1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak wykonywać synchronizację kwantową?

Jak wykonywać synchronizację kwantową?

fot.123rf
fot.123rf
Proces synchronizacji kwantowej jest prosty i naturalny. To dotarcie do pierwotnego stanu umysłu, z którym nie mamy kontaktu na co dzień.

  • Usiądź wygodnie z zamkniętymi oczami i pozwól myślom błądzić przez 10 do 15 sekund.
  • Obserwuj swoje myśli z prostą niewinnością, jak kot obserwuje mysią dziurę.
  • Po jakimś czasie twoje myśli staną się bardziej ciche lub wolniejsze, mogą też całkowicie zniknąć.
  • Kontynuuj ciche obserwowanie tego, co się dzieje.
  • Wkrótce poczujesz dobre uczucie – twoje eufouczucie. Ono może być czymś tak prostym, jak bezruch, cisza lub spokój, albo tak głębokim jak ekstaza. Jedno nie jest lepsze ani gorsze od drugiego.
  • Obserwuj eufouczucie z wyraźną, ale prostą niewinnością. Zrobi się silniejsze albo zmieni w inne eufouczucie lub też pojawi się nowa myśl.
  • Cokolwiek się stanie, po prostu obserwuj, jak się rozwija, jak gdybyś oglądała film.
  • Gdy otworzysz oczy, kontynuuj ten proces niewinnej obserwacji.
  • Przejdź się dookoła pokoju, powoli wchodząc w interakcje z przedmiotami – zacznij wykonywać codzienne czynności.
  • Gdy zdasz sobie sprawę, że eufouczucie zniknęło, po prostu przyjrzyj się temu, co czujesz. Obserwuj to przez chwilę, a następnie kontynuuj swoje normalne zajęcia.
Opisany proces to podstawa synchronizacji kwantowej – jesteś zanurzona w głębszym stanie istnienia (poza chaotycznym umysłem), a jednocześnie robisz to, co jest do zrobienia. W tym stanie samo życie kieruje cię ku radości i spełnieniu.

Trzy kroki uzdrawiania

Doktor Frank Kinslow przekonuje, że za pomocą synchronizacji kwantowej można też pomagać innym. Wyobraź sobie, że przyjaciel prosi cię o pomoc: cierpi z powodu bólu ramienia.
  • Poproś go, aby opisał ból. Zapytaj, jak silny jest ból w skali od 1 do 10 – 10 to ból nie do wytrzymania.
  • Delikatnie połóż dłoń na twardym lub bolesnym mięśniu (kontakt A). Stań się świadoma tego kontaktu, odczuj go.
  • Znajdź (intuicyjnie) kontakt B – jakiś inny punkt na ciele przyjaciela, połóż tam drugą dłoń i stań się świadoma tego kontaktu.
  • Stań się świadoma kontaktów A i B w tym samym czasie.
  • Poczekaj na eufouczucie – spokój, wewnętrzną ciszę lub radość.
  • Teraz masz trzy punkty świadomości – punkt A, B i eufouczucie. Bądź świadoma wszystkich trzech jednocześnie.
  • Obserwuj rozluźniające się mięśnie przyjaciela, zmiany w jego oddechu lub inne oznaki odprężenia.
  • Przeprowadź test końcowy – zapytaj, na ile zelżał ból.
Ten proces działa jeszcze długo po sesji uzdrawiania. Może się okazać, że polepszenie nastąpi w przeciągu kilku dni, a nawet tygodni.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Praca z oddechem - poszukaj spokoju w sobie

Wchodząc w kontakt ze sobą podczas sesji oddechowych, zaczynasz rozumieć, co cię tworzy, a co jest tylko gadżetem, który nie powinien budzić jakichś nadmiernych emocji. (Fot. iStock)
Wchodząc w kontakt ze sobą podczas sesji oddechowych, zaczynasz rozumieć, co cię tworzy, a co jest tylko gadżetem, który nie powinien budzić jakichś nadmiernych emocji. (Fot. iStock)
Coaching oddechu jest rozwiązaniem dla tych, którzy nie mają predyspozycji do medytacji, a chcą pokonać trudne emocje i cieszyć się chwilą. Rozmowa z life coachem Joanną Godecką. 

Czym jest oddech?
Oddech jest jak nasze paliwo. Bez jedzenia i wody przez jakiś czas przeżyjemy. Ale bez powietrza, którym oddychamy, nie damy rady. Wydaje nam się, że oddech jest czymś całkowicie naturalnym. Natomiast nie zdajemy sobie sprawy, że jest jednocześnie czymś magicznym.

Mało uwagi poświęcamy własnemu oddechowi…
Gdybym cię spytała, czy umiesz oddychać, spojrzałabyś na mnie ze zdziwieniem i stwierdziła, że jak można nie umieć. A jednak… Malutkie dzieci oddychają w płynny, delikatny sposób. Gdybyśmy narysowali ten oddech, byłaby to lekko wznosząca się i opadająca fala. Taki oddech mają też ludzie dorośli w głębokiej fazie snu. Wówczas wdech i wydech są prawie niedostrzegalne. Natomiast na jawie, szczególnie w sytuacjach stresowych, oddech staje się szybki, urywany. Jest to jeden z naszych mechanizmów obronnych. Jeśli nie chcesz czegoś czuć, instynktownie zatrzymujesz powietrze. Nie chcesz się rozpłakać, wybuchnąć złością – wciągasz powietrze i je przytrzymujesz. Robimy tak często, bo w codziennym życiu jest wiele sytuacji, w których nie chcemy ujawnić emocji. Etykietujemy je, nazywając złymi, i tłumimy. Ale one wcale w tajemniczy sposób nie znikają. My je tylko kontrolujemy, robiąc mikropauzy między wdechem a wydechem. I żyjemy jakby z wielkim balonem w środku, wypełnionym emocjami, którym nie pozwoliliśmy zaistnieć. Żeby nie uleciał w powietrze, cały czas musimy stosować nacisk. I dlatego oddech z płynnego zmienia się w urywany i dodatkowo się spłyca. Najczęściej nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Co możemy zrobić, żeby to zmienić?
Przede wszystkim trzeba wyjść od zrozumienia, że wszystkie emocje, które odczuwamy, niosą ze sobą ważną dla nas jakość. Nie dzielą się na dobre i złe. Gdybyśmy wzięli kartkę papieru i spisali to, co lubimy czuć, to pewnie pojawiłyby się na niej: miłość, wdzięczność, entuzjazm, radość. To są emocje, które dają nam fajne samopoczucie. I jest cała gama takich, od których kurczymy się w środku. To: obawa, poczucie odrzucenia, zazdrość, strach, melancholia… można by je mnożyć. Gdybyśmy się tak na spokojnie zastanowili, skąd się biorą pozytywne stany, znaleźlibyśmy dla nich wspólny mianownik – jest nim miłość. A dla trudnych emocji – lęk. Bo i niezadowolenie, i smutek, i niechęć, i poczucie osamotnienia – to wszystko gdzieś ma u podłoża lęk. Boimy się, że czegoś nie mamy, że coś stracimy, że coś nam się nie uda, że będzie jakaś negatywna interakcja między nami a światem. A z miłości biorą się w nas: radość, przyjemność, dobroć, uczucie, że jesteśmy blisko.

Jeżeli przestalibyśmy dzielić te emocje na lepsze i gorsze i zaczęlibyśmy wszystkie je przyjmować, i wszystkich ich doświadczać, okazałoby się, że każda z nich jest posłańcem. Niesie jakąś informację o stanie naszego ducha. Tylko o ile nie mamy problemu z przyjmowaniem posłańców, którzy niosą wszelkie przejawy miłości, o tyle mamy ochotę zamknąć drzwi przed nosem tym, którzy mówią, że coś wymaga naprawy i zmiany. Trudnym emocjom, które zapraszają do szukania czegoś głębiej, najczęściej stawiamy opór. Kombinujemy, jak by tu nie czuć: „może do kogoś zadzwonię, może kupię sobie szminkę, a może wyjdę na spacer lub zjem czekoladkę…”. Pojawiają się kompulsywne zachowania, których celem jest uniknięcie konfrontacji z emocjami. Na planie fizycznym zaczynamy oddychać płytko, bo tracimy kontakt ze sobą. Jakąś część siebie próbujemy zablokować. Do tego doprowadza nas lęk.

Pokonamy go, gdy spojrzymy mu prosto w oczy?
Kiedy pracuję z klientami, którzy bardzo się czegoś boją, zapraszamy lęk, wyzywamy go na ubitą ziemię. Niech przyjdzie i zrobi te straszne rzeczy, które ma zrobić. Otwieramy lękowi drzwi i okazuje się, że on jest iluzją. Lęk jest jak wyimaginowany psychopata, który nas goni, a jak się odwracamy, to się okazuje, że go nie ma. Nasz opór i lęk przed lękiem stanowią dla niego źródło zasilania. Kiedy mówimy: „OK, zjedz mnie”, wyciągamy wtyczkę z kontaktu.

Coachingowe sesje oddechowe pomagają odczuwać własne emocje?
Celem procesu, przez który przechodzimy na sesjach oddechowych, jest dopuszczenie tego wszystkiego, czego przez długi czas unikaliśmy. Trzeba się na to odważyć. To musi być świadoma decyzja, zresztą jak każda wizyta u terapeuty czy lekarza. Powinna też łączyć się z postanowieniem, że chcę się zmienić. Ale to nie tak, że nagle otworzy się puszka Pandory, uwalniając pokłady złości i nienawiści z całego życia, zmiatając nas z powierzchni ziemi.

Istotą sesji oddechowych tak naprawdę jest spotkanie ze sobą na głębokim poziomie. Dochodzimy do tego stopniowo, w zgodzie ze swoją naturą, powoli uwalniając trudne emocje, które oddzielają nas od własnego „ja”. Gdy świadomie oddychamy, można powiedzieć, że wracamy do domu, do siebie. Oddech sam w sobie niesie ożywczy zastrzyk prawdy. Następnym krokiem jest złapanie kontaktu ze sobą, skoncentrowanie się nie na głowie, a na sercu.

Zaczyna się praca nad dotarciem do własnej prawdy, do autentyczności. Na czym ona polega?
Drugi etap wcale nie jest taki prosty. Nasze ego, które cały czas jest aktywne, nie chce oddać kontroli. Leżysz sobie, oddychasz i myślisz: „muszę kupić sól, a tak w ogóle, to czy ja zamknęłam drzwi na górny zamek…?”. Robimy coś, co sprawia, że nasz cel się oddala. Trzeba po prostu cierpliwie ponawiać te próby wyjścia z umysłu. Nie tak łatwo wyłączyć ego i myślenie. Pierwsze próby mogą być zniechęcające, bo mózg cały czas „gada”. Ale, jeśli będziemy konsekwentni i jeśli naprawdę będziemy tego chcieli, to w pewnym momencie pojawi się wyciszenie i nowy rodzaj świadomości. Wtedy wchodzimy w inny sposób kontaktu ze sobą i światem – zaczynamy łapać te chwile, kiedy czujemy się inaczej niż w codziennym życiu, kiedy to ciągle myślimy, niepokoimy się czymś, działamy. Nagle czujemy, że świat nie jest wrogiem, że nie musimy ciągle ścigać się i kogoś przechytrzać, żeby coś osiągnąć. Jeśli ktoś naprawdę wierzy w to, że potrzebuje gdzieś dojść czy coś osiągnąć – tak się stanie. Na zasadzie pokojowego współistnienia i dogadania się ze światem.

Wchodząc w kontakt ze sobą podczas sesji oddechowych, zaczynasz rozumieć, co cię tworzy, a co jest tylko gadżetem, który nie powinien budzić jakichś nadmiernych emocji. Stan „przepływu” to poczucie, że do prawdziwego szczęścia nie potrzebujesz wiele. Urealniasz swój stosunek do świata zewnętrznego i jego materialnych darów, chociaż nie zostajesz przecież ascetą. Przestajesz tylko pożądać, zaczynasz świadomie wybierać. Ta zmiana postrzegania już jest ogromnym krokiem na drodze do szczęścia. Bo wiele naszej energii, czasu i zaangażowania tracimy na rzeczy, które szczęścia nie przynoszą.

A czasem odkrywamy, że szczęście daje nam wcale nie to, za czym gonimy.
Jeżeli cały czas delegujemy swoje szczęście w bliżej nieokreśloną przyszłość, w której będziemy mieli to i to – nigdy go nie osiągniemy. Zmiana samochodu z czerwonego na zielony i domu z dużego na jeszcze większy też nic nam nie da. Praktyka obecności Colina P. Sissona lub Eckharta Tolle’a uczy, że szczęśliwą możesz być tylko tu i teraz. Jeśli nie umiesz dzisiaj cieszyć się życiem, nie łudź się, że kiedyś się to zmieni. Sesje uczą nas być w „teraz” i już dziś odczuwać to, co zamierzamy odczuwać w przyszłości, kiedy spełnimy określone warunki. Szczęśliwą możesz być tylko jako ta osoba, którą jesteś w tej sekundzie czy minucie. Może z małą sumą pieniędzy na koncie i akurat nieumytymi włosami. To, co można odkryć w sesjach oddechowych, jest pewnego rodzaju umiejętnością odnajdywania szczęścia w nas samych. Niestety, tracimy zdolność życia chwilą. Dziecko, bawiąc się znalezionym patykiem, nie myśli, czy kiedyś w przyszłości będzie szczęśliwe. Ono już teraz odczuwa szczęście. Dla nas „dzisiaj” jest czymś, czego nie szanujemy. Nie zauważamy tego, że jesteśmy.

Coaching oddechu kieruje ludzi bardziej ku sercu?
Ku odczuwaniu tego, że jesteś. To może być bardzo odkrywcze, kiedy nagle fizycznie poczujesz swoją obecność. Wracasz do pierwotnego czucia ciała, które oddycha, a krew w nim krąży. Może się wydawać, że to banał, a jednak jest w tym zaklęty sens. Jeżeli czujesz swój oddech, swoje ciało, swoje serce – to bardziej świadomie odbierasz zapachy, kolory, smaki. Jeśli z takim nastawieniem wstaniesz rano, to podczas picia porannej kawy czy herbaty poczujesz całą zmysłową przyjemność, która się z tym łączy. Coaching oddechu jest dla każdego, kto jest ciekawy siebie, kto chciałby nadać swojemu życiu nową jakość, a zwłaszcza dla osób zestresowanych, które zaczynają popadać w uzależnienia. Robią coraz więcej, a nie cieszy ich to, co osiągają. To jest dzwonek alarmowy, żeby zatrzymać się i spotkać ze sobą. I dopiero z tego punktu wyruszyć w kolejną wędrówkę. Później można już praktykować świadomy oddech bez przewodnika, jakim jest na początku coach.

Co się dzieje podczas sesji?
Pojawiają się różne emocje, stany w ciele, obrazy, wizje. One nie są logiczne, płyną z serca. Kiedyś poczułam, że choć leżę na poduszce, to coś mnie gniecie. W wizji zobaczyłam buteleczkę perfum z haftowanymi fiołkami. Identyczną jak ta, którą dostałam od chłopaka jako 15-latka. Tak naprawdę gniotła mnie jakaś relacyjna sprawa, z jakiegoś powodu te fiołki do mnie „przyszły”. Innym razem poczułam lęk z powodu tego, że nie wiem, kim jestem i gdzie jestem, ale gdy weszłam w ten stan głębiej, miałam mistyczne doznanie spokoju płynącego z połączenia ze wszechświatem. Poczułam się bezpiecznie, gdy porzuciłam opór płynący z tego, że zawsze muszę się jakoś określać. Otwartość polega na tym, żeby zanegować to, co się wydaje najbardziej oczywiste. Tego uczy właśnie coaching oddechu.

Joanna Godecka terapeutka TSR – ukończony I i II stopień certyfikowanej szkoły terapeutycznej LETSR, członkini Polskiego Stowarzyszenia Terapeutów Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach, dyplomowany life coach – absolwentka Studiów Podyplomowych z akredytacją ICF uczelni Collegium Civitas, coach oddechu (absolwentka Nowej Szkoły Oddechu) z tytułem Diploma Master Practicioner.

  1. Styl Życia

Medytacja labiryntu - na czym polega?

Labirynty wykorzystywane są w psychoterapii i edukacji, do pracy z dziećmi i do zabawy. Można je spotkać w parkach, szkołach, korporacjach, więzieniach, centrach medycznych, ośrodkach medytacyjnych i kościołach. Zjawisko to, którego początki sięgają lat 90., odnotowano jako Światowy Ruch Labiryntowy. (Fot. iStock)
Labirynty wykorzystywane są w psychoterapii i edukacji, do pracy z dziećmi i do zabawy. Można je spotkać w parkach, szkołach, korporacjach, więzieniach, centrach medycznych, ośrodkach medytacyjnych i kościołach. Zjawisko to, którego początki sięgają lat 90., odnotowano jako Światowy Ruch Labiryntowy. (Fot. iStock)
Idziesz nie po to, żeby rozwikłać łamigłówkę, ale by wejść głębiej w siebie. Jest jedna ścieżka, ale każdy może ją przejść po swojemu. Ważne, żeby przesuwać się do przodu.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens".

Aula jednego z warszawskich liceów. Stonowane światła, zapach kadzidła. A pośrodku on – a właściwie ona, bo Sylwia Hanff, propagująca ideę labiryntu w Polsce, zwykła używać określenia „Pani Labirynt”. Pani jest wielkim, okrągłym płótnem z wymalowaną skrupulatnie ścieżką. Odwzorowuje wiernie słynny labirynt z katedry w Chartres (Francja). Ze zwojami zapraszającymi do środka, do centrum. Z płatkami pośrodku, rzeczywiście bardzo kobiecy.

Labirynt to wspólny wzór dla całej ludzkości, silne narzędzie występujące w kulturach całego świata. Chodzenie po nim pozwala uspokoić i rozjaśnić umysł, zintegrować ciało i duszę, pogłębić zrozumienie własnego życia. Sylwia Hanff objaśnia nas: – Jeśli chcecie pracować z jakimś tematem, dobrze jest przywołać go przed wejściem do labiryntu, a potem odsunąć od siebie – żeby oczekiwania, starania nie zagłuszyły tego, co może się pojawić. Idźcie we własnym tempie – tak jak chcecie, potrzebujecie, mijając inne osoby, obserwując siebie, to, co się dzieje w ciele, w głowie, w sercu. Można tańczyć, siadać, biegać. Chodzi o to, żeby być otwartym, słuchać ciała. To bardzo ważny kanał informacyjny.

Palimy świeczki – z intencją dla siebie, dla innych – stawiamy je w półksiężycach otaczających ścieżkę. Teraz można już rozpocząć podróż. Podchodzimy wolno do wejścia, przed postawieniem pierwszego kroku skłaniamy głowę albo i całe ciało... A potem wchodzimy kolejno, każdy we własne doświadczenie. Niektórzy przyklękają, unoszą ręce, zastygają w różnych pozach. Po dotarciu do centrum siadają, zamykają oczy, kładą się, obejmują. Słychać płacz, śmiech...

Tajemnica róży

Duże znaczenie ma symbolika poszczególnych elementów labiryntu z Chartres, proporcje między nimi. Można by je długo studiować – są tacy, co poświęcają na to całe dziesięciolecia. Półksiężyce okalające ścieżkę (28 na każdą ćwiartkę), obosieczne miecze, liczba zakrętów... – To wzory archetypowe – zapewnia Sylwia Hanff. – Głęboko zakodowane w strukturze wszechświata. Nie ma tu przypadków; choćby liczba kamieni, z których zbudowana jest ścieżka. Jest ich 276 – tyle, ile dni ciąży. Chodzi o symboliczną drogę do ponownych narodzin.

W labiryncie z Chartres zakodowana jest też podwójna spirala – symbol rozwoju o ogromnej mocy. Ale też wejście do wewnątrz i wyjście, śmierć i odrodzenie... – Cały ten wzór jest niczym mandala – tłumaczy Hanff – mamy tu starożytny symbol krzyża wpisanego w koło. To tak zwana kwadratura koła, pełnia, połączenie przeciwieństw: nieba i ziemi, prawej i lewej półkuli mózgu, energii kobiecej i męskiej, stabilności i ruchu... Ten labirynt daje oparcie, bezpieczną przestrzeń. A jednocześnie – przez to, że nie jest symetryczny, że zawiera w sobie tę podwójną spiralę – powoduje poruszenie w umyśle, w psychice, uruchamia procesy przemiany. To narzędzie transformacji, święta przestrzeń, w której łączy się makro- i mikrokosmos, to, co na górze, i to, co na dole.

No i centrum! Rozchylony kwiat róży albo lilii – dla chrześcijan może to być Matka Boska, w innych kulturach Afrodyta, Wenus... W każdym razie symbol miłości, energii kobiecej, odrodzenia, oświecenia. Cel podróży. Labirynt symbolizuje więc drogę życia, ścieżkę, jaką przebywamy, zmierzając do centrum własnej istoty.

Moc płótna

Cztery lata temu Sylwia Hanff przeczytała artykuł na temat medytacji labiryntu. Sam tekst nie był dla niej aż tak istotny, ale ten wzór... – Spojrzałam na niego i w ułamku sekundy poczułam, że wprowadza mnie w doskonały, harmonijny stan umysłu. Oniemiałam. Zaczęłam szukać informacji, znalazłam centralę. Od razu wiedziałam, że tam pojadę, zrobię szkolenie, będę z tym pracować. Czułam, jakbym odnalazła coś, co znam.

Centrala nazywa się Veriditas – to fundacja założona i prowadzona przez Amerykankę Lauren Artress, która zaczęła badać labirynty na przełomie lat 80. i 90., teraz prowadzi seminaria w Chartres – starożytnym miejscu mocy, najsilniejszym po piramidzie Cheopsa.

Od kontemplacji do ceremonii

Labirynty pojawiały się, w różnym czasie, na całym świecie. Były ryte na skałach, tkane w jedwabiu, układane na posadzkach, wybijane na monetach. Budowane. – Średniowieczne miały w środku okrąg, ten w Chartres jest jedynym, który ma rozetę. I jedynym zachowanym z tamtych czasów, można po nim chodzić – podkreśla Sylwia Hanff. – Ludzie z całego świata przyjeżdżają, żeby chodzić po kamiennej ścieżce. Ze swoim życiem, z bardzo poważnymi problemami... Znajdują ukojenie.

Labirynty (budowane i rozwijane, jak ten Sylwii Hanff) wykorzystywane są dziś w psychoterapii, w edukacji, do pracy z dziećmi (choćby z ADHD), do zabawy... Można je spotkać w parkach, szkołach, korporacjach, więzieniach, w centrach medycznych, ośrodkach medytacyjnych, w kościołach i przed kościołami. Zjawisko to, którego początki sięgają lat 90., odnotowano jako Światowy Ruch Labiryntowy. – W Pradze taki labirynt zrobiony z kostki jest w parku, w Edynburgu – na uniwersytecie. Można chodzić po nim dla higieny psychicznej, relaksu – mówi Sylwia Hanff. – W szpitalach jest cennym narzędziem dla pacjentów, ich rodzin, lekarzy. W firmach pomaga zbudować zespół, skupić go wokół jakiegoś celu, bo labirynt to współpraca, nie wyścig. Niektórzy organizują w tej przestrzeni koncerty muzyki uzdrawiającej, pracują z ciałem, ćwiczą.

Można celebrować tu ceremonie (np. spalać to, co wymaga pożegnania). Przeprowadzać rytuały: dla dziewczynek, które przechodzą pierwszą miesiączkę, dla kobiet kończących 60. rok życia. Ale też śluby, powitanie nowego człowieka na świecie, nawet pożegnania... – Niektórzy wykorzystują wzór z Chartres, inni prostsze formy, choćby labirynt klasyczny, siedmiozwojowy. Ja sama miałam w ogródku mały labirynt trzyzwojowy – przyznaje Sylwia Hanff. Klasyczne labirynty zbudowała w Polsce – w Górach Izerskich i na Warmii. Teraz odprawia się tam ceremonie, również w Międzynarodowy Dzień Labiryntu (pierwsza sobota maja).

Odrodzenia labiryntów, jak twierdzi Jeff Saward, jeden z ich największych znawców, mają miejsce wtedy, kiedy „kultury ponownie definiują same siebie”, kiedy następuje ważne przewartościowanie. – Właśnie jesteśmy w takim momencie dziejowym: cywilizacja intelektu z jej rewolucją techniczną przestała nam wystarczać, doszliśmy do ściany, trzeba szukać nowych rozwiązań. Równowagi między energią męską i żeńską, między osiągnięciami Wschodu i Zachodu – twierdzi Hanff. Samo praktykowanie labiryntu może przybierać różne formy. Jedna z nich to po prostu kontemplowanie wzoru. Inna – wodzenie po nim palcem czy długopisem. Ciało też tu bierze udział, kontaktuje się ze wzorem. Sylwia Hanff znalazła w Polsce człowieka – Sławomira Taranowicza z Bartoszyc – który podjął się rzeźbienia takich osobistych labiryntów w drewnie. Ale najmocniej działa wejście do przestrzeni labiryntu, bycie w niej całym ciałem.

Dojść, pobyć, wrócić

Pierwszy etap podróży to droga do wewnątrz, czas na otwarcie, wyciszenie umysłu. – Chodzi o to, żeby zwolnił, nie skakał: a wczoraj, a dzisiaj, a szef, a mąż... Możemy odpocząć, zostawić to, co utrudnia nam kontakt z samym sobą: pośpiech, głosy miasta, wszystkie bodźce zewnętrzne – twierdzi Hanff. Potem jest dotarcie do centrum, wejście do własnego wnętrza. Refleksja, uświadomienie, obudzenie swojego potencjału, kreatywności. Różne komunikaty mogą płynąć... No i wyjście – droga powrotna do świata. Wychodzisz z tym, co odkryłaś, żeby to uzewnętrznić, nadać temu formę, wyrazić siebie w świecie. Na tym etapie integrujemy doświadczenie, informacje, jakie się pojawiły, żeby po wyjściu móc się tym podzielić.

Dla wielu ważny jest też moment przygotowania, jeszcze przed wejściem, ustalenie, z czym się przychodzi. Może to być intencja, konkretny problem życiowy, szukanie odpowiedzi. – Ale można też przyjść bez intencji i po prostu doświadczyć tego, co się dzieje. Labirynt jest szkłem powiększającym, bardzo wrażliwym lustrem; pokazuje to, co w danym momencie jest ważne, gdzie jesteś, czego naprawdę pragniesz – dodaje Sylwia Hanff. – Pomaga to zobaczyć, usłyszeć, poczuć. Umysł zaczyna inaczej pracować, uruchamia się praca psychiki na głębokim poziomie, pojawiają się skojarzenia, myślenie obrazami, symbolami. Przychodzą rozwiązania, bez potrzeby łamania sobie głowy.

Sylwia Hanff pamięta kobietę, która przyszła na medytację labiryntu przypadkowo, bo odwołano jej zajęcia: – Nie miała żadnego wyobrażenia, żadnych oczekiwań. Po doświadczeniu labiryntu podeszła do mnie i wyznała, że nagle dostała odpowiedź na jedno z najważniejszych pytań. Chodziło o problem, którego nie potrafiła rozwiązać od pięciu lat! Moja przyjaciółka, widząc labirynt, zdziwiła się, skąd tyle zamieszania wokół „obrusu”. Potem przyznała, że przejście po nim było jednym z najważniejszych doświadczeń w jej życiu.

Odrodzenie, odświeżenie, odnowa

Nie ma dwóch takich samych przejść przez labirynt, każde spotkanie z nim to niespodzianka. Nie tylko dlatego, że oprawa może być inna (czasem muzyka na żywo, a czasem z taśmy – sakralna, medytacyjna, gongi). Zazwyczaj za każdym razem przychodzi się z czym innym, inaczej przemierza tę samą trasę. Zdarza się, że ktoś skraca sobie drogę, od razu zmierza do centrum. – Często przyciąga nas jakaś część labiryntu, płatek czy półksiężyc. Koniecznie chcemy na nim stanąć. Zawsze jednak zachęcam, żeby zacząć od początku ścieżki – mówi Sylwia Hanff. – Niektóre osoby mają opór przed podążaniem wyznaczoną trasą. Buntują się: „dlaczego wszyscy mają iść tą samą drogą?”. Labirynt jest symbolem ścieżki życia, wszyscy nią idziemy, czy chcemy, czy nie, bo wszyscy się narodziliśmy i wszyscy umrzemy. Ale przemierzamy ją na swój sposób – możesz zwolnić, stanąć, usiąść, iść tyłem, bokiem, tańczyć, wyprzedzać innych, spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy albo i nie...

Bo w labiryncie nie jesteś sama, widzisz też tych, którzy chodzą razem z tobą. Ktoś przyciąga twoją uwagę, ktoś ci się podoba, a ktoś wręcz przeciwnie, to wszystko są tematy do pracy. Podczas przejścia możesz odczuwać różne odcienie emocji, zmiany w temperaturze ciała, jakieś nagłe poruszenie. – W Chartres zdarzyło mi się, że nie chciałam wyjść z labiryntu – wspomina Sylwia Hanff. – Czułam się jak w brzuchu bogini, matki, nie chciałam go opuszczać. Zaczęłam to sprawdzać: dochodziłam do centrum i wychodziłam z niego, żeby się dowiedzieć, co się dzieje, gdzie nie chcę pójść... W tę i z powrotem, przez godzinę. Bolał mnie bok, płakałam. Aż oświeciło mnie: nie chciałam wrócić do domu, nie dostrzegałam, że nie daję już rady funkcjonować tak, jak do tej pory. To doświadczenie pozwoliło mi zmienić życie. Labirynt otwiera nas na własną siłę, na spotkanie ze sobą. Daje odwagę do zmiany. Możesz uświadomić sobie, że czegoś bardzo chcesz. Albo wręcz przeciwnie. Przypomnieć sobie o czymś ważnym, co porzuciłaś, bo tak bardzo się bałaś, że wolałaś tego nie tykać. Mogą odpaść różne zapory, może się okazać, że były iluzją.

Dużo osób mówi, że nie chce wyjść z centrum, tak im tam dobrze... – A przecież to nasza wewnętrzna przestrzeń – możemy ją zapamiętać, wziąć ze sobą, pozostać z nią w kontakcie. Nie chodzi o to, żeby siedzieć w labiryncie, tylko żeby przenieść to doświadczenie do własnego życia – tłumaczy Hanff. – Centrum rzeczywiście uważane jest za łono bogini, stąd symbolika związana odrodzeniem, regeneracją. Może to być odświeżenie, gdy ktoś jest zmęczony, ale też regeneracja życia...

  1. Psychologia

Oddech pomaga sterować emocjami i energią - mówi Wojciech Eichelberger

Właściwy oddech pomoże nam uwolnić się od napięcia. (fot. iStock)
Właściwy oddech pomoże nam uwolnić się od napięcia. (fot. iStock)
Życie ludzkie mierzymy od pierwszego do ostatniego tchu. Nie ma nic bardziej naturalnego niż oddech. A jednak niewiele o nim wiemy. A już na pewno nie umiemy nim zarządzać i za jego pomocą sterować swoją fizjologią i emocjami. Warto się tego nauczyć, przekonuje psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Pierwsze z ośmiu O w twoim programie radzenia sobie ze stresem to oddech. Czyżby coś było nie tak z naszym oddychaniem? Oddychamy, to prawda. Ale jak? Okazuje się, że w naszym kręgu kulturowym większość ludzi oddycha tak, jakby chciała jakoś przeżyć, lecz nie po to, aby żyć w pełni i realizować swój życiowy potencjał. Zwykle nie zwracamy na oddech uwagi. Nie uczymy się prawie niczego o oddychaniu. Chyba że śpiewamy w chórze, gramy na instrumencie dętym, uprawiamy sporty wytrzymałościowe albo chodzimy na zajęcia w szkole rodzenia. Tylko tam możemy się dowiedzieć, że oddychanie jest co prawda naturalne, ale trzeba i można je doskonalić.

Co konkretnie? Możemy na przykład oddychać głębiej. Gdy oddychamy płytko, nie wykorzystujemy naszego potencjału oddechowego i jesteśmy niedotlenieni. A tlen to nie tylko główny napęd metabolizmu, lecz też zasilanie mózgu. Ważący nieco ponad kilogram mózg pobiera aż 25 procent tlenu z krwi. Im skuteczniej oddychamy, tym lepiej pracuje nasz mózg, żywiej krąży krew, wszystko działa dużo lepiej. Jakby nam ktoś włożył nowe baterie. Właściwe oddychanie korzystnie wpływa także na nasze emocje i zdolność do kierowania własnym zachowaniem. Jeśli jesteśmy niedotlenieni, tlenu wystarcza tylko na podtrzymanie podstawowych funkcji życiowych, ale już nie na efektywne działanie pod presją, na cierpliwość, empatię, żywy i znaczący kontakt z ludźmi. Także twórcze myślenie i działanie wymagają dużych ilości paliwa oddechowego.

A gdy brakuje energii na to, by sprostać życiowym wyzwaniom i potrzebom, pojawia się stres... Dlatego oddech w profilaktyce i leczeniu stresu ma znaczenie podstawowe. Terapia jest tańsza, bo lekarstwo jest bezpłatne, bez recepty, niewyczerpane, dostępne w każdej chwili i dla każdego. Sposób oddychania to pierwsza rzecz, na jaką odpowiednio przeszkolony terapeuta zwraca uwagę. Szczególnie gdy widzi, że klient nie ma kontaktu z własnym ciałem i emocjami. To zwykle idzie w parze z płytkim oddechem.

Właściwe oddychanie to tylko kwestia głębokości? To nie takie proste. Aparat oddechowy jest niesłychanie wrażliwy na wszelkie negatywne bodźce, które nas niepokoją, obciążają. Wtedy odruchowo spłycamy lub zatrzymujemy oddech. Dzieje się tak, bo przepona napina się i blokuje pod wpływem stresu. Wtedy pozostaje nam oddychanie klatką piersiową. Takie oddychanie nazywamy stresowym. Oddychając płytko i szybko, nasilamy poziom naszego stresu. W trudnej sytuacji potrzebujemy bowiem więcej tlenu. Kiedy mamy go mniej, sytuacja zaczyna nas przerastać jeszcze bardziej niż na początku.

Skoro w stresie potrzebujemy więcej energii, dlaczego fizjologia nas od niej automatycznie odcina? Dziś stres przeżywamy głównie na siedząco i w bezruchu. Na przykład w mejlu wyświetla nam się informacja, że mamy na wczoraj zrobić to, co mieliśmy zrobić na pojutrze. Reagujemy na nią tak samo, jak zareagowalibyśmy kiedyś na spotkanego w lesie drapieżnika. Zamieramy w bezruchu, całe ciało się usztywnia, a wraz z nim blokuje się oddech. To reakcja „szoku adrenalinowego”, która  przy silnym zagrożeniu jest niezbędna, by zmobilizować wszystkie siły, skoncentrować się, pokonać strach i sprężyć do ucieczki lub ataku. Po takiej mobilizacji następowało więc intensywne rozładowanie fizyczne, które automatycznie odblokowywało oddech. Intensywny ruch po prostu wymusza głębokie, efektywne oddychanie i spala nadmiar hormonów oraz innych substancji związanych z silną mobilizacją. W dzisiejszych warunkach fizyczne rozładowanie ogromnej energii mobilizacji i odblokowanie oddechu nie następuje. Pozostajemy przy swoim biurku w fazie szoku adrenalinowego, z napiętymi mięśniami, zablokowanym oddechem i nadmiarem adrenaliny we krwi.

 
Czyli w takiej sytuacji powinniśmy coś zrobić? Na przykład zatańczyć? Żeby odblokować oddech i ruszyć ciało, powinniśmy poskakać albo z krzykiem pobiec przez korytarz lub walnąć parę razy w worek treningowy (w każdej firmie powinny być miejsca służące do odreagowywania nadmiernego stresu na bieżąco). W przeciwnym razie nieodreagowana mobilizacja kumuluje się w organizmie w postaci nadmiernego, trwałego napięcia mięśni i przeradza w stan chronicznego napięcia całego organizmu. Po wyjściu z pracy szukamy okazji, żeby to jakoś z siebie zrzucić, często obrywają dzieci albo współmałżonkowie. Co oczywiście prędzej czy później też się na nas skrupi.

A jakbyśmy w takiej sytuacji świadomie głębiej pooddychali? By dobrze radzić sobie w stresujących sytuacjach, potrzebujemy przede wszystkim świadomości oddechowej. Np. wielu ludzi prawie nie oddycha, gdy prowadzi samochód w trudnych warunkach. A przecież gdy siedzimy w bezruchu, na bezdechu, to gorzej widzimy, gorzej słyszymy i kojarzymy.

Przepraszam, zaczęłam głębiej oddychać i natychmiast ziewam. Ziewanie jest odruchem ratunkowym organizmu, który próbuje rozluźnić spiętą przeponę i obniżyć napięcie. Gdy ciało jest zmobilizowane i spięte, nie może uruchomić procesów regeneracyjnych. Organizm jest bowiem tak skonstruowany, że albo się mobilizuje, albo regeneruje. Ziewanie odblokowuje choć na parę chwil mechanizm regeneracji organizmu.

Po co nam świadomość tego, jak oddychamy? Możemy zacząć się uczyć zarządzać oddechem. Oddychanie jest niezwykłą funkcją organizmu – ma podwójne sterowanie. Z jednej strony działa automatycznie. Z drugiej – mamy możliwość świadomego nim kierowania. Każdy to potrafi: spłycić oddech, pogłębić go, przyspieszyć, zwolnić, wstrzymać na wdechu, na wydechu... Ponieważ oddech poddaje się świadomej kontroli, a jednocześnie podłączony jest do autonomicznej części układu nerwowego, który zarządza naszą fizjologią, otwiera nam drogę do świadomego wpływania na tę fizjologię. Sygnał o tym, co się dzieje z oddechem, natychmiast dociera do wszystkich części organizmu i niesie podstawową informację: mobilizować się czy odpuścić. Jeśli więc w walce, w zagrożeniu i przeciążeniu nauczymy się świadomie zarządzać oddechem, będziemy mogli skutecznie obniżać stan napięcia stresowego w całym organizmie.

Organizm dostaje informację: oddech nie jest spłycony, więc sytuacja jest w normie. Nie ma stresu? I to jest cała tajemnica. Za pomocą oddechu można naprawdę zmienić fizjologiczny stan organizmu i zmniejszyć siłę reakcji stresowej. Czyli podnieść próg reakcji stresowej. Oddech ma dwa podstawowe tory: przeponowy (albo brzuszny) i piersiowy. Najważniejszy z punktu widzenia zmniejszania napięcia jest oddech brzuszny, a więc umiejętne sterowanie przeponą. Nazywa się to effortless abdominal breathing. Jest wiele badań pokazujących, jak ów bezwysiłkowy oddech brzuszny korzystnie wpływa na fizjologię i stan umysłu. Ale przeciętny człowiek nie posiada ani czucia przepony, ani wiedzy na temat jej działania. A przecież przepona jest potężnym mięśniem szkieletowym, czyli takim, który możemy kontrolować. Takim samym jak mięśnie rąk i nóg. Naprawdę warto nauczyć się nim świadomie zarządzać i wpływać na stan swego ciała, serca, umysłu i… ducha.

Ducha? Oddech działa na wszystkich poziomach: fizjologicznym, biochemicznym, emocjonalnym, mentalnym i duchowym. W tradycjach Wschodu jest ważnym narzędziem samodoskonalenia. Niestety, w naszej kulturze nie ma takiego szacunku dla oddechu. Niemniej jest pewne i potwierdzone przez wieki doświadczeń bardzo wielu ludzi, że ten, kto chce stać się duchowo rozwiniętym człowiekiem, musi nauczyć się oddychać.

W medytacji oddech to podstawowe narzędzie uczenia się bycia tu i teraz. Dobrze, że o tym wspominasz. Dzięki oddechowi, po nabraniu wprawy, łatwo możemy się odblokować i przywołać do rzeczywistości. Praktykując codziennie uważne doświadczanie oddechu, możemy z czasem odkryć absolutny, duchowy wymiar rzeczywistości.

 

Ćwiczenia budujące świadomość oddechową i uwalniające od nadmiernego napięcia

Ziewanie

Staraj się ziewnąć za każdym razem, gdy czerwone światło lub korek zatrzyma cię w ruchu ulicznym. Ziewanie jest zbawiennym odruchem ratunkowym organizmu. Gdy nasza fizjologia jest „przegrzana” zbyt długą jazdą wymagającą natężonej uwagi, organizm ziewa, czyli odruchowo wykorzystuje każdą chwilę względnego bezpieczeństwa na szybką regenerację. Nawet jedno ziewnięcie otwiera oddech, dotlenia mózg i ciało, rozciąga i rozluźnia najbardziej napięte mięśnie, nawilża oczy i wprowadza w bardziej przyjazny światu nastrój.

Ziewając na czerwonym świetle, uczymy się prawdziwie mistrzowskiego zarządzania własną energią i fizjologią w sytuacji walki albo wyścigu, jakim w coraz większym stopniu staje się jazda samochodem po naszych ulicach i drogach. Dzięki temu ćwiczeniu będziemy z czasem potrafili wykorzystywać na niezbędną regenerację każdą, nawet najkrótszą przerwę w codziennym zabieganiu. Ponadto ziewnięcie jest doskonałym modelem prawidłowego, pełnego wdechu. Zaczyna się od uruchomienia (najczęściej zablokowanej w stresie) przepony, która z całą mocą, prąc w dół, każe się rozluźnić oraz unieść brzuchowi i pozwala wykorzystać płucom 60 proc. ich wdechowej pojemności. Potem wdech jest pogłębiany przez uruchomienie mięśni klatki piersiowej, co pozwala wykorzystać pozostałe 40 proc. pojemności płuc. Krótko mówiąc, ziewnięcie to rozkoszny, relaksujący „oddech pełną piersią”.

Pompki przeponowe  

Leżąc na brzuchu na twardym i płaskim podłożu, staraj się oddychać wyłącznie przeponą, czyli w miarę nabierania oddechu pozwól unosić się brzuchowi i biodrom. Nie dopuszczaj jednak do unoszenia się i rozszerzania klatki piersiowej. Gdy poczujesz, że głębiej odetchnąć „do brzucha” się już nie da – zatrzymaj oddech na 2–3 sekundy i dopiero wtedy zrób wydech. Wdychaj powietrze przez nos, a wydychaj przez usta. Po 10 wdechach i wydechach odpocznij, uważnie doświadczając przez kolejne 10 wdechów i wydechów naturalnego dla ciebie oddychania. Ćwiczenie najlepiej robić bezpośrednio przed snem lub/i zaraz po przebudzeniu się, a także w okresach wypoczynku w ciągu dnia.

Jego systematyczne wykonywanie będzie ci stopniowo przywracać czucie przepony i pełną nad nią kontrolę. Jednocześnie – dzięki systematycznej pracy – siła i objętość przepony będą wzrastać. Tym samym wzrastać będzie twoja sprawność oddechowa. Przepona jak każdy mięsień może i powinna być używana i ćwiczona. Kiedy jest silna i sprawna, umożliwia prawidłowe, głębokie oddychanie nie tylko w sytuacjach przyjemnych, lecz także podczas walki, przeciążenia, zagrożenia i silnego pobudzenia emocjonalnego. Dzięki temu możemy się nauczyć optymalizować poziom naszej mobilizacji w sytuacjach stresowych, likwidować objawy tremy, spięcia, zablokowania i kontrolować emocje oraz zyskać większe poczucie oparcia w sobie.

Medytacja oddechu

Gdy znajdziesz wolne 5–10 minut – np. gdy jesteś w podróży albo na kogoś lub na coś czekasz, chwilę przed zaśnięciem lub tuż po przebudzeniu – skieruj swoją uwagę na oddech. Zacznij robić każdy wdech tak, aby przypominał ziewnięcie, a każdy wydech tak, aby przypominał westchnienie. W utrzymaniu uwagi pomaga liczenie w wyobraźni kolejnych wydechów seriami po pięć.

  1. Kultura

„Nic się nie dzieje” – przyjemne opowiadania, które wyciszają myśli i pomagają zasnąć

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Bajki na dobranoc mają niezwykłą moc i mogą korzystać z niej nie tylko dzieci. Wieczorne opowieści to dla zabieganych umysłów miejsce na oddech, miejsce odpoczynku. Myśli przestają uciekać, osadzają się tu i teraz. Niedawno wydana książka Kathryn Nicolai „Nic się nie dzieje” zaprasza do zanurzenia się w prostych historiach – dzięki nim można się odprężyć, wyciszyć, a potem… słodko spać.

Opowieści na dobranoc kojarzą nam się z dzieciństwem – jak przez mgłę pamiętamy któreś z rodziców czy dziadków, snujące wymyślone historie lub przewracającego kolejne kartki książki dla dzieci. Ożywają wtedy tamte doznania: poczucie bezpieczeństwa, przytulność, wyciszenie. Opowiadania na dobranoc jawią się jako piękna, tajemnicza droga do krainy snów. Jako dorośli – zapracowani i wiecznie zagonieni – tęsknimy za spokojem, jaki budziły wieczorne historie. Dlaczego nie sięgnąć po nie i nie podarować sobie zdrowego, relaksującego nocnego odpoczynku?

Dobry sen jest supermocą dzisiejszych czasów – a opowieści są dawną magią

Z pomocą przychodzi cudownie kojąca książka Kathryn Nicolai, nauczycielki jogi i medytacji oraz twórczyni znanego podcastu „Nothing Much Happens”. W przepięknie ilustrowanym zbiorze „Nic się nie dzieje”, które ukazuje się nakładem wydawnictwa Insignis, Kathryn przygotowała współczesne, ale pełne klasycznego, ponadczasowego uroku opowieści na dobranoc – najzdrowszy możliwy sposób na wyciszenie umysłu przed snem (oraz w ciągu dnia).

„Nic się nie dzieje” odkrywa i kontempluje słodkie chwile radości, szczęścia i relaksu. Zamieszkajcie w niewielkim miasteczku. Nie obawiajcie się, że się zgubicie – jego mapkę znajdziecie w książce. Udajcie się na zimowy spacer do pobliskiego lasu, gdzie pooddychacie świeżym, pachnącym igliwiem powietrzem, by potem wrócić do ciepłego, przytulnego domu. Poczujcie promienie słońca na twarzy podczas odpoczynku na ulubionej kanapie, aż zaczną opadać wam powieki. Spędźcie noc pod roziskrzonym letnim niebem z bliskimi wam osobami. Zajrzyjcie do ulubionej kawiarni na relaksujące popołudnie z kubkiem pysznej kawy i domowego ciasta.

Ilustracja książkowego miasteczka „Nic się nie dzieje”. Ilustracja książkowego miasteczka „Nic się nie dzieje”.

„Nic się nie dzieje” to jednak coś więcej niż kolekcja pogodnych opowiadań, które ukołyszą do snu i sprawią, że także aktywną część dnia wypełni równowaga i spokój. W tej książce są również urocze ilustracje Léi Le Pivert, a także pomysły na relaksujące rytuały, teksty pięknych medytacji, przepisy na przepyszne co nieco i pomysły na proste DIY, którą pomogą się odprężyć.

„Wkraczacie do świat »Nic się nie dzieje«. To przyjazne, znajome miejsce, w którym wieloma rzeczami możecie się delektować i cieszyć. Wciągnijmy wszyscy powietrze przez nos i wypuśćmy je ustami. I jeszcze raz. Wdech i wydech. Dobrze” – zaprasza Kathryn Nicolai.

„Nic się nie dzieje. Przyjemne i relaksujące opowiadania, które wyciszą twoje myśli i pomogą ci zasnąć”

Kathryn Nicolai Tłumaczenie: Anna Krochmal lustracje: Léa Le Pivert Data wydania: 12 listopada 2020 Wydawnictwo Insignis

Fragment książki:

Otwarcie domku

Może nie każdy zgodzi się z tym rozróżnieniem, ale jeśli o mnie chodzi, chatki są w lesie, a domki nad wodą.

Chatka musi stać na cienistej polanie, a nad nią muszą wyciągać się gałęzie wysokich sosen lub prastarych dębów. Może mieć ciemną boazerię na ścianach i piec na drewno do ogrzewania stóp odzianych w grube skarpety. To najlepsze miejsce na mglisty jesienny poranek albo gdy spadnie pierwszy śnieg. Trzymasz wtedy w dłoniach kubek i spoglądasz, jak krajobraz wokół powoli przykrywa biały puch.

Domek stoi nad brzegiem rzeki albo rozległego jeziora. Jego ściany są pomalowane na wyblakły odcień żółci lub bieli. W pobliżu rosną wierzby płaczące, które jako pierwsze pokrywają się zielonymi pączkami wczesną wiosną. To najlepsze miejsce, gdy nadchodzą ciepłe miesiące, by móc spędzać popołudnie przy szklaneczce mrożonej herbaty i spoglądać na wodę.

A więc wyruszyliśmy otworzyć domek. Zapakowaliśmy do samochodu ubrania na kilka dni, głównie takie do sprzątania i na spacery, żywność w papierowych torbach, dwa psy i do tego naszą ekscytację. Trasę dobrze znaliśmy, jeździliśmy nią od lat. Minęliśmy sklep, przy którym czasem się zatrzymujemy późnym latem, by kupić zimne napoje i kukurydzę, małe miasteczko, w którym są tylko jedne światła na przejściu, i stary market porośnięty bluszczem i wisterią. Skręciliśmy w drogę stanową. Minęliśmy dom z krzewami poprzycinanymi w kształty różnych zwierząt i wagonów kolejowych i pojechaliśmy jeszcze trochę dalej, aż powietrze zaczęło mieć inny zapach. Wreszcie zaczęliśmy wychylać się z siedzeń i mrużyć oczy, by wypatrzeć nasz ganek i znajome drzewa wokół domku.

Był to stary domek zbudowany na początku ubiegłego wieku, obity białymi deskami i z rzędem okien od frontu. Gdy pod niego zajechaliśmy, psy zaczęły skakać nam na kolanach. Wiedziały, gdzie jesteśmy, i były tak samo podekscytowane jak my. Kiedy tylko otworzyliśmy drzwi, wybiegły i zaczęły intensywnie obwąchiwać każde źdźbło trawy. Tak jakby czytały księgę gości i sprawdzały, kto dokładnie tędy przechodził, odkąd jesienią zamknęliśmy domek. Pozwoliliśmy im dalej to robić, a sami przeprowadziliśmy własny remanent, sprawdzając, czy nie obluzowały się siatki w oknach. Zauważyliśmy kilka gałęzi, które spadły na dach podczas wichury, i pączki na krzewie bzu.

Ilustracje do książki „Nic się nie dzieje” Ilustracje do książki „Nic się nie dzieje”

Gdy weszliśmy na ganek, przybiegły do nas psy, by też wejść do środka. Teraz nie machały już tylko ogonami, dosłownie całe drżały z podniecenia i przyciskały nosy do szpary pod drzwiami. Znalazłam w pęku właściwy klucz, ten z maleńkim czerwonym serduszkiem namalowanym lakierem do paznokci, i wsunęłam go do zamka. Gdy tylko otworzyłam drzwi, psy wpadły do środka i zaczęły biegać po pokojach, a my zabraliśmy się za odsuwanie zasłon, podnoszenie żaluzji i otwieranie okien. Przez panujący w domku zaduch już wyczuwałam tę woń, do której byłam tak bardzo przywiązana. Coś jak wiekowe drewno rozgrzane słońcem, stare książki i regały, w których stoją od lat, a do tego zapach wody i setek śniadań przyrządzanych w późne niedzielne poranki. To był po prostu najlepszy zapach na świecie.

Gdy wypakowaliśmy rzeczy z samochodu, a psy zmęczyły się obwąchiwaniem i położyły na ganku na słońcu, zakasaliśmy rękawy i zabraliśmy się za sprzątanie domku. Zmieniliśmy pościel w łóżku i zamietliśmy podłogi. Zapełniliśmy kuchenne szafki i lodówkę. W łazience powiesiliśmy świeże ręczniki i starliśmy kurze ze wszystkich powierzchni. Marszczyliśmy brwi nad skrzynką bezpiecznikową i bojlerem i przestawialiśmy przełączniki, dopóki wszystko nie zaczęło działać tak, jak trzeba.

„Powinniśmy zapisać, jak to zrobiliśmy, żeby tak się nie męczyć w przyszłym roku” – powiedziałam.

„Mhm”.

Oboje wiedzieliśmy, że tego nie zrobimy. To było częścią tradycji.

Rozwiesiliśmy na podwórzu za domkiem sznur do suszenia prania i z radością myśleliśmy o tym, że niedługo będą na nim wisieć wyłącznie ręczniki i stroje kąpielowe. Pomachaliśmy do sąsiadów, wymieniliśmy wykrzykiwane na odległość pozdrowienia. Doszliśmy do końca pomostu i usiedliśmy, machając nogami nad wodą, z palcami u nóg tuż nad wciąż chłodną rzeką. Celebrowaliśmy te chwile i oboje o tym wiedzieliśmy.

Czy tak jest z każdym? Czy rzeka przyzywa cię tak jak dom? Czy stajesz się niespokojny i podenerwowany, gdy zbyt długo jesteś z dala od niej? Czy czujesz, że odżywasz na nowo, gdy powracasz nad jej brzeg? Może tak to odbieram, ponieważ tu dorastałam – bo setki razy jako dziecko spałam na bujanej ławce na ganku i odkąd nauczyłam się chodzić, każdego roku skakałam z tego pomostu do wody. A może woda przyciąga wszystkich tak samo? Czy gdybym wychowała się na pustyni, spacerowała po wydmach suchego piasku i celebrowała dni w cieniu palm, czułabym, że wzywa mnie upalne powietrze?

Zobaczyłam uniesioną rękę i palec wskazujący dół rzeki, i długą stalową smugę w oddali.

„Statek!”

„Statek!” – powtórzyłam.

Zanim skończy się lato, zobaczymy ich ze sto, ale zawsze jest w tym coś ekscytującego. Niektóre dobrze znamy, bo widujemy je od lat; znamy ich długość, wiemy, co przewożą, i wystarczy nam na nie spojrzeć, by móc określić, czy są puste, czy też transportują ładunek. Ten statek wyglądał jednak na zupełnie nowy: świeża farba, eleganckie linie. Nie mogłam się doczekać, aż usłyszę nocą syreny statków, aż zobaczę oświetlone dzioby i rufy sunące przez czarną wodę. Nigdzie nie spało się jak tu, w domku, i nigdzie się tak nie budziło.

Usłyszeliśmy za sobą odgłos psich łap uderzających o pomost; nasze psy zakradły się na pomost i usiadły obok nas. Jeden położył głowę na moim udzie. Pogłaskałam go za włochatym uchem i między oczami. Wszyscy byliśmy cicho, spoglądaliśmy tylko na powoli sunący po wodzie statek, na kilwater za jego rufą i na wodne ptactwo nad nim krążące. Byłam pewna, że chatki mają swoje dobre strony, ale to był domek, najlepsze miejsce na spędzenie lata.

Słodkich snów.

***

Ilustracje do książki „Nic się nie dzieje” Ilustracje do książki „Nic się nie dzieje”

Medytacja nad wodą

Na początek po prostu stań blisko wody. Rozstaw nogi na szerokość bioder i poczuj, jak ciężar twojego ciała przesuwa się trochę do przodu. Luźno opuść ręce wzdłuż boków i zamknij oczy. Powoli wciągnij powietrze przez nos, a potem wypuść je ustami.

Skup się na tym, co słyszysz wokół siebie. Może woda płynie i wydaje jakieś dźwięki? Może w pobliżu są ptaki, owady albo inni ludzie? Nie oceniaj tego, co słyszysz, po prostu wsłuchaj się w same dźwięki. Niech wzbudzą twoją ciekawość: zwróć uwagę na ich głośność, rytm, a nawet na to, którym uchem lepiej je słyszysz.

Powoli otwórz oczy i skup się na jednym szczególe krajobrazu. Może to być drzewo, chmura albo łódź w oddali. Ponownie nie oceniając tego, na co patrzysz, po prostu zauważaj kształty, barwy, tekstury. Potem omieć wzrokiem wodę, zwróć uwagę na to, jak się marszczy i jak płynie.

Spędź jeszcze kilka minut, czując, jak ciężar ciała balansuje na twoich stopach, słuchając dźwięków wokół i patrząc na otoczenie. Medytacja to po prostu spokojna uważność. No i już. Jeszcze raz wciągnij głęboko powietrze przez nos i wypuść je ustami. Dobrze.

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień