względu na motywację genealogiczna pasja wymaga przede wszystkim czasu i cierpliwości. Nie wszyscy dysponują jednym i drugim. Jeśli jednak chcą rozwiązać rodzinną tajemnicę sprzed lat, zbudować drzewo genealogiczne czy odnaleźć krewnych, mogą zwrócić się o pomoc do fachowców. Nie brakuje firm, które poszukiwaniami zajmują się komercyjnie. Kinga Borowiec i Karolina Szlęzak firmę Your Roots in Poland założyły siedem lat temu. Lubią mówić o sobie, że tropią rodzinne historie. Odnajdują zaginionych krewnych i nieślubne dzieci, sprawdzają, czy pradziadek naprawdę przegrał majątek w karty, jakie oceny na świadectwie miał przodek znanego matematyka. W sumie w Your Roots in Poland pracuje dziewięć osób, które miesięcznie prowadzą nawet 20 spraw. Niektóre z nich można zamknąć w ciągu tygodnia – jak na przykład znalezienie miejsca pochówku dalekiego krewnego – inne ciągną się miesiącami albo latami. Najdłuższą sprawę właśnie niedawno zamknęły. Po siedmiu latach. Po ponownej analizie danych udało się znaleźć trop zaginionych trzynaściorga rodzeństwa babki ich klientki. Kto się zgłasza? Kinga szacuje, że mniej więcej 65 procent ich klientów to osoby z zagranicy – głównie z USA, Kanady, ale są też Brytyjczycy, mieszkańcy RPA, Australii, Szwajcarii czy Nowej Zelandii. Najczęściej to ludzie blisko emerytury, którzy mają czas i pieniądze, a przede wszystkim wewnętrzną potrzebę odnalezienia swoich korzeni.

Zdecydowana większość szuka z potrzeby serca – tłumaczy Karolina. Bardzo często planują podróż do Polski szlakiem przodków. Dziewczyny pomagają im tę wyprawę opracować. Odnajdują na cmentarzach grobowce, starają się znaleźć miejsce, gdzie mogło stać domostwo prapradziadka, czasami uda się znaleźć  żyjących krewnych. Jakiś czas temu zabrały amerykańskiego dziennikarza do wioski pod Sanokiem, gdzie przed wojną mieszkał jego dziadek. Udało im się znaleźć fundamenty rodzinnego domu i kilka gruszy, które rosły w jego sadzie i do dzisiaj owocują. Co ciekawe, pierwsze, co dziadek zrobił po osiedleniu się w Ameryce, to posadzenie sadu gruszkowego! Okazało się też, że w wiosce nadal żyje 94-letni sąsiad dziadka, który opowiedział o dniu, kiedy ten został wywieziony przez gestapo do obozu.

To są zawsze bardzo wzruszające spotkania – wspomina Karolina. Nie brakuje jednak zaskoczeń. – Jakiś czas temu zgłosiła się do nas rodzina muzyków z Zachodu, których babka miała polskie korzenie. Dostaliśmy informację, że pochodziła z dobrze sytuowanej katolickiej rodziny. Okazało się jednak, że babka Krysia tak naprawdę pochodziła z rodziny żydowskich kupców. Wyjeżdżając za granicę, dziewczyna wymyśliła swoją przeszłość na nowo – opowiada Kinga.

Podobnych zaskoczeń przy odkopywaniu rodzinnych historii nie brakuje. Nie wszystkie łatwo zaakceptować.

Te, które odbiegają od naszego wyobrażenia, najczęściej marginalizujemy lub wypieramy. Czasem tłumaczymy sobie, że to pomyłka lub prawdopodobnie źródła nie były wiarygodne – wyjaśnia dr Joanna Heidtman i dodaje, że takie zaskakujące odkrycie może także zmienić postrzeganie własnej tożsamości. Jest to trudne, bo wymaga przebudowania na nowo naszej wizji samego siebie, zmiany wielu poglądów lub ocen. Ale wtedy takie odkrycie staje się głębokim doświadczeniem, przełomem, czasem uwolnieniem.

Jednak taka zmiana następuje tylko wtedy, kiedy naprawdę jesteśmy gotowi na prawdę i otwarci na różne, nie zawsze wygodne historie o naszej rodzinie – przyznaje dr Heidtman.

Czasami jednak o poszukiwaniu polskich korzeni decydują względy praktyczne. Od czasu brexitu zdecydowanie wzrosła liczba klientów z Wielkiej Brytanii, którzy chcą starać się o polskie obywatelstwo, odnajdując swoich polskich przodków.

Dzięki temu nawet po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej będą mogli korzystać z przysługujących im teraz przywilejów – tłumaczy Kinga. – Czy zawodowcy lepiej niż amatorzy rozwikłają genealogiczne zawiłości? Pracujemy szybciej i efektywniej. Wiemy, gdzie szukać, łatwiej nam pracować w archiwach, urzędach, mamy przetarte szlaki, znamy specyfikę dokumentów. Ci, którzy bardzo chcą, mają czas i ochotę, dojdą do podobnych efektów. Nam pracę ułatwia wiedza, którą trudno zdobyć z dnia na dzień. Znamy zawiłości historyczne i wiemy, jak czytać staropolskie formularze – zaznacza. Za profesjonalizm trzeba zapłacić. Dzień pracy w archiwum z tłumaczeniem i przygotowaniem raportu to koszt około 600 zł. Cena zależy od czasu, jaki trzeba na poszukiwania poświęcić. Drzewo genealogiczne z informacjami o przodkach to wydatek od trzech do ośmiu tysięcy. Koszt zwykle jednak nie gra roli. Wspomnienia i wzruszenia są bezcenne.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Wędrujący stolik - nośnik wspomnień

Wędrujący stolik - nośnik wspomnień (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)
Wędrujący stolik - nośnik wspomnień (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)
Niepozorny mebel, łącznik między dawnymi a nowymi czasy. Dla Antoniego Komasy-Łazarkiewicza to przede wszystkim nośnik wielu wspomnień.

W ciągu życia dość intensywnie się przeprowadzałem, zmieniałem kraje i po drodze zdążyłem zgubić większość rodzinnych pamiątek. Na szczęście ta, bardzo dla mnie cenna, ocalała. Uświadomiłem sobie teraz, że towarzyszy mi dzielnie od urodzenia. To niepozorny mebelek, tak zwany stolik palacza, z cynowym blatem. Cynowym właśnie po to, żeby można było bezkarnie strzepywać nań popiół. Okrągły, z charakterystyczną odciśniętą na blasze szachownicą. Jeden z naszych rodzinnych mebli. Najpierw pamiętam go u babci, mamy taty, w Szklarskiej Porębie. Wydaje mi się, że nie mogło go zabraknąć w takim porządnym drobnomieszczańskim domu, z jakiego babcia się wywodziła. Ale jego historia jest dłuższa. Około 100 lat temu trafił, jako część wyprawki, do domu mojej prababci w okolicy Tarnowskich Gór. Stamtąd przewędrował do Rozdroża Izerskiego, gdzie moja babcia prowadziła prewentorium gruźlicze dla dzieci. Potem znalazł się u moich rodziców w Warszawie. Pamiętam, że przez całe dzieciństwo był moim ulubionym stolikiem do jedzenia śniadania, gry w szachy i warcaby. Potem przeprowadził się razem ze mną do mojego pierwszego warszawskiego mieszkania, skąd zabrałem go ze sobą do Berlina. Pewnego razu zobaczyłem tutaj podobny egzemplarz na targu staroci i zapytałem handlarza o jego pochodzenie. Okazało się, że takie stoliki produkowane były przed wojną wyłącznie w jednym miejscu, i to była fabryka w Berlinie. Tak więc dzięki mnie ten stolik wrócił do swojej ojczyzny. Stoi teraz w dużym pokoju i nie służy do strzepywania popiołu, tylko do odstawiania filiżanek. Jest dla mnie nośnikiem wielu wspomnień, takim artefaktem. Przebył przez ostatnie 100 lat wiele kilometrów, drogę w kształcie zamkniętego koła na mapie, która w tym czasie uległa radykalnym transformacjom. Kawał drogi i potężna karta historii. Ciekawe, czy ta podróż dobiegła końca.

Antoni Komasa-Łazarkiewicz kompozytor filmowy, autor muzyki między innymi do filmów: „Winterreise”, „W ciemności”, „Pokot”. Od stycznia w Radiu 357 w każdy poniedziałek o godz. 16.00 prowadzą z żoną Mary Komasą swoją audycję. (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza) Antoni Komasa-Łazarkiewicz kompozytor filmowy, autor muzyki między innymi do filmów: „Winterreise”, „W ciemności”, „Pokot”. Od stycznia w Radiu 357 w każdy poniedziałek o godz. 16.00 prowadzą z żoną Mary Komasą swoją audycję. (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)

 

  1. Psychologia

Poskromienie teściowej – jak przestać ulegać?

Jeżeli matka stwierdzi urażona: „skrzywdziłaś mnie, córciu” – trzeba dostrzec sprzeczność między tym, co mówi, a tym, co naprawdę się zdarzyło. Dziecko nie skrzywdziło matki, ma prawo żyć po swojemu. (Fot. iStock)
Jeżeli matka stwierdzi urażona: „skrzywdziłaś mnie, córciu” – trzeba dostrzec sprzeczność między tym, co mówi, a tym, co naprawdę się zdarzyło. Dziecko nie skrzywdziło matki, ma prawo żyć po swojemu. (Fot. iStock)
Ustala szczegóły ślubu. Potem traktuje dom młodych jak własny – poucza, rządzi, krytykuje... Co robić?! Zrozumieć, czemu tak postępuje. I nie ulegać. Jak? – podpowiada Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta. 

Wesele będzie, hejże, hej! – według ustaleń mam. Matka pana młodego chce tradycyjnego, rodzinnego ślubu w „jej” Gdańsku. Chciała też, by młodzi przeprowadzili się z Krakowa na Wybrzeże, ale ustąpiła, więc młodzi zgadzają się na jej koncepcję wesela, choć dziewczyna płacze, bo marzyła o ślubie tam, gdzie się wychowała, wśród dawnych przyjaciół... Ale mieszkać chcą w Krakowie. Nade wszystko.
Jeśli ważny jest dla niej ślub w rodzinnych stronach i zamieszkanie w Krakowie, to tak właśnie powinno być. Zadaniem pary w fazie przedmałżeńskiej jest zasygnalizowanie rodzicom i przyszłym teściom swojej odrębności – właśnie teraz, a nie później, bo spraw wywołujących konflikt interesów wciąż będzie przybywać. Dobrze więc potraktować sytuację sporu o ślub jako okazję, by tę odrębność zademonstrować. Jak? Działając w myśl zasady: „rób to, na co jesteś się w stanie zgodzić, i nie ustępuj ani o krok w sprawach, na które zgodzić się nie chcesz”.

Młodzi mówią: „zgodzimy się na »twój« ślub, ale będziemy żyć po swojemu”.
Tak myślą ci, którzy zostali wychowani na osoby uległe, mające poczucie niskiej wartości, braku wpływu na swoje życie. Przejawia się to zwłaszcza w sytuacjach konfliktowych. Wówczas wybierają strategie uległości, bo myślą, że uda się uniknąć negatywnych emocji i trudnych sytuacji. Ale nie uda się, bo strategia uległości...

...to nie jest strategia uległości, tylko wyraz szacunku dla rodziców!
Jeśli mylimy uległość z szacunkiem, to prawdopodobnie rodzice wychowali nas w przekonaniu, że powinniśmy być im wdzięczni. Sądzą, że dzieci ma się „po coś”, a głównie po to, by odpłaciły za wychowanie i opiekę. Jako psychoterapeuta powiem: jeśli ktoś tak myśli o dzieciach, to lepiej, by kupił sobie psa, niż starał o dziecko. To ważne, by tę sytuację ujrzeć we właściwym świetle, bo wtedy jasne stanie się, dlaczego wszelkie przejawy odrębności ze strony młodych – rodzice traktują jako zagrożenie. Zagrożenie dla ich nadrzędnego celu – utrzymywania dominacji nad dziećmi, by te im nie uciekły, nie zaczęły żyć własnym życiem, nie zerwały się ze smyczy wdzięczności.

Skoro dzieci nie ma się po to, żeby były wdzięczne, to po co?
Właściwa odpowiedź brzmi: „po nic!”. Dziecko się kocha i wychowuje tak, by mogło funkcjonować samodzielnie, a nie, by „osiągnęło to, czego ja nie osiągnąłem, by mnie kochało czy żebym mógł być z niego dumny”. Decydując się na założenie rodziny „po coś”, postępujemy egoistycznie. Tak wychowywane dzieci mają inne przekonania na temat szacunku i uległości niż te, które rodzice mieli, bo chcieli mieć. W rodzinach to „po coś” przenosi się jak infekcja także na kolejne pokolenia.

W sytuacji, o której mówisz, problemem jest nie tylko relacja między młodymi i teściami, ale również pomiędzy samymi młodymi. Ważne, czego oboje chcą. Kobieta, która marzy o ślubie w swoich stronach, a godzi się na inny dla „dobra” swojego narzeczonego – stosuje strategię uległości nie tylko wobec teściowej czy matki, ale i partnera.

Wobec partnera?
Tak, jeśli unika wyrażania swojego zdania, czy godzi się na rzeczy tak sprzeczne z jej wizją własnego (!) ślubu. Dlaczego kobiety to robią? Najczęściej po to, żeby wybranek je cenił i kochał. Motywy, które sprawiają, że chcemy być postrzegani jako nadzwyczaj dobrzy, mogą być bardzo różne. Jeśli na przykład kobieta była kochana w rodzinie za uległość, potem przyjmuje taką postawę wobec partnera, od którego oczekuje miłości. Jeżeli jemu uległość narzeczonej pasuje, to może dlatego, że sam jest uległy wobec matki. Gdyby było inaczej, nie akceptowałby takiego jej zachowania i nie ulegał cudzym pomysłom na własny ślub. A tak, ta patologiczna postawa przenosi się na ich związek. Młodzi stają się ulegli wobec innych, zamiast ulegać własnym potrzebom i odważnie decydować się na to, czego chcieliby w życiu spróbować.

Znam pary, które są po ślubie już kilka lat, a nadal żyją pod dyktando teściów. Jak zacząć proces separacji?
Zgoda na jedno żądanie pociąga kolejne. Sytuacja jest trudna, kiedy matki nie potrafią lub nie chcą zdać sobie sprawy z tego, że ich dzieci są już dorosłe, kiedy mają problem z odcięciem pępowiny. Nie są zdolne do refleksji nad swoim postępowaniem nie dlatego, że są stare i zatwardziałe w swych poglądach. To mit. Przyczyna jest inna: to dzieci nie zmieniły w stosunku do rodziców swojego zachowania. Działają według scenariusza dominacji i uległości, znanego z dzieciństwa. Motywuje je pewnie lęk, że sobie nie poradzą, kiedy matki zaczną wyrażać niezadowolenie. Ale to w ich rękach leży zmiana.

Co młodzi powinni zrobić?
Po pierwsze usiąść gdzieś w spokoju i izolacji od mamusiek i pomyśleć, jakie mają cele, np.: jaki chcą mieć ślub, gdzie zamieszkać. Lub: jak wychowywać dzieci, czy żona powinna pracować, czy zajmować się domem... Kiedy już to ustalą, powinni przygotować sposoby obrony na wypadek ataku ze strony teściowych. Bo jeśli zaplanują coś wbrew nim, np. kupią mieszkanie w Jeleniej Górze, to rodzice użyją broni najcięższego kalibru, czyli poczucia winy: „zawiodłaś/zawiodłeś mnie, tego się po tobie nie spodziewałam”. Pojawią się łzy, rozpacz, groźby. Mamuśki będą wypróbowywać wszelkie strategie, jakie dotąd były skuteczne, by nadal pozostać osobami dominującymi. Młodzi powinni wiedzieć, jak sobie poradzić, nawet gdy usłyszą: „do grobu mnie wpędzisz”.

Jak sobie z tym poradzić?
Jeżeli matka stwierdzi urażona: „skrzywdziłaś mnie, córciu” – trzeba dostrzec sprzeczność między tym, co mówi, a tym, co naprawdę się zdarzyło. Dziecko nie skrzywdziło matki, ma prawo żyć po swojemu. Matka tylko poczuła się skrzywdzona. A to duża różnica. Żaden sąd by takiej winy nie uznał.

Gdy zdamy sobie sprawę z tego, że nie odpowiadamy za emocje innych, łatwiej się przed nimi obronić. Gdy matka mówi: „ja się nie zgadzam na taki ślub!” – warto się zastanowić, o co jej właściwie chodzi? I powiedzieć np.: „Mamo rozumiem, że możesz czuć się skrzywdzona, że ślub nie będzie taki, jak ty go sobie wymarzyłaś, ale to przecież mój ślub”. I dodać: „Zależy mi jednak, żebyś na nim była, bo jesteś moją matką”. Wtedy można usłyszeć: „Ale ja już nie mam córki/syna”. Oczywiście, nie jest to prawda, bo ma, a więc dlaczego to mówi? Ano dlatego, że boi się zostać sama. Jak na to zareagować? Najlepiej powiedzieć tak: „Mamo, zależy mi na tym, żebyś była na moim ślubie, a potem żebyśmy się często spotykali”. Rozumieć, o co chodzi, nie znaczy ulegać.

Ale to trudne, kiedy ona cierpi.
Tak, ale nie ma innego wyjścia. Trzeba pokazać matkom, że są kochane, ale że nie mogą rządzić naszym życiem. Większość ludzi, niezależnie od tego, jak się zachowuje, chce uzyskać akceptację, bliskość, uwagę, ciepło. Kiedy o tym pamiętamy, łatwiej pozostać przy swoim zdaniu, powiedzieć np.: „Rozumiemy was, ale nie będziemy mieszkać ani w Gdańsku, ani w Krakowie. Możecie nas odwiedzać, my będzie was odwiedzać, ale mieszkać chcemy w Jeleniej Górze”.

Rezygnacja z prawa do własnego życia, godzenie się na to, czego chcą inni, to patologia. Trzeba się też przygotować na to, że przez jakiś czas będziemy odczuwać silne poczucie winy – to koszt przecięcia pępowiny, zdobycia niezależności. Jeśli ulegniemy temu uczuciu, to nic się nie zmieni. Zacznijmy zachowywać się asertywnie. Są piękne teorie, że wszyscy powinni być wygrani. Ale obawiam się, że to niemożliwe. Najważniejsze, by jak najmniej stracili młodzi. To ich test na porozumiewanie się. Jeśli nie odrobią tej lekcji, wzorzec komunikacji, w jakim zostali wychowani, dojdzie do głosu też w ich relacji. Gdy mężczyzna poczuje się silny, zacznie dominować, a kobieta manipulować nim, grając poczuciem winy.

Kobieta stoi, jak widzę, na dole łańcucha uległości. Jak ma się ratować?
Stoi na dole do czasu pojawienia się dzieci – potem one ją na tym miejscu zastąpią. Dobrze, by zadała sobie pytanie, dlaczego zgadza się na coś, co jej nie odpowiada. Może myśli, że jej zdanie się nie liczy? Albo boi się, że jeśli czegoś zażąda, skrzywdzi innych? Bycie uległą też przynosi korzyści. Ale jeśli chce się żyć po swojemu, nie ma wyjścia – trzeba być konsekwentnym w swoich dążeniach. Bo to nie teściowie mają się zmienić, tylko młodzi zachowywać jak dorośli i niezależni, a wtedy rodzice będą ich tak traktować.

  1. Psychologia

Fundamentem szczęśliwej rodziny jest udane małżeństwo

- Rozmowa jest kluczem do bliskości - mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. (Fot. iStock)
- Rozmowa jest kluczem do bliskości - mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. (Fot. iStock)
Konflikty w rodzinie są nieuniknione i trzeba mieć świadomość, że to jest w porządku. Bo tam, gdzie są różne potrzeby, różne poglądy, musi dochodzić do ich konfrontacji. Fundamentem udanej rodziny jest udane małżeństwo. To jest podstawa – mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. 

Wszystkim marzy się szczęśliwa rodzina. Od czego zaczynać jej budowanie?
Zastanówmy się, jak zaczyna się związek. Dwie osoby zakochują się w sobie, co jest stanem bardzo przyjemnym, ale jednocześnie szczególnym, bo widzi się wtedy u drugiej osoby tylko rzeczy pozytywne. Wydaje się, że znaleźliśmy kogoś idealnego, kto zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Ten stan nie trwa bardzo długo, potem powinno nastąpić wzajemne poznanie się i dostrzeżenie swoich wad i ograniczeń. Żeby jednak dwoje ludzi mogło się poznać, muszą ze sobą rozmawiać nie tylko o rzeczach zewnętrznych, ale też o sobie: co czują, co myślą, czego potrzebują, jakie mają poglądy na wiele spraw. I to jest bardzo ważne.

Czy nie sprzyja temu tak powszechna dzisiaj praktyka mieszkania razem przed ślubem?
Niekoniecznie. Dość często jest tak, że młodzi ludzie szybko zamieszkują ze sobą, a jeszcze szybciej, bez poznania się, dochodzi do seksu, a więc największej intymności. Jeśli ten pierwszy etap poznawania się zostanie przeskoczony, to może nie być już okazji, by to nadrobić. Pary, które bardzo szybko zaczynają ze sobą mieszkać, owszem, są ze sobą, ale na ogół bardzo dużo pracują albo szybko pojawia się dziecko i tak naprawdę się nie znają!

Jakie niebezpieczeństwa z tego wynikają?
Każdy wyobraża sobie wspólne życie inaczej, jeden chce, aby było tak jak w jego rodzinie, ktoś inny odwrotnie. Każda ze stron ma swoje oczekiwania, a wychowała się w innej rodzinie, w której obowiązywały inne normy, inaczej spędzało się wolny czas.

I co wtedy?
Ja bym optowała za rozmową. Dla wielu osób to jednak coś bardzo trudnego, bo w ich rodzinach się nie rozmawiało. Często większy problem mają z tym mężczyźni, co z kolei wiąże się z różnicami w treningu społecznym dziewczynek i chłopców – dziewczynki częściej rozmawiają ze sobą o uczuciach i potrzebach, zwierzają się swoim przyjaciółkom już jako kilkulatki. Chociaż nie zawsze jest tak, że to kobieta umie rozmawiać. Dla trwałości związku dwojga ludzi ważna jest ich dojrzałość.

Na czym ona polega?
Na tym, że znam siebie – umiem wyrażać swoje potrzeby, pragnienia – ale też liczę się z rzeczywistością, czyli z tym, że osoba, z którą jestem, też ma swoje potrzeby i one są równie ważne. Im jesteśmy dojrzalsi, tym łatwiej pogodzić nam się z tym, że nasz partner jest inny niż my oraz że daleko mu do ideału. Trzeba liczyć się z ograniczeniami – że nie zawsze może być tak, jak ja chcę – i ze sobą rozmawiać, czyli także słuchać. Bo dla niektórych rozmowa to monolog. I jeszcze jedno, jeżeli chcemy budować trwały związek, to jednak świat wartości i preferowany model życia – czyli to, jak postrzegamy rolę kobiety i mężczyzny, czy chcemy mieć dzieci itp. – powinny być zbliżone.

Pojawia się dziecko i często wraz z nim przychodzi poważny kryzys związku.
Bo już nie jesteśmy tylko we dwójkę, tylko dla siebie, ale pojawia się ktoś trzeci, kto potrzebuje nas obojga. To jest krytyczny moment, stawia inne wyzwania kobiecie, inne mężczyźnie. Często trudniej jest ludziom, którym dziecko rodzi się na początku, po krótkiej znajomości, czasem nieplanowane, ponieważ nie stali się jeszcze parą, nie nauczyli się wchodzić w dynamikę kompromisów, a już muszą funkcjonować we trójkę. Istnieje niebezpieczeństwo, że mama skupi się tylko na macierzyństwie i odsunie męża od siebie i dziecka. Młody mężczyzna na ogół sam nie będzie się wtedy dobijał o swoje miejsce.

O przepraszam, dzisiaj młodzi tatusiowie rwą się do opieki nad swoim potomkiem. W ogóle dzisiejsi rodzice chcą sami brać odpowiedzialność za wychowanie dzieci, a babcie z kolei nie palą się do zajmowania wnukami.
I to jest dobre. Młodzi rzeczywiście coraz częściej mówią do babci: My cię poprosimy, jak będziesz potrzebna. Wtedy istnieje większa szansa, że tata odnajdzie się w nowej roli.

Dziecko rośnie, a wraz z nim rosną potencjalne konflikty, bo ono też ma swoje zdanie, swoje pragnienia.
Konflikty są nieuniknione i trzeba mieć świadomość, że to jest w porządku. Bo tam, gdzie są różne potrzeby, różne poglądy, musi dochodzić do ich konfrontacji. Fundamentem udanej rodziny jest udane małżeństwo. To jest podstawa. Istnienie symbolicznego „pokoju rodziców” i „pokoju dziecinnego”, podsystemu „rodzice” i podsystemu „dzieci”.

Dzisiaj wielu rodziców pyta nawet małe dzieci o zdanie na każdy temat.
To bardzo szkodliwy dla dzieci model wychowania, w którym mogą one decydować o wszystkim od małego. Uczenie dziecka podejmowania decyzji to długi proces. Na początku robią to za nie rodzice. Potem z każdym rokiem zwiększa się zakres spraw, o których dziecko może samo decydować, no ale zawsze ważna jest przytomność mamy i taty. Przytomni rodzice, nawet jeżeli ich dziecko jest już nastolatkiem, pozostawiają sobie przestrzeń, w której to oni decydują. I jeżeli np. 13-letnia córka komunikuje, że idzie na prywatkę do nieznanych ludzi, mówią „nie”.

Tylko że czasem jest za późno na mówienie „nie” nastolatce.
Jest za późno, jeżeli ona o wszystkim wcześniej decydowała sama. To rodzice tworzą normy funkcjonujące w domu i w ten sposób budują bezpieczeństwo dziecka. Dzieci w wieku przedszkolnym, które mogą same wybierać, kiedy idą spać, co jedzą, dokąd idą, nie czują się bezpiecznie. I to jest ten paradoks. Bo rodzice myślą, że jak one będą decyzyjne od małego, to wyrosną na zdrowych emocjonalnie ludzi, a jest dokładnie odwrotnie. Dla dziecka bezpieczny świat to taki, w którym rodzice wiedzą.

Co powinni wiedzieć już na początku?
Dwie idee wydają się ważne. Pierwsza dotyczy budowania w sobie przekonania, że dziecko jest kimś odrębnym ode mnie, kimś, kto w pierwszych latach życia bardzo mnie potrzebuje, kto jest ode mnie zależny, ale ma własne potrzeby, cele, zadania i kiedyś odejdzie. Druga wiąże się z użytym przez angielskiego psychoanalityka D. Winnicotta terminem „wystarczająco dobrej mamy”. Rodzice mają być wystarczająco dobrzy, nie muszą starać się być idealni. No i rozmowa. Dzieci uczą się, słuchając, jak rodzice ze sobą rozmawiają, na ile sobie ustępują, jak się kłócą (bo przecież można się kłócić tak, żeby nie niszczyć drugiej osoby), i obserwując, jak się potem godzą. Gdy tata z mamą opowiadają o tym, co było w pracy, to dziecko też ma ochotę podzielić się tym, co wydarzyło się w szkole. A gdy przy kolacji jest włączony telewizor, to dziecko wyciąga swoje zabawki, a potem rodzice odkrywają ze zdumieniem, że nie znają swoich dzieci. Naprawdę można żyć pod jednym dachem i być od siebie daleko. Rozmowa jest kluczem do bliskości.

Barbara Smolińska dr nauk humanistycznych, certyfikowany psychoterapeuta i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Europejskiego Stowarzyszenia Psychoterapii. Członek Komisji Etyki Sekcji Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

  1. Kultura

Hedy Lamarr - piękny umysł

Grała tak dużo, że praktycznie 
nie schodziła z planu. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wytwórnie miały na zmęczenie gwiazd swoje sposoby. 
Hedy przyjmowała ogromne ilości leków pobudzających. (Fot. Forum)
Grała tak dużo, że praktycznie nie schodziła z planu. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wytwórnie miały na zmęczenie gwiazd swoje sposoby. Hedy przyjmowała ogromne ilości leków pobudzających. (Fot. Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Chciała być znaną aktorką i nią została. To marzenie się na niej zemściło. Jednak biografia Hedy Lamarr ma swój happy end. Dożyła czasów, kiedy zaczęto o niej mówić i pisać już nie jak o ofierze złotej ery Hollywood, lecz o wynalazczyni, która przyczyniła się do postępu technologicznego.

Jest 20 stycznia 1933 roku. Adolf Hitler wie już, że za kilka dni zostanie nowym kanclerzem Rzeszy i przejmie w państwie pełnię władzy. Ma więc wszelkie powody do radości, a jednak tego właśnie dnia jest wściekły. Przyczyną jego złego humoru jest „Ekstaza”, bezwstydny film Gustava Machatego. A może nawet bardziej chodzi o dziewczynę grającą główną rolę. Niespełna 19-letnią, piękną, bynajmniej nie aryjskiej urody. W filmie widać ją nagą, całkiem przekonująco odgrywającą orgazm. Hitler jest oburzony i zniesmaczony, zakazuje wyświetlania „Ekstazy” na terytorium Rzeszy. Ciekawe, w jaką furię wpadłby, wiedząc, że dokładnie siedem lat później ta sama dziewczyna, znana już wtedy jako hollywoodzka piękność, opracuje wynalazek, który mógł odmienić bieg historii. I doprowadzić do upadku nazistów znacznie wcześniej, niż to się faktycznie stało.

Co powie Hitler

Zanim stała się Hedy Lamarr, nazywała się Hedwig Kiesler. Jedynaczka z zamożnej wiedeńskiej rodziny żydowskiej. Miała pokojówkę, guwernantkę, można się domyślać, że ją rozpieszczano, skoro tuż po tym, jak kończy 16 lat, oznajmiła rodzicom, że przerywa naukę, by poświęcić się aktorstwu. I jeszcze w tym samym 1930 roku zadebiutowała w filmie „Pieniądze na ulicy”. To może nie wybitna kreacja, ale Kiesler przykuła uwagę i widzów, i reżyserów na tyle, że w roku następnym otrzymała propozycje czterech kolejnych ról.

Wiedeń początku lat 30. z pewnością nie był miastem pruderyjnym. Najbardziej rozrywkowe miasto Europy. Wystawy, koncerty i, rzecz jasna, kabarety wypełnione ludźmi praktycznie całą dobę, przy stolikach gangsterzy dobijający targów z politykami, przemysłowcy flirtujący z aktorkami, wszystko to w rytmie jazzu, uważanego wówczas za wysoce nieprzyzwoity. „Wiedeń ma zbyt dużą kulturalną siłę przyciągania” – będzie wkrótce narzekać Hitler, bezskutecznie próbując nadać podobną rangę Berlinowi. Młodziutka Hedwig bryluje na wiedeńskich salonach, jej kariera wspaniale się zapowiada. Do czasu, kiedy przyjmie rolę we wspomnianej „Ekstazie”. Może i oglądano ten film w Wiedniu na zamkniętych pokazach, może i robił na świecie furorę – wychwalał go między innymi Henry Miller, reżyser Machatý dostał za niego nagrodę na Biennale Filmowym w Wenecji, a w paryskim Théâtre Pigalle „Ekstaza” nie schodziła z ekranu przez 22 tygodnie – tyle że w coraz bardziej zależnej od Berlina Austrii liczyło się przede wszystkim zdanie Hitlera. Hedwig z dnia na dzień staje się więc postacią niewygodną, niemile widzianą, filmowcy nie mają odwagi proponować jej ról.

Kadry z zakazanego przez Hitlera filmu „Ekstaza” z 19-letnią Hedy, wtedy jeszcze Hedwig Kiesler (1933). (Fot. Getty Images) Kadry z zakazanego przez Hitlera filmu „Ekstaza” z 19-letnią Hedy, wtedy jeszcze Hedwig Kiesler (1933). (Fot. Getty Images)

Wizyty w fabryce broni

W 1933 roku zmienia także stan cywilny. Wychodzi za mąż za niejakiego Fritza Mandla. Starszy od niej o 13 lat bogaty przemysłowiec dorobił się na handlu bronią i zajmuje się nowymi technologiami wojskowymi, które jego firma projektuje i sprzedaje III Rzeszy. Co Hedwig w nim widzi? Tu sprawa jest złożona. Jedną z najbardziej dokuczliwych wad Mandla jest jego chorobliwa zazdrość. Całymi dniami trzyma żonę pod kluczem, zabiera ze sobą nie tylko na oficjalne przyjęcia, lecz także na wizytacje do fabryk i laboratoriów. Mandl stara się zadbać o to, żeby o dotychczasowym aktorskim dorobku Hedwig zapomniano. Do legendy przeszło, jak próbował wykupić wszystkie rozesłane po świecie kopie „Ekstazy” – na szczęście bezskutecznie, choć wykładał sporą gotówkę.

Jakie znaczenie miało to, że był nazistą? Austria, wzorem Niemiec, stawała się krajem coraz brutalniejszego antysemityzmu, nad żydowską rodziną Kieslerów krążyło widmo prześladowań. Małżeństwo z Mandlem w pewnością chroniło Hedwig, zwłaszcza że jej mąż był człowiekiem bardzo wpływowym, znającym osobiście nazistowskich przywódców, podobno także Hitlera.

A jednak z biegiem czasu stawało się jasne, że nawet wpływy męża to niedostateczna ochrona. Z miesiąca na miesiąc atmosfera w kraju się zagęszczała, nie brakowało przypadków wydawania władzom żydowskich współmałżonków. 13 marca 1938 roku Hitler oficjalnie wcielił Austrię do III Rzeszy. A 24-letnia Hedwig Kiesler postanowiła uciec.

Lamarr w obiektywie Toni Frissell po pierwszym hollywoodzkim sukcesie w filmie „Algier” (1938). (Fot. Getty Images) Lamarr w obiektywie Toni Frissell po pierwszym hollywoodzkim sukcesie w filmie „Algier” (1938). (Fot. Getty Images)

Niebo z akcentem

Jak sama wspominała, uśpiła w tym celu pilnującą ją pokojówkę, dosypując jej czegoś do herbaty. Uciekła pociągiem do Paryża. Przez jakiś czas miała z czego żyć, bo zabrała ze sobą kosztowności, którymi hojnie obdarowywał ją Mandl. Tylko co dalej, jak przetrwać w tak trudnych czasach? Wkrótce trafiła do Londynu, gdzie przebywał akurat Louis Burt Mayer – jeden z szefów hollywoodzkiej wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer przyjechał do Europy w poszukiwaniu nowych talentów. Hedwig wystarała się o spotkanie. Początkowo rozmowy szły opornie, bo film „Ekstaza” był zakazany także w USA, ale koniec końców wynegocjowała odpowiednią stawkę i wraz z Mayerem znalazła się na statku płynącym do Hollywood.

Ameryka tamtych lat była nie mniej purytańska niż III Rzesza. A jednak, mimo skandalizującej reputacji, Hedwig (a właściwie już Hedy Lamarr, bo pod takim pseudonimem pojawiła się w Hollywood), została przez branżę filmową przyjęta życzliwie. Jeszcze w tym samym roku zagrała u boku Charlesa Boyera i Sigrid Gurie w kasowej produkcji „Algier”, która spodobała się widzom, natychmiast więc pojawiły się kolejne propozycje ról dla Hedy. Wystąpiła też między innymi z Clarkiem Gable’em w „Gorączce nafty” i „Towarzyszu X”, z Judy Garland w „Kulisach wielkiej rewii”, grywała ze Spencerem Tracym. Nawet jeśli nie stała się pierwszoplanową gwiazdą, była bardzo znana. Na każdym kroku podkreślano jej urodę. Filmy z udziałem Lamarr reklamowano jako produkcje z „najpiękniejszą kobietą w Hollywood”. Zgodnie z obowiązującą w tamtych czasach manierą dziennikarze nazywali ją też „marzeniem 50 milionów mężczyzn” czy „niebem z akcentem”. Bez wątpienia miała w sobie coś wyjątkowego. To ona wiele dekad później będzie inspiracją dla Ridleya Scotta – pierwowzorem zmysłowej kruczowłosej Ruth z kultowego „Łowcy androidów”. Ona także (razem z Jean Harlow) zainspirowała Boba Kane’a do stworzenia słynnej komiksowej serii „Catwoman”.

Jaki mamy dzień?

Sukces miał swoją cenę. Lamarr kręciła średnio cztery filmy rocznie, co oznaczało, że praktycznie nie schodziła z planu. „Zazwyczaj nie wiedzieliśmy, jaki jest dzień ani która godzina, bo kręciliśmy także w weekendy” – wspominała. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wielkie wytwórnie miały swoje sprawdzone sposoby. Hedy korzystała z usług między innymi Maxa Jacobsona, który do historii przeszedł jako „Dr Feelgood” lub „Miracle Max”. Ten zatrudniany przez studio MGM lekarz specjalizował się w zapewnianiu wyczerpanym sławom chwil chemicznego szczęścia, a ze swoimi problemami zwracali się do niego Truman Capote czy Marlena Dietrich. Hedy regularnie przyjmowała ogromne ilości leków, na przemian pobudzających i uspokajających, do tego dochodziły alkohol i narkotyki. Pełna hipokryzji branża chętnie plotkowała też o jej życiu erotycznym. Miała opinię nimfomanki. Wyszła za mąż jeszcze pięć razy, sama przyznała się do setki kochanków. Mówiła: „Nie chcę być przez mężczyzn czczona. Chcę, by reagowali na mnie cieleśnie, i chcę ich odrzucać”.

W 1944 roku skończyła trzydziestkę. Jak na standardy Hollywood nie była już najmłodsza, czuła na plecach oddech konkurencji. W połączeniu z niemal permanentnym odurzeniem bądź kacem tworzyło to mieszankę mocno depresyjną. Zwłaszcza że z biegiem czasu pojawiało się coraz mniej filmowych propozycji. Jej kariera blakła, coraz częściej brakowało Hedy pieniędzy. Lata 50. to już czas w jej życiu mroczny i pełen frustracji. Uzależnienia sporo kosztowały, zaczęła się obsesja na punkcie zabiegów upiększających i operacji plastycznych, nieraz przyłapywano ją na sklepowych kradzieżach. Upadek Lamarr musiał być uderzający, skoro w 1966 roku Andy Warhol nakręcił film „Hedy” – historię schyłku popularności, pełną gorzkiej ironii.

Nie miała nawet pojęcia, że w czasie, kiedy rozgrywał się jej dramat, w wojskowych laboratoriach trwały prace nad wynalazkiem jej pomysłu, który kilka dekad później miał zmienić codziennie życie ludzi.

Hedy na plaży podczas festiwalu w Wenecji (druga połowa lat 50.). (Fot. Forum) Hedy na plaży podczas festiwalu w Wenecji (druga połowa lat 50.). (Fot. Forum)

Spotkanie przy winie

Wiemy, że lubiła wymyślać nowinki z różnych dziedzin. Stworzyła na przykład tabletkę musującą, która rozpuszczona w wodzie nadawała jej smak zbliżony do coca -coli, myślała o urządzeniu pomagającym osobom starszym i z niepełnosprawnością ruchową przy korzystaniu z wanny. Ale do historii przeszedł zupełnie inny jej wynalazek. Na ten pomysł wpadła prawdopodobnie już w trakcie małżeństwa z Mandlem. W fabrykach jej męża pracowano nad urządzeniami służącymi do naprowadzania pocisków i torped metodą radiową. Hedy wiedziała, że stosowane wówczas metody są niedoskonałe, bo radiowy sygnał przeciwnik mógł zakłócić, wysyłając swój, na tej samej częstotliwości. Już wtedy myślała o lepszych rozwiązaniach, ale dopiero w Stanach pojawiła się okazja, żeby wrócić do tematu. Kluczowe okazało się przypadkowe spotkanie George’a Antheila, muzyka, eksperymentatora, którego awangardowe kompozycje potrafiły wywoływać uliczne zamieszki. Antheil był nie tylko muzycznym wizjonerem, ale też zdolnym technikiem, sprawnie przetwarzającym istniejące instrumenty bądź tworzącym zupełnie nowe, w poszukiwaniu świeżych brzmień. Oboje pochodzili z Europy Środkowej, oboje zetknęli się z grozą III Rzeszy, niezobowiązująca rozmowa przy butelce wina szybko zamieniła się w konkretną dyskusję nad kwestiami technicznymi. Okazało się, że Lamarr ma doskonały pomysł, jak zwiększyć skuteczność alianckiego ostrzału, Antheil zaś potrafi pomysł ten zrealizować pod kątem technicznym. Kilka kolejnych tygodni oboje spędzili w hotelowym pokoju, pracując nad wynalazkiem.

Pomysł był taki: żeby uniemożliwić zakłócenie radiowego sygnału naprowadzającego pociski, należy emitować go na zmiennych częstotliwościach. Antheil postanowił zastosować perforowane paski od pianoli – uzyskiwał w ten sposób możliwość nadawania na 88 częstotliwościach, dokładnie tylu, ile klawiszy liczy pianola. 10 czerwca 1941 roku Lamarr i Antheil złożyli wniosek patentowy systemu FHSS (Frequency Hopping Spread Spectrum), a po jego uzyskaniu natychmiast przekazali go armii amerykańskiej.

I co? I nic. Armia nie zdecydowała się wcielić pomysłu w życie, choć zaledwie pół roku później japoński atak na Pearl Harbor sprawił, że USA przystąpiły do wojny. Chyba jednak już wówczas przeczuwano, że pomysł Lamarr i Antheila może mieć w przyszłości jakieś znaczenie militarne, skoro go utajniono. Po raz pierwszy zdecydowano się na jego wykorzystanie dopiero podczas blokady Kuby, ale na swój globalny sukces musiał czekać jeszcze dobre trzy dekady.

W latach 90. zwrócono uwagę, że FHSS może doskonale sprawdzać się nie tylko w kwestiach militarnych, ale we wszystkich technologiach związanych z łącznością bezprzewodową. Prace nad udoskonaleniem systemu ruszyły ostro do przodu, w efekcie nastąpił rozwój Internetu, telefonii komórkowej. Gdyby nie pomysł Lamarr, nie byłoby Wi-Fi, Bluetootha, GPS-u i dziesiątków rzeczy, bez których dziś trudno wyobrazić sobie życie.

Bogata już byłam

Antheil tego nie dożył – zmarł pod koniec lat 50. Za to Hedy zdążyła jeszcze zobaczyć globalne skutki swojego młodzieńczego pomysłu, a nawet skorzystać na nich zarówno finansowo, jak i, a może przede wszystkim, wizerunkowo. Na przełomie lat 80. i 90. jeśli ktoś jeszcze o Lamarr pamiętał, to głównie w związku z nagłaśnianymi przez prasę kradzieżami sklepowymi. Hedy kreowano na jedną z wielu ofiar złotej ery Hollywood, postać godną współczucia, a jednocześnie żałosną.

I nagle nazwisko ponadosiemdziesięcioletniej gwiazdy wróciło w zupełnie innym kontekście. Stała się symbolem technologicznego postępu. W 1998 roku firma Corel wykorzystała twarz Hedy Lamarr na okładce CD z programem „Corel Draw”. Nawiasem mówiąc – bezprawnie, co kosztowało Corela 5 milionów dolarów i znowu uczyniło Hedy osobą majętną. To akurat nie było, według niej, aż tak istotne. „Bogata już byłam” – mawiała często z lekceważeniem. Zmarła dwa lata później, w styczniu 2000 roku, na granicy XXI wieku, który tak wiele jej zawdzięcza.

  1. Styl Życia

Skandale brytyjskich dworów - dlaczego interesuje nas życie wyższych sfer?

Skandale z udziałem brytyjskiej arystokracji zawsze wzbudzają ogromne emocje. W ostatnich dniach dużo mówi się o kontrowersyjnym wywiadzie, którego książę Harry i jego żona Meghan Markle udzielili Oprah Winfrey. (Fot. James Whatling/The Mega Agency/Forum)
Skandale z udziałem brytyjskiej arystokracji zawsze wzbudzają ogromne emocje. W ostatnich dniach dużo mówi się o kontrowersyjnym wywiadzie, którego książę Harry i jego żona Meghan Markle udzielili Oprah Winfrey. (Fot. James Whatling/The Mega Agency/Forum)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Dlaczego życie wyższych sfer to wyjątkowo wciągający i pouczający serial naszych czasów – pytamy Marka Rybarczyka.

Przyznaje pan, że brytyjska arystokracja fascynuje pana z dwóch powodów. Ze snobizmu, ale przede wszystkim z poczucia absurdu, które wywołują ich erotyczne, obyczajowe i finansowe ekscesy. Snobizm jest oczywisty, to bowiem jedna z ostatnich klas, która w świecie zachodnim pozostała – przynajmniej w niektórych obszarach czy aspektach – prawie nietknięta. Choć I wojna światowa, na którą Brytyjczycy poszli z dumy i poczucia imperializmu, a nie z konieczności, przetrzebiła szeregi arystokracji, to nadal ma ona ogromne przywileje. Na przykład w Izbie Lordów zasiada prawie 100 arystokratów, a około 800 nosi dziedziczne tytuły, poza tym w ich rękach jest 1/3 ziemi w Anglii – jak mówi angielskie przysłowie, wystarczy obrócić się trzy razy i rzucić kamieniem, by trafić w rezydencję jakiegoś lorda.

Arystokracja jest tu tak liczna i ważna z kilku powodów. Po pierwsze uniknęła rewolucji, która we Francji wycięła w pień dobrze urodzonych. Po drugie wyszła obronną ręką z rewolucji przemysłowej, uratowana przez falę małżeństw z amerykańskimi dziedziczkami, które wnosiły w posagach pokaźny zastrzyk gotówki. Po trzecie, zachowała wiele zamków i dworów, niezniszczonych w czasie II wojny światowej, które są obecnie w posiadaniu wielce szlachetnej organizacji, jaką jest National Trust, i udostępniane do zwiedzania. Obecność arystokracji jest więc zauważalna.

Członkowie rodziny królewskiej nazywają swoją familię „Firmą”. Na zdjęciu król Jerzy VI Windsor, Królowa Matka oraz ich córki - Elżbieta i Małgorzata. (Fot. BEW Photo) Członkowie rodziny królewskiej nazywają swoją familię „Firmą”. Na zdjęciu król Jerzy VI Windsor, Królowa Matka oraz ich córki - Elżbieta i Małgorzata. (Fot. BEW Photo)

Są też niepisane przywileje, polegające na tym, że jeśli pochodzisz z wielkiej rodziny, czyli – jak śmieję się razem z innymi autorami – masz nazwisko, którego pisownia ma się nijak do jego wymowy albo które jest wieloczłonowe – to jest ci o wiele łatwiej znaleźć pracę. Jest mnóstwo galerii sztuki czy firm PR-owych, w których jedno szepnięcie, że ktoś jest z takiej, a nie innej rodziny, gwarantuje zatrudnienie. Arystokraci kończą zwykle elitarne szkoły, jak Eton, ale tu studiują też potomkowie rodzin z dużymi pieniędzmi, więc te dwie klasy trochę się mieszają. Dzięki temu w Eton poznali się książę William i księżna Kate, wtedy Middleton. Jest mnóstwo sklepów oferujących towary i ceny nie na normalną kieszeń, jak pracownia garniturów przy Savile Row w Londynie, które dostarczają swoisty uniform dla arystokraty. Książkę „Skandale angielskich dworów” zaczynam od anegdoty o pewnie sunącym pojeździe z fioletową lampką z przodu, na który natrafiłem kiedyś zdziwiony na ulicy w Covent Garden. Ta lampa to symbol, że jedzie nim ktoś z rodziny królewskiej, komu trzeba ustąpić pierwszeństwa. I metafora tych przywilejów.

Rodzina królewska, kwintesencja i symbol potęgi swojej klasy, jest popularna nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i w Polsce. Skąd u nas to zainteresowanie? Z tęsknoty za własną arystokracją? Brytyjska rodzina królewska to jest ewenement na skalę światową. Zaczęła pełnić rolę takiej soap opery, ulubionego serialu każdego, niezależnie od wieku czy pochodzenia. Wszystko zaczęło się od małżeństwa Karola i Diany, zakończonego publicznym praniem brudów, na co nałożyła się rewolucja w prasie i powstanie tabloidów, czyli imperium prasowego Ruperta Murdocha. Cały świat chciał czytać o rodzinie królewskiej, a dziennikarze to ochoczo podchwycili.

Królowa Elżbieta II i książę Filip. (Fot. Getty Images) Królowa Elżbieta II i książę Filip. (Fot. Getty Images)

W Polsce praktycznie nie mamy arystokracji, ona została w okrutny sposób wycięta i zniszczona przez komunizm i populizm, czyli demokrację. Za komuny tępiono ją planowo, natomiast demokracja zabiła szacunek dla tytułów i dla tradycji. A mamy przecież kilka wspaniałych rodów arystokratycznych, które jednak coraz częściej wynoszą się z Polski, bo czują się tu niemile widziane. Anglicy mają świadomość, że klasy wyższe niosą ze sobą przede wszystkim pewne wartości.

Jakie? Ja arystokrację zacząłem bardzo cenić, kiedy zdałem sobie sprawę, że bez niej – mam tu na myśli głównie arystokrację brytyjską – nie byłoby współczesnej cywilizacji europejskiej, i mówię to z całą powagą dziennikarza i politologa. Przede wszystkim była niesamowicie bogata, bogatsza nawet niż dzisiejsi potentaci z Doliny Krzemowej. Poza tym żyła w odcięciu od świata, dzięki czemu mogła się ugruntować i wyodrębnić. Przez wyspiarską izolację miała więcej spokoju i nie ulegała tak łatwo trendom. Stąd słynny angielski konserwatyzm.

Królowa Elżbieta II i jej córka, księżniczka Anna. (Fot. BEW Photo) Królowa Elżbieta II i jej córka, księżniczka Anna. (Fot. BEW Photo)

Tę klasę było stać na wiele – na picie kawy i herbaty w restauracjach, ale też na kupowanie dzieł sztuki, na mecenat artystyczny i na kult wolności. Arystokracja w XVIII wieku staje się uosobieniem niezależności i czynnie wspiera kult indywidualizmu. W Anglii do dziś ceni się oryginałów. Wielu arystokratów – często z nudów i nadmiaru wolnego czasu – było naukowcami, wynalazcami, odkrywcami czy podróżnikami. Oni wymyślili nam świat. Nic dziwnego, że uważają się za wyjątkowych, ale też szanują wyjątkowość innych. Byli promotorami liberalizmu, sztuki, ale też działalności charytatywnej, czuli się odpowiedzialni społecznie – a tego dotkliwie brak dzisiejszej klasie politycznej. Brytyjska rodzina królewska zakłada i wspiera tysiące organizacji, w tym bardzo nowoczesne, zajmujące się walką z cyberprzemocą, depresją czy zanieczyszczeniem środowiska.

Jedna sprawa to wartości, druga to zepsucie. Sam pan pisze, że byli też elitą brutalną, wyzyskującą, czerpiącą zyski z pracy niewolników. W XIX, ale i XX wieku arystokracja to zgnilizna moralna, dewiacje, wychowanie w szkołach z internatem. Są czarne karty historii arystokracji, jak niewolnictwo. Jest też nadal występujący zimny chów. Tak jak Elżbieta II wykończyła Karola, chłodem, brakiem czułości i surową szkołą z internatem, tak wielu innych arystokratów niszczyło swoje dzieci. Zwłaszcza poprzez wczesne oddawanie ich do szkół, gdzie były dowożone jak pakunki i doświadczały aktów sadyzmu ze strony nauczycieli i rówieśników, mówię tu głównie o XVIII wieku. Ale kary cielesne, zimne pokoje, osamotnienie – były na porządku dziennym też w XX wieku. W ten sposób hodowano późniejszych dewiantów. Trójkąty małżeńskie, dewiacje seksualne, praktyki sado-maso, wątki biseksualne – o tym wszystkim piszę w książce. Anglia kojarzy nam się z oziębłymi konserwatystami, którzy do łóżka zabierają najwyżej termofor z ciepłą wodą, ale to nieprawda – to oni wymyślili pierwszą rewolucję seksualną w XVIII wieku. To brało się z nudy, ale też z wychowania, które potem odreagowywali w sypialni. Londyn był miastem z największą liczbą domów publicznych w Europie, to tam swoją „edukację” zaczynali potomkowie arystokratycznych rodzin.

Brytyjska rodzina królewska, lata 80. (Fot. BEW Photo) Brytyjska rodzina królewska, lata 80. (Fot. BEW Photo)

„Sekrety angielskich dworów” to pana kolejna książka o arystokracji. Co jest w niej tak inspirującego, że nie przestaje pan wracać do tego tematu? Arystokraci są swoistym laboratorium dla każdego z nas jako człowieka. My, żyjący w stechnologizowanym XXI wieku, stajemy się podobni do XVIII-wiecznych lordów. Oni siedzieli w swoich zamkach, liczących 100 pokoi, i czuli się bardzo osamotnieni, dlatego wymyślali sobie różne rzeczy – obyczajowe i seksualne. My też zamknięci w swoich pokojach czy siedzący przed komputerami ze słuchawkami na uszach czujemy się odizolowani od świata, uciekamy w gadżety i wirtualną rzeczywistość, albo spędzamy całe dnie w centrach handlowych, w tłumie, ale tak naprawdę sami. Coraz trudniej nawiązać nam bliskie związki z innymi, coraz łatwiej umówić się na seks. Wynaleźliśmy tyle rzeczy, które miały nam oszczędzić czas, a teraz nie wiemy, co z tym czasem zrobić. W historii brytyjskiej arystokracji widzę tak naprawdę opis losu jednostki pragnącej uciec przed nieuchronnością śmierci i tym, że w jej obliczu zawsze jesteśmy sami.

Marek Rybarczyk, publicysta, dziennikarz, pisarz. Znawca kultury i historii Wielkiej Brytanii, wieloletni dziennikarz radia BBC, korespondent „Gazety Wyborczej” w Londynie, komentator Radia TOK FM, radiowej Trójki i TVN24. Autor książek, m.in. „Tajemnice Windsorów”, „Elżbieta II. O czym nie mówi królowa?” „Skandale angielskich dworów”.

Polecamy książkę Marka Rybarczyka „Skandale angielskich dworów”, wyd. Prószyński i S-ka, 2018 Polecamy książkę Marka Rybarczyka „Skandale angielskich dworów”, wyd. Prószyński i S-ka, 2018