1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak mieć więcej czasu i pieniędzy?

Jak mieć więcej czasu i pieniędzy?

fot.123rf
fot.123rf
Nasza codzienność w skrócie wygląda tak: albo się z czymś nie wyrabiamy, albo na coś nas nie stać. Psychoterapeuta Mateusz Ostrowski, który podczas festiwalu POP Kreacje prowadził warsztaty na temat presji czasu i znaczenia pieniędzy, przekonuje, że można mieć pod dostatkiem jednego i drugiego. Jak? Zmieniając swoje myślenie.

Przepraszam, spóźniłam się.

To nic, mamy sporo czasu.

A to wspaniale, bo dziś wszyscy się spieszą, patrzą na zegarek, nie mogą rozmawiać. Zawsze mieliśmy problem z czasem? W PRL-u mówiliśmy, że czy się stoi, czy się leży, 500 zł się należy. Nikt się specjalnie nie spieszył, na wszystko był czas.

Odkąd weszliśmy w gospodarkę wolnorynkową, z takim, a nie innym modelem ekonomicznym, nasz czas nagle zrobił się cenniejszy. I tutaj nie ma już miejsca na nicnierobienie, ważne jest teraz, by czas jak najefektywniej wykorzystać. Zrobiła się z tego presja na efekt, bo w zależności od tego, jak bardzo się zaangażujemy, mamy określone rezultaty.

No właśnie, czy czas nam się skurczył przez wzrost pracy i obowiązków, czy po prostu uczymy się lepiej go wykorzystywać?

Myślę, że na to się składa kilka rzeczy. Z jednej strony system ekonomiczny sprzyja, a wręcz wymusza efektywne wykorzystywanie czasu, bo czas to pieniądz. Z drugiej rozwój technologiczny sprawia, że przemieszczamy się szybciej, Internet działa wszędzie i też z coraz większą prędkością, przemiany kulturowe zachodzą szybciej, nasze życie także pędzi. Beatlesi byli na szczycie kilka dekad, która gwiazda dziś może się pochwalić takim sukcesem? Sklepy i restauracje pojawiają się i znikają, także związki międzyludzkie, małżeństwa trwają krócej albo łatwiej i szybciej można je uciąć.

Technologia przyspieszyła, żeby nam ułatwić życie, a jednocześnie wszyscy narzekamy na brak czasu.

Bo w te wolne miejsca, w te „zaoszczędzone” chwile, wchodzą inne rzeczy, które robimy. W latach 30. prorokowano, że ludzie za kilkadziesiąt lat nie będą wiedzieli, co zrobić z wolnym czasem. Tymczasem okazuje się, że natura nie znosi próżni, więc wypełniamy sobie czas mniej lub bardziej sensownymi rzeczami: siedzeniem na Facebooku, pracą, pochłanianiem większej ilości informacji. System ekonomiczny zachęca, żebyśmy wykorzystywali nasze zasoby i pieniądze do kupowania kolejnych rzeczy, więc pracujemy więcej, żeby więcej zarabiać, żeby wydawać na rzeczy, które zazwyczaj zużywają się tylko mentalnie, a nie fizycznie. Pamiętasz film „Podziemny krąg”? Padają w nim takie słowa: „Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, by zaimponować ludziom, których nie lubimy”. Niestety, czasem wyglądamy jak chomik biegający w swoim kółeczku: zarabiaj, czytaj, rozwijaj się, pracuj. Przeżywamy klęskę obfitości.

Ale tak to wygląda jedynie w naszej części świata. Wystarczy pewnie pojechać do Afryki, Azji i czas magicznie zwalnia.

Tu, na Zachodzie, jesteśmy przywiązani do czasu liniowego. Wystarczy przenieść się do innego kręgu kulturowego, gdzie czas jest względny, a punktualność nic nie znaczy. I gdzie definicja czasu jest zupełnie inna. Wiele rdzennych społeczności żyje wedle czasu kołowego, związanego chociażby z rytmem pór roku. Wystarczy jednak wyjechać z miasta na wieś czy z dużej aglomeracji do miasteczka. Pamiętam moich rodziców, mieszkających w Kołobrzegu, jak idą Marszałkowską. Dwa razy wolniej niż cały tłum. W dużym mieście czas płynie inaczej. Ludzie łatwiej ulegają presji efektywnego wykorzystywania czasu.

Profesor Philip Zimbardo dzieli ludzi na osobowości według percepcji czasu – zorientowanych na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Zorientowani na teraźniejszość raczej nie ulegną presji bycia efektywnym, ale ci zorientowani na przyszłość, skupieni na planowaniu, zadaniach, celach mogą wpaść w pułapkę i uważać, że czas im ucieka. I tu chciałbym podkreślić, że mogą, ale nie muszą. Z drugiej strony nie ma sensu demonizować presji czasu. Działanie nastawione na przyszłość i efekt ma też swoje dobre i potrzebne strony, choć faktycznie mam wrażenie, że globalny trend w naszej kulturze dałoby się opisać słowami: szybciej, więcej, efektywniej.

Jak się nie poddać temu globalnemu trendowi?

Czasem wystarczy pojechać na wakacje. Ale nawet na wakacjach potrzebujemy co najmniej kilku dni, żeby zwolnić, bo dopiero wtedy przychodzi rozluźnienie. Dobrze jest zastawić na siebie pułapkę i pojechać tam, gdzie naprawdę nie ma nic do roboty, gdzie trzeba się ponudzić. Niekiedy wymaga to od nas wysiłku, bo ta presja wykorzystywania czasu, np. zwiedzania wszystkiego, co jest do zobaczenia na wakacjach, tkwi w nas głęboko. Gdy coś jest kulturowym trendem, trudno mu się nie poddać, żeby nie zostać w tyle. Ale naprawdę ważne jest, żeby zwolnić i zobaczyć, że ten czas może płynąć inaczej.

Jak zwolnić, zanim będzie za późno? Co chcesz pokazać na swoich warsztatach?

Chcę, żeby ludzie zauważyli to zjawisko w sobie i zobaczyli, czy przypadkiem oni albo ich najbliżsi nie cierpią przez to wewnętrzne poczucie presji. Presja wywołuje uczucie dyskomfortu, odbija się na naszym zdrowiu, relacjach z innymi. Czasem sygnał, że dzieje się coś niedobrego, wysyła nam własny organizm – zapada na chorobę, dostaje zawału, funduje nam wypalenie zawodowe czy depresję, żeby wymusić na nas zwolnienie tempa. Jeśli nie chcemy do tego doprowadzić, warto wsłuchać się w siebie – czy nie ma w nas potrzeby przyhamowania? I – oczywiście – zależy mi też na tym, żeby zobaczyć drugą stronę medalu czy raczej zegarka. Czym innym jest uleganie wewnętrznej presji, a czym innym świadoma decyzja, że ten czas wykorzystujemy efektywnie. Pracujemy, mamy z tego pieniądze, osiągnięcia, uczymy się, rozwijamy, widzimy tego owoce, podobają nam się. Życie z zegarkiem może być przydatną w życiu umiejętnością.

Jak pracuje się nad czasem?

Chcę, żeby ludzie poczuli na warsztatach te dwie strony w sobie: niepoddającą się presji czasu, jak i tę, w której żyje się z liniowym czasem za pan brat. Na przykład żeby przekonali się, jakie mają tendencje do uzależnień i które z nich pomagają im znaleźć się w jednym bądź w drugim stanie. Czy potrzebują hektolitrów kawy, by efektywnie działać, a wieczorem lampki wina, by zwolnić? Czy może tabletki, by zasnąć? Według mnie ważne jest szukanie równowagi pomiędzy tym trybem działania, nastawienia na czas i przyszłość, a tym skupionym na teraźniejszości i przyjemności. I co ciekawe, widać, jak bardzo szukamy tego drugiego stanu. Coraz więcej osób otwiera się na duchowość, medytację, jogę. Kiedy zobaczyłem w hollywoodzkim filmie Julię Roberts medytującą na tle pięknego krajobrazu, pomyślałem sobie: „O, medytacja właśnie trafiła do mainstreamu naszej kultury”. I to dobrze, że szukamy stanów, które ona może przynieść. Często dlatego, że jesteśmy przemęczeni, przepracowani, nie widzimy sensu w tym, co robimy. A pamiętajmy, że Newton odkrył prawo ciążenia, siedząc pod drzewem, Archimedes zaś taplał się w wannie. Najlepsze pomysły przychodzą, gdy odpoczywamy, śnimy, gdy nic nie robimy. Stan zwolnienia wzmacnia kreatywność.

Filozofia zen mówi o tym, że kiedy zwolnimy, na przykład codziennie usiądziemy na chwilę w medytacji, to otworzymy swoje serce, zaczniemy współodczuwać ze światem.

Mam tu taki cytat z książki Michaela Endego, „Momo, czyli osobliwa historia o złodziejach czasu i dziecku, które zwróciło ludziom skradziony im czas”. Jeden z bohaterów mówi: „Mam tylko zamiłowanie do zegarów. Są one bardzo niedoskonałym naśladownictwem czegoś, co każdy człowiek ma w piersi. Bo tak jak macie oczy, aby widzieć światło, uszy, aby słyszeć dźwięki, macie serce, aby uświadamiać sobie czas. Cały czas nieuświadomiony przez serce jest stracony, jak barwy tęczy dla ślepca albo śpiew ptaka dla głuchego. Są jednak, niestety, ślepe i głuche serca, które nic sobie nie uświadamiają, chociaż biją w piersi”.

Gubimy to czucie, gdy nie postrzegamy czasu sercem, tylko zadaniami. Gdy przyhamujemy, łatwiej jest czuć, i odwrotnie, kiedy skupiamy się na czuciu, naturalnie trochę zwalniamy. Każdy powinien mieć dostęp do tej części siebie, która szybko działa, jest nastawiona na zadanie i efekt, ale też do tej części, która potrafi być tu i teraz, docenić piękno, która może po prostu posiedzieć. Obu tych postaw potrzebujemy. I obie warto ćwiczyć.

Co warsztat o czasie powinien pozostawić w uczestnikach?

Chciałbym, aby wyszli z rozpoznaniem tych dwóch postaw, żeby wiedzieli, że je mają, by byli w kontakcie z jedną i drugą postawą. Żeby po pracy potrafili powiedzieć sobie: „Teraz odpoczywam, mam do tego prawo”. Nie wpycham na siłę działania, które da mi pozorne poczucie, że wykorzystuję maksymalnie swój czas.

Bo nie kupi się więcej czasu. Co nas kieruje w stronę twojego drugiego warsztatu – o pieniądzach. Przyznasz, że to raczej śliski temat. Mamy mnóstwo przysłów z nimi związanych, jak to, że pieniądze szczęścia nie dają.

I że są brudne, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego, pieniądze szczęścia nie dają, pierwszy milion trzeba ukraść… i tak dalej. A jednocześnie pieniądze są wszędzie, otaczają nas, nie można bez nich żyć. Wszyscy mamy swoje marzenia i obawy z nimi związane. Ludzie się kłócą o pieniądze, robią coś razem dla pieniędzy. Jest taka anegdota o prezesie spółki giełdowej, który był niski, ale miał powodzenie u kobiet. Gdy go pytano, jak on to robi, odpowiadał, że jak stanie na portfelu, to jest dużo wyższy. Można się przerazić wzorcem, który z tej historii wypływa, ale faktem jest, że w tym świecie pieniądze dają rangę społeczną. Oczywiście są wyjątki, ale generalnie gdy ktoś ma więcej pieniędzy, to może więcej i jest lepiej postrzegany. Naszą zamożność podkreślamy ubiorem, drogim zegarkiem, samochodem itp. Tak tworzymy swój wizerunek w świecie. Poza tym dopasowujemy się do grupy społecznej, w której funkcjonujemy. Moi znajomi mają taki standard, to ja też muszę.

Bez pieniędzy nie możemy żyć, dlatego powinniśmy o nich rozmawiać?

Niezajmowanie się pieniędzmi jest omijaniem bardzo ważnego tematu. Z jednej strony zwrócenie uwagi na to, co robimy z pieniędzmi, może pokazać nam, jakie są nasze relacje ze światem, z innymi ludźmi, ale z drugiej pozwoli nam zobaczyć nas samych – nasze wzorce, braki, ograniczenia.

No właśnie, jak postrzegamy pieniądze?

Nasz stosunek do pieniędzy ma wiele wymiarów. Podstawowym jest ten ekonomiczny, czyli pieniądz jako waluta, bilet NBP, określona liczba zer na naszym koncie, wydatki, przychody, budżet… Drugi wymiar, którym głównie zajmuję się podczas warsztatów, to psychologiczny. Pokazuje on nasz najczęściej nieświadomy stosunek do pieniądza. Na tym poziomie pieniądze mogą dla nas oznaczać bezpieczeństwo albo władzę czy siłę. I oczywiście mamy najróżniejsze przekonania na ich temat. Słyszymy głosy w naszych głowach, które mówią, że musimy mieć dużo pieniędzy, bo wtedy jesteśmy wartościowi, albo przeciwnie, że pieniądze są brudne, albo że chciwość jest dobra. Zależy mi na tym, żeby ludzie zmierzyli się z tymi przekonaniami, ze swoimi snami o pieniądzach, bo gdy widzę, co robię z pieniędzmi, co o nich myślę – mogę zacząć to zmieniać albo przestać coś robić, odzyskać kontrolę. Podczas warsztatów będziemy pisać bajkę o pieniądzach, bo to pozwala odkryć nasze nieświadome wzorce i przekonania.

Gdzie w tym wszystkim mieszczą się takie zachowania jak życie na kredyt, nadmierne oszczędzanie, ale też kompulsywne kupowanie?

Same kredyty, zakupy, oszczędności mieszczą się w wymiarze ekonomicznym, to poziom uzgodnionej rzeczywistości, ale już gratyfikacja, jaką nam dają zakupy, nadmierne wydawanie albo presja na oszczędzanie, to już wymiar psychologiczny, poziom snu.

Z jednej strony możemy potraktować kredyt jako instrument finansowy – pożyczkę, której ktoś nam udzielił na określony czas i ustalony procent, a my wykorzystujemy ją do realizacji konkretnego celu i spłacamy w terminie. Tyle tylko, że najczęściej wcale nie zachowujemy się aż tak racjonalnie, a i same instytucje finansowe wbrew pozorom nie zachęcają nas do tej racjonalności. Raczej pomagają nam śnić na jawie sny o naszej przyszłości. Wystarczy spojrzeć na reklamy: „Weź kredyt na wakacje z palemkami!”, „Chcesz założyć rodzinę? Najpierw kup mieszkanie z naszym kredytem!”. Dlatego im większą mamy wiedzę na ten temat, tym łatwiej nam będzie nie ulegać reklamom. Chodzi o to, żeby świadomie poczynać sobie z pieniędzmi, wiedzieć, czemu robimy tak, a nie inaczej, co śnimy o pieniądzach i czy możemy się z tego snu obudzić. Ważne, żeby wyrwać się ze schematu. I może będą tego pozytywne skutki, może przestaniemy wydawać na głupoty, a może właśnie pozwolimy sobie na drobne przyjemności, których do tej pory sobie odmawialiśmy.

Tu jeszcze dochodzi ta magia karty płatniczej, która pozwala nam nie odczuwać ciężaru zarobionej gotówki.

A tak, to też jest tylko z pozoru ekonomiczny produkt finansowy. Pamiętam felieton Zygmunta Baumana o karcie kredytowej. Napisał, że karta to rodzaj czarodziejskiej różdżki, którą wyciągam i bach! Mam! Dzięki karcie kredytowej łatwo i bez wysiłku dostaję to, czego chcę. Ale okazuje się, że gdy zdobycie czegoś, co normalnie kosztowałoby nas sporo pracy, przychodzi bez trudu, to krócej to cieszy. Nasza satysfakcja z produktu jest krótsza, więc co robimy, żeby znowu odczuć satysfakcję? Kupujemy kolejną rzecz, znowu za pomocą magicznej różdżki. Można tak bez końca, ale chodzi o to, żeby umieć przestać.

Mateusz Ostrowski psychoterapeuta i trener, ukończył I etap Programu Licencyjnego Instytutu Psychologii Procesu, uzyskując prawo do prowadzenia terapii i pracy z grupami pod superwizją. Prowadzi terapię indywidualną, par, jak również warsztaty rozwoju osobistego. Jako trener zajmuje się szkoleniami przygotowującymi do wystąpień publicznych i medialnych, jak również z komunikacji w biznesie czy psychologii pieniądza, www.mateuszostrowski.pl

Czas i pieniądze - dwa proste ćwiczenia

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przemoc ekonomiczna w rodzinie - jak powstrzymać kłótnie o pieniądze w małżeństwie?

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
„Obiecywał mi złote góry!”, „Ona mogłaby wydać każdą sumę!”. W kłótniach między partnerami często padają argumenty finansowe. Sprawdzamy, czy ludowa mądrość: kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ma zastosowanie w związku. 

Z sondażu przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku przez agencję badawczą Difference dla ING Banku Śląskiego wynika, że rozmowy o pieniądzach są naturalne dla 68 proc. Polaków. Byłby to dość imponujący wynik, świadczący o naszej dobrej umiejętności komunikacji, jednak respondenci tego samego badania przyznają, że jest to temat niełatwy, a pieniądze często są przyczyną sporów między partnerami... „Myślę, że chodzi o to, że pieniądze to nie jest jednorodna kategoria i rozmowa o finansach to nie jest zawsze rozmowa o tym samym” – mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu w prowadzonym przez psycholożkę i terapeutką Marię Rotkiel cyklu ING „Porozmawiajmy o pieniądzach” (można go obejrzeć na YouTubie).

Sama przy okazji pisania tego tekstu prowadziłam  minibadania i różnorodność przekonań na temat pieniędzy (wpojonych nam w dzieciństwie przez rodziców i inne ważne osoby oraz wypracowanych już w dorosłym życiu) naprawdę mnie zaskoczyła.

„Czym są dla ciebie pieniądze?” – czytamy w popularnej książce „Happy money” Kena Hondy. Traktujesz je neutralnie – jako środek wymiany dóbr i usług? A może upatrujesz w nich instrumentu kontroli? Źródła poczucia bezpieczeństwa? Albo służą ci do tego, żeby się na kimś odegrać? Czy pieniądze pomagają ci robić to, co zechcesz? Czy też są raczej przeszkodą, która zawsze staje ci na drodze? – pyta japoński autor.

Moje... twoje... nasze...

Maria Rotkiel przyznaje, że zagadnienia związane z finansami często wypływają w jej gabinecie podczas terapii par. I choć ze statystyk wynika, że same pieniądze proporcjonalnie rzadko są wskazywane jako podstawowa przyczyna rozpadu małżeństwa (wg raportu CBOS ze stycznia 2020 roku – w 8 proc.), to zwykle właśnie one pojawiają się w tle tzw. niezgodności charakterów małżonków, która jest najczęstszą przyczyną orzekania rozwodów.

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Badania wskazują, że dla trwałości związku najlepsza jest pełna wspólność majątkowa, jednak w praktyce modele są różne – na drugim biegunie wspólnoty są osobne konta, pomiędzy nimi jest stan pośredni, w którym strony ponoszą wydatki w określonych proporcjach. Zdaniem ekspertów zdrowe będzie wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać w trakcie związku, np. gdy któraś strona zdecyduje się na przerwę w pracy zarobkowej na rzecz opieki nad dziećmi albo poczuje się wypalona i zechce zrezygnować z dobrze płatnego stanowiska.

I tu wracamy do kwestii rozmawiania o pieniądzach, co w  gruncie rzeczy sprowadza się do komunikacji. Maria Rotkiel proponuje, by do różnic w podejściu do finansów podejść z ciekawością, a nawet wykorzystać je jako szansę na rozwój – np. jeśli wydaje mi się, że mój partner jest zbyt rozrzutny, to może ja za bardzo oglądam każdy grosz?

Przemoc ekonomiczna

Kluczowe jest to, żeby na stosowany w związku model finansowy zgodziły się obie strony. Jeśli nie, może pojawić się tzw. przemoc ekonomiczna. Samo pojęcie jest dość świeże – w świecie badań naukowych zostało zauważone w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 20 lat temu, a na Starym Kontynencie jeszcze później. W badaniach na temat przemocy w Unii Europejskiej zrealizowanych w latach 2011–2012 znalazło się tylko jedno pytanie dotyczące przemocy ekonomicznej. Najbardziej dotknięte nią okazały się Bułgarki, a najmniej Portugalki – Polki znalazły się w środku tego zestawienia.

W Polsce problemem zajmuje się Fundacja Centrum Praw Kobiet, na której stronie czytamy: „O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych wartości materialnych do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli, podporządkowując sobie partnerkę lub przerzucając na nią odpowiedzialność za utrzymanie domu. Sprawca wykorzystuje uzależnienie partnerki od swoich dochodów lub majątku do znęcania się nad nią. Czasem uniemożliwia jej dostęp do konta, w innych wypadkach wydziela i kontroluje jej wydatki, utrudnia jej podjęcie pracy lub przyczynia się do jej utraty. Pieniądze stają się kartą przetargową (...). O przemocy ekonomicznej mówimy również wtedy, gdy partner pasożytuje na pracy partnerki, nie płaci alimentów, bez jej wiedzy zaciąga kredyty lub przywłaszcza sobie środki przeznaczone na utrzymanie rodziny”.

I ślubuję Ci uczciwość małżeńską

Francuska psycholożka kliniczna i terapeutka Lisa Letessier w książce „Kłamstwo w związku” przywołuje historię kobiety (wykształconej naukowczyni z zamożnego domu), która dopiero po wielu latach odkryła oszustwa finansowe męża. „Pewnego razu odebrałam telefon z banku z pytaniem o szczegóły administracyjne dotyczące hipoteki, którą podpisałam. Na początku pomyślałam, że to pomyłka, byłam przekonana, że to niemożliwe. Ale zaczęłam drążyć i wszystko odkryłam. Mój mąż, do którego miałam pełne zaufanie, kochający i uważny ojciec naszych dzieci, podrobił mój podpis i zastawił nasz dom, żeby wziąć kredyt” – cytuje autorka. Jak się okazało, mężczyzna miał na sumieniu wiele innych nadużyć, w tajemnicy zaciągał pożyczki u teściowej i nielegalnie spieniężył część jej majątku. Był hazardzistą i brał narkotyki. „Był chory, z pewnością, ale zniszczył swoją rodzinę, swoje dzieci. Nigdy mu nie przebaczę. Dziś na samo jego wspomnienie mam mdłości” – puentuje bohaterka.

To przypadek skrajny, wynikający z zaburzenia, jednak zdaniem Letessier za kłamstwem dotyczącym pieniędzy zwykle stoi lęk: przed byciem zdradzonym czy zdradzeniem swoich wartości, przed utratą poczucia bezpieczeństwa czy przed konfliktem. Innym wytłumaczeniem może być to, że dla niektórych własne oszczędności, zwłaszcza jeśli budżet domowy nie jest z tego powodu zagrożony, są częścią tzw. tajemniczego ogrodu, czyli ich przestrzeni osobistej.  Niezależnie od skrywanej motywacji przywołany wcześniej Ken Honda stawia sprawę jednoznacznie i uważa, że uczciwość jest priorytetem w związkowym systemie tzw. szczęśliwych pieniędzy. „Chociaż oboje partnerzy są dorośli, to czasem jedno traktuje drugie jak dziecko, które nie musi niczego wiedzieć na temat ich sytuacji finansowej lub nie ma do tych spraw głowy. Czasem też z obawy przed konfliktem ukrywają pewne informacje lub swoje błędy, co później obraca się przeciwko nim” – pisze.

Ćwiczenie: Myślisz "pieniądze", czujesz...

W książce „Happy money” Ken Honda podaje najczęściej spotykane w swojej pracy trenera rozwoju osobistego emocje wywoływane przez temat finansów. Zastanów się, jakie ty odczuwasz i na ile rzutują one na twój związek.
  1. Lęk i niepokój. Czy martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy? Czy boisz się utraty pracy, bo to oznaczałoby brak zabezpieczenia finansowego? To dość powszechne niepokoje, za którymi stoi zwykle lęk przed porażką czy przed rozczarowaniem innych, a to często wiąże się z niską samooceną i przekonaniem, że nie zasługujesz na to, co dobre, zatem żeby to zdobyć, musisz udowodnić swoją wartość.
  1. Gniew i frustracja. Czy czujesz się niesprawiedliwie wynagradzany? Czy złościsz się na osoby, które decydują o twoich zarobkach albo na te, które twoim zdaniem odpowiadają za zły stan gospodarki? Taki stan wprowadza twój mózg w stan walki o przetrwanie, więc ogranicza zdolność do kreatywnego myślenia,  a przecież rzadko pustka w portfelu oznacza natychmiastowe zagrożenie dla ciebie i najbliższych.
  1. Smutek i rozczarowanie. Czujesz źródła niespełnionych marzeń i dopatrujesz się w braku pieniędzy? A może obserwacja dramatycznych wydarzeń na świecie skłania cię do refleksji, że to wszystko przez chciwość i chęć zmaksymalizowania zarobków? Samotnie niesiony i nieprzepracowany smutek wpływa na twoje relacje z samym sobą, innymi i może doprowadzić do depresji.
  1. Nienawiść i rozpacz. Czy czujesz się oburzony, że ktoś cię wykorzystuje? Czy to wywołuje w tobie gniew? Lepiej wykorzystać potencjał, który niesie złość, jako impuls do zmiany, niż pielęgnować ją w sobie, bo z czasem może przekształcić się w nienawiść – do tego, kogo uważasz za winnego twojej sytuacji, albo do siebie samego, co w ostateczności może doprowadzić nawet do próby samobójczej.
  1. Poczucie wyższości i niższości. Czy kupujesz rzeczy, na które cię nie stać, żeby zaimponować komuś? Czy stwarzasz pozory bycia zamożniejszym niż jesteś? Koncentrując się na budowaniu wizerunku, możesz np. niepotrzebnie się zadłużyć, co będzie cię przepełniało lękiem i ograniczało wybory – w rezultacie nie będziesz w stanie czerpać radości z bycia tu i teraz.
  1. Poczucie winy i wstydu. Czy czujesz się winny, bo inni zarabiają mniej od ciebie? A może wstydzisz się niedostatku? To dwie strony tego samego medalu – chcąc zagłuszyć te skądinąd nieprzyjemne odczucia, łatwo popaść w stany kompulsywne i uzależnienia, co jeszcze bardziej zakłóci twoją wewnętrzną równowagę.
  1. Odrętwienie. Czy tłumisz emocje, jakie wywołuje w tobie temat pieniędzy? Czy unikasz rozmów o nich? Udając obojętność w kwestiach finansowych, tłumisz swoją emocjonalność również w innych sferach życia. Mózg jest bardzo plastyczny, więc im rzadziej korzystasz z pewnych funkcji, tym trudniej ci to przychodzi.
  1. Podekscytowanie i radość. Czy okazujesz radość z premii? Czy cieszysz się, gdy na urodziny dostaniesz od kogoś pieniądze? Nie chodzi o to, że szczęście dają ci pieniądze jako takie, ale o zdolność do odczuwania wdzięczności, która wpływa na poczucie szczęścia.
  1. Wdzięczność i miłość. Czy doceniasz czyjąś pomoc finansową? Czy chętnie dzielisz się swoimi zasobami? Jeśli pieniądze przepływają między ludźmi z miłością i wdzięcznością, przynoszą im większą satysfakcję i dają poczucie bycia docenionym.
  1. Szczęście. Nieoczekiwany przypływ gotówki sprawia przyjemność każdemu; czujemy, jakby zarysowały się przed nami nowe możliwości. A co jeślibyś jej nie dostał? Czy umiesz szczerze przyznać, że już masz wszystko, co jest ci potrzebne do szczęścia, a na nowe możliwości wystarczy się otworzyć?

  1. Psychologia

Myśli miliona warte. Jakie mamy nieświadome przekonania na temat pieniędzy?

„Zasługuję na to, by wydawać pieniądze” – to dobry skrypt, pod warunkiem że zachowujemy dyscyplinę finansową i nie wydajemy więcej niż zarabiamy. (Fot. iStock)
„Zasługuję na to, by wydawać pieniądze” – to dobry skrypt, pod warunkiem że zachowujemy dyscyplinę finansową i nie wydajemy więcej niż zarabiamy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Najczęstsza przyczyna kłopotów finansowych? Wcale nie kryzys! To skrypty zakodowane w nieświadomości: przekonania, lęki i oczekiwania związane z pieniędzmi. Jeśli je rozpoznasz, masz szansę na lepsze zarobki, spokój i zadowolenie. Ze stanu konta i z życia. Jak to zrobić? Czytaj dalej.

Ted Klontz, psycholog, coach finansowy i współautor książki „Wired For Wealth” („Ukierunkowanie na bogactwo”), dorastał w latach 40. ubiegłego wieku w ubogiej rodzinie w południowym Ohio. Pewnego dnia jego farmę odwiedził wuj, który kilka lat wcześniej opuścił rodzinne strony i dorobił się na handlu nieruchomościami. Czy rodzina była zadowolona, że mu się powiodło? Ależ skąd!

– Całe dzieciństwo słyszałem, jak na niego psioczyli – opowiada Klontz. – Uważali, że dorobił się, bo oszukiwał ludzi. Podświadomie zanotowałem: „jeśli chcesz być odrzucony przez rodzinę, miej pieniądze tak jak wuj”.

Klontz wyjechał z farmy, skończył studia, znalazł dobrze płatną pracę. Ale za każdym razem, gdy przybywało pieniędzy na koncie, szastał nimi na prawo i lewo. Potem rzucał się w wir pracy, by oddawać długi. Gdy przekroczył czterdziestkę, ze zgrozą zauważył, że nie ma żadnych oszczędności. – Zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie umiem odłożyć pieniędzy, a jeśli nawet dużo zarobię, to wydaję to od razu – opowiada Klontz. – Aż odkryłem, że moimi finansami kieruje nieświadome przekonanie: „bogaci są źli, a wypchany portfel oznacza porzucenie przez bliskich”.

Każdy z nas ma w głowie taki skrypt finansowy, czyli ugruntowane, bardzo często irracjonalne przekonania na temat tego, czym są pieniądze, jaką rolę odgrywają w życiu, co można i powinno się z nimi robić. Uaktywniają się za każdym razem, gdy w grę wchodzi zarabianie, wydawanie, oszczędzanie. „Rozkazują nam” wysupłać ostatni grosz na kolejne buty, godzić się na marną pensję, inwestować w beznadziejne interesy czy drżeć przed biedą nawet wtedy, gdy mamy spore oszczędności. Za posłuszeństwo tym skryptom płacimy nie tylko odsetkami na karcie kredytowej, ale zdenerwowaniem, kłopotami ze zdrowiem i napięciami w relacjach z bliskimi. Dlaczego mają nad nami taką władzę?

Trochę mitu, trochę prawdy

„Pieniądze szczęścia nie dają”, „W życiu najważniejsze są pieniądze. Reszta przyjdzie sama”, „Pieniądze nie rosną na drzewach” – każda rodzina ma własne przysłowia i powiedzenia dotyczące pieniędzy. Jako dzieci bezkrytycznie przyswajamy te „motta”, które dają ramy naszemu skryptowi pieniężnemu. Oprócz tego obserwujemy rodziców i nieświadomie przejmujemy ich podejście do pieniędzy. Dlatego jeśli np. ciągle martwili się, że im nie starczy do pierwszego, możemy mieć głęboko zachwiane poczucie bezpieczeństwa finansowego. A jeśli w rodzinnym domu nigdy nie brakowało pieniędzy – przekonanie, że nie musimy się starać, bo pieniądze i tak się znajdą. Ci, którzy wychowali się w ubogich domach, nierzadko oszczędzają ponad miarę i mimo pokaźnej sumy na koncie wciąż czują się biedni.

Nierzadko skrypty pieniężne są – dla odmiany – efektem buntu przeciwko rodzicielskim nakazom. Jeśli rodzice uznają oszczędzanie za cnotę, to my wydajemy na prawo i lewo. Jeśli ambicją zamożnego ojca jest chwalić się bogatymi dziećmi, na złość możemy pracować w niskopłatnym zawodzie i ciągle nie mieć kasy. Z dzieciństwa wynosimy też skojarzenie pieniędzy z traumatycznymi sytuacjami. Gdy rodzice awanturują się o wydatki, nie rozumiemy, że tak naprawdę chodzi o zażyłość ojca z koleżanką z pracy. Kojarzymy: pieniądze równa się złość, strach, rozwód. Te silne emocje mocno zapisują się w nieświadomości i wpływają na kształt naszego skryptu pieniężnego.

Ted Klontz twierdzi, że w każdym skrypcie pieniężnym jest sporo prawdy. Dlaczego więc tak często wiodą na manowce? Bo mamy do nich bezkrytyczny stosunek, zbyt kurczowo się ich trzymamy i nie potrafimy dostrzec pułapek, które na nas zastawiają. Jak odkryć własny? Pomoże w tym pewne ćwiczenie.

Twój skrypt finansowy

Weź czystą kartkę i na górze napisz hasło „pieniądze”. Potem wypisz dziesięć słów, które kojarzą ci się z pieniędzmi. Zakreśl te, które mają negatywny wydźwięk. Zastanów się: Dlaczego mam takie skojarzenia? Skąd się wzięły? Jakie sytuacje z rodzinnego domu mogły wpłynąć na takie myślenie o pieniądzach? Przeczytaj poniższe opisy i przekonaj się, jaki skrypt pieniężny za tym stoi.

„Im więcej pieniędzy, tym życie jest lepsze” – według tego skryptu poczucie bezpieczeństwa, zadowolenia z siebie i satysfakcji z życia jest utożsamiane ze stanem konta. Dlaczego więc mimo pokaźnych oszczędności twoje życie wcale nie jest lepsze ani bardziej szczęśliwe? Bo im więcej energii i czasu poświęcasz pieniądzom, tym mniej masz go na to, co daje najwięcej szczęścia, czyli na spędzanie czasu z bliskimi, pomoc innym i zaangażowanie w pracę, która daje poczucie sensu.

„Pieniądze są złe” – ten skrypt często kieruje tymi, którym ciągle brakuje pieniędzy. Bo kojarzą się z podłością, oszustwem, przestępstwem i niemoralnością. Oczywiście, są ludzie, którzy wzbogacili się na nieszczęściu innych. Ale są też tacy, którzy dorobili się majątku ciężką pracą, talentem lub po prostu mieli szczęście. Mają udane rodziny i są szanowani przez pracowników. Dobrze pamiętać, że pieniądze nie są ani złe, ani dobre. To my decydujemy, czy wykorzystamy je w dobrych, czy złych celach.

„Nie zasługuję na pieniądze” – taki skrypt najczęściej mają osoby z niską samooceną, poczuciem odpowiedzialności za innych, pracujące w zawodach związanych z pomaganiem ludziom. Wydają szybko to, co mają, lub wybierają niskodochodowe zajęcia. Ten skrypt oznacza nie tylko brak stabilności finansowej, ale też niedocenianie siebie, swoich praw i możliwości. Odmawianie sobie nie tylko pieniędzy, ale też radości, szacunku i satysfakcji z tego, kim się jest i co się robi.

„Zasługuję na to, by wydawać pieniądze” – to dobry skrypt, pod warunkiem że zachowujemy dyscyplinę finansową i nie wydajemy więcej niż zarabiamy. Niestety, w kulturze konsumpcyjnej jesteśmy nieustannie zachęcani do zaspokajania kaprysów i zadłużania się. Rada dla tych, którzy kierują się tym skryptem: znajdź takie sposoby na poprawę nastroju, za które nie musisz płacić, np. spacer, miłe popołudnie z partnerem, spotkanie z przyjaciółką.

„Pieniędzy nigdy dość” – to skrypt dusigroszów, na dodatek uzależnionych od pracy. Takich, którzy zarabiają i oszczędzają. Oszczędzają też sobie cieszenia się przyjemnościami, za które trzeba zapłacić, sprawiania radości innym – bo to kosztuje. Rada: uwierz bliskim, jeśli zarzucają ci, że jesteś sknerą lub pracoholikiem. Zainwestuj w siebie i swój rozwój – umów się z coachem i dowiedz, jak docenić to, co masz i zadbać o siebie oraz bliskich.

„Pieniędzy zawsze starczy” – plus tego skryptu to poczucie bezpieczeństwa i optymizm. Minus: nieodpowiedzialność i brak myślenia perspektywicznego, uwieszenie się na rodzicach lub partnerze. Katastrofa jest wtedy, gdy rodzice odmówią finansowania dorosłej latorośli, a partner nie będzie w stanie dłużej być fundatorem lub po prostu odejdzie. Dlatego zawczasu warto opracować plan awaryjny i wcielać go w życie, np. co miesiąc odkładając jakąś sumę.

„Pieniądze są bez znaczenia” – to prawda, że nie kupimy za nie miłości, bliskości, satysfakcji z pracy czy rodzinnego szczęścia. Ale ten skrypt świetnie uzasadnia bezmyślne wydatki, głupie decyzje finansowe, niechęć do lepiej płatnej, ale bardziej wymagającej pracy. Czy nam się to podoba, czy nie, pieniądze mają znaczenie. Są potrzebne do tego, by wyjechać z przyjaciółmi na weekend, wyleczyć zęby czy kupić urodzinowy prezent partnerowi. By nie martwić się długami, tylko koncentrować na rozwoju osobistym i pracy.

„Dzięki pieniądzom jestem kimś” – owszem, można być kimś dobrze ubranym, bywającym w drogich restauracjach czy modnych kurortach. Ale czy kimś kochanym, lubianym i szanowanym? Pieniądze mają się tak do tego, kim jesteśmy, jak młotek do stolarza. To tylko narzędzie, które człowiek może mądrze wykorzystać. Po to, by czuć się bezpiecznie, mieć środki na przyjemności, pasje i ambicje.

Koniec z tabu

Jaki jest najbardziej rozpowszechniony skrypt pieniężny w naszych czasach? „O pieniądzach się nie rozmawia”. Bo to niegrzeczne, nieeleganckie, w złym stylu.

– W kulturze, gdzie seks traktuje się jak sport, a kretyński humor jest na porządku dziennym, pieniądze pozostają wciąż tematem tabu – twierdzi Deborah Price, psycholożka z Money Coaching Institute w Kalifornii. – Nawet w bliskich związkach rozmawianie o zarobkach, wydawaniu i oszczędzaniu jest dla wielu osób trudne. Dlaczego? Ponieważ zwykliśmy kojarzyć pieniądze nie tyle z zaspokojeniem potrzeb, co ze sobą: poczuciem wartości, kontrolą nad swoim życiem, potrzebą szacunku i miłości.

Rodzice Teda Klontza nie znosili bogatego wuja, bo był niezależny i otwarty na świat. Oni byli nieufni i bali się obcych. Wyjazd z Ohio odbierali jako opuszczenie ich, a odrzucenie przez wuja ich stylu życia – jako pogardę. Uświadomienie sobie tego wymagałoby od nich wysiłku intelektualnego i emocjonalnego. Łatwiej było psioczyć na wuja.

Jeśli z powodu skrępowania rozmawianiem o finansach nie nazwiesz swoich emocji i wyobrażeń z nimi związanych, to pieniądze – ich brak lub koncentracja na gromadzeniu – będą zastępować potrzeby, jakich nie chcesz sobie uświadomić. Dlatego na zakończenie zrób jeszcze jedno ćwiczenie: z przyjaciółką lub inną zaufaną osobą porozmawiaj o swoich pierwszych wspomnieniach związanych z pieniędzmi, o tym, jakie podejście do zarabiania i wydawania mieli twoi rodzice, kiedy pieniądze sprawiły ci radość, a kiedy przykrość. Pozwoli ci to poznać swoje wyobrażenia, emocje i przekonania związane z pieniędzmi oraz porównać je z przekonaniami innych. I przełamie tabu mówienia oraz myślenia o zarabianiu.

  1. Styl Życia

Praca i partnerstwo – jak sobie radzić, gdy oboje pracujemy z domu? Co pokazują badania?

Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Kwarantanna, społeczny dystans, praca zdalna – nowa, zwykle dość trudna rzeczywistość dla większości z nas to skutek epidemii Covid-19. Jedyne, co nam pozostaje, to najczęściej przebywanie w towarzystwie najbliższej rodziny, partnera i domowników. Nigdy wcześniej nie byliśmy zmuszeni do tak intensywnego łączenia pracy z życiem rodzinnym. Dla wielu par to prawdziwe wyzwanie, aby na niewielkiej wspólnej przestrzeni połączyć swoje życia zawodowe z rodzinnymi i domowymi obowiązkami.

Niegdyś praca zdalna traktowana była jako benefit. Jednak, upragnione przez niektórych, przeniesienie życia zawodowego do domu może obfitować w wiele negatywnych skutków. Trudności z rozdzieleniem domowych i zawodowych czynności, które się obecnie pojawiają nie dotyczą nas indywidualnie (chyba, że mówimy o singlach). Przekładają się one coraz bardziej na nasz związek i rodzinę.

Jak w czasie pandemii radzą sobie pary w Polsce? Jak zareagowały na nagłą konieczność pracy zdalnej? Jak radzić sobie skutecznie z tymi nowymi wyzwaniami? – Zjawisku przyjrzał się dokładniej zespół badaczek z Uniwersytetu SWPS. Pierwszą część badań zrealizowano w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego.”

- Okazało się, że z tą nagłą i wymuszoną pracą zdalną wiąże się cały wachlarz psychospołecznych konsekwencji. Z jednej strony badani podkreślali jej korzystne aspekty, jak oszczędzanie czasu związanego z dojazdami do firmy, poczucie mniejszego pośpiechu w ciągu dnia, czy pogłębienie relacji z partnerem lub partnerką. Z drugiej strony okazało się, że praca w firmie ma też sporo korzyści. Naszym rozmówcom brakowało codziennych rytuałów (jak ubieranie i malowanie się do pracy), czy kontaktów „na żywo” ze współpracownikami. Częstym problemem było poczucie ciągłego bycia w pracy i trudności w „odłączeniu się” od niej – podsumowuje dr Anna Studzińska.

Nigdy nie wychodzę z pracy… Konflikty praca-dom

Czego możemy się spodziewać przy połączeniu tych dwóch różnych światów? Otóż, jak zaznaczają autorzy badania „połączenie strefy zawodowej i domowej może prowadzić do pojawienia się lub nasilenia dwóch konfliktów: praca-dom i dom-praca.
  1. Konflikt praca-dom zachodzi, gdy wymagania i napięcia związane z pracą oddziałują na zdolność pracownika do wywiązywania się z obowiązków rodzinnych.
  2. Natomiast konflikt dom-praca odzwierciedla sytuację, w której wymagania związane z życiem rodzinnym ograniczają możliwość wykonywania obowiązków zawodowych.”
W obecnej sytuacji epidemicznej oba te konflikty zwykle się przenikają i jedno zadanie odbywa się kosztem innego. W sytuacji, gdy do obowiązków domowych dodamy jeszcze opiekę nad dziećmi, siłą rzeczy przeważał będzie konflikt dom-praca. W tej grupie badanych stosowanie różnych strategii wymaga albo dużej elastyczności, albo jest zwyczajnie niemożliwe. Rodzice, zamiast zajmować się planowaniem czasu i przestrzeni, po prostu reagują na sytuację na bieżąco.

Z kolei wiele par, nie obarczonych opieką nad dziećmi, wypracowało sobie konkretne modele działania. Ekspertki wskazały tutaj na dwie strategie radzenia sobie z konfliktem między pracą a domem: separacja oraz integracja. W pierwszej grupie badani wyznaczali ostre granice między pracą a domem, co dotyczyło zarówno fizycznego oddzielenia przestrzeni (zaadoptowanie nowej przestrzeni z przeznaczeniem na biuro) jak i psychologicznego rozdzielenia tych obszarów (przykłady? – wyznaczenie stałych godzin pracy i nieprzekraczanie wyznaczonego czasu, czy nawet nierozmawianie na tematy służbowe po zakończeniu służbowych obowiązków). Tymczasem w drugiej grupie, tak zwanych integratorów, oba światy dość płynnie przeplatały się ze sobą. Nie tylko nie przeszkadzał im taki stan rzeczy. Integratorzy doceniali nawet, że mogą planować działania zawodowe w czasie wykonywania obowiązków domowych (np. w trakcie sprzątania, gotowania) lub zrobić sobie przerwę w pracy kiedy tego potrzebują i poświęcić ją na chwilę odpoczynku.

- Wymagania, z którymi musimy radzić sobie na co dzień – zarówno te zawodowe, jak i związane z obowiązkami domowymi – wymagają od nas wysiłku, dlatego wyczerpują nas fizycznie i psychicznie. Wypracowane przez pary strategie to sposoby na redukowanie obciążeń, zarówno wprost, przez zmniejszanie ich natężenia, jak i pośrednio – poprzez dostarczenie zasobów do lepszego radzenia sobie z nimi – tłumaczy dr Ewelina Smoktunowicz.

Jak wygląda domowa „pandemiczna” regeneracja?

Część strategii, które wypracowało sobie wiele par, dotyczyło tego, w jaki sposób skutecznie odpoczywać i regenerować siły. Jak wymieniają psycholożki „sport, kontakt z naturą (gdy pozwalały na to obostrzenia epidemiologiczne) czy hobby były sposobem na relaks, ale również odreagowaniem niepewności wywołanych zmieniającą się rzeczywistością. Podobną funkcję spełniało poszukiwanie wsparcia bliskich lub specjalistów, a także pogłębianie i rozwijanie relacji z partnerem lub partnerką. Częstą praktyką było także redukowanie nadmiaru obowiązków, np.: poprzez robienie zakupów przez Internet, ograniczanie liczby spotkań czy nawet zmniejszenie wymiaru etatu.”

- Kobiety są bardziej obciążone zadaniami w domu niż mężczyźni. Dodatkowo rola pracy w ich życiu jest postrzegana jako mniej centralna. W naszym kolejnym badaniu przyjrzymy się temu, w jaki sposób strategie podziału obowiązków pomagają parom w radzeniu sobie z konfliktami ról, gdy obie osoby pracują z domu. (…) – przewiduje dr Marta Roczniewska.

Źródło: mat. pras. SWPS. na podstawie badań zrealizowanych, w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego. Intensywne badanie podłużne w diadach”, przez dr Martę Roczniewską, dr Ewelinę Smoktunowicz, Ewę Makowską-Tlomak  z Uniwersytetu SWPS oraz dr Annę Studzińską z Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie.

  1. Zdrowie

Zmiana czasu wpływa na nasze samopoczucie. Co mówi nauka?

W 2020 roku czas z letniego na zimowy przestawimy w nocy z soboty na niedzielę, z 24 na 25 października. (fot. iStock)
W 2020 roku czas z letniego na zimowy przestawimy w nocy z soboty na niedzielę, z 24 na 25 października. (fot. iStock)
W ten weekend czeka nas przestawienie zegarków o godzinę do tyłu. Śpimy więc godzinę dłużej. Chociaż Komisja Europejska zapowiadała już koniec zmiany czasu, nadal trwają dyskusje na ten temat i nie do końca wiadomo, kiedy przestaniemy zmieniać czas. Jakie konsekwencje dla naszego zdrowia i psychiki ma ta "operacja"? Na ile rozregulowuje nasz zegar biologiczny? Jak poradzić sobie ze zmianą czasu? – tłumaczy dr Magdalena Łużniak-Piecha, psycholog z Uniwersytetu SWPS.

Zaburzenia trawienia, zaburzenia nastroju, zaburzenia rytmu życia, zaburzenia orientacji (ogólna dezorientacja) – takie skutki zmiany czasu dla organizmu wymienia dr Magdalena Łużniak-Piecha. Przy czym stany lekkiej dezorientacji i dyskomfortu można porównać do tych, jakie mamy po wypiciu zbyt dużej ilości kawy.

Dlaczego zmiana czasu nas dezorientuje?

- Tak naprawdę rozmawiając o zmianie czasu musimy porozmawiać o zjawisku zwanym zmienionymi stanami świadomości. Jednym z czynników silnie zmieniających stan świadomości jest światło, ilość światła. – podkreśla dr Magdalena Łużniak-Piecha.

Światło padając na siatkówkę oka, wpływa na czynność zegara biologicznego, który z kolei synchronizuje wszystkie układy organizmu. Ilość światła wpływa na wydzielanie się kortyzolu (hormonu pobudzającego) i melatoniny (hormonu wyciszającego). Gdy przestawiamy zegarek o godzinę to nasz organizm, przyzwyczajony do regularnego trybu funkcjonowania, musi się przestawić. Jak wyjaśnia psycholog: Kortyzol, który wydziela się mniej więcej godzinę przed naszym obudzeniem zaczyna trochę „wariować”. Nie zgadza się zegarek z tym, do czego organizm się przyzwyczaił.

Pamiętajmy też, że kortyzol to hormon odpowiedzialny za nasz metabolizm (wpływa więc na tycie). Jest to również hormon walki, pobudzenia dla organizmu, co przekłada się, w związku z tym, na odczuwanie stresu.

Drugi ważny czynnik wpływający na świadomość to tzw. Zeitgeber („dawca czasu”) – i jest to, jak podaje definicja, egzogenne źródło synchronizacji zegara biologicznego organizmu do rytmu 24-godzinnego. W uproszczeniu: nasz rytm okołodobowy musimy zsynchronizować z czasem. Tu wchodzą w grę wszystkie czynniki, które obserwujemy w codziennym życiu. Gdy np. patrzymy na zegarek i widzimy, że jest godzina siódma - to skąd wiemy, że jest 7 rano? Otóż zwykle słyszymy i widzimy aktywność innych ludzi, wiemy, że coś się dzieje dookoła. Ludzie biegną do pracy, nawet jeśli jest jeszcze ciemno. Wiemy, że to poranek. Z kolei siódma wieczorem to czas, gdy ludzie zwalniają, siadają do kolacji… Chociaż światło jest najważniejszym wyznacznikiem czasu dla człowieka, to nie jest jedynym. Do innych wyznaczników zalicza się m.in. aktywność społeczną i umysłową, związaną z pracą i nauką, a także rytm posiłków, czy wysiłek fizyczny (ludzie żyjący za kołem podbiegunowym, gdzie jest noc polarna, też mają swój rytm dobowy)

Te Zeitgebers są dla nas bardzo ważne. Dlatego np. bolesne jest wstawanie w niedzielę rano i jechanie na uczelnię. Studenci studiów niestacjonarnych dobrze wiedzą, że cały świat śpi. Jest godzina 9, tak samo jak w tygodniu, ale 9 rano w niedzielę jest dla nas trudniejsza, żeby wstać. – tłumaczy psycholożka i podsumowuje: Co dzieje się, gdy zmieniamy czas o godzinę? Zeitgebers się przesuwają, ilość światła się przesuwa. Fundujemy sobie, w dużym skrócie, zmieniony stan świadomości.

Jak długo przyzwyczajamy się do funkcjonowania w zmienionym trybie? Ile zajmuje nam ta adaptacja do zmiany czasu?Jest taka popularna koncepcja mówiąca o tym, że to zajmuje mniej więcej tydzień. To trochę tak jak z jetlagiem, bo w zasadzie mamy taki lekki jetlag. I mówi się, że tydzień jest nam potrzebny, żeby jetlag minął.

Jak poradzić sobie ze zmianą czasu?

- Pytanie, co robimy, gdy wiemy, że będziemy mieli jetlag. – mówi dr Magdalena Łużniak-Piecha. Dobrze by było, gdybyśmy jeszcze przed wylotem próbowali przestawić się na nowy rytm funkcjonowania.  Jak to się ma do naszej codzienności przy zmianie czasu? – Latem można wcześniej położyć się spać. Zimą dobrze jest np. przedłużyć aktywność wieczorną, żeby ta poranna nastąpiła później. Jest zasada mówiąca o tym, że im wolniej, im łagodniej wprowadzimy zmiany, tym lepiej dla naszego samopoczucia. Zmiany czasu przypadają na weekend, więc w sobotę można się do tego przygotować i później pójść spać. Najtrudniej mają osoby, które muszą iść do pracy następnego dnia. Mają one mało przestrzeni na to, żeby się przygotować. W takiej sytuacji pozostaje duża kawa, zamiast kortyzolu.

Która zmiana czasu jest dla nas bardziej obciążająca? Na czas letni, czy na czas zimowy?

- W psychologii są dwie szkoły i zdania są podzielone. Każda z tych zmian ma swoje wady i zalety. Zimą mamy większy problem z dostosowaniem tego porannego poziomu kortyzolu. Mogą więc wystąpić objawy depresyjno – dezorientacyjne. – tłumaczy psycholożka.

Z kolei latem musimy dłużej przyzwyczajać się do tego, że już przyszedł moment zakończenia dziennej aktywności. Powinniśmy więc inaczej postępować wieczorem. I tu najczęściej ulegamy złudnym odczuciom - Więcej błędów robią ludzie po letniej zmianie czasu, bo wydaje im się, że mogą dłużej posiedzieć wieczorem, a tymczasem następnego dnia muszą wstać o danej godzinie. Pod kątem strategicznym gorzej działamy więc latem. Jednak z punktu widzenia orientacji w przestrzeni i w terenie – trudniej funkcjonuje nam się zimą.

Dr Magdalena Łużniak-Piecha: psycholog, zajmuje się badaniami z obszaru zarządzania, przywództwa, komunikacji i kultury organizacyjnej. Źrodło: materiały prasowe SWPS.

Co jeszcze warto wiedzieć o zmianie czasu?

Pierwszym pomysłodawcą zmiany czasu był Benjamin Franklin – amerykański uczony i polityk, jeden z założycieli Stanów Zjednoczonych. Jednak za głównego pomysłodawcę sezonowej zmiany czasu uważa się Nowozelandczyka George’a Vernona Hudsona. Pionierami we wprowadzeniu czasu letniego byli Niemcy w czasie I Wojny Światowej. Polska pierwszy raz zastosowała zmianę czasu w dwudziestoleciu międzywojennym. Obecnie czas zmienia około 70 krajów na całym świecie. W Europie czasu nie zmieniają tylko Islandia, Rosja i Białoruś.

Czas zimowy zmieniamy w ostatnią niedzielę października. Przestawiamy wówczas wskazówkę z godziny 3 na 2 i śpimy dłużej. Czas letni ustawiamy zawsze w ostatnią niedzielę marca. Przestawiamy wówczas wskazówki zegarów o godzinę do przodu i śpimy krócej.

  1. Psychologia

Zarządzanie czasem - jak dobrze planować?

Jakie zastosować strategie, aby zacząć panować nad swoim czasem? (fot. iStock)
Jakie zastosować strategie, aby zacząć panować nad swoim czasem? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Skarżymy się, że mamy go mało. Zdecydowanie za mało! Narzekamy na pracę wykonywaną po godzinach, na zmęczenie. Gdzie przepada nasz czas? Jak go pochwycić, wydłużyć, obłaskawić? Jest na to sposób, a nawet kilka.

Kiedy chcesz na nowo zawładnąć czasem, musisz zacząć od zmiany nawyków. Czyli tak naprawdę stylu życia. Do tego nie wystarczy presja z zewnątrz. Potrzebujesz motywacji! Anna Kupisz-Cichosz, coach i trener rozwoju przedsiębiorczości, powołuje się na książkę rodzeństwa Heathów „Pstryk. Jak zmieniać, żeby zmienić”. Autorzy twierdzą, że każdy z nas ma w sobie jeźdźca i słonia. Jeździec to rozsądek, który mówi na przykład, że trzeba się inaczej zorganizować, wprowadzić zmianę, ulepszenie. Ale jest jeszcze słoń, któremu często zwyczajnie się nie chce.

– Oczywiście, jeździec może się z nim siłować, zmuszać do wykonywania pewnych czynności. W końcu jednak opadnie z sił, gdyż słoń ciągnie w swoją stronę, zgodnie z nawykiem. Bo nie został zmotywowany do wprowadzenia zmiany – mówi Anna Kupisz-Cichosz.

Jeździec kontra słoń

Chcenie lub niechcenie ma ścisły związek z emocjami. A emocje – z priorytetami. I to właśnie priorytety odgrywają kluczową rolę, jeśli chodzi o wykorzystanie czasu. – Pytanie, na ile są one zgodne z naszym systemem wartości, z filozofią życiową. Bo jeśli nie są, będziemy mieli ogromny problem z tym, żeby efektywnie zaplanować dzień, realizować powierzone zadania – ostrzega Anna Kupisz-Cichosz. Emocje to drogowskazy, podpowiedzi: to tak, a to nie, to lubię, w to nie wierzę. Mogą osłabiać nasze działania. Albo wzmacniać. Dzięki nim jesteśmy w stanie porywać się na najtrudniejsze zadania.

– Kultura zachodnia oddzieliła emocje od procesów myślowych, zepchnęła je w kąt. Wielu z nas żyje w przekonaniu, że w miejscu pracy nie można być sobą, okazywać emocji – że to słabość. Niezależnie od tego, czy w grę wchodzi złość, smutek czy radość... Przez lata byliśmy uczeni tłumienia emocji, aż straciliśmy z nimi kontakt. One wciąż są, tyle że w podświadomości, i nie jest to dla nich najlepsze miejsce. Dużo lepiej byłoby przeżywać je świadomie. Kiedy podczas sesji coachingowych pytam klienta „co czujesz?”, często nie potrafi odpowiedzieć. Mówi: „Myślę, że...” albo: „Generalnie rzecz biorąc, czuję się dobrze”. Czyli skupia się na intelektualizowaniu albo ocenie stanu. „Dobrze” to nie emocja! – zauważa Kupisz-Cichosz.

Wracając do słonia: żeby mógł porozumieć się z jeźdźcem, musi wiedzieć, co czuje, czego potrzebuje, na co ma ochotę.

– Powiedzmy, że jeździec ocenił, że dobrze byłoby wcześniej wstawać, ale jeśli nie mam wyznaczonych godzin pracy, nie mam szefa, a rano chce mi się spać – sam pomysł to trochę mało – mówi coach. – Na początku zmuszamy się, potem rezygnujemy. Może nie wzięliśmy pod uwagę, że potrzebujemy ośmiu godzin snu i żeby wcześniej wstać, trzeba się wcześniej położyć? To typowy problem osób wykonujących wolne zawody. Wiele z nich wpada w nawyk realizowania zleceń w ostatniej chwili. Trudno się zorganizować, tyle ciekawych rzeczy można robić... Jednocześnie zdają sobie sprawę, że taki sposób działania jest bardzo wyczerpujący i stresujący. Owszem, stres może wpływać mobilizująco, wręcz wywoływać ekscytację, ale po przekroczeniu pewnego progu staje się obciążeniem nie do zniesienia. Co więcej, spada jakość wykonania.

Ponieważ przyzwyczajenia bywają niezwykle silne, lepiej nie skakać na głęboką wodę, nie zmieniać wszystkiego od razu. Anna Kupisz-Cichosz zaleca taktykę małych kroków. Jeśli zwykłaś wylegiwać się do dziesiątej, trudno, żebyś z dnia na dzień zadecydowała, że będziesz wstawać o piątej. – Przy gwałtownych skokach słoń przestraszy się, zwątpi. Pojawia się lęk przed porażką, przekonanie, że to nie ma sensu, za dużo. Władzę przejmuje podświadomość, zaczyna się szarpanina, frustracja... Tymczasem małe kroki to szansa na małe sukcesy. A każdy sukces – zauważony, doceniony – pozwala wzmocnić siebie, uwierzyć, że się uda.

Jak się odnaleźć w wielu rolach?

A w firmie, korporacji, biurze? Pewne rzeczy wymusza system, choćby godziny urzędowania, ale nie ma co się oszukiwać – i w tym wypadku organizacja czasu jest niezmiernie ważna. Chcesz przecież optymalnie wykorzystać dzień, a o godzinie „0” z czystym sumieniem wyłączyć komputer.

– Zwykle w firmie w godzinach pracy sporo się jednak dzieje – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zadania merytoryczne, spotkania „odgórne”, „oddolne”, e-maile, telefony. Trzeba nad wszystkim zapanować, nie zapomnieć przy tym o posiłku i chwili odprężenia. Ustalić priorytety. W przypadku menedżerów dochodzą jeszcze zajęcia związane z oceną okresową, planami na przyszłość, koncepcją firmy, rzeczy stricte operacyjne...

Anna Kupisz-Cichosz poleca proste narzędzia do zarządzania projektowego. Na przykład to, które opisuje (w książce „7 nawyków skutecznego działania”) Stephen R. Covey. – Zaczynamy od tego, że wypisujemy wszystkie role, jakie pełnimy w danej firmie. Z jednej strony pracownik i członek zespołu, z drugiej podwładny, z trzeciej często przełożony. W każdej z tych ról mamy pewne priorytety, rezultaty, jakie chcemy osiągnąć. Należy rozpisać je na cele tygodniowe, a następnie rozbić na mniejsze zadania i umieścić w kalendarzu pod konkretną datą. Zwracam na to uwagę, bo często wykonujemy prace związane tylko z byciem członkiem zespołu, zapominając o podwładnych, którzy potrzebują naszej pomocy, czekają na wskazówki.

Z doświadczenia Anny Kupisz-Cichosz wynika, że najtrudniej jest zapanować nad czasem przedsiębiorcom. I to oni najczęściej odwołują się do narzędzi zarządzania projektowego, do specjalnych programów. – Właściciel firmy ma, zwłaszcza na początku, mnóstwo obowiązków: pozyskiwanie klienta, obsługa, nawiązanie relacji z potencjalnymi partnerami biznesowymi, prowadzenie działań marketingowych, koncepcyjne myślenie nad rozwojem przedsięwzięcia, czynności administracyjne. Zawsze radzę korzystać z usług księgowej i jak najszybciej zatrudnić asystenta. To zmniejsza ryzyko, że firma „wejdzie na głowę”. Każdy musi wygospodarować przestrzeń dla siebie, na spotkania z bliskimi, na książkę, film, zadbanie o kondycję, zdrowie, sferę duchowości. Jeśli brakuje na to czasu, życie zaczyna przypominać kierat.

Jaką przyjąć strategię?

Niektóre zadania sprawiają nam przyjemność, inne nie. Próbujemy sobie z tym radzić za pomocą różnych strategii i z różną skutecznością. Jedni zaczynają dzień od wyzwań. Mają więcej energii, żeby wziąć byka za rogi, no i chcą to mieć jak najszybciej z głowy. Inni wolą rozpocząć od czegoś łatwiejszego – rozkręcić się.

– Jeżeli jakieś strategie się sprawdzają, nie ma powodu, by je zmieniać – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zalecam jednak nie odkładać nielubianych czynności, które zajmują niewiele czasu. Być może wywołują opór, niechęć – na przykład musimy do kogoś zadzwonić. Ale jeśli to kwestia trzech minut, zrób to natychmiast! Odbębnij to, miej za sobą, inaczej zmarnujesz dzień.

Ogromne znaczenie przy zarządzaniu czasem odgrywa koncentracja – przy nadmiarze otaczających bodźców łatwo ją tracimy, a wtedy wszystko rozłazi się, rozpada... Jednym ze sposobów na to jest technika Pomodoro. Innym – robienie tego, co się lubi. – Kiedy jakaś czynność sprawia nam dużą przyjemność albo mocno się w nią zaangażujemy, potrafimy się zatracić – zauważa coach. – Wpadamy w trans. W przepływ. W szał twórczy. Tracimy poczucie czasu, jesteśmy w stanie pracować tak długo, aż ta energia się wyczerpie. Nawet kilkanaście godzin. Pasja zapewnia inną jakość pracy, inny wymiar.

Matryca Eisenhowera

Cennym przewodnikiem po dniu pracy jest matryca Eisenhowera. Dzieli ona zadania na cztery ćwiartki: ważne i pilne, ważne i niepilne, nieważne i pilne, nieważne i niepilne. Pierwsza ćwiartka (ważne i pilne) to tzw. pożary. – Nie ma o czym dyskutować, trzeba to zrobić – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zwykle zdecydowanie za mało czasu poświęca się na drugą ćwiartkę – „ważne, niepilne” – a szkoda, bo to działania prewencyjne, pozwalające uniknąć sytuacji kryzysowych. W rezultacie liczba pożarów wzrasta i wciąż jesteśmy w tzw. bieżączce. Rzeczy nieważne, ale pilne najlepiej od razu delegować, a nieważne i niepilne – odpuścić sobie. Te ostatnie to pożeracze czasu – strony w sieci, na które wchodzimy na chwilę i ani się spostrzeżemy, jak mija godzina. Matryca Eisenhowera zwraca uwagę na drugą ćwiartkę – żeby jak najczęściej do niej zaglądać, nie tylko w pracy. Na przykład w kwestii profilaktyki zdrowotnej – w tym wypadku „pożarem” jest choroba.

– Matrycę Eisenhowera dobrze jest połączyć z zarządzaniem przez role – podpowiada coach. – Przefiltrować przez nią priorytety związane z pełnionymi rolami. Być może, patrząc na drugą ćwiartkę, menedżer przypomni sobie, jak istotny jest rozwój podwładnych. Albo analiza skończonego projektu.

Wreszcie planowanie. Bardzo ważne! Zwłaszcza że – jak twierdzi Anna Kupisz-Cichosz – ludzie mają tendencję do planowania „na styk” i do niedoceniania pracochłonności poszczególnych zadań. – Ich terminarze są przeładowane, spotkanie po spotkaniu. A potem spóźniają się, bo nie wzięli poprawki na poślizg. Albo wysiada im głowa. Zawsze mówię przedsiębiorcom: „Pod żadnym pozorem nie planuj sobie 12-godzinnego dnia pracy! Po pierwsze, nie dasz rady, po drugie, rodzina ci na to nie pozwoli”. W zarządzaniu projektami trzeba pamiętać, żeby do planowanego czasu realizacji doliczyć 20 proc. To margines na rozmaite niespodzianki, na ryzyko, którego nie dostrzegliśmy.

Przy długoterminowych projektach ustanawia się dodatkowo tak zwane kamienie milowe, czyli cele pośrednie. Na przykład co kwartał. – Ustal swoje cele na poszczególne miesiące. Potem skup się na pierwszym miesiącu – zapisz, jakie zadania mają zostać zrealizowane w danych tygodniach – sugeruje coach. – Wreszcie najbliższy tydzień: wpisz zadania przy konkretnych dniach. Postępuj tak samo z kolejnymi tygodniami, a kiedy dotrzesz do kamienia milowego, zobacz, gdzie jesteś. Kamienie milowe to niezwykle istotny element weryfikujący, taki przystanek na drodze. Zatrzymujesz się, oglądasz na nowo sytuację... Ale też okazja do świętowania. Spory kawał roboty za tobą, coś już osiągnęłaś, pora na nagrodę. Może to być urlop, zakupy, kolacja... Najważniejsze jednak jest poczucie dumy, radości, wiary w siebie.

Anna Kupisz-Cichosz, coach, trener rozwoju przedsiębiorczości, właścicielka firmy Softway, wspierającej przedsiębiorców w rozwoju.