1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Gdy jedno chce dominować. O rywalizacji w związku

Gdy jedno chce dominować. O rywalizacji w związku

Rywalizacja i walka o władzę to często rodzaj gry, pozwalającej na odreagowanie emocji, kamuflaż dla tego, co naprawdę ważne w związku (a zamiecione pod dywan), o czym boimy się lub nie potrafimy rozmawiać. (Fot. iStock)
Rywalizacja i walka o władzę to często rodzaj gry, pozwalającej na odreagowanie emocji, kamuflaż dla tego, co naprawdę ważne w związku (a zamiecione pod dywan), o czym boimy się lub nie potrafimy rozmawiać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W miłości wszystkiego powinno być po równo. Wsparcia, zrozumienia, ale i własnej przestrzeni. Oto przykład tego, co dzieje się w związku, gdy jedno z partnerów postanawia mieć rację.

Marzymy o partnerstwie, bezpieczeństwie i zrozumieniu, które sprawiają, że słowo „związek” kojarzy nam się z więzią nie do zerwania. Co jednak, kiedy wspomniana więź zamiast łączyć, krępuje, niewoli i coraz bardziej osacza? Dzieje się tak, gdy – zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych – zamiast grać w tej samej drużynie, gramy do tej samej bramki.

Weekend pod napięciem

Jacek i Weronika od roku są parą. Nadal są w sobie zakochani i obdarzają się dużą czułością, ale stopniowo do ich relacji zaczyna wkradać się mniej romantyczna codzienność, związana głównie ze stresem w pracy i wiecznym zabieganiem. Miesiąc temu, aby zregenerować nerwy i ciało, Weronika zaplanowała weekend w SPA z przyjaciółkami w eleganckim ośrodku z widokiem na jezioro. Czuje, że ostatnio z powodu pracy, ale i przeprowadzki do Jacka zaniedbała trochę swoje babskie grono, więc wspólny czas w komfortowych warunkach wydaje jej się idealnym pomysłem.

Zupełnie innego zdania jest Jacek, który właśnie przeżywa plagę zwolnień w firmie. Liczył, że spędzą ten weekend razem, że Weronika wesprze go w tym trudnym okresie. Nie ma ochoty na męski zakrapiany wieczór i użalanie się nad sobą, Weronikę traktuje także jako swoją przyjaciółkę i powiernika. Oczywiście, rozumie (z poziomu umysłu) jej potrzebę odpoczynku, jednak jest zły, że podjęła decyzję bez konsultacji z nim. W jego milczeniu i dystansie, który okazuje na wieść o planowanym wyjeździe, kiełkuje ziarno biernej agresji. Wie, że mocne słowo zrani ukochaną, objawiając jego egoizm lub zaborczość. Dlatego milczy i nie podziela otwarcie entuzjazmu dla jej pomysłu. Z drugiej strony, milcząc, nie daje jej też do zrozumienia, jak bardzo potrzebuje Weroniki właśnie teraz. Może gdyby zaproponował, by wieczór poprzedzający wyjazd z koleżankami spędzili w ulubionej knajpce, atmosfera nie byłaby taka ciężka, oboje odetchnęliby z ulgą i spędzili wspólnie fajny czas… Niestety, stres gra w jego duszy pierwsze skrzypce, a męska duma nie pozwala mu na mówienie wprost o potrzebie bliskości, w obawie przed odkryciem słabości. Okazując oziębłość i starając się wzbudzić w Weronice poczucie winy i niespełnionego obowiązku, niejako przenosi firmową hierarchię do związku. Walczy o dominację, ale jego zwycięstwo może okazać się, niestety, pyrrusowe…

W zaistniałej sytuacji mogą wydarzyć się dwa scenariusze. Pierwszy: Weronika jedzie i tak, ale nie cieszy się pobytem w SPA, świadoma niezrozumienia ze strony Jacka, on zaś zostaje sam ze swą frustracją. Drugi: Weronika rezygnuje z wyjazdu pod presją, sterroryzowana poczuciem winy, a Jacek, choć zadowolony z postawienia na swoim, jednak nie cieszy się wspólnym weekendem, którego spędzenie wymusił na ukochanej. Weronika czuje, że zaniedbała przyjaciółki i dała się zdominować. Wizualizując ich „wymuszony” wspólny weekend, nie trzeba wyobraźni i wiedzy Junga, by oczekiwać w tym czasie raczej spięć i napiętej atmosfery, niż relaksu i ukojenia dla obojga. W rezultacie tej gry o dominację obie strony przegrywają, a przecież obie mogły być wygrane.

Gra o tron: dlaczego chcemy rządzić?

Wyjaśnia Beata Nawrot psycholog, terapeuta rodzinny z Gabinetu Pomocy Psychologicznej Dziecku i Rodzinie w Łodzi.

Jaki powinien być „rozkład sił” w udanym związku? Udane związki to takie, w których spotykamy się z dojrzałością, refleksją i empatią, a oboje partnerzy mają przestrzeń do zaspokajania swoich potrzeb, w tym autonomii, czyli traktowania partnera jako osobę równorzędną, niezależną, która ma prawo do własnego zdania, przekonań i postaw. Różnice w tym zakresie to walor związku, a nie powód do konfliktów i walki o dominację.

Co powoduje, że ta równowaga zostaje jednak zachwiana? Wpływ na nasze funkcjonowanie w związkach ma przede wszystkim wychowanie. To z domu czerpiemy wzorce relacji, również w aspekcie dominacji lub uległości (submisji), a także przekazy i mity rodzinne. We wczesnym dzieciństwie kształtuje się również tzw. styl przywiązania, który decyduje o rodzaju relacji, jaką tworzymy z partnerem. Obserwacja małżeństwa rodziców, więź emocjonalna z matką – to podstawy, na których budujemy własne związki. Oczywiście, każda para ma właściwe sobie zasady dominacji i obszary wpływów (np. stereotypowo mężczyzna jest odpowiedzialny za sprawy finansowe, a kobieta za dom), problem zaczyna się wówczas, gdy dochodzi do totalnego przejęcia władzy. Podstawową zasadą w partnerstwie jest znak równości między dawaniem i braniem. Ktoś, kto każdy dialog zmienia w monolog, a większość zdań zaczyna od zaimka „ja”, odmieniając go przez wszystkie przypadki, jest biorcą, który powinien spotkać się z naszym asertywnym „nie”.

Z jakich powodów partnerzy zaczynają ze sobą rywalizować? Rywalizacja i walka o władzę to często rodzaj gry, pozwalającej na odreagowanie emocji, kamuflaż dla tego, co naprawdę ważne w związku (a zamiecione pod dywan), o czym boimy się lub nie potrafimy rozmawiać. Najczęściej to desperacka próba zwrócenia na siebie uwagi partnera lub też ukarania go za to, że nie daje nam czegoś, co jest dla nas bardzo istotne (uznajemy, oczywiście, że powinien czytać w naszych myślach). Dominujemy też, gdy „siada” energia w związku, ale też kiedy sprawdzamy granice (to skrypt z dzieciństwa: „zobaczę, ile mi wolno”, „zrobię coś na złość tacie”). Dominujemy, ponieważ czujemy się w związku niepewnie, a zachwiane poczucie bezpieczeństwa powoduje, iż na drodze kompensacji wyrównujemy sobie ten deficyt. Dominujemy wreszcie, bo sami nie chcemy dać się zdominować, bo on odgradza się szybą, a ona jest bierna i ustępuje pola.

Rywalizacja w związkach to często ucieczka od tego, co dla nas naprawdę ważne, ale trudne na poziomie emocjonalnym (lęk, sytuacje traumatyczne, małe poczucie wartości, nieprzeżyta żałoba). Zwycięstwo rzeczywiście często bywa pyrrusowe, ponieważ przy okazji niszczy bliskie relacje, bowiem mało prawdopodobne jest, by udała się próba budowania ich w oparciu o rywalizację, zamiast o współpracę. Zdarzają się oczywiście pary całkiem dobrze funkcjonujące, dobrane na zasadzie komplementarności cech i potrzeb (on dominujący, ona uległa, ale łączą ich wspólne zainteresowania, podobne postawy życiowe, priorytety itp.).

Co poradziłaby pani osobom, które zauważyły, że powoli przeradzają się w dyktatora we własnym związku? Warto pamiętać, że dbanie o związek to także dbanie o siebie w związku. Można zacząć od tego, by zadać sobie pytanie: czy wolę być szczęśliwa, czy mieć zawsze rację...?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobiety w stałych związkach - czego zazdroszczą singielkom?

Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Koniec wolności, rutyna, ograniczenia – owszem, to grozi każdemu związkowi. Ale będąc z kimś „na dobre i złe”, wiesz też pewnie, że to dobre wynagradza zwykle to złe. Psycholog Ewa Klepacka-Gryz ma kilka wskazówek dla rozczarowanych żon i partnerek.

Od zawsze wiedziałaś, że będziesz mieć dom, męża, dzieci. W twojej rodzinie tak było od pokoleń. Wspólne mieszkanie, dzieci, wspólne konto – tak żyli twoi rodzice, dziadkowie… Kiedy nadszedł twój czas, wybrałaś tego Jedynego, w głębi duszy wierząc, że wasz związek będzie wyjątkowy. Mijają lata, między wami bywa różnie; raz lepiej, raz gorzej, jak to w życiu. A wokół ciebie mnóstwo singielek, które idą przez życie same, bez mężczyzny, i twierdzą, że to ich świadomy wybór.

„Wolę być sama niż samotna” – usłyszałaś niedawno na babskim spotkaniu. „Jeśli mam ochotę napić się wina, nie muszę kupować całej winnicy” – to głos koleżanki z pracy, pożeraczki męskich serc i łowczyni cudzych mężów. Roześmiałaś się w duchu na myśl o tym, co by powiedział na to twój mąż, ale ziarenko niepewności zakiełkowało i w głowie pojawiły się niepokojące pytania: Jak bardzo musiałam zrezygnować z siebie dla naszego związku? Czy samej byłoby mi lepiej? Czy on dotrzymał obietnic, które mi składał? Skoro się kochamy, to dlaczego czasami czuję się taka samotna?

Zdaniem małżeńskich terapeutów po roku, dwóch albo trzech latach nawet w najlepszym związku pojawia się poczucie rozczarowania, opuszczenia, odrzucenia. – Jeśli jesteś z kimś w związku, to prawdopodobieństwo tego, że będziesz czasami doznawała stanów dojmującej samotności jest większe, niż kiedy żyjesz sama – twierdzi Zofia Milska-Wrzosińska, psycholożka, psychoterapeutka. – Bo kiedy wchodzisz w bliską relację, otwiera się obszar związany z twoimi pragnieniami, tęsknotami, oczekiwaniami i nadzieją, że zranienia z przeszłości zostaną opatrzone, a to, co bolesne i trudne – ukojone. A to jest niemożliwe.

Czy lepiej żyć razem, czy w pojedynkę? Czy na to pytanie można w ogóle dać jednoznaczną odpowiedź? Czego tak naprawdę zazdrościsz koleżankom – singielkom? Jakie gorzkie prawdy sobie przyswoiłaś?

„Małżeństwo to koniec wolności”

Kochana, odkryłam cudowne SPA na Mazurach, może wybierzemy się tam w weekend? – rzuciła od niechcenia koleżanka. To kusząca propozycja, ale… kiedy ostatni raz po babskim spotkaniu zdecydowałaś się przenocować u przyjaciółki, twój ukochany nie był zachwycony. Nie robił ci wyrzutów, ale wiesz, że nie lubi, kiedy spędzasz noce poza domem. On jest typowym domatorem, nawet razem rzadko wychodzicie. Przyzwyczaiłaś się do tego, ale czasami z sentymentem wspominasz, że kiedyś byłaś duszą towarzystwa; uwielbiałaś imprezy, spontaniczne wyprawy za miasto, a dziś? Przecież w satysfakcjonującym związku życzenia, potrzeby i dobre samopoczucie partnera powinny być dla ciebie tak samo ważne jak twoje własne.

Przypomnij sobie, dlaczego przed laty zdecydowałaś się zrezygnować, a może bardziej – ograniczyć swoją wolność? Może dlatego, że poczucie bezpieczeństwa, wsparcia, zrozumienia, a także pragnienie dzielenia wspólnych planów i pasji, czyli część MY, stały się dla ciebie ważniejsze niż część JA? Twoja koleżanka singielka w każdej chwili może wyruszyć na koniec świata, nie pytając nikogo o zgodę, ale gdy ma problem, to do ciebie dzwoni w środku nocy. A kiedy, po wysłuchaniu jej szlochów, wracasz do łóżka, złodziej twojej wolności z miłością obejmuje cię ramieniem i zaspany pyta: „Wszystko w porządku?”. Zależy ci na tym wyjeździe do SPA? Może powiedz mu o tym? Małżeństwo to nie więzienie. To od was zależy, ile dacie sobie nawzajem wolności.

„Małżeństwo to zabójca miłości”

Nawet największa miłość kończy się po okresie miodowym – tak twierdzą przeciwniczki trwałych związków. Mówią: „romans – tak, małżeństwo – nie, bo każdy facet zmienia się po ślubie”. Cóż, jest w tym trochę racji. Codzienna rutyna to zabójca pożądania. Nie kochacie się już tak często i z taką namiętnością jak w pierwszych miesiącach po ślubie. Bywają między wami ciche dni. No i twój mąż nie jest już tym dzielnym rycerzem, który nosił cię na rękach. To prawda, ale ty też nie jesteś już tą zakochaną w nim bez pamięci dziewczyną, która spijała z jego ust każde słowo. Specjaliści od terapii par przyznają, że w miarę trwania związku zmienia się dynamika miłości. W miejsce namiętności i intymności – najbardziej „apetycznych” składników – pojawiają się przyzwyczajenie i zaangażowanie. A zakochanie przechodzi w etap dojrzałej miłości.

Obecnie coraz więcej par deklaruje pragnienie funkcjonowania w tzw. wolnym związku, który podobno nie zabija wolności, niezależności, możliwości samorozwoju, i trwa dopóty, dopóki nie wygaśnie „płomienna” miłość. Takie pary trafiają do mojego gabinetu i nierzadko okazuje się, że pod seksualną i emocjonalną swobodą kryje się lęk przed bliskością lub przed odrzuceniem, a także niewyrażona tęsknota za poczuciem stabilności, spokoju i bezpieczeństwa. Małżeństwo nie jest stanem, lecz procesem, w którym pojawiają się okresy bliskości, ale też dystansu, kryzysy, rozczarowania i problemy. Na przestrzeni wspólnego życia zmienia swój kształt, zmienia się intensywność, intymność i motywacja do bycia razem. Obydwoje się zmieniacie, rozwijacie się jako para, ale także każde z osobna. Bywa, że na jakiś czas przestajecie się rozumieć, zamykacie jedno na drugie – po to, by znów wrócić do siebie „z” i „dla” miłości. Kreujecie wspólny świat, doświadczając go jednak osobno – bo miłość łączy, ale czasami też dzieli.

Zamknij oczy i spróbuj wyobrazić sobie życie bez niego – mężczyzny, którego wybrałaś „na dobre i złe”. Jak się z tym czujesz?

„Małżeństwo to wybór na całe życie”

Skąd mam wiedzieć, że nie spotkam mężczyzny, w którym się zakocham bardziej niż w moim narzeczonym? – to najczęstsze pytanie, które zadają mi kobiety tuż przed decyzją o ślubie. Niestety, nikt ci nie da takiej gwarancji. Być może, będąc mężatką, właśnie tego najbardziej zazdrościsz singielkom – spotkania miłości życia. Choć w dzisiejszym świecie kolejne małżeństwa wcale nie należą do rzadkości, czasami okazuje się, że drugie czy trzecie również kończy się rozwodem. Zdarza się również, że wybór życia w pojedynkę jest właśnie konsekwencją kolejnej nieudanej próby. A pozamałżeńskie romanse są chwilową ucieczką od owego wyboru na całe życie. No cóż, satysfakcjonujący związek wymaga dojrzałości obydwojga partnerów. A dojrzałość to przede wszystkim umiejętność dokonywania wyboru określonej drogi życia i wykluczenie pozostałych możliwości. Wybór tego jedynego partnera wyklucza wszystkich innych, i rzeczywiście nie jest to łatwe. Bez względu na to, czy w waszym małżeństwie panuje sielanka, czy akurat macie kryzys, wasza relacja, w odróżnieniu od np. przyjaźni, opiera się na wiążącej umowie, której zasady powinniście ustalić na początku. Niestety, partnerzy kierowani impulsem zakochania naiwnie wierzą, że „wszystko się samo ułoży”. Zależność, wierność, lojalność czy podporządkowanie – to nie są kajdany, ale kwestie do ustalenia.

Kiedy trafia do mnie para na terapię, pierwsze zadanie, jakie mają do wykonania, to narysować siebie i partnera w postaci kółek. Ważne jest, w jakiej odległości kółka znajdują się od siebie, czy się przecinają i co jest zawartością każdego z nich oraz części wspólnej. W niej mieszczą się wspólnie wypracowane zasady dotyczące wolności, niezależności, wspierania się, indywidualnych wyborów, prawa do dystansu i samorealizacji, czyli to wszystko, czego zazdrościsz singielkom.

  1. Psychologia

Nadmiar bliskości w związku - jakie są granice prywatności?

Nasza potrzeba intymności powinna być uszanowana również w związku. (fot. iStock)
Nasza potrzeba intymności powinna być uszanowana również w związku. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Miłość to układ bez tajemnic? Otóż nie! Nadmiar bliskości może generować pewne problemy, a odpowiednia doza oddzielności podsyca zainteresowanie sobą – mówi psycholożka i psychoterapeutka dr Kinga Tucholska.

Jak rozumieć intymność w codziennej miłosnej relacji? Brytyjski socjolog Anthony Giddens napisał: „Niektórzy są zdania, że intymność może być duszna i przytłaczająca, i taka rzeczywiście jest, jeśli rozumieć ją jako żądanie nieprzerwanej bliskości emocjonalnej”. Kiedy tej bliskości robi się za dużo? Każde żądanie, w tym żądanie intymności, samo w sobie jest przytłaczające. A pragnienie nieprzerwanej bliskości jest przytłaczające o tyle, że pozostaje w sprzeczności z naturą intymności, która nie może być stanem trwałym – przecież nawet między najbliższymi osobami poziom intymności się zmienia. Intymne będzie to, co moje, co dla mnie ważne i do czego mają wstęp tylko ci, których do tego upoważnię. Wszyscy mamy potrzebę intymności dla dwojga – w znaczeniu wchodzenia w bliskie relacje, dzielenia się sobą, tworzenia więzi, porozumiewania się i bycia rozumianymi na głębokim poziomie, po zdjęciu noszonych na co dzień masek... Intymność w tym rozumieniu oznacza szczególną bliskość – psychiczną i fizyczną – z drugą osobą.

Gdzie zatem przebiega granica, której nie powinno się przekraczać? Mamy dziś większe społeczne przyzwolenie na obnażanie swojej prywatności, czy jest zatem coś, co człowiek powinien jednak zachować dla siebie? Granica intymności jest tam, gdzie ją sobie wyznaczymy. Każdy ustala ją indywidualnie – jest ona efektem życiowych doświadczeń, treningu społecznego oraz nabytych wzorców kulturowych. Znakiem naszych czasów jest rzeczywiście coraz większe społeczne przyzwolenie na pokazywanie tego, co intymne, na odsłanianie tajemnic. Dopóki sprzyja to zwiększaniu bliskości między ludźmi – jest dobre. Jeśli jednak obnażanie się ma jedynie skupić uwagę innych, pokazać, jak interesujący czy bezpruderyjni jesteśmy – służy manipulowaniu innymi i jest handlowaniem sobą.

A czy swobodne prezentowanie partnerowi własnej fizjologii jest nadużyciem intymności? Opowiadanie o miesiączkach, szczegółach porodu, choroby, depilacji? Intymność oznacza pełną otwartość na siebie nawzajem, również na fizjologię. Na początku związku bywa ona mniejsza – gdy się poznajemy, staramy się przecież wytłumiać „intymne” odgłosy w toalecie, nie raczymy partnera widokiem obcinanych paznokci itd. W miarę zacieśniania związku nie robimy już problemów z rzeczy naturalnych, zwykłych i nie krępujemy się już sobą. I mimo, że na co dzień nie korzystamy z toalety przy partnerze czy nie obcinamy przy nim paznokci u nóg, to jednak przyjmiemy za naturalną jego pomoc, gdy zachorujemy i nie będziemy w stanie same wykonać tych czynności. Jednakże wymuszona bliskość, która nie ma zaplecza w postaci więzi psychicznej, oddala ludzi od siebie. Napięcie emocjonalne, które się wówczas pojawia, czyni ją nieznośną.

Czy stawiać mur między światem męskim a kobiecym, np. w tak prywatnej strefie, jaką jest korzystanie z łazienki, dbanie o urodę? Ukochana w maseczce z błota, a łazienka jest wspólna... Reakcja na widok męskiej maszynki do golenia versus damskiej leżącej na widoku w łazience, intymnej bielizny obojga – to może być test tolerancji tego, co intymne, a co nie, w danym związku. Ale już podpaski w widocznym miejscu mogą razić, choćby tylko ze względów estetycznych. Podobnie błoto na twarzy, farba na włosach czy papiloty. Właśnie ze względów wizualnych możemy nie chcieć zmieniać podpasek nawet przy najbliższej osobie, nie zaś dlatego, że się wstydzimy czy krępujemy swojej fizjologii.

Czyli na dłuższą metę przekroczenie granic intymności odziera związek z tajemnicy? Im głębszy związek, tym większa bliskość, tym bardziej przesunięte indywidualne granice prywatności, tym większy wspólny intymny świat dwojga. Nadmiar bliskości może generować pewne problemy. Zainteresowaniu sobą sprzyja pewnego rodzaju oddzielność. Stan fuzji, w którym partnerzy wszystko o sobie wiedzą i czują jak jedno, może być pierwszym krokiem do zaniku wzajemnego zainteresowania, także erotycznego. Odrębność i pewna doza tajemniczości – ale nie ukrywanych tajemnic – wzbudza zainteresowanie i podtrzymuje napięcie. Sekret i w tym przypadku wydaje się tkwić w znalezieniu dynamicznego punktu pomiędzy wzajemną bliskością a odrębnością, indywidualnością każdego z partnerów.

Co prowokuje ludzi do łamania granic prywatności w związku? Może to być skrajna ciekawość, a lepiej chyba powiedzieć wścibstwo, które zwykle związane jest z potrzebą kontroli nad sytuacją i partnerem. Przeglądanie kieszeni, zaglądanie do czyjejś komórki może też wynikać z niepewności i lęku – że dzieje się coś złego, o czym nie wiem, a czemu – poznając prawdę – mogłabym zapobiec. Naruszenie intymności wywołuje złość, a równocześnie poczucie bezradności, upokorzenia i utratę zaufania do osoby, która się tego dopuściła. Odbierane bywa jako zdrada, a nawet gwałt. Bardzo często ten brak zaufania zostaje później przeniesiony na innych.

Co w takim razie z bliskością fizyczną? Kiedy przyzwolenie na dotyk może być przekroczeniem intymności? W zależności od rodzaju związków łączących ludzi teoretycy wyróżniają tzw. kategorie haptyczne (związane z dotykiem): dotyk społeczny (gdy podajemy na przywitanie rękę nowo poznanej osobie), dotyk zawodowy (fryzjera – gdy masuje naszą głowę), dotyk przyjacielski (ciepły), dotyk miłosny (będący sygnałem więzi uczuciowej, np. w stosunku do dziecka), dotyk seksualny (zmysłowy, namiętny) itp. W każdym z tych przypadków dotyk pozytywny, dobry – to taki, na który dane jest przyzwolenie i który odbierany jest jako przyjemny. Zgoda na dotyk jest zaproszeniem do przestrzeni osobistej. Dotyk, na który nie ma przyzwolenia lub który u dotykanego budzi zawstydzenie – to zły dotyk, gwałcący granice intymności. Pragnienie dotykania i bycia dotykanym jest naturalną, fizjologiczną potrzebą człowieka, bardzo mocno związaną z innymi potrzebami: bezpieczeństwa, kontaktu, stymulacji i intymności. Na poziomie cielesności ściśle się one przenikają. To dlatego starożytni gotowi byli przyjąć, że skóra, ciało jest jedynie pośrednikiem w przekazywaniu wrażeń dotykowych, a właściwym zmysłem, organem dotyku jest dusza lub serce. Coś z tej intuicji pozostało do dziś. O sprawach znaczących emocjonalnie i poruszających mówimy przecież, że nas bardzo dotknęły. Czyjś dotyk może więc przeniknąć nas do żywego.

Intymność a seks. Czy te dwie sfery są ze sobą tożsame? One się przenikają, ale nie są ze sobą tożsame. Intymność cielesna, czyli obdarzanie się czułym, przyjemnym dla obu stron dotykiem, może prowadzić do kontaktu seksualnego, ale nie musi. Nawiasem mówiąc, to, jak często partnerzy dotykają się wzajemnie w nieseksualny sposób, to, czy czerpią przyjemność z bycia blisko siebie w sensie fizycznym – może być jednym ze wskaźników jakości ich związku. Bywa i tak, że ktoś decyduje się na przygodne kontakty seksualne, by doświadczyć samego dotyku, objęcia, przytulenia. Wiadomo też, że nie jest warunkiem koniecznym dla seksu osiągnięcie intymności, bliskości psychicznej. Jeśli jednak ona jest, seks nabiera innej jakości. Jest szansą na doświadczenie i pogłębienie bliskości fizycznej i psychicznej.

Dlaczego intymność, prywatność domaga się uszanowania? To, co intymne, prywatne jest wartością samą w sobie, dlatego że jest integralną częścią „ja”. To, co mam w torebce, jest częścią mnie samej. To, jakie emocje przeżywam, co kocham, czego się boję – to cała ja. Tak moje „ja” istnieje, tak się wyraża – poprzez zawartość torebki, poprzez emocjonalne przeżycia. Nienaruszanie tego, co moje (przestrzeń mojego biurka, zawartość folderów w osobistym komputerze, moje uczucia), jest wyrazem szacunku dla mnie samej – inaczej odbieram to jako sygnał lekceważenia. Prywatność stanowi istotny warunek osobistego bezpieczeństwa. Przestrzeń prywatna, intymna, to taka, w której jesteśmy najbardziej sobą, odprężeni, swobodni, w której czujemy się bezpiecznie. Nikt nie ma prawa do niej wtargnąć. Możemy do niej ewentualnie kogoś zaprosić.

  1. Psychologia

Razem, ale bez ślubu

- Taki związek daje mi wszystko, czego potrzebuję od relacji z mężczyzną: poczucie wolności i przynależności - mówi jedna z bohaterek artykułu. (Fot. iStock)
- Taki związek daje mi wszystko, czego potrzebuję od relacji z mężczyzną: poczucie wolności i przynależności - mówi jedna z bohaterek artykułu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Coraz więcej młodych ludzi decyduje się na nieformalne związki. Razem mieszkają, podróżują, zakładają firmy, biorą kredyty, rodzą dzieci, ale małżeństwo? Co to, to nie! Wygląda na to, że życie bez ślubu to nie moda, ale trwała tendencja. Z czego wynika? Z wygody czy trzeźwego osądu? Niedojrzałości młodych czy z ich racjonalnego podejścia do życia?

Agata (34 lata) i Jerome (40 lat), czyli precz z fikcją

Przestronne, nowocześnie urządzone mieszkanie w starej kamienicy na Mokotowie. Agaty. Jerome ma swoje w Paryżu. Właśnie szykują się do urlopu na Teneryfie. Jerome (właściciel firmy informatycznej w Paryżu) jedną ręką pakuje walizkę, drugą miesza kaszkę dla rocznego Jasia. – Nadrabia zaległości, bo widzi synka co dwa tygodnie – śmieje się Agata (menedżerka w dużej firmie konsultingowej w Warszawie). Najbliższe trzy tygodnie spędzą razem i będzie to dla całej trójki prawdziwe święto. W ogóle każde ich spotkanie jest świętem. Na co dzień Agata z Jasiem mieszkają w Warszawie, Jerome w Paryżu.

Jak długo są razem? Agata zastanawia się dłuższą chwilę. 14, może 15 lat? Nie brali ślubu, to i nie ma pretekstu do liczenia. Wakacyjna szalona miłość, która według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinna szybko się skończyć. Dlatego na początku w ogóle nie rozmawiali o ślubie. Nie wiedzieli, czy będą razem miesiąc, rok, może dwa, a już nawet przez myśl im nie przeszło, że zostaną długodystansową parą. Zostali i dalej nie widzą potrzeby legalizowania związku. Bo po pierwsze – wylicza Agata – mieszkają na odległość i na razie to się nie zmieni, więc ślub byłby czystą fikcją. Po drugie, Agata pochodzi z rozbitego domu. Była wtedy dzieckiem, ale pamięta doskonale traumę związaną z rozwodem rodziców. Krzyki, płacz mamy, rozprawy w sądzie, walka o alimenty. Obserwowała także małżeństwa kuzynów i znajomych. Scenariusz zawsze był podobny: huczny ślub, kilka sielankowych miesięcy, a potem skakanie sobie do oczu, czasami rozstanie. Gdy więc dorosła, postanowiła: małżeństwo nie wchodzi w grę, przenigdy, trudno potem się rozwieść. Teraz myśli inaczej. Nie zakłada, że się rozwiodą, raczej – że będą ze sobą całe życie. Ale jest też przekonana, że związek formalny tego nie utrwali.

Trzeci powód jest pragmatyczny. Agata, ilekroć ma podjąć jakąś decyzję, zadaje sobie pytanie: „po co?”. Po co dokładać sobie kolejnych spraw, które i tak sobie dokłada? Ale bierze je sobie na głowę dlatego, że chce, że ją interesują. Ślubu nie chce, nie ma dla niej żadnej wartości dodanej. A już najbardziej mierzi ją sama myśl, że miałaby chodzić po kościołach, prosić księży, spowiadać się, że ma już dziecko. Owszem, jest wierząca, a nawet praktykująca, ale po swojemu.

Twierdzą zgodnie, że narodziny synka nic a nic nie zmieniły w ich stosunku do małżeństwa. Agata nie ma poczucia, że wstrzymując się od podpisania formalnego aktu, wyrządza Jasiowi jakąś krzywdę. Owszem, przyjście na świat dziecka postawiło ich w nowych rolach, są nie tylko partnerami, ale matką i ojcem, poznali się od innej strony, inaczej układają sobie codzienne życie, tak naprawdę cały świat im się przewartościował. Ale nadal liczy się dla nich treść, czyli to, co ich łączy, a nie forma. I to jest bodaj najważniejszy powód kontestowania formalnego związku. Agata zżyma się, kiedy słyszy: „Jeżeli mężczyzna kocha, to prosi o rękę i wspólnie ogłaszają światu, że są razem”. – My nie musimy ogłaszać tego światu, ogłosiliśmy to sami sobie. Może taki gest coś robi innym ludziom, mnie nie robi nic. Walczymy o związek cały czas. To nie jest tak, że wzięliśmy ślub i już niech to się toczy. Co za różnica, czy ten papierek jest, czy go nie ma.

Agata się nie zgadza, że z papierkiem trudniej wyjść ze związku. Guzik prawda. Był kiedyś taki moment, że chciała zerwać z Jerome’em, bo miała dosyć związku na odległość. I co? Wcale nie było jej łatwo tego zrobić. A nawet musi przyznać, że było koszmarnie trudno. Jerome nie odpuszczał, ale to nie on jej udowodnił, że powinni być razem. Sama sobie udowodniła, że to jest ktoś, bez kogo nie może żyć. Zwraca uwagę na jeszcze jeden powód wstrzymywania się od ślubu: – Nikt na nas w tej sprawie nie naciska. Rodzice Jerome’a mają to gdzieś. Moja mama swoje przeszła. Cieszy się z wnuka i z tego, że jestem teraz szczęśliwa. A co będzie potem? Obydwie dobrze wiemy, że każdy związek może się wypalić, takie jest życie. Dlatego dla mnie bardzo ważna jest też praca, samowystarczalność, niezależność finansowa. Na razie nie jest źle. Dobrze zarabiam, stać mnie na nianię i wyjazdy do Paryża. Jerome poczuwa się do odpowiedzialności i jak trzeba coś kupić, na przykład wózek, to kupuje. Finansuje też wakacje i większe rodzinne inwestycje. Ale nie liczymy, co kto i ile wniósł. Nie zawieszamy się na sobie, jesteśmy razem, bo chcemy, a nie dlatego, że z jakichś powodów musimy. Małżeństwa kojarzą mi się z określeniami: „posiąść kobietę”, „pojąć ją za żonę”. Dla mnie brzmi to tak, jakby kobieta stała się zakładnikiem mężczyzny, jego własnością. A ja nie mam najmniejszego zamiaru odgrywać takiej roli.

Jerome uśpił Jasia, przygotowuje kolację. Co myśli o ślubie? To samo co Agata. No, może z tą różnicą, że widzi pewne pozytywne strony formalnego związku. Na przykład taką, że wiadomo, kto po kim co dziedziczy, że płaci się mniejsze podatki. Ale w sumie wszystko można uregulować. Po chwili dodaje z uśmiechem: – Pewnie kiedyś weźmiemy ślub.

Agata: – Jak załatwisz wszystkie formalności, to nie ma sprawy, bo ja nie mam zamiaru użerać się z urzędnikami. Ale ten fakt na pewno niczego między nami nie zmieni. Na pewno nie na lepsze, a boję się, że może na gorsze. Więc po co to robić?

Joanna (27 lat) i Marcel (29 lat), czyli żyć po swojemu

Modne wegańskie bistro w centrum Warszawy, pora lunchu. Joanna, radca prawny, zamawia zupę z soczewicy i nastawia budzik w Iphonie. Za godzinę musi być w pracy (znana kancelaria prawnicza).

– Moje życie jest uporządkowane jak w wojsku – śmieje się. – Wstaję codziennie o 6.30, potem jogging, lekkie śniadanie i o 9.00 praca. Bywa, że do domu wracam o 22.00, najczęściej o 19.00. Czasem pracuję nawet w weekendy. Ale coś za coś. Nieźle zarabiam, mogliśmy więc z Marcelem wziąć kredyt na mieszkanie i samochód, stać nas na podróże, które są naszą pasją.

Joanna mówi to spokojnym głosem, w którym słychać dumę. Zanim powie o powodach jej awersji do instytucji małżeństwa, musi zacząć od rodzinnego domu. Pochodzi z lubelskiej wsi, z wielodzietnej rodziny (dwa plus pięć). Od dziecka wiedziała, że nie chce żyć tak jak mama. Czyli siedzieć w domu, a tak naprawdę od rana do nocy tyrać. Sprzątać, gotować, zajmować się dziećmi, znosić fanaberie ojca, jego wieczne rozkazywanie, zaglądanie do kieliszka. Nie, nie bił mamy, ale pomiatał nią, szydził z niej, terroryzował ją psychicznie, a to według Joanny jest o wiele gorsze od przemocy fizycznej. Nie może zrozumieć, dlaczego mama, mimo że odchowała dzieci, nadal trwa w tym związku i dalej jest całkowicie zależna od ojca. Na jej prawnicze oko wygląda to jak ubezwłasnowolnienie, bo mama musi się prosić o każdą złotówkę, sama nie podejmuje żadnej decyzji, nie ma prawa nawet zagłosować w wyborach tak, jak chce. Małżeństwo rodziców uświęcone sakramentem to związek władcy i niewolnicy. – Jak po tym wszystkim, na co się napatrzyłam, chcieć zostać mężatką? – pyta retorycznie.

Nie myśli więc o małżeństwie, choć znają się z Marcelem pięć lat, a rodzice zarówno jej, jak i jego, każdą rozmowę zaczynają od pytania: „Kiedy ślub?”. „Jeszcze nie pora”, odpowiadają. A kiedy ta pora nadejdzie? Może nigdy. Bo właściwie do czego im ten ślub potrzebny? Mieszkają razem, w dodatku we własnym mieszkaniu, na które zaciągnęli kredyt. Wspólnie, bez żadnych problemów, banki wręcz prześcigają się w ofertach skierowanych do młodych i nie wymagają papieru z urzędu stanu cywilnego, dla banków liczą się przede wszystkim zarobki. – No a pożyczka bardziej wiąże niż sakrament – mówi całkiem poważnie Joanna. – Zwłaszcza ta duża sprawia, że nie można tak z dnia na dzień się rozstać, choć bez przesady, rozstanie ze wspólnym kredytem wcale nie jest jakoś szczególnie trudne. Moja przyjaciółka właśnie przez to przechodzi. Odeszła od partnera, a kredyt razem z mieszkaniem wzięła na siebie. Będzie go spłacać z nowym chłopakiem.

Joanna widzi coraz więcej pozytywów życia bez ślubu. Już sam ten fakt sprawia, że w związku utrzymuje się ekscytujący dreszczyk emocji, owa niezbędna nuta niepewności, która każe ludziom bardziej się o siebie starać.

A z korzyści bardziej praktycznych? Odpadają astronomiczne wydatki na ślubną ceremonię. W razie rozstania nie trzeba włóczyć się po sądach. A kiedy pojawi się dziecko, samotna matka może liczyć na wiele przywilejów, choćby na miejsce dla dziecka w żłobku i przedszkolu. – Mam jedno życie i chcę je przeżyć po swojemu, czyli bez ślubu. Taki związek daje mi wszystko, czego potrzebuję od relacji z mężczyzną: poczucie wolności i przynależności. A w dodatku mogę w pełni rozwijać się zawodowo, realizować swoje pasje. To chyba całkiem spora nagroda za odwagę niepoddawania się presji otoczenia – kwituje Joanna.

  1. Psychologia

Codzienność to test dla związku

Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
„I nie opuszczę cię aż do śmierci!” No tak, ale… nikt nie obiecywał, że będzie łatwo! Los nie raz jeszcze wystawi nas na ciężkie próby, chorobę, zdradę, a nade wszystko na... nudę. Jak dać radę trudom codzienności, mówi psycholog Mariola Kosowicz.

Codzienność nie jest zabójcą miłości? Nie. Jest testem naszych zaniedbań. Obiecaliśmy sobie być razem w zdrowiu i chorobie. Mijają lata, a wspólna codzienność okazuje się szara, pusta i nudna, a czasami, zupełnie niespodziewanie, do drzwi puka: choroba, problemy finansowe czy zdrada. Codzienność to także mój ból brzucha, jego katar, wspólne troski, skąd wziąć pieniądze na rachunki. Odpowiedzialne i dojrzałe wchodzenie w związek oznacza akceptację również tego, że może być trudno, bo miłość to nie krótkotrwała emocja, tylko relacja, którą buduje się każdego dnia. To ciągłe dorzucanie do pieca, żeby ogień nie wygasł.

Kiedy wygasa, to… Budzimy się osobno, nawet jeśli leżymy w tym samym łóżku. Z niechęcią patrzymy na partnera, ożywają pretensje z przeszłości. Trwa codzienność, która nie łączy. To bardziej przymus trwania w związku: dla dobra dzieci, wspólnego konta w banku, z przyzwyczajenia albo lęku przed samotnością. Ale może być inaczej: kiedy związek jest dobrem w naszym życiu, to uśmiechamy się do siebie nawzajem i w naturalny sposób czujemy, że bez tej drugiej osoby ten dzień byłby smutny. Tęsknimy, kiedy partner wyjeżdża. W ciągu dnia, nawet najbardziej zajęci pracą, wysyłamy sobie ciepłe wiadomości, nawet te formalne: ,,Kup chleb” z emotikonem buźki. ,,Wracam do domu” oznacza wówczas nie powrót do czterech ścian, ale spotkanie z ludźmi, którzy są dla nas ważni.

Większość z nas łudzi się, że tak właśnie będzie, a potem gubimy drogę do dobrej codzienności. Codzienność jest wielką niewiadomą. Każdy z nas ma takie „kawałki” siebie, które bywają trudne w relacji, ale dojrzały partner jest w stanie przyjąć nas w całości. A my jego. Kiedy spotykamy drugą osobę, widzimy w niej, a raczej chcemy widzieć, głównie to, czego pragniemy: bratnią duszę, drugą połówkę... I wystarcza to na pierwszy moment bycia razem. Bieg dni bezlitośnie obnaża jednak prawdę. Pojawiają się poważne sygnały świadczące o tym, że partner nie jest do końca taki, jak nam się wydawało, ale z lęku, wygodnictwa lekceważymy to, mówiąc: ,,jestem przewrażliwiona”, albo: ,,on się zmieni”, „wszyscy mężczyźni tak mają, czego tu się spodziewać”. Zamiast  szukać coraz bardziej nieskutecznych form zaklinania rzeczywistości typu: ,,może kiedyś się zmieni”, lepiej dla związku, i w konsekwencji zdrowiej, zmierzyć się z problemem i  porozmawiać o tym. Zacząć na przykład: ,,Obydwoje mamy kłopotliwe nawyki. Nasza codzienność zaczyna być walką. Zróbmy coś z tym”. Niestety, wiele związków nic z tym nie robi. Tymczasem chęci jednej strony nie wystarczą. Ja chcę rozmawiać, a on/ona mówi: „ciągle się czepiasz, jak ci się nie podoba, to sobie zmień”. I tak tkwią przy sobie z musu, każde na swój sposób uciekając od smutnej prawdy o związku. A kiedy wyjeżdżają na wakacje, zabierają ze sobą znajomych po to, żeby nie być tylko we dwoje. To nie codzienność jest trudna czy smutna, to my bywamy byle jacy. Nie dorzucamy do pieca, chcemy budować związek na tej początkowej fascynacji. Albo z czasem uzurpujemy sobie prawo do wyłączności względem drugiej osoby.

 
Chodzę po domu w poplamionym T-shircie, a on rozrzuca brudne skarpetki? Każdego dnia mamy doskonałe pomysły na zakupy czy pracę, ale najmniej planów mamy na jakość życia emocjonalnego. Dlatego wszystko zrzucamy na czynniki zewnętrzne, m.in. nudną codzienność. Przestajemy być dla siebie atrakcyjni i to nie tylko w sensie zewnętrznym, ale przede wszystkim psychicznie, emocjonalnie i intelektualnie. Przestajemy troszczyć się o siebie nawzajem i coraz częściej to ktoś z zewnątrz staje się tym atrakcyjnym i bardziej bezpiecznym powiernikiem naszych trosk, kimś, komu czujemy się potrzebni. Dopuszczamy się zdrady, ale tłumaczymy to sobie na różne sposoby. Komentując rozwód koleżanki, mówimy: ,,Nic dziwnego, że po dwudziestu latach małżeństwa odszedł od niej do młodej sekretarki. Zabiła ich codzienność”. Tymczasem to nie codzienność zawiniła, ale bylejakość. Byle jak komunikujemy się ze sobą, byle jak spędzamy wspólne chwile, byle jak wyglądamy, bo „dla kogo mam się w domu stroić?”. Odzieramy codzienność z atrakcyjności. Nierzadko dopiero wtedy, gdy pojawia się kryzys, przypominamy sobie, że jednak zależy nam na nim czy na niej i przywołujemy na ratunek odświętność. Niektóre kobiety, kiedy dowiadują się, że są zdradzane, biegną do sklepu po zmysłową bieliznę, idą do fryzjera. I nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że rzeczywiście dostrzegły swój udział w bylejakości wspólnego życia. Co oczywiście nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla zdrady.

I nie ma co zwalać winy na nudną, szarą teraźniejszość? Świat nie może brać odpowiedzialności za jakość naszej codzienności, on ją tylko przynosi. Czyja to wina, że w wielu domach już nawet nie rozmawia się o problemach, bo nie ma z kim, bo każda próba jest ucinana krótkim: ,,Ty znowu swoje”, albo: ,,Przestań truć!”. Dom powinien być miejscem, w którym mamy czasami prawo pomarudzić, mieć gorszy dzień czy się polenić. Być naszym azylem. A rodzina jako system ma być zamknięta, hermetyczna w tym sensie, że jeśli coś się dzieje między mną a mężem, to rozmawiam o tym z nim, a nie z przyjaciółką. Bezpieczeństwo systemu polega na tym, że nie ma pustej przestrzeni, w którą mogą wejść: alkohol, czasochłonne hobby czy kochanek, czyli to wszystko, co zapełni pustkę.

Może więc czasem trzeba dodać ognia, zorganizować romantyczny wyjazd we dwoje? Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Trzeba się lubić, a wówczas możemy kochać się raz w miesiącu i mieć z tego prawdziwą satysfakcję, wyjeżdżać raz na jakiś czas i czerpać z tego przyjemność. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. Można przecież spotykać się w sypialni co noc, a w ciągu dnia lekceważyć się i nie szanować. Ilość seksu, wspólnych wieczornych wyjść czy wspaniałych wyjazdów nie świadczy bynajmniej o jakości związku. Razem można się też fajnie nudzić, a kiedy jest za nudno, jedno może zaproponować: ,,Może byśmy coś zrobili?”, a drugie spytać: ,,Wychodzimy na kolację czy smażymy naleśniki?”. I nie potrzeba fajerwerków.

Czasami poszukujemy tych fajerwerków na zewnątrz, zamiast w związku. To prawda. Kiedy nasze zadowolenie uzależniamy od dobrej pracy, świetnych przyjaciół czy ekskluzywnych przedmiotów, to kiedy to tracimy, codzienność staje się okrutna, a świat do niczego. Tymczasem o wiele ważniejsze jest to, czy lubimy siebie, czy życie z nami może dawać satysfakcję naszym bliskim i nam samym. Bez tej świadomości obudzimy się w wieku 40, 50 lat z refleksją, że emocjonalne CV naszego związku jest bardzo ubogie. Rozpraszając się na poszukiwanie ekscytacji na zewnątrz, gubimy coś ważnego. A przecież do związku wnosimy jakość każdego dnia. Warto tak sobie zaplanować dzień, żeby nie wracać do domu wyczerpanym, ale mieć siłę na pobycie z rodziną, wspólną kolację czy rozmowę.

A co z traumatycznymi wydarzeniami, które spadają na związek? Nie muszą go zniszczyć, ale na pewno weryfikują prawdę o nim. Kryzysy są i będą częścią życia człowieka, związku, rodziny. Na jedne pracujemy sami, inne, jak choroba czy śmierć osoby bliskiej, pojawiają się nieproszone. Z psychologicznego punktu widzenia, to nie kryzys jest największym problemem, ale to, w jaki sposób sobie z nim radzimy. Na przykład życie z poważną chorobą w rodzinie, to wielkie wyzwanie dla każdej ze stron i jest czymś naturalnym, że potrzeba czasu, żeby się w tym odnaleźć. Rodzina korzysta wtedy ze znanych systemowi zachowań zaradczych. Jedni biegną w pogoni za jeszcze lepszym lekarstwem (którego często nie ma) w myśl: ,,im więcej dla ciebie robię, tym bardziej cię kocham”. Inni potrafią rozmawiać, wspólnie popłakać, pośmiać się i dbać o dobrą jakość każdego dnia. Jeszcze inni odkrywają, że są sobie bardziej obcy niż myśleli. Bywa również, że choroba osoby bliskiej jest dla zdrowego partnera sytuacją nie do udźwignięcia, bo „to on zawsze dbał o mnie, nie mam siły tego znosić” – i sam zaczyna chorować albo znajduje sobie następnego opiekuna. Nierzadko choroba odwraca role w związku, każe nauczyć się nowych. Udowadnia także, że codzienność to pogodzenie się z tym, co przynosi nam życie, nie rezygnacja, ale akceptacja.

  1. Psychologia

Jak kochać szczęśliwie?

Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy o miłości powiedziano już wszystko? Czy warto pisać kolejne poradniki psychologiczne i artykuły poruszające temat zakochania, budowania związku i dbania o relację? Czy rozmowy o tym nigdy nam się nie znudzą? Moim zdaniem odpowiedź brzmi : nie. Ani nie znudzą, ani nie wyczerpią wszystkich refleksji i nie rozwieją wszystkich wątpliwości. Bo miłość to najtrudniejsze z uczuć. Najpiękniejsze, najważniejsze, czyniące nasze życie wyjątkowym i barwnym, ale również najtrudniejsze.

Aby umieć kochać szczęśliwie, trzeba odrobić wiele niełatwych życiowych lekcji. Bo dojrzewanie do miłości to proces, który wymaga nie tylko naszej motywacji i wiary w możliwość bycia szczęśliwym, ale także wielu psychologicznych kompetencji, które musimy nadrabiać w życiu dorosłym, ponieważ w naszym dzieciństw nie mieliśmy okazji nauczyć się tego, co jest warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej. A są nim przede wszystkim miłość do siebie i wiara we własną wartość, odwaga w podejmowaniu ryzyka oraz otwartość na drugiego człowieka i zdolność do empatii.

Jako psycholog i terapeuta par wiem jedno: każdy z nas ma w tych obszarach coś do przepracowania. I każdy przynajmniej kilka razy w życiu zadawał sobie pytania: jaki popełniam błąd? Dlaczego nie znajduję spokoju i szczęścia? Co sprawia, że cierpię, że ranią mnie bliskie osoby? Czy znajdę miłość? Czy będę umiała o nią zadbać? Uważam, że każdy z nas potrzebuje czasem wsparcia i podpowiedzi, co robić, gdy zagubi się w meandrach miłości, zatraci w zakochaniu czy doświadczy bolesnej straty. Bo każdy czasem traci wiarę w miłość szczęśliwą.

Skąd te wątpliwości, rozterki, lęki i błędy, które popełniamy? Ano stąd, że nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa i każdy wchodzi w dorosłość z jakimś bagażem nieprzepracowanych, trudnych doświadczeń i emocji. Dlatego uważam, że każdy z nas czasem potrzebuję wsparcia, podpowiedzi, jak radzić sobie z uczuciowymi dylematami, a te odnajdzie w artykułach i poradnikach, w których o psychologi uczuć i mechanizmach budowania relacji piszą osoby, mogące swoją wiedzą i doświadczeniem służyć czytelnikom. I uważam, że każdy, kto po takie wsparcie sięgnie, odnajdzie coś dla siebie. Bo każdy z nas ma swój obszar do przepracowania, który sprawia, że trudno mu kochać szczęśliwe.

Część z nas to „niedokochane dzieci" spragnione akceptacji i bezwarunkowej miłości. Takie osoby są w stanie zgodzić się na wiele, zbyt wiele, aby ktoś, często ktokolwiek, je pokochał. Wikłają się w toksyczne, przemocowe relacje, wierząc, że krzywdy których doznają, to „ich wina". Dlatego ich lekcją jest uczenie się bycia asertywnymi i umiejącym szanować i kochać siebie. Cześć z nas to zranieni wrażliwcy, którzy zamykają się w bezpiecznej skorupce, nie ryzykując bycia porzuconymi. Boją się rozczarowania. Boją się miłości. Pytają: co zrobić, aby nigdy nie zostać zranionym? I znajdują odwiedź: można nigdy nie kochać. To prawda. Wtedy nikt nas nie zrani. Gdy się nie przywiążemy, gdy nie zaryzykujemy, nie zostaniemy zranieni. Ale czy warto zapłacić taką cenę? Czy warto zrezygnować z uczucia tylko dlatego, że się boimy? Dla takich osób wyzwaniem jest uczenie się odwagi pomimo lęku, który czują. Bo każdy się boi. Ci, którzy ranią, udają obojętność, gdy ktoś cierpi; ci, którzy uciekają przed odpowiedzialnością, i ci, którzy nie potrafią kochać dojrzale też się boją. Ich lękiem jest przywiązanie i zależności. Bo miłość to odpowiedzialność. A ona jest dla wielu osób trudna.

Miłość to również sztuka dbania o drugiego człowieka. Dlatego wymaga postawy empatycznej i uważnej na potrzeby innych. Miłość szczęśliwa to także szacunek do siebie samego i poczucia własnej wartości. To pogodzenie własnych potrzeb z dbaniem o szczęście tych, których kochamy. Nie każdy potrafi tę równowagę zachować. Dla wielu z nas bycie otwartym na drugiego człowieka w sposób, który pozwala chronić również własne granice i własną intymną przestrzeń, to nie lada wyzwanie. Uważam, że do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. Dlatego każdy kolejny artykuł, na temat tego jak przygotować się do zbudowania relacji, jak uczyć się kochać dojrzale i odpowiedzialnie, jak być w miłości szczęśliwym, jest tak cenny. I dlatego uważam, że warto o miłości rozmawiać, warto dzielić się swoimi doświadczeniami i szukać cały czas odpowiedzi na ważne i aktualne pytania. Bo warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej jest umiejętność dbania również o siebie.

Maria Rotkiel: psycholożka, terapeuta, autorka poradników psychologicznych.