1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. 8 pomysłów na wakacyjne spędzanie czasu z dziećmi

8 pomysłów na wakacyjne spędzanie czasu z dziećmi

123rf.com
123rf.com
Lato to czas, kiedy zwykle mamy więcej czasu na zabawę z dziećmi. Ta pora roku sprzyja zacieśnianiu więzi poprzez wspólne spędzanie czasu i zabawy. I nie jest tu konieczny duży budżet i całe dnie od rana do wieczora.

Przedstawiamy 11 wskazówek Charlotte Reznick, psychologa dziecięcego, jak cieszyć się z dziećmi wspólną zabawą.

1. Co jest ważne dla twojej rodziny?

Każda rodzina jest wyjątkowa i każda ma swoje rytuały. Mogą to być wojny na poduszki w niedzielne poranki (w wakacje jest więcej na to czasu), robienie razem sernika na zimno z truskawkami, nurkowanie lub przygotowywanie przetworów. Zastanów się co jest naprawdę wasze, sprawia wam mnóstwo radości i zbliża.

2. Wymyślcie razem coś nowego

Zapytaj dzieci co chcą robić tego lata? Zaufaj dziecięcej wyobraźni, pójdź za marzeniami najmłodszych. Może okaże się, że chcą odwiedzić ciocię na wsi, żeby obejrzeć krowy a może zamiast nad wodę wybierzecie się w tym roku w Bieszczady. 3. Baw się z dzieckiem przynajmniej 30 minut dziennie

Warto, żeby był to twój priorytet. Obojętnie, czy jesteście na wczasach, u rodziny czy w swoim domu, niech 30 minut w ciągu dnia będzie przeznaczone na zabawę z dzieckiem.

4. Bawcie się również w domu

Lato to idealny czas, aby przebywać na świeżym powietrzu. Nawet gdy jesteście w miejscu zamieszkania, korzystajcie z jego uroków – parków, lasów, basenów, koncertów, festynów, pikników. Jeśli macie ogród, możecie tam rozstawić namiot i bawić się w obóz. W deszczowe dni grajcie w gry planszowe, słuchajcie muzyki i tańczcie.

5. Angażuj dzieci w codzienne czynności

Gdy podczas wakacji, dzieci nie chodzą do szkoły, nadarza się okazja, by zaangażować je w codzienne czynności. Nastoletnią córkę można nauczyć smażenia naleśników, syn może pomagać tacie naprawiać rower, możecie przemalować ściany na inny kolor, zrobić w pokoju przemeblowanie. Byle razem i kreatywnie.

6. Postaw na spontaniczność

Zrób coś, czego normalnie nie robisz. Wróć z pracy wcześniej i zabierz dzieciaki na lody lub koktajl albo idźcie na spacer w ciepłym deszczu lub pojedźcie za miasto bez planu, gdzie się zatrzymacie.

7. Połącz się ze swoim wewnętrznym dzieckiem

Przypomnij sobie w co się bawiłaś, gdy byłaś mała. Zaproponuj tą zabawę swojemu dziecku.

8. Realizujcie projekty

Zachęć dziecko, by na przykład robiło zdjęcia rodzinne podczas wakacji, z których potem powstanie wyjątkowy, reportażowy pamiętnik. Albo zorganizujcie konkurs na najlepszy letni przepis kulinarny bądź stwórzcie kampanię reklamową miejscowości, w której przebywacie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zadbaj o najważniejsze sprawy w życiu - ćwiczenia

Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Wprowadzać zmiany to jedno, drugie – przyjmować te, które przychodzą bez, a czasem nawet wbrew naszej woli. Niezależnie od tego, co cię spotka w nowym roku, już teraz zadbaj o sześć ważnych aspektów życia.

Zdrowie

Oto technika twórczej wizualizacji, która będzie wspierała twoje zdrowie poprzez pozytywny obraz siebie, a szczególnie twojej kondycji psychofizycznej. Ćwiczenie wykonujesz w stanie relaksu, kiedy twoja podświadomość jest chłonna jak gąbka. Możesz wówczas wprowadzać pozytywne obrazy siebie, programując w ten sposób tę część swojej psychiki. Dzieje się tak, dlatego że mózg nie odróżnia obrazów wyobrażonych od tych, jakie widzisz w rzeczywistości. Jeśli kreujesz obraz siebie w pełni zdrowia, będzie dostrajała się do tego wewnętrznego obrazu. Pozytywna wizualizacja wzmocni również układ odpornościowy. Gotowa?

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Zrób kilka długich wdechów nosem i wydechów ustami. Skieruj uwagę do ramion i poczuj ich przyjemny ciężar. To wszystko pozwoli ci się bardziej zrelaksować. Teraz wyobraź sobie ulubione miejsce w przyrodzie. Uaktywnij wszystkie zmysły, aby poczuć tę przestrzeń pełną kolorów i świeżego powietrza. W tym miejscu zobacz siebie w pełni zdrowia i sił witalnych. Uśmiechniętą, radosną i szczęśliwą. Widzisz swoje ciało w dobrej kondycji, a skórę i oczy lśniące blaskiem zdrowia. W myślach możesz powtarzać: „To właśnie ja, w pełni zdrowia i sił witalnych. Dziękuję za moje zdrowie”. Możesz do tej gotowej formuły dodać także coś od siebie, pamiętając o używaniu czasu teraźniejszego oraz samych pozytywnych słów. W ten sposób wprowadzasz nowy obraz do podświadomości. Powtarzaj ćwiczenie codziennie, zwłaszcza jeśli obecnie doświadczasz słabości albo choroby.

Miłość

W nowym roku kochaj przede wszystkim siebie, a wtedy otworzysz się na miłość do innych. Oto, co może ci w tym pomóc:
  • Otwórz serce na swoje Wewnętrzne Dziecko i zacznij wsłuchiwać się w jego potrzeby. Przejmij opiekę nad tym młodszym i wrażliwszym aspektem siebie. Wewnętrzna Dziewczynka potrzebuje twoich pozytywnych słów, miłości i ciepła. Wyobraź sobie teraz jej obecność i porozmawiaj z nią. Możesz jej powiedzieć, że ją kochasz, że się nią opiekujesz i nigdy nie opuścisz. Powiedz jej o sobie (dorosłej), cokolwiek teraz przyjdzie ci do głowy. Rozmawiaj z nią regularnie, wyobrażając sobie, że na końcu rozmowy przytulasz ją do serca i razem oddychacie.
  • Praktykuj współczucie, ponieważ pomaga otworzyć serce. Aby to zrobić, wyobraź sobie osobę, która obecnie może doświadczać stresów czy cierpienia. Spróbuj wzbudzić w sobie współczucie, które manifestuje się jako uczucie ciepła w środku klatki piersiowej i w okolicy serca.
  • Jeśli nie jesteś obecnie w związku, ale chciałabyś być, bądź świadoma, czy wybaczyłaś poprzednim partnerom. Czy nadal żywisz urazę do któregoś z nich? Może już czas wysłać pozytywną intencję tej osobie?
  • Sprawdź, jakie masz przekonania na temat związków. Jeśli negatywne, nie dziw się, że nie przyciągnęłaś nadal odpowiedniego partnera. Wypisz na kartce wszystkie negatywne przekonania i zmień je na pozytywne. Sprawdzaj reakcje związane z nowymi przekonaniami. Jak mogłoby się zmienić twoje życie, gdybyś naprawdę uwierzyła w nowe afirmacje?
  • Czy często się smucisz na myśl o swojej samotności? Smutek nie przyciągnie do ciebie nowej osoby. Twoje radosne serce będzie magnesem dla drugiego serca gotowego na miłość. Dlatego zadbaj o to, aby codziennie robić coś, co sprawi ci uciechę. W takim pogodnym stanie pomyśl o nowym partnerze i nowym związku, jaki z nim stworzysz. Jak chciałabyś się w nim czuć? Stwórz pozytywną wizję tej relacji (np. wyobrażając sobie siebie z kochającą osobą w czułym objęciu) i przywołuj ją zawsze, gdy będziesz w radosnym stanie ducha.

Finanse

Pieniądze to środek wymiany, ale nie tylko. Pomyśl o nich jak o przejawach obfitości wszechświata. Jeśli zaprzyjaźnisz się z pieniędzmi, będziesz je szanować i być wdzięczna za każdą posiadaną ilość, zaczniesz przyciągać ich więcej. Oto kilka sposobów na to, jak otworzyć się na obfitość:
  • Zastanów się, co na temat pieniędzy mówili twoi rodzice, kiedy byłaś dzieckiem. Pamiętasz jakieś historie związane z pieniędzmi, powtarzane podczas rodzinnych spotkań? Jaka była materialna sytuacja twoich rodziców?
  • Zapisz na kartce wszystkie negatywne przekonania na temat pieniędzy, które wyniosłaś z rodzinnego domu, np. „pieniądze szczęścia nie dają”, „pieniądze są brudne”. Następnie napisz ich pozytywne odpowiedniki, nazywane również afirmacjami. Przeczytaj na głos wszystkie nowe przekonania i sprawdź, co czujesz, kiedy je czytasz. Zapisz swoje spostrzeżenia. Codziennie czytaj afirmacje i sprawdzaj swoje mentalne, cielesne i emocjonalne reakcje. Pozwól sobie uwierzyć, że zasługujesz na obfitość finansową, tak jak zasługujesz na radość i miłość.
  • Zauważ, co myślisz i mówisz oraz jak się czujesz, kiedy wydajesz pieniądze, kiedy płacisz rachunki oraz kiedy pieniędzy ci brakuje. Bądź świadoma, co wysyłasz w eter, kiedy obcujesz z pieniędzmi. Czy wzmacniasz pozytywne przekonania czy negatywne, które będą raczej odpychać pieniądze od ciebie?
  • Staraj się myśleć o pieniądzach pozytywnie. Wzbudź w sobie uczucie wdzięczności, kiedy otrzymujesz wypłatę, ale również, kiedy pieniądze wydajesz. Pomyśl: „Wydaję, ponieważ mam ich dużo, mogę się dzielić moją obfitością, ponieważ mam jej wystarczająco dużo”. Innymi słowy, zamiast denerwować się, płacąc rachunki, pomyśl, że to tylko przejaw twojej obfitości finansowej. Brzmi jak zaklinanie rzeczywistości? Albo jak ciekawy eksperyment, który może sprawić, że pieniądze zaczną się pojawiać w twoim życiu częściej.

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Wyobraź sobie, że stoisz nad brzegiem oceanu. Jest piękny, letni dzień. Oddychasz świeżym powietrzem i doświadczasz piękna otoczenia. Teraz zobacz, jak z nieba spadają banknoty o wysokich nominałach. Wszystkie lecą w twoim kierunku, zupełnie jakbyś była przyciągającym je magnesem. A teraz obserwuj swoje reakcje na to niewiarygodne zjawisko. Umysł logiczny będzie je pewnie wyśmiewał, ale pozwól sobie uruchomić prawą, czyli kreatywną półkulę. Jak się czujesz, kiedy obfitość pieniędzy spływa właśnie na ciebie? Czy pozwolisz sobie na ich przyjęcie? Czy cieszysz się, że je widzisz? A może czujesz, że to pomyłka i pieniądze powinien dostać ktoś inny? Oddychaj głębiej i obserwuj wszystkie reakcje. Sprawdź, czy poprzez oddech możesz otworzyć się na przyjęcie obfitości, jaka do ciebie płynie w tej wizualizacji do swojego ciała. Napełniaj ciało obfitością i powtarzaj to ćwiczenie raz w tygodniu, sprawdzając swoje reakcje.

Kreatywność

Nie uczyłaś się nigdy malować? Nic nie szkodzi. Zapraszam cię do malowania intuicyjnego. Oto, czego potrzebujesz: płótno malarskie dowolnej wielkości, zestaw farb akrylowych, kilka pędzelków różnej wielkości, paletę (możesz skorzystać z pudełka po jajkach). Zanim zaczniesz malować, wybierz muzykę, jaka ci odpowiada i będzie towarzyszyła procesowi malowania. Możesz też tworzyć w ciszy. Stań lub usiądź naprzeciwko płótna i zamknij oczy. Skup uwagę na oddechu, bądź świadoma każdego wdechu i wydechu. Teraz skieruj uwagę do swojego serca. Zapytaj go, co chciałoby wyrazić poprzez twoje malowanie? Po chwili weź pędzel i wybierz intuicyjnie pierwszy kolor. Nałóż go powoli na płótno, w dowolnym miejscu. Kolejne kroki wykonuj nadal intuicyjnie z otwartością i ciekawością na to, co stworzysz. Nikt tego nie będzie oceniał, ty również tego nie rób. Twój obraz nie podlega żadnemu osądowi. Jest wyrazem twojego obecnego stanu, a może niesie również jakąś informację? Po zakończeniu pomedytuj przez moment ze swoim dziełem. Zobacz, co obraz chce ci powiedzieć.

Świadomość

Codziennie przez chwilę oddychaj świadomie. Jak to zrobić w łatwy sposób? Gdziekolwiek jesteś, po prostu zaobserwuj swój oddech. Możesz przenieść uwagę do nozdrzy i poczuć powietrze, które do nich wpływa oraz z nich wypływa. Zwróć uwagę na długość wdechu i wydechu; czy robisz nieświadomie pauzę między obiema fazami oddechu, czy oddech jest płytki, czy głęboki, szybki czy powolny?

Jeśli zależy ci na uspokojeniu biegu myśli i zrelaksowaniu się, zacznij oddychać wolniej i głębiej. Wdech nosem, wydech ustami. Poczuj, jak z każdym wydechem twoje ciało się rozluźnia. Mięśnie nie muszą być w stanie gotowości, mogą się odprężyć, rytm serca może być wolniejszy, a ciśnienie krwi może spaść. To wszystko dzieje się, jeśli wchodzisz dzięki świadomemu oddechowi w stan relaksu.

Wdzięczność

Kup piękny zeszyt i codziennie wpisuj do niego, za co jesteś wdzięczna. Skupiaj się zarówno na rzeczach z dnia codziennego, jak i tych uniwersalnych. Kiedy piszesz, staraj się poczuć tę wdzięczność w sercu. Ono odpowie ci harmonijnym, czyli koherentnym rytmem, który usprawni twoje procesy myślowe, kreatywność oraz wzmocni układ odpornościowy. Wdzięczność przyciąga do nas więcej tego, za co jesteśmy wdzięczne. Wdzięczność pomaga nam poczuć spokój, ponieważ szybko obniża poziom hormonów stresu we krwi.

Rano, kiedy się obudzisz, spróbuj powiedzieć do siebie:

  • jestem wdzięczna za to, że żyję,
  • jestem wdzięczna za ten dzień, który się właśnie zaczyna,
  • jestem wdzięczna za moich bliskich,
  • jestem wdzięczna za miejsce, w jakim żyję,
  • jestem wdzięczna za to, że mam co jeść,
  • jestem wdzięczna za dobre rzeczy, których dzisiaj doświadczę.
Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.

  1. Psychologia

Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Mity dotyczące dzieci są różne. Ale najważniejszy odnosi się do dziecka wewnętrznego. To dzięki zadbaniu o nie mamy mieć szansę na żywą uczuciowość, spontaniczność, kreatywność, czyli na udane życie. Ale dziecko wewnętrzne może nas też wyprowadzić na manowce, a nawet nam zaszkodzić. Kiedy tak się dzieje – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dziecko wewnętrzne pojawia się w teoriach i wypowiedziach wielu psychologów. Jesteśmy zachęcani do tego, by się nim zajmować, stwarzać warunki do wyrażenia siebie.
Wewnętrzne dziecko jest tą częścią ja, czyli naszego psychicznego oprogramowania, która jest z natury spontaniczna, uczuciowa, wrażliwa, twórcza, ufna i kochająca. W swoim postępowaniu – jak to dziecko – kieruje się zasadą: „chcę – nie chcę”, „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jest więc świadome swoich chwilowych preferencji. Można powiedzieć, że same plusy. Ale nadmiernie aktywne, niemitygowane niczym, wewnętrzne dziecko w życiu dorosłej osoby może narobić wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że niezmiernie rzadko się zdarza, aby wewnętrzne dziecko przetrwało w nas do dorosłości w niewinnym, nieznerwicowanym stanie. Niestety, rodzice, krewni, wychowawcy, duchowni i nauczyciele – prawie na pewno – je spacyfikują i upokorzą albo zarażą wstydem, lękiem i poczuciem winy. Dobrze skalę tego zjawiska ilustruje amerykański dowcip rysunkowy: sala widowiskowa, a na niej tylko dwie poczciwie wyglądające osoby i wielki baner: „Doroczna konwencja dzieci normalnych rodziców”.

To bardzo zabawne, ale i straszne. Uświadomiłeś mi, że właściwie wszyscy, których znam, mieli, powiedzmy, trudnych rodziców!
I w tej sytuacji idea wewnętrznego dziecka nabiera szczególnej wagi. Jej funkcją jest zwracanie powszechnej uwagi na dzieciństwo jako na kluczowy okres w życiu człowieka, w którym określają się, kształtują podstawowe wymiary naszego losu, zręby charakteru i podstawowa strategia przeżycia wśród ludzi. Wszystko to prawda. Lecz wydaje się, że we współczesnej popularnej psychologii i obyczajowości zaczyna obowiązywać wręcz kult wewnętrznego dziecka. A to pociąga za sobą deprecjonowanie, zanikanie naturalnego procesu psychicznego, czyli procesu dojrzewania człowieka.

Kultura każe nam dbać o to, byśmy się nie postarzeli, a z tym kojarzy się nam dorosłość. No więc mamy 50 lat, ale nadal nosimy T-shirty, trampki i wszystko wydajemy na gadżety, ciuchy albo na różne ekscytujące zabawy singli.
Doroślenie nie jest dziś trendy. Konsekwencje tego stanu rzeczy są wielorakie. Jedną z nich jest niezdolność do brania odpowiedzialności za innych – co może się wiązać z coraz bardziej powszechną niechęcią do posiadania prawdziwych, „zewnętrznych” dzieci.

Ale też psychoterapeuci zachęcają, by się zastanowić, czy na pewno chcemy zostać rodzicem, czy to może nasze wewnętrzne dziecko domaga się miłości i troski? No i patrząc na to, co niektórzy wyprawiają ze swoimi dziećmi, łatwo dojść do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby skorzystali z podpowiedzi terapeutów i jednak zajęli się sobą, a nie brali do rodzicielstwa.
Na wstępnym etapie usamodzielniania się i dojrzewania odblokowanie i dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne. Pozwala odzyskać – spacyfikowany przez błędy wychowawcze i edukacyjne – twórczy potencjał, uczuciowość, umiejętność zabawy, spontaniczność, energię i zdolność do empatii. To zaś jest niezbędne dla naszego dalszego harmonijnego dojrzewania i przyszłej, pełnej samorealizacji. Co więcej, dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka pomaga nam zrozumieć potrzeby naszych ewentualnych przyszłych dzieci. Ale warto pamiętać, że skupianie się na wewnętrznym dziecku ma być tylko etapem na drodze do dojrzałości. Dlatego najlepiej, możliwie jak najprędzej, zaczynając od wewnętrznego dziecka, zacząć stawiać sobie wymagania i mądre granice. W przeciwnym razie – podobnie jak to się może wydarzyć w relacji z prawdziwym dzieckiem – wyhodujemy rozkapryszonego tyrana, który rozwali nam życie, powodując nieustanny chaos i zagłuszając coraz to nowe, sprzeczne potrzeby. Wewnętrzne dziecko jako mały tyran pochłania tyle naszego czasu i energii, że z pewnością stanie się konkurencją dla posiadania realnego dziecka.

A więc trzeba okazać miłość, akceptację i czułość sobie, czyli swojemu wewnętrznemu dziecku, ale potem także dowiedzieć się, jak je dobrze wychować?
Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zostało bardzo poranione przez bolesne i trudne doświadczenia naszego dzieciństwa, tę naukę najlepiej pobierać w formie psychoterapii. Zaniedbując tę drogę edukacji, odrzucając ją czy lekceważąc, sprawimy, że nasze wewnętrzne dziecko dostanie od nas albo taką samą edukację, jaką my dostaliśmy kiedyś od naszych rodziców i opiekunów, albo dostanie od nas coś, co będzie tego, co my doświadczyliśmy w dzieciństwie, skrajnym przeciwieństwem. A wówczas, starając się je „wychować”, będziemy całkowicie negować rodzicielski model znany nam z domu rodzinnego i nie postawimy mu żadnych granic, żadnych zasad, żadnych wymagań. I tak wylejemy dziecko z kąpielą. Znów nie damy sobie, dziecku wewnętrznemu, tego, czego nam najbardziej brakowało, gdy byliśmy dzieckiem. Jest niemalże regułą, że gdy wewnętrzne dziecko jest ciężko doświadczone, boleśnie poranione i naznaczone odrzuceniem, to dorosła część naszego ja także je odrzuci, będzie nim gardzić, nienawidzić go i niszczyć na różne sposoby. Dlatego też to psychoterapia jest najważniejszą formą właściwej opieki nad dzieckiem wewnętrznym.

 

Mówisz pewnie do tych z nas, którzy wciąż tylko dokręcają sobie śrubę, podnoszą poprzeczkę, wciąż uważają, że za mało osiągnęli, że nie zasłużyli, że jeszcze muszą coś więcej zdobyć.
Tak, to ci, którzy biorą swoje wewnętrzne dziecko w karby, nadmiernie wymagają od siebie, za dużo pracują, są nadodpowiedzialni. Często wpadają w pracoholizm lub wycofują się z życia i uzależniają od różnych toksycznych substancji, ideologii czy przynależności. Ale coraz liczniejszą grupę pośród tych, którzy źle się zajmują i źle się troszczą o swoje wewnętrzne dziecko, stanowią ci, którzy idą na oślep w drugą stronę i chcąc wynagrodzić swojemu wewnętrznemu dziecku trudne dzieciństwo, ból i upokorzenie, brak miłości czy akceptacji, rozpuszczają je i rozkapryszają, nie stawiając żadnych granic i niczego nie wymagając. Wbrew pozorom obie te postawy są równie groźne dla naszego życia i dojrzewania. Brak im umiaru i zrozumienia, na czym tak naprawdę dojrzewanie polega.

Tutaj kłania się znana koncepcja Zygmunta Freuda – w latach 70. ubiegłego wieku zmodyfikowana przez Erica Berne’a – mówiąca o tym, że aby nasze dojrzewanie przebiegało prawidłowo i żebyśmy nadawali się do życia w świecie dorosłych, oprócz wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica konieczne jest rozwinięcie trzeciej, najważniejszej, części naszego ja, zwanej wewnętrznym dorosłym.

Czym wewnętrzny dorosły różni się od wewnętrznego rodzica i od dziecka?
Jest to ta część w nas, która potrafi być bezstronnym obserwatorem i narratorem naszego życia i postępowania. Ta część, która jest zdolna do podejmowania autonomicznych i odpowiedzialnych decyzji, a także spełniająca funkcję skutecznego mediatora w wiecznym konflikcie pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem. Wewnętrzny dorosły kieruje się bowiem zasadą: wybieram – decyduję – odpowiadam. Posiada więc zdolność do świadomego kierowania swoim postępowaniem w zgodzie z okolicznościami, a nie z przyzwyczajeniami, nawykami czy przekonaniami. Wewnętrzny dorosły potrafi nawet – gdy trzeba – przekraczać swój własny charakter, być wolnym od swojej ulubionej strategii życiowej. A więc nie zawsze reaguje na zagrożenie ucieczką czy agresją. Jest wolny zarówno od rodzicielskiej zasady powinności i obowiązku, jak i od dziecięcej zasady: chcę – nie chcę. Wewnętrzny dorosły podejmuje własne, niezależne decyzje, tak by osiągnąć najlepszy efekt swoich działań. Dziecko i rodzica traktuje jak – wprawdzie zawsze pokłóconych – ale użytecznych doradców.

Kiedy tak o nim opowiadasz, wewnętrzny dorosły wydaje mi się bardzo potrzebny, zwłaszcza jeśli chcemy w życiu coś osiągnąć i uniknąć niepotrzebnych kłopotów.
Właśnie. Dlatego póki nie wykształcimy w sobie tej części, która nazywa się dorosłym, nie możemy uświadomić sobie, co niedobrego dzieje się w naszym życiu. W dodatku żyjemy w wewnętrznym konflikcie, napięciu i lęku. By zarządzać nadaktywnym lub wycofanym dzieckiem, a także zbyt represyjnym i okrutnym lub bezgranicznie opiekuńczym rodzicem, niezbędny jest choćby zaczątek wewnętrznego dorosłego. Podobnie jest on nam konieczny do tego, byśmy mogli zachowywać się i odczuwać zgodnie z okolicznościami. A wracając do wątku świadomego rodzicielstwa – dopiero wtedy, gdy wewnętrzny dorosły urealni się i znajdzie w dobrym kontakcie z rzeczywistością, dopiero gdy pozna swoje ograniczenia i mocne strony, będzie mógł podjąć w pełni odpowiedzialną decyzję w sprawie rodzicielstwa.

Właśnie! Może wtedy uda się mu tak wychować dzieci, by te nie musiały zbierać się do kupy na psychoterapii.
Większość z nas ma niepozałatwiane sprawy związane z wewnętrznym dzieckiem i jest uwikłana w jego neurotyczne lęki, neurotyczną omnipotencję – czyli wiarę w nieograniczoną, nierealną moc.

Mimo tej niedojrzałości dzieci nam się na szczęście przydarzają, inaczej ludzkość przestałaby istnieć – czasami nawet na mocy jakiejś na poły świadomej decyzji. Wtedy jednak są od razu siłą rzeczy włączone w naszą niedokończoną wewnętrzną rozgrywkę pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem.

Na czym ta rozgrywka między wewnętrznym rodzicem a wewnętrznym dzieckiem polega? Jak wpływa na życie realnych dzieci?
Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest nadopiekuńczy, straszy nas światem lub/i rozpieszcza oraz uzależnia, to siłą rzeczy nasze realne dziecko będziemy traktować w podobny sposób. Tacy też byli nasi rodzice, opiekunowie z dzieciństwa. Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest z naszym wewnętrznym dzieckiem w wyniszczającej relacji, to wtedy jest wysoce prawdopodobne, że nasze realne dziecko zostanie przez nas w jakiś sposób – zazwyczaj nieświadomie – skrzywdzone. W obu sytuacjach dziecko jest przez rodziców obsadzone w dramacie rozgrywającym się w ich wewnętrznym teatrze. W tym sensie prawie wszyscy – wyjątki są bardzo nieliczne – bezwiednie traktujemy dzieci instrumentalnie. Mieć i wychowywać dzieci z nieegoistycznej potrzeby sprowadzenia na ten świat jakiejś potrzebującej tego istoty, dbania tylko o to, by w pełni mogła rozwinąć swój niepowtarzalny potencjał, niezależnie od naszych rodzicielskich ambicji, potrzeb, zranień i wyobrażeń – to ideał niezwykle trudny do zrealizowania. Wymaga bowiem od rodziców całkowitego przekroczenia ich egocentryzmu.

  1. Psychologia

Jesteśmy gotowi na dziecko - planowanie ciąży, przygotowanie do rodzicielstwa

Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Lukrowanie rodzicielstwa sprawia, że każdy potem czuje się zobowiązany, żeby przekazywać taką wizję dalej. A ona jest nieprawdziwa. Wychowanie to ciężka robota, do której trzeba się dobrze przygotować – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi skrupulatnie planują dzisiaj, kiedy zostać rodzicami. To chyba dobrze, prawda?
Na szczęście ponad 30 proc. dzieci rodzi się w sposób niekontrolowany i nieplanowany. Gdybyśmy zdali się tylko na planowanie, to prawdopodobnie przyrost naturalny na świecie by ustał, co byłoby w gruncie rzeczy niezłym pomysłem, zważywszy na przeludnienie, z którym chyba zaczynamy się zmagać. Można więc powiedzieć, że 30 proc. ludzi nie podejmuje żadnych decyzji, one są podejmowane za nich. Ale od tego, w jaki sposób zaskoczeni rodzice ustosunkują się do tego faktu, będzie zależała przyszłość dziecka.

Planowanie dziecka, nawet za cenę odwlekania decyzji, jest moim zdaniem lepsze niż podejmowanie jej pod presją: bo kobiecie bije zegar biologiczny, bo rodzina pyta, kiedy wreszcie, bo znajomi już mają, bo a nuż dziecko uratuje rozpadający się związek… Ważne, żeby przyszli rodzice byli przygotowani do tego, co ich czeka. Kiedy tak naprawdę to nastąpi?
Kiedy zaczniemy uczyć w szkołach psychologii relacji i psychologii klinicznej. Bo bez tego młodzi będą w 90 proc. przypadków powielać wzorce wychowania, w jakich wzrastali – albo wprost, albo à rebours, czyli przez zaprzeczenie.

Ale psychologii w szkole nie ma. Może przyszli rodzice powinni czytać książki psychologiczne?
Książki to już coś. Jeśli potencjalni rodzice chcą dobrze przygotować się do wychowania dzieci, to niech przynajmniej poznają różne koncepcje psychologiczne na ten temat, jak one się ścierały, do czego doprowadzały, niech poczytają o tym, jak można budować relacje z dziećmi, o prawidłowościach rozwojowych dziecka itd. Najlepiej by było, gdyby jeszcze przed decyzją o dziecku nie tylko naczytać się na te tematy, ale też przejść jakąś formę psychoterapii, a przynajmniej kilka treningów i warsztatów rozwojowych, by mieć okazję odbić się w umysłach innych i dowiedzieć się czegoś o swoich uwarunkowaniach.

Młodzi, przygotowując się do rodzicielstwa, perfekcyjnie wykorzystują dzisiaj technikę: kamery, czujniki, elektroniczne nianie. Co o tym myślisz?
To pokazuje, jak wielki jest lęk współczesnych rodziców i brak zaufania do możliwości własnych i dziecka, a także do losu, i jak bardzo próbują zredukować te lęki za pomocą obsesyjnej kontroli. A rzeczywistości nigdy do końca nie da się skontrolować. Trzeba iść w drugą stronę i uczyć się ufać sobie, innym ludziom i życiu, zamiast instalować coraz więcej czujników i kamer.

Ale świat bezpieczny nie jest, więc nic dziwnego, że rodzice myślą o bezpieczeństwie dzieci.
Jeśli wychowaliśmy się w rodzinie, w której dominowała kontrola, to z automatu tę niefortunną tradycję przeniesiemy na relacje ze wszystkimi w swojej nowej rodzinie. Albo pójdziemy w drugą skrajność i kontrolę całkowicie odpuścimy. Czas się zreflektować i zrozumieć, że obsesja bezpieczeństwa, która jest marketingowo nakręcana, zwłaszcza teraz, w czasie pandemii, nie zapewnia nam prawdziwego bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, zwiększy nasz niepokój i napięcie. Łatwo sobie wyobrazić, w jaki sposób zostanie ukształtowana psychika dziecka rodziców ogarniętych obsesją kontroli.

Ono też będzie pełne napięcia i lęku. Może więc zanim zostaniemy rodzicami, warto przypomnieć sobie swoje dzieciństwo i siebie jako dziecko?
To niezbędna refleksja przygotowująca nas do rodzicielstwa: Przypomnij sobie swoje dzieciństwo, siebie jako dziecko. Co cię bolało, drażniło, szkodziło ci, a co cieszyło, co było dla ciebie ciekawe i korzystne. To pomaga nam zrozumieć, jakiej tradycji formatowania byliśmy poddani, a potem pomoże podjąć świadomą decyzję co do sposobu wychowywania własnych dzieci. Pamiętajmy, że rodzice są po to, żeby dziecko jak najprędzej stało się osobą od nich niezależną.

I samodzielną...
Czyli wolną i ufającą sobie. Ja taką wolność i zaufanie dostawałem bardzo wcześnie od matki. A było to tym bardziej cenne, że matka, by mi to okazać, musiała panować nad swoim niepokojem. Mając 12 lat, w czasie wakacji nad morzem, z grupą starszych kolegów codziennie płynęliśmy na drugi brzeg dużej zatoki, a matka wydawała się przyjmować te ryzykowne wyczyny z całkowitym spokojem. Ale pewnego dnia już po wypłynięciu okazało się, że woda jest za zimna, więc szybko dopłynęliśmy do brzegu niedaleko miejsca startu i zobaczyłem wtedy matkę brodzącą przy brzegu i z niepokojem wypatrującą nas w głębi zatoki. Gdy mnie spostrzegła, chcąc ukryć zmieszanie, zwróciła się do całej naszej grupy: „O, już jesteście? A ja właśnie weszłam do wody trochę zamoczyć nogi”. „Jaka dzielna i fajna ta mama” – pomyślałem. Dodam, że mama kilka lat wcześniej oczywiście zadbała o to, żeby nauczyć mnie dobrze pływać.

Na tym powinno polegać przygotowanie do roli rodzica, żeby uporać się ze swoimi lękami?
Strach o dziecko to coś normalnego. Ale nadmierne, nieadekwatne lęki są dla niego bardzo obciążające. Kiedy słyszę na przykład, że malec, który uczy się chodzić, powinien mieć ochraniacze na kolanach i kask, to z żalem myślę, że rodzice, którzy dadzą się na to namówić, bardzo skrzywdzą swoje dzieci. Bo ból jest wielkim nauczycielem życia, a to prawdziwe nie obędzie się bez bólu. Dziecko też musi poczuć ból, aby nauczyć się go w miarę możliwości unikać, a także korzystać z jego podpowiedzi i ostrzeżeń. Ostatnio byłem w Islandii. Przekonałem się jeszcze raz, że narody Północy mądrzej niż inne wychowują swoje nowe pokolenia.

Surowiej?
Z naszego punktu widzenia surowiej, ale w istocie mądrze, adekwatnie i współczująco, bo przygotowują organizmy i umysły dzieci na trudne sytuacje. W Rejkiawiku obserwowałem taką scenę: młodzi ludzie z dwójką małych dzieci idą deptakiem. Młodszy chłopiec, około drugiego roku życia, biegnąc przed nimi, potyka się i wywraca na kamienny chodnik. Leży i płacze, bo ten upadek z pewnością był bolesny. Ale jego rodzice nie pędzą w panice, by go podnieść. Idą dalej spokojnie i z odległości starają się ocenić powagę sytuacji. Widząc, że nic groźnego się nie stało, zatrzymują się przy płaczącym synku i mówią do niego: „Wstawaj, kochanie, przecież wiesz, jak to się robi”. Słysząc to, chłopiec przestaje płakać, po czym wstaje i z satysfakcją uśmiecha się do rodziców. Pomyślałem: „Ile w nich prawdziwego współczucia i spokoju, jak mądrze uczą dziecko radzić sobie samemu z bólem i z upadkiem”. Przeciętny polski rodzic w takiej sytuacji swoim lękiem i lamentem przestraszyłby swoje dziecko, rozkręcił jego płacz, a potem gniewnie zakazał mu biegać. I to, co byłoby dla dziecka krótkotrwałym cierpieniem, stałoby się wielkim problemem, z którym nie ma szans sobie poradzić bez interwencji rodziców.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Wróćmy do ćwiczenia w przypominaniu sobie siebie jako dziecka. Często, niestety, pamiętamy krytykę rodziców. Co z nią zrobić teraz, gdy sami przygotowujemy się do rodzicielstwa?
W okresie dorastania i dorosłości bezkrytycznie kopiujemy negatywny stosunek rodziców do nas z dzieciństwa, a w wewnętrznych dialogach używamy wobec siebie zapożyczonych od rodziców zdań i poniżających zwrotów. Trzeba je zidentyfikować, określić ich pochodzenie, a potem zweryfikować i urealnić w oparciu o wiarygodne i aktualne opinie bliskich nam ludzi. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to niechybnie przekażemy dzieciom negatywny i autoagresywny stosunek do nich samych. Dlatego jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. Pomaga w tym napisanie listu do siebie z czasów dzieciństwa, złożonego z co najmniej dwóch rozdziałów: pierwszy to „przepraszam”, a drugi „dziękuję”. Ewentualny trzeci to „proszę”.

Przepraszam w imieniu rodziców?
Nie, we własnym. Za to, że siebie z czasów dzieciństwa nie doceniam, że się siebie wstydzę, że pogardliwie myślę o sobie z tamtego okresu życia i obraźliwie się do siebie zwracam.

A dziękuję za co?
Choćby za to, że tamto dziecko mimo wszystko wytrwało, przeżyło, że dzięki niemu nie wylądowałem w psychiatryku albo w więzieniu czy na ulicy i teraz mogę się wysilać, by przezwyciężyć przeszłość i piszę ten list. Przeprosiny i podziękowania skierowane do siebie z czasów dzieciństwa to elementarne przygotowanie do bycia rodzicem. Dla wielu to bardzo trudne zadanie, tym trudniejsze, im trudniej było w dzieciństwie.

Ktoś powiedział, że przygotowanie do rodzicielstwa tak naprawdę polega na znalezieniu odpowiedniego partnera. Zgadzasz się z tym?
To oczywiste. Ale aby znaleźć odpowiedniego partnera, musimy wcześniej rozpoznać dobrze nasze kompleksy i deficyty, zacząć nad nimi pracować i pokochać to dzielne wewnętrzne dziecko w nas. W sumie chodzi o to, żeby zbudować w sobie realistyczną samoocenę. Bo jeśli tego nie uczynimy, to będziemy szukać partnera, który będzie nam służył do kompensowania naszych osobowościowych deficytów i kompleksów, co sprawi, że obie strony nie znajdą powodów, aby brać odpowiedzialność za swoje wady i albo utkną na długo w swoich neurotycznych pozach, albo szybko poczują się wykorzystywane i będą miały siebie dość.

Taki związek nie rokuje także jako rodzicielski?
Słabo rokuje. Bo to nie jest związek oparty na miłości, tylko na transakcji: mam coś, czego ty potrzebujesz, a ty masz coś, czego ja potrzebuję, więc będzie nam lżej iść przez życie.

Myślę, że w ramach przygotowań do rodzicielstwa dobrze jest także zadbać o wspólnotę, pomocną wioskę. Bo teraz nasze życie się zatomizowało, rodzice zdani są na siebie samych. Czy to według ciebie nie ma znaczenia?
Ma bardzo duże znaczenie. Pod warunkiem że wioska jest choć trochę zróżnicowana. Niestety, obecnie rodziny kontaktują się prawie wyłącznie z podobnymi do siebie i uważają, że to, co mają do zaoferowania swoim dzieciom, jest najlepsze na świecie. Nasila się lęk przed konfrontacją z innymi tradycjami wychowawczymi, z innymi postawami rodzicielskimi, z innymi systemami wartości. Dlatego coraz bardziej się izolujemy i zamykamy w homogenicznych środowiskowych bańkach. Warto zdać sobie sprawę z tego, jak ograniczoną wizję świata i jak niewielką zdolność przeżycia w coraz bardziej zróżnicowanym świecie będzie miało dziecko wychowane w takiej bańce.

Przygotowując się do roli rodziców, powinniśmy wiedzieć, że czeka nas niełatwe zadanie? Bo na ogół ten okres życia obficie się lukruje.
Lukrowanie i idealizowanie rodzicielstwa ma niedobre skutki. Zdecydowana większość rodziców nie jest w stanie zrealizować tak bardzo wyidealizowanej wizji. Żyją więc z nieadekwatnym poczuciem winy i przynależności do patologicznego marginesu. A potem, aby zapewnić sobie przynależność do stada pseudozachwyconych, przekazują taką wizję swoim dzieciom. Tak więc powiedzmy sobie tutaj szczerze: rodzicielstwo to co najmniej 20 lat ciężkiej i odpowiedzialnej pracy, przeplatanej oczywiście bezcennymi, dłuższymi lub krótszymi chwilami szczęścia i satysfakcji. Ale pracy.

Jak przygotować się do tego, że będzie ciężko?
Przygotowanie do rodzicielstwa powinniśmy zacząć już na etapie wychowywania młodego człowieka. Trzeba uczyć przyszłych rodziców, czyli już dzieci, radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, z niedostatkiem, zimnem, bólem, zagrożeniem, wysiłkiem itd. Bo to ich w przyszłości czeka.

Większość rodziców zapomina, że oni i dziecko to naczynia połączone. Że nie można inwestować tylko w pociechę, trzeba też zadbać o siebie.
Po raz kolejny kłania się instrukcja z samolotu: najpierw załóż maskę sobie, a potem dziecku. Najpierw samemu trzeba uznać za prawdziwą, zweryfikowaną wartość to, czego chcemy nauczyć dziecko. Zadać sobie pytanie, jakim człowiekiem chciałbym, żeby moje dziecko się stało, na czym mi zależy, jakie cechy charakteru chcę pomóc mu wykształcić. Spiszmy na kartce 10–12 takich cech. Tam na pewno znajdą się takie, jak: kochający, dobry, odważny, kreatywny, pracowity, wytrwały, mądry, dojrzały. Przyjrzyjmy się tym cechom i zastanówmy, jakie oddziaływania, doświadczenia są dziecku potrzebne, żeby takie cechy mogło wykształcić. Potem zadajmy sobie trudne pytanie: Czy na pewno sami reprezentujemy te cechy w wystarczającym stopniu? Jeśli nie, to najpierw musimy zająć się sobą. I, po pierwsze, nie zarażać dziecka tym, co w nas szkodliwe albo deficytowe (np. nadmiernym lękiem, agresją, zazdrością, chciwością). A po drugie, popracować nad tym, co chcemy przekazać dziecku. Inaczej będziemy niewiarygodni.

Na ogół rodzice chcą dla swoich dzieci tego, czego oni nie mają. To niewykonalne? Niewykonalne. Rodzice myślą, że są w stanie coś przekazać, zupełnie nie pracując nad sobą, że wystarczy tylko chcieć i wypowiadać dużo pustych słów i zdań, karać, nagradzać i zakazywać. Niestety, prawda jest taka, że aby dziecko nauczyć tego, co mu naprawdę w życiu się przyda, nie obejdzie się bez rodzicielskiej pokory i solidnej pracy nad sobą. Dzieci czerpią z żywych przykładów, jakimi są ważni dla nich ludzie, a szczególnie ci, którzy powołali je na świat.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórcai dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

To nie tylko pompa tłocząca krew. Serce czuje i wie

Naukowcy udowodnili, że „mózg” serca ma zdolność uczenia się, zapamiętywania, a nawet podejmowania decyzji, niezależnych od mózgu w czaszce. (Fot. Getty Images)
Naukowcy udowodnili, że „mózg” serca ma zdolność uczenia się, zapamiętywania, a nawet podejmowania decyzji, niezależnych od mózgu w czaszce. (Fot. Getty Images)
Naukowcy odkryli, że serce jest nie tylko pompą tłoczącą krew, ale ma również własny „mózg”. Jeśli nawiążesz z nim stały kontakt, twoje życie stanie się lepsze i pełniejsze, a miłość nigdy cię nie opuści – czy będziesz w związku, czy nie.

Wszyscy pragniemy kochać i być kochani, ale jednocześnie się tego boimy. Z lęku przed zranieniem odcinamy się od źródła miłości w sobie, czyli od serca. Lękamy się, że ktoś rozdrapie w nim niezagojone rany, sięgające dzieciństwa, relacji z rodzicami i wcześniejszymi partnerami. Na skutek rozczarowań, zranień i odrzucenia przez bliską osobę nauczyliśmy się „zamykać” serce, aby ochronić je przed ponownym cierpieniem. Jeśli jednak wchodzimy w relację uczuciową z bagażem swoich ran, na każdym etapie związku możemy doświadczyć lęku przed skrzywdzeniem. Czasami to my odchodzimy pierwsi, aby nie zostać zranionymi.

W związku spotykają się ze sobą nie tylko dwie dorosłe osoby, ale także ich Wewnętrzne Dzieci. Te aspekty psychiki, które potrzebują nieskończonej aprobaty, akceptacji i ogromu miłości. Nie jest jednak możliwe, aby partner spełnił wszystkie te oczekiwania. Zamiast czekać na miłość z jego strony, możemy zacząć pielęgnować miłość do siebie i uzdrowić emocjonalne rany. Najlepszą drogą do tego jest nawiązanie kontaktu z własnym sercem, które nie tylko czuje, ale – według badań – także wie.

Myśląca maszyna

„Serce ma swój porządek, rozum ma swój, płynący z zasad i dowodów; serce ma inny” – to Blaise Pascal. „Serce podpowiada jedno, a rozum drugie” – potoczna mądrość. Jak się okazuje, obie myśli są zgodne ze stanowiskiem naukowców.

Koncepcję mózgu serca po raz pierwszy przedstawił dr John Andrew Armour w 1991 roku. Inne badania amerykańskich naukowców z Instytutu HeartMath w Boulder Creek w Kalifornii wykazały, że „mózg” serca ma zdolność uczenia się, zapamiętywania, a nawet podejmowania decyzji, niezależnych od mózgu w czaszce. To wyjaśnia na przykład, dlaczego osoby, które przeszły transplantację serca, mają wspomnienia zdarzeń, w których nigdy nie brały udziału. Pamięć zawarta w komórkach nerwowych serca dawcy niekiedy wpływa w znaczący sposób na osobowość biorcy.

Serce cały czas przesyła informacje do różnych ośrodków w mózgu związanych z zachowaniem, percepcją i emocjami (ciało migdałowate), ale też odbiera informacje od mózgu i… może zignorować niektóre z nich i podjąć własną decyzję. Dlatego czasami czujemy, że serce i umysł chcą czego innego.

Rozwiniętą inteligencję serca charakteryzuje świadomość własnych emocji, wysoki poziom empatii, współczucie, odczuwanie wdzięczności za życie oraz umiejętność wybaczania innym, kochania siebie i wyrażania miłości. Ale co zrobić, jeśli serce nie chce się otworzyć, jest nieufne?

Jeśli ostatnio nieszczęśliwie się zakochałaś, zostałaś porzucona lub skrzywdził cię ktoś, po kim się tego nie spodziewałaś, z pewnością twoje serce zamknięte jest na trzy spusty. Właściwą drogą jest tu wybaczenie wszystkiego: i sobie, i innym. Zanim poczujesz gotowość do wybaczenia, możesz odczuwać gniew, zarówno do siebie, jaki i do osoby, która cię zraniła. To dobrze, pozwól sobie na „przetrawienie” tych emocji, wtedy zapora broniąca dostępu do twojego serca skruszeje i pojawi się miejsce na wybaczenie. Ważne jest też, by – zanim wejdziemy w kolejną relację – upewnić się, że zamknęłyśmy już rozdział związany z poprzednią. Jeśli chowasz urazę do byłego partnera, wniesiesz ją do następnego związku. Prędzej czy później zaczniesz odczuwać te same emocje. Jeśli wyniesiemy z relacji konstruktywne wnioski, nie przyciągniemy już podobnego doświadczenia, ale inne, które będzie odbiciem tego, na ile kochamy i akceptujemy same siebie.

Kiedy ktoś cię zranił

Daj sobie przyzwolenie na przeżycie różnych uczuć i emocji związanych z tą sytuacją: gniewu, żalu, smutku. Pamiętaj, że są one naturalne w takiej sytuacji, ale nie będą trwać wiecznie. Twoje samopoczucie w końcu się poprawi. Bądź świadoma negatywnych myśli i pesymistycznych wizji, które powstają w twojej głowie, np: „już nigdy się nie zakocham”, „jestem beznadziejna”, „miłość rani”. Staraj się od nich odcinać, bo nie pozwalają twojemu sercu się zregenerować. Schowaj na pewien czas prezenty i przedmioty, które mogą ci przypominać osobę, do której nadal czujesz żywe emocje. Ale nade wszystko spotykaj się z przyjaciółmi, nie zamykaj się tylko w swoim świecie. Dbaj o siebie, wysypiaj się, rób sobie małe prezenty, zmień coś w swoim wyglądzie. Ktoś przestał cię kochać? Zacznij bardziej kochać siebie: mów do siebie pozytywne słowa: „lubię cię”, „kocham cię”, „jesteś w porządku”. I dziękuj za małe i duże rzeczy w swoim życiu. Wdzięczność to uczucie, które sprawia, że twoje serce szybciej „dojdzie do siebie”.

Mądry przewodnik

Wsłuchaj się w swoje serce, rozmawiaj z nim i proś jak najczęściej o prowadzenie. Jak nawiązać z nim kontakt? Połóż dłoń na klatce piersiowej. Odczuj ciepło, które płynie z twojej dłoni w głąb. Oddychaj swobodnie, wraz z wdechem klatka piersiowa lekko się unosi, na wydechu opada. Uświadom sobie, że kiedy wdychasz powietrze, energia życiowa wypełnia twoje płuca i dotleniane są wszystkie komórki w ciele. Na wydechu oddajesz dwutlenek węgla. Wypuszczasz napięcie i stres. Pozwól, aby każdy wydech rozluźniał pancerz mięśniowy twojego serca. Teraz zwiększ świadomość własnego serca. Poczuj wdzięczność za to, że jest. Pozostań w ćwiczeniu jeszcze kilka minut. Powtarzaj je jak najczęściej.

Pielęgnuj w sobie pozytywne uczucia

Według naukowców pozytywne uczucia i emocje, takie jak miłość, radość czy wdzięczność, powodują harmonijny rytm serca oraz wprowadzają stan równowagi między nim a mózgiem (koherencja). Z kolei negatywne emocje zaburzają pracę serca i osłabiają układ immunologiczny. Zatem im częściej odczuwasz do kogoś urazę czy nienawiść, tym bardziej działasz na swoją szkodę.

Badacze z Instytutu HeartMath twierdzą, że każdy potrafi i powinien wzbudzać w sobie pozytywne uczucia. Dzięki temu w ciągu zaledwie dwóch minut twoje samopoczucie ulegnie znacznej poprawie. Zatem jeśli odczuwasz gniew, żal czy zazdrość lub po prostu jest ci smutno, masz wybór: możesz nie robić nic lub świadomie zmienić ten stan. Oto prosty sposób:

1. Skieruj uwagę do klatki piersiowej. 2. Uświadom sobie „fizycznie” swoje serce i skieruj do niego oddech. 3. Przypomnij sobie jakieś pozytywne zdarzenie lub miejsce, które lubisz. 4. Poczuj wdzięczność, która wypełnia teraz twoją klatkę piersiową. 5. Odczekaj dwie, trzy minuty… I jak? Pomogło?

  1. Psychologia

Praca z wewnętrznym dzieckiem kluczem do udanego związku

Nasza podświadomość, czyli nasze Wewnętrzne Dziecko, znacząco wpływa na to, w kim się zakochujemy. (Fot. Getty Images)
Nasza podświadomość, czyli nasze Wewnętrzne Dziecko, znacząco wpływa na to, w kim się zakochujemy. (Fot. Getty Images)
Bywa, że z uporem wraca do nas myśl: czy na pewno to ten jedyny? I choć na początku byliśmy zachwyceni, to teraz widzimy same wady tej drugiej osoby. Czy to my nie nadajemy się do związku, czy po prostu wciąż spotykamy niewłaściwych ludzi? Zdaniem terapeutki Stefanie Stahl te pytania stawia małe, skrzywdzone dziecko w nas, które boi się związku.

"Jestem przekonana, że (prawie) każdy może żyć w szczęśliwym związku miłosnym" – pisze Stahl w książce „Kochaj najlepiej, jak potrafisz”. Twierdzi, że jedyne, co nas przed tym powstrzymuje, to nasze głębokie i nieświadome dziecięce oprogramowanie.

„Powszechnie się sądzi, że znalezienie właściwej osoby, z którą będziemy szczęśliwi, to kwestia przypadku. W rzeczywistości jest tak, że nasza podświadomość, czyli nasze Wewnętrzne Dziecko, znacząco wpływa na to, w kim się zakochujemy lub nie”
Na przykład jeśli twoi rodzice dużo pracowali i zostawałaś często sama, twoje wewnętrzne dziecko tęskni za miłością i więzią. Wykształcasz wszelkie umiejętności, by wchodzić w związki i dopasowywać  się do partnera, masz za to trudność ze stanięciem na własnych nogach. Szukasz kogoś, kto ma to, czego ci brakuje – silnego, autonomicznego, kto paradoksalnie zwykle się od ciebie odsuwa. Jeśli twoi rodzice byli nadopiekuńczy – masz rozbudowaną potrzebę autonomii i izolacji, szukasz partnerek lub partnerów ciepłych i delikatnych, bo sam taki nie potrafisz być, ale dystansujesz się do nich z lęku przed tym, by cię nie pochłonęli – tak jak robili to rodzice. W ten oto sposób sami sabotujemy całkiem dobrze zapowiadające się miłosne relacje.

'Kochaj najlepiej, jak potrafisz', Stefanie Stahl, wyd. Otwarte "Kochaj najlepiej, jak potrafisz", Stefanie Stahl, wyd. Otwarte

Czego się boisz?

Według Stefanie Stahl kluczem do udanego związku jest zachowanie równowagi pomiędzy dopasowywaniem się a posiadaniem własnego zdania, czyli między więzią a autonomią. Obie te potrzeby leżą u podstaw bycia człowiekiem, a doświadczenia w ich zakresie kształtują nasze poczucie własnej wartości. Jeśli odczuwamy lęk przed byciem w związku, którego przejawem jest wycofywanie się z relacji lub zbytnie nadskakiwanie drugiej osobie, to zawsze ma on swoje źródło w naszym dzieciństwie – dzieje się tak, jeśli nasi rodzice wiecznie się kłócili, ale też jeśli musieliśmy się do nich dopasowywać, by im się przypodobać. Lęk przed związkiem wcale nie oznacza, że nie tworzymy związków – wchodzimy w nie, a jakże!, tylko na różne sposoby dystansujemy się w nich od partnera. Na przykład zadając sobie pytanie: Czy to na pewno ten? Czy ona do mnie w ogóle pasuje?

Aktywacja systemu

„Ludzie, którzy cierpią na lęk przed tworzeniem więzi, dobrze znają pewien fenomen: jeśli są pewni przychylności partnera, traci on dla nich swoją atrakcyjność. Jeśli natomiast partner utrzymuje ich w niepewności lub zachowuje się zmiennie, są w nim bardzo zakochani i seksualnie podnieceni”
Stahl tłumaczy to tak: póki nie czujesz się w związku pewnie, a może to dotyczyć też wieloletnich małżeństw, póty lęk przed utratą autonomii jest stłumiony, a lęk przed porzuceniem nasilony. Aktywuje się wtedy „system więzi”, co oznacza, że chcesz koniecznie przywiązać do siebie drugą osobę. Oto po czym możemy rozpoznać go u siebie:
  • czujemy się bardzo zakochani i „napaleni” na partnera;
  • nie myślimy o niczym innym, tylko o nim;
  • idealizujemy go i stawiamy na piedestale;
  • niestrudzenie wierzymy w to, że nasz partner wreszcie zaangażuje się bardziej w związek;
  • próbujemy przekonać go do siebie za pomocą różnych trików i dążenia do perfekcji;
  • udajemy obojętność albo próbujemy wzbudzić w partnerze zazdrość;
  • żyjemy w nieustającej niepewności i lęku przed jego utratą, co może nas wpędzać w głęboki smutek;
  • czujemy się podlegli partnerowi i zależni od niego.
Jak podkreśla Stahl, zwykle ten stan odczuwamy jako wielkie zakochanie, ale jedno z drugim nie ma nic wspólnego. To jedynie lęk przed stratą. Dlatego często związki, które, patrząc wstecz, uważamy za swoje największe miłości, tak naprawdę były jedynie stale zabarwione lękiem o to, że utracimy drugą osobę.

Jest jeszcze jeden mechanizm, którego siłę napędową stanowi z kolei lęk przed bliskością. Otóż po zdobyciu obiektu miłości system więzi się ucisza, związek się stabilizuje i osadza. U niektórych budzi się wtedy obawa przed utratą niezależności. Czują się osaczeni przez partnera, brakuje im tlenu. Aktywuje się u nich wtedy „system autonomii”. Jak pisze Stahl, jego działanie powoduje nagłą śmierć uczucia. Partner kompletnie traci na atrakcyjności, dystansujemy się od niego fizycznie i mentalnie. Po tym poznamy, że taki system się właśnie uaktywnił:

  • poszukujemy idealnego partnera;
  • po jego zdobyciu koncentrujemy się na jego słabych stronach, wady stają się tak jaskrawe, że zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno jest on tą właściwą osobą;
  • zaczynamy samodzielnie zarządzać dystansem i bliskością w związku – to my przejmujemy kontrolę nad tym, czy i kiedy pozwalamy partnerowi na bliskość;
  • nie myślimy o wspólnej przyszłości i unikamy częstych randek;
  • uważamy partnera za natręta;
  • wątpimy w związek i myślimy o rozstaniu;
  • po chwilach bliskości odczuwamy potrzebę zbudowania dystansu;
  • nie mamy ochoty na seks;
  • dostrzegamy wielu atrakcyjnych potencjalnych partnerów lub zachwycamy się byłymi.
Osoby odczuwające lęk przed byciem zagarniętym nie nauczyły się, że można współtworzyć relację. Dowiedziały się raczej, że nie ma się na nią właściwie wpływu. Psychologowie znają też określenie „lękowe unikanie więzi” – takie osoby budują zewnętrzne i wewnętrzne obwarowania, by chronić się przed zranieniem. Często pozostają w sferze marzeń, zakochując się w osobach, które są nieosiągalne.

Znajdź swój program

Jeśli chcielibyśmy odkryć, czy więcej w nas lęku przed zagarnięciem czy przed stratą – powinniśmy zająć się naszymi dziecięcymi wzorami. Jak to zrobić? Stefanie Stahl proponuje kilka prostych kroków:

Program więzi

  1. Zastanów się, jakiego rodzaju więź łączyła cię z twoimi rodzicami. Najlepiej zapisz to na kartce. Czy rodzice byli czuli, kochający, opiekuńczy i empatyczni, czy może autorytarni, obojętni, niezainteresowani, agresywni?
  2. Jakie uczucia były w waszym domu mile widziane, a jakie nie? Z jakimi potrafisz się dobrze obchodzić, jakie tłumisz, a jakie są u ciebie zbyt silne? Zapisz to w postaci zdań.
  3. Jaką rolę, zadanie miałeś w swojej rodzinie? Pocieszyciela, małej dziewczynki, prymusa, odpowiedzialnego najstarszego syna, a może jeszcze inną?
  4. Odkryj swoje schematy myślowe, czyli głęboko schowane przekonania na temat siebie samego, ale też związków i miłości. Wypisz je na kartce. Czy będą to stwierdzenia typu: „Jestem OK”, „Jestem ważna”, „Mam prawo się bronić”, „Mogę być sobą”, czy raczej: „Nie jestem wystarczająco dobry”, „Muszę się dopasować”, „I tak zostanę porzucony”?
  5. Postaraj się zidentyfikować uczucia, jakie najczęściej ogarniały cię w dzieciństwie, oraz te, jakie obecnie najczęściej czujesz. Czego się boisz? Za czym tęsknisz?
  6. A teraz zbierz to wszystko i opisz zdanie po zdaniu swój program więzi.

Program autonomii

  1. Zastanów się, czy i jak rodzice zaspokajali twoją potrzebę autonomii. Wspierali cię w twojej samodzielności? Uczyli cię nowych umiejętności czy raczej przywiązywali do siebie, wyręczając cię we wszystkim?
  2. Jaki przykład ci dawali? Zwłaszcza rodzic tej samej płci – czy był stanowczy i decyzyjny, czy raczej zależny i podporządkowujący się?
  3. Jak rodzice obchodzili się z twoją złością? Stefanie Stahl tłumaczy, że agresja wyrażająca się poprzez złość i wściekłość, jest bardzo ważnym elementem odseparowywania się od rodziców. Daje nam siłę, by pójść własną drogą. Osoby zahamowane w wyrażaniu agresji często są agresywne, ale w sposób bierny – marudzą, narzekają lub zwlekają. Zastanów się zatem, czy w dzieciństwie mogłeś złościć się i okazywać własną wolę.
  4. Zdefiniuj swoje schematy myślowe dotyczące autonomii. Czy były to przekonania typu: „Sam sobie z tym poradzę”, „Potrafię to zrobić”, „Mogę się złościć”, „Mogę mieć własny świat”, czy raczej: „Nic nie potrafię”, „Jestem bezsilny”, „Muszę wygrywać”?
  5. I znów – zidentyfikuj uczucia, jakie pojawiają się, kiedy myślisz o swojej autonomii i wolności. Poczuj je w ciele.
  6. Teraz podsumuj to wszystko i opisz swój program autonomii.

Praca z dzieckiem

Kto zna książkę Stefanie Stahl „Odkryj swoje Wewnętrzne Dziecko” albo czytał artykuł o niej w grudniowym SENSie, wie, że niemiecka terapeutka dzieli postać Wewnętrznego Dziecka na dwa byty – Dziecko Słońca i Dziecko Cienia. Drugie jest tą częścią w nas, która doświadczyła negatywnych przeżyć w relacjach z rodzicami. Często nie z ich winy, ale dlatego, że sami nie umieli i nie byli nauczeni inaczej postępować. Jak podkreśla Stahl, w każdym z nas mieszka Dziecko Cienia, bo nie istnieje idealne dzieciństwo, a nawet najbardziej zaangażowani rodzice też popełniają błędy. Na szczęście naprzeciwko Dziecka Cienia w naszym wnętrzu stoi Dziecko Słońca, symbolizujące te wszystkie dobre doświadczenia i pozytywne wzorce, które wykształciliśmy przy pomocy rodziców.

Dziecko Cienia może wiele powiedzieć w kwestii naszego programu więzi i autonomii. Jest czułym barometrem braku równowagi między nimi. Jeśli dochodzi do konfliktów w związku, to często są to konflikty między naszymi Dziećmi Cienia, czyli tymi najbardziej zranionymi częściami. Zatem najlepszą metodą jest − według Stahl − strategia przyłapywania się na sytuacjach, w których odzywa się w nas skrzywdzone Dziecka Cienia, i przełączania się wtedy na osąd „ja” dorosłego. A że najłatwiej przyłapać się na własnych uczuciach, bądźmy pewni, że jeśli czujemy: wstyd, poczucie winy, zazdrość, pustkę, lęk przed stratą, lęk przed niepowodzeniem, smutek, desperację, poczucie przymusu, przekorę czy złość – to odzywa się w nas Dziecko Cienia. Postarajmy się w wtedy spojrzeć na całą sytuację z boku, z pozycji obserwatora – spójrzmy na to uczucie, zastanówmy się, co je wywołało, jakie zdarzenie z przeszłości nam to przypomina. I pamiętajmy, że Dziecko Cienia to produkt wychowania, a nie my sami.

Towarzyszącą strategią jest wzmacnianie swojego Dziecka Słońca, czyli tych wszystkich pozytywnych przekazów i wzorców myślowych, które będą nas wprawiać w dobry nastrój. Po czym poznasz, że to jego głos się w tobie odzywa? Także po uczuciach: spokoju, wdzięczności, radości, troski, podekscytowania. Dziecko Słońca zawsze mówi, że wszystko jest z tobą w porządku i że jesteś wystarczająco dobry, a twoje negatywne przekonania nie mają nic wspólnego z tobą ani z obecną rzeczywistością, są jedynie rezultatem nadmiernego przeciążenia twoich rodziców.

Stosując obie strategie, w momencie kiedy pojawi się w twojej głowie myśl: „czy ten partner aby na pewno do mnie pasuje?”, będziesz wiedzieć, czy to racjonalna obawa, za którą stoją solidne argumenty, czy jeden z uników twojego Dziecka Cienia. Jeśli jednak nadal będziesz mieć wątpliwości, a lęk przed byciem w relacji będzie zbyt głęboko w tobie zakorzeniony, by szybko zneutralizować jego wpływ, zrób rzecz następującą: przez miesiąc z pełną świadomością zdecyduj się na właśnie tego partnera, postanów sobie, że idealnie do ciebie pasuje. Jak twierdzi Stahl, taka postawa często kompletnie zmienia nasze nastawienie i pozwala zbliżyć się do drugiej osoby.