1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Żyj na własnych zasadach

Żyj na własnych zasadach

Warto uświadomić sobie,że większość z tego, co wywołuje nasze obawy, nie ma znaczenia. (Fot. Getty Images)
Warto uświadomić sobie,że większość z tego, co wywołuje nasze obawy, nie ma znaczenia. (Fot. Getty Images)
Według nauczyciela Johna C. Parkina problem większości z nas polega na tym, że martwimy się mnóstwem rzeczy, na które nie mamy wpływu. Pora wszystkim lękom i fałszywym przekonaniom powiedzieć dwa dosadne, ale jakże uwalniające słowa: „pieprzę to!”

John C. Parkin 20 lat życia poświęcił na tropienie kolejnych ścieżek rozwoju. Pewnego dnia doznał oświecenia – uświadomił sobie, że mówienie „pieprzę to” przynosi taki sam efekt jak wschodnie praktyki duchowe. Tyle że bez wieloletniego siedzenia w pozycji kwiatu lotosu i bezustannych prób uciszenia umysłu. „To metoda idealna dla naszych czasów” – pomyślał Parkin i wziął się do roboty. Pierwsza książka „Filozofia f**k it”, będąca opisem jego nowo odkrytej drogi rozwoju, została przetłumaczona na 22 języki i stała się międzynarodowym bestsellerem. Ostatecznie Parkin rzucił dobrze płatną pracę w Londynie i kupił uroczą górską posiadłość we Włoszech, do której przeniósł się wraz z żoną i bliźniętami. Odtąd żyją tam i prowadzą obozy rozwojowe pod wiele mówiącym szyldem „Pieprz to”.

Przerwać opowieść

Filozofia Parkina w skrócie oznacza robienie tego, na co ma się ochotę. Czyli życie na własnych zasadach, w pełnej wolności. Bez strachu i obaw. Zanim jednak dotrzemy do tego jakże zachęcającego punktu, należy sobie uświadomić, że tkwimy w więzieniu. Czym ono jest? Tak zwanym sensem życia, którego szukamy bezowocnie, skazując się na przytłaczającą szarą egzystencję. Przebłysk bezgranicznej bezcelowości życia, który zdarza się nam miewać, zazwyczaj wywołuje panikę. Tak naprawdę nic nie ma sensu, tymczasem my szukamy go we wszystkim. Martwimy się rzeczami, które z nawet nieznacznie dalszej perspektywy w ogóle nie mają znaczenia. Parkin twierdzi, że jesteśmy w tym, niestety, żałośni.

Główny problem polega na tym, że mamy swoją historię, czyli wszystkie te rzeczy, które nam się przytrafiły. Ktoś nas skrzywdził, uratował, wzruszył, zainspirował. Może przeszliśmy przez depresję albo mieliśmy ojca, który wyjeżdżał bez pożegnania i permanentnie zdradzał matkę. Zajmujemy się tym, kim byliśmy, jesteśmy i kim chcielibyśmy się stać. Zadręczamy się myślami na ten temat. Życie jawi się nam jako miejsce pełne magii albo jako jeden wielki padół rozpaczy. To są nasze opowieści, w które usiłujemy zamknąć przepływ życia. Ono zdążyło przemieścić się już znacznie dalej, a my nadal tkwimy w więzieniu tkanej pracowicie przez nas opowieści. Jesteśmy jak pisarz uwięziony we własnej książce. Dlatego Parkin gorąco namawia, żeby pieprzyć swoją historię. Ona zawsze będzie nasza, ale my nie jesteśmy nią.

Historia to ego, karma, iluzja, nazwij ją, jak chcesz. Nie jest jednak prawdą, więc pieprz ją. Podobnie jak parę najbardziej przeszkadzających w życiu emocji i nawyków.

Na pohybel lękom

Wschodni mistrzowie mówią, że strach jest bezużyteczny, a oni wiedzą, co mówią. U podstaw każdej ludzkiej obawy leży lęk przed śmiercią i stratą. Cóż to za cholerny ból – konkluduje Parkin. I przekonuje: staw czoła swoim lękom. Czego się boisz? Jutrzejszego zebrania w pracy, tego, że przytyjesz, uderzenia meteorytu czy może tego, że ktoś powie ci coś przykrego? Kiedy przyjrzysz się swoim lękom, odkryjesz, że u podstawy każdego z nich tkwi utrata czegoś. Ale każdy z nas musi stawić czoła kwestii utraty wszystkiego. Wszystko musi odejść, bo nic do nas nie należy. Dlatego powiedz: „pieprzę strach”, by wreszcie spojrzeć mu w ślepia. Gdy spotkanie z nim okaże się straszne, nie wycofuj się. Dla pocieszenia powtarzaj: „To też minie”.

Po cóż ta powaga?

Podchodzimy do życia odpowiedzialnie i uważamy, że tak właśnie zachowują się dorośli. Śmiertelna powaga bierze się z tego, że nam zależy, uważa Parkin. Zależy nam na stabilizacji finansowej, więc poważnie podchodzimy do pracy. Na fajnych wakacjach też nam zależy, więc praca staje się jeszcze bardziej poważna. Zależy nam na zdrowiu, wyglądzie i tym sweterku w odcieniu pudrowego różu. A jak ciężko i poważnie się robi, kiedy zależy nam na reputacji, budowaniu CV, na byciu wyluzowaną, ale spójną wewnętrznie matką i empatyczną przyjaciółką. Problem w tym, że zależy nam na zbyt wielu rzeczach. Na dodatek żyjemy w przekonaniu, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Wątpimy, rezygnujemy, ale potem znowu podkręcamy śrubę. Jesteśmy na zmianę apatyczni i surowi dla siebie oraz innych. Tkwimy w przeklętym cyklu.

Co robić? Parkin podpowiada – powiedzieć „pieprzę to” temu oprogramowaniu, na które składają się oszczerstwa Wewnętrznego Krytyka. Tak jak jest, jest wystarczająco dobrze. Nie musimy się starać, nie musimy się zmieniać. Wystarczy, że jesteśmy!

W niewoli celu

Mamy cele. Kiedy jesteśmy zorganizowani i zdeterminowani, to je nawet spisujemy i przydzielamy im terminy do realizacji. No bo przecież chcemy zdać te egzaminy, zmienić wystrój salonu, cieszyć się życiem, doświadczyć swojej kobiecości w relacji oraz seksu tantrycznego, wyzdrowieć, rzucić fajki, awansować. Cierpimy dla sztuki, nie zważamy na ciosy, brniemy w to dalej. Po to, aby zrealizować cele. Czy nie stają się one jednak naszym więzieniem?

Warto wiedzieć, że życie ma w zwyczaju mieć gdzieś nasze plany. Najpewniejsza jest nieprzewidywalność. Cele mogą być pożyteczne, jeśli poprawiają nam humor. Jeśli jednak trzymamy się ich zbyt mocno, ograniczają. Dlatego odpuść to, co ściskasz zbyt kurczowo. Pieprz to!

Nazywaj rzeczy po imieniu

Świadomość, pełna świadomość wymaga sporego wysiłku. A skutkuje życiem na własny rachunek. Łatwiej jest spełniać rodzinne oczekiwania i podporządkowywać się społecznym normom. Prościej jest zbagatelizować pragnienia duszy i włączyć telewizor. Wygodniej jest milczeć, niż głosić swoją prawdę. Bo lepszy jest diabeł, którego znasz. Ale czy go lubisz? Większość z nas wybiera nieświadomość – uważa Parkin. Lepiej nie wiedzieć, nie czuć, nie myśleć po swojemu. Tak jest jakoś przyjemniej.

Świadomość polega na nazywaniu rzeczy po imieniu, na spoglądaniu tam, gdzie jest trudno. Na początku mogą boleć oczy od oślepiającego światła świadomości, powiedz wtedy: „Pieprzę to, stawię czoła faktom”. Nie napinaj się jednak. Miej odwagę sięgać po to, czego pragniesz, ale z drugiej strony, odpuszczaj, gdy tego jest zbyt wiele. Postaraj się też podważyć swoje założenia dotyczące tego, kim jesteś i jak działa wszechświat. Przyjmij, że wszystko, co cię otacza, łącznie z tobą, jest energią. Tak twierdzą fizycy, różni guru i mistrzowie qigong. Powiedz betonowej rzeczywistości: „pieprzę cię”, a otworzą się przed tobą wrota magii. Nie wierz w nic stałego, nie ufaj swoim myślom ani temu obrazowi, który masz przed oczami.

To nie ma znaczenia

No dobrze, powiesz, ale jak przełożyć to na swoje życie? Zacząć mówić wszystkiemu: „pieprzę to”? Czemu nie?! Ale tak naprawdę chodzi o to, by pokazać środkowy palec rzeczom, które cię męczą, stresują, pozbawiają radości życia.

Od czego zacząć? Stań przed lustrem i spójrz na siebie. Przypuszczalnie zobaczysz tam kogoś, kto za dużo pracuje, za dużo się martwi, za dużo myśli, za dużo kalkuluje. Może jest to ktoś zestresowany, zmęczony, niezrealizowany.

Teraz uświadom sobie, że większość z tego, co wywołuje twoje obawy, nie ma kompletnie znaczenia. Możesz odrzucić przyczynę twojego bólu, robić mniej, bardziej się zrelaksować i podążyć z nurtem rzeki, jaką jest życie, zamiast starać się nad wszystkim panować. Przestać podchodzić do tej podróży tak bardzo poważnie. Zwolnić.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ucieczka z krainy dzieciństwa - jak wyjść z rodzinnych traum?

Zdaniem psychologów, dojrzałość polega na rozliczeniu się z przeszłością. (fot. iStock)
Zdaniem psychologów, dojrzałość polega na rozliczeniu się z przeszłością. (fot. iStock)
Nawet najlepsi rodzice mają jakieś wady. Nadopiekuńczy lub zbyt surowi – autorzy naszych lęków, klęsk i rozterek. Nie obwiniaj ich za to, kim jesteś. Rozstań się z dziecięcym pokoikiem w sobie.

Proszą, by zdjąć z nich rodzinną klątwę, która nie pozwala im być sobą, cieszyć się pracą, rodziną, osiągać sukcesy. ,,Mój ojciec pił i teraz jestem w związku z alkoholikiem”, ,,Matka uważała, że miejscem kobiety jest dom. Nie potrafię znaleźć się w pracy”... – zwierzają się pacjenci pukający do gabinetów terapeutycznych. Większość z nich czuje, że nie żyje własnym życiem. Kierowani cierpieniem, szukają winnego: nadopiekuńcza matka, zbyt surowy ojciec, przedwczesna śmierć, rozwód itp. Co czwarta osoba jest DDA (dorosłe dziecko alkoholika), co druga wychowała się w toksycznej rodzinie… Epidemia, moda? Potrzeba wyjaśnienia, kto odpowiada za moje klęski?

Pytanie: W jakim stopniu dzieciństwo rzeczywiście determinuje dorosłe życie człowieka? I kiedy trzeba powiedzieć sobie: ,,Dość. Nie jestem już dzieckiem. To moje życie, biorę za nie pełną odpowiedzialność”?

Rodzinne klątwy

Jesteśmy jak drzewo, siłę czerpiemy z korzeni. Nasze korzenie to rodzinne dziedzictwo. Dzięki rodzinie stajemy się tym, kim jesteśmy. Poznajemy wartości, pomysły na to, czego chcemy od innych ludzi, a przede wszystkim weryfikujemy prawdę na swój temat. Potrzebujemy bezwarunkowej miłości i akceptacji rodziców. Ci chcą dla nas jak najlepiej, ale bywa, że stawiają swoje warunki: ,,Będę kochać dziecko grzeczne, posłuszne, pracowite…”.

I wtedy dla zdobycia rodzicielskiej miłości trzeba zaprzeczyć sobie, wyprzeć się własnych uczuć, pragnień, potrzeb. Rodzi się tzw. uwarunkowane poczucie wartości, bo tożsamość uzależniona jest od wymagań stawianych w  domu rodzinnym. Po latach wyruszasz w dorosłe życie z plecakiem pełnym wyniesionych z domu przekonań na temat świata, a przede wszystkim na temat samego siebie. Czeka cię konfrontacja tego „posagu” z  rzeczywistością. Dziewczyna traktowana w domu jak ,,głupia gąska”, nawet po kilku fakultetach nie uwierzy, że zasługuje na uznanie. ,,Klątwa” rzucona w złości przez ojca: ,,Żaden mężczyzna cię nie zechce!”, blokuje w  kobiecie wiarę, że zasługuje na miłość. Potrzeba wielu lat, żeby zweryfikować mocno ugruntowane przekonania. Nie jest to łatwy proces, ponieważ większość rodzinnych skryptów jest ukrytych w podświadomości, są jak niewidzialne kajdany, które wstrzymują kolejny krok na drodze indywidualnego rozwoju.

Zdaniem psychologów, dojrzałość polega właśnie na rozliczeniu się z przeszłością, symbolicznym rozprawieniu się z dziecięcym pokoikiem, który nosimy w duszy. Trzeba zabrać z niego tylko to, co naprawdę nasze, a odrzucić wszystko, co nie jest prawdziwą tożsamością. Potem zamknąć drzwi do przeszłości, na zawsze.

 

Syndrom porzucenia

Zawsze zaczyna się i kończy tak samo. Anka najpierw przeżywa wielkie zauroczenie, później wielkie rozczarowanie. Żaden jej związek nie przetrwał roku.

– Nigdy nie czułam się tak naprawdę kochana. Moi partnerzy mnie porzucają – dla pracy, pasji albo innej kobiety. Czasami to ja odchodzę, bo nie czuję się chciana, pożądana, podziwiana. Czy prawdziwa miłość rzeczywiście istnieje? Taka, w której mężczyzna i kobieta stają się jednym?

Anka jako dwutygodniowe niemowlę została oddana na wychowanie do dziadków. Czasami myśli, że to właśnie dlatego nie potrafi ofiarować ani przyjmować miłości.

Jak widzą jej problem terapeuci?

Wojciech Pierga (psychoterapeuta w nurcie POP – Psychologii Zorientowanej na Proces): Oddanie niemowlęcia na wychowanie do dziadków może być działaniem, przed którym małe dziecko nie jest w stanie się obronić, a odczuwa je jako nadużycie – to zawsze odbiera siłę i wewnętrzną moc. Może stać się skryptem powtarzanym w dorosłym życiu: ,,Nie zasługuję na miłość”. Ale lęk Anki przed odrzuceniem niekoniecznie musi wynikać z tej konkretnej sytuacji w dzieciństwie.

W terapii nie skupiam się tylko na przyczynach, uwzględniam też znaczenie, jakie pacjent nadaje minionym wydarzeniom. Tu zapytałbym, co dla Anki oznacza fakt, że czuje się niewystarczająco kochana. Ważne są jej indywidualne odczucia, a nie fakty. Jeśli pacjentka chce pracować nad problemem lęku przed odrzuceniem, w terapii odtwarza się sytuacje z przeszłości, po to, by ponownie je przeżyć, skonfrontować się z nimi i znaleźć rozwiązanie.

Elżbieta Sanigórska (psycholożka, psychoterapeutka pracująca w nurcie ericksonowskim): Celem mojej pracy jest sprawdzenie, w jakim momencie życia znajduje się pacjent, w którą stronę chce iść i co może mu w tym pomóc. Dlatego ważne jest, jaki kontakt ma Anka ze sobą – to podstawowa relacja w życiu człowieka i na niej buduje się relacje ze światem. Pacjentka, jak każdy z nas, nosi w sobie radosne i bolesne wydarzenia z dzieciństwa, co znajduje odzwierciedlenie we wspomnieniach, pomysłach na życie, słowach, a także jest zapisane w ciele. Dlatego ja poprosiłabym Ankę, by zrobiła „rzeźbę z ciała”, czyli zastygła w postawie, która najlepiej oddaje obraz jej obecnego życia. Jest ono walką, aktem bezradności, radością? Pomogłabym jej odkryć, co wzięła z rodzinnego systemu, co z tego jest naprawdę jej, a co powinna zostawić.

Teresa Raczkowska (psycholożka, psychoterapeutka prowadząca terapię humanistyczno-egzystencjalną): Nasze obecne życie budują różne doświadczenia, nie tylko te z dzieciństwa. Być może dziadkowie Anny cudownie zastępowali rodziców w roli wychowawców i doszukiwanie się w tym powodu niepowodzeń nie ma sensu. Jeśli pacjentka uparcie twierdzi, że jej los jest zdeterminowany dzieciństwem, zwróciłabym uwagę, na czym opiera to założenie. Jednak  przede wszystkim skupiłabym się na ,,tu i teraz”, na jej aktualnych relacjach z mężczyznami. Razem szukałybyśmy odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie czuje się kochana, co to dla niej znaczy i jakie ma oczekiwania w związku.

Miejsce kobiety

Elżbieta jest kobietą sukcesu. Bardzo lubi swoją pracę. Niedawno awansowała na kierownika działu, ale…

– Czuję się niedoceniana. Każdy mężczyzna na moim stanowisku na pewno wynegocjowałby znacznie wyższą pensję, a ja? No cóż, moi szefowie doskonale wiedzą, że zależy mi na tej pracy i nie muszą motywować mnie pieniędzmi.

Matka Elżbiety często powtarzała, że rolą kobiety jest zajmowanie się dziećmi i domem. Jeśli praca jest dla niej ważniejsza, to jaka z niej żona i matka? Ela jest pewna, że właśnie dlatego nie potrafi w pracy upominać się o to, co jej się słusznie należy.

Na co, w jej przypadku, zwracają uwagę terapeuci?

Wojciech Pierga: Podczas procesu wychowywania nasiąkamy pewnymi systemami przekonań, które tworzą tzw. pierwotną tożsamość, czyli wizję siebie. „Uważam, że jestem…” – np. uległa, nadopiekuńcza, naiwna... Większość takich poglądów wynosimy z domu. Ale istnieją w nas także procesy wtórne, które upominają się o zaistnienie w życiu, także poprzez to wszystko, co nam się przytrafia, a z czym się nie identyfikujemy. Być może ważnym krokiem w rozwoju Elżbiety byłoby teraz nauczenie się przebojowości czy umiejętności realnej wyceny swojej pracy i nad tym warto pracować. Dlatego próbowałbym odtworzyć na sesji sytuację, w której pacjentka nie potrafi upomnieć się o podwyżkę, i zwrócić uwagę, jakie informacje (werbalne i pozawerbalne) się pojawią: co będzie mówiło jej ciało, jakie wybuchną emocje itd. To one wskażą dalszy kierunek pracy. Może się okazać, że niska ocena własnej wartości Elżbiety wynika z przekonań wyniesionych z dzieciństwa, ale ta historia ma też związek z szerszym polem społecznym – z wyższą rangą mężczyzny na rynku pracy. Elżbieta być może potrzebuje to sobie uświadomić i uzyskać wsparcie, żeby to zmienić.

Elżbieta Sanigórska: Każdy z nas czuje się w obowiązku żyć zgodnie z rodzinnym przekazem. Być może przekonania matki na temat kobiet odnoszących sukces nie pozwalają córce w pełni cieszyć się osiągnięciami zawodowymi. Dlatego zaproponowałabym Elżbiecie, by porozmawiała – w wyobraźni – z innymi ważnymi dla niej kobietami (babcią, ciotką?) na temat roli kobiety w jej rodzinie. Może np. iść na cmentarz do babci i zapytać, co sądzi o jej kierowniczym stanowisku, kim naprawdę powinna być kobieta należąca do ich rodziny. Kiedy Elżbieta poczuje, że jej praca, zajmowane stanowisko są w zgodzie z rodzinnym przekazem, że ona jako kobieta „jest w porządku” – będzie w stanie przełożyć swój wysiłek na pieniądze.

Teresa Raczkowska: Zapytałabym Elżbietę, co musiałoby się wydarzyć w jej życiu, by poczuła się naprawdę doceniona? Być może jej głód sięga korzeniami dzieciństwa i to od matki, a nie od szefa potrzebowała potwierdzenia swojej ważności? Warto byłoby nazwać swoje niezaspokojone w dzieciństwie deficyty. Jeśli ambicje zawodowe Elżbiety są przede wszystkim jej buntem przeciwko matce, nie poczuje w pełni swojej siły sprawczej, dopóki będzie uwikłana w tę relację. Najważniejsza jest praca ze świadomością Elżbiety nad weryfikacją jej przekonań na temat roli kobiety.

Życie bez słabości

Iwona była późnym dzieckiem. Odkąd pamięta, rodzice powtarzali jej, że musi się jak najszybciej usamodzielnić, bo ich wkrótce może zabraknąć. Jako nastolatka opiekowała się najpierw umierającym ojcem, a potem chorą matką. Dziś jest niezależna, zaradna, ale bardzo często choruje.

– Kiedy infekcja unieruchamia mnie w łóżku, a zdarza się to przynajmniej raz w miesiącu, jestem w rozsypce, wszystko wali mi się na głowę – mówi.

Iwona, nawet w chorobie, nie lubi cudzej troski, nie pozwala nikomu sobie pomóc, zaopiekować się nią, chociażby zrobić zakupy.

Co powinna przepracować zdaniem terapeutów?

Wojciech Pierga: Wszystko to, co wypieramy, odrzucamy jako nieswoje, może pojawić się w postaci np. bólu gardła, kataru czy gorączki. W pracy z Iwoną szukałbym prawdziwego znaczenia symptomów jej choroby, czyli zwrócił uwagę na to, kiedy się pojawiają, jak na nią wpływa to, że tak często się przeziębia? Być może choroba jest jedynym momentem, kiedy Iwona choć trochę sobie „odpuszcza”, przez chwilę kontaktuje się ze „słabszą” częścią siebie? To, że nie pozwala się sobą zaopiekować, może wynikać z systemu przekonań wyniesionych z domu rodzinnego. Trzeba odkryć, co dla niej oznacza bycie słabą, dlaczego zawsze musi być samodzielna?

Elżbieta Sanigórska: Choroby dają nam okazję i szansę doświadczenia tego, że częścią życia jest również słabość. Bycie w prawdziwej relacji z samym sobą to odkrywanie wszystkiego, na co do tej pory się nie godziliśmy, czemu w sobie zaprzeczaliśmy. W Iwonie rozwinęło się jedynie to, co silne, dzielne, niezależne, zaradne, czyli zgodne z rodzinnym przekazem. Choroba to sygnał, że czegoś jej w życiu brakuje. Może pozwolenia sobie na słabość albo zaufania do świata i obalenia mitu, że tylko sama może się sobą zaopiekować.

Teresa Raczkowska: Iwona wypełnia rodzinny przekaz, który można by sformułować następująco: ,,Musisz sama sobie radzić”. Starsi rodzice w ten sposób przekazali jej kiedyś swój lęk o byt córki, a ona nadal trzyma się tego przesłania jako głównej zasady życiowej. Warto sprawdzić, jaką cenę płaci za ciągłe bycie silną i niezależną? Może stale żyje w stresie, napięciu, bo stara się osiągnąć coś ponad prawdziwe możliwości własnego organizmu? Jej ciało woła w chorobie: ,,Zajmij się mną!”. Iwona powinna go posłuchać, pójść za różnymi jego impulsami, zrozumieć, co naprawdę chce jej przekazać.

Jeśli ktoś w przeszłości odwrócił naszą uwagę od własnych potrzeb, pragnień, prawdziwej tożsamości, to dziś nie jesteśmy w stanie doświadczyć siebie w pełni albo zniekształcamy swój obraz, minimalizując własne potrzeby i ignorując sygnały płynące z ciała.

Zawsze inni liczą się od nas bardziej. I właśnie zmiana tego przekonania jest najważniejsza w pracy z Iwoną. Zaproponowałabym wyjść od pytania: „Co mogłoby się stać, gdyby pozwoliła sobie na otwarcie na siebie i pomoc innych?”. W chorobie każdy potrzebuje troski i opieki, nie musimy być samowystarczalni w stu procentach.

  1. Psychologia

Negatywne emocje. Jak zrozumieć swój lęk?

Lęk, w przeciwieństwie do strachu, istnieje jedynie w wyobraźni. (Ilustracja: iStock)
Lęk, w przeciwieństwie do strachu, istnieje jedynie w wyobraźni. (Ilustracja: iStock)
Każdy się czegoś boi, ale nie każdy się do tego przyznaje. Wyparty lęk wraca ze zdwojoną mocą, oswojony traci na sile. Dlatego kiedy się pojawi, przyjmij go z ciekawością, jak niespodziewanego gościa. I zapytaj, co ma ci do powiedzenia.

Nie lubię sama spać. Kiedy moja rodzina wyjeżdża, a ja zostaję w domu, bywa, że do rana nie mogę zmrużyć oka. Nie pomaga zapalona lampka przy łóżku, szklanka ciepłego mleka ani książka czytana przed snem. Nie boję się włamywaczy czy duchów. Tłumaczę sobie, że mieszkam w centrum miasta, w bezpiecznej dzielnicy, za ścianą mam przyjaznych sąsiadów, komórkę na nocnej szafce… ale sen nie nadchodzi. Mięśnie napięte do granic możliwości nie pozwalają rozluźnić się ciału, a niespokojny umysł nieproszony wyświetla film z minionego dnia. Trudna sesja z pacjentem, w trakcie której nie mogłam dać po sobie poznać, że czegoś nie wiem, że z trudem hamuję łzy, że chwilami czuję się równie bezradna jak osoba siedząca przede mną. Niebezpieczna sytuacja na jezdni; zachowałam zimną krew, ale po fakcie czułam, jak pot kropelkami spływał mi po plecach. Kolejna niespodziewana sprawa, która wypadła nagle, jak królik z kapelusza. Załatwiłam ją, dałam radę, ale napięcie w ciele pozostało.

Do odważnych świat należy?

Takie hasła zwykle rozpowszechniają ci, którzy boją się najbardziej. Bo oficjalnie bać się nie przystoi. Lęk przed ciemnością, zwierzętami, windą, która może stanąć między piętrami, czy potknięciem się na ulicy to cena, jaką płacimy za przymus bycia odważnymi w codziennym życiu. Konsekwencja pośpiechu, mnóstwa spraw do załatwienia „na przedwczoraj”, pracy do późna w nocy, ciągłych wyborów pomiędzy własnymi potrzebami a rozlicznymi obowiązkami czy oczekiwaniami innych. Zwłaszcza my, kobiety, zwykłyśmy robić dobrą minę do złej gry. Grać silną i odważną, kiedy wewnątrz trzęsiemy się jak galareta. Nie przyznajemy sobie prawa do lęku, bo bać się mogą tylko dzieci. Ignorowany, nieprzeżyty lęk domaga się swoich praw. Karmi się naszą wyobraźnią, syci scenami z przeszłości (czasami z bardzo wczesnego dzieciństwa) i potencjalnymi wydarzeniami z przyszłości (co strasznego może przynieść jutro). Lęk nie rodzi się tu i teraz, dlatego tak trudno nad nim zapanować. Pojawia się znikąd, atakuje znienacka i powraca, dopóki nie staniesz z nim twarzą w twarz. Nie ma przed nim ucieczki, prędzej czy później cię dogoni.

Narodziny lęku

Lęk, w przeciwieństwie do strachu, który jest naturalną reakcją organizmu, mającą uchronić nas przed realnym zagrożeniem, istnieje jedynie w wyobraźni. Paraliżuje ciało. Bez przyzwolenia uruchamia wewnętrzny mechanizm stresowy, włączając reakcję: „walcz albo uciekaj”. Przyspiesza oddech, pracę serca, ciśnienie krwi, zwiększa napięcie mięśniowe. Zdaniem Alexandra Lowena, twórcy bioenergetyki, najbardziej podstawowym lękiem jest lęk przed upadkiem. Ów lęk rodzi się w bardzo wczesnym dzieciństwie, indukowany reakcjami rodziców. Naturalna ciekawość dziecka, która popycha do sięgania po nieznane, wspinania się, skakania, brania do ust – zostaje zatrzymana przez pełne niepokoju słowa: „Uważaj, nie dotykaj, odłóż to, nie wchodź tam”. Lęk pojawia się we wczesnym dzieciństwie, kiedy rodzice nie dają wsparcia, rzadko biorą na ręce, nie przytulają, straszą, zamiast tłumaczyć niezrozumiały dla dziecka świat. Bywa, że utrwala się w ciele jeszcze w okresie płodowym.

Kasia, jedna z moich pacjentek, dowiedziała się, że kiedy matka była z nią w ciąży, ojciec odszedł do innej kobiety. Lęk matki o to, czy sama da sobie radę, w życiu mojej pacjentki eksponuje się w postaci zaburzeń odżywiania. – Mój brzuch drży ze strachu zarówno wtedy, kiedy jestem głodna i odczuwam pustkę, jak i po obfitym posiłku, gdy myślę tylko o tym, by pozbyć się wszystkiego, co zjadłam – opowiada Kasia. W trakcie jednego z ćwiczeń, kiedy koncentrowała się na doznaniach płynących z brzucha, poczuła lęk ciężarnej matki.

Zdaniem Lowena lęk przed upadkiem przyjmuje różne postaci w zależności od typu charakteru. I tak np. osoby kontrolujące „trzymają się w garści”, boją się odpuścić, ponieważ odpuszczenie utożsamiają z rozpadnięciem się na kawałki. Poczucie braku oparcia zaburza podstawową orientację w świecie. Osoby nim dotknięte są bardzo ostrożne, boją się ryzyka. Często pracują w tej samej firmie przez lata. Są perfekcyjne, sumienne i unikają zmian. Wszystko dokładnie planują, improwizacja i spontaniczność śmiertelnie je przeraża. Dla innych lęk przed upadkiem wiąże się z lękiem przed samotnością w wyniku wycofania lub niedotrzymania kroku. Dlatego otaczają się mnóstwem ludzi, są duszami towarzystwa, wszędzie ich pełno. Z hucznej imprezy przenoszą się na Facebooka, by przez całą dobę być na bieżąco, a jeśli zdarzy im się chwila samotności, umierają z przerażenia, że za chwilę znikną, a świat o nich zapomni. Lęk przed upadkiem często przybiera również formę lęku przed porażką. Dotyka wszystkich tych z pozoru nieustraszonych ryzykantów. Skok na bungee? – proszę bardzo. Nagły wyjazd na koniec świata? – czemu nie. Rzucenie pracy z dnia na dzień? – bułka z masłem. Kiedy ryzyko sięga zenitu, zwykle pojawia się protest z ciała: wypadek, nagła choroba czy jakiekolwiek inne wydarzenie, które zmusza ryzykanta do zatrzymania się. Dopiero kiedy sięgnie dna, będzie w stanie poprosić o pomoc.

Bywa, że upadek wyobrażany jest jako rozstąpienie się ziemi, wizja ta zazwyczaj dochodzi do głosu w sytuacji rozpadu związku czy końca jakiegoś etapu życia. Wtedy świat przestaje istnieć. Pojawia się depresja, myśli samobójcze, niemożność zamknięcia przeszłości i ruszenia do przodu. Osoby o charakterze sztywnym (co wyraźnie widać w ich ciele) postrzegają upadek jako utratę dumy, poczucia wartości i ważności. Dla nich potknięcie się na ulicy czy popełnienie jakiegokolwiek błędu jest rzeczą najtrudniejszą do przeżycia.

Zdaniem Lowena w przypadku każdego człowieka upadek symbolizuje porzucenie sztywnego wzorca zachowania, który jest mechanizmem obronnym. A to wydaje się przerażające, bo wszyscy bez wyjątku walczymy o to, by stać się kimś innym, ponieważ będąc sobą, nie zyskaliśmy aprobaty rodziców.

Ćwiczenia na oswojenie lęku na co dzień

Przyznaj się sama przed sobą, że czasami świat cię przeraża, że boisz się czegoś, co dla innych (tak ci się przynajmniej wydaje) jest śmieszne. Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie swoje lęki, także te najdziwniejsze. Następnie stań przed lustrem i powiedz: „Mam prawo bać się…”.

Stwórz w głowie najczarniejszy scenariusz tego, co może ci się przydarzyć. W wyobraźni przeżyj to wydarzenie i spróbuj poczuć, co będzie, kiedy to już się stanie. Prawdopodobnie poczujesz ulgę, a może zauważysz śmieszność całej sytuacji.

Każdego dnia zrób coś, czego się boisz. Idź do sklepu i zareklamuj coś, co kupiłaś, choć na samą myśl dostajesz gęsiej skórki. Pierwsza zadzwoń do mężczyzny, który ci się podoba, podejmując ryzyko, że nie odbierze telefonu i nie oddzwoni.

Spróbuj odpuszczać sprawy, na których najbardziej ci zależy, zaufaj temu, co się wydarzy. Nie planuj, jak zwykle, weekendu, poczekaj, aż pojawi się jakaś propozycja, a jeśli się nie pojawi – zaakceptuj fakt, że być może spędzisz go samotnie. Pogódź się z tym, że na wiele spraw nie masz wpływu, ale kiedy odpuścisz, świat o ciebie zadba.

Codziennie pobudzaj swoją naturalną ciekawość: odkryj nową drogę do domu, spontanicznie wybierz się na spacer, jakąś prozaiczną czynność, jak umycie zębów, wykonaj zupełnie inaczej niż do tej pory. I jakie to uczucie?

  1. Psychologia

Nie chcę wracać do normalności

fot. iStock
fot. iStock
Powroty są zawsze trudne, co dopiero po ponad dwóch miesiącach ograniczonych kontaktów z ludźmi i ze światem oraz z przekonaniem, że pandemia wcale się nie skończyła. Nic dziwnego, że nawet najbardziej odporni psychicznie czują mniejszy lub większy lęk. Jak go oswoić, radzi terapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Nie mam nic przeciwko lockdownowi, mogę już w ogóle nie wychodzić z domu. Czy to jest normalne? – to były pierwsze słowa, które powiedziała Marta, zapisując się na sesję. – Zostawmy na razie ocenę: normalne–nienormalne. Chciałabym, żebyś do naszego spotkania spróbowała poczuć, czy nie chcesz wychodzić z domu, czy raczej nie chcesz iść do jakiegoś konkretnego miejsca – zaproponowałam. – A to jakaś różnica? – Spróbuj to poczuć – powtórzyłam.

Krok 1. Okazuje się, że Marta nie jest jeszcze gotowa, by nazwać swój problem

Połączyła się ze mną na Skypie z łóżka. W pozycji półsiedzącej, wygodnie wsparta na kolorowych poduchach, przypominała małą dziewczynkę – chorą, leżącą w łóżku i czekającą na mamę, która właśnie przygotowuje dla niej w kuchni kisiel. Kiedy powiedziałam jej o swoich fantazjach, uśmiechnęła się: – Coś w tym jest, ostatnio spędzam dużo czasu w ten sposób.

Powiedziała mi, że mieszka na parterze w maleńkim mieszkanku z ogródkiem. Kiedy zaczął się lockdown i przeniosła pracę do domu, podzieliła swoją przestrzeń na trzy strefy: praca przy stole, rozmowy prywatne przez Skype'a lub telefon – najczęściej z ogródka, a pozostałe czynności, takie jak czytanie, oglądanie filmów, jedzenie – w łóżku. – Rozumiem, że sesja nie jest pracą ani rozmową towarzyską? – Chyba przy stole nie byłabym w stanie się rozluźnić.

Miałam zamiar zapytać, co tak bardzo spina ją w pracy, ale poczułam, że na razie nie chce poruszać tego tematu. – Sesja nie jest też rozmową towarzyską? – powtórzyłam pytanie. Marta zamyśliła się, posmutniała, koc, którym była przykryta, podciągnęła wyżej, zakrywając się aż po czubek nosa. Zupełnie jak dziecko, które szuka schronienia. – Wiesz, ostatnio czuję coraz mniejszą ochotę na rozmowy ze znajomymi. – Kiedy ostatnio widziałaś się z nimi „na żywo”. – No, przed lockdownem. – A kiedy ostatnio wyszłaś z domu?

W tym momencie coś (albo ktoś) przerwało połączenie. Marta odezwała się po dłuższej chwili, twierdząc, że miała problemy z Internetem. Była bardzo ożywiona, choć nadal siedziała w łóżku. Na kolanach trzymała poduszeczkę, którą w trakcie rozmowy dotykała, podrzucała albo zakrywała nią klatkę piersiową. Miałam wrażenie, że ta poduszka służy jej do dodania sobie odwagi, może też obrony przed atakiem z mojej strony. Dla mnie chyba była sygnałem, że pewnych pytań nie powinnam zadawać, przynajmniej na razie. Po raz pierwszy pomyślałam, że temat wyjścia z domu czy też stopniowego powrotu do normalnego funkcjonowania jest jakimś poważniejszym kłopotem. Nie miałam pomysłu, jak ją oswoić, żebyśmy mogły powoli zbliżyć się do problemu. Marta chyba sama czuła, że jej akceptacja niewychodzenia z domu nie do końca jest czymś „normalnym”, bo zwróciła się do mnie o pomoc, ale na razie uciekała, kiedy tylko sygnalizowałam temat.

Byłam przekonana, że to nagłe przerwanie połączenia nie wynikało z awarii na łączach, tylko stanowiło reakcję ucieczkową. Kobieta z jakiegoś powodu nie chciała wyjść z domu, albo nie chciała dokądś pójść. Kiedy zapytałam, czy udało jej się poczuć różnicę pomiędzy tymi obydwoma stanami, wyznała, że zupełnie zapomniała o mojej prośbie. Poczułam wyraźnie jej bezradność. Ciekawe, jak by to było, gdybyśmy spotkały się w realu? – pomyślałam. Czy z gabinetu również by uciekła?

Krok 2. Problem Marty pokazuje jej ciało

Lockdown, czyli przymusowe zamknięcie w mieszkaniach, które początkowo wzbudziło w nas wszystkich niepokój, bezsilność, lęk, rezygnację i ogrom innych emocji, po trzech czterech tygodniach stało się pewnego rodzaju normą. Kiedy zaczęły się pojawiać pogłoski, że powoli będziemy wracać do normalności, część ludzi bardzo się ucieszyła, ale była też grupa tych, którzy postanowili powalczyć o to, by wdrożyć pracę zdalną na kolejne tygodnie albo nawet na zawsze. O dziwo, do tej drugiej grupy należeli wcale nie introwertycy, ale dobrzy organizatorzy swojego czasu, ci, którzy lubią swoją przestrzeń, nie mają problemu z planowaniem zajęć, a godziny zaoszczędzone na dojazdach przeznaczyli na różne fajne aktywności, na które do tej pory nie mieli czasu. Ci, którzy ochoczo wrócili do biur, podczas lockdownu mieli kłopot głównie z oddzieleniem pracy od życia, tęsknili za innymi ludźmi albo nie bardzo posiadali warunki do pracy we własnym mieszkaniu.

Marta wyraźnie miała jakiś problem nie tylko z powrotem do pracy, ale też ze wszystkimi atrybutami z nią związanymi. Tę drugą hipotezę musiałam jeszcze sprawdzić. Poprosiłam, żeby wygodnie umościła się w łóżku.

– Ale jak? – spytała. – Tak, żeby nie chciało ci się z niego wychodzić. – Ale ja normalnie wychodzę z łóżka. Chyba nie ma niczego złego w tym, że spędzam tu dużo czasu, lubię moje łóżko – wyraźnie poczułam jej złość. – Doskonale cię rozumiem, masz prawo być tam, gdzie chcesz, i możesz nie mieć ochoty wracać do świata, w którym trzeba chodzić w masce i rękawiczkach czy zachowywać dystans społeczny. Chcę, żebyś opisała mi, jak to jest być sobie w takim wygodnym łóżku.

– Jest mi tu ciepło, miękko, pachnąco. Już nie pamiętam, kiedy miałam okazję spędzić cały dzień w łóżku. – To brzmi jak oaza bezpieczeństwa. – No. – Taka prywatna bezpieczna wyspa na rozszalałym morzu. – Podoba mi się to porównanie. – A stół i krzesło przy stole to bardziej... No właśnie, co? – kiedy zawiesiłam głos, Marta wyraźnie skuliła się, głowę schowała w ramiona, znieruchomiała. – Zacznijmy jeszcze raz. Wróć do tego stanu bezpiecznej wyspy i poczuj go całą sobą, wszystkimi zmysłami: dotyk, zapach, smak, ruch albo raczej bezruch – poprosiłam.

Widziałam, że bardzo trudno jest jej się rozluźnić. – Spróbuj położyć jedną dłoń na potylicy, a drugą na klatce piersiowej i spokojnie oddychaj – poradziłam. – O rany, ale mi serce wali, strasznie. – Spokojnie, pozwól, by ciało samo uciszyło lęk, zamknij oczy, nie dzieje się nic złego.

Marta zaczęła się powoli kołysać. Razem z kolejnym ruchem jej ciało wyraźnie się odprężało.

– A teraz spróbuj wyjść z łóżka, powoli, w takim tempie, żeby stan rozluźnienia nadal był w twoim ciele. – OK, wyjście z łóżka to żaden wielki wyczyn – Marta podniosła się zdecydowanym ruchem, stanęła obok łóżka: – Ale dokąd mam iść? – Idź w kierunku stołu – poprosiłam.

Zanim jeszcze skończyłam zdanie, Marta zachwiała się, jakby straciła pewność siebie, głowę odgięła lekko do tyłu, ramiona podciągnęła do góry, rękoma dotknęła ud. – Co się dzieje z twoimi nogami? – Czuję, jakbym miała zakwasy, ojej, jakoś mi słabo. – Dobrze, w takim razie wróć do łóżka.

Przez kolejne 10 minut Marta wchodziła do łóżka, próbowała przywołać doświadczenie bezpiecznej wyspy, a potem z niego wychodziła. Ale lęk pojawiający się na samą myśl o dojściu do stołu (symbolizującym pracę) ponownie spinał jej ciało.

Krok 3. Wspólnie odkrywamy, co się wydarzyło

Musiałyśmy wrócić do rozpracowywania problemu z poziomu głowy, bo z poziomu ciała było to dla Marty zbyt trudne. W dobie pandemii nasze ciała są w zasadzie cały czas w stanie pogotowia lękowego, co objawia się m.in. zwiększonym napięciem, większą sztywnością, niemożnością rozluźnienia, puszczenia, zaufania. Na sesjach pacjenci niechętnie koncentrują się na doznaniach cielesnych, a każdy „dziwny”, nieznany wcześniej symptom odbierają jako zagrożenie koronawirusem. Dodatkowym problemem jest praca online, która uniemożliwia fizyczny kontakt, chociaż... może nie jest to akurat takie złe, bo dopóki nie odbudujemy relacji ze swoim ciałem, na nowo mu nie zaufamy – kontakt fizyczny z drugim człowiekiem może być dodatkowo traumatyzujący.

Poprosiłam, żeby Marta przedstawiła, jak wyglądała jej praca przed wybuchem epidemii. Opowiedziała historię, którą często słyszę w moim gabinecie: trudny projekt, praca po godzinach, w domu ślęczenie przed komputerem do późna w nocy, brak czasu na zajmowanie się czymkolwiek innym.

– Przypomnij sobie, co czułaś, kiedy wreszcie kładłaś się do łóżka, tuż przed zaśnięciem. – Że muszę wytrzymać, że to się za chwilę skończy. – I nagle pewnego dnia to zostało przerwane i to w sposób nie do przewidzenia i bez dyskusji. – Dokładnie tak. Pamiętam, że tego ostatniego dnia jeszcze wszyscy byliśmy w firmie, a późno w nocy dostałam maila, że od jutra pracujemy z domu. – Co poczułaś? – Hm, najpierw ulgę, że wreszcie odpocznę..., a nie, przepraszam, następnego dnia rano po dostaniu tego maila obudziłam się z potwornym bólem mięśni i stanem podgorączkowym. – Co pomyślałaś?

– Że się zaraziłam koronawirusem. Umierałam ze strachu. – Co zrobiłaś? – Położyłam się do łóżka i przeleżałam cały dzień. – Napięcie odpuściło? – Skąd, bez przerwy dzwonili z pracy. – Powiedziałaś, że czujesz się chora? – Nie, nie chciałam wywołać paniki. Gdy tylko się trochę lepiej poczułam, zwlokłam się do stołu, żeby trochę popracować. – Jakie to szczęście że nie wpadłaś na pomysł, żeby pracować z łóżka. Rozumiesz dlaczego? – Chyba tak. – Co było dalej? – W zasadzie to samo co teraz. Kilka godzin pracuję, a kiedy tylko mogę, wskakuję do łóżka. – Bo tylko tu możesz naprawdę się odprężyć.

Większość z nas w momencie ogłoszenia lockdownu została zatrzymana nie tylko w realizacji obowiązków czy poumawianych spotkań, ale zatrzymana także ze wszystkimi emocjami. Marta miała ich na pewno sporo, w tym trudnym okresie jej układ nerwowy działał z poziomu przetrwania i zamrożenia, także emocjonalnego. Pierwszego dnia pobytu w domu, w bezpiecznym łóżku ciało „podgrzało” zalegające emocje, część z nich w ten sposób spalając. Jednak te, które nadal zostały w zamrożeniu, zaczęły uaktywniać się za każdym razem, kiedy wychodziła z łóżka i szła do stołu z komputerem.

Poprosiłam, żeby położyła się na wznak i spróbowała poczuć te najsilniejsze emocje. Jednak to było dla niej zbyt wymagające, natychmiast uciekła do głowy: zaczęła zadawać mnóstwo pytań, poprosiła, żebym powiedziała, co złego jest w pracy z domu i czy skoro wywiązuje się ze swoich obowiązków, to szef ma prawo zmusić ją do powrotu do firmy. – A jeśli tak się stanie, to co wtedy? – Nie dam rady. – To znaczy? – Jestem za słaba. – Za słaba na co? – Coś mi się dzieje z nogami, bolą mnie, są takie słabe, a jednocześnie napięte. – Wiesz, twoje nogi boją się, że nie będą w stanie uciec przed niebezpieczeństwem, a właściwie to nie nogi a twój mózg się tego boi. – Przecież widziałaś, że nie jestem w stanie dojść do stołu. Myślisz, że to coś poważnego? – To tylko lęk. – Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

W tym momencie rozległ się dźwięk domofonu. – To kurier, zamówiłam sobie nowe książki – powiedziała i dosłownie wyskoczyła z łóżka. – No dobra, przyznaję ci rację, że to tylko lęk, ale on jest silniejszy ode mnie – dodała.

Krok 4. Planujemy powrót do normalności

Podczas pandemii nauczyliśmy się, że normalność jest nieprzewidywalna, planowanie, zwłaszcza długoterminowe, nie ma żadnego sensu, a każde wyjście na ulicę jest trochę jak przemieszczanie się w czasie wojny – nigdy nie wiesz, co zastaniesz na zewnątrz i czy w ogóle wrócisz. Nic dziwnego, że życie w takiej normalności może być dla nas trudne.

Powiedziałam Marcie, że jej powrót do pracy jest procesem, który wymaga czasu, ale który już się zaczął w chwili, kiedy do mnie zadzwoniła. Wspólnie ustaliłyśmy, że jej łóżko przez jakiś czas nadal będzie schronieniem, gdzie pomalutku, we własnym tempie będzie doświadczać i przeżywać te wszystkie emocje, które zamroziła w dniu rozpoczęcia lockdownu. Każde wyjście z łóżka do pracy (stołu) będzie poprzedzone odczuciem bezpieczeństwa w ciele, a każdy krok w kierunku stołu będzie dyktowany przez gotowość ciała, a nie rozkaz głowy.

Miałam świadomość, że ta sesja bardziej koncentrowała się na analizie, ustalaniu, planowaniu niż na czuciu, ale chyba nie dało się inaczej. – Kiedy moja głowa się uspokoiła, poczułam, że ciało też jest spokojniejsze – wyznała pod koniec rozmowy Marta. – W jednej z twoich książek przeczytałam, że to głowa straszy ciało i chyba dlatego do ciebie zadzwoniłam.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Zdrowie

Optymiści żyją dłużej - śmiech lekarstwem na stres

Ważny dla zachowania wewnętrznej równowagi jest nasz stosunek do świata, wyrażający się w tym, co robimy, co myślimy i co czujemy. (Fot. iStock)
Ważny dla zachowania wewnętrznej równowagi jest nasz stosunek do świata, wyrażający się w tym, co robimy, co myślimy i co czujemy. (Fot. iStock)
Zdrowie to nie tylko osiem godzin snu dziennie, mądra dieta i regularne zażywanie ruchu. To także spotkania z przyjaciółmi, taniec, pisanie pamiętnika, a nawet... modlitwa. 

Stres. Jak alarmują psychologowie, jest prawdziwą zmorą nowoczesności. Pod jego wpływem cierpi nasza głowa – gonitwa myśli, niepokój, nerwowość. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Zanim odczujemy rozchwianie emocji, zachodzą bowiem poważne zmiany w całym organizmie. – Stres sprawia, że nadnercza zaczynają produkować kortyzol, adrenalinę i noradrenalinę – mówi Agnieszka Fudzińska, psycholog i coach. Na obecność tych hormonów reaguje dosłownie całe nasze ciało. Wzburzona fala rozprzestrzenia się dalej. – Pojawiają się problemy z trawieniem, bo mózg wysyła do jelit sygnały, że organizm powinien się skupić na stresorze, więc trawienie nie jest teraz najważniejsze – trzeba zatem obejść się mniejszą ilością krwi – tłumaczy psycholog. – Jelita przez to pracują wolniej, zmienia się też skład ich flory bakteryjnej na mniej korzystny dla naszego zdrowia i ogólnej odporności.

Efekt? Jeśli stres jest chroniczny, spada nasza odporność, jesteśmy więc narażeni na częstsze infekcje, które w dodatku intensywniej przechodzimy i dłużej wracamy do zdrowia. Rośnie też zagrożenie ze strony chorób przewlekłych oraz nowotworów, bo kortyzol nie tylko potrafi zwiększać apetyt, ale też skłania ciało do gromadzenia tłuszczu na brzuchu – a taki tłuszcz uwalnia tzw. cytokiny prozapalne, które podnoszą ryzyko rozwoju wspomnianych chorób. – W dodatku stres powoduje, że napinamy mięśnie – mówi Agnieszka Fudzińska. – Zestresowani ludzie mają wiecznie napięte barki, kark i plecy. Na dłuższą metę taki stan prowadzi do zwyrodnień i bólu, ale i na krótszą daje się we znaki: stężałe mięśnie zmęczy nawet niewielka praca.

Jako lekarstwo wielu specjalistów zaleca sprawdzone od lat metody: medytację, jogę, sport, masaże oraz naukę zarządzania napięciem. Regularnie stosowane działają jak najlepsza terapia. Jednak równie ważny dla zachowania wewnętrznej równowagi jest nasz stosunek do świata, wyrażający się w tym, co robimy, co myślimy i co czujemy. W skrócie: optymiści żyją dłużej!

Śmiej się i pielęgnuj pozytywne emocje

Śmiech nie tylko rozkłada stres na łopatki, ale też stymuluje układ odpornościowy. Lee S. Berk, neuroimmunolog z Loma Linda University School of Medicine w Kalifornii, latami badał wpływ śmiechu na ludzki organizm. Podczas badań wykazał, że pozytywne emocje, które wyzwala śmiech, obniżają poziom hormonów stresu, jednocześnie stymulując do działania układ odpornościowy. Sam śmiech, jako zjawisko fizyczne, zmusza przeponę do pracy, pogłębia oddech i dotlenia organizm. Okazało się też, że po solidnej dawce śmiechu we krwi podnosi się poziom interferonu gamma – hormonu układu immunologicznego. Co ciekawe, do uzyskania takiego efektu wystarczyło obejrzenie godzinnej komedii czy zabawnego występu stand-uperów.

– Szukajmy wokół siebie elementów humorystycznych – okazuje się, że to, jak interpretujemy otaczającą rzeczywistość, też jest bardzo ważne – dodaje Agnieszka Fudzińska. Potęgę optymizmu potwierdzają zresztą badania wspomnianego doktora Berka: kontrolował on obraz krwi u studentów pierwszego semestru prawa. I stwierdził, że ci, którzy zaczynali naukę z optymistycznym nastawieniem, mieli w połowie semestru więcej komórek typu T i więcej białych krwinek (oba typy ciałek to nasi naturalni obrońcy). Zdaniem Agnieszki Fudzińskiej, optymiści rzeczywiście lepiej radzą sobie ze stresem i rzadziej chorują. – Starajmy się więc otaczać ludźmi o pozytywnym nastawieniu – radzi psycholog. – Każdy z nas jest częściowo zlepkiem pięciu osób, które spotyka najczęściej. Jeśli są to ludzie optymistycznie nastawieni do życia, będą nas karmić dobrą energią. W dodatku zmotywują do wysiłku i aktywności, sprzedadzą przepis na fajną sałatkę i doradzą w kłopotach. Z takimi ludźmi łatwiej być i szczęśliwym, i zdrowym.

Módl się i wychodź z domu

Obie te aktywności, jak się okazuje, sprzyjają zdrowiu. Modlitwa oczyszcza z zalegających emocji: to przecież rodzaj rozmowy z kimś, kto jest nam życzliwy, jakkolwiek nazwiemy istotę, której się zwierzamy – bo działa każdy rodzaj modlitwy, nie tylko ta chrześcijańska. Na potwierdzenie tej tezy istnieją namacalne badania: naukowcy z Duke University Medical Center w Durham badali krew ludzi uczestniczących przynajmniej raz w tygodniu w jakimś nabożeństwie. Zauważyli, że osoby te mają wyższy poziom interleukiny-6, będącej rodzajem odpornościowego białka. Naukowcy zadali sobie pytania: Co takiego w modlitwie sprawia, że rośnie poziom tej substancji? Czy tylko to, że wyzwala reakcję relaksacyjną, odprężającą? A może ma to związek także z faktem, że znajdujemy się w gronie współwyznawców i czujemy ich wsparcie? Okazuje się, że obie zmienne wpływają na naszą odporność. Potęgę wsparcia grupy potwierdzają też badania przeprowadzone w Szwecji, które wykazały, że ludzie chodzący na koncerty, wystawy czy choćby mecze piłkarskie żyją dłużej niż ich rówieśnicy domatorzy. Podobne wyniki osiągnęli badacze z Carnegie Mellon University w Pittsburghu, którzy stwierdzili, że z przeziębieniami lepiej radziły sobie osoby mające szerokie kontakty towarzyskie. Ich system immunologiczny funkcjonował o 20 proc. lepiej w porównaniu z introwertykami. Dlaczego? Ponieważ kontakty międzyludzkie to rodzaj mikroszczepionki: obcując z innymi, stykamy się z różnymi bakteriami i wirusami, na których nasz układ immunologiczny stale ćwiczy. Naukowcy stwierdzili, że ślina towarzyskich osób zawiera wyższy poziom immunoglobuliny A (IgA) – przeciwciała broniącego przed infekcjami i rakiem. – Kolejny powód, by mieć wielu przyjaciół – i to nie tylko na Facebooku – uśmiecha się Agnieszka Fudzińska.

Let’s dance!

Jeśli masz bolesne okresy, bóle krzyża czy skłonności do migren, powinnaś pomyśleć o tańcu! Ale nie byle jakim, lecz takim, który sprawi, że będziesz tańczyć ramię w ramię z innymi. Doskonale sprawdzi się zumba albo west coast swing dance – oba wymagają, by wszyscy tancerze poruszali się jednakowo, w tym samym rytmie i tym samym krokiem. Co to daje? Okazuje się, że wspólny taniec z przyjaciółmi… podwyższa próg bólu! Zauważyły to oksfordzkie badaczki podczas testowania młodzieży ze szkoły tanecznej w Marajo Island w Brazylii. – Wspólny taniec łączy w sobie dwa zjawiska: ćwiczenie fizyczne oraz poczucie jedności – wyjaśnia Agnieszka Fudzińska. – Oba powodują, że mózg zaczyna produkować hormonalny koktajl, który można nazwać „hormonami szczęścia” (znajdziemy w nim endorfiny, ale także endokanabinoidy), bo ich wyzwalanie następuje w efekcie wysiłku fizycznego, jak i poczucia jedności i bliskości. Okazuje się, że już nawet stukanie palcem w tym samym rytmie co inna osoba, sprawia, że mamy poczucie bycia bliżej. Indianie wiedzieli, co robią, tańcząc całymi wioskami – zwłaszcza przed bitwą czy polowaniem.

Brazylijscy badacze niejako przy okazji odkryli, że po takim tańcu uczestnicy mają także wyższy próg bólu, a efekt ten utrzymywał się jeszcze kilka godzin później. Przy czym ważniejsza okazała się synchronizacja niż wysiłek fizyczny. Odporność na ból rosła bowiem też u ludzi, którzy poruszali się leniwie – ale tak samo jak pozostali. Tak długo, jak długo widzieli innych, robiących to samo w tym samym czasie, eksperyment działał. Może więc, jeśli nie lubisz zumby, zapisz się na chi kung lub tai chi? Efekty osiągniesz podobne.

  1. Psychologia

Życie w biegu, wieczny pośpiech. Jak się zatrzymać?

Biegniemy, bo boimy się zatrzymać, rozejrzeć dookoła i zobaczyć, jak naprawdę wygląda nasze życie, uciszyć myśli, poczuć ciało…(Fot. iStock)
Biegniemy, bo boimy się zatrzymać, rozejrzeć dookoła i zobaczyć, jak naprawdę wygląda nasze życie, uciszyć myśli, poczuć ciało…(Fot. iStock)
Z jednej strony wyznajemy szczytną ideologię slow, z drugiej nie umiemy zwolnić nawet na chwilę. Czasami dopiero jakieś przykre wydarzenie uzmysławia nam, że przez ten bieg coś zgubiliśmy po drodze, straciliśmy bezpowrotnie. Co się musi stać, żebyśmy się zatrzymali?

"Współczesny świat biegnie w szalonym tempie” – zgadzasz się z tym zdaniem? OK. A teraz podejdź do okna i wyjrzyj przez nie. Popatrz na drzewa, niebo, słońce albo deszcz (jeśli aura akurat jest kapryśna). Widzisz, świat się nie zmienił. Funkcjonuje w swoim rytmie: zmiany pór roku, dni, tygodni. A w jego tle: pędzące samochody, nerwowi kierowcy w ulicznych korkach, sąsiadka głośno poganiająca psa, jakaś matka nawołująca rozbrykanego malca: „Szybko, bo się spóźnimy”. Gdzie jesteś w tym szalonym pędzie?

W pogoni ,,za”, w ucieczce ,,od”

Nie tłumacz, że wszyscy jesteśmy zabiegani, że takie czasy, że może kiedyś, na emeryturze zwolnisz tempo. Przecież sama w to nie wierzysz. Pomyśl, dlaczego dziś ciągle jesteś w biegu. A może to ucieczka „od”: problemów, codziennych kłopotów, porażek czy nawyków? Albo pogoń „za”: iluzją lepszego jutra?

Moi pacjenci to ludzie bardzo zabiegani. Mam gabinet w małym, przytulnym mieszkanku, zawsze proponuję herbatę, zdarza się, że pytam, czy pacjent nie jest głodny albo zmęczony, bo w ciele człowieka siedzącego przede mną wyraźnie widzę pośpiech. Niektórzy mówią tak szybko, że z trudem nadążam za ich narracją. Inni często wzdychają – to skutek hiperwentylacji: oddychania górnymi partiami klatki piersiowej. Stąd się biorą bóle i zawroty głowy, ucisk w klatce piersiowej, gula w gardle. „Pierwszorazowi” pacjenci zwykle siadają na brzegu kanapy czy fotela. Zupełnie jakby gotowi byli w każdej chwili zerwać się i wybiec z pokoju.

– Mamy czas, nie spiesz się, odsapnij – tłumaczę. – Tak, wiem, ale jestem trochę zdenerwowana, to taka niecodzienna sytuacja.

Co jest niecodzienną sytuacją? To, że wreszcie po całym dniu biegania masz okazję spokojnie usiąść, w wygodnym fotelu, napić się dobrej herbaty, może nawet posiedzieć w milczeniu i poczuć, co się w tobie dzieje?

Niedawno przyjechała do mnie pacjentka z daleka. Widziałam, że jest zmęczona. Kiedy zaproponowałam, żeby położyła się na kanapie, najpierw uśmiechnęła się, ale zaraz dodała: – Lepiej nie, bo się odprężę i nie będę chciała od pani wyjść. Biegniemy, bo boimy się zatrzymać, rozejrzeć dookoła i zobaczyć, jak naprawdę wygląda nasze życie, uciszyć myśli, poczuć ciało…

Ciało wystawi nam rachunek

No dobrze, mnie także zdarzają się okresy totalnego zabiegania; kiedy wezmę sobie na głowę za dużo, kiedy nie dojem, nie dośpię, ulegnę prośbie kolejnego pacjenta, żeby przyjąć go jak najszybciej. Wtedy do akcji wkracza… mój samochód. Ostatnio byłam tak zakręcona, że dwa razy zostawiłam auto na włączonych światłach. Efekt? Akumulator rozładowany do zera i przymusowe zatrzymanie w oczekiwaniu na pomoc. Wyciągnęłam cenną lekcję i… zwolniłam, bo wiem, co by się stało dalej. Tak, tak, ciało upomniałoby się o zatrzymanie. Oto najczęstsze konsekwencje zabiegania:
  • tzw. syndrom pogorszenia pamięci i spadku koncentracji, tzn.: zgubione kluczyki do samochodu, zapomniane urodziny kogoś ważnego, przegapiona wizyta u kosmetyczki (a przecież to miał być relaks), zawieruszone okulary itp.;
  • drobne wypadki – choćby siniaki (nawet nie wiesz, kiedy i o co się uderzyłaś);
  • bezsenność – od wczesnego wieczora byłaś padnięta, a kiedy wreszcie się położyłaś – sen uleciał;
  • dolegliwości ze strony układu pokarmowego: bóle żołądka, zgaga, nadwrażliwe jelito: ciało wyraźnie daje ci do zrozumienia, że nie jesteś w stanie tego wszystkiego „strawić”;
  • sztywność kręgosłupa i napięciowe bóle głowy – twoje ciało próbuje dogonić głowę, ale nie daje rady.
Mogę wymieniać dalej, ale nie o to chodzi. Ważniejsze jest to, co robisz z tymi symptomami. Kolejna kawa, ziołowe tabletki na poprawę koncentracji albo nastroju. Drobna awanturka z kimś, z kim czujesz się bezpiecznie – jako cudowny podnośnik poziomu adrenaliny i sposób na obniżenie napięcia. Obietnice, że odpoczniesz w weekend albo na urlopie. Mam rację? To twoje życie i możesz zrobić z nim, co chcesz. Jeśli szczerze wierzysz w to, że nie da się inaczej, bo: kredyt, materialne apetyty, lęk przed tym, że przegapisz swoją szansę, no i przekonanie, że wszyscy tak żyją – OK. Odłóż magazyn, nie czytaj dalej, szkoda czasu. Przecież tyle masz jeszcze dziś do zrobienia.

Nie musisz żyć na pustelni

Nie musisz wywracać swojego życia do góry nogami, żeby zwolnić tempo. Nie musisz rzucać pracy, wyprowadzać się na bezludną wyspę ani nawet być w stu procentach slow. Pierwsze, co warto zrobić, to… zatrzymać się na chwilę, fizycznie – stanąć w bezruchu, zamknąć oczy, poczuć stopy oparte na podłożu, poczekać, aż ciało przybierze najbardziej wygodną postawę. Najpierw pojawi się delikatny ruch: zacznie cię bujać albo poczujesz drżenie w nogach. Spokojnie, to zupełnie naturalne. Następnie prawdopodobnie przyjdzie lęk: przed tym, że upadniesz albo rozpłyniesz się w powietrzu – znikniesz, przestaniesz istnieć. Jest duża szansa, że w tym momencie włączy się głowa: pojawią się obsesyjne myśli o tym, co jest do zrobienia, o kłopocie, który ostatnio spędza ci sen z powiek, itp. Przeczekaj to, spokojnie oddychaj, wszystko minie. Jeśli uda ci się wykonać to ćwiczenie raz dziennie, jesteś na dobrej drodze do uświadomienia sobie własnego zabiegania i podjęcia decyzji, czy i co chcesz z tym zrobić.

Większość znanych technik zwolnienia tempa życia koncentruje się na zatrzymaniu głowy: świadomym zmniejszeniu ilości zaplanowanych zadań czy medytacji. Jeśli metody te działają na ciebie, super. Jeśli nie, albo masz ochotę spróbować czegoś innego, znajdź swój sposób na zatrzymanie, spowolnienie ciała, a nie głowy.

1. Rano tuż po obudzeniu się zrób rytuał powitania poszczególnych części swojego ciała. Zacznij od brzucha, tam jest twoja moc; pomasuj go, pogłaszcz czule, kilka razy wciągnij i wypuść. Potem powitaj swoją twarz: wykonaj kilka ćwiczeń jogi twarzy (znajdziesz je w Internecie albo możesz opracować własne). Dalej kolej na porozciąganie kręgosłupa; wystarczy, że poprzeciągasz się jak kot. Teraz stopy i dłonie; możesz tupać, zaciskać pięści, stukać dłonią w podeszwę stopy albo je pomasować.

2. Wstawaj z łóżka dwa razy. Kiedy weźmiesz prysznic i zjesz śniadanie, wskocz pod kołdrę jeszcze na pięć minut, pokokoś się w pościeli, poprzeciągaj, pomrucz.

3. Kiedy dojedziesz do pracy albo do domu po pracy, wyłącz silnik samochodu, odepnij pasy, ustaw siedzenia tak, by było ci wygodnie, możesz zdjąć buty i włączyć sobie jakąś miłą muzyczkę. Posiedź tak pięć minut.

4. Rób przerwy w trakcie rozmowy. Kiedy kogoś słuchasz, to zanim się odezwiesz – policz w myślach do 10. W czasie mówienia też kontroluj oddech.

5. Przynajmniej raz dziennie wykonaj ćwiczenie rzeźby – stań przed lustrem i wyobraź sobie, że jesteś rzeźbą przedstawiającą np. spokój albo ciszę. Pokaż to ciałem.

6. Naucz się czuć swoje zmęczenie: co dzieje się wtedy z twoim ciałem? Czy odczuwasz je bardziej w głowie, czy w ciele? Trudniej ci się myśli czy raczej „padasz z nóg”?

7. Kiedy czujesz spadek energii, nie poganiaj się sztucznie. Usiądź spokojnie i poczekaj, aż energia się pojawi.